Skazani na zyski. Tajemnicza wiedza właścicieli prawdziwych wartości – czyli – biblia świadomego inwestora - Piotr S. Wajda - ebook
Opis

Książka ta jest przeznaczona wyłącznie dla rozsądnych inwestorów i w żadnym wypadku nie nadaje się dla naiwnych i bezmyślnych spekulantów, kierujących się wyłącznie chciwością. Znajdziesz w niej opis drugiej strony medalu. Tej odwrotnej, niewidocznej. Znajdziesz w niej również opis różnicy między inwestorem a spekulantem.
Jeśli więc chcesz poznać fundamenty fizycznej ekonomii, zapoznać się z prawdziwymi wartościami, poznać różnicę między ceną a wartością, właścicielem a posiadaczem, przekonać się, co znaczy mieć lub nie mieć, oraz zapoznać się z ponad 1600-letnią strategią zarządzania majątkiem, która do dziś jest stosowana zarówno przez najzamożniejszych tego świata, jak i przez wszystkie centralne instytucje finansowe na świecie; jeżeli chcesz zajrzeć za kulisy finansowej władzy – prawdziwie rządzącej elity tego świata – i przekonać się, jak banalnie proste może być uniezależnienie się od systemu finansowo-monetarnego, a tym samym osiągnięcie wolności osobistej, to ta książka z całą pewnością pomoże Ci zmienić Twój punkt widzenia na świat finansów i, co za tym idzie, umożliwi Ci zbudowanie bezpiecznego majątku. Zobacz, dlaczego gra na giełdzie, spekulacje na rynkach walutowych, lokaty czy fundusze inwestycyjne wraz z polisolokatami szkodzą nie tylko Tobie, skazując Cię na porażkę, lecz mają również bezpośredni, negatywny i niszczący wpływ na gospodarkę, a tym samym na standard życia społeczeństwa.
Zamożność kraju jest wprost proporcjonalna do poziomu edukacji społeczeństwa oraz do średniego IQ jego obywateli. I nie szukaj tej wiedzy u finansistów. Oni wiedzą na ten temat tyle co ty.
Bankowiec tego nie wie, a bankier Ci o tym nie powie.
Bądź odpowiedzialny, uczciwy i sprawiedliwy.
Życzę Ci odwagi, sukcesów, własności i wolności – bo tyle wolności, ile własności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 287

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


WSTĘP

Wśród pięknych jezior i lasów, pomiędzy górami i rzekami, na uroczej zielonej wyspie była sobie studnia. Studni tej już od dłuższego czasu nie używano, ponieważ nie było w niej wody. Jednakże z biegiem lat studnia stała się miejscem zamieszkania małych szarych żabek. Od dna studni powstały małe, idące w różnych kierunkach tunele, które ze względu na swój wilgotny stan oraz korzenie wystające ze ścian pozwalały żyjącym tam żabkom przetrwać. Wprawdzie brak promieni słonecznych oraz ograniczone i nieurozmaicone, a często niestosowne odżywianie żabek determinowało ich krótkie życie, lecz one, nie zdając sobie z tego sprawy, żyły szczęśliwie w swoich ciemnych tunelach. Ich największą atrakcją były zebrania na dnie studni. Mieszkała tam na co dzień żaba, której reszta mieszkańców tuneli bezgranicznie ufała. Co kilka dni na zaproszenie zamieszkującej dno studni żaby, spotykały się one na samym środku, aby podziwiać piękne, bezkresne niebo, jakie widać było przez wylot studni. Przy każdym spotkaniu nie mogły się nachwalić, jakiż ten świat jest piękny. Jakże wspaniałe jest błękitne niebo ze swoimi szybko przemykającymi chmurkami. I oczywiście, jak cudowne są dni, gdy promienie słoneczne przebijają się na kilka chwil na samo dno studni, ogrzewając swym ciepłem niemalże zgniatające się nawzajem żabki, chcące wykorzystać w jak największym stopniu te przecudowne chwile.

 

Pewnego dnia w tunelach naszych sympatycznych żabek pojawiła się duża kolorowa ropucha. Wygrzewając się w promieniach słonecznych na brzegu stawu, znudzona i najedzona pysznościami, których było wokół niej mnóstwo, zupełnie niespodziewanie odkryła pod kamieniem, na którym się wylegiwała, tunel. Postanowiła więc nim podążyć. Przemieszczając się tym ciasnym tunelem dotarła w końcu do pierwszych mieszkańców podziemi. Zdumienie obu stron było niezmierne. Jeszcze nigdy nie widziałyśmy tak pięknego przedstawiciela naszego gatunku, myślały żabki. Ropucha natomiast nie mogła się nadziwić, jak małe i optycznie nieatrakcyjne mogą być żaby. Po długim przypatrywaniu się sobie ropucha postanowiła przerwać milczenie, dopytując o miejsce, w którym się w danej chwili znajdowały. Jak wielkie było jej zdziwienie, gdy żabki niemalże przekrzykując się nawzajem, rozpoczęły opowiadanie o swoim pięknym świecie, w którym żyją, o wilgotnych, zimnych tunelach, o ciemnościach, o bezkresnym niebie i o wygrzewaniu się w promieniach słonecznych. Ropucha, nieco poirytowana, postanowiła sprawdzić prawdziwość tych wszystkich opowieści. Poprosiła więc o pokazanie tych wszystkich cudów, na co żabki, pełne entuzjazmu, rozpoczęły oprowadzanie jej po tunelach, podtrzymując z ropuchą kontakt słuchowy, aby ta wiedziała, gdzie się znajduje, no i żeby nie zgubiła się w ciemnościach. Dla ropuchy nie było to zbyt interesujące, a może nawet niezbyt przyjemne i nudne. Non stop zimno i wilgotno, o ciemnościach nie wspominając. Nagle po długiej wędrówce nadszedł czas zebrania się mieszkańców tuneli na dnie studni. Na szczęście dla ropuchy właśnie dzisiaj przypadał dzień spotkania. Czyli ten dzień tygodnia, w którym światło i promienie słoneczne wpadają do studni, aby je ogrzać. To nie zdarza się często, rozprawiały szczęśliwe żabki. Na tę chwilę nie mogły się doczekać, aby przy okazji tych niebywałych odwiedzin ropuchy pokazać to niezwykłe miejsce.

