Opis

 

- Proszę sobie przypomnieć, że jeszcze sto lat ziemskich temu nikt nie myślał o tym, że garstka ludzi i wysłannik z zupełnie innej planety, wyruszy wspólnie na misję, której celem będzie spotkanie z kolejną obcą cywilizacją. Proszę sobie sprawdzić, czym dla antycznych Greków były ideały i dlaczego nigdy nie powinno się osiągnąć spełnienia. Wreszcie proszę zdać sobie sprawę z jednego! Nasza “Skoczkini” jest sunącą przez gwiezdny bezkres perfekcją,  właśnie dlatego, że jest taka niedoskonała, że ma usterki. Dopóki nasze wytwory pełne są wad pozostają nasze, ludzkie...

- Aha. To ja przepraszam, może już sobie pójdę pobyć sama.

W dziwnej przyszłości pewien wyjątkowy statek zwiadowczy wyrusza w całkiem zwyczajną misję. Załoga składająca się z ludzi, nieludzi i innych dziwaków, ma jedno proste zadanie - dotrzeć do nadawców pewnej wiadomości. Niestety, w kosmosie jest zupełnie inaczej, niż myślisz… Sięgnij po zbiór reportaży, nagrań i zapisków z pokładu “Skoczkini”, by przekonać się, że podróże międzygwiezdne to nie są rurki z kremem.

 

Dominika Węcławek - scenarzystka komiksowa, autorka książek science fiction, oraz dziennikarka przez ponad 17 lat współpracująca z takimi tytułami jak Przekrój, National Geographic Traveler, Newsweek czy Życie Warszawy. Z wykształcenia filozof.

 

Ilustracja na okładce: Maciej Baranowski, ilustracje w tekście: Piotr Michalak.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 156

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


SKOCZKINI

zapiski z międzygwiezdnego lotu

Dominika Węcławek

Biblioteka Fenixa #2

Wprowadzenie

Nazywam się Nika, Nika Brassel. Kiedy wyruszałam w tę podróż, byłam jak nadęta szczylówa, której wydawało się, że jest wielką reporterką i złapała kometę za ogon, bo oto jeszcze większa gazeta wysłała ją z misją relacjonowania niesamowitej wyprawy. Prawda tymczasem jest zupełnie inna. Widzę to dopiero z perspektywy czasu. Teraz, bogatsza w doświadczenia, nieco mądrzejsza i zapewne też znacznie silniej napromieniowana przez krążące w kosmosie cząsteczki, siedzę bardzo daleko od Ziemi, Keplera i stanic krawędziowych i już wiem… Jestem straszną szczylówą. Na szczęście już nie tak nadętą. Nie pracuję już dla wielkiej gazety, którą dystrybuuje milion źródeł w Okeanum. Jestem też dużo starsza, choć relatywnie i świadomie upłynęło niewiele czasu. Zapewne na Ziemi jest już zdecydowanie później. Może takie instytucje jak Alians Międzyplanetarny, czy redakcja Trybuny już nie istnieją. Może Okeanum nie funkcjonuje tak, jak wtedy, gdy relacjonowałam start naszej “Skoczkini”. Jedno jest pewne, zamykając w dość staroświeckiej formie, jaką jest kapsuła, transkrypcję wszystkich naszych rozmów, raportów, doniesień medialnych i mojego dziennika, mam nadzieję, że uda mi się pokazać wam - szczęśliwym znalazcom - jak naprawdę wyglądała nasza misja.

Co nam niesie Zwycięska?

W ostatnich miesiącach obywatele wszystkich planet i satelitów - tak naturalnych, jak i tych wyniesionych w kosmos rękami mas ludu pracującego - zwracali swe oczy i uszy ku tym strumieniom Okeanum, które niosły kolejne krzepiące wieści ze stoczni “Zwycięska” na Psamanthe. Tam to bowiem kolektyw naukowczyń i naukowców, specjalistów i wynalazczyń wraz z zespołem niestrudzonych szkutników międzygwiezdnych, monterów i spawaczy, drukarzy i ogniwomistrzów, w pocie czoła, ale i z uśmiechem na twarzach urealniał najpiękniejsze z ludzkich, keplerańskich, a może i nawet kiełkujących pod kopułami cybernetycznych asystentów, marzeń!

Oto bowiem wykuwała się nasza przyszłość, nasz wkład w rozwój Aliansu - oto rodziła się “Skoczkini”.

Kimże jest owa tajemnicza dama? Czy to piękna, niczym prastara kołchoźniczka, dziewczyna, która pod ramię z nowymi rasami ruszy w przyszłość? A może to nowoczesna maszyna, która każdej komórce rodzinnej czy to pod ziemskimi, czy wenusjańskimi, a może nawet i keplerańskimi strzechami, nieść będzie wsparcie i dawać siłę, by każdy obywatel Aliansu mógł jeszcze lepiej budować wspólne jutro?

Cóż, według ostatnich referatów wygłaszanych na międzyplanetarnym zjeździe budowniczych naszego dobrobytu, “Skoczkini” jest wszystkim tym po trochu. Warto jednak podkreślić, iż jest to przede wszystkim nowy statek rozpoznawczy dzierżący dumnie numer znamionowy F300. Już w październiku, miesiącu, który od zawsze naznaczony był piętnem wielkich zdarzeń historycznych, F300 “Skoczkini” wyruszy w swój dziewiczy rejs, uświetniając tym samym okrągłą, pięćdziesiątą rocznicę rozpoczęcia międzyplanetanrego projektu “Poznanie”.

