Skoczkowie. Przerwany lot - Dariusz Jaroń - ebook

Skoczkowie. Przerwany lot ebook

Dariusz Jaroń

4,8

Opis

Tak jak polski himalaizm nie zaczął się od Wandy Rutkiewicz i Jerzego Kukuczki, tak polskie sporty zimowe nie nastały wraz z Wojciechem Fortuną, Adamem Małyszem czy Justyną Kowalczyk. Jeszcze przed II wojną światową mieliśmy zawodników zaliczanych do światowej elity.

Poruszająca historia trojga wybitnych przedstawicieli polskiego narciarstwa. Bronek Czech był pierwszym polskim zawodnikiem światowej klasy. Staszek Marusarz – niedoszłym mistrzem świata w skokach, a jego siostra Helena miała tak wielki talent, że wróżono jej sukcesy na arenie międzynarodowej. Szanse bohaterów pokrzyżowała wojna. Ruszyli na szlaki kurierskie, by służyć ojczyźnie. Bronek został aresztowany i wywieziony do Auschwitz-Birkenau, gdzie po czterech latach zmarł. Helenę rozstrzelano po trwających rok torturach i przesłuchaniach. Staszek kilkakrotnie wymykał się z rąk gestapo, uciekł z celi śmierci w Krakowie, a następnie przedostał się na Węgry, gdzie doczekał końca wojny.

A w tle Zakopane. W połowie lat 30. w niczym nie ustępowało topowym europejskim kurortom. Przyciągało nie tylko turystów, ale też artystów, pisarzy, ludzi nauki i polityków. Bywanie pod Tatrami, szukanie weny czy dyskutowanie nad kwaśnicą o losach państwa należało do dobrego tonu. Przed wojną miasto tętniło życiem, a po jej wybuchu stało się ważnym punktem na mapie kurierskich tras i uzdrowiskiem, w którym wypoczywali okupanci.

Magia skoków pięknie wpleciona w patriotyczną postawę wielkich gwiazd sportu. Czyta się jednym tchem - Włodzimierz Szaranowicz

Znałem Staszka Marusarza od dziecka, ale dopiero w latach siedemdziesiątych, gdy zostałem trenerem skoków i kombinacji norweskiej, naprawdę się zaprzyjaźniliśmy. Wcześniej był bliskim kolegą mojego ojca, Leopolda Tajnera. Staszek często przychodził do Centralnego Ośrodka Sportu w Zakopanem, kiedy mieliśmy zgrupowania. Siadaliśmy wtedy przy kawie i opowiadał, także o Bronku i Helenie. Wspaniały człowiek. Jaroń świetnie opisał historie tych postaci. Czyta się jak sensację połączoną z przygodą. Dziękuję za tę książkę. Każdy narciarz powinien ją przeczytać - Apoloniusz Tajner

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 305

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Wydawca ADAM PLUSZKA
Redaktorka prowadząca AGNIESZKA RADTKE
Redakcja HELENA PIECUCH
Konsultacja merytoryczna WOJCIECH SZATKOWSKI
Korekta KAROLINA WĄSOWSKA, JAN JAROSZUK
Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne ANNA POL
Zdjęcia na okładce ze zbiorów NAC
Łamanie | manufaktu-ar.com
Copyright © by Dariusz Jaroń Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020
Warszawa 2020 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66335-93-6
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:[email protected]
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Co po nich zostanie? Narty i skokanie...[1]

Ludziom wolnym –

nawet w czasach zniewolenia

1

Każda stara opowieść kryje w sobie coś z baśni.

Zacznijmy zatem tak, jakbyśmy opowiadali bajkę. Sto lat temu żył sobie pod Tatrami chłopiec. Na imię miał Bronek. W nocy śniły mu się narty. Ci, którzy znali chłopca, zapamiętali, że narty były wiśniowe. Wiśniowe, wymarzone i piękne.

Wyśnione narty były piękne, ale też prawdziwe. Zarezerwowane dotąd dla dzieci zamożnych rodziców. Te mniej majętne musiały sobie radzić inaczej, nadrabiając braki w domowym budżecie pomysłowością i pracą własnych rąk. Deski, sztachety, klepki ze starych beczek, gwoździe, rzemienie, a nawet kalosze mocowane do prowizorycznych nart – w ruch szło wszystko, co mogło im pozwolić ślizgać się po śniegu i gonić szusujących kolegów.

Bronek miał troje rodzeństwa. Dzieci musiały cierpliwie czekać na swoją parę nart, ustawiając się w kolejce sprawiedliwie ustalonej przez metrykę. Pierwsza dostała je Stasia, najstarsza córka Józefa i Stanisławy. Długie, mierzące sto dziewięćdziesiąt centymetrów nieokute deski sprezentował jej podobno Franciszek Goła, góral z Poronina. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że były toporne i nieporęczne, z jednym ciężkim kijem do odpychania zamiast dwóch lekkich kijków – takie były pomysły pierwszych projektantów narciarskiego sprzętu.

Sto lat temu wysokie niczym koszykarz narty wprawiły Stasię i jej rodzeństwo w zachwyt. Gdyby zapytać dzieci, pewnie by odpowiedziały, że deski miały magiczną moc. Nie tylko niosły po okolicznych stokach i stromiznach, ale też... potrafiły rozpływać się w powietrzu.

„Nieraz narty znikały akurat wtedy, gdy były mi najbardziej potrzebne – wspominała po latach dorosła już Stanisława w książce Alfonsa Filara i Michała Leyki Laury na śniegu. – Znikały, dodajmy, razem z Bronkiem, a później, jak zaczarowane, wracały na swoje poprzednie miejsce w komórce”.

Kolejne narty w rodzinie, zgodnie z niepisaną zasadą, dostał Władek.

Tata odłożył trochę grosza i kupił je synowi, żeby nie odstawał od rówieśników. Odtąd rzadziej znikały deski Stasi, a Władek, jak na dobrego starszego brata przystało, nie tylko dzielił narty z Bronkiem, ale też szkolił ambitnego chłopca. Po kilku latach naśladowania rodzeństwa, podpatrywania starszych kolegów i zakopiańskich zawodników o uznanej wśród seniorów renomie, zimą 1920 roku nadeszła pora na pierwszy poważny test sportowy nieoszlifowanego dotąd talentu Bronka.

W tych dniach wiśniowe narty musiały śnić mu się częściej. Nic w tym dziwnego. Deski były główną nagrodą w zorganizowanym z rozmachem biegu zjazdowym dwunastolatków. Bronek zapisał się na zawody tylko ze względu na nie. Często przyglądał im się pożądliwie, niczym najdroższym słodyczom, gdy mijał wystawę sklepu sportowego. Profesjonalne deski przykuwały wzrok i rozpalały wyobraźnię młodego narciarza marzącego o tym, by nie mieć sobie równych na okolicznych pagórkach.

Na zawody pod Gubałówkę poszli całą rodziną. Ciepłe koce, wałówka, pewnie też coś do picia – mama zadbała o wszystko. Rodzeństwo miało tylko dopingować brata. Czyje narty tego dnia zniknęły ze schowka? Stasia mówiła, że jej, inne źródła wskazują na narty Władka. To bez znaczenia. Z nadgryzionej zębem czasu relacji przekazywanej z ust do ust wyłania się postać drobnego blondynka, zwinnością i zawziętością pozostawiającego konkurentów w tyle.