 

Docierając do miejsca spotkań ropucha zauważyła, że na środku siedziała rozmiarami nieco większa od pozostałych żaba, o odrobinę innych barwach. Dopytując, kim jest, usłyszała, że jest to najmądrzejsza żaba świata. Ach, pomyślała ropucha, to bardzo się cieszę, że będę mogła ją poznać. Dostosowując się do całej reszty, w milczeniu i z pokorą zajęła miejsce pomiędzy tłoczącymi się żabkami. Ekscytacja wzrastała. Żabki wraz z ropuchą zgromadziły się na samym środku i w milczeniu obserwowały przez wylot studni bezkresne niebo, oczekując chwili dotarcia promieni słonecznych na samo dno studni. Po kilku krótkich chwilach w milczeniu, gdy promienie słoneczne przestały docierać do żabek, rozległy się pełne radości okrzyki w kierunku ropuchy: Czy ty to widziałaś, widziałaś to, czy to nie wspaniałe?!? Spójrz jakie przepiękne i bezkresne niebo, czułaś te promienie słoneczne?!? Czy nasz świat nie jest najcudowniejszy?!? Ropucha zaniemówiła. Co teraz?, pomyślała. Po dłuższej chwili, gdy entuzjazm i wrzawa nieco ustały, ropucha postanowiła opowiedzieć im o świecie, z którego przybyła. O jeziorach i stawach, o lasach i górach, o prawdziwie bezkresnym niebie i o ogromnej ilości najprzeróżniejszych owadów, które niemalże same wpadają do przełyku. Opowiadała o dniach, w których promienie słoneczne grzeją tysiąc razy dłużej, i o tym, jak można się w nich wylegiwać lub usiąść w cieniu roślin i krzewów, których w jej świecie jest bez liku.

Po dłuższej chwili emocjonalnych opowiadań ropucha zauważyła, że coraz więcej żabek odwraca się od niej i odchodzi do swoich tuneli. Na dnie studni pozostała już jedynie niewielka liczba tych miłych stworzeń, wraz z „najmądrzejszą na świecie” żabą, które patrzyły na ropuchę z dużym zdziwieniem.

Chodźcie, krzyknęła ropucha, wystarczy że pójdziecie za mną, poprowadzę was tą samą drogą, którą do was trafiłam. Zobaczycie, jaki świat jest piękny i jak wspaniałe i kolorowe może być życie.

To niemożliwe, odezwała się „najmądrzejsza” żaba. Nie ma innego, piękniejszego świata od naszego! A z pewnością nie ma żadnego przejścia, które prowadziłoby do lepszego świata od tego, w którym żyjemy!! To jest kłamstwo i oszustwo! Należy wygonić tę ropuchę i to natychmiast, wykrzyknęła!

Rozpoczęła się zagorzała dyskusja. Ropucha robiła, co tylko było w jej mocy, aby przekonać sympatyczne krewniaki do siebie i żeby choć częściowo uwierzyły w jej słowa.

Po bardzo długiej dyskusji „najmądrzejsza” żaba powiedziała: Dobrze, pójdźmy zatem i zobaczmy ten piękny kolorowy i słoneczny świat, o którym nam opowiadasz. Przekonajmy się, kim jesteś i czy mówisz prawdę.

Nie do wiary, pomyślała ropucha, mam szansę przekonać niedowiarków. Gdy zobaczą mój piękny świat, to z całą pewnością przekonają pozostałych krewniaków mieszkających w tunelach do życia na zewnątrz.

Z impetem ruszyła przodem, w dalszym ciągu nie dowierzając mądrości decyzji podjętej przez „najmądrzejszą” żabę. Co chwilę oglądała się za siebie, kontrolując, czy aby na pewno żabki w dalszym ciągu za nią podążają, popędzając nieco ociągający się orszak. Niesamowite, myślała, tak zacięcie ze mną mądrala walczyła, a teraz idzie na czele pozostałych. Po dłuższym marszu zawiłymi, ciasnymi zakamarkami tuneli dotarli w końcu do wyjścia.

A to co?!?, wykrzyknęła ropucha. Na zewnątrz zapadł zmierzch i rozpętała się przerażająca burza. Wiał przeszywający wiatr, a deszcz zacinał niczym drobno potłuczone szkło spadające z nieba. Bez chwili namysłu przerażona ropucha zaczęła wyjaśniać, że tutaj, w jej świecie jest taka kolej rzeczy, że jutro będzie znowu dzień, a taka pogoda to nie jest reguła, lecz jedynie wyjątek! Po prostu uciekł nam czas, wołała, zagadaliśmy się, musicie przyjść tu jutro!!!

Tymczasem „najmądrzejsza” żaba spojrzała na podążające za nią żabki i spokojnym głosem powiedziała – A nie mówiłam?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Bądź silny i niezłomny, aby umocnić tych,

którzy się chwieją.

 

OD AUTORA

Nie wierz w to, co opisane jest w tej książce!

Ponieważ wiara zawsze równa się niewiedzy, nie chcę, aby ktokolwiek z czytelników tej lektury mi wierzył. Książka ta dedykowana jest wszystkim tym, którzy kierują się zdrowym rozsądkiem oraz ufają własnej, wielowiekowej intuicji, którą my, ludzie, mamy genetycznie przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Moją wizją, jaką noszę w sobie od ponad 13 lat, jest stworzenie prostego, pisanego zrozumiałym językiem instrumentu, za pomocą którego każdy, kto z otwartością umysłu przestudiuje ten przekaz, sam, bez konieczności przedstawiania jakichkolwiek dowodów, wyciągnąć będzie mógł dla siebie odpowiednie wnioski lub nawet podjąć znaczące decyzje. Tym instrumentem jest ta oto książka. Znajdziesz w niej mnóstwo historycznych faktów oraz wiele wynikających z nich odniesień i sytuacji, jakie zdarzyły się na przestrzeni wieków, wpływając i zmieniając znacząco nasze życie.

Pieniądz rządzi światem. Należy więc zastanowić się nad tym, kto rządzi pieniądzem i dlaczego idzie mu to aż tak dobrze. W roku 2017 co drugi dzień na świecie przybywał jeden dolarowy miliarder, natomiast 42 najzamożniejsze osoby posiadają większy majątek niż połowa niezamożnych ludzi żyjących na naszej planecie. Przyjrzyjmy się zatem wspólnie temu, co robi elita finansowa, która od pokoleń rządzi światem, a tym samym ma bezpośredni wpływ na nasze życie. Co robią sami od wieków z własnym majątkiem i jakich zasad przestrzegają w zarządzaniu swoimi aktywami. Bo jeśli już się uczyć, to od najlepszych. A z całą pewnością lepiej robić to, co robią najzamożniejsi ze swoimi pieniędzmi, niż to, co specjalnie dla nas przygotowali.

Nauki ekonomiczne, mimo swojego bujnego rozwoju, nie przynoszą proporcjonalnych korzyści społecznych. Na przykład osoba wpłacająca regularnie składki emerytalne nie może być pewna, że fundusz emerytalny odzwierciedli rzeczywistą wartość wpłat, zapewniając godziwe pomnożenie kapitału. To powoduje brak opłacalności i dotyczy wszystkich rozwiązań inżynierii finansowej, medialnie i politycznie rekomendowanych społeczeństwu jako „zabezpieczenie godnej przyszłości”. Ten stan rzeczy nie ulega poprawie przez matematyzację ekonomii. Potrzebne jest respektowanie elementarnych zasad fizycznych, a w szczególności tych, które określają naturę kapitału.

