Wydawca: Goneta Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 426 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Skazany - Rafał Wałęka

Niektóre metody doktora Warskiego mogą wzbudzać kontrowersje, ale nikt nie może mu odmówić skuteczności. Jest doskonałym psychologiem i psychiatrą.

Grzebanie w ludzkiej psychice to dla niego pasja i sposób na życie.

Uważa też, że jest na to wręcz Skazany.

Pewnego dnia do jego gabinetu trafia tajemniczy pacjent.

Warski niechcący rozbudza w nim pedofilskie skłonności.

Nasz bohater postanawia za wszelką cenę naprawić swój błąd, nawet kosztem podróży w głąb piekła niczym Dante.

Spotka tam też własne demony, a diabłem i jednocześnie aniołem okaże się pewna nastolatka…

Dr Warski postanowił – ten pedofil musi zniknąć…

Opinie o ebooku Skazany - Rafał Wałęka

Fragment ebooka Skazany - Rafał Wałęka

Skazany

Rafał Wałęka

Copyrights to:

Wirtualne Wydawnictwo „Goneta” Aneta Gonera

www.goneta.net

ul. Archiwalna 9 m 45

02-103 Warszawa

Korekta: Anna Makarewicz

a_makarewicz@o2.pl

Okładka: Rafał Wałęka

walek07@interia.pl

Redakcja: Aneta Gonera

wydawnictwo@goneta.net

ISBN: 978-83-62041-55-8

Wydanie II

NINIEJSZE WYDANIE JEST DRUGIM, POPRAWIONYM I UZUPEŁNIONYM

Warszawa, styczeń 2012

Tekst w całości ani we fragmentach nie może być powielany ani rozpowszechniany za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, w tym również nie może być umieszczany ani rozpowszechniany w postaci cyfrowej zarówno w Internecie, jak i w sieciach lokalnych bez pisemnej zgody wydawnictwa „Goneta” Aneta Gonera.

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Od redakcji:

Rafał Wałęka — urodził się 8 marca 1988 roku w Szczecinie. Gdy miał rok, rodzice przeprowadzili się na Śląsk, do Kuźni Raciborskiej. Tam też ukończył wszystkie kolejne szkoły, oprócz liceum o profilu sportowym, które znajdowało się w Raciborzu. Po zdaniu matury wybrał szkołę policealną w Rybniku o profilu fototechnik. Po dwóch semestrach zmienił zdanie i postanowił iść na studia, a dokładnie na Politechnikę Opolską, Wydział Wychowania Fizycznego, profil Turystyka i Rekreacja. W tej chwili kontynuuje naukę w TEB Opole na wydziale o profilu Technik Organizacji Reklamy.

Autor sam uważa swoje pisarstwo za hobby. Zaczął pisywać jeszcze w gimnazjum. Tak naprawdę wszystko zaczęło się tam dzięki panu Markowi Czogalikowi, jego nauczycielowi języka polskiego, który rozbudził w młodym Rafale pokłady wyobraźni pisarskiej. Pisanie to dla niego czysta przyjemność i umilenie wolnych chwil. Oto, co autor pisze o swojej twórczości:

„W moich książkach czy opowiadaniach próbuję mieszać style, na przykład kryminał z wątkiem komediowym lub romantycznym. Moim dziwnym hobby, często umilającym mi podróżowanie, jest obserwacja ludzi i świata, a spostrzeżenia często wykorzystuję w swoim pisarstwie. Czasami chcę zwrócić uwagę na pewne sprawy czy po prostu wykrzyczeć to, co mnie drażni i zajmuje. Bardzo lubię pisać, wymyślać, kreować, co daje mi poczucie spełnienia. Lubię Browna, Ludluma, Clancy’ego. Ale cenię też Olgę Rudnicką i Konrada Staszewskiego. Z obojgiem mam dobry kontakt i oni są przykładami, że pisarz z sukcesami może pozostać fajnym człowiekiem.

Rynek pisarski jest trudny, ciężko w ogóle w nim zaistnieć, ale warto próbować. Wyobraźnia często przewyższa moje umiejętności pisarskie, ale człowiek całe życie się uczy. Kolejne doświadczenia czy publikacje oraz krytyka czy porady innych, bardziej doświadczonych pisarzy pomagają mi w tworzeniu. Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś osiągnąć sukces, że zostanę zauważony przez czytelników”.

„SKAZANY” — to studium psychologiczne z elementami kryminału. Rafał Wałęka porusza w nim bardzo wstydliwy, ale coraz głośniejszy problem pedofilii.

Główny bohater, Zenon Warski — szanowany psycholog, głowa rodziny — jest obciążony tą przypadłością, próbuje z nią walczyć. Ukrywa to przed żoną. Boi się wyjawić swoją tajemnicę, ponieważ jest przekonany, że opuściłaby go wraz z synem. Jest pewien, że bez nich bez reszty pogrążyłby się w mroku własnych skłonności. Żona Krystyna i synek Mateusz to wartości ponad wszystkim. Kocha ich, czerpie radość i siły motoryczne z posiadania rodziny. Sam jest wybitnym i szanowanym w środowisku psychologiem. Niektóre jego metody mogą wzbudzać kontrowersje, ale nikt nie może odmówić mu skuteczności w leczeniu. Jest po prostu bardzo dobry w tym, co robi. Grzebanie w ludzkiej psychice to dla niego pasja i sposób na życie. Uważa też, że jest wręcz na to skazany. Prowadzi prywatny gabinet psychologiczny, do którego pewnego dnia trafia dziwny pacjent, w którym Warski rozbudza terapią pedofilskie skłonności. Gdy nasz bohater to odkrywa, zdaje sobie sprawę ze swojego błędu i postanawia to za wszelką cenę naprawić. Warski, śledząc pacjenta, trafia do sekretnego miejsca, w którym zostanie poddany mrocznym pokusom i będzie musiał użyć całej siły woli i rozsądku, by im nie ulec. Jeśli się nie oprze, to na zawsze pogrąży się w otmętach własnych słabości. Jego wybór pomiędzy jasną a ciemną stroną ma ogromny wpływ na dalsze losy bohatera opowieści.

W książce „Skazany” marginesowo zaznaczony jest też problem narkomanii w szkole czy zagubienia młodych ludzi w dzisiejszym, pełnym pułapek świecie.

Oprócz rozterek głównego bohatera autor stara się pokazać również przykłady problematycznie podejmowanych wyborów przez ludzi w sytuacjach kryzysowych. Sytuacje te powodują odchodzenie od ogólnie przyjętych norm społecznych. Niejednoznaczność czynów może prowadzić do różnych osądów postępowania postaci w opowieści. My też, czytając tę historię, chcielibyśmy, żeby negatywny czyn, jak na przykład zabójstwo z premedytacją, został darowany człowiekowi dokonującemu tego w obronie grupy ludzi.

Zagłębiając się w treść „Skazanego”, trzymamy stronę bohatera, mimo że dokonuje przestępstw normalnie nie akceptowanych przez zdrowe społeczeństwo. Należy pamiętać, że mimo całej sympatii do Zenona Warskiego jest to postać niezwykle złożona i raczej o wydźwięku negatywnym. No właśnie, czy na pewno? Czy my wszyscy nie mamy jakichś ukrytych skłonności nie zawsze akceptowanych przez innych ludzi? Czy ludzi można kategorycznie podzielić tylko na białe i czarne charaktery? Ilu z nas ma na swoim sumieniu grzechy, które dla nas, grzeszników, grzechami nie są?

W opowieści jest wiele elementów języka ulicy z dużą ilością wulgaryzmów, które w przypadku tej tematyki i tych środowisk nie rażą, a wręcz są wskazane dla podkreślenia mocy danego zdarzenia.

Rafał Wałęka starannie przygotowuje się do napisania swoich opowieści. Tak samo było w przypadku „Więźnia zemsty”, jak i w przypadku „Skazanego”. Autor ma pewną wiedzę psychologiczną, interesuje się życiem więziennym, społecznym i kryminalnym, które dokładnie opisuje. Ciekawe jest, że mimo młodego wieku potrafi upleść tak ciekawą i intrygującą historię, która ma zaskakujące zakończenie. W poczekalni znajdują się kolejne opowieści Rafała.

To druga książka Rafała Wałęki wydana przez Gonetę i jest to kolejna bardzo ciekawa opowieść nie tylko o ludzkich słabościach, lecz także i o sile, która gdzieś tam drzemie w nas samych.