Wśród 63 członków załogi - zgodnie z życzeniem Rady - znalazło się też kilka miejsc przenzaczonych dla naszych odbiorców. Jeśli więc widzisz tę wiadomość w swym strumieniu Okeanum nie czekaj. Już dziś dołącz do załogi!

Skoczkini cię potrzebuje!

Trybuna Międzyplanetarna

Twoje źródło w Okeanum

Nieustraszona Skoczkini i udany plan na Poznanie

Statek ma nazwę “Skoczkini”. Dlaczego? To jedno z ulepszeń realizowanego właśnie przez Alians Międzyplanetarny planu mającego na celu szerzenie jedności i braterstwa między przedstawicielami wszystkich ras i układów gwiezdnych.

Niedługo trwała nasza rozmowa z oficerem oddziału zjednoczenia inżynierów i szkutników przy zakładach produkcyjnych stoczni “Zwycięska” na Psamanthe, Delią Shire, ale i to wystarczyło, żeby wiele dowiedzieć się o postępach prac nad dumą i chlubą naszego Układu Słonecznego.

- W czwartą miesięcznicę wdrożenia nowego planu konstrukcyjnego możemy śmiało powiedzieć, że F300 oddana zostanie do użytku, by wyruszyć w swój dziewiczy rejs ku lepszej przyszłości, przed czasem. Czas w ten sposób zaoszczędzony, kolektyw nasz zamierza przeznaczyć na jeszcze dokładniejsze zgłębianie udoskonaleń układów pędnych stosowanych przez nasze siostry i braci z odległego Keplera - przyznaje Delia Shire.

Z dumą prezentuje też bogate rejestry i szkic finalny projektu nowego statku. Jak wyjaśnia przebywający z nami na terenie zakładu komendant Gilson, F300 tylko pozornie przypominać może wykorzystywane z powodzeniem od lat zwiadowcze jednostki międzyplanetarne.

F300 Skoczkini wykorzystuje doskonale sprawujące się rozwiązania konstrukcyjne, znajomy jest kształt głównej bryły, zwłaszcza burty i część rufowa. To, co nowatorskie, F300 skrywa w swym wnętrzu.

Młodzi inżynierowie i wynalazcy siłą kolektywnego działania zadbali o to, by każde z pomieszczeń technicznych, od maszynowni, po laboratoria, mogło jeszcze lepiej przysłużyć się pracy ludzkich, automatycznych i keplerańskich rąk. Są więc doskonałe drukarki spożywcze, wysokiej klasy instrumenty badawcze czulsze niż matczyna troska, gdy pochyla się nad dziatkami widząc, jak rosną na prawych obywateli naszego Aliansu. Superchłonne panele opracowane w ramach pionierskiego obozu naukowego mają za zadanie jeszcze lepiej wyłapywać promieniowanie kosmiczne. Nowoczesne stosy przetwarzać je będą na energię niezbędną do przerzucania “Skoczkini” na potężne dystanse. Wszystko to jednak byłoby niczym marny pył na zapomnianej drodze, gdyby nie potęga przyjaźni i międzyplanetarnej współpracy. Jej owocem stał się alternatywny napęd skonstruowany wedle schematów i technologii dostarczonej przez braciosiostry z Keplera.

Gdyby więc jakiś niestrudzony obserwator stanął w próżniowym doku psamanthejskiej stoczni i spojrzał na szkielet konstruowanego statku, bez trudu zauważyłby wydłużone ramię dziobowe z długim masztowatym pomostem łączącym główną część statku z pięknym stożkiem. Niech was jednak nie zwiedzie jego delikatna, lśniąca powłoka. Oto bowiem, twardszy od irydu stop metali chroniący serce keplerańskiego napędu.

Ten zaś już jest na miejscu!

Przodownicy pracy ze stoczniowego biura projektowo- wykonawczego chętnie dzielą się słowami uznania po kolejnych, udanych eksperymentach. Z niecierpliwością wypatruj dnia, w którym załoga F300 zaokrętuje się i wyruszy w dziewiczy rejs.

Nie wszystko jednak idzie po myśli psamanthejskich kosmicznych szkutników. Oto bowiem kolektywnie dostrzegają braki w zaopatrzeniu w ziemskie zasoby niezbędne do napełnienia zbiorników drukarek. Problemem okazuje się też subwencjonowanie urańskich tuczników, które mają stanowić jedno z głównych źródeł białka dla przyszłych poszukiwaczy gwiezdnego szczęścia. Zaskakują opóźnienia w dostawach realizowanych przez Komstarlog.

Dlatego właśnie cała nadzieja w młodych, w nieustraszonych ochotnikach i ochotniczkach przybywających prywatnymi mikrotransportowcami. To oni zadeklarowali pomoc i wsparcie dla misji „Poznanie” i zamierzają w swym czasie wolnym od zobowiązań wobec Aliansu, dostarczać brakujące towary wprost do pojemnych ładowni “Skoczkini”.

Tak powinna wyglądać przyszłość naszej kosmonautyki, całej ludzkości, a może nawet wszechpopulacji Drogi Mlecznej!