W lekturze tej nie znajdziesz zbyt wielu przekierowań do źródeł podanych tu faktów ani żadnych wykresów czy wzorów matematycznych. Wszystko, o czym tu piszę, zostało już setki, tysiące razy na całym świecie powiedziane i napisane. Staram się jedynie to, co każdy z Was świadomie lub podświadomie wie, przekazać i uwidocznić w prosty, przejrzysty sposób, bazując na własnych doświadczeniach i korzystając z wiedzy, którą posiadam. Od 2005 roku pogłębiam swą wiedzę, studiując tematy kapitału, bogactwa, majętności i wolności. Gdy rozpoczynałem, 1% najzamożniejszych ludzi na Ziemi posiadało 50% światowego majątku, a tak zwane najbogatsze 10% było właścicielami 80% światowych dóbr. Dziś, w roku 2018, najbogatszy jeden procent ma już 90%, natomiast do 10% najzamożniejszych ludzi na świecie należy dziś aż 99% wszelkich dóbr majątkowych. Co robią i jakich zasad przestrzegają najzamożniejsi? Czy istnieją w ogóle jakieś zasady? A może istnieje jakiś prosty schemat, który w swojej banalnej prostocie jest dla przeważającej większości niezauważalny? Jestem przekonany, po prostu o tym wiem, że wśród Was jest mnóstwo zdroworozsądkowych ludzi, którym będę mógł pomóc w podjęciu niezmiernie istotnych decyzji. Decyzji dotyczących przyszłości Waszej i Waszych najbliższych. Bezpiecznej przyszłości, prowadzącej do godnego życia jako wolny obywatel tego pięknego świata. Bo tyle wolności, ile własności.

Wasz

Piotr S. Wajda

TAKIE MAMY CZASY…

Coś się dzieje i coś nadchodzi. Czy też macie takie odczucie? Dzisiejsza młodzież powiedziałaby: coś jest nie halo. Może i Ty, szanowny czytelniku, sięgnąłeś po tę oto książkę, ponieważ coraz częściej odczuwasz potrzebę, wręcz konieczność znalezienia odpowiedzi, nie mogąc się temu oprzeć? Nawet jeśli nie potrafisz sformułować konkretnego pytania, jedynie silnie uświadamiasz sobie, że coś jest nie tak. Zacznij czytać w dowolnym dniu gazetę lub wysłuchaj wiadomości, a twoje odczucie ponownie się wzmocni. Jest to powolny, stopniowy proces, dzięki czemu większości ludzi on umyka, a wręcz wypierają go ze swojej świadomości, dzień po dniu, rok po roku. Borykając się z codziennymi problemami, zatykającym dech w piersi pośpiechem, druzgocącym, napływającym ze wszystkich stron naciskiem i wzrastającą wokół nas nienawiścią międzyludzką, wręcz nie zauważamy dramatycznego rozwoju, który znika z naszego horyzontu. Straszą nas wiadomości pomieszane z irytującymi talk-show, a przełączając programy musisz się często upewnić, czy oglądasz film katastroficzny, czy dzisiejsze wiadomości. Realia stają się coraz bardziej nierealne, a iluzje medialne coraz bardziej perfekcyjne. Tak naprawdę odczuwa to każdy. Jakiś czas można okłamywać wszystkich. Niektórych można okłamywać cały czas. Natomiast nie da się cały czas okłamywać wszystkich. Wielu ludzi wypiera odczucie, które ich męczy, ponieważ nie chcą tego zaakceptować, a głównym tego powodem jest fakt, iż nie wiedzą, co robić i jak dalej postępować, jeżeli dopuszczą do siebie tę świadomość. Totalny brak alternatywy! Lecz możesz rozmawiać z kimkolwiek, za każdym razem usłyszysz bezpośrednio lub pośrednio między słowami, od każdego normalnie myślącego tę samą opinię, że „coś jest nie halo”.

Wiele osób widzi jedynie powierzchowne, ogólne warunki i fakty, takie jak wysokie bezrobocie, zadłużenie państwa, zwielokrotniona liczba bezdomnych czy własne długi. Tych ludzi można w łatwy sposób za pomocą retorycznie dobrze przygotowanych tekstów uspokoić lub nawet uśpić, ponieważ powierzchowne warunki i fakty stale się zmieniają. Wystarczy naobiecywać zmiany w systemie podatkowym, obniżenie kosztów pracy, uproszczenie procedur dla inwestorów, reformę w ZUS-ie lub zwiększenie korzyści dzięki globalizacji i przynależności do UE.

 

Chyba wszyscy znamy to zaklęcie: „Musimy jedynie przyspieszyć wzrost gospodarki, a wszystkie problemy znikną”.

 

To jedyny kierunek systemu, w którym żyjemy. Systemu, którego nie należy podważać. Ten, kto zdecyduje się podważyć system gospodarczy lub finansowy, staje się wrogiem konstytucyjnym. Najpóźniej od końca drugiej wojny światowej rozpoczął się rozwój sytuacji, która obecnie niestrudzenie zmierza do eskalacji.

Przez ostatnie 20 lat według światowych urzędów statystycznych zwiększyła się produktywność gospodarki o 35%. Z ekonomicznego punktu widzenia, przy normalnych relacjach pomiędzy zdrowym systemem finansowym a gospodarczym, można by zmniejszyć czas pracy z 40 godzin tygodniowo do 30 godzin, i to bez ryzyka obniżenia dotychczasowego standardu życia społeczeństwa. Jednakże zamiast tego mamy do czynienia ze zwiększonym nasileniem pracy i obniżającym się standardem życia. Podczas gdy 50 lat temu w krajach zachodnich, gdzie ustrój kapitalistyczny już od pokoleń szaleje, jeden zarabiający członek rodziny mógł spokojnie utrzymać rodzinę i spłacić kredyt za dom, dziś, pomimo wzrostu gospodarczego, nie ma mowy o dobrym, a tym bardziej wzrastającym standardzie życia, nie mówiąc o spłacaniu kredytu i utrzymaniu rodziny z dochodu jednego statystycznego obywatela. A jak się ma do tego w gigantycznym tempie wzrastające światowe zadłużenie, przekraczające obecnie 40 bilionów dolarów?

Każdy człowiek ma swój stopień intuicji i niezależnie od tego, jak bardzo zaniedbał swoje intuicyjne odczucie, w potrzebie działa on ze specjalną wrażliwością. Tak jak zwierzęta wyczuwają zmianę pogody i nadchodzącą burzę, chowając się w bezpieczne miejsca, tak ludzie odczuwają, że coś w trawie piszczy, szukając bezpiecznej przystani, bezpiecznej alternatywy. No, ale co? I jak zareagować? Co robić? Coś, co zupełnie nie pasuje do naszego toku myślenia, jesteśmy w stanie szybko przeoczyć, wyprzeć ze świadomości, a tym bardziej podważyć. Nasz intelekt, a co więcej nasze ego nie pozwala nam zgodzić się z wmawianymi teoriami patologii systemu, co z łatwością sprowadza do koncentracji na codzienności lub powrotu do jakże ulubionego telewizora.