Kiedy inni chłopcy się wywracali, wpadali na siebie, nurkowali w śniegu lub tracili równowagę na zakrętach, pożyczone po raz ostatni narty niosły Bronka prosto na metę. Gdy na nią wpadł, wciąż oszołomiony i pełen emocji, mama opatuliła rozpalonego synka pledem i pocałowała w oba policzki.

Oprawa zawodów była szczególna, bo i okoliczności wyjątkowe. Sport w odradzającej się po stu dwudziestu trzech latach zaborów Polsce miał służyć wzmocnieniu tożsamości narodowej młodzieży. Narciarstwo dopiero rosło w siłę, a Zakopane było drugim po Lwowie centrum tej dyscypliny w kraju. Wręczenie nagród odbyło się nie tuż po zakończeniu wyścigu, jak to zazwyczaj bywa, ale wieczorem tego samego dnia w sali Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”.

Tam na najlepszych zawodników czekali bliscy, szkolni wychowawcy i trenerzy, a także klubowi działacze, jak Leonard Zwoliński, znany entuzjasta narciarstwa i zakopiański księgarz. Czekał również Stanisław Barabasz, dyrektor Szkoły Przemysłu Drzewnego w Zakopanem (do której jeszcze wraz z Bronkiem wrócimy). Romantyczna opowieść głosi, że ten pochodzący z Bochni architekt i pedagog był pionierem narciarstwa na Podhalu. Tego będziemy się trzymać, bo nie o pierwszeństwo tu chodzi, lecz o skutki jego działań. Jedno jest pewne: kiedy Norwegowie jeździli i skakali na nartach, w Polsce może pewna grupka ludzi słyszała już o takim wynalazku (szczególnie ci obeznani z Syberią i Skandynawią), ale na myśl o tym, żeby zimą wiązać deski do butów i uganiać się po górskich zboczach, większość pukała się w czoło.

Ale nie Stanisław Barabasz. W grudniu 1888 roku, goszcząc w okresie świąt Bożego Narodzenia na dworze Karola Dettloffa, cieklińskiego zarządcy, postanawia ruszyć na polowanie. Głębokie po pas śniegi uniemożliwiają jednak chwycenie za strzelbę. Ale od czego ma się gen pionierski...

Ze Wspomnień narciarza Stanisława Barabasza:

Wtedy przypomniałem sobie, że dobrze by było zrobić parę takich drewnianych łyżew, celem ułatwienia chodzenia po śniegu, ku zagładzie rodu zajęczego. Z pomocą tedy stelmacha dworskiego [Teodora Poliwki – przyp. aut.] wykonane zostały pierwsze moje ski, i to jedna jesionowa, a druga bukowa, gdyż materiału jednolitego nie starczyło. Ale nie szkodzi, dobrze, że i takie są. Ale jak je do nogi przyczepić, aby się ruszać można było? Próbowało się sznurkiem, z początku szło źle, potem coraz lepiej. A więc jazda na dwór, naokoło domu! Naturalnie, chcieliśmy zaraz latać. Skutek tego był zaś taki, że po kilkakrotnym upadku i wstawaniu przy pomocy wszystkich bez wyjątku mięśni, a przede wszystkim języka i gardła, po jednej turze wokoło domu wracało się zziajanym i spoconym ku wielkiej uciesze kobiet, zwłaszcza służebnych.

Dla ścisłości dodajmy, że polowanie się nie powiodło. Stanisław Barabasz i jego gospodarz co najwyżej skutecznie przepłoszyli zwierzynę.

Jak widać w powyższym opisie, z początku narty nie miały nawet swojej nazwy. Stanisław Barabasz zapożyczył norweskie ski, mówiono również z rosyjska o łyżach. Zanim narty staną się nartami, swoją definicję będą mieli również górale. „Cosi, kieby sonecki, a nie sonecki, bo wązkie, a popyko sie kijem” – mówili, kiedy parę zim później dzielny pionier trafił na dwóch deskach w puste o tej porze roku Tatry. Zdarzyło się to w marcu 1894 roku, gdy wraz z Janem Fischerem udał się na nartach nad Czarny Staw Gąsienicowy. Jedna z desek z pierwszej udokumentowanej wyprawy narciarskiej w Tatrach Polskich zachowała się w zbiorach Muzeum Tatrzańskiego.

Kiedy w 1901 roku Stanisław Barabasz osiadł w Zakopanem, z entuzjazmem zaczął szerzyć wśród miejscowych swoją pasję. Trenował pierwszych zawodników „Sokoła”, produkował narty, instruował nauczycieli szkoły zawodowej, a ci przekazywali cenne narciarskie umiejętności swoim uczniom. Organizował też coraz bardziej popularne górskie wycieczki na nartach. Jazda na dwóch deskach powoli stawała się na Podhalu modna.

W grudniu 1907 roku wraz z Mieczysławem Karłowiczem i Mariuszem Zaruskim założył Zakopiański Oddział Narciarzy Towarzystwa Tatrzańskiego – pierwszy klub narciarski pod Tatrami. Właśnie na 1907 rok przypada początek polskiego zinstytucjonalizowanego narciarstwa. W styczniu tego samego roku we Lwowie, pierwszym miejscu w Polsce związanym z tą dyscypliną, powstało Karpackie Towarzystwo Narciarzy zajmujące się głównie turystyką narciarską.

Trzynaście lat później Bronek pod czujnym okiem Stanisława Barabasza, sympatyka nie tylko turystycznego, ale i wyczynowego narciarstwa, odebrał oglądane dotąd przez sklepową witrynę narty, spełniając pierwsze z wielu sportowych marzeń. I chociaż dziecięce zawody z 1920 roku były drobnostką na tle jego późniejszych dokonań, stanowiły ważny punkt w karierze dorastającego zakopiańczyka.

Czechowie nie mogli być bardziej dumni z syna.

Stanisław Barabasz (pierwszy z prawej) i Mariusz Zaruski (pierwszy z lewej) – wielcy popularyzatorzy narciarstwa

Pasję do sportu, pracowitość i nieustępliwość Bronek miał w genach.

Za udział w powstaniu styczniowym jego dziadek Łukasz został karnie wysłany przez władze carskie na Syberię. Po dwóch nieudanych próbach ucieczki podjął kolejną, tym razem skuteczną. Jakim sposobem zwiódł straże i przebył tysiące kilometrów do rodzinnej wioski na Podlasiu – tego już się nie dowiemy. Pewne jest natomiast, że około 1884 roku zbieg z Sybiru opuścił niewielką osadę Karczówka w ówczesnym powiecie włodawskim, pozostawił tam żonę Teresę i wyruszył wraz z trójką synów do Krakowa.

Żeby uniknąć sprawiedliwości ze strony carskich władz, dziadek Bronka zmienił nazwisko rodowe. Łukasz Czechowski (lub Czechowicz, nie ma w tej sprawie zgody) został Łukaszem Czechem, a jego synowie – Jan, Antoni i Józef – rozpoczęli nowe życie pod Wawelem. Cała czwórka zamieszkała przy ulicy Garncarskiej u znajomej ojca, Marii Koźmian. W Krakowie każdy z braci zdobył zawód. Jan został kucharzem, Antoni kuśnierzem, a Józef – kotlarzem.