Tylko oddaniem i wspólną pracą wszystkich rąk wyniesiemy nasz Alians wyżej i dalej!

W czterdziestą piątą rocznicę misji “Poznanie”, młodsza korespondentka Nika Brassel.

Źródło Młodych

Reportaż z pierwszej misji statku rozpoznawczego F300

Trudno o lepszy plan uczczenia okrągłej rocznicy programu Poznanie, niż rozpoczęcie kolejnej misji. Tym razem wyjątkowe są nie tylko cele. O tym jednak opowie nasza specjalna wysłanniczka.

Znajdujemy się właśnie w porcie Psamanthe, skąd już za chwilę wyruszy w swą dziewiczą misję najnowszy statek zwiadowczy F300. Choć jego konstruktor znany jest z niezwykłych projektów, tym razem to nie maszyna ma robić wrażenie, ale skład załogi i cel podróży…

Krępa kobieta o ciemnych włosach i bystrym spojrzeniu nerwowo obraca w palcach bransoletkę. Niewiele od niej wyższy, choć obdarzony delikatniejszymi rysami mężczyzna kompulsywnie pociąga nosem i rozgląda się tak, jakby szukał bezpiecznej kryjówki.

Oddajmy teraz głos tym, bez których F300 nie opuściłby doków stoczniowych. Przed państwem Delia Shire i Lasse Mar… Margauh, dwoje inżynierów stojących na czele kolektywu konstrukcyjnego F300. Proszę nam powiedzieć na co właściwie patrzymy?

- To jest… statek - wykrztusza mężczyzna.

Kobieta natychmiast przejmuje inicjatywę.

- Owoc naszych wielomiesięcznych wytężonych prac, jednostka zwiadowczo-badawcza F300 tylko z pozoru niewiele się różni od swoich poprzedniczek. Postawiliśmy na sprawdzone rozwiązania - Delia wyrzuca z siebie słowa niczym karabin, na wdechu zaś poprawia wymownym gestem stójkę munduru galowego. Podobnie jak inni inżynierowie ze stoczni Neptuna ma stopień oficerski.

- Proszę zwrócić uwagę na matową powłokę. Odpowiada za pochłanianie energii cząsteczkowej i przekazywanie jej do maszynowni, która będzie wspierała naszych wspaniałych kosmo… - wypowiedź przerywa burza oklasków.

Matowa powłoka kanciastej bryły właśnie przechodzi swój pierwszy test wytrzymałościowy, gdy wypełniony szampanem pocisk trafia dokładnie między dwie lśniące czerwienią litery K i O.

- Nie wiem kto wpadł na ten pomysł - mówi cierpko Kalla Mosdef, kapitan.

- W ciągu ostatnich dwóch dekad numery znamionowe doskonale się sprawdzały. Statek nie potrzebuje imienia by wykonywać dobrze swoją pracę, a naszej misji nadaje się niepotrzebny rozgłos.

- Może to nie jest najlepszy moment... - Bosman nachyla się i szepce znacząco, przygryzając fajkę tak, jakby zaraz miał dodać coś bardzo ważnego, ale przerywa mu syrena ostrzegawcza. Załoga F300 wchodzi na pokład.

- Pani kapitan tak zawsze, proszę jej wybaczyć. - Bosman Levkun pokazuje znacząco w kierunku portowego doku. - Wylatała więcej godzin, niż wszystkie te obwieszone błyskotkami dziady, co się kręcą przy ministerium. Dobrze, że to ona z nami leci. Babeczka ma dobrą rękę do ludzi. No… Tylko nie do tych na stołkach, rozumie pani. A ta cała heca, to imię, reflektory, konfetti - dupetti, no niech sama pani powie, na co to komu? Nam to niepotrzebne, my zapinamy pasy i lecimy.

Ten starszy mężczyzna o szarych oczach i przeoranej bruzdami twarzy uśmiecha się patrząc pogardliwie w stronę iluminatora, za którym widać platformę. Na niej stoją przedstawiciele Aliansu. Gruba powłoka statku zagłusza słowa przemówienia ministra, który właśnie peroruje z zapałem. Prawdopodobnie coś o nowych szansach, przełomie i parytetach.

- Lecimy nie pierwszy raz i nie pierwszy raz mamy, wie pani, pozyskiwać i poznawać. Robienie z tego zagadnienia to chyba jakiś gruby przewał, no ale, rozumie pani, ja tam się cieszę. Im człowiek dalej od tego bajzlu, tym lepiej. I to jest dobre. Poza naszym układem atmosfera się oczyszcza, rozumie pani. Mnie tam te cele i idee jakoś tak nie tego… - Macha ręką i podchodzi do grupy techników.

Jesteśmy wewnątrz statku zwiadowczego F300. To, co państwo mogą dostrzec w tym nikłym świetle, to przede wszystkim specjalne oprzyrządowanie i okablowanie. Nie pozostaje tu zbyt wiele przestrzeni życiowej. Dla sześćdziesięciu trzech osób wyruszających na misję, ten wypełniony szumem wentylatorów i buczeniem komputerów, ciasny statek będzie drugim domem...

*

- Jak w formikarium, prawda? - z uśmiechem rzuca doktor Turżańska, idąc dziarskim krokiem w stronę mesy.