Czy nowo wybrani rządzący spowodują nagłą poprawę warunków naszego życia? Czy nagły wzrost kursów na giełdzie papierów wartościowych zmieni obecną sytuację? Czy nowi inwestorzy ściągani do kraju ulgami podatkowymi (a nawet całkowitym zwolnieniem od podatków) przynoszą miliony nowych miejsc pracy i rozwiązują choćby część obecnych problemów? Czy poprawia się sytuacja zadłużenia Polski lub wzrastającego długu UE? Czy gospodarka jest w stanie wzrastać i wzrastać w nieskończoność? Czy tzw. globalizacja rozwiązuje wzrastające globalne problemy i daje nam możliwość godnego życia?

Z całą pewnością dzięki medialnej globalizacji bierzemy mentalnie dzień w dzień udział w wydarzeniach, które rozgrywają się na całym świecie, czy tego chcemy, czy też nie. Przez to tworzy się mnóstwo współczucia, którego jednak w życiu codziennym nie da się przełożyć na działania i które w rezultacie przeradza się w litość, powodując w ten sposób gotowość do wszelkich działań w kierunku zmian, usprawiedliwiając w ten sposób wszelkie „konieczne” do podjęcia kroki.

Historia ludzkości zna wiele takich cykli. Mocarstwa światowe powstawały i upadały. Systemy polityczne były tworzone i niszczone. Dzisiaj jednak nie stoimy tak po prostu przed końcem systemu finansowego, który wpędził ludzkość w niemożliwe do spłacenia długi, ponieważ koniec tego systemu wyniósłby ludzkość na zupełnie inny poziom. Tak zwany kapitalizm rozwinął nieporównywalną do niczego dynamikę, która umożliwia ludziom „wygodne życie” przy „niewielkich nakładach pracy”.

 

Kapitalizm i socjalizm to dwie strony tego samego medalu. W socjalizmie gospodarka jest upaństwawiana, a później niszczona. W kapitalizmie gospodarka jest niszczona, a później upaństwawiana. W obu przypadkach dłużnikiem pozostaje społeczeństwo.

ŁATWA DECYZJA

Doradzanie pod kątem inwestycyjnym może być dziecinnie proste. A jeszcze prostsze podejmowanie decyzji. Warunkiem musi być jednak zdrowy rozsądek oraz „włączenie” logiki. Całkiem poważnie.

Tam gdzie istnieje niedobór, istnieje podstawa do zysków.

Skomplikowane? Nie sądzę. Oczywiście znać tę zasadę to jedno, a umiejętność jej zastosowania to drugie. No, ale jeśli już nabyłeś tę książkę, to proponuje uzbroić się w cierpliwość i czytać dalej.

 

Tam gdzie istnieje niedobór, istnieje podstawa do zysków.

 

Musisz więc na podstawie odwiecznej, podstawowej zasady rynku, kierować się popytem i podażą, czyli zapotrzebowaniem i dostępnością. Najrozsądniej, żebyś potrafił określić nie tylko ograniczony dostęp przy dużym zapotrzebowaniu, ale nawet znał fakty dotyczące ograniczenia rezerw i zasobów.

To, o czym tu piszę, i co staram się sensownie przekazać każdemu, kto z zaciekawieniem nie może doczekać się sedna sprawy, dotyczy jedynie jednego, jedynego rynku. Rynku surowców.

Rynek surowców zawiera wszystko to, co jest potrzebne do określenia wyżej wymienionych czynników. Gdybyśmy jednak chcieli opisywać wszystkie surowce, z całą pewnością nie wystarczyłoby tej lektury, którą trzymasz w ręku. Nie chodzi tu o wodę, piasek lub ropę naftową, wymieniając jedynie trzy z surowców o najszerszym i najczęstszym zastosowaniu, jak również największych zużywanych ilościach.

Publikację tę poświęcę inwestycjom w metale. Tak, w metale. Fizycznie istniejące, zakupione i przechowywane na potrzeby klientów z całego świata w magazynach o najwyższym poziomie bezpieczeństwa, na terenie neutralnym geopolitycznie. Metale szlachetne oraz metale strategiczne. Metale, które znasz, o których może słyszałeś, ale również metale, o których większość z was jeszcze nie słyszała. Nie, nie są one przechowywane w bankach. Broń Boże!

Biorąc pod uwagę zniesienie tajemnicy, czyli poufności bankowej, oraz ustawowo przygotowane procedury wywłaszczenia ze wszystkiego, co jest pod „nadzorem” bankowości, mam na myśli przechowywanie poza systemem bankowym, jak i geopolitycznie neutralnie, pod nadzorem urzędu celnego. Szwajcarskiego urzędu celnego. Ale o tym z pewnością w dalszej części i w kolejnych rozdziałach będzie nieco więcej.

Książka ta poświęcona jest tym surowcom metali, które rządzą światem! Metalom, które w historii ludzkości, od tysiącleci wywołują pozytywne emocje, takie jak entuzjazm czy euforię, ale również metalom, które do dnia dzisiejszego odgrywają niezastąpioną, choć dla większości zapomnianą przez ludzkość rolę. Metalom, bez których nie tylko postęp, ale nawet utrzymanie naszego obecnego standardu życia, byłoby niemożliwe. Bez których ewolucja ostatniego tysiąclecia niemalże wróciłaby do punktu wyjścia. Metalom szlachetnym, takim jak: złoto, srebro, platyna i pallad, i metalom strategicznym, takim jak: tellur, bizmut, ind, chrom, hafn, wolfram, molibden, tantal, cyrkon, gal, kobalt czy ren.

Czy to nie jest ekscytujące?

No, może na pierwszy rzut oka nie jest.

Ale poczekajcie moi drodzy, aż dowiecie się więcej. Jestem absolutnie pewien, że książka ta zmieni wasz sposób myślenia na temat inwestowania i lokowania pieniędzy, a wiedza na temat wyżej wymienionych surowców metali, znacznie poszerzy waszą wiedzę o świecie, w którym żyjemy.

Najważniejszą cechą tej książki nie są jedynie nagie, zimne i twarde fakty dotyczące wyżej wymienionych metali i uzależnionego od nich świata.

Najważniejszym przekazem tej publikacji są opisane w niej możliwości wzięcia udziału w tym niesłychanie interesującym rozwoju rynku metali inwestycyjnych, oraz korzyści wynikających z posiadania własności w postaci surowców, na które zapotrzebowanie wzrasta w niezmiernie szybkim tempie, natomiast zarówno dostępność do nich, jak i zasoby są coraz bardziej ograniczone. Poznaj więc je i wykorzystaj w prosty i dostępny sposób. Przekonaj się co do poufnej i bezpiecznej możliwości wykorzystania najstarszej zasady inwestycyjnej na świecie, zasady popytu i podaży. Sprawdź, w jaki sposób niedobór surowców, których bycie właścicielem zabezpieczy siłę nabywczą Twoich środków płatniczych, wypracowuje dla Ciebie dodatkowy potencjał wysokich zysków. Bo tylko tam, gdzie istnieje niedobór, istnieje podstawa do zysków.