Odcinek 1 — DOKTOR ZENON WARSKI

Zenon Warski. Średniego wzrostu brunet przed czterdziestką. Uzależniony od ciemnych garniturów i swoich okularów w grubych oprawkach. Uważa wręcz, że jest na nie skazany, bo ludzie spotykający w pracy dobrze ubranego, eleganckiego człowieka z góry uznają, że jest on dobrze wykształcony. A jeśli wykształcony, to zna się na swojej robocie i można mu zaufać.

A co by nie mówić „zaufanie” było nieodłącznym aspektem pracy Zenona Warskiego, fundamentem wręcz. Potrzebował go bardziej niż ręki.

Wracając do uzależnień. Skąd się wzięły? Pierwszym uzależnieniem, którego człowiek nie pozbył się przez wiele tysięcy lat, był grzech.

Adam i Ewa raz spróbowali i do dziś nie potrafimy tego rzucić.

Tak więc uzależnienia są nieodłącznym towarzyszem naszego życia. Z powodu jednych się cierpi, a inne się po prostu ma. Niektóre mogą być nawet zaletą.

Bo po co walczyć na przykład z uzależnieniem od pomagania ludziom?

Otóż dlatego, że każde uzależnienie doprowadza w końcu do przedawkowania, a to nigdy nie jest dobre w skutkach. Szczególnie jeśli ktoś za motto życiowe uznaje zdanie: „Im bardziej jestem dobry, tym mniej jestem zły”. Usprawiedliwianie się przed samym sobą i maskowanie się przed światem? Taki właśnie był Zenon Warski, to było kolejne z jego uzależnień. On jednak twierdził, że jest na nie skazany.

Pewnego wieczoru, strudzony kolejnym ciężkim dniem pracy, wrócił do domu. Był cały przemoczony z powodu rzęsistego deszczu na dworze. Pomimo tylu lat w zawodzie organizm Zenona wciąż chyba nie umiał się do tego wszystkiego przyzwyczaić. Nosił na barkach balast problemów innych ludzi i po prostu nie mogło mu być łatwo.

Przynajmniej tak to widziała jego żona. Zdawało się jednak, że on czasami myśli, że jest po prostu przytłoczony ciężarem życia.

Zawsze wracał zmęczony walką o byt swojej rodziny i zmaganiami z samym sobą. Czasami zastanawiał się, czy wyczerpuje go praca, czy może to codzienna rutyna. Krystyna, żona doktora Zenona, twierdziła, że jej mąż często unika problemów w życiu osobistym poprzez „ucieczkę w pracę”. Zawsze jednak tłumaczył żonie, że psychologia to jego pasja i powołanie, a ona rozumiała to i zgodziła się na ten fakt, wychodząc za niego z mąż.

Bo Zenon Warski był psychologiem. I to nie byle jakim, ale znanym, szanowanym i mającym za sobą kilka publikacji. Człowiek sukcesu. Jeśli coś jest pasją, to cóż, czasami musi bawić i dostarczać rozrywki, nawet jeśli jest to praca. Otóż doktor Warski lubił eksperymentować na ludziach. Nie był oczywiście doktorem Frankensteinem czy Moreau, ale psychologiem. Interesowała go więc ludzka psychika, nie ciało. A jego wyniki były bardzo dobre. Uleczalność jego pacjentów oscylowała w granicach 90%.

Był więc bardzo dobry w pomaganiu ludziom z problemami psychicznymi.

Co do jego zabawy ludźmi… Otóż, dzielił pacjentów na dwie grupy. Tych, którzy naprawdę potrzebują pomocy i tych z błahymi problemami, które są często urojone lub bardzo łatwe do zaleczenia. Ale tacy dobrze płacili, więc ich tolerował. Wymyślał swoim pacjentom zadania, przy czym często robił sobie z nich najzwyklejsze w świecie żarty. Musieli je wykonywać w swoim realnym życiu, a potem chwalić się rezultatami doktorowi Warskiemu. Jedne reakcje naprawdę pomagały ludziom, a inne spisywał i używał ich w kolejnych publikacjach, a z jeszcze innych po prostu się śmiał. Nie mówił o tym żonie. Często ją okłamywał, bo skrywał pewien mroczny sekret… Cóż, może i nie jeden.

Był skazany na tajemnicę, a gdzie tajemnica, tam i kłamstwa.

Kochał jednak swoją rodzinę i wiedział, że tylko dzięki jego dobrze płatnej posadzie mogą dostatnio żyć. Takie bywa najprostsze wytłumaczenie pracoholizmu. Pomimo dosyć później pory dnia, żona czekała na niego wraz z siedmioletnim synkiem, Mateuszkiem. Zawsze wyczekiwali głowy rodziny. Gdy tylko otworzyły się drzwi, mały chłopczyk natychmiast rzucił się ojcu na szyję.

— Tatusiu, tatusiu! — wołał wesoło.

— Chodź kochanie, kolacja czeka — powiedziała serdecznie żona Zenona i pocałowała go czule.

— Już — rzucił w stronę Krystyny i zwrócił się do synka.

— Mati, czemu jeszcze nie śpisz?

— Czekałem na ciebie.

— I dostaniesz nagrodę, ale za chwilę musisz iść spać, jeśli chcesz być dużym chłopcem.

— A czemu tak? — zapytał chłopiec.

— Bo w nocy przychodzi czarodziej i rozdaje wzrost. Mówił mi, że dostają go tylko chłopcy, którzy grzecznie śpią w łóżeczkach.

— A jak nie pójdę spać? — dopytywał się uparcie synek.

— Hmm… To czarodziej zamiast dać ci wzrost, zabierze ci jakąś zabawkę, którą miałeś dostać — tłumaczył tajemniczo Zenon.

— Dla mnie? A jaką zabawkę?

— Taką… — powiedział Zenek, wyciągając z torby nowiutki samochód, model bolidu BMW, którym jeździł Robert Kubica w Formule 1. Chłopczyk aż podskoczył z radości.

— Co się mówi, skarbie? — zapytała matka Mateuszka.

— Że Kubica powinien jeździć w Ferrari — odparował natychmiast malec.

— Hm, musi chyba oglądać mniej telewizji — stwierdził Zenon z uśmiechem.

— A co jeszcze mówimy? — Krystyna próbowała ukierunkować prawidłowo swojego potomka, czując oczywiście, że cała ta sytuacja jest potwierdzeniem stereotypu, że mama wychowuje, a tata się bawi.

— Dziękuję, tatusiu — powiedział Mateusz i przytulił się do nogi taty.

— Nie ma sprawy. To chodź, zaprowadzę cię teraz do łóżka, dobrze? — zaproponował tata, a chłopczyk skinął głową i bez problemu dał się tam umieścić.

Po kilku minutach już smacznie spał, przytulony do nowej zabawki.

Tymczasem Zenon zszedł na dół i zjadł kolację wraz z żoną. Rozmawiali o pracy i o tym, jak komu minął dzień. Wszystko w miłej atmosferze, jak zawsze zresztą. Idylla wcale nie była rzadkim gościem w tym domu. Choć zdarzały się chwile, gdy zadawali sobie pytanie, czy to nie jakaś farsa, która pozwala uciec od problemów. Z drugiej jednak strony, jeśli kogoś się kocha, to chce mu się sprawiać przyjemność, a nie problemy.

— Pyszne, Krysiu… Kochanie, będę musiał dziś jeszcze popracować — oznajmił Zenon po spożyciu posiłku.

— O tej porze? — zdziwiła się żona.

— Mam nowych pacjentów. Poza tym muszę uporządkować notatki na temat Wojciecha Cyny. Naprawdę nieciekawy typ…

— Rozumiem, tylko nie siedź za długo, proszę — Krystyna z trudem okazała zrozumienie.

Po raz kolejny, gdy Zenon odszedł od stołu, samotnie dokończyła posiłek. Następnie posprzątała i pozmywała. Po wieczornych, kobiecych zabiegach pielęgnacyjnych zmęczona położyła się do łóżka. Sama. Znowu.

Zenon zajrzał raz jeszcze do syna. Mateuszek spał twardym snem, wtulony w auto, które otrzymał od taty. Po upewnieniu się, że syn i żona śpią, udał się do swojego gabinetu. Zamknął drzwi na klucz i włączył komputer. Upił kilka łyków niedawno zaparzonej herbaty.

Następnie wygodnie się usadowił w swoim skórzanym, obrotowym krześle i czekał aż komputer połączy się z internetem.

Za chwilę znów miał sięgnąć po zakazany owoc…

Ponownie przegrał wewnętrzną walkę z samym sobą i po chwili wahania zaczął oddawać się swojemu wstydliwemu nałogowi — a mianowicie, jak to miał często w zwyczaju — oglądaniu stron z pornografią. Ogląda je wiele osób. Wielu robi to, co Zenon… Nie każdy jednak odczuwa pociąg do nastoletnich dziewczyn, bardzo młodych dziewczyn… Wszystko to było nienaturalne. Wiedział to i bywały chwile, gdy brzydził się samego siebie.