- Pani doktor to jest gościówa. - Bosman Levkun oddaje książkę kodów młodszemu nawigatorowi i nachyla się do mikrofonu. - Coś pani powiem. Nasza załoga to są same asy. Karolinka na ten przykład zapracowała sobie na miejsce w naszej gwiezdnej łajbie jeszcze w pieluchach. Pani wie, że to jej babcia kierowała tymi mądralami, które ugadywały się z Wodnistymi? Jak polecieli na Keplera to Karolci nawet jeszcze w planach nie było. Matka, wspaniała kobieta, przystojna, silna, siedziała na tej parszywej, mokrej planecie i dumała, o co też chodzi z tymi całymi Keplerowcami. A wie pani, że babcia naszej doktorówny to była na Ziemi lekarką i żeglarką? Ale co ja tam będę przynudzał, niech pani sobie pójdzie do jądra ciemności i zobaczy innych.

Za tymi grodziami znajduje się mózg statku, czyli mostek kapitański. Wstęp mają tu tylko wybrani, ale mało kto im zazdrości i zaraz przekonają się państwo, dlaczego. Wejdźmy zatem do miejsca, które członkowie załogi pieszczotliwie nazwali… jądrem ciemności.

- Proszę to zgasić! - rozlega się okrzyk. - Jak mamy poprawnie wprowadzić koordynaty?! Cholerne dziennikarzyny…

Jedynym źródłem światła w pomieszczeniu pozostają podświetlane przyciski, szklane ekrany dotykowe i HUDy pomagające precyzyjnie namierzać dziury skokowe. Choć przestrzeń wokół F300 wygląda na dość pustą, w każdej chwili może zdarzyć się coś, co będzie wymagało natychmiastowego działania. Nie ma mowy ani o dłuższej chwili odpoczynku na wachcie, ani o tym, by porozmawiać o obawach i marzeniach. Nie czas na to, gdy z prędkością zbliżającą się do Pierwszej Świetlnej Granicznej, suniemy ku nieznanemu.

Nawigatorzy i pozostałe osoby odpowiedzialne za utrzymanie stabilności lotu unikają nawiązywania kontaktu wzrokowego z resztą załogi. Uwagę zwraca natomiast zakątek wypełniony monitorami, które nie pokazują tego, co na zewnątrz, lecz to, co w środku.

Oto widzą państwo miejsce, z którego koordynator Aliansu monitoruje realizację międzyplanetarnego zarządzenia równościowego. Pani kapitan, czy zechce pani powiedzieć więcej o szczególnej roli przedstawiciela władz?

- Wszyscy jesteśmy równi wobec regulaminu panującego na statku, a przydzielone zadania w zupełności odpowiadają posiadanym przez nas kompetencjom.

Czy to samo można powiedzieć o naszym szczególnym gościu?

- Nie widzę żadnej konieczności, by przykładać szczególną uwagę do tego, kto skąd pochodzi. Od wielu lat towarzyszą nam humanoidy. Wystarczy odwiedzić naszą maszynownię, by przekonać się, że mimo pierwotnych obaw, stały się one integralną częścią każdej załogi i wnoszą pozytywną wartość dodaną budując ogólne dobro - kończy dyskusję kapitan Mosdef.

- A nasza maszynownia znajduje się dokładnie 3267 kroków od mostka - dorzuca konfidencjonalnym tonem młody nawigator o chabrowych oczach.

Zauważyli państwo spojrzenie tego młodego człowieka? Ponieważ pochodzenie wszystkich członków załogi jest teoretycznie tajne, możemy jedynie przypuszczać, że to jedna z hybryd, o których nieoficjalnie mówi się coraz częściej. Firma Musk INC. przygotowała już modele testowe. Nie byłoby więc niczym zaskakującym, gdyby ekscentryczny dyrektor zdecydował się umieścić jeden egzemplarz właśnie na F300. Chodźmy jednak do maszynowni, gdzie w pocie czoła uwijają się inżynierowie niższego szczebla, wszyscy w jednakowych białych uniformach. Proszę jednak zwrócić uwagę na starszego chorążego Wiessa…

- W tej piąteczce o tej porze każdy daleko zajechać może - porykuje donośnie na całe pomieszczenie Wiess. Ten stary wyga pamięta jeszcze pierwsze starty rakiet Falcon Heavy, kiedy pół świata wstrzymywało oddech obserwując wylatujące poza przestrzeń okołoziemską kabriolety. Nikt nie ma pewności, czemu ten niezwykle doświadczony specjalista od napędów zawdzięcza swoją długowieczność. Gdy jednak jest wystarczająco daleko, jego podwładni szepczą, że musiała go dopaść jakaś wczesna emisja i zwyczajnie zmienił się w atomowego mutanta.

- Pani patrzy, piąty zderzacz pięknie nam tutaj wszystko napędza. O taką technologię walczyliśmy - rzuca Wiess, po czym dodaje teatralnie: - Chociaż… Chociaż...! - zaczyna wymachiwać palcem wskazującym tak, jakby chciał zganić dziecko i konkluduje: - Ja tam technologiom nie ufam. No co? Bawi to panią… Jasne. Siedzimy w jamie nafutrowanej komputerowym szpejem, ale ja pani coś powiem, tak od serca, my tu pozyskujemy, przetwarzamy, magazynujemy tę energię, ale ja, to, proszę pani, ja to bym wszystko zamienił na motyczkę. I uprawiał pomidorki.