PIENIĄDZ TO NIE ZAWSZE PIENIĄDZ

Człowiek, jak każda żywa istota, ukierunkowany jest na przetrwanie. Do tego potrzebna jest mu żywność. Gdy dysponuje już odpowiednią ilością pożywienia, chciałby zadbać o okrycie/ubranie oraz dach nad głową. Gdy podstawowe potrzeby zostaną zaspokojone, powstają u ludzi, w odróżnieniu od zwierząt, dalsze potrzeby. Na tej podstawie może dojść do sytuacji, gdy ktoś posiada więcej ubrań, aniżeli sam potrzebuje, ktoś inny posiada więcej pożywienia, a jeszcze inny broni. Gdy się spotkają, może dojść do wymiany. Na tym przykładzie widzimy, jak skomplikowany może być handel. Jeśli poszczególne grupy uczestniczących w tej gospodarce wymiennej rozpoczną specjalizację, niezmiernie szybko powstanie również potrzeba ustalenia stałej wyceny wartości dla poszczególnych towarów. Ile skór za jeden garnek? Właśnie tak lub bardzo podobnie zrodziła się potrzeba znalezienia środka wymiennego, dziś zwanego środkiem płatniczym, w celu zapobieżenia nieporozumień i regulacji w wykonywaniu dalszych płatności „towar za towar”. W pierwszym rzędzie należy zadać sobie pytanie, jaki rodzaj pieniądza w ogóle istniał lub istnieje. Pieniądz to nie zawsze pieniądz, pomimo że w pierwszym momencie brzmi to dziwnie. W historii ludzkości stwierdzono, że ludzkość zdolna do podziału zadań i pracy potrafiła rozwijać się znacznie szybciej aniżeli grupy ludzi, które tendencyjnie można by nazwać jako samowystarczalne. Aby można było wygodniej wymieniać się towarami i usługami, zdecydowano się na środek płatniczy. Po wielu stuleciach prób i błędów dokonano doboru odpowiedniego środka płatniczego, a żeby skrócić tę historię, ludzkość zdecydowała i wybrała złoto oraz srebro, nadające się najbardziej do wykorzystania jako środek wymienny za towary lub usługi. Żadnych konferencji, żadnych dekretów i żadnych regulacji państwowych nie potrzebowano. Właściwości, jakie wykazywały wybrane przez ludzi środki płatnicze, metale, były znakomite, ponieważ nie występowały powszechnie, nie można ich dowolnie mnożyć, są podzielne, chemicznie stabilne i pożądane przez ogół. Złoto i srebro jako towar o własnej wartości wewnętrznej stały się więc pieniądzem, mając nieprzemijającą wartość związaną z koniecznością znalezienia ich, wydobycia, oczyszczenia i uformowania w monety lub sztabki. Krótko mówiąc, złoto i srebro wykazywały wartość wynikającą z wykonanej pracy w przeszłości, i z tego powodu, jako towar sam w sobie, nie mógł i nie może całkowicie stracić swojej wartości.

 

„Tylko kłamstwa potrzebują wsparcia władzy poprzez ustawodawstwo. Prawda sama się utrzyma”. Thomas Jefferson (1743–1826)

 

Historycznie ważnym i spektakularnym przykładem jest walka Banku Anglii z niezależną walutą brytyjskich kolonii. Walka ta doprowadziła Amerykanów do wojny narodowowyzwoleńczej, ale zakończyła się porażką w zakresie utrzymania narodowej waluty. Skutki tejże porażki są jednocześnie główną przyczyną patologii światowego systemu finansowo-monetarnego, która manifestuje się poprzez nieustanne wywłaszczanie społeczeństw na całym świecie.

 

Brytyjskie kolonie w Ameryce rozkwitały, posługując się swoim własnym papierowym pieniądzem, opartym na zaufaniu i wierze, emitowanym równolegle do wzrostu gospodarczego. Przedstawiciele Banku Anglii, zaniepokojeni brakiem kontroli finansowej nad koloniami, skłonili parlament brytyjski do uchwalenia Ustawy o walutach (Currency Act z 1764 roku), zobowiązującej kolonie do posługiwania się pieniądzem o parytecie (pokryciu/wymienności) złota i srebra. Skutki tej ustawy opisał Benjamin Franklin w swojej autobiografii następująco: W ciągu jednego roku warunki zmieniły się diametralnie. Okres prosperity przerodził się w depresję i to w takim rozmiarze, że ulice kolonii zapełniły się bezrobotnymi.

Społeczne niezadowolenie ukształtowało tendencje wyzwoleńcze. Dolar kontynentalny posłużył jako pieniądz amerykańskiej rewolucji. Wyemitowano 12 milionów dolarów kontynentalnych, których podstawą było zaufanie i wzajemna wiara. Odmowa respektowania parytetu złota narzuconego przez ustawy brytyjskiego parlamentu w czasie wojny stała się oczywista. Nie mając możliwości prawnego kontrolowania waluty kolonii, „Brytyjczycy” (Bank of England), zaczęli fałszować dolary kontynentalne, transportując ten fałszywy pieniądz statkami przez ocean. Pod koniec rewolucji było już w Ameryce 500 milionów dolarów kontynentalnych, co skutecznie zniszczyło tę walutę. Jej mała wartość (para butów kosztowała 5000 dolarów) stała się przysłowiowa. Prywatni bankierzy, zwolennicy parytetu złota i kontroli pieniądza, wykorzystali niezadowolenie z inflacji, wywołanej de facto przez fałszerstwo i wojnę, aby przejąć kontrolę nad pieniądzem „wolnego już narodu amerykańskiego”. Obawa przed drukiem zbyt dużej ilości pieniądza przez rząd federalny, przy braku świadomości, kto odpowiadał za fałszywe dolary kontynentalne, zwyciężyła w konfrontacji z nieznanym wówczas jeszcze niebezpieczeństwem kreacji oprocentowanego długu przez banki prywatne. Amerykanie nieświadomie oddali się we władanie prywatnym bankierom. Dokonało się to samo, co w przypadku Anglików i Banku Anglii, a stali za tym reprezentanci tej samej grupy ludzi. Amerykanie wywalczyli niepodległość jedynie „częściowo”, co można dosłownie nazwać wolnością teoretyczną, przegrali bowiem walkę o własną narodową walutę. Dzisiaj posługują się pieniądzem emitowanym przez reprezentantów cywilizacji lichwiarskiej, która tym samym determinuje ich politykę wewnętrzną oraz zagraniczną. Oczywiście należy w tym miejscu nadmienić, że amerykański dolar od roku 1944 jest główną światową walutą rozliczeniową, co sprawia, że powyższa historia ma bezpośredni wpływ na teraźniejszy rozwój sytuacji ekonomicznej na świecie.