Głód jednak był silniejszy, choć już dawno zrozumiał, że to, co robi, jest złe. Te skłonności to wewnętrzny potwór, z którym próbuje walczyć. Obawia się, jak niczego innego na świecie, że w końcu może nie być w stanie ukrywać tego sekretu przed rodziną. Ogromnym lękiem nie napawał go sam fakt przyłapania, ale to, że bliscy mogliby go opuścić…

Zastałby sam na świecie. Mimo że w tej chwili ze swoim problem jest przecież i tak sam, nie ma do kogo się zwrócić, choć nie miał wątpliwości, że na świecie są tacy jak on — przeklęci, naznaczeni: przyszli mieszkańcy piekła.

Przeglądając strony internetowe, trafił na zdjęcia jakiejś młodej, zbyt nawet młodej dziewczyny, wręcz dziewczynki. Spojrzał na nick.

— Gosza13.

Nie wytrzymał, zaczął się onanizować. Później miał zamiar jeszcze wejść na czat zatytułowany „Nastolatki”. Znów przegrał, znów nie wziął swoich tabletek… Nie martwił się tym teraz jednak, teraz oddawał się swojemu wewnętrznemu mrokowi, a rano znów znienawidzi sam siebie. Walka zacznie się od nowa.

Odcinek 2 — MŁODOŚĆ NIE WIECZNOŚĆ

Kamila Mazocka miała bardzo ładny uśmiech, ale życie nie zawsze dostarczało jej okazji do pokazywania go światu szczerze. Traktowała go raczej jako narzędzie lub element grzecznościowy. Mimika twarzy i wrażenie wizualne były przydatne zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Wyróżniała się też ciemnoniebieskimi oczami. Niektórzy określiliby tę barwę jako kolor brudnego morza. Cóż, z pewnością nie naszego, bo wprawdzie Bałtyk to mamy brudny, ale jednak jest raczej koloru zielonego. Kamila wiedziała, że oczy są jej zaletą i choć ogólnie nie była zwolenniczką przesadnego makijażu, to zdarzało się jej sporo czasu spędzić przed lustrem, by je wyeksponować. Uważała jednak z proporcjami, by nie upodobnić się do misia pandy. Musiała rozsądnie dysponować tuszem, bo dziewczyny w jej wieku mają tendencję do częstego nadużywania różnego rodzaju szminek, tuszów czy pudru.

Przecież ponoć makijaż ma służyć do podkreślenia urody, a nie do oszukiwania mężczyzn, którzy uchodzą za wzrokowców.

Kamila wraz z koleżankami wyśmiewała takie przesadzone dziewczyny. Nazywały je remontówkami, bo ta przykuwająca uwagę duża ilość makijażu kojarzyła się zawsze z jakimś pokojem w remoncie. Ubierała się raczej zwyczajnie, można powiedzieć przeciętnie. Z jednej strony nie chciała wyglądać jak pstrokata, kolorowa krejzolka, ale z drugiej – nie miała ochoty być brana za pozbawioną kolorów, smutną Emo. Takie zawsze są wytykane w palcami, czy to w szkole, czy na ulicy. Szczególnie, że Kamila miała już czarne włosy do ramion i grzywkę zaczesywaną na bok, która często miała zwyczaj złośliwie opadać jej na lewe oko. Odgarnianie grzywki stało się swego rodzaju jej znakiem rozpoznawczym. Był to także taki tik nerwowy, po którym można było poznać u niej zdenerwowanie.

Kamila z jednej strony unikała przeciętności poprzez eksponowanie ładnego uśmiechu, interesujących oczu czy wspomnianego tiku. Jednak z drugiej strony można by śmiało stwierdzić, że Kamila była raczej dziewczyną skrytą i nie chcącą się specjalnie wyróżniać.

Choć los zmusił ją do przyśpieszonego procesu dojrzewania, to z życiem radziła sobie nieźle. Oczywiście jak na tak młodą dziewczynę. Poza tym to raczej była jej opinia, która nie zawsze pokrywała się ze zdaniem innych. Kamilę z pewnością można było uznać za osobę skomplikowaną czy zagubioną. Cóż, taki wiek… W ciągu najbliższych tygodni miała skończyć 15 lat. Od niepamiętnych czasów ta okazja do świętowania była dla niej także sposobnością osobistego odliczania.

Cieszyła się niezmiernie na kolejne urodziny i w prywatnym pamiętniku odhaczała dni do swojego święta. Jej własny ojciec często o tym zwyczajnie zapominał, choć czasami starał się jakoś to Kamili wynagrodzić. Jednak, jak dobrze wiemy, bardziej się liczy pamięć niż jakieś tam rzeczy materialne. Szczególnie jeśli chodzi o bliskich… Najbliższe koleżanki Kamili — Agata i Anna — nigdy o tej okazji nie zapominały. Zawsze szykowały dla niej jakąś niespodziankę. Choć świętowanie nigdy nie było huczne, to jednak dla nastoletniej dziewczyny najważniejsze było to, że jest o kolejny krok bliżej kobiecości, dorosłości.

— Nigdy nie byłam dziewczynką, zawsze byłam kobietą. Tylko po prostu bardzo młodą — powtarzała Kamila, która zawsze czuła się starsza od swoich rówieśników.

— Rówieśników... Jak to dla mnie obraźliwie brzmi — stwierdzała z przekąsem nader często.

Bo „przecież to nie ciało świadczy o duszy, a dusza o ciele…” — jak mawiał jeden z autorytetów Kamili, ksiądz Michał. To było motto kapłana, którego znała od czasów, gdy była jeszcze małą dziewczynką. Głosił z ambony wiele mądrości, ale to szczególnie utkwiło jej w pamięci.

— Nazywają to mądrościami, kazaniem, mantrą... Cóż, różnie to nazywają. Ja po prostu lubię chłonąć jego słowa.

Kamila słuchała proboszcza co niedzielę, regularnie uczęszczała na mszę w dzień najświętszy. Często w taki sposób uciekała przed samotnością lub powrotem do domu. Tam nigdy się nie przelewało. Kamila miała często wrażenie, że jedynym domem, w jakim się ją szanuje jest właśnie Dom Boży. Oaza spokoju na pustyni chaosu…

— Jeszcze kilka dni, może tym razem będzie inaczej? — powtarzała Kamila z nadzieją.

Na zegarze ściennym widniała godzina 14:05. Właśnie zakończyła się siódma lekcja. Ostatnia tego dnia w planie lekcji Kamili.

Z zazdrością patrzyła na inne dzieciaki skaczące z radości po wyjściu z klasy. Te, które kilka minut przed dzwonkiem odliczają minuty, sekundy do momentu, gdy się odezwie dźwięk obwieszczający koniec lekcji. Byle się wyrwać z ciasnych murów szkoły. Czy to na przerwę, czy do domu.

„Kolejny ciężki dzień, kolejny powrót do domu, którego nie mam ochoty nazywać domem…” — myślała Kamila, gdy z żalem opuszczała gmach szkoły.

Tam przynajmniej była przez kogoś szanowana. Była kimś. Inteligentna, oczytana, dobra i pracowita dziewczyna. Taką miała opinię wśród nauczycieli i znajomych. Perspektywa spędzenia kolejnego popołudnia w domu nie napawała jej optymizmem i radością.

Gdy dotarła do mieszkania, przez chwilę się zawahała.

„Może uciec? Nie, nie mogę” — pomyślała i nacisnęła klamkę.

W środku trwała kolejna libacja alkoholowa Piotra, jej ojca. Od wielu lat mieszkała z nim sama. To był jeden z etapów jej przyśpieszonego procesu dojrzewania. Kamila nie miała ochoty na rozmowy z ojcem czy jego koleżkami, choć często lubił się wtedy chwalić przed znajomymi, jaką to ma ładną córkę. Gdy cicho przechodziła przez przedpokój, zauważył ją ojciec.

— Czeeeść córa, kurde... Ja pierdolę, co dziś tak długo?! — zawołał pijany Piotr, chwilę po tym jak opędził się od tumanów dymu z papierosów.

Jego głos przebił się przez głośne śmiechy i krzyki kompanów i dotarł do jej uszu.

— To jest moja córka, Kamila. Ładna, nie? Po mamie! — krzyczał dumnie Piotr, a jego kompani zmierzyli ją wzrokiem.

Dziewczyna udała, że tego nie widzi.

— Szłam dziś naokoło. Idę pobiegać — rzuciła na odczepkę.