Panie starszy chorąży...

- Wystarczy “Stary Wiess”, dziękuję. Tak mówią na mnie w tej części galaktyki, a jak to będzie przy tym Bąblu, co do niego lecimy, to nie wiem, ale dobrze, że tam lecimy. Ja to lubię, jak mi tu maszynki furgoczą, aż miło słyszeć, proszę tu przyłożyć ucho… Słyszy pani? Jak kocur na słońcu.

Stary Wiess oddala się w stronę zderzaczy dając tym samym znać, że rozmowa zakończona. Ledwie znika za rogiem, jego podwładni stają się wylewni.

- Ja tam nie mam powodów do radości. Blaszak też się nie cieszy - mówi Ator, krzepki człowiek o silnych rysach twarzy i wskazuje końcówką miernika swojego kolegę, który okazuje się być wspominanym już przez samą kapitan humanoidalnym automatem czwartej generacji. Gdyby nie to, że wszyscy wokoło starają się podkreślić jego nieludzką tożsamość, humanoid doskonale wtopiłby się w otoczenie.

- Zaprzeczam - oświadcza i dodaje jeszcze: - Radość i smutek nie należą do grupy pojęć pomagających opisać moją ocenę sytuacji.

Po tym oświadczeniu wraca do przepinania kabli układu okrężnego, który podobno ma być receptą na nadmierną utratę energii. Z problemem niekontrolowanego ubytku zapasów zasilania borykały się wszystkie poprzednie misje. Dlatego nad nowymi sposobami kompensacji naukowcy pracowali już od dłuższego czasu. Oczywiście w tajemnicy.

- Zdrajcą jesteś, zezłomowałbym cię, Blaszak, ale nikt nie potrafi trzymać kabla z wysokim napięciem bez osłony tak, jak ty to robisz - rzuca młodszy inżynier Ator.

Blaszak, którego prawdziwe imię pozostaje wciąż sekretem, nie reaguje na docinki.

- Pozwolę sobie zauważyć, że jesteś dziś nieszczególnie kreatywny - odpowiada spokojnie Blaszak. Po czym zwraca się już bezpośrednio do mnie: - Pani wybaczy, kolega bardzo przeżywa ten lot.

- Nie jestem jakimś młokosem, żeby przeżywać, tylko wkurza mnie to, co wkurza wszystkich, ale jakoś nikt głośno nie powie. Nawet ta damulka z trzema belkami na ramieniu kisi to pewnie gdzieś w sobie. W ogóle to wszystko takie poronione. Te dupki z góry zrobiły wszystko, żeby zrobić z tej misji jakąś szopkę. Odkąd mój dziadek wylądował na Keplerze nie wydarzyło się nic takiego. Teraz to im się pod, że tak powiem, czterema literami pali, no to sobie robią z nas zakąskę z bekonem i keplerańskimi glutami. Co za dużo, to niezdrowo. I jeszcze ta nazwa! Wie pani jak ja się przez to czuję? Co ja mam potem powiedzieć kolegom? “Ej chłopaki, latałem na Skoczkini”?! - oburza się.

Skoczkini, bo takie imię nosi statek zwiadowczy F300, od początku wzbudzała emocje. Przypomnijmy, że wbrew tradycjom wybór został dokonany przez Mniejszość Planetarną. Elitarne zgromadzenie wpływowych postaci obydwu planet połączonych kruchym porozumieniem rzadko ingeruje w bieg wydarzeń. Wynika to przede wszystkim z faktu, iż Kepleranie nie są szczególnie zainteresowani integracją. Skoczkini jednak ma znaczenie szczególne. Jakie? O tym minister obiecał powiedzieć więcej podczas kolejnej konferencji, gdy prom F300 dotrze bliżej celu. Nieoficjalnie mówi się, że imię wymogło keplerańskie środowisko dwurakie, które ma głęboki uraz do zbyt technicznej nomenklatury. Opinia publiczna zwróciła też uwagę na dyskusyjną żeńską formę.

- Wie pani co jest najgorsze? Nawet nie ta nazwa, ale oni dorzucili nam mokrucha! - wrzasnął Ator, gdy zaś koledzy próbowali protestować odwarknął: - Jak mam mówić?! Mokruchy nic nam nigdy nie dały. Zarobaczone parytety!

Wygląda na to, że w maszynowni jest goręcej, niż można podejrzewać, przejdźmy zatem do innych pomieszczeń.

- Takie reakcje są normalne. W naszej naturze leży nie tylko kwestionowanie autorytetów, ale też strach przed Innym objawiający się nadmierną podejrzliwością, oskarżeniami a nawet wrogością. Dlatego dla dobra misji staramy się nie potwierdzać żadnych domniemywań i nie wskazywać wprost, który z członków załogi pochodzi z planety Kepler 452b.