O pracę w grodzie Kraka nie było łatwo, dlatego – najpewniej już w 1884 roku – Józef zawędrował za chlebem na Podhale.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że Zakopane, chociaż w niczym nie przypominało współczesnego kurortu, stawało się w owym czasie modne. Przyciągało nie tylko letników, zwabionych walorami klimatycznymi górskiej osady, ale też znanych artystów, pisarzy, ludzi nauki i polityków. Do Zakopanego, rozsławionego przez Tytusa Chałubińskiego i jemu podobnych entuzjastów góralszczyzny, zjeżdżały najważniejsze osobistości epoki.

„Któż zliczył wieszczów i artystów, którzy by choć raz w życiu nie popasali w cieniu limby i w którejś z knajp, modnych wówczas w Zakopanem. Więc Sienkiewicz i Kraszewski, Paderewski, Gerson, Asnyk, Kotsis i Dembowski, Miciński, Witkiewicz, Brat Albert, czyli Chmielowski, Mroczkowski, Tetmajer i Żeromski, Daniłowski i Strug, Reymont i Stasiak, Zapolska, Wojciech Kossak, Axentowicz. Szkoda wymieniać – trzeba by wypisać wszystkie bardziej znane i sławne nazwiska Polaków z każdej dziedziny wiedzy czy sztuki, począwszy od Stefana Batorego po Tymona Terleckiego” – zauważył nie bez cienia ironii w swych zakopiańskich wspomnieniach Rafał Malczewski, kolejna barwna postać przedwojennego Podhala.

Bywanie pod Tatrami, szukanie weny czy toczenie dysput o losach państwa nad kwaśnicą należały do dobrego tonu, dlatego chętnych do goszczenia w nowej zimowej stolicy Polski przybywało, nie tylko wśród znanych twarzy. Zaledwie w ciągu dwóch sezonów – między 1898 a 1900 rokiem – liczba odwiedzających Zakopane podwoiła się: z czterech do ośmiu tysięcy. Niemal równie dynamicznie rosła liczba stałych mieszkańców. Na rozwój miejscowości niemały wpływ miała rozbudowa kolei. Od 1884 roku pociągi jeździły do Chabówki, skąd w kilka godzin furmanką można było dotrzeć pod szczyty Tatr. Na progu nowego stulecia tory dowoziły gości już do samego Zakopanego.

Przybywających trzeba było przenocować, wyżywić i zabawić – a w przypadku pacjentów dodatkowo leczyć – dlatego wraz z szybkim rozwojem osady pojawiły się nowe miejsca pracy. Zatrudnienie znalazło tu również wiele osób z nizin, także Józef. Pracował jako palacz i mechanik kotłowy w Zakładzie Wodoleczniczym doktora Andrzeja Chramca.

Los chciał, że pod koniec XIX wieku z okolic Krakowa, a konkretnie z nieodległej Alwerni, w poszukiwaniu pracy przyjechała pod Tatry Stanisława Namysłowska. Jej stryj, Karol Namysłowski, był założycielem słynnej orkiestry włościańskiej. Uzdolnienia Stanisławy rozwinęły się w nieco innym kierunku – żyła z haftu artystycznego i szycia bielizny. Jej córka imienniczka wspominała później, że mama do Zakopanego przyjechała w towarzystwie ciotki. Kobiety zatrzymały się w zaprzyjaźnionym domu Agnysi Chycowej na Starej Polanie.

Poza pracą Józef i Stanisława w Zakopanem znaleźli miłość. Nikt już nie pamięta, jak się poznali. Pobrali się 17 maja 1901 roku. Zamieszkali w niewielkiej góralskiej chacie przy ulicy Chramcówki 2. Domek miał dwie izby, sień, kuchnię i mały ogródek. Józef kupił go od gazdy Jana Guzika, raty spłacał w czynszu rocznym. Do 1917 roku wywiązał się z warunków umowy. Tu urodziły się Czechom dzieci: Stanisława (1903), Władysław (1906), Bronisław (1908) i Janina (1916).

Spora gromadka do wyżywienia. Stanisława zajmowała się głównie domem i wychowaniem potomstwa. Aby podreperować skromny budżet, rodzina wynajmowała jedną z izb. Według relacji starszej córki u Czechów pomieszkiwał między innymi znany taternik i narciarz Henryk Bednarski, za drobną opłatą zatrzymywał się u nich również brat ojca Jan.

Mimo licznych obowiązków Józef znajdował czas na realizowanie swojej pasji. To za jego sprawą sport był zawsze obecny w domu Czechów.

„Mój ojciec był zapalonym rowerzystą, a w latach 1910–1917 należał nawet do Klubu Kolarzy w Zakopanem. Często brał udział w zawodach, wiele trenował. Niemal w każdą niedzielę, gdy tylko dopisywała pogoda, można go było spotkać na trasach: Zakopane–Morskie Oko, Zakopane–Chabówka, Zakopane–Nowy Targ lub Zakopane–Stara Wieś. Na zawodach osiągał dobre wyniki, za co otrzymywał różne nagrody, jak: puchary, dyplomy i medale. Nagrody te zachowały się w zbiorach rodzinnych” – wspominała jego córka Stanisława.

Józef, chociaż jego korzenie sięgały płaskiego niczym stół Podlasia, jak na porządnego zakopiańczyka przystało, wnet zyskał sympatię górali i stał się jednym z nich. Był muzykantem, dobrze grał na skrzypcach. Gdy Bronek był małym chłopcem, ojciec uczył go ludowych przyśpiewek.

Oprócz skrzypiec miał dwie strzelby. W lasach szukał z nimi zwierzyny, a jego koledzy – również rozrywki.

„Często chadzał w góry napolowacke, jak mawiali jego koledzy spod znaku Świętego Huberta. Nieraz zimą, przed Bożym Narodzeniem, wybierał się do Dzianisza, zwykle z Józefem Chycem, Janem Chramioskim i Jakubem Bogdańskim. Przeważnie jednak wracał z tych wypraw niezadowolony. Oni chętnie – myśliwskim zwyczajem – zaglądali do flaszki z jałowcówką, a ojciec nie pił” – zapamiętała Stanisława.

Jedynym nałogiem Józefa były papierosy. Zerwał z nim, gdy stuknął mu szósty krzyżyk – podobno obyło się bez upomnień najbliższych i gróźb lekarzy.

Na Chramcówkach Czechowie mieszkali do 1920 roku, kiedy to Józef kupił od Adama Karpowicza drewniany dom przy Rynku 5. Sześcioosobowa familia nie miała już powodu, by narzekać na skromny metraż, pojawiła się również okazja do dodatkowego zarobku dla głowy rodziny. W jednym z pomieszczeń Józef Czech prowadził warsztat, reperując w nim wszystko, co tylko był w stanie. A potrafił niemało – od montażu i naprawy rowerów, przez naprawę zamków, dorabianie kluczy, lutowanie garnków, kantowanie nart czy... wykonanie dekoracyjnej balustrady balkonowej. W zakładzie Józefa, zakopiańskiej złotej rączki, zdawały się nie istnieć zlecenia niemożliwe do wykonania.