 

Chociaż fakt, że Amerykanie poddali się grupie bankierów, którzy podejmują decyzje o tym, ile i na jakie cele dodrukują dodatkowe miliardy dolarów, a sam rząd USA nie ma prawa wglądu w księgi tejże prywatnej instytucji, świadczy bezdyskusyjnie o tym, kto tak naprawdę rządzi. Sami pomyślcie. Ameryka ma dług przekraczający 19 bilionów dolarów. To jest niemalże połowa światowego zadłużenia. Kraj o największej armii, o największym budżecie przeznaczonym na cele uzbrojenia, poddał się niewielkiemu gronu lichwiarzy. No właśnie, ale budżet na jakiekolwiek cele oznacza łaskę tych, którzy od stuleci otrzymali prawa do podejmowania decyzji dotyczących tworzenia pieniędzy. Co teraz?

 

„Zacznie się w Stanach Zjednoczonych i rozejdzie po całym świecie jak najgorsza plaga. To będzie skutek odejścia od standardu złota. Waluty zaczną tanieć, aż stracą jakąkolwiek wartość. Co dalej? Oczywiście najrozsądniejsze byłoby powrócić do złota jako jedynego, prawdziwego pieniądza”. Murray Rothbard (ekonomista, intelektualista)

 

Nadmierny dodruk pieniądza jest sposobem na przejmowanie dóbr narodowych wówczas, gdy lichwiarze nie mają jeszcze pod kontrolą waluty danego kraju. Przejęcie majątku narodowego jest tutaj połączone z likwidacją wartości zasobów kapitałowych kraju, w tym oczywiście przede wszystkim oszczędności obywateli. Proces ten kończy się wywołaniem upadku narodowej waluty – tak było w rewolucyjnej Francji, gdy 17 drukarń w Anglii produkowało fałszywe banknoty francuskie, w Rosji przewieziono maszyny drukarskie statkami do Petersburga po to, by zniszczyć walutę carską, tak było w Niemczech i we Włoszech – Mussolini wprost mówił o władzy nowo wydrukowanych pieniędzy, tak było z polską złotówką doby PRL-u, która upadła w hiperinflacji. Pomyśl teraz, jak wygląda obecna sytuacja w naszym „rozwiniętym” świecie. Jednym z najwyraźniejszych przejawów arogancji jest twierdzenie, że świat się zmienił, a wydarzenia z przeszłości nie mają zupełnie nic wspólnego z „naszym” czasem obecnym i że nie można tego porównywać. Cóż za ignorancja! W latach 2008–2014 USA dodrukowało ponad 5 bilionów dolarów, a EBC drukował od lutego 2015 roku 60 miliardów euro miesięcznie, podwyższając poprzeczkę w kwietniu 2016 roku na 85 miliardów euro miesięcznie. Mamy grudzień 2017, a oni dalej drukują. Czy przychodzi Ci może do głowy rozwiązanie odbiegające w takich sytuacjach od rozwiązań stosowanych wielokrotnie w przeszłości? Istnieje w ogóle alternatywne rozwiązanie co do nadmiaru pieniędzy na rynku i regulacji cen towarów oraz usług, które swoją wartością dopasować się muszą do ilości znajdujących się w obiegu środków płatniczych?

A tak na marginesie, czy uważasz, że problem ten dotyczy również Polski?

ZAKŁAD UTYLIZACJI ŚRODKÓW – ZUS

Posługując się słowami profesora Gwiazdowskiego, byłego szefa Rady Nadzorczej ZUS, a obecnie jednego z największych krytyków tego systemu: ZUS ma się świetnie.

ZUS zatrudnia 45 000 ludzi. Na utrzymanie tych ludzi ZUS płaci 2 700 000 000 złotych rocznie (słownie: dwa miliardy siedemset milionów). ZUS posiada najlepsze oprogramowanie w administracji cywilnej na świecie, za które otrzymał w roku 2005 nagrodę za najlepszy system informatyczny. Samo utrzymanie tego systemu komputerowego kosztuje 800 000 000 złotych rocznie (słownie: osiemset milionów). I z pewnością jest tyle wart, jeżeli potrafi policzyć coś, czego nie ma. Całościowe roczne wydatki ZUS, łącznie z czynszami wynajętych obiektów administracyjnych, to ponad 4 500 000 000 złotych (słownie: cztery miliardy pięćset milionów). Więc można uznać, patrząc na powyższe kwoty, że ZUS naprawdę ma się świetnie.

Inaczej wygląda sytuacja z FUS – Fundusz Ubezpieczeń Społecznych.

To właśnie FUS wypłaca emerytury i renty – albo inaczej – ZUS wypłaca emerytury i renty z FUS-u.

Rocznie wypłacanych jest około 200 000 000 000 złotych rent i emerytur (słownie: dwieście miliardów). Do FUS-u wpływa natomiast ze składek emerytalnych 130 000 000 000 złotych rocznie (sto trzydzieści miliardów). Ten deficyt w wysokości 70 000 000 000 złotych (siedemdziesiąt miliardów) dotowany jest z budżetu państwa. Czyli, ponieważ ze składek, które płacicie, a raczej – które wam zabierają, nie wystarczy na wypłacenie obecnych rent i emerytur, budżet musi dołożyć z podatków, które są również Wam zabierane. Zważywszy na trwający od dziesięcioleci niż demograficzny, dziura, która powstaje w kasie emerytalnej, powiększa się w coraz to szybszym tempie. Nikt obecnie nie pracuje i nie odkłada na swoje własne emerytury, które miałby otrzymać w przyszłości. Obecne składki są wykorzystywane na horrendalne koszty utrzymania tego wątpliwego bałaganu, a reszta idzie natychmiast na wypłaty rent i emerytur obecnych rencistów i emerytów.

To, że ZUS jest bankrutem, wiedzą znawcy tematu nie od wczoraj. Z punktu widzenia prawa należałoby się jedynie zastanowić nad celowym odwlekaniem w czasie jego upadłości. Każdy przedsiębiorca wie, że takie działanie jest przestępstwem i grozi karą pozbawienia wolności. A ZUS jako firma jest już od wielu lat w stanie upadłości. Natomiast w tym szczególnym przypadku pozwala się, a nawet celowo praktykuje dalsze okradanie społeczeństwa, wiedząc, że z odebranych im dziś środków nie pozostanie nic, co mogłoby posłużyć do godnego życia po ukończeniu pracy zawodowej. W ten oto sposób ZUS jest kolejnym narzędziem do wyzysku i zubożenia społeczeństwa polskiego.

Choć i wcześniejsze działania nigdy nie były w żadnej mierze korzystne dla obywateli. Społeczeństwo zawsze traktowane było przedmiotowo, jako zwykłe pospólstwo i ciemnota. Zawsze zmuszano do płacenia składek emerytalnych bez możliwości jakiegokolwiek wyboru i oceny ryzyka na własną odpowiedzialność, odbierając ludziom część ich ciężko zapracowanych pieniędzy. To był od samego początku system niewolniczy w sensie materialnym oraz w sensie formalnym. Materialnym, bo odbierał część zarobionych pieniędzy, rzekomo przeznaczanych na iluzoryczne zabezpieczenie przyszłości. Formalnym, bo odbierając ludziom ich środki, pogwałcano wszelkie prawa człowieka do możliwości podjęcia własnych decyzji.