- Szczerze? - wtrąca się profesor Xigh - Mody i humanoidy nie dociekają kto jest kim, natomiast z czystymi Ziemianami jest pewien problem. Większość z nas nigdy nie miała styczności z żywymi Kepleranami. Wizerunek naszych braci z planety, którą lata temu ochrzczono Drugą Ziemią, nasze społeczeństwo buduje na podstawie własnych domysłów. Efektem jest powszechna wrogość. Najtrudniejsze jednak jest to, że dwuracy reprezentanci tej wielkiej, mokrej planety, jeśli tylko zechcą, potrafią wyglądać tak, jak my. Dotychczasowa historia współpracy przedstawicieli obu planet pokazała jednak, że choć Kepleranie są niesamowicie inteligentnymi istotami, ich chęć kooperacji jest nikła. Dlatego też uważam, że misja Skoczkini jest szalenie istotna.

- To jest przełom - oświadcza bez wahania doktor Turżańska i dodaje: - Proszę zauważyć, że dotychczas Kepleranie chętnie udostępniali swoje zasoby wiedzy, a nawet zapraszali Ziemian na krótkie, acz owocne wizyty. Teraz, po raz pierwszy w historii, włączyli się aktywnie w misję badawczą. Uważam, że są równie ciekawscy, jak Ziemianie i też chcą sprawdzić, czy sygnały, jakie dotarły do nas z mgławicy NGC7635 są oznaką występowania tam świadomego życia.

Pamiętnego dnia ósmego sierpnia, dokładnie dwa lata temu, Ziemianie po raz pierwszy od pięćdziesięciu lat usłyszeli wiadomość od innej, nieznanej cywilizacji.

- Przepraszam, ale dopóki nie zbliżymy się do mgławicy, wolimy nie mówić o cywilizacji. Odległość mocno zniekształca przekaz. Nasz zespół stoi jednak na stanowisku, że źródłem sygnału nie jest żadne z ciał niebieskich, gdyż struktura dźwięku w niczym nie przypomina specyficznego jęku znanego z Urana, czy trzeszczenia typowego dla Saturna. Przychylamy się więc ku hipotezie, że mamy do czynienia z inną formą życia. Interwały, w jakich sygnał wyemitowano wskazują zaś na występowanie świadomości.

Zajrzyjmy teraz do mesy. Wygląda inaczej, niż na typowych statkach badawczych. Trudno dostrzec popularne kształty urządzeń wspomagających ekspansję i deliofilizację posiłków. Te rzędy tajemniczych fiolek z dziwnym płynem przysztauowane do desek, nie są wypełnione nieznanymi substancjami. Proszę państwa, to tylko stara, dobra kofeina. Choć nowoczesne technologie są w zasięgu ręki, zebrani tu naukowcy wybierają staroświeckie narzędzia i metody pracy.

- Lubię pisać ręcznie, pozwala mi to na trzymanie dyscypliny myślowej - mówi doktor Turżańska. Zebrani wokół niej specjaliści wyglądają jak ekipa żywcem wyjęta z archiwalnej fotografii. Oprócz drogocennego papieru pokrytego ręcznymi notatkami korzystają też z prostych tablic do wykreślania.

- No i tak to. Siedzą tu, gadają o jakichś absolutach. Nawet nie zauważyli, że wystartowaliśmy. - Przez sam środek pomieszczenia przeciska się jeden z szeregowych załogantów, zajmujących się wszystkim tym, co nie jest wystarczająco doniosłe dla specjalistów.

- A co ja o tym myślę? Szanowna pani, tacy jak ja są tutaj nieistotni. My tylko sprawdzamy stan paneli, smarujemy mechanizmy, roznosimy ręczniczki. Czuje pani jak tu się wilgotno zrobiło? Siedzą jak wtyki w gniazdach, sapią i stękają tak głośno, że nawet agregaty zagłuszyli. Ale co to zmienia? Nic nie zmienia. Lecimy dalej, niezależnie od tego, w jaki sposób oni tu zużywają tlen. Takie jest moje zdanie. Jedyną osobą, którą tu warto poznać, jest Bastih. Pod warunkiem, że akurat nie korzysta z okeanum.

Okeanum, technologia ciekłej komunikacji udostępniona Ziemianom przez Kepleran okazała się być na tyle doskonała, że w zaledwie pięć lat nie tylko wyparła sieci oparte na komunikacji radiowej i elektrycznej, ale też jako jedyna sprawdziła się na statkach dalekiego zasięgu. Dopiero tu, w bezkresnych czeluściach kosmosu, z dala od naszej rodzinnej planety, doceniamy potęgę okeanum. Żadna ziemska technologia nie pozwoliłaby nam na prowadzenie transmisji na żywo z tej odległości. Sprawdźmy jednak, co słychać u wspomnianej Bastih, która od wyruszenia z portu nie opuszcza laboratorium.

- Nienawidzę cię. Jesteś obrzydliwie dobry. - Bastih sprawdza zawartość kolejnych fiolek nieustannie przemawiając do okeanum. Jedną ręką przekłada probówki i precyzyjnie wstukuje wyniki badań, w drugiej trzyma komunikator. Co chwila gestykuluje intensywnie. Potrafi być jednocześnie szalenie spokojna i wzburzona.

- Wiem, że mną gardzisz! Źle, zawsze źle. Sam byś to robił, szkoda, że w swej bezgranicznie wylewnej dobroci zajmowałeś się przede wszystkim jakimś idiotycznym zjednoczeniem. Gdybyś tak, jak ja, poświęcił się edukacji, to może bym nie musiała z odmieńcami latać. Brzydzi mnie to. Uważam, że nigdy nie powinniśmy wchodzić w żadne aliansy z innymi! - syczy i na koniec rzuca gniewnie: - Udław się tą dobrocią!