Z warsztatu obserwował rozkwit zakopiańskiego narciarstwa, niemiecką okupację i pierwsze lata PRL-u. Interes prowadził przez okrągłe czterdzieści lat. W 1960 roku przekazał warsztat starszemu z synów.

W nowym domu Czechowie wygospodarowali także pokoje dla letników.

Jednym z nich był znany pejzażysta Zefir Ćwikliński. Bronek często towarzyszył malarzowi podczas wypraw w Tatry. Najpierw tylko nosił za nim sprzęt i przygotowywał farby, a po pewnym czasie, kiedy nabrał śmiałości, sam zaczął malować pod okiem mistrza. Piękne tatrzańskie pejzaże, kwitnące krokusy, szałasy, a także góralskie i zbójnickie legendy uchwycone farbą na szkle staną się później znaczącym źródłem utrzymania Bronka i jego drugim po narciarskim kunszcie znakiem rozpoznawczym.

Bronek potrafił też pięknie rzeźbić w drewnie. Sztukę tę próbował opanować na własną rękę, a od września 1924 roku szkolił się na oddziale snycerstwa Szkoły Przemysłu Drzewnego, kierowanej od 1922 roku przez Karola Stryjeńskiego, następcę Stanisława Barabasza, architekta i głównego propagatora powstania wielkiej skoczni narciarskiej w Zakopanem[2].

Wcześniej Bronek pobierał nauki w Szkole Ludowej Męskiej przy Nowotarskiej 4 i w prywatnym gimnazjum mieszczącym się w willi Liliana przy ulicy Sienkiewicza. Naukę w drugiej placówce przerwał w marcu 1919 roku, bo – jak podała Halina Zdebska, badaczka jego sportowej kariery – opłaty przekraczały możliwości rodzinnego budżetu.

Artystyczna dusza już nie chłopca, a dorastającego mężczyzny, objawiała się również przez talent muzyczny. Czech grał na skrzypcach, akordeonie i pianinie, ale instrumenty zawsze pozostawały w cieniu pędzla i sportu.

Bronek nie potrafił usiedzieć w miejscu. W przerwach między jedną a drugą zimą nie czekał z założonymi rękami na śnieg. Niosło go coraz wyżej w Tatry, uprawiał lekkoatletykę, a także, pewnie ku uciesze ojca, podobnie jak Władek był zapalonym kolarzem. Zdarzało się, że bracia trenowali wspólnie, pokonując na dwóch kółkach trasę z Zakopanego do Krakowa czy Morskiego Oka.

A gdy tylko na Podhalu robiło się biało, Bronek przypinał narty, by coraz płynniej i szybciej śmigać po Kalatówkach i innych popularnych wśród młodzieży trasach. W oczekiwaniu na kolejny sukces, już poważniejszy, bo odniesiony w zawodach o randze mistrzowskiej, opanował nową dyscyplinę sportu – skoki narciarskie.

Pierwsze skoki na ziemiach polskich oddawano trzydzieści lat wcześniej w Sławsku nieopodal Lwowa. Skakano również w Wiśle, Krynicy i znajdującej się dziś na terenie Ukrainy Worochcie. Ale to Zakopane w latach dwudziestych ubiegłego stulecia było najważniejszym ośrodkiem narciarskim w kraju – nie tylko z racji o niebo lepszych warunków i coraz prężniej działającego zaplecza organizacyjnego, ale również za sprawą skoczni.

Z początku w Zakopanem skakano na obiektach prowizorycznych: wszędzie tam, gdzie dało się odbić i polecieć – przeważnie na kilkanaście metrów. Takie amatorskie próby obserwowano chociażby na Kalatówkach czy Antałówce, gdzie w lutym 1920 roku wyłoniono pierwszego mistrza Polski – lwowiaka Leszka Pawłowskiego (przy okazji rekordzistę Polski w długości skoku – 14 m). Pierwsza skocznia z prawdziwego zdarzenia została oficjalnie otwarta 8 marca 1921 roku w Dolinie Jaworzynki. Trzy tygodnie później Aleksander Rozmus zdetronizował na niej dotychczasowego mistrza, zdobywając złoto. W kolejnych latach najlepsi polscy skoczkowie będą rywalizować w zawodach odbywających się na terenie dzisiejszej Ukrainy. Aleksander Rozmus w 1922 roku obroni tytuł w Worochcie, a w następnym sezonie w Sławsku zwycięży Andrzej Krzeptowski I. 

Na skoczni w Dolinie Jaworzynki można było polecieć nawet na kilkadziesiąt metrów. Tam ćwiczył i podpatrywał doświadczonych zawodników Bronek. A Bronka – Roman Serafin, ceniony fotograf i narciarz, a wówczas podrostek marzący o dalekich skokach.

„Bronka Czecha pamiętam dokładnie od 1925 roku, kiedy to już bardzo często chodziłem do Doliny Jaworzynki, gdzie znajdowała się pierwsza prawdziwa skocznia w Zakopanem. Siedemnastoletni wówczas Bronek uchodził za dobrego narciarza i skakał jak na owe czasy wspaniale. Od wielu innych ćwiczących tu zawodników różnił się przede wszystkim ładnym stylem” – wspominał później na łamach przywoływanych już Laurów na śniegu.

Typowy skok, tłumaczył obrazowo Roman Serafin, wyglądał następująco: skoczek po odbiciu się od progu machał energicznie rękami, żeby pokonać uderzający w klatkę piersiową pęd powietrza, który hamował lot niezbyt wychylonego do przodu narciarza. Kto lepiej trafił z wybiciem i szybciej przebierał ramionami w powietrzu, ten miał większe szanse na dobrą odległość.

Bronek skakał inaczej. Śmielej. Odważniej. Lepiej od większości kolegów. Roman Serafin:

Robił umiejętny wyrzut z progu i miał odwagę przy tym położyć się do przodu. Wyglądało to bardzo efektownie, zwłaszcza że nie kręcił jak wiatrak, a tylko wyciągniętymi do przodu rękami parę razy rozgarniał powietrze, jakby płynął. W powietrzu był lekko złamany w biodrach, silnie wychylony do przodu z lekko podniesioną głową. Narty w locie utrzymywał Bronek w idealnie równej pozycji. Taki skok wyglądał ładnie. Nic więc dziwnego, że inni zawodnicy zaczęli wnet naśladować zarówno jego styl, jak i ubiór. Skok miał bardzo lekki i dobre lądowanie z prawą nogą nieco cofniętą i ugiętą w kolanie.

W tym samym czasie kiedy Roman Serafin dołączył do ćwiczących sztukę latania skoczków, a na północnym stoku Krokwi (1378 m) przygotowywano się do uroczystego otwarcia najsłynniejszego do dziś obiektu narciarskiego w Polsce, Bronek odniósł ważny sukces w swojej juniorskiej karierze. Na tyle istotny, że wspomniała o nim prasa.