Nie miała ochoty wdawać się w żadne rozmowy z pijanymi mężczyznami. Ruszyła więc w kierunku swojego pokoju. Chciała się tylko przebrać i wyjść. Zostawić to wszystko za sobą.

— Gdzie ty, kurwa, wychodzisz?! Mówię do ciebie! — usłyszała za sobą, ale zignorowała te wrzaski.

Nie pierwszy raz.

„Zwykła rutyna. Wyrwać się stąd, za wszelką cenę!” — powtarzała sobie za każdym razem jak mantrę.

Założyła, jak zwykle po szkole, swój dres. Liczyła na to, że adrenalina i zmęczenie poprawią jej humor, biegała tylko dla euforii powysiłkowej. Endorfina to był jej cel.

Gdy już była przebrana i już chwyciła za klamkę drzwi wejściowych, za ramię złapał ją ojciec. Stalowy uścisk nie był miły.

— Puść mnie, tato — powiedziała, wyrywając się.

— A ty, kurwa gdzie, co? Stara będzie mi dupę truć, że się włóczysz! — powiedział ojciec, a Kamila aż nadto czuła odór wódki.

— Mama odeszła, tato. A ty nie pij tyle.

— Taaa... Wszystkie odchodzicie. Znikacie i nie wracacie.

— Tato, ja wrócę. Idę tylko pobiegać — odparła Kamila.

— Ciągle tylko biegasz, wiecznie cię nie ma. A w ogóle nie masz pożyczyć piątaka? — zapytał Piotr, ale nim Kamila zdążyła odpowiedzieć, że nie ma, zza pleców jej ojca i kłębów dymu wyłonił się pijany kompan od kielicha, Stanisław.

— Eee... Piotruś, mordo moja, co jest? Kolejka leci, a ty tu sapiesz coś do tej małolaty. Niech idzie w pizdu.

— Spadaj, Stachu, ja tu z córą gadam — Piotr z trudem starał się poprawnie wymawiać słowa.

— Oj tam! Daj se spokój, niech spierdala. Baby to baby. Jest taka jak matka, idzie w pizdu. Chono do Władka. On tera polewa — wybełkotał chwiejący się Stachu.

W tym momencie w głowie Piotra coś jakby pękło. Uderzył Staśka w twarz aż ten padł na ziemię.

— Ani słowa o Lidii! — zawołał wściekły i pijany ojciec Kamili.

— Ale to zła baba była przecież! Sam, kurwa, mówiłeś! — krzyczał Stanisław.

— Wypierdalać, wszyscy! Wypierdalać! — grzmiał Piotr pod nagłym napływem wściekłości i wpływem krążącej w jego żyłach gorzałki.

Po chwili wszyscy, łącznie z jego córką, opuścili mieszkanie. Kamila pobiegła przed siebie. Chciała uciec od tego wszystkiego.

Odcinek 3 — MASKA POTWORA

Pobudka u boku żony. Zenon ziewnął i przeciągnął się. Był przesądny i miał pewien dziwny zwyczaj. Zawsze pilnował, by pierwszą stopą, która stanie na podłodze była stopa prawa.

— Nie ma gorszej zapowiedzi dnia, niż wstać lewą nogą — mawiał.

To nie kwestia tego, czy wierzymy, że przesądy się spełniają, chodzi tu o nasze samopoczucie.

Obrzędy po przebudzeniu miał takie, jak miliony innych ludzi. Uciszenie znienawidzonego budzika, wizyta w toalecie — dłuższa lub krótsza, przemycie twarzy zimną wodą, by ocucić organizm. Następnie przebranie się i zejście na śniadanie… Tak też zaczynał dzień doktor Zenon Warski. Ubrany w czerwoną piżamę podszedł do szafy. Otworzył ją i zobaczył pięć równo powieszonych i wyprasowanych, nie różniących się od siebie garniturów. Jego pedantyczna żona dbała, by zawsze były w idealnym stanie, gotowe do założenia, bo ciemny garnitur był dla Zenona niczym mundur. Gdy tak patrzył na bliźniaczo podobne marynarki i spodnie, zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo rutynowe prowadzi życie. Czasami mu to ciążyło, chciał zrobić coś spontanicznego. Jednak w końcu rozsądek brał górę i wiedział, że im bardziej uporządkowane i przewidywalne życie prowadzi, tym lepiej da się zachować w tajemnicy pewne sekrety. Odstępstwa mogłyby wzbudzać podejrzenie i ciekawość innych ludzi, więc im bardziej nudny tryb życia, tym mniej osób się nim interesowało. Mniej oczu, mniej pytań, łatwiej kłamać.

„Kolejny poranek i kolejny dzień maskowania potwora. Ponowne starcie Ja versus Ja. Walka z samym sobą to moja codzienność...” — marudził Zenon w myślach. Gdyby nie skrytykował o poranku ciężkości swojego bytowania, nie byłby sobą. Lubił obwiniać o to swoją narodowość. „W końcu my Polacy to fajny naród, ale bardzo marudny…”

Tak zaczynał się kolejny dzień Zenona. Już dawno przestał liczyć dni od chwili, gdy po raz pierwszy spojrzał na dziecko inaczej. Szczęście w nieszczęściu interesowały go „tylko” młode dziewczyny. Nastolatki, jeszcze niedojrzałe. Nie wiedział, co go w nich tak pociąga. Może ta ich nieskalaność?

„Są dla mnie jak białe kartki, które dają większą dowolność w tworzeniu ciekawszego rysunku. Dają wolność, kontrolę…” — myślał Zenon, który, jako że był psychologiem, miał w zwyczaju robić samemu sobie psychoanalizę za każdym razem, gdy nachodziły go takie myśli. W końcu nie miał do kogo się zwrócić. Uważał, że może leczyć się sam.

Starał się unikać młodych dziewczyn, i w ogóle obcych dzieci. Udawał, że po prostu nie lubi dzieci poza swoim synem, ale w rzeczywistości nie chciał wodzić się na pokuszenie. Obawiał się postępu swojej choroby. Niezmiernie bał się tego, że mógłby nie zapanować nad swoim wewnętrznym potworem, mając tak blisko młodą, słodką, jeszcze nie okaleczoną biegiem czasu młodą dziewczynę. Bez nawyków, bez złych wspomnień, jakie mają dorośli już ludzie.

„Nie mogę mieć córki! Nigdy!” — obiecywał sobie Warski.

Bywały chwile, gdy sam się siebie brzydził. Dlaczego jeszcze ze sobą nie skończył? Nie, nie miał natury samobójcy. Uważał, że pomimo chorych skłonności może zrobić jeszcze wiele dobrego.

„Są momenty, gdy nie chcę żyć, ale nie chcę też umrzeć…” — tak określał swój stan Zenon Warski.

Nie udawał jednak tylko dla siebie. Miał wspaniałego syna i kochającą żonę, których uznawał za największy podarunek od życia. To dla nich walczył, dla nich żył, pomimo swojego mrocznego balastu, którego nie potrafił zrzucić. To wagon, którego nie da się odczepić.

Codziennie trwał w tym boju o normalne życie. Był to żywot w trwodze. Strach, że „mroczny pasażer” może się wydostać. Przepełniał on Warskiego każdego dnia. Ostatnio coraz bardziej, coraz mocniej. Zenon zauważył, że ostatnimi czasy jego potwór mocniej domagał się pożywienia. Był głodny ofiar. Ciał. Zenon w całej swej tragedii, chorobie, był dumny, że nie molestował żadnej dziewczynki.

„Nie krzywdzę ich. To tylko zdjęcia, trochę oszustwa. Nie osobiście. Gdybym to zrobił, to może potwór zostawiłby mnie w spokoju?” — o tym ostatnim myślał coraz częściej, natarczywiej i bardziej soczyście.

Zastanawiał się, czy jego choroba cofnęłaby się w rozwoju, gdyby choć raz dał się ponieść swoim skłonnościom?

„Może okazałoby się, że to nie jest takie fajne? Byłbym normalny” — rozmyślał Zenon, by po chwili znów jakby oprzytomnieć i przypomnieć sobie słowa: „Gdy raz wejdzie się na ścieżkę mroku, to nie można zawrócić…”.