- Bastih w ten sposób porozumiewa się z bratem - wyjaśnia doktor Turżańska. - Brat Bastih jest ważnym działaczem społecznym, który znacząco wpłynął na realizację zarządzenia o współpracy między Ziemią i Keplerem. Właśnie o to ma do niego żal nasza specjalistka.

- Osobiście uważam, że wybór był słuszny. Bastih jest właściwą osobą na właściwym miejscu. Poza tym pani kapitan nie przepada za ideowcami. Brat Bastih nie wytrzymałby tu długo.

Tymczasem Bastih odkłada na bok komunikator i przeciera czoło. Podobnie jak inni członkowie wyprawy zdradza pierwsze oznaki znużenia.

- Ja tam nie wiem, kogo bym wybrał, ale co poradzę? Nawet do pracy zagonić jej nie mogę. - Bosman Levkun wyrasta jak spod ziemi, dzierżąc w ręku dwa zbiorniki protonowe. Przez chwilę obserwuje krzątającą się po laboratorium kobietę.

- A zresztą... - Odstawia zbiorniki i dodaje: - Jeszcze tego brakowało, żeby dwuracy służyli pod naszą banderą. Nie wiem kto by mocniej zeschizował, oni czy my.

Czyżbyśmy właśnie poznali prawdziwego mieszkańca Keplera - pierwszego, który opuścił swoją rodzinną planetę?

- No dobrze - wzdycha doktor Turżańska. Trudno nie zauważyć karcącego spojrzenia jakim obdarza bosmana Levkuna. - To, co zaobserwowaliśmy wcale nie stanowiło rozmowy Bastih z bratem przez okeanum. Ona jest swoim bratem.

Czy nie wiąże się to z problemami psychicznymi? Wciąż niewiele wiemy o mieszkańcach naszej większej, siostrzanej planety.

- Z całą pewnością mogę stwierdzić, że Kepleranka nie cierpi na schizofrenię. Oni po prostu tak mają. Są jednocześnie dobrzy i źli, skrupulatni i chaotyczni.

Bosman Levkun sapie ciężko, szurając jednocześnie butem po podłodze.

- A ja tak sobie dumam: może przeciwnicy wodniuchów mieli rację? Nie wiem, czy potrzebnie ją braliśmy. Nigdy się nie porozumiemy… - mówi z nieskrywanym smutkiem, pociera dozownik alkuum na nadgarstku i ciągnie swój melancholijny wywód: - Sami siebie nie rozumiemy. Po cholerę lecimy poznawać nowych, kiedy na Ziemi nie potrafimy nic ogarnąć jak należy. Zachrzaniamy jak podupceni w kosmos. I uciekamy przed sobą. No trudno…

Nika Brassel

Specjalna korespondentka na pokładzie F300 “Skoczkini”.

001. Biblioteka

Biblioteka.

Rejestr.

Wysłane.

Odczyt

Wiadomość wideo do: Per Larsen

<Trzask>Hej Per, <zakłócenia> mam nadzieję, że u Ciebie wszystko jest okej, wiesz… My akurat mamy przerwę, pewnie cię to nie obchodzi, uhm… Pozdrów Kari i w ogóle, nie... Swoje dzieciaki. I wiesz. Mam taką prośbę. Możesz zajrzeć do mnie do warsztatu i… yyyy... puścić to Indze?

Dobra, no to ja zaczynam.

<wzdech>

Droga Ingo,

Od sześćdziesięciu trzech godzin i dwunastu minut tkwimy w dryfie doładowując kolektory energii przed kolejnym przelotem, który zbliżyć ma nas do NGC7635. Może dla Ciebie zabrzmi to absurdalnie, ale im bardziej oddalamy się od domu, tym bardziej tęsknię za Tobą, choć przecież jesteś tak samo nieobecna teraz, jak i wtedy, gdy byliśmy oddaleni od Ziemi ledwie o kilkaset tysięcy kilometrów.

Widzisz sama, ludzki umysł to jest wielka i niepojęta tajemnica. Patrzę teraz… patrzę przez grube warstwy przezroczystego tworzywa. Widzę ciemność. Noc… Kosmos jest ciemny i pusty. Jest strasznie.

Chciałbym jutro obudzić się i stwierdzić, że wcale nie tkwię już w tej dusznej klitce. Jest tu tak gorąco, jak w furgonetce Wujka Einara. Pamiętasz, jak ci opowiadałem, kiedy w dzieciństwie matka wywiozła nas na wakacje do wuja. Lato zazwyczaj było chłodne i przyjemne, słońce nas nie rozpieszczało na północy, ale tamtego lata zrobiło się wyjątkowo upalnie. A ta blaszana puszka… sunęła niespiesznie przez pustkowia w stronę Skaidi. Wiesz, że tamtego lata poczułem, że wiem już, co chcę w życiu robić? Zabawne.

Teraz chyba żałuję. Zamieniłem małą puszkę na większą, a bezwzględne bezdroża naszej okrutnej ojczyzny, na ziejącą pustką przestrzeń kosmosu…

Ciebie to pewnie nudzi. Opowiem ci może jak tu jest.