Młody Bronek Czech

„Przegląd Sportowy” z 5 lutego 1925 roku sporo miejsca poświęcił relacji z narciarskich mistrzostw Polski, które kilka dni wcześniej odbyły się w Krynicy. Z wielu zdań wyłuskuję jedno: „W juniorach doskonale zapowiada się Czech Bronisław”. Lakoniczna, jakże celna i prorocza wzmianka została uzasadniona dubletem nastolatka z Zakopanego. Na najwyższym stopniu podium stanął w skokach narciarskich (uzyskując 17,5 i 17 m) i biegu na dystansie dziesięciu kilometrów (1.07:41).

Pochwały zebrał również Władek startujący wśród seniorów. Na skoczni na stokach Krzyżowej (812 m) zwyciężył Henryk Mückenbrunn, wyprzedzając Aleksandra Rozmusa. Dla niegdysiejszego rekordzisty kraju w długości skoku (27 i 38 m w Szumawie) będzie to drugi z rzędu i jeden z siedmiu tytułów mistrza Polski w narciarstwie. Dwanaście miesięcy wcześniej na skoczni w Krynicy również nie miał sobie równych.

Już niebawem do krajowej elity narciarskiej szturmem wedrze się młodszy z Czechów, a jego plecy będą oglądać nie tylko przedstawiciele krajów alpejskich, ale też Skandynawowie – pionierzy ścigania się na nartach i monopoliści w organizowaniu najważniejszych zimowych imprez sportowych świata.

2

Skok w narciarską dorosłość Bronek wykonał bardzo zwinnie.

Płynnie przeszedł od rywalizacji wśród juniorów w sezonach 1925 i 1926 do ścigania się z czołówką seniorów, osiągając po drodze bardzo dobre wyniki na zawodach w Zakopanem, Westerowie i we Lwowie. W 1927 roku był już gotowy do mierzenia się z elitą biegaczy i skoczków narciarskich, niekoniecznie tylko polskich. Potwierdzają to jego wyniki, szczególnie na arenie międzynarodowej.

Dwunastego lutego „Przegląd Sportowy” w relacji z otwartych mistrzostw Czechosłowacji wyróżnia trzech reprezentantów Polski: Władysława Żytkowicza, Kazimierza Schielego i Bronisława Czecha. Niespełna dziewiętnastoletni zawodnik osiąga trzeci czas w biegu na osiemnaście kilometrów w swojej klasie (II klasa seniorów) i szósty wynik w ogólnej klasyfikacji zawodów.

„Sukces Bronisława Czecha” – głosi właściwy akapit w sprawozdaniu Stanisława Faechera, kierownika polskiej drużyny i stałego korespondenta dziennika:

Z Polaków najlepszy czas osiągnął Czech Bronisław. Jest to szósty czas w ogólnej konkurencji, przyczem za nim znalazł się cały szereg najpierwszorzędniejszych sił. W drugiej klasie (seniorów) zdobywa on trzecie miejsce, przytem podnieść należy, że zwycięzca w tej klasie – Novak (Czechosłowacja) – jest mistrzem akademickim na nartach i znanym pierwszorzędnym biegaczem, mającym za sobą wiele zwycięstw. W tych warunkach, miejsce zdobyte przez Czecha uważać trzeba za prawdziwy sukces.

Po Czechosłowacji przyszła pora na Cortinę d’Ampezzo. Były to największe międzynarodowe zawody narciarskie od czasu pierwszych zimowych igrzysk olimpijskich w Chamonix w 1924 roku i próba generalna dla trenerów, kibiców i samych sportowców przed olimpiadą w Sankt Moritz. Z biegiem lat włoskie rozgrywki, z początku zwane zawodami FIS-u lub mistrzostwami Europy, zyskają rangę mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym.

„Dziesięć państw i dwanaście związków narciarskich przysłało na te zawody najlepsze swe siły: Szwecja, Szwajcaria, Niemcy, Włochy, Czechosłowacja, Polska, Francja, Austria, Jugosławia i Węgry były reprezentowane przez najgłośniejsze nazwiska narciarskie – relacjonował Stanisław Faecher. – Brakło na starcie Norwegii i Finlandii po pierwsze dlatego, że Norwegia zajmuje obecnie w narciarstwie stanowisko podobne jak Anglicy w piłce nożnej («myśmy nauczyli świat narciarstwa i – jesteśmy mistrzami»), po drugie dlatego, że państwa skandynawskie wykonują swą cichą umowę, że gdzie jedno z nich startuje, tam inne nie robi mu konkurencji” – pisał w „Przeglądzie Sportowym”.

Nęcąca teoria, ale jednak odrobinę przesadzona. Wygląda na to, że Norwegowie i Finowie zwyczajnie odpuścili sobie wyjazd do Cortiny d’Ampezzo. Wystarczy rzut oka na klasyfikację medalową igrzysk olimpijskich w Chamonix, żeby zobaczyć, że Skandynawowie chętnie konkurowali z innymi narodami, żeby potwierdzić swoją wyższość w narciarskim fachu. W Chamonix Norwegia zgarnęła aż siedemnaście medali, Finlandia jedenaście, zdecydowanie dystansując resztę stawki, w tym Szwecję, która zakończyła zawody z dwoma krążkami.

Prawdziwe jest natomiast stwierdzenie Stanisława Faechera na temat nauczania świata narciarstwa przez skandynawskich szkoleniowców. Z ich kunsztu chętnie – i z dobrymi wynikami – korzystali również nasi zawodnicy. Założony w 1919 roku Polski Związek Narciarski w pierwszych latach istnienia postawił nie tylko na rozwój infrastruktury (budowa skoczni w Dolinie Jaworzynki i na Krokwi), ale też regularnie zapraszał do Zakopanego i Lwowa zagranicznych trenerów. W latach dwudziestych wraz ze skandynawską myślą szkoleniową do Polski przyjechali między innymi Szwed Wilhelm Stolpe i Norweg Bengt Simonsen. Pierwszy z nich rozwinął talenty Józefa Lankosza, Aleksandra Rozmusa, Bronisława Czecha i Stanisława Gąsienicy-Sieczki, sprawiając, że nasi młodzi zawodnicy zrównali się poziomem z większością europejskich konkurentów, a rekordy Krokwi, gdzie szlifowali formę Polacy, dzięki jego wskazówkom były poprawiane kilkakrotnie.

Wydarzeniem stycznia 1927 roku była pierwsza transmisja radiowa z konkursu skoków narciarskich o mistrzostwo kraju, który odbywał się na Krokwi. Skoki – przez radio zatytułowano artykuł z 26 lutego opublikowany w „Przeglądzie Sportowym”:

Świadkiem ostatnich skoków na Krokwi mogła być – bez mała – cała Polska. W niedzielę o godz. 12-tej w słuchawkach radioamatorów zabrzmiało zawołanie: – Halo! Halo! Polskie Radio! Zakopane! Instytucja nasza podjęła istotnie wspaniałą myśl, godną najpierwszych centrów świata. Na trybunie sędziowskiej na Krokwi zainstalowano mikrofon, który był połączony bezpośrednim kablem telefonicznym ze stacją radiową w Warszawie.

