Opis

Świat kobiet po tamtej stronie krat nie jest taki, jak go sobie dotąd wyobrażaliśmy.

Zakład Karny nr 1 dla Kobiet w Grudziądzu jest jak Alcatraz. Jego mury skrywają tajemnice, które zwykle nie przedostają się do świata ludzi wolnych. Wiele spośród osadzonych tam kobiet znamy z pierwszych stron gazet. Jaki los spotkał za więziennymi murami matkę małej Madzi z Sosnowca czy siostrę Bernadettę ze zgromadzenia boromeuszek? Jak traktowane są „dziecioboje” i czy to dobrze być „księżniczką na zamku”? Co to znaczy trafić na „dźwięki” lub do „świńskiego transportu”? Czy za kratami możliwe są burzliwe romanse i seks?

Więzienia dla kobiet to w naszej literaturze faktu teren wciąż nieodkryty. Teraz mamy okazję przyjrzeć się mu z bliska. Narratorką najnowszej książki Ewy Ornackiej i jej rozmówczynią jest skazana prawniczka, która niegdyś wydawała wyroki w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej, a potem sama trafiła do więzienia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 281

Popularność

lub

SKAZANE NA POTĘPIENIE

Nigdy nie przypuszczałam, że kiedykolwiek trafię do więzienia w innym charakterze niż jako prawnik przychodzący do klienta – zaczyna swoją opowieść narratorka tej książki. – Życie pisze jednak zaskakujące scenariusze.

W więzieniu trudno nie okazywać strachu. On jest wszechobecny. Najgorsze są noce, gdy czyjś krzyk lub płacz rozrywa ciszę i nie pozwala zasnąć do świtu. Ktoś szlocha, bo tęskni za domem, ktoś kogoś krzywdzi lub wiesza się w celi obok na prześcieradle. Strach udziela się wszystkim.

Wychowałam się w porządnym domu, pod kloszem. Rodzice wpoili mi wiarę w ludzi i przekonanie, że słabszym trzeba pomagać. Ale świat za kratami jest jak inna planeta, obowiązują w nim twarde reguły. Początek tego świata wyznacza wieżyczka z uzbrojonym strażnikiem i wielka, rozsuwająca się brama. Dalej są tylko mur, zasieki i kraty w oknach. Wszystko wokół wydaje się nierzeczywiste, niezrozumiałe, straszne. Dźwięk trzaskającej przy otwieraniu i zamykaniu metalowej kraty zastępuje śpiew ptaków i odgłosy ulicy. Zło i dobro skupiają się tam jak w soczewce. Szybciej niż gdziekolwiek indziej traci się dotychczasową tożsamość i buduje nową, uczy odróżniać wrogów od przyjaciół.

Człowiek, który trafia tam po raz pierwszy, jest jak rozbitek nieumiejący pływać. Rzucony na głęboką wodę albo przeżyje, albo utonie.

Kiedy usłyszałam szczęk zamykającej się za mną bramy, pomyślałam: Co ja tutaj robię, przecież to nie jest miejsce dla grzecznych dziewczynek. Stare mury aresztu śledczego dla kobiet w Kamieniu Pomorskim, zbudowane z czerwonej cegły jak zamek krzyżacki, kojarzyły mi się z fortecą, której nawet szwedzkie kule armatnie nie byłyby w stanie skruszyć. Poczułam, jak uginają się pode mną kolana, a oczy gubią drogę, którą mnie prowadzono. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że w więzieniu nie można być słabym, bo gdy ludzie wokół to wyczują, zniszczą każdego, kto nie potrafi się obronić.

W młodości, po zakończeniu aplikacji sędziowskiej, pracowałam w Sądzie Rejonowym w Gryficach na etacie asesora. Nosiłam łańcuch z godłem państwowym i togę, wydawałam wyroki w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej. Z czasem zmieniłam zawód, ale nadal pracowałam jako prawnik. Po latach zarobione pieniądze zainwestowałam w prywatną aptekę w Świnoujściu, w dzielnicy Posejdon. Poznałam ludzi, których nigdy nie chcielibyście spotkać. Jednemu z nich zaufałam.

Zawsze ufałam na wyrost. Pobyt w celi i wydarzenia, które mnie do niej doprowadziły, zburzyły moje życiowe fundamenty. Dopiero na ich gruzach zbudowałam nowe. Teraz nie ufam nikomu.

Moja historia jest dowodem na to, że wolność nie jest dana raz na zawsze. Zamknę tamten rozdział w życiu tylko w jeden sposób – gdy o nim opowiem.

Zawsze było mi łatwiej mówić o innych niż o sobie, dlatego przedstawię tamten świat przez pryzmat kobiet, które spotkałam w areszcie i więzieniu. Wiele z nich opinia publiczna poznała już wcześniej z przekazów medialnych. Ich twarze, z oczami przesłoniętymi czarnym paskiem, pojawiały się na pierwszych stronach gazet i w czołówkach programów informacyjnych.

Były wśród nich potwory, ale też anioły.