I tak obecnie w Polsce jest siedem i pół miliona rencistów i emerytów. Zawodowo aktywnych jest około szesnastu milionów ludzi. Czyli na jednego emeryta pracują dwie osoby. A stosunek ten się zmienia na niekorzyść. Tego systemu nie da się utrzymać.

To wyjaśnia potrzebę podjęcia własnych, koniecznych kroków w celu zabezpieczenia swojej przyszłości i przyszłości swoich najbliższych. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że wykorzystuje się tę świadomość i wpuszcza nieświadome społeczeństwo z deszczu pod rynnę, korzystając z całego wachlarza tworów inżynierii finansowej oraz inflacji, dobijając kompletnie pozwalające się wpuścić w najgęstsze maliny społeczeństwo.

CHCIWOŚĆ ZŻERA MÓZG – A GODNA EMERYTURA TO GODNE ŻYCIE…

Chciwość zżera mózg – tylko w ten sposób można określić i tłumaczyć oczekiwania zyskowności z produktów finansowych oraz akceptację mydlenia oczu odsetkami i nieistniejącymi gwarancjami. Podczas gdy rynki zachodnie, na przykład kraje niemieckojęzyczne, od co najmniej roku 2008 otwarcie krytykują w mediach produkty bankowe i ubezpieczeniowe – czego dosadnym przykładem jest wydana w roku 2009 książka dr. Michaela Grandta Der Crash der Lebensversicherungen – Die enttarnte Lüge von der angeblich sicheren Vorsorge (Upadek towarzystw ubezpieczeniowych – zdemaskowane kłamstwo o rzekomo bezpiecznej emeryturze), to rynek polski w dalszym ciągu chłonie produkty finansowe, a towarzystwa ubezpieczeniowe i banki chwalą się nowymi rekordami sprzedaży tak zwanych produktów emerytalnych.

Michael Grandt, posługując się oficjalnymi danymi banków i towarzystw ubezpieczeniowych, takimi jak bilanse oraz wykazy inwestycyjne dla akcjonariuszy, oraz bazując dodatkowo na danych pochodzących z BAFIN (odpowiednik Polskiego KNF), wykazał brak podstaw do dalszego funkcjonowania ponad 57% wszystkich towarzystw ubezpieczeniowych działających na terenie Niemiec. Udowodnił, że przez błędne strategie inwestycyjne, polegające głównie na inwestowaniu w obligacje państwowe, ponad połowa TU jest niewypłacalna, a podtrzymywanie ich „przy życiu” jest sztuczną akcją, mającą zapobiec ogólnej panice klientów. Natomiast kolejnych 20–25% TU jest na granicy upadłości.

Już słyszę niepoprawnych optymistów, podnoszących swoje głosy: Co to ma wspólnego z polskim rynkiem i polisami sprzedawanymi w Polsce? Oczywiście że nic. Może jedynie z wyjątkiem tego, że polisy sprzedawane w Polsce bazują na bardziej ograniczonych i ryzykownych inwestycjach, aniżeli polisy sprzedawane na zachodzie, że kosmiczne koszty związane z dystrybucją i administracją polis byłyby na zachodzie nie do przyjęcia, no i oczywiście tego, że polisy sprzedawane w Polsce różnią się dodatkowo od polis sprzedawanych w pozostałych krajach UE, ponieważ Polska nie przestrzega dyrektyw unijnych związanych z polisami inwestycyjno-kapitałowymi. Więc jeszcze raz, aby uspokoić oburzonych naiwnych optymistów, powtarzam: polski rynek polis inwestycyjno-kapitałowych jest inny od pozostałych i faktycznie nie ma wiele wspólnego z rynkiem zachodnim. Zadowoleni?

 

Dane i fakty przedstawione w książce Michaela Grandta są mimo wszystko bardzo optymistycznym podejściem do produktów finansowych oraz ich emitentów. Biorąc pod uwagę podstawę systemu finansowo-monetarnego, musimy niestety stwierdzić, że wypłacalność jest generalnie niemalże w każdym wypadku niemożliwa. Obecny stan deklarowanych do wypłaty kwot we wszystkich posiadanych przez mieszkańców krajów rozwiniętych produktach finansowych przekracza czterdziestokrotnie ilość istniejących na świecie środków płatniczych. Jeszcze większe wrażenie powinna zrobić wiadomość, że sumy będące w światowym obrocie w tzw. derywatach (produktach finansowych oraz ich pochodnych) przekracza ponad czternastokrotnie wartość dóbr istniejących na naszej planecie. Mówiąc więc o wypłacalności lub zastanawiając się nad tak zwanym inwestowaniem, należałoby przede wszystkim pomyśleć o zasadności nazewnictwa, którego na co dzień używamy. Posługujemy się bezmyślnie słownictwem, które nie powinno być używane w poszczególnych przypadkach.

 

Pomyślcie sami.

Słowo „inwestować” oznacza rezygnację z części obecnych korzyści lub dóbr związanych z posiadaniem środków na ich realizację na rzecz nieznanych, teoretycznie większych korzyści przesuniętych w czasie, polegając na…, no właśnie, na czym? Na zakupie towarów lub inwestycji w usługi z potencjałem wzrostu ich wartości w czasie? Chyba nie. Jeżeli kwoty w obrocie inwestycyjnym na świecie przekraczają już ponad 14-krotnie wartość istniejących na świecie dóbr, to w co ja inwestuję? Podkreślam jeszcze raz zasadnicze pytanie: w co inwestuję? Powinienem otrzymać COŚ, co swoją wartością reprezentowałoby wartość środka płatniczego, który przeznaczyłem na tę „inwestycję”. Czy nie tak? A tymczasem co? Nico! Wszystko zostało już wielokrotnie wykupione, a tym samym jest wielokrotnie przewartościowane. Podczas gdy giełdy papierów wartościowych są największym istniejącym ryzykiem dla przedsiębiorstw i dla gospodarki funkcjonującej na zasadzie loterii lub kasyna, a w zasadzie jak piramida finansowa – ja jako „inwestor” biorę w tym udział?

Tak zwane poliso-lokaty nie są żadną inwestycją, lecz specjalną formą „umowy pożyczkowej”, według której klient jest zawsze dłużnikiem. Sami zdecydujcie, co jest bardziej perfidne. Przy umowie pożyczkowej klient otrzymuje pożyczkę, czyli środki na swoje „potrzeby”, które to środki musi w określonym czasie oddać łącznie z ustalonymi w umowie odsetkami. Może więc po otrzymaniu pożyczki kupić to, na co go nie stać, za pieniądze, których nie posiada, ażeby zaimponować tym, których nienawidzi.

Zakładając polisę, klient przekazuje swoje środki, które posiada i na które w taki czy inny sposób ciężko pracował, otrzymując w zamian jedynie obietnicę ich zwrotu wraz z odsetkami, przeniesioną daleko w czasie, i to bez żadnej gwarancji jej dotrzymania.