Specjalni spikerzy na skoczni zakopiańskiej ogłaszali po polsku i po francusku każdy skok – nazwisko zawodnika i uzyskany wynik. Nikłe słowo pochwycone przez mikrofon biegło kablem przez olbrzymią 500-kilometrową przestrzeń do Warszawy. Drżenie ogarniało słuchacza, gdy spiker sygnalizował skok Czecha, Lankosza, Żytkowicza, Krzeptowskiego. Gdy w końcu Lankosz skoczył 49 m i pobił rekord skoczni, słuchaczów dobiegł odgłos oklasków i okrzyków tłumu widzów. Chciało się też bić oklaski i wołać: brawo! brawo!

Trener Thorleif Aas pewnie braw nie bił, lecz skrupulatnie przyglądał się, śledząc każdy niepożądany ruch skoczka. Przed najważniejszymi zawodami krajan Bengta Simonsena przyjeżdżał do Polski na konsultacje, cykle treningów i odczyty na temat norweskiego systemu szkoleniowego, które prowadził w znanym nam dobrze gmachu zakopiańskiego „Sokoła”. Szpakowaty mężczyzna pracował z polską kadrą między innymi przed wyjazdem do Włoch zimą 1927 roku. Na łamach „Przeglądu Sportowego” ukazała się rozmowa z trenerem, w której ocenił poziom naszych narciarzy.

„Skoczkowie, których widziałem, są bardzo dobrym materiałem, jednak widać po ich skokach, że przez dłuższy czas nie mieli dobrych przykładów i wskutek tego robią wiele błędów, których nie zaobserwuje się u dobrego skoczka. Najbardziej wadliwe pozycje widziałem na rozbiegu i przy odbiciu. Za to chłopcy od 6–10 lat, których obserwowałem na różnych pagóreczkach w Zakopanem, są według mnie świetnym materiałem. Oni to stworzą właściwą klasę polskich skoczków za 10 lat” – prognozował Thorleif Aas.

Norweg przyjrzał się również naszym biegaczom. Uznał, że używają zbyt wysokich i pozbawionych pętli ułatwiających chwyt kijków, wytknął im także zbyt beztroskie podejście do zawodów, których był świadkiem.

Odniosłem wrażenie, że narciarze nie dali z siebie całego wysiłku, na jaki ich stać. Przychodzili do mety nie zmęczeni, zupełnie na świeżo. Do dużej umiejętności biegacza należy umiejętne wypompowanie się. Albo nie dali z siebie tego, co mogli dać, albo są dopiero w treningu i dochodzą do formy, i może dlatego się oszczędzali. Przy takiej łatwej trasie i tak wspaniałych warunkach śnieżnych (mróz i idealny puch) powinni byli uzyskać lepsze oceny.

W prestiżowych zawodach w Cortinie Aas nie liczył na wysokie miejsca polskich zawodników, ale naukę i zdobycie doświadczenia. Rywalizacja z najlepszymi narciarzami z Niemiec, Austrii, Włoch i Szwecji miała – w jego ocenie – zaprocentować w przyszłości. Co do jednego z kadrowiczów Norweg się pomylił.

Na starcie biegu na osiemnaście kilometrów panuje straszny ścisk. Zgłoszono aż stu trzydziestu zawodników, w tym siedmiu z Polski. Byli to: Franciszek Bujak, Kazimierz Schiele, Bronisław Czech, Władysław Żytkowicz, Andrzej Krzeptowski I[3], Aleksander Rozmus i Stanisław Gąsienica-Sieczka. Pięciu ostatnich wystartuje również w kombinacji, czyli do wyniku biegu dołoży punkty za dwa skoki narciarskie.

Wielkie zainteresowanie zawodami sprawia, że sam start trwa dwie godziny. Słońce przygrzewa, chociaż to dopiero początek lutego. Szczęśliwcy losują niskie numery startowe, więc ruszą na trasę, zanim zrobi się gorąco. Bronek Czech musi długo czekać na swoją kolej – wylosował siedemdziesiąt osiem. Temperatura daje się zawodnikom we znaki. Biegu nie ukończy niemal co drugi z nich, z trasy schodzi między innymi wycieńczony Stanisław Gąsienica-Sieczka. Niezrażony aurą Bronek przybiega do mety jako dwunasty. Przed nim – jedynie elita zawodników z Czechosłowacji, Szwecji, Niemiec i Włoch.

W kraju zaskakujący wynik Polaka uznano za wielki sukces. Na skoczni jeszcze go poprawi, awansując w klasyfikacji generalnej kombinacji na piąte miejsce. Dzięki bardzo dobrym skokom do pierwszej dziesiątki awansuje również Andrzej Krzeptowski (dziewiąta lokata).

W swej korespondencji w „Przeglądzie Sportowym” Stanisława Faecher rozpływa się nad kondycją znakomitego duetu i kreśli świetlaną przyszłość polskiego narciarstwa.

Dzięki Czechowi i Krzeptowskiemu znaleźliśmy się w pierwszej dziesiątce zawodników w najważniejszym w każdych zawodach biegu kombinowanym. Zwłaszcza wynik Czecha jest dla nas prawdziwym sukcesem, który należy dobrze ocenić. Dał on nam na 10 narodów 4. miejsce. [...] W tej kolosalnej konkurencji, jaka była w Cortinie, zajęliśmy miejsca zaszczytne, a w kombinacji honorowe. Odgrywamy już poważną rolę w najlepszej klasie europejskiej i przy dalszej pracy potrafimy wznieść się jeszcze wyżej.

Po występach Bronka Czecha w mistrzostwach Czechosłowacji i zawodach w Cortinie d’Ampezzo „Przegląd Sportowy” stwierdza, że młody zakopiańczyk zasłużył na sławę najlepszego polskiego biegacza. Pisano o nim: nasza przyszłość i nadzieja.

W następnych startach Bronek umocnił zaszczytną pozycję lidera. Z mistrzostw Tatr Południowych przywiózł pierwsze miejsce w karkołomnym biegu terenowym na dystansie czterech kilometrów, był też w czołówce w skokach i kombinacji. Największy sukces sezonu zostawił sobie jednak na deser i rozgrywane pod koniec marca w górach Rax, wyjątkowo szczęśliwe dla Polaków zawody o mistrzostwo Austrii, znanej z bogatych tradycji narciarskich.

Na dworcu w Krakowie przed wyjazdem na narciarskie mistrzostwa Austrii. Widoczni m.in.: Władysław Mietelski, Bronek Czech (stoją pierwsi z lewej) i Janina Loteczkowa

Tak dobrego startu zagranicznego nasi narciarze dotąd nie mieli. Z Austrii Polacy przywieźli aż trzy tytuły mistrzowskie. Złoto zdobyli: Bronek Czech, zwycięzca biegu na dwanaście kilometrów (w efektownym stylu – 1 min i 25 s przed najgroźniejszym rywalem, Austriakiem Hansem Rattayem); w biegu pań najlepsza była Janina Loteczkowa, wybitna i niezwykle utytułowana narciarka, uznana w sezonie 1926/1927 za najlepszą zawodniczkę Europy; oraz Władysław Mietelski, triumfator pełnego emocji konkursu skoków narciarskich. W pierwszej serii Bronek Czech ustanowił rekord skoczni, skacząc trzydzieści trzy i pół metra, ale podczas drugiej próby silny podmuch wiatru rzucił nim o lód. Pecha miał również faworyt, wspomniany Hans Rattay, który poobijał się jeszcze mocniej i został odniesiony do schroniska, gdzie udzielono mu pomocy.