Rozdział 1

Królowa jest tylko jedna

Moja cela wyglądała jak nora, kryjówka z czasów drugiej wojny światowej. Stały w niej dwa paskudne metalowe łóżka z takimi materacami, że lepiej nie mówić. Ściany brudne, okna malutkie, na podłodze wytarte linoleum, łazienka mikroskopijna, bez kotary, w kranie wyłącznie zimna woda. Chłód przeszywający do szpiku kości, żadnego światła, powietrza. Zimą wiatr hulał po wszystkich kątach, a szaliki, którymi zatykałyśmy dziury, przymarzały do szyb. Spędziłam tam pięć miesięcy, a każdą noc w dresach i grubych skarpetach. Pewnego dnia do aresztu przyjechała reprezentacja z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Jedna z pań biorących udział w inspekcji na widok naszych cel miała odruch wymiotny. Wszechobecna wilgoć zaowocowała grzybami na ścianach i smrodem, który zawłaszczał koce, pościel i nasze ubrania. Do dziś nie mogę pojąć, jak to możliwe, żeby w XXI wieku przetrzymywać kobiety w takich warunkach.

Nie wiem, kim była skazana, która jako pierwsza wyczuła moją słabość i niczym wampir wysysała ze mnie soki życiowe. Wyrzuciłam z pamięci wspomnienia o niej, jednak wypowiadane przez nią słowa jeszcze długo po opuszczeniu więzienia wracały do mnie po nocach. Świetnie za to pamiętam dziewczynę, która mnie wtedy obroniła, a potem była w areszcie moją tarczą. Bez niej przepadłabym z kretesem.

– Taka stara krowa, a naiwna jak dziecko z downem. Niby prawniczka, a zwykła kryminalistka – drwiła kobieta-wampir, a ja kuliłam się w sobie, nie mając sił, aby odpyskować.

To był mój najgorszy czas. Nie mogłam się pozbierać, pogodzić z wyrokiem i utratą wolności. Żal mi było życia na zewnątrz. Całymi dniami leżałam na łóżku odwrócona twarzą do ściany, tak żeby nikt nie widział, co przeżywam. Tamta kobieta próbowała mnie zdołować, zdominować i była bliska osiągnięcia celu.

Pewnego dnia w celi zagrzmiało.

– Jeszcze raz, kurwo, odezwiesz się do niej w ten sposób, to tak ci jebnę w ryj, że się nie podniesiesz!

Czy to możliwe, żeby któraś z dziewczyn stanęła w mojej obronie? Do tej pory wszystkie milcząco przyzwalały, aby tamta robiła ze mną, co chciała. Odwróciłam głowę z niedowierzaniem. Zobaczyłam, że najwyższa i najładniejsza z osadzonych aż się trzęsła, taka była wkurzona. Stała w rozkroku, z pięściami przygotowanymi do walki i spoglądała z góry na moją prześladowczynię. Kobieta-wampir, zawsze taka mocna w gębie, wtedy skurczyła się do rozmiarów robaka. Burknęła coś pod nosem i już jej nie było. Nigdy więcej mnie nie prześladowała.

– Ogarnij się, kobieto – powiedziała do mnie moja wybawicielka. – Przestań się w końcu nad sobą rozczulać. W przeciwnym razie staniesz się przekąską dla więziennej szarańczy.

– Dziękuję – wydukałam z trudem, bo z wrażenia głos mi odjęło.

– Hej, głowa do góry! Udźwigniesz to, dziewczyno. Damy radę! – Roześmiała się, a we mnie jakby nowe życie wstąpiło.

Wiedziałam o niej jedynie, że ma na imię Magda, jest po trzydziestce i grała kiedyś w pierwszoligowym klubie siatkarskim. Właśnie ona uświadomiła mi reguły obowiązujące w więzieniu i to, że chcąc tam przeżyć, nie można opowiadać o swoich lękach i problemach, nie można płakać.

Tamtego dnia przyrzekłam sobie, że za parasol ochronny i wsparcie odwdzięczę się jej kiedyś po stokroć.

Po raz pierwszy zobaczyłam ją jakieś pół roku wcześniej w areszcie śledczym w Kamieniu Pomorskim. Schodziła o kulach po schodach. Miała nogę w gipsie i w takim stanie trafiła za kraty.

– Jak się tu znalazłaś? – spytałam, gdy zaczęłyśmy się bliżej poznawać.

– Normalnie, sama się zgłosiłam do odsiadki – odpowiedziała ze śmiechem.

– Jak to „sama”?

– Przyszłam pod bramę i powiedziałam, że chcę odbyć karę, ale mnie nie przyjęli, więc wróciłam do domu niepocieszona.

Myślałam, że moja nowa koleżanka – mówiąc kolokwialnie – robi sobie ze mnie jaja, ona jednak mówiła poważnie. Kiedy zapadł wyrok w jej sprawie, poprosiła sąd o odroczenie kary do czasu, aż zapewni opiekę swojemu jedenastoletniemu synowi. Plan był taki, aby babcia chłopca (od strony ojca) zakończyła pracę w urzędzie skarbowym i poszła na wcześniejszą emeryturę. Procedury były już w toku, więc sąd przychylił się do jej prośby.

Magda opłaciła czynsz za dwa lata z góry, przekazała babci chłopca pieniądze na jego utrzymanie, obozy i kolonie, a następnie zadzwoniła do Kamienia Pomorskiego z pytaniem, jakie rzeczy wolno wnieść do aresztu. Chodziło o kosmetyki, ciuchy i jedzenie – żeby potem jej niczego nie wyrzucili. Spakowała walizkę według listy, zamknęła drzwi na klucz i pożegnała tonącego we łzach narzeczonego – miłego chłopaka o kilkanaście lat od niej młodszego. Miała z nim stanąć na ślubnym kobiercu, ale w ostatniej chwili się rozmyśliła