Bank lub towarzystwo ubezpieczeniowe przejmuje Twoje środki, pobierając z nich dowolną i w każdej chwili, w zależności od potrzeb emitenta, zmienną kwotę na cele „administracyjne”. Zarządzając pozostałą sumą, bez żadnych zasad czy reguł, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności za ewentualne straty, obiecują Ci po 20–30 latach wypłatę sumy, która po odliczeniu kosztów, inflacji i należnego do zapłaty podatku nie ma nawet połowy wartości siły nabywczej kwoty, którą przez te 20–30 lat wpłaciłeś. A do tego przez te całe 20–30 lat jesteś dłużnikiem emitenta polisy!

Bo przecież jeśli musiałbyś zakończyć umowę przed wcześniej ustalonym terminem, za „zerwanie umowy” z jakiegokolwiek powodu (powodu, który tak czy inaczej nikogo nie interesuje) poniesiesz karę! A i owszem! Karę pieniężną! Zostanie Ci zabrana część Twoich ciężko zarobionych środków, które wpłaciłeś w danej instytucji finansowej, w dobrej wierze i z pełnym zaufaniem, na rzecz lepszej przyszłości dla siebie i Twoich bliskich. Tymczasem nie daj Boże, ażeby coś się w czasie tych kilkudziesięciu lat przydarzyło i z jakiegoś nikogo nieinteresującego powodu nie mógłbyś opłacać swojej polisy lub, co gorsza, potrzebowałbyś dostępu do środków, które do tej pory do tej „godnej zaufania” instytucji wpłaciłeś. W takim przypadku jako „skazaniec” jesteś zawsze dłużnikiem! Sam pomyśl. Jako dłużnik jesteś winien zapłacenia kary. Określenie „winien” wywodzi się z sądownictwa od terminu związanego z zapadnięciem wyroku skazującego jako „winny”. Podsumowując więc, zakładając polisę inwestycyjno-kapitałową/poliso-lokatę podpisujesz wyrok skazujący Cię jako „winnego” dłużnika, zobowiązując/skazując się jednocześnie na kilkadziesiąt kolejnych lat do oddania części swoich posiadanych środków, pod groźbą wyegzekwowania kary pieniężnej za niedotrzymanie zobowiązania, w celu finansowania wewnętrznych potrzeb instytucji finansowych. Otrzymując od niewypłacalnego emitenta w zamian obietnice na papierze bez wartości, nie masz żadnego wpływu na to, co stanie się z Twoimi środkami, nie masz wpływu na to, w co będą „inwestowane”, nie wiesz, kto nimi zarządza, nawet nie jesteś w stanie sprawdzić, gdzie i czy w ogóle istnieją jeszcze wpłacone przez Ciebie środki, no i rzecz jasna bez żadnej gwarancji odzyskania wpłaconych środków. Za to z gwarancją ujemnej wartości siły nabywczej otrzymanej po latach kwoty w stosunku do wpłacanych przez Ciebie środków!

W razie gdyby Cię myślowo nieco poniosło, co i mnie się często zdarza, to chcę przypomnieć, że powyższy opis nie dotyczy ZUS-u. Chociaż…?

Rzecz jasna przykład ten nie dotyczy jedynie tematu poliso-lokat.

I to wszystko naturalnie pod czujnym okiem Komisji Nadzoru Finansowego (KNF). Czyż to nie jest uspokajające? Wiedzieć, że okradany jesteś pod ścisłym nadzorem, jest niewątpliwie bardziej satysfakcjonujące aniżeli zwykłe rżnięcie klienta bez żadnej „kontroli”.

Moje gratulacje!

Dzisiejsze produkty finansowe po odpowiedniej kalkulacji wykazują ogromne straty lub, delikatniej mówiąc, brak opłacalności dla klientów. Podczas gdy TU w tak zwanych produktach emerytalnych przeznaczają w pierwszych trzech do pięciu lat 80–95% wszystkich wpłaconych przez klienta środków na koszty dystrybucji, w kolejnych latach potrącając nawet do 50% rocznych wpłat na tak zwane koszty administracyjne, koszty zarządzania, koszt ubezpieczenia i koszty alokacyjne, branża ta mimo to prężnie się rozwija, a wszystko oczywiście pod czujnym okiem państwowej instytucji kontrolnej KNF. Tak na marginesie, mówiąc o takich instytucjach jak niemiecki BaFin czy polski KNF, oczekiwania społeczeństwa co do tych instytucji powszechnego zaufania, przy uwzględnieniu kilku drobnych, lecz niezmiernie ważnych faktów, tracą nieco na jakiejkolwiek zasadności. Analizując instytucje, rzekomo państwowe, mające na celu kontrole instytucji finansowych i „ochronę” klientów/społeczeństwa, każdy powinien się zastanowić nad finansowaniem tych „instytucji kontrolnych”, które są finansowane nie przez państwo ze środków skarbu państwa, czyli z podatków, lecz w całości przez instytucje finansowe. Tak, tak, kontrolujący finansowani są przez kontrolowanych. Na podsumowanie tego jakże zmyślnego stanu rzeczy nasuwa mi się tylko jedno stwierdzenie: ale jaja.

Podam przykład: jeżeli klient wpłaca 200 złotych miesięcznie, to po pierwszych trzech latach z wpłaconej kwoty w wysokości 7200 złotych powiedzmy, że zostało mu 1000 złotych (przy dobrym sprawowaniu). Idąc dalej, z kolejnej rocznej wpłaty 2400 złotych, potrącane jest na cele administracyjne, koszty zarządzania, sumę ubezpieczeniową, opłaty alokacyjne, oraz prowizje odnowieniowe skromnie liczone 900 złotych. Po dwudziestu latach więc (liczenie krótszego okresu niż 20 lat mogłoby zakończyć się dla klienta załamaniem nerwowym) wpłacona została kwota 48 000,00 złotych, z czego na cele inwestycyjne przeznaczono 26 500,00 złotych. Czytelnik i „fachowiec” z własnym doświadczeniem dotyczącym polis kapitałowo-inwestycyjnych nie musi się w tym momencie krzywić. Grymasy i tak tu nic nie dadzą. Ja mam w momencie pisania tej części książki świetny humor, więc postanowiłem przedstawić bardzo optymistyczny dla klienta przykład. Jasne? OK. Pójdźmy dalej.

INTELIGENCJA FINANSOWA?

Trzy niezmiernie proste zadania:

Hej, bez paniki, te zadania są naprawdę proste.

 

Zadanie numer 1.

Jeżeli w okresie dwudziestu lat z Twojego konta zniknęło ponad 45% wpłaconych przez Ciebie środków, to jakie zyski musi osiągnąć inwestycja Twojej polisy, aby odzyskać choćby wpłacone środki?

Celowo użyłem określenia „zniknęło”. Pesymiści powiedzieliby „zginęło”. Pieniądze jednak nigdy nie giną, tylko zmieniają właściciela.