Potrójne zwycięstwo w Austrii było wielkim triumfem polskiego narciarstwa. Największym jak dotąd odniesionym poza granicami kraju.

„Cóż powiedzieć o tych zawodach? Propagandowo sukces kolosalny. Już w sobotę i niedzielę [25–26 marca 1927 roku – przyp. aut.] wieczorem rozgłosiły radiostacje w Rosenhuegel i w Krakowie – na cały świat, że Polacy zdobyli wszystkie mistrzostwa Austrii. W Wiedniu będą to dobrze pamiętali. Sportowo – sukces też duży, aczkolwiek nie tak wielki jak propagandowo” – pisał w relacji dla „Przeglądu Sportowego” Henryk Szatkowski.

W podobnym tonie wypowiadał się Bronisław Czech. Zresztą do zawodów w Austrii będzie przez lata wracał z sentymentem, stawiając to mistrzostwo wśród swoich największych osiągnięć.

„Zdobycie tytułów mistrzowskich Austrii jest o tyle cenniejsze, że kraj ten jeden z pierwszych na kontynencie zaszczepił u siebie narciarstwo, które posiada już kilkudziesięcioletnią tradycję, pełną znakomitych nazwisk zasłużonych wyczynami turystycznemi i czysto sportowymi. Narciarstwo w Austrii jest bardzo popularnym sportem. Z samego Wiednia wyjeżdża co niedzielę w zimie kilkadziesiąt tysięcy ludzi w okolice podmiejskie – na Rax czy Semmering. Okazuje się jednak, że małe Zakopane może doskonale zwyciężyć na nartach wielomilionowy Wiedeń, o czem przekonaliśmy dobitnie Austrjaków” – pisał w ostatnim, sylwestrowym numerze „Przeglądu Sportowego” z 1927 roku.

Nic dziwnego, że polscy narciarze kończyli rok w dobrych nastrojach i ze sporymi oczekiwaniami wyglądali zbliżającej się prestiżowej imprezy – igrzysk olimpijskich w Sankt Moritz. Rozwój infrastruktury i umiejętności najlepszych zawodników, dobre wyniki potwierdzone startami na arenie międzynarodowej i przynosząca wymierne korzyści współpraca z zagranicznymi trenerami pozwalały liczyć na coś więcej niż tylko zdobywanie doświadczenia i narciarskiej ogłady w konfrontacji ze światową elitą.

W dobrym nastroju był zapewne Bronek Czech. Jego świetna postawa nie tylko w Polsce, ale też w Czechosłowacji, Austrii czy we Włoszech została doceniona przez dziennikarzy i czytelników „Przeglądu Sportowego”, organizującego drugą edycję plebiscytu na najlepszego sportowca kraju. W 1927 roku młody zakopiańczyk znalazł się na wysokim szóstym miejscu. To było pierwsze tego typu wyróżnienie dla polskiego narciarstwa (od razu podwójne – tuż za Bronkiem Czechem znalazła się Janina Loteczkowa) i pierwszy z sześciu kolejnych sezonów, w których Bronek Czech znajdzie się w gronie najpopularniejszych zawodników Polski – bez względu na reprezentowaną dyscyplinę i skalę dokonań.

Sezon olimpijski rozpoczął z przytupem godnym lidera drużyny narodowej. Jeden z ostatnich testów formy reprezentantów Polski zorganizowano w połowie stycznia w Zakopanem. Zgodnie z oczekiwaniami Bronek Czech zwyciężył w biegu głównym na dystansie osiemnastu kilometrów, wiodącym z Lipek przez Krzeptówki na Gronik, Drogę pod Reglami i z powrotem. Ale to nie na trasie zawodów, a na Krokwi pokazał przebłysk znakomitej dyspozycji. Najpierw w konkursie skoków zanotował dwie najdalsze próby – na odległość 51 i 53,5 metra – ale to, co najlepsze, zostawił na koniec.

„Skoki poza konkursem” – obwieścił przez tubę spiker zawodów ku uciesze półtoratysięcznego tłumu kibiców. „Skacze Bronisław Czech, Sekcja Narciarska Towarzystwa Tatrzańskiego”. Chwila i jest sylwetka skoczka. Rusza w dół, nabiera pędu, wybija się w powietrze i leci. Leci wysoko, pewnie, daleko i długo. Tak długo, jak jeszcze w Polsce nie poleciał nikt.

Wreszcie wylądował. Wokół konsternacja, nerwowe odmierzanie odległości, bieganie z metrem za śladem pozostawionym na śniegu przez Bronkowe narty. W końcu pełną napięcia ciszę przerywa ponownie głos spikera. „Rekord Polski pobity. Czech skoczył sześćdziesiąt jeden metrów!” – o ciszy nie ma już mowy. Są za to wiwaty, burza braw i gratulacje płynące pod adresem nowego, chociaż nieoficjalnego rekordzisty Krokwi i kraju.

Na tych samych zawodach z seniorami rywalizował trzynastolatek z Zakopanego. Przyjdzie czas, kiedy usłyszy o nim cała Polska. Również my niebawem do niego wrócimy.

Bronek zaliczył pomyślnie także ostatni przedolimpijski egzamin rozgrywany w Krynicy pod koniec stycznia. W liście do domu z 30 stycznia 1928 roku pisał:

Kochana Mamo!

Poszło dobrze, lepiej, niż myślałem, tak, że nie wiem, gdzie ułożyć te nagrody, których mam aż pięć, to jest zegarek złoty „Omega”, dwie statuetki brązowe, jeden puchar srebrny i bardzo ładną skórzaną walizkę. Biorę te nagrody do Krakowa i zostawię je u p. Faechera albo u Boczara. Wyjeżdżamy z Krynicy w środę rano. Dotychczas powodzi nam się doskonale. Bankiet był pierwszorzędny, w ogóle Krynica szarpie się, jak może. Wszyscy są zadowoleni: i my, i oni. Czy Władek wyjechał już z Zakopanego? Nie mieszkam sam, tylko w dwóch pokojach mieszka nas sześciu. SN PTT osobno, „Sokół” z „Wisłą” osobno. Za parę dni napiszę, ale już z St. Moritz.

Pozdrowienia dla wszystkich w domu.

Całuję rączki – Bronek

Kilka dni później Bronek w towarzystwie kolegów narciarzy stawił się ze spakowaną walizką na dworcu w Krakowie. Pierwszego lutego koleją – przez Wiedeń – do Sankt Moritz wyruszyła część polskiej kadry złożona z oficjeli, a także reprezentantów skoków, biegów narciarskich i patrolu wojskowego, dyscypliny łączącej biegi ze strzelectwem – pierwowzoru dzisiejszego biathlonu. Władek zdążył na czas; w Szwajcarii miał się zaprezentować właśnie w tej ostatniej dyscyplinie. Do Sankt Moritz, osobno, pojechali również polscy hokeiści i bobsleiści.