Strasznie tłoczno. To jakaś głęboka niegodziwość, że w obliczu tego bezkresu na zewnątrz, my tłoczymy się tu jak śrubki w skrzyni. W dodatku wygląda na to, że cholernie do siebie nie pasujemy. U nas jest najgoręcej i najbardziej nerwowo. Zawsze, jak idziemy z resztą chłopaków ze zmiany do mesy, to przeżywamy lekki wstrząs.

Oni tam na górze chyba muszą rzygać od tej grzeczności i politycznej poprawności. U nas nieustannie tylko słyszę jak ten grubo ciosany młody gbur sarka i krytykuje.

Ator, tak mu dali na imię, choć nie jestem pewien, czy na chrzcie. Więc on ma chyba problem ze wszystkimi. Gbur to jakich mało i z twarzy krzyżówka naszej alternatywnie powabnej ciotki Hilde i typowego, przemarzniętego selera.

Musisz przy tym wiedzieć droga Ingo, że w naszej załodze mamy prawdziwy korowód różnorodności. Wyobraź sobie, że są wśród nas genetycznie ulepszeni ludzie, a tu, na dole, razem z nami siedzi sobie taki humanoid. nie powiem, całkiem udany. No i jest kepleranin, właściwie to kelperanka, chociaż nasi pokładowi mądrale, zespół badawczy w sensie, mówią, że właściwie to jest i ona i on. Spodobałaby ci się. Nie, że fizycznie… co ty, ja tam nie sugeruję. Po prostu taka jest. No. In-te-re-su-ją-ca.

Tak, czy inaczej... Ator w kółko tylko zrzędzi, że mokruchy to i mokruchy tamto - i ma tu na myśli właśnie naszą Bastih. Przy czym, droga Ingo, musisz wiedzieć, że Ator nigdy nie spotkał jej osobiście. Mam zatem nieodparte wrażenie, że nie polubiłabyś go. Sama rozumiesz, to dość absurdalne, by nie lubić kogoś, kogo się nie zna. Przypomina mi się, jak nasza kuzynka Olga nieustannie podkreślała, jak bardzo nie lubi klusek z czerniny, a potem okazało się, że wcale ich nigdy nie próbowała.

Ech… Szkoda, że ty nigdy nie spróbujesz klusek z czerniny.

Ator pewnie też by mówił, że ich nie lubi. W ogóle, Ingo, żywią nas tu całkiem przyzwoicie. Dużo glonów, dużo soi, trochę suszonych robaków, jakieś pożywki białkowe na bazie mięsnej matrycy, odwodnione owoce. Trudno powiedzieć coś o ich smaku, bo, jak pewnie już sprawdziłaś, tu, w kosmosie, wszystko smakuje inaczej.

Wiem, Ingo, wiem, co teraz byś powiedziała. Ty też jesteś w kosmosie, bo Ziemia jest w kosmosie. A ja bym ci na to odpowiedział, że to tylko taki skrót myślowy. Ludzie lubią chodzić na skróty, także w myślach.

Ciekawe, czy kiedyś będziemy chadzać na skróty tymi gwiezdnymi szlakami. Ja i ty. Dobrze, że nikt nie wpadł na to, by na skróty kłaść tu kable. Całe wnętrze naszego statku to kłębowisko węży. Jedne przewodzą prąd, inne mieszaninę tlenowo-azotową, są węże z wodą i węże łącznościowe. Dziesiątki lat ewolucji nauki, a my siedzimy w dusznej, głośnej puszce owinięci kablami. Niesamowity absurd. Mój bezpośredni przełożony, starszy chorąży Wiess, powiedział mi ostatnio, że właściwie to ludzie na Ziemi tylko tak mówią, że marzą o podróżach międzygwiezdnych, ale naprawdę to chcą tylko ponarzekać i jechać na działkę plewić grządki, z tym, że tak, aby nie spotkać sąsiada. Śmieszny jest ten Wiess, myślę, że on akurat by ci się spodobał. Mogłabyś mu zadac dużo pytań.

A ja tymczasem muszę kończyć. Za chwile robię odprawę moim mechanikom. Wydawałoby się, że sam nie mam tu za dużo pracy, ale zgodnie z wytycznymi naszej pani kapitan, po prostu dłubię razem z innymi. Wiesz, tu coś trzeba dokręcić, bo sie poluzowało, tam doszlifować, tu przybić… Odezwę się jeszcze przed wyjściem z dryfu, żegnaj, najdroższa.

Koniec transmisji.

Plik przesłano.

Odpowiedź od: Per Larsen

Halo, Ake, jeśli mnie słyszysz, to chcę ci powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze jesteś niewdzięcznym kawałem sukinsyna i bezczelną świnią, Annika wciąż nie może się otrząsnąć… Po drugie wsadź sobie w ten otwór, którym wydalasz, całe to swoje nagranie. Nie będę puszczał filmów jakiejś maszynie stojącej w twojej graciarni.

Wal się na ryj.

Twój niestety brat, Per.

Koniec transmisji.

Plik odebrano.

Odczytano.

Wiadomość do Per Larsen.

Per… Uhm... Proszę… Inga to nie jest… jakaś tam maszyna… Inga ma uczucia. Uszanuj to… obiecałem jej, że się odezwę… To ważne.

Ake.

Plik przesłano.