„Czat, internet to przecież tylko rozmowy. Tylko rozmowy? Te pseudonimy: ona15, ewcia13, napalona14, 12poznaSponsora. Trzeba uważać na prowokacje i często zmieniać czaty. Należy być na bieżąco z różnymi nowościami czy tematami młodzieżowymi. Trzeba wiedzieć, co interesuje dziewczyny w tym wieku. Przecież one same tego chcą. Odmiana, coś nowego. Pragną odskoczni od tych wszystkich niedojrzałych chłopców. Takich, którzy myślą, że są mężczyznami, a w rzeczywistości to gówniarze… Przecież dziewczyny dorastają szybciej, potrzebują rozmowy, komplementów. Zdarzają się wyjątki. Ale o czym ja myślę? Czy to jakiś okrutny żart natury? Ponury dowcip? Dlaczego mnie takim stworzono? Czym zasłużyłem w poprzednim życiu na takie cierpienie w obecnym? Przecież one stają się kobietami, wchodzą w dorosłe życie. Nie mogę ich krzywdzić” — takie przemyślenia wielokrotnie kłębiły się w głowie Zenona, który nie chciał być potworem. Myśli te targały nim. Uważał, że nie jest pedofilem. Nie chciał tak tego nazywać. „Wewnętrzny balast”, „mroczny pasażer”, „bolesny towarzysz” — nigdy pedofil. Sam nie wiedział, jaka jest prawda. A może nie chciał wiedzieć?

„Są takie bezbronne, tak łatwo je podejść” — usprawiedliwiał się.

Zenon byłby wdzięczny, gdyby było trudniej, znacznie trudniej. Uważał, że wtedy łatwiej byłoby mu powstrzymywać te niemoralne skłonności. Pragnął tego.

„Czy rodzice nie mogą bardziej bronić swoich dzieci? Dokładniej? Czy oni naprawdę nie zdają sobie sprawy z tego, że gdzieś tam czają się takie potwory, zwyrodnialcy z problemami tożsamości, zboczeńcy tacy jak ja? Głupi rodzice” — rozmyślał Zenon i wzdrygał się na samą myśl, że jakiś potwór mógłby skrzywdzić jego synka. Jakiś pedofil, zły człowiek, który nie ma tyle sił, co Warski i nie trzyma w ryzach swoich skłonności.

„Zaraz będę w pracy. Tam przestanę o tym myśleć...” — obiecywał sobie, zatrzymując swój samochód na służbowym parkingu przed gabinetem „Poradni Psychologicznej doktora Zenona Warskiego”.

Po chwili dumnego spoglądania na napis na froncie jednopiętrowego budynku wszedł do środka. Znów był w swoim azylu, w którym zapominał o wewnętrznym potworze.

Klatka racjonalności trzymała w ryzach objawy niemoralności…

Odcinek 4 — SAMOTNA

Pół godziny biegania. Tylko na tyle mogła sobie pozwolić Kamila. Nie ograniczał jej organizm, tylko czas. Częsty jogging pozwalał jej na wyrobienie niezłej kondycji. Teraz czekała ją mniej przyjemna część dnia, a mianowicie praca. Była ciężka, niewdzięczna i słabo płatna, ale wynagrodzenie za nią musiało jej wystarczać. Nie robiła tego tylko dla siebie. Przy całej domowej patologii, jakiej uosobieniem był jej ojciec, kochała go. Dlatego nie odeszła z matką, nie mogła mu tego zrobić, nie mogła zostawić go samego. Nie z tymi problemami, nie z nikłą rentą, którą notorycznie przepijał bądź przegrywał w karty. Nie z tą własną samotnością.

— Może kiedyś... — mówiła sobie.

Przez to znienawidziła swoją matkę. Zostawiła ją samą, uciekła, zdezerterowała z życiowego pola walki.

— Bo życie to wojna, a ja walczę z samą sobą.

Co z tego, że dzięki pracy czasami mogła sobie coś fajnego kupić, odskoczyć od poczucia biedy i samotności. Matki nie kupi.

— Brak problemów? Wolność? Nie przekupi mnie, nie jestem taka słaba jak ona. Nie dam się, nie namówi mnie, bym za nią poszła. Nie będę taka jak ona. Nie można zostawiać bliskich, nawet gdy jest z nimi źle. Tym bardziej trzeba przy nich trwać… — obiecywała sobie Kamila za każdym razem, gdy ojciec znów w jakiś sposób ją zranił.

A czym ją krzywdził? Broń Boże, nie podniósł na nią ręki! Nigdy. Najgorsza była ta obojętność.

„Pewnie nawet by się nie przejął, gdybym odeszła. Wolałabym czasem, by mnie uderzył, zbeształ. To by znaczyło, że jakoś mu na mnie zależy. A tak? Jestem dla niego jak powietrze. Oddychamy nim, ale go nie doceniamy. Po prostu jest” — tak myślała o ojcu.

Walczyła jednak z chęcią odejścia. Co dzień od nowa. To był jej balast, z którym musiała się zmagać. Była na to skazana.

„Ucieczka? Tak byłoby łatwiej. Może i lepiej dla mnie” — Kamila wiedziała to doskonale. Jednak miłość do ojca i nienawiść do matki zwyciężały, choć zdawała sobie sprawę, że te uczucia wypływają od niej, ale czy wracają to już niekoniecznie. Chciała być samodzielna. Pracowała w fast foodzie na pół etatu, ale to i tak było dla niej wiele. Wykańczało ją to. To wbrew prawom natury, dziewczyny w tym wieku nie powinny pracować. To burzy równowagę. Przecież nie ma dorosłości bez dzieciństwa, czyż nie? W lokalu „MadBurger” pracowała jako kelnerka. W krótkiej mini i białym fartuchu czy bluzce z dekoltem wyglądała na ciut więcej niż 14 lat. Taki był wymóg, przyjmowano tylko ładne dziewczyny, które wyglądem miały kusić klientów, gdyż właściciel wiedział, że jego targetem są mężczyźni. Więcej zjedzą i łatwiej ich omamić, a dla właściciela to zysk. Jeśli nie przyjdą tu dla jedzenia, to dla dziewczyn. A wtedy i tak coś kupią.

Kamila była często podszczypywana, poklepywana i musiała znosić chamskie zagadywania chłopaków czy niemal równie częste szyderstwa dziewczyn, którym poszczęściło się w życiu bardziej niż jej, przynajmniej materialnie. Skrycie sobie wzajemnie zazdrościły. Kamila chciała czasami zażyć życia w jego pełni, bez zobowiązań czy ciężkich problemów. Natomiast te bogate na zewnątrz, a biedne wewnątrz dziewczyny po prostu zazdrościły jej urody i naturalnego uroku bez tony makijażu. Odczucia Kamili wahały się wobec takich dziewczyn przy każdej ich wizycie. Niektóre przychodziły tu regularnie, raczej dla rozrywki niż dla jedzenia. Ot, pośmiać się, podnieść sobie samoocenę.

„Choć przez chwilę mieć pustą głowę, bez tego ciężkiego bagażu życia. Mieć taki beztroski dzień” — marzyła Kamila nie raz i nie dwa.

Z drugiej jednak strony wiedziała, że jest mądrzejsza, znała swoją wartość.

W całym więc tym wewnętrznym motaniu się Kamila pozostawała sobą, zaś chwile zazdrości były na szczęście tylko momentami słabości, której nie lubiła okazywać.

— Pełne portfele, puste łby — tak zwykła określać te rozchichotane, sztuczne nastolatki, dla których często najpoważniejszym problemem był brak najmodniejszych butów czy to, że koleżanka ma chłopaka z lepszym samochodem niż gruchot należący do jej faceta.

„Dzięki Bogu jestem inna — gratulowała sobie samej, ale w tym momencie często pojawiały się inne myśli. — Inna, ale czy wyjątkowa? Tak bardzo chciałabym, by ktoś mnie docenił, powiedział, że jestem wyjątkowa. To już nawet nie musi być prawda, niech tylko ktoś mi to powie” — błagała świat Kamila.

— Ej, kelnereczko! — zawołał ktoś z końca sali.

Głos należał do przystojnego, z pewnością już pełnoletniego chłopaka w czarnym golfie i modnych okularach z grubymi czarnymi oprawkami. Siedział z trojgiem znajomych przy jednym stoliku. Dwie dziewczyny i chłopak, który był tylko tłem dla nawołującego ją przystojniaka.

— Słucham, co podać? — zapytała Kamila, po tym jak wyrwana ze swoich przemyśleń dotarła już do wołającego ją klienta.

— Hmmm, pomyślmy… A co polecasz, skarbie? — zapytał chłopak, zalotnie marszcząc brwi, co miało naśladować twarde, męskie spojrzenie Bruce’a Willisa.

— Cóż, to zależy, czego pan oczekuje. Osobiście polecam... — Kamila nie dała się sprowokować. To nie pierwszy i z pewnością nie ostatni taki gość.

Nim jednak skończyła zdanie, klient przerwał jej arogancko swoją wypowiedzią, która według niego z pewnością miała mieć wydźwięk inteligentny i błyskotliwy. Uznał, że to znakomity wstęp do miłego dla obu stron flirtu.

— „Osobiście” mówisz? To skoro nalegasz, to może się „osobiście” poznamy, co maleńka? — to powiedziawszy, poklepał Kamilę po pośladku.

Z pewnością chciał tym zaimponować swojemu towarzyszowi. Udało się, ale z towarzyszkami na pewno było odwrotnie. Ich nienawiść i zawiść wobec Kamili pogłębiły się. Teraz nie tylko zazdrościły jej urody, gdyż same wdziękiem nie grzeszyły, ale z pewnością chciały także takiego zainteresowania ze strony młodego podrywacza, jakie właśnie zaprezentował w stosunku do Kamili. Musiały mieć wobec niego plany. Kamila po raz kolejny opanowała się i schowała godność do kieszeni.

— Hamburger z podwójnym serem, może być? — zaproponowała chłodnym, profesjonalnym tonem, co chyba nie spodobało się chłopakowi.

Nie poddawał się jednak.

— Spoko, ale niech to będzie z sosikiem z twojej cipki, okej? — odparł, puszczając oko, a Kamila sztucznie się uśmiechnęła.

Musiała. Następnie udała się do kuchni podjąć zamówienie. Gdy się obróciła, słyszała jak ludzie przy stoliku, przy którym jeszcze przed momentem stała, śmiali się.

„Z pewnością ze mnie...” — westchnęła w myślach i zdała sobie sprawę z tego, że granica jej wytrzymałości może kiedyś zostać przekroczona. Któregoś dnia może po prostu wybuchnąć. Przed rozpoczęciem pracy jako kelnerka nigdy nie myślała, że tak pozornie proste zajęcie może jednocześnie dostarczać takiej dawki stresu. Życie jednak nie dawało jej wyboru, wiele restauracji odrzucało ją na starcie ze względu na wiek czy to, że nie mogła pracować na cały etat.

— Nie będziemy użerać się z humorzastą czternastolatką — słyszała nader często z ust potencjalnych pracodawców.

— Hamburger z podwójnym serem, dużo sosu, raz! — powiedziała do kucharza.

Ten po kilku minutach podał jej gotowe danie, a Kamila ruszyła w kierunku stolika, by je podać.

„Teraz tylko zanieść i po bólu” — pomyślała.

Wróciła do będących we wspaniałych humorach gości. Wśród nich oczywiście brylował adorator Kamili.

— Cham... burger raz — powiedziała, po czym cisnęła hamburgerem w twarz wielbiciela jej wdzięków.

Rozsmarowany sos soczyście spływał po jego zaskoczonej twarzy aż na spodnie, po drodze odwiedzając także jego golf. Całe towarzystwo i kilku innych gości w lokalu zaczęło się śmiać na widok „chłopaka w sosie własnym”. Gdy jednak po chwili zobaczyli czerwoną ze wściekłości minę cham-burgera, śmiechy ustały, ustępując miejsca ciszy i oczekiwaniu.

— Kierownik! Dawać kierownika! — zawołał kilkukrotnie, a ten po chwili się zjawił.

— Co jest, do cholery!? Kto tak się d... — tutaj kierownik nagle urwał. — Yyy, pan Maserski... ja... ten... — jąkał się nieoczekiwanie spokorniały kierownik, zmieniając swój stosunek wobec klienta o 180 stopni.

— Zamknij się! Masz natychmiast wyjebać tę szmatę z roboty! — zażądał chłopak.

— Ale ona… Ona przeprosi, to nie jej wina — bronił nieśmiało swojej pracowniczki kierownik.

— A czyja to, kurwa, wina, że mam jebanego hamburgera na ryju, co?! — spytał wściekły młody Maserski.

— Zamawiałeś, to masz chamie! — wysyczała wściekła, ale i dumna z siebie Kamila.

— Cicho, dziewczyno. Ty wiesz, kto to jest? To syn szefa... — szeptał jej do ucha kierownik, próbując ratować sytuację.

— Zamknij ryj, pasztecie! — krzyknął ponownie młody Maserski w kierunku Kamili, a kierownik zaczął w tym czasie wycierać twarz wściekłego chłopaka serwetkami.

— Spokojnie, może jakoś to załagodzimy? — pytał nieśmiało kierownik.

Z pewnością nie panował już nad sytuacją. Chciał uspokoić potwornie zdenerwowanego młodzieńca.

— Wypierdalaj z tymi serwetkami! Ma stąd wylecieć, i chuj! Rozumiesz, czy mam pogadać z ojcem?! Zapomniałeś, do kogo należy ta buda i większość takich lokali w mieście?!

— Moja droga, przykro mi, ale muszę… — jednak nie skończył zdania, nie pozwoliła mu na to.

— Nie, nie wywalisz mnie. To ja odchodzę, a ty sobie w dupę wsadź tę robotę! —wykrzyczała Kamila, zdzierając z siebie fartuch.

Wyszła z lokalu, trzaskając za sobą drzwiami. Zostawiła ich wszystkich za sobą z hukiem i przytupem. Miała dość. Chciała odejść. Szła coraz szybciej i szybciej, aż w końcu zaczęła biec. Nie wiedziała jak długo, nie myślała dokąd. W końcu dotarła na most. Podeszła do jego krawędzi i usiadła. Spoglądała teraz w dół, w rwący nurt rzeki.

Odcinek 5 — OJCIEC W STRZĘPACH

Piotr Mazocki otworzył oczy. Zrobił to powoli, leniwie, jakby budził się właśnie z głębokiego snu, z koszmaru, z którego niezbyt chciał się wydostać.

— Czy ja umarłem? — zastanawiał się, ale z przemyśleń wyrwała go nadchodząca fala wymiotów.

Wiedział, że już tego nie zatrzyma. Okazało się, że jest przywiązany do łóżka. Z trudem więc obrócił głowę w bok, najmocniej jak to tylko było możliwe i zwymiotował na podłogę. Potem jeszcze raz, już mniejszą ilością. Część wymiocin znalazła się na nim. Trochę na twarzy, część na barku. Dookoła roznosił się okropny fetor. Był to odór alkoholu, wymiocin czy jakichś niedostatecznie wyczyszczonych łóżek po poprzednich „gościach”.

Piotr z trudem to znosił, choć wiedział, że zapewne on także cuchnie niemiłosiernie. Spojrzał w górę. Zmrużył oczy pod wpływem rażącego światła jarzeniówki zwisającej z zaniedbanego sufitu. Leżał tak i zastanawiał się, gdzie jest. Po chwili spróbował się uwolnić. Na próżno. Był skrupulatnie przywiązany do łóżka.

„Ale dlaczego?” — zamajaczyło w jego głowie.

Zdał sobie sprawę z tego, że sam się z więzów nie wydostanie, zaczął wołać. Zachrypnięty, przepity i chrapliwy głos Piotra niósł się po pomieszczeniu. Nie wyglądało jednak na to, by ktokolwiek zwracał uwagę na jego krzyki, nawet jeśli ktoś je słyszał. Z pewnością personel tej tajemniczej placówki wielokrotnie słyszał takie wołanie.

— Uwolnić mnie, chuje! Pedały zbolałe! Eeeeej! — wołał. — Gnoje!!!

Odgłosy lamentów i wyzwiska w końcu chyba do kogoś dotarły, gdyż do sali weszła jakaś kobieta. Miała nieco ponad 40 lat, rude włosy do ramion, ale z pewnością nie był to jej naturalny kolor. Miała charakterystyczną grzywkę, która opadała jej na oko. Odgarniała ją co chwilę. Kobieta zdjęła okulary i wyciągnęła z kieszeni chusteczki higieniczne. Zaczęła delikatnie wycierać Piotra. Pachniały ładnie. Nie potrafił określić czym, ale cokolwiek to było, sprawiło, że natychmiast spokorniał i teraz leżał już spokojnie.

W bezruchu napawał się miłym, przyjaznym dla nozdrzy aromatem i wpatrywał się w troskliwe, zielone oczy czyszczącej go kobiety.

— Oj Piotrek, Piotrek. Co się z tobą stało? Kiedy wreszcie przestaniesz? — zapytała rudowłosa kobieta, która najwyraźniej znała Piotra.

— Co mam przestać? — udał, że nie domyśla się, o co chodzi.

— Pić, bo to się źle skończy. Nie widzisz tego? — odparła.

— Gdzie ja jestem!? Rozwiąż mnie! — zażądał Piotr z nawrotem agresji.

— Gdy mnie wysłuchasz... — kontynuowała łagodnym głosem kobieta.

— Powiedziałaś mi już wszystko, a potem odeszłaś. Zostawiłaś mnie!

— Nie wiń mnie za to, przestań w końcu. Już do końca swoich dni będziesz uważał, że ja jestem winna tego, co się stało? — mówiła.

— Lidio, wróć do mnie, proszę.

— Wiesz, że nie mogę. Ty i ja to przeszłość. Zacznij myśleć o naszej córce. Ona mnie nienawidzi. Pozwoliłeś na to. Chcesz podzielić mój los? Doprowadzisz do tego, że ciebie także przekreśli — mówiła łagodnym głosem Lidia, odgarniając grzywkę.

— Dobrze wiesz, że nie. Nie wiem tylko jak… Ja… — jąkał się Piotr.

— Co ty?! Wiecznie tylko ty, ty i tylko ty. Świat nie lubi egoistów. Jesteś żałosny, wiedzą to wszyscy dookoła, prócz ciebie. Co musi się stać, byś rzucił w cholerę to chlanie? — krzyczała Lidia, a jej głos stał się agresywny i pełen wyrzutów.

Chciała wstrząsnąć Piotrem.

— Będziesz pił, aż zdechniesz? To kwestia czasu — moralizowała.

— Nie mogę, nie umiem. Ja… Jestem za słaby.

— To żadne usprawiedliwienie. Ty nie chcesz wiedzieć, wolisz się nad sobą pastwić. Spędzisz życie na użalaniu się?

— Spierdalaj! Mam już dosyć tego pierdolenia! Wypuśćcie mnie! Kurwa! — wydzierał się ponownie wściekły Piotr.

Wił się jak oszalały, próbował wyrwać się z więzów. Lidia spojrzała na niego ze smutkiem i żalem, i zostawiła go w takim stanie. Opuściła salę. Chwilę po niej do pokoju weszło dwóch barczystych mężczyzn w białych, szpitalnych kitlach. Na ich widok Piotr uspokoił się i znów spokorniał.

— Nooo, stały klient. Proszę, proszę — powiedział jeden z mężczyzn, po czym rozwiązał ręce Piotra, a drugi uczynił to samo z nogami.

— Wiesz pan, jak się to odbywa. Proszę z nami — powiedział wyższy i wyprowadził z sali jeszcze nieco otumanionego Piotra.

Przy wyjściu otrzymał rachunek za noc w izbie wytrzeźwień i został wypuszczony do domu. Na dworze było ciepło, a słońce raziło zmęczone oczy Piotra. Straszliwie go suszyło.

— Ale mam kaca. Muszę się napić — stwierdził i ruszył przed siebie.

Odcinek 6 — ZAUFANIE TO PODSTAWA

Zenon siedział za swym masywnym, najpewniej drogim biurkiem i kreślił coś w zeszycie. Co jakiś czas spoglądał to na zegarek, to w sufit, jakby szukając natchnienia do zapełniania kolejnych stron tekstem. W końcu nadeszła godzina 17:00. Ktoś zapukał do drzwi jego gabinetu.

— Proszę wejść — powiedział Zenon.

Do środka weszła urocza, niespełna trzydziestoletnia kobieta ubrana w elegancką, białą bluzkę z odsłaniającym wiele dekoltem i krótką spódnicę do kolan. Włosy koloru blond miała zaplecione w warkocz. Taka fryzura dodawała jej słowiańskiej urodzie uroku. Wielu mężczyzn z pewnością uznałoby ją za bardzo atrakcyjną kobietę. Z pewnością nie narzekała na brak powodzenia. Kipiała seksapilem, czasami wręcz emanowała seksem. Nie natrętnie, ale z klasą i pewną dozą tajemniczości. Jednak Zenona, nie wiedzieć czemu, specjalnie nie pociągała. Owszem, doceniał jej walory, ale zawsze twierdził, że jednak nie tego oczekuje. Czuł się blokowany od wewnątrz. Czegoś mu w niej brakowało. Sam nie wiedział czego, choć często się nad tym zastanawiał. Czy to przez to, że jest żonaty, czy może dlatego, że to jego sekretarka i romanse w pracy nie są mile widziane przez pracodawcę?

„A może to ten mój mroczny pasażer blokuje zdrowe zainteresowanie atrakcyjną, dojrzałą i w pełni rozwiniętą kobietą?” — pytał sam siebie doktor Warski.

— Pacjent do pana. Paweł Wanieczny — zawiadomiła sekretarka.

— Dziękuję, Alu, niech wejdzie — odparł Zenon i uśmiechnął się do kobiety, a ta odwzajemniła uśmiech, po czym delikatnie kołysząc biodrami, wyszła z gabinetu.

Chwilę po tym do pomieszczenia wszedł niski mężczyzna. Miał więcej włosów na twarzy niż na głowie.

„Nie ufaj brodatym” — mimowolnie pomyślał Zenon, patrząc jak mężczyzna nieśmiało wchodzi do jego gabinetu.

Pacjent miał w sobie jakąś ciężką do określenia skromność, jakby nosił jakąś tajemnicę. Wyglądał jak jedno wielkie zakompleksienie. Był uosobieniem wszystkich wad nieśmiałości.

— Doktor Warski? — zapytał cicho mężczyzna.

— Tak, w rzeczy samej to ja — odpowiedział Zenon i wskazał na tabliczkę umieszczoną na swoim biurku: „Dr Zenon Warski”. — A pan, o ile się nie mylę, to Paweł Wanieczny, tak?

Pacjent twierdząco skinął głową, ale nie wydusił z siebie ani jednego słowa.

— Proszę usiąść. Mam nadzieję, że będzie panu wygodnie — dodał po chwili Warski, wskazując skórzaną, elegancką kanapę. Sam zajął fotel naprzeciwko kanapy. Mężczyzna badawczo rozejrzał się po całym gabinecie, jakby kalkulował stopień bezpieczeństwa pomieszczenia. Chciał ocenić, na ile może zaufać psychologowi.

— Nie mam podsłuchu, jeśli pan tego szuka. Wszystko, co tu powiemy, pozostanie między nami. Zobowiązuje mnie do tego mój zawód — powiedział Warski. Chciał uspokoić pacjenta, który musiał skrywać jakąś tajemnicę, a Zenon chciał dociec jaką. Pacjent go intrygował. Uwielbiał to uczucie.

„Psychologiczne zagadki. Ciekawość to ponoć pierwszy stopień do piekła, tak? To ja mam już chyba całe schody zbudowane” — pomyślał doktor Warski, obserwując rozglądającego się ukradkiem pacjenta.

Następnie Paweł Wanieczny chyba uznał, że pomieszczenie jest w porządku, bo zdjął płaszcz, powiesił go na wieszaku tuż przy drzwiach i w końcu usiadł na kanapie. Wiercił się przez chwilę, jakby szukał odpowiedniej dla siebie pozycji. A może najbezpieczniejszej?

— Co więc pana do mnie sprowadza? — zapytał w końcu Zenon.

— Sam nie wiem. Wygodnie tu dosyć — odparł Wanieczny, jakby chciał uniknąć odpowiedzi na zadane mu pytanie.

— Nie sądzę, by płacił pan tak sowicie za samo leżenie. Wynająłby pan pokój lub poszedł do salonu Ikei. Może więc jednak spróbowałby się pan zastanowić, dlaczego się tutaj znalazł? — stwierdził Zenon i założył nogę na nogę. Ten gest miał od razu pokazać, kto dominuje w tym pomieszczeniu. Warski wcześniej uznał, że Wanieczny nie jest zbyt spostrzegawczy. Chciał sprawdzić, czy pacjent zwróci uwagę na ułożenie nóg, i jeśli tak, to co zrobi.

„Uniknie konfrontacji, czyli pozostanie w pozycji siedzącej ze złączonymi nogami — pomyślał Zenon i zdał sobie sprawę z tego, że ma przed sobą osobę nieśmiałą i skrytą. — Ciężko będzie coś z niego wyciągnąć”.

Z gotowym do notatek zeszytem w jednej dłoni i długopisem w drugiej obserwował pacjenta.

Zauważył, że Paweł nie spojrzał na nogi Zenona, ale w końcu przestał się wiercić.

„Nareszcie. Albo owsiki, albo zdenerwowanie. Uspokoił się, no to mamy jakiś postęp?” — pomyślał Warski i zapisał coś w zeszycie.

Po chwili pacjent znowu zaczął się wiercić zaniepokojony. Patrzył to w sufit, to w okno, przygryzał wargi, bawił się palcami, a czasami nawet delikatnie tupał nogami. Jakby na coś czekał. Robił wszystko, prócz udzielenia odpowiedzi na zadane pytanie psychologa.

„Dyskomfort? — zastanawiał się Zenon i ułożył nogi dokładnie w taki sposób, jak jego pacjent. Wanieczny zauważył to i uspokoił się natychmiast. — Zakładam, że nie zna na pamięć książki »Mowa ciała«. Podświadomie uspokoił się, gdy zobaczył, że mamy coś wspólnego. Czyli raczej samotnik. Alienuje się?” — podczas tej analizy Warski robił notatki w zeszycie.

— Proszę pana, proszę pomyśleć i powiedzieć, co pana do mnie sprowadza? Zastanowił się pan może już?

— Yyy… Ja… Ja nie wiem. Ja…

„Nie wie… Na dziś mam dosyć. Pobawimy się” — myśl zakołatała w głowie Zenona, gdy zdał sobie sprawę z tego, że dziś odpowiedzi nie usłyszy. Głośno zaś powiedział, po czym odłożył zeszyt i długopis:

— Nie powie mi pan, dlaczego tu przyszedł? Pewnie nie dziś.

Zapadła chwila milczenia, po czym Zenon zadał pytanie retoryczne:

— Dlaczego?

— Dlaczego? — jak echo powtórzył pacjent.

— Bo sam pan tego nie wie, ale na następnych spotkaniach już się dowiemy.

— Jak?

— Po prostu zapytam, i w ten sposób się dowiem.

— Wciąż nie rozumiem. Przecież już dziś pan doktor powiedział, że się tego nie dowiemy — Wanieczny poprawił resztki włosów i zwilżył wargi językiem.

W tym momencie Zenon nie mógł nie zauważyć, jaki obleśny jest jego pacjent, ale otrząsnął się.

„Nie jestem tu, by oceniać jego urodę” — skarcił się w myślach, po czym przemówił już na głos:

— Nie dowiemy się tego dziś, gdyż dziś już nie zapytam ponownie o powód. Zobaczymy na następnym spotkaniu. Dziś zrobimy coś innego. Niech mi pan, yyy, mogę panu mówić Paweł? — zaproponował nagle Warski.

— Yyy, nie wiem, ja… — ta propozycja wyraźnie zaskoczyła i zbiła z tropu Waniecznego.

— Nie ma co się wstydzić, do wielu pacjentów zwracam się po imieniu. To wytwarza pewnego rodzaju więź. Gdy ktoś składa ci, Pawle, taką propozycję, jak się z tym czujesz?

— Ja… Ten… Jakoś trochę niezręcznie. Przeważnie mnie to zaskakuje i…

— I czujesz się onieśmielony? — Warski przerwał Pawłowi.

— Tak, chyba tak. Nie wiem czemu — stwierdził pacjent i poprawił stary sweter, a Zenon zastanawiał się, jak kogoś tak niechlujnie ubranego stać na wizyty w jego gabinecie.

„Mieszka sam, nie ma dziewczyny, nie ma kto biedaka ubrać” — stwierdził Zenon w zaciszu własnego umysłu.

— A więc, czy mogę się do ciebie zwracać po imieniu? — zapytał Warski.

— Yyy, no tak. Czemu nie? — wyjąkał w końcu pacjent.

— A czy odmówiłeś komuś kiedyś przejścia na ty? Kiedykolwiek? Zastanów się dobrze.

— Nie, raczej nie — powiedział Paweł po chwili zastanowienia.

— A dlaczego zgodziłeś się na to, bym ja mówił ci po imieniu?

— Bo pan pytał, poprosił…

— Pawle, panie Wanieczny, jesteś osobą nieśmiałą, mało asertywną. Z pewnością masz problemy w komunikacji z innymi ludźmi.

— Możliwe, trochę nad tym myślałem. W moim zawodzie…

— Informatyka? — przerwał Warski.

— Skąd pan wiedział? — zapytał zaskoczony pacjent.

— Przeczytałem w pańskich aktach. To taki żarcik. Chciałem, by się pan odprężył, uspokoił. Ja nie gryzę, proszę się tak nie spinać — skłamał Zenon, bo to, że ma do czynienia z informatykiem wywnioskował na innej podstawie, jak chociażby brak dbałości o wygląd, pomimo pewnie całkiem niezłych zarobków.

„Inaczej nie byłoby go stać na wizytę u mnie. Cała ta nieśmiałość… Z pewnością pracował w odosobnieniu. Oczywiście, mogą zdarzać się wyjątki, ale Paweł Wanieczny z pewnością do nich nie należy. Ot, typowy, zakompleksiony facet, który liczy, że przyjdzie do psychologa, kilka razy ze mną pogada i będzie super. Nic ciekawego, nic co zmusiłoby umysł do przyśpieszenia obrotów” — tak właśnie Zenon zinterpretował swojego pacjenta, bo niby nie ocenia się książki po okładce, ale jednak okładka to przecież część tej książki, swoista jej wizytówka.

— Proszę pana, skoro już obaj wiemy, kim pan jest, to teraz czas dowiedzieć się, po co pan tu przyszedł? Na następną wizytę proszę przyjść z kartką, na której wypisze pan trzy najważniejsze powody skłaniające do wizyty u psychologa. Ma to być subiektywne, więc proszę nie konsultować się z nikim, nikomu owej kartki nie pokazywać. Ma pan kilka dni czasu. Prócz tego proszę odmówić czegoś trzem osobom. Nieważne czego, nieważne komu. Gdy się znów spotkamy, porozmawiamy o tym, co się w pana wnętrzu dzieje i po co pan do mnie trafił.

— Aha, rozumiem. Czyli na dziś koniec?

— Tak, szczegóły co do terminu omówi pan z moją sekretarką.

— Kurczę, a czy nie mogę tego omówić z doktorem Warskim tu i teraz? — zaproponował, jak zwykle nieśmiało, Paweł. Jednak przy natężeniu jego zakompleksienia był to i tak niezły wyczyn.

„Trochę asertywności i śmiałości. No, no. Brawo! Już jakiś postęp” — pomyślał Zenon.

— Czyli możemy tak?

— No skoro tak pan woli, to niech tak będzie.

„Problemy w kontaktach z kobietami?” — zastanowił się doktor Warski, po czym wyjął notes i wpisał Waniecznego na następny wolny termin.

— Do zobaczenia za 3 dni o tej samej porze — powiedział Zenon i uścisnął dłoń Pawła, a potem odprowadził go do drzwi.

Następnie doktor Warski siedział jeszcze kilkanaście minut w swoim wygodnym fotelu i czekał na kolejnego pacjenta, ostatniego już dziś. Tymczasem do gabinetu weszła ponownie sekretarka, Alicja.

— Ostatni pacjent odwołał wizytę. Na dziś koniec — zakomunikowała, a Zenon w kilka chwil zebrał się i wyszedł, rzuciwszy Alicji chłodne:

— Do widzenia, pani Alicjo.

— Do jutra, doktorze — odparła, a Warski czuł na sobie jej wzrok.

Zadowolony z siebie ruszył w kierunku wyjścia.

„Dziś wyjątkowo wcześnie. Mam trochę czasu. Może pora w końcu spędzić ciut więcej czasu z synem i żoną?” — pomyślał Zenon, spoglądając na wolno poruszające się wskazówki zegarka.

Nagle coś sobie przypomniał. Uderzyło to w niego jak piorun.

— Bartek! Spotkanie! Zapomniałbym! Trzeba to jakoś pogodzić — stwierdził do siebie na głos i wsiadł do auta.

Podczas drogi powrotnej do domu znowu powróciły przemyślenia. Część tyczyła się jego ostatniego pacjenta.

„Czasami zazdroszczę takim informatykom czy robotnikom. Myślą, że mają problemy. Gdyby znali mój ból mrocznego pasażera, którego teraz zabieram do domu i nijak nie mogę się go pozbyć. Zawsze mi towarzyszy, czasami tylko zasypia. Wtedy ja odpoczywam, zbieram siły na dalszą walkę z moim mrokiem. Mój ból śpi tylko wtedy, gdy czuje ból innych. Okrutny pasożyt. Może to go zaspokaja? Czy dlatego zostałem psychologiem? Zabijam ból innych, czy może zaspokajam swój?” — pytania mnożyły się w jego głowie.

Rozmyślania te przerwał mu jednak widok młodej dziewczyny.

Siedziała na krawędzi mostu i patrzyła w dół, w rwący nurt rzeki.

Zatrzymał się i postanowił z nią porozmawiać.

„Och, ta moja niepohamowana ciekawość. Hm, ładna ta dziewczyna” — pomyślał i zaparkował samochód.

Odcinek 7 — ŻONA IDEALNA

Kolejny poranek. W nocy padało, ale ładny wschód słońca obiecywał równie urodziwy dzień. Krystyna Warska zastanawiała się jednak, co takiego optymistycznego jest w promieniach słonecznych.