Na miejsce dotarli z jedną wpadką. Po drodze, w Dziedzicach, przymusowo wysiadł i musiał zawrócić Władysław Mietelski. Okazało się, jak podawała prasa, że nie dostał na czas paszportu. Do Sankt Moritz miał dojechać później. Druga niespodzianka spotkała kadrę już w szwajcarskim kurorcie: gospodarze zarezerwowali dla Polaków o kilka miejsc noclegowych za mało. Nieporozumienie zostało szybko wyjaśnione, a sprawa załatwiona i wieczorem każdy miał gdzie się położyć. Wcześniej – po posiłku – skoczkowie ruszyli na krótki spacer pod skocznię, gdzie już niebawem miała się rozegrać walka o medale i zaszczytne miejsce w historii sportu.

Pewnie niejeden z kadrowiczów oczyma wyobraźni widział siebie w dalekim locie, najlepiej aż na olimpijskie podium. Być może za sprawą potęgi marzeń ciężar upragnionego medalu poczuł na szyi także Bronek. O ile koledzy mogli beztrosko rozmyślać o ewentualnym sukcesie, o tyle w jego przypadku waga presji musiała być odczuwalna.

„Skocznia olimpijska robi niezwykłe wrażenie. Wykończona w każdym calu, do ostatniego dotknięcia grabi i łopaty, przedstawia się jak model z cukru i jest ostatnim słowem tego, co od skoczni dla treningu wymagać można. Trudno sobie wyobrazić, czy w dzień konkursu będzie mogła wyglądać lepiej. [...] Nigdzie ani kamyczka, wszystko wymoszczone przepysznym śniegiem, szeroki zeskok obrzeżony śnieżnym wałem, wspaniale przygotowany rozbieg składają się na najlepsze wrażenie i przeświadczenie, że trening nasz niewątpliwie nie pójdzie na marne” – zachwycał się kierownik kadry Stanisław Faecher w „Przeglądzie Sportowym”.

Aklimatyzacja skoczków na nowo poznanym obiekcie wypadła śpiewająco, szczególnie w przypadku Bronka Czecha. Na treningach regularnie przekraczał linię sześćdziesiątego metra, ustanawiając przy okazji nowy rekord Polski – 62,5 metra, co nie uszło uwagi nie tylko postronnych kibiców, ale też Norwegów, coraz częściej dostrzegających w Polaku zagrożenie dla swej narciarskiej hegemonii. Potencjał zawodnika zanotowali także szkoleniowcy i działacze Polskiego Związku Narciarskiego.

„Polska ma jednego zawodnika o klasie światowej. Jest nim Bronek Czech. Wspaniały ten talent, na który zwróciły uwagę już wszystkie drużyny konkurencyjne, powinien w kombinacji przebić się na jedno z 10-ciu pierwszych miejsc. W skokach może być wśród 7-miu pierwszych” – prognozował w przedolimpijskiej sondzie „Przeglądu Sportowego” norweski trener Bengt Simonsen.

Prezes Polskiego Związku Narciarskiego Aleksander Bobkowski zapytany o typy postawił na dyplomację, ale i w jego słowach dominował optymizm wynikający przede wszystkim z wiary w dwudziestoletniego zakopiańczyka.

„Jakie miejsce? Odpowiedź trudna i ryzykowna. W konkurencji indywidualnej od 10-go do 15-go, w zbiorowej narodów w najlepszym razie 5-te lub 6-te. Indywidualnie mam na myśli oczywiście Bronka Czecha, ale jeden Bronek Czech jest ostatecznie tylko jednym Bronkiem Czechem. Gdyby ich było kilku – szanse nasze byłyby zgoła odmienne. Do tych «kilku Bronków» – brak nam jeszcze roku pracy. Niestety Olimpiada na to nie czeka” –powiedział „Przeglądowi Sportowemu”.

Olimpiada nie wybacza też błędów, o czym boleśnie przekonał się lider naszej kadry.

Zaczął znakomicie. W biegu na 18 kilometrów zajął wysokie piąte miejsce wśród zawodników startujących w kombinacji (41 startujących) i czternaste w klasyfikacji ogólnej (66 zawodników). Komentatorzy mówili wprost o sensacji. Polak zostawił za plecami całą grupę utytułowanych narciarzy, między innymi reprezentantów Norwegii i Szwecji. Mimo wysokiej lokaty po biegu Bronek czuł niedosyt. W rozmowie z dziennikarzami przyznał, że żałuje, iż „nie wypompował się do ostatniej możliwości”. Czuł, że na trasie mógł urwać nawet minutę.

Świetna dyspozycja podczas treningów na skoczni sprawiła, że Bronek Czech pojawił się w gronie faworytów wyścigu o olimpijski medal. Być może właśnie trema w połączeniu ze zbyt dużą presją sprawiły, że najważniejsze ze sportowych trofeów przeszło mu koło nosa.

„Tak szarpiącego nerwy dnia jak sobota olimpijska – nie przeżyliśmy zapewne nigdy w historii naszych spotkań sportowych. Pewne drugie miejsce w mistrzostwie olimpijskim wysuwa się z rąk za zrządzeniem ślepego wypadku – napisze później w «Przeglądzie Sportowym» naoczny świadek tamtych wydarzeń Stanisław Faecher. – Odbicie się, lot przez powietrze, złamanie ciała wyrywają okrzyk zdziwienia z ust ludzi stojących wzdłuż zeskoku. Lądowanie jednak niedobre. Narty opadają równo na śnieg, narciarz przyklęka, jedzie kilkanaście metrów i pada w prawo. Wyraźny upadek z nieprzetrzymania napięcia nerwowego, gdyż ani długość skoku nie była zbyt wielka (56 m), ani ten upadek nie został spowodowany fałszywym lądowaniem. Wiemy, niestety, dobrze, co znaczy taki upadek. Jest to dla nas strata co najmniej ośmiu miejsc”.

W drugiej serii Bronek Czech skacze dobrze, daleko. Sześćdziesiąt i pół metra w nienagannym stylu, z pewnym lądowaniem. Kończy kombinację na dziesiątym miejscu. Prosta arytmetyka podpowiada, że gdyby nie feralna pierwsza próba, Polak stanąłby co najmniej na drugim stopniu olimpijskiego podium. Co najmniej, ponieważ w literaturze można znaleźć wyliczenia bardziej optymistyczne od tych podanych przez Stanisława Faechera.

Stanisław Ziemba, autor książki Śladami dwóch desek. Zarys dziejów narciarstwa, pisze wprost: gdyby nie pierwszy skok z upadkiem, dwudziestolatek z Zakopanego zostałby mistrzem olimpijskim. Wspomina również o szacunku, jakim darzyli go kibice w Sankt Moritz. „Sympatia, którą widzowie odczuwali dla tego wyjątkowego zawodnika, wyraziła się podczas upadku spontanicznym jękiem”.

Kombinację wygrał Johan Grøttumsbråten. Znakomity Norweg co prawda zdystansował Bronka na trasie (czas 1.37:01 przy 1.48:58 Polaka), ale na skoczni już tak mocny nie był – osiągnął 49,5 i 56 metrów.