Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 319 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Skazanie - Emma Chase

Najbardziej emocjonująca powieść autorki „Zaplątanych”.

Rycerz w zniszczonej zbroi wciąż jest rycerzem.

Obrońca w Waszyngtonie codziennie widzi, jak trudne potrafi być życie. Właśnie dlatego niejednokrotnie, by przetrwać, musi być nieustępliwy. Ja, Jake Becker, mam reputację zimnego, nieczułego, onieśmielającego mężczyzny. To mi pasuje, czasem wręcz pomaga, na przykład gdy urabiam świadka stojącego przed sądem.

Nie komplikuję sobie życia błahostkami – wszystko muszę mieć poukładane. Jeśli chcesz być moim klientem, od razu streść istotne fakty. Jeśli chcesz się ze mną umówić, skup się na tym, co cię kręci. Nie jestem czarującym księciem z bajki, nawet nie zamierzam go udawać.

Jednak w pewnej chwili Chelsea McQuaid wraz z szóstką osieroconych siostrzeńców i siostrzenic trafia do mojego gabinetu, zmieniając moje życie w istne piekło.
Zaczynam więc chodzić do przedszkola, na koncerty One Direction, trafiam do szpitalnej poczekalni i wykłócam się w gabinecie dyrektora szkoły.

Chelsea jest zbyt słodka i niewinna, by sobie poradzić. Próbuje być twarda, ale zupełnie jej to nie wychodzi.

Zostałem skazany na to, by jej pomóc. Obronić ją… i dzieci.

Opinie o ebooku Skazanie - Emma Chase

Fragment ebooka Skazanie - Emma Chase

Dla bohaterów.

Dla czempionów.

Dla tych, którzy postępują

odważnie, honorowo i właściwie.

To dzięki wam wierzymy

w szczęśliwe zakończenia.

PROLOG

Nie używam budzika. Jestem jednym z tych, którzy mają wewnętrzny zegar, wyrywający ich co rano z łóżka, bez względu na to jak są zmęczeni, czy jak późno położyli się spać. Byłem żywym dzieckiem – matki wiedzą o czym mówię. Dzieckiem, przy którym błagacie o choćby chwilę odpoczynku, aż ustalacie zasadę, że dzieciom nie wolno wychodzić z pościeli, zanim słońce nie pokaże się na niebie.

Dlatego też, mimo niedzieli, moje powieki unoszą się punkt piąta rano. Rozciągam zesztywniałe mięśnie. Zawdzięczam ten stan niedostatecznej dawce snu oraz wyczerpującej aktywności jakiej oddałem się po powrocie z baru.

Odrzucam kołdrę, wstaję nagi i w drodze do łazienki mijam blond loki wystające spod okrycia. Odcedzam kartofelki, pozbywam się paskudnego zapachu z ust i ochlapuję twarz chłodną wodą, przeciągając dłonią po niesfornych czarnych włosach. Z jękiem poruszam głową na boki i rozciągam ramiona.

Robię się za stary na to gówno.

Jednak przypominam sobie szczegóły wczorajszego wieczoru. Dreszczyk nowej znajomości, werbalne gierki – mówienie właściwych rzeczy w należyty sposób. Ostra gra wstępna, żywiołowe, mocne pieprzenie, długie nogi na moich ramionach. Aż się uśmiecham.

Nie można być na to za starym.

Idę do garderoby po T-shirt i spodnie od dresu, po czym po cichu wchodzę do kuchni. Włączam ekspres do kawy – zapomnijcie o psach, najlepszym przyjacielem człowieka jest dobry sprzęt do parzenia małej czarnej. Czekając na napar, włączam niewielki płaski ekran zamontowany nad blatem. Poranne wiadomości informują o wczorajszych okropnościach na świecie, wydarzeniach sportowych i pogodzie.

Stanton, mój współlokator ze studiów, przeprowadził się w zeszłym roku do Sofii – koleżanki z naszej kancelarii. Stanton jest twardzielem, a Sofia jest świetną kobietą. Swój związek zaczęli od bycia kumplami do łóżka, ale od dawna wiedziałem, jak się to skończy. Posiadanie całego mieszkania tylko dla siebie jest naprawdę fantastyczne. Nie żeby Stanton był niechlujem. Jest raczej chłopakiem z bractwa. Ja jestem zorganizowany, uwielbiam mieć rzeczy poukładane po swojemu. Lubię rutynę. Dyscyplinę. Czystość i prostotę. Mama zawsze mówiła, że świetnie odnalazłbym się w wojsku, gdybym nie miał problemu z autorytetami. Jedyne rozkazy, którym się podporządkowuję, to moje własne.

Z czarnym parującym płynem w kubku wychodzę na balkon, popijam powoli kawę, obserwując wciąż ciche ulice Waszyngtonu, budzące się powoli do życia.

Głos spikera wiadomości niesie się przez otwarte drzwi:

– Droga I-495 została wczoraj zamknięta na kilka godzin z powodu poważnej kolizji, w której wraz z żoną poniósł śmierć działający na rzecz ochrony środowiska lobbysta, Robert McQuaid. Policja prowadzi dochodzenie w sprawie przyczyn zdarzenia. Przejdźmy do lokalnych wiadomości…

Delikatne ramiona obejmują mnie od tyłu w pasie, a małe dłonie łączą się na moim brzuchu. Czuję na plecach miękki policzek.

– Wracaj do łóżka – nalega słodko. – Jest bardzo wcześnie.

Przykro mi, Kopciuszku, zegar wybił północ. Kareta zamieniła się w dynię, czas pozbierać swoje szklane pantofelki. Nigdy nie udawałem księcia z bajki.

Niektóre kobiety potrafią poradzić sobie z bezimiennym, jednorazowym numerkiem lub niezobowiązującym bzykaniem, jednak, szczerze mówiąc, większość tego nie umie. Póki rozumieją, że seks jest jedynym, co mam im do zaoferowania, jedynym, czego od nich chcę, jestem gotów na powtórne spotkanie. Jednak kiedy widzę w ich oczach sentyment – albo, co gorsza, zranienie – dziękuję im. Nie mam czasu na gierki, nie mam ochoty rozmawiać o tym, gdzie to by mogło nas zaprowadzić.

Opuszczam ramiona blondynki, ona idzie za mną do kuchni, gdzie wstawiam pusty kubek do zlewu.

– Idę pobiegać. W dzbanku jest kawa, pieniądze na taksówkę masz na stole. Nie musisz czekać na mój powrót.

Pełne usta, które wczoraj tak uroczo obejmowały mojego fiuta, teraz wyginają się w podkówkę.

– Nie musisz zachowywać się jak dupek.

Wzruszam ramionami.

– Nie muszę, ale tak jest prościej.

Wkładam buty do biegania i zamykam za sobą drzwi.

1

Miesiąc później

– Potraktowano mnie jak pospolitego przestępcę! To poniżające!

Milton Cooper Carrington Bradley. Spadkobierca luksusowego, renomowanego, międzynarodowego imperium hotelarskiego i mój odwieczny klient. Wiek metrykalny? Dwadzieścia lat. Stopień dojrzałości? Czterolatek.

– Głupie sługusy, nie wiedzieli z kim mają do czynienia! Mówiłem im, że wylecą z pracy.

Tak, on naprawdę nazywa się Milton Bradley[1]. Najwyraźniej jego rodzice nie byli normalni.

– Zwłaszcza główna stewardesa, głupia zdzira. Grasz w racketballa z prezesem tej linii lotniczej, prawda, tato? Chcę, żeby wyleciała z pracy.

To jabłuszko spadło bardzo niedaleko jabłoni.

Rozpieram się w fotelu, słuchając jak żali się ojczulkowi, że załoga pokładowa nieładnie go potraktowała i dlatego chce ich zwolnienia. Jestem adwokatem w sprawach karnych w kancelarii Adams&Williamson. Jestem jedną z elitarnych, wschodzących gwiazd w tym biurze. Jednak to mój szczególny rok. Czas, żeby odłączyć się od stada i udowodnić partnerom, że jestem jednym z nich. Pokazać, że jestem przywódcą. Najlepszym z najlepszych.

W przeciwieństwie do moich współpracowników, którzy również są moimi najbliższymi przyjaciółmi, w karierze nie przeszkadzają mi takie sprawy jak rodzina, dziewczyny, małżeństwo, dzieci – prawdziwe piąte koło u wozu. Nie rozpraszam się, dlatego łatwiej mi udowodnić swoje oddanie i wykazać się różnorodnymi umiejętnościami. Lubię swoją pracę. Nie powiedziałbym, że ją kocham, ale jestem w niej cholernie dobry. Jest interesująca. Wymagająca. Stawia przede mną wyzwania. W obronie w sprawach karnych nie chodzi o ochronę słabych czy niewinnych – to gra. Biorąc do ręki karty – fakty w danej sprawie – trzeba wykorzystać je na swoją korzyść. Przechytrzyć i wykiwać oskarżenie. Wygrać, choć wszystko mówi, że to niemożliwe.

Minusy?

Muszę spędzać czas z popaprańcami takimi jak Milton Bradley.

Wyciąga papierosa z kieszeni i odpala zapalniczką Zippo. Potrząsa głową, odsuwając z czoła blond kosmyki, jednocześnie nosem wypuszcza chmurę toksycznego dymu. Niczym smok niedorajda, który nie potrafi zionąć ogniem.

– Tutaj nie wolno palić.

– Kto tak twierdzi? – odpowiada z zaczepką w głosie.

Wstaję z fotela i podchodzę do niego, przypominając chmurę gradową. Jestem świadomy swojej postury – mam metr dziewięćdziesiąt pięć, ważę sto dwa kilogramy, w tym twarde jak kamień mięśnie, więc wiem, jakie wrażenie wywieram na ludziach. Jestem dość przerażający, nawet zbytnio się nie starając. Jednak w tej chwili?

W tej chwili się staram.

– Ja tak mówię – rzucam cichym, groźnie niskim tonem.

Jeśli chcecie coś przekazać, mówcie poważnie i dokładnie, a rzadko będziecie musieli podnosić głos. Krzyk jest przejawem desperacji, wskazaniem, że kończą się wam możliwości i że nie pozostało wam już nic innego.

Wyciągam w jego stronę plastikowy kubek z niewielką ilością zimnej kawy znajdującą się na dnie. Bez słowa skargi Milton wrzuca do niego papierosa. Słychać syk, po czym unosi się nieprzyjemny zapach.

Większość moich klientów jest bogata, choć nie wszyscy aż tak bardzo. Jednak każdy z nich trafia do mojego gabinetu z powodu podobnych cech osobowości. Oszukują, kantują, wydaje im się, że prawo ich nie dotyczy, ogólnie nie przestrzegają zasad, dodatkowo, za uśmiechem skrywają gwałtowną naturę. Obrona w sprawach karnych nie różni się od proktologii. W obu przypadkach mamy dupka za dupkiem. To nie jest praca dla osób słabych, trzeba mieć nerwy ze stali. A moje takie właśnie są.

– W jaki sposób możemy się z tego wyplątać, Jake? – pyta starszy z Bradleyów, siedzący w fotelu obok syna. Jego oczy, niemal tak ciemne jak garnitur, wbite są we mnie z umiarkowanym szacunkiem. Ponieważ ojciec rozumie to, czego nie może pojąć jego synalek: że choć dla niego pracuję, on potrzebuje mnie bardziej niż ja jego.

Wracam za biurko i przyglądam się raportowi z aresztowania.

– Świadkowie zeznali, że twoje zachowanie było gwałtowne, groziłeś im.

– Kłamią. Zazdrosne bydlaki – prycha Milton.

– Stewardesa twierdzi, że wyczuła marihuanę, gdy wyszedłeś z toalety.

Milton przez chwilę nerwowo zerka na ojca, po czym znów patrzy na mnie. Trzyma głowę wysoko, jakby był obrażony.

– Ja też ją czułem. Musiał ją palić ktoś przede mną.

Robię notkę, głównie ku własnej uciesze.

Mam większe kamienie nerkowe niż ten dzieciak mózg.

Uzasadnienia i wyjaśnienia. Czasami czuję się, jakbym słyszał już wszystko. „Nie mogłem się powstrzymać”. „On mnie do tego zmusił”. „Sama się o to prosiła”. „Spałem”. „Wyprowadzałem psa”. Byłoby miło, gdyby w te odpowiedzi włożyli czasem choć trochę pracy. Oryginalność niekiedy coś znaczy.

– Mam dla ciebie radę na przyszłość – mówię do młodego Miltona. – Nie przeginaj z administracją nadzoru lotniczego. Są ostatnio bardzo wrażliwi, mają budżet na to, żeby uprzykrzyć ci życie. – Zwracam się do ojca. – A odpowiadając na twoje pytanie, Malcolmie, łatwiej byłoby wyplątać się z tego, gdyby twój syn co kilka tygodni nie dawał się aresztować.

Dwa zarzuty prowadzenia pojazdu pod wpływem środków odurzających, zakłócanie porządku i napaść w barze, wszystko zaledwie w trzy miesiące. Założę się, myślicie, że to rekord.

Wcale nie.

– Zatem mówisz, że nie możemy wygrać? – pyta Milton, łamiącym się głosem niczym Bobby z Grunt to rodzinka.

Uśmiecham się chłodno.

– Oczywiście, że wygramy. Przed lotem wziąłeś lekarstwo uspokajające. Taką przyjmiemy linię obrony. Źle zareagowałeś na te pastylki, co wyjaśnia twoje dziwaczne zachowanie. Oświadczenie lekarza biegłego powinno wystarczyć.

To niemal zbyt łatwe.

Wskazuję na niego palcem.

– Jednak przez następne sześć tygodni musisz zostać w domu. Niech twoje nazwisko nie pojawi się przypadkiem w gazetach czy na portalach plotkarskich. Nie prowadź samochodu, nie chodź do klubów, nawet nie puszczaj bąków w publicznych miejscach. Zrozumiano?

Malcolm uśmiecha się i kładzie dłoń na ramieniu syna.

– Tak. – Wszyscy wstajemy. – Jak zawsze, dziękuję ci, Jake. Mamy szczęście, że nas reprezentujesz.

– Odezwę się.

Ściskamy dłonie, po czym wychodzą.

Dwie godziny później zdejmuję marynarkę, gotowy iść na lunch. Rozluźniam krawat, odpinam guzik kołnierzyka, ujawniając tatuaż, który mam na obojczyku i prawym ramieniu sięgającym aż do nadgarstka. Jest to niewygodne w lecie, ponieważ nie jest mile widziane przez sędziów i denerwuje bogatych klientów.

Do gabinetu wchodzi moja sekretarka, pani Higgens. Jest starszą kobietą z klasą, nosi perłowy naszyjnik i okulary, bardziej pasuje do bujanego fotela, robótki na drutach i gromadki wnucząt niż do pracy w kancelarii. Jednak jest wspaniała. Przy wielu okazjach nazywany byłem bezdusznym draniem, ale nie wiem, czy byłbym na tyle okrutny, żeby kiedykolwiek ją zwolnić.

– Jake, przyszła do ciebie młoda dama. Nie była umówiona.

Nie znoszę takich wizyt. Są nieoczekiwane i nieprzewidywalne. Rozpieprzają mi grafik, a harmonogram to świętość.

– Właśnie wychodzę.

Pani Higgens zerka na mnie z ukosa i mówi z aluzją:

– Ale jest bardzo ładna.

Spoglądam na zegarek.

– Dobra, ale proszę jej powiedzieć, że ma jedynie pięć minut.

Wracam za biurko. Chwilę później do mojego gabinetu wchodzi drobna, ciemnowłosa kobieta. Powiedziałbym, że jest przed trzydziestką. Atrakcyjna, ma apetyczne ciało odziane w beżowe spodnie i jasnożółty zapinany sweter. Jednak rozbiegane oczy i stremowane ruchy odbierają jej urok.

Wygląd ma znaczenie, ale to pewność siebie dodaje kobietom najwięcej seksapilu.

Pani Higgens zamyka za sobą drzwi, brunetka staje bezpośrednio przed moim biurkiem.

– Cześć – mówi, zerkając krótko na moją twarz. Zaraz ponownie patrzy pod nogi, jednocześnie zakładając włosy za uszy.

– Cześć. W czym mogę pomóc?

Unosi głowę.

– Nie pamiętasz mnie, prawda? – pyta nerwowo, splatając palce.

Przyglądam się jej twarzy, tym razem jeszcze uważniej. Nie jest ani wyjątkowo piękna, ani też paskudna. Po prostu zwyczajna. Przeciętna.

– A powinienem?

Unosi ręce, żeby zakryć twarz i mamrocze:

– Rany, myślałam, że i tak będzie to trudne. – Siada w fotelu naprzeciw mojego biurka, właściwie na jego krawędzi, jakby chciała być gotowa do ucieczki. Po chwili mówi: – W zeszłym miesiącu spotkaliśmy się w Angry Inch Saloon. Miałam czerwoną sukienkę.

Nie, nie dzwoni żaden dzwonek. Poznaję w barach wiele kobiet, jednak preferuję blondynki. Nie są fajniejsze, tylko bardziej namiętne.

Odsuwa ciemną grzywkę na bok i próbuje po raz kolejny.

– Poprosiłam, żebyś postawił mi drinka, co też zrobiłeś. To był cosmopolitan.

Wciąż nic.

– Później poszliśmy do ciebie. Opowiedziałam ci, że przyłapałam swojego chłopaka uprawiającego seks z moją najlepszą przyjaciółką.

Pusto.

– Miał wtedy na sobie moją ulubioną różową haleczkę.

No i już wiem. Teraz pamiętam. Pomyślałem wtedy o Marvie Albercie, tym komentatorze sportowym, który lubi zakładać damskie ciuszki i ma zarzut napaści oraz pobicia, choć wciąż pracuje w telewizji.

Takie rzeczy są możliwe jedynie w Ameryce.

– Tak. Teraz cię pamiętam. – Chociaż wciąż staram się zgadnąć jak ma na imię.

– Lainey.

– Lainey. – Pstrykam. – Tak. Co mogę dla ciebie zrobić? – Zerkam na zegarek, zostały mi dwie minuty do wyjścia.

Dziewczyna znowu się denerwuje i wierci.

– Dobra, nie wiem, jak to delikatnie ująć, więc powiem prosto z mostu.

Brzmi, jakby miała plan.

Bierze głęboki wdech i mówi:

– Mój chłopak nie tylko zabrał mi haleczkę i przyjaciółkę, ale również coś zostawił. – Jak poetycko. – A jest to kiła.

Ten dźwięk, który właśnie słyszeliście? To ja, zastanawiający się, co ona, u diabła, powiedziała? Właściwie wsadziłem palce do uszu, żeby je przeczyścić, bo może woda z porannego prysznica uniemożliwia mi normalne słyszenie.

Jednak powtarza to i brzmi dokładnie tak samo:

– Tak, to kiła.

Żołądek mi się kurczy, istnieje spora szansa na powrót mojego śniadania.

– Kilka dni temu dostałam wyniki badań. Lekarz powiedział, że muszę się skontaktować ze wszystkimi, z którymi po zerwaniu z moim chłopakiem uprawiałam seks. A robiłam to tylko z tobą. Zapamiętałam, jak się nazywasz i to, że jesteś adwokatem. – Klaszcze. – Więc oto jestem.

Może lepiej, żeby przesunęła się trochę w prawo, bo będę rzygał.

Oddycha teraz z łatwością, jakby jej ulżyło, kiedy już to z siebie wyrzuciła. Jak cholernie miło z jej strony.

– Masz jakieś pytania, Jake? Chcesz coś powiedzieć?

Szlag by cię trafił, miałem iść na lunch!

[1] Milton Bradley – amerykański wynalazca (1836–1911), założyciel Milton Bradley Company. O tym imieniu i nazwisku mamy również amerykańskiego baseballistę, ur. 1978 r.

2

Nie zawsze byłem wyznawcą harmonogramów, zwolennikiem rutyny. W latach młodości byłem uosobieniem buntownika. Im działo się gorzej, tym dla mnie lepiej. Mam blizny, tatuaże oraz kartotekę młodocianego przestępcy. Miałem wtedy nieokrzesany temperament i urazę do świata, a to niebezpieczna kombinacja. Pozwalałem, żeby obydwie te rzeczy kontrolowały mnie jak koks ćpuna. Dopiero gdy poważnie się wystraszyłem – popełniłem błąd, który nieomal zaważył na całym moim życiu – spoważniałem. Pod opieką starego, gnuśnego sędziego, który wziął mnie pod swoje skrzydła i przysłowiowo nakopał do dupy, byłem w stanie utemperować swój charakter buntownika, zamknąć na kłódkę i wyrzucić klucz.

Dlatego, że ten człowiek zobaczył we mnie coś, czego sam nigdy nie widziałem. Potencjał. Możliwości. Zalążek wielkości. Jasne, matka zawsze to we mnie wyczuwała, ale przynajmniej póki miałem pstro w głowie, nie przejmowałem się w ogóle jej słowami. Każda matka uważa, że jej dziecko to kolejny nieodkryty Einstein, Gates czy Mozart.

Jednak Sędzia zaakceptował mnie takim, jakim byłem, z całym gównem i w ogóle. Chociaż nie przyjmował do wiadomości, że tylko na to mnie stać. Kiedy ktoś w ciebie wierzy, wychodzi dla ciebie ze skóry, chociaż wcale nie musi, to wywiera na ciebie wpływ. Chciałem spojrzeć w lustro i dostrzec mężczyznę, którym mogłem się według niego stać.

W tej chwili to właśnie taki sukinsyn spogląda na mnie z lustrzanego odbicia. Władczy. Silny. Lider. Jasne, czasami mój temperament odzywa się w klatce, choć nigdy nie puszczam go wolno. Buntownik jedynie w określonych sytuacjach może dorzucić swoje trzy grosze. Jest trzymany na bardzo krótkiej smyczy. Kobiety uwielbiają ostrych facetów, mają kisiel w majtkach na widok twardzieli, więc wtedy pozwalam mu się nieco ujawnić. Bo jeśli chodzi o pieprzenie, jak już mówiłem, im gorzej tym lepiej.

Rutyna każe mi iść na lunch, nawet jeśli jedzenie jest ostatnią rzeczą, na którą mam w tej chwili ochotę. Jednak to rytuał. Ja, Sofia, Brent i Stanton – wspaniały kwartet obrońców. Czasami spotykamy się w którymś z naszych gabinetów, w większości jednak w barach lub kawiarniach niedaleko kancelarii. Teraz siedzimy właśnie w jednym z takich miejsc, przy okrągłym stole z kraciastym obrusem, znajdującym się przed kawiarnią. Marcowe słońce jest na tyle intensywne, że możemy zjeść na zewnątrz. Poranna rozprawa Stantona przeciągnęła się w sądzie, więc jest spóźniony.

Sofia wstaje, gdy go widzi, poprawia elegancką czarną spódnicę. Kiedy nosi dziesięciocentymetrowe szpilki jest niemal równa wzrostem swojemu chłopakowi, który całuje ją z uśmiechem i mówi:

– Cześć, kochanie.

Sofia przesuwa palcami po jego jasnych włosach.

– Hej.

Brent odchyla się na krześle, jego ciemnoniebieskie oczy błyszczą psotnie.

– Ja nie dostanę buzi?

Stanton odsuwa dla Sofii krzesło, po czym siada obok.

– Mój tyłek zawsze służy pomocą, Mason.

– Mówiłem do Sofii.

– Jej tyłek jest poza twoim zasięgiem – odpowiada Stanton, przeglądając menu.

Stanton Shaw jest poczciwy w każdym znaczeniu tego słowa. Pochodzi z Missisipi, gdzie mieszkał na farmie. Jest uczciwy, lojalny, nie toleruje ściemniania, emanuje urokiem, który kobiety uważają za nieodparty, tak samo jak sędziowie. Poznaliśmy się na studiach i wkrótce zostaliśmy współlokatorami. Dobrze wykonuje swoją pracę, jego wyniki są niemal tak samo imponujące jak moje. Także liczy na fotel partnera. Choć w przeciwieństwie do mnie, Stanton ma bagaż. Fajny, słodki, ale jednak bagaż.

Nie lubię dzieci. Są zbyt wymagające i hałaśliwe. Córka Stantona, Presley jest wyjątkiem. Mieszka w Missisipi ze swoją matką, a byłą dziewczyną Stantona, jednak przylatuje do Waszyngtonu na tyle często, że mój kumpel zdobył przydomek tatulka. Podoba mu się to. Gdyby słońce przybrało ludzką postać jak w greckich mitach, wyglądałoby jak Presley Shaw. Wspaniały z niej dzieciak.

Zamawiamy jedzenie, rozmawiamy o ostatnich rozprawach w sądzie i o tym, co dzieje się w kancelarii. Kto komu nadepnął na odcisk, a kto komu wbił nóż w plecy. To nie są plotki, to strategia. Przykładanie ucha do ścian pomaga nam przy następnym ruchu.

Dostajemy jedzenie, więc rozmowa schodzi na politykę. Nasza stolica to duże miasto, ale jeśli chodzi o strategie i sojusze, przypomina odcinek Ryzykantów. I nikt nie może się doczekać, żeby zagłosować i wywalić kogoś z wyspy.

Jednak dzisiaj przysłuchuję się rozmowie jednym uchem. W mojej głowie nieustannie pojawia się wyznanie Lainey. Niemożliwe, żebym ponownie zapomniał to imię. Próbuję zachować spokój, ale zdradzają mnie spocone dłonie. A ja się nie pocę. Chyba że uderzam w worek na siłowni lub przebiegam dziesięć kilometrów. Rozważam możliwość wystąpienia u mnie choroby i jej konsekwencji. Myślę o tym, jak do tego doszło. Zastanawiam się, co zrobić, żeby uniknąć mdłości. Jak na razie lunch stoi przede mną nietknięty.

Z zamyślenia wyrywa mnie Brent.

– Co się z tobą dzisiaj dzieje?

Patrzę na niego pustym wzrokiem.

– Dlaczego uważasz, że coś jest nie tak?

Wzrusza ramionami.

–  Za dużo milczysz, o co chodzi?

Brent jest gadatliwy. Rozprawia o wszystkim. Pochodzi z rodziny, której bogactwo sięga kilku pokoleń wstecz, jednak jego rodzice nie są zimnymi, milczącymi arystokratami, jakich można sobie wyobrażać. Jasne, są trochę ekscentryczni, co jest cholernie zabawne, ale są też mili, ciepli, zabawni i przekazali te cechy synowi. Ponieważ nie pracują, członkowie rodziny Brenta mają zbyt wiele wolnego czasu, więc często angażują się w życie osobiste innych. W klanie Masonów nie ma tajemnic. W zeszłym miesiącu kuzynka Carolyn rozesłała e-mailem po rodzinie datę swojej owulacji, żeby każdy trzymał kciuki za udane poczęcie.

Nie żartuję. To dość histeryczny reality show.

Kiedy Brent był dzieckiem, miał wypadek – wpadł pod samochód. Przeżył, choć amputowano mu nogę poniżej kolana. Ale pogodził się z tym, użalanie się nad sobą nie leży w jego naturze. Jego ładna buźka zapewne mu w tym pomaga, jak i to, że kobiety praktycznie błagają, żeby je przeleciał. Jest też zwolennikiem psychoterapii. Podejrzewam, że na terapeutów wydał przez dziesięć lat więcej niż na zakup domu.

Ja nie lubię się użalać i dzielić życiem prywatnym. Jednak się dogadujemy – no wiecie, jak jin i jang. Brent ma dryg do wyciągania mnie ze skorupy w taki sposób, że nie mam ochoty mu przywalić.

Jednak dziś jest inaczej.

– Nie chcę o tym gadać.

Spogląda na mnie niczym pilot myśliwca na cel. Albo wkurzający młodszy brat.

– Cóż, teraz to musisz powiedzieć.

– Nie sądzę – odpowiadam oschle.

– No weź, wyrzuć to z siebie. Powiedz. Powiedz. Wiem, że tego chcesz. No dawaj.

Stanton się śmieje.

– Równie dobrze możesz odpuścić i powiedzieć, Jake. On się nie zamknie, dopóki tego nie zrobisz.

Podsuwam zastępczy pomysł:

– Lub nie złamię mu szczęki. Z drutami na zębach z pewnością się zamknie.

Brent głaska się po świeżej, choć wypielęgnowanej brodzie.

– Zniszczyłbyś wtedy to bezcenne dzieło sztuki. To byłaby zbrodnia. Po prostu nam powiedz. Nawijaj.

Otwieram usta, ale się nie odzywam, wpatruję się niepewnie w Sofię.

Rozumie natychmiast i przewraca tylko piwnymi oczami.

– Dorastałam z trzema starszymi braćmi. No i mieszkam z nim. – Wskazuje na Stantona. – Nie ma mowy, żeby to, o czym powiesz, było dla mnie nowe.

Dobra. Biorę wdech i wyduszam z siebie:

– Dowiedziałem się, że kobieta, którą zaliczyłem miesiąc temu ma kiłę. Muszę się przebadać.

Sofia krztusi się napojem.

– Poprawka, tego jeszcze nie słyszałam.

Ten gnojek, Brent rechocze ze śmiechu.

– Rany, to straszne.

– Dzięki, dupku. – Piorunuję go wzrokiem. – Słychać, że naprawdę mi współczujesz.

Brent trochę odpuszcza.

– Nie zrozum mnie źle, to do dupy, ale kiła jest uleczalna, mogło być gorzej. – Ścisza głos. – Za zabawę nieraz trzeba zapłacić. Zdarza się najlepszym. Sam raz złapałem insekty.

– Insekty? – pyta Sofia.

Stanton wyjaśnia:

– Wszy łonowe, kochanie.

Kobieta się krzywi.

– Fuuuuj!

Stanton wskazuje mnie palcem.

– Mówiłem ci, że pewnego dnia te jednorazowe numerki się na tobie zemszczą.

– Dzięki za wsparcie.

– Proszę.

Kiedy nie był z Sofią, Stanton nie zachowywał się jak mnich, jednak jego partnerki nie zmieniały się tak szybko jak moje. Chodził na randki. Dbał, aby nawiązać z kobietą wystarczającą więź, żeby swobodnie zadzwonić do niej i zaprosić na szybki numerek.

Ja tak nie działam. To wymaga sporej energii i zabiera zbyt dużo czasu. Nie kręci mnie ani kobiecy umysł, ani osobowość. To jej ciału chcę poświęcić całą uwagę.

Czuję jakbym musiał się bronić.

– Sami też nie jesteście wybredni. Widziałem nieraz, kogo posuwaliście. Nie wszystkie te laski były z górnej półki.

– Obrażasz mnie – mówi Brent, choć uśmiech zdradza, że wcale tak nie jest.

– Wiedziałem przynajmniej, jak miały na imię – mówi Stanton. – Dowiadywałem się nieco o ich życiu, historii…

– Jasne – mówię – bo zaraz po: „Ładna pogoda”, panna powie: „A tak w ogóle to mam kiłę”.

Stanton myśli przez chwilę, po czym wzrusza ramionami.

– Właściwie, czemu nie. Zdziwiłbyś się, czego można się dowiedzieć, poświęcając kobiecie trochę czasu. A nawet jeśli nie powie wprost, gdy ją poznasz, będziesz wiedział, jakiego pokroju jest osobą. To dłuższa droga w podejmowaniu decyzji w kogo chcesz włożyć fiuta.

Nie chcę przyznawać mu racji, ale wiem, że ją ma. Biorę ją sobie do serca. Jeśli moje wyniki badań okażą się w porządku, postaram się poznać następną kobietę, którą postanowię zaciągnąć do łóżka. Przynajmniej trochę. Abym nigdy, przenigdy nie musiał ponownie mierzyć się z czymś takim.

Sofia przysuwa się, opiera ręce na stole.

– Dzwoniłeś do lekarza?

– Tak, wieczorem mam umówioną wizytę.

Unikam lekarzy jak zarazy. Wiem, że to pewna ignorancja, ale uważam, że stres związany z wieścią o śmiertelnej chorobie może zabić szybciej niż sama choroba. Raczej wolę nie wiedzieć.

Wybieram nagły atak serca w trakcie wspaniałego bzykanka lub kłótni na środku sali sądowej. Tak właśnie chciałbym odejść. Choć za wiele, wiele lat.

– Wiesz, co w tym najgorsze, prawda? – pyta Brent. Ten drań wciąż się uśmiecha.

– A jest jeszcze coś gorszego?

Kiwa głową.

– Tak. Celibat, mój drogi. Zakaz wszelakich zabaw zapewne na jakieś dwa tygodnie. Przynajmniej dopóki nie dostaniesz wyników badań.

– Dwa tygodnie? Wkręcasz mnie? – Na samą myśl czuję ból w pachwinie, równie dobrze mogą to być dwa lata.

Szturcha mnie w ramię, przez co mam ochotę mu walnąć.

– Niestety. Przez chwilę czeka cię wyłącznie związek z Renią.

Mrużę oczy, bo nie mam bladego pojęcia, o czym mówi.

– Jaką Renią?

Wyciąga dłoń.

– Renią Rączkowską.

3

Dwa tygodnie później

Brent miał rację. To były najdłuższe dwa tygodnie mojego życia. Ćwiczyłem tak dużo, że straciłem na wadze. Spędzałem też zbyt wiele czasu z Renią. Seks z nią robi się nudny, a ona zaczyna się czepiać. Czas z nią zerwać.

Nie jestem uzależniony od pieprzenia, nie muszę robić tego co noc, jednak dwa tygodnie posuchy to problem. Nie było fajnie, mój nastrój też nie był fajny. Z każdym mijającym dniem stawałem się coraz bardziej nie do zniesienia. Byłem spięty. Wybuchowy. Ledwie się trzymałem.

A moje napalenie sięgnęło granic.

Stanton zaczął unikać przebywania ze mną w gabinecie. To, że zagroziłem, że wyrwę mu ten wstrętny ozór, kiedy świntuszył z Sofią przez telefon, mogło mieć z tym coś wspólnego.

A choć dziś jest dzień, w którym to wszystko ma się zakończyć, lęk przed poznaniem wyników badań sprawia, że jestem jeszcze bardziej nerwowy. Jest to naprawdę niekorzystne dla klienta, który właśnie wchodzi do mojego gabinetu.

A to Milton „Nie potrafię przestrzegać prostych zasad” Bradley.

Milton „Zostałem aresztowany w samochodzie z heroiną w schowku” Bradley.

Drzwi skrzypią, gdy zamykam je za nim i piorunuję śmiercionośnym wzrokiem. Trzymając ręce w kieszeniach, podchodzi do fotela, jakby spacerował sobie beztrosko po parku.

Nie dzisiaj, gnojku.

Kiedy zajmuje miejsce, wracam za biurko i składam ręce w obawie, że mu przywalę.

– Co ci mówiłem? – pytam.

– Nie była moja.

Ściszam głos, wyostrzam go i cedzę każdą sylabę osobno:

– Co ci mówiłem?

Spuszcza głowę niczym posłuszny pies.

– Mówiłeś, żebym został w domu, ale…

Unoszę palec.

– Nie ma żadnego „ale”. Mówiłem, żebyś nie wyciągał żałosnej dupy z domu, a ty jesteś zbyt wielkim kretynem, żeby się dostosować.

Wstaje, jego twarz z pobladłej robi się wściekle różowa.

– Nie możesz tak do mnie mówić! Mój ojciec płaci ci pensję.

Również wstaję, a jestem bardziej przerażający niż on.

– Siadaj.

Wykonuje polecenie. Ja zostaję na nogach.

– Będę mówił, jak mi się podoba, dupku. Piorun mnie przez to nie strzeli, więc się przyzwyczaj. A jeśli chodzi o twojego ojca, to nie on płaci mi pensję. Ale jeśli nawet byłoby tak, nie wahałbym się nazwać cię kretynem czy debilem bez jaj, bo właśnie nim jesteś.

Milton z każdym moim słowem robi się coraz bardziej czerwony.

Siadam i zwracam się bardziej filozoficznym tonem:

– Wiesz, co dzieje się z chłopaczkami takimi jak ty w więzieniu, Miltonku? Bogatymi, ładniutkimi, uśmiechniętymi chłopcami?

W nanosekundzie z czerwonego znów staje się blady.

– No chyba że fantazjujesz w duchu o rozerwaniu dupy na strzępy. W przeciwnym wypadku musisz zacząć polegać na jedynym, który stoi między tobą a kolegą spod celi o ksywie Chewbacca, czyli na mnie.

W końcu wygląda na przerażonego.

– A ponieważ na tym polega moja praca, będę trzymał twój zasrany tyłek z dala od krat, czy zechcesz ze mną współpracować, czy też nie. Rozumiesz?

Kiwa głową i rozsądnie trzyma gębę na kłódkę.

– A teraz powiedz, czy na torebkach heroiny znajdują się twoje odciski palców?

Kręci głową.

– Nie. Nie dotykałem ich.

Idealnie. Istnieje szansa, że go z tego wyciągnę.

Z górnej szuflady wyciągam wizytówkę.

– Kiedy ode mnie wyjdziesz, udaj się prosto pod ten adres.

Bierze wizytówkę.

– Co tam jest?

– Firma zajmująca się monitorowaniem. Założą ci na kostce nadajnik, który da im znać, jeśli wyjdziesz z domu. A jeśli to zrobisz, oni poinformują mnie.

Otwiera usta, żeby się spierać.

– Ani jednego pieprzonego słówka, Milton. To twoja ostatnia szansa. Spieprz ją, a plan B wejdzie w życie.

– A jaki jest plan B? – pyta, jakby chciał go rozważyć.

– Taki, że wjebię ci tak, że będziesz leżał w domu i nie wpakujesz się już w żadne kłopoty.

Słyszę, jak z trudem przełyka ślinę.

– Do… dobrze – jąka się. – Tym razem naprawdę posłucham.

Moja twarz pozostaje bez wyrazu, ciało nie drga nawet o centymetr.

– Dla własnego dobra, lepiej, żebyś tak zrobił.

Dwie godziny później siedzę na stole pokrytym tym głupim papierem, marszczącym się pod moimi beżowymi spodniami. Zerkam na zegarek. Lekarz się spóźnia. Jakby mój nastrój nie był wystarczająco zły. Naprawdę nienawidzę czekać.

Nie mając nic lepszego do roboty, rozglądam się po gabinecie. Na ścianach wiszą oprawione dyplomy z Yale, plakat uczący poprawnego mycia rąk, reklama szczepionki na grypę oraz przypomnienie o konieczności badania prostaty.

Zastrzelcie mnie. Zakończcie tym moje cierpienie.

Podobnie jak milion razy w ciągu ostatnich dwóch tygodni, zaklinam się, że już nigdy nie wpakuję się w podobną sytuację. Koniec z jednorazowymi numerkami. Koniec z laluniami z problemami, szukającymi obcego faceta, żeby je przeleciał. Od tej chwili tylko randki. Będę poznawał te kobiety. I będę wybredny, bez względu na to, jak kiepsko to brzmi.

W końcu drzwi się otwierają, wchodzi jakiś nieznajomy gostek w białym kitlu. Ma jasnobrązowe włosy, ciemne oczy i gładkie policzki, które wyglądają, jakby nigdy nie widziały maszynki.

Wygląda na pieprzone dwanaście lat.

– Mogę jakoś pomóc? – pytam.

Patrzy na mnie ponad dokumentami i się uśmiecha.

– Dzień dobry, panie Becker, jestem doktor Grey.

Zerkam przelotnie na drzwi, spodziewając się, że wejdzie jego ojciec.

– Na pewno?

Uśmiecha się dobrodusznie.

– Tak, na pewno jestem lekarzem, chociaż nowym w tej klinice. Doktor Sauer miał pilną sprawę rodzinną, więc zastępuję go dzisiaj. – Obraca stronę w dokumentacji i czyta. – Zanim jednak omówimy wyniki pana badań, porozmawiajmy o zasadach prowadzenia bezpiecznego życia seksualnego, uwzględniając prezerwatywy, środki plemnikobójcze, tabletki antykoncepcyjne.

Unoszę rękę.

– Może jednak nie. Znam je. Proszę powiedzieć wprost: mój wynik jest pozytywny czy negatywny?

Unoszę butelkę piwa, stukając nią o trzy uniesione szklanki.

– Czysty jak łza. – Nie uśmiechałem się tak szeroko chyba odkąd wygrałem swoją pierwszą sprawę. Na litość boską, niemal chichoczę. Od śmiechu zaczynają boleć mnie policzki.

– Gratulacje – mówi z zadowoleniem Sofia.

– Zdrowy, bogaty i mądry – rzuca Stanton. – Za to, żeby tak zostało.

– A pewnie, że tak. – Pociągam łyk z butelki. Zazwyczaj nie piję na lunchu i nigdy się nie upijam, nawet w weekendy. Upojenie zawsze kojarzyło mi się ze słabością, brakiem kontroli, nieudolnym myśleniem i godnymi pożałowania działaniami. Jednak to wyjątkowa okazja.

– Więc, jaki masz plan? – pyta Brent. – Jakbym już go nie znał, ty napalony draniu. Widziałem, jak zerkasz na biedną panią Higgens. Jesteś aż tak zdesperowany?

Pokazuję mu środkowy palec. Pani Higgens jest jedyną kobietą w moim otoczeniu, na którą tak nie patrzę. Co prowadzi do kolejnego pytania:

– Jak zazwyczaj przebiega randka? Długo trzeba czekać, zanim się weźmie panienkę do łóżka?

– Potrzeba trzech randek – odpowiadają jednocześnie.

Unoszę brwi.

– Trzech randek? Poważnie? Jesteście bardziej religijni, niż do tej pory zakładałem?

– Nigdy nie słyszałeś o zasadzie trzech randek? – Sofia wkłada sałatkę Cezar do ust.

Kiedy kręcę głową, Stanton wyjaśnia:

– Na pierwszej randce rozmawiasz i sprawdzasz, czy wytrzymasz z nią ponad godzinę w tym samym pomieszczeniu. Druga randka jest weryfikacją, czy naprawdę jest tym, kim była na pierwszej randce. Trzecia jest najlepsza, pozwalasz na zabawę.

Wygląda na to, że trzeba się natrudzić, żeby sobie pobzykać. Zastanawiam się, czy cipka jest fajniejsza, gdy facet zna imię dziewczyny.

– Czekajcie – wcina się Sofia. – Pytasz, bo nigdy nie byłeś na randce? Nigdy nie miałeś dziewczyny? Nawet w szkole średniej?

Kręcę głową.

– W liceum nie było ze mnie dobrego materiału na chłopaka. Dziewczyny, z którymi się spotykałem nie były czymś takim zainteresowane.

– To nawet słodkie, Jake – droczy się. – To tak, jakbyś był prawiczkiem.

Marszczę czoło.

– Oprócz tego, że nie jestem.

– Umówiłem się na randkę na piątek – informuje nas Brent. – Z Lucy Patterson z Emblem&Glock.

Emblem&Glock jest kolejną kancelarią prawną w Waszyngtonie, z którą rywalizujemy o klientów.

– Sypiasz z wrogiem, co? – pyta Stanton.

Brent wzrusza ramionami.

– Jest bystra, piękna i nie ma mnie za fiuta, gdy narzekam na początkującego oskarżyciela, który nie chce iść na ugodę. Dodatkowo, konkurowanie zawodowe mnie kręci. – Spogląda na mnie. – Mogę zapytać, czy nie ma jakiejś koleżanki. Moglibyśmy iść na podwójną randkę.

Robię szybkie wyliczenia w głowie.

– To oznacza, że najwcześniej mógłbym mieć ją w łóżku w niedzielę i to tylko po tym, jak straciłbym cały weekend na dziewczynę, której w życiu na oczy nie widziałem.

To mi nie pasuje.

– A masz inne wyjście? – pyta Brent.

Właściwie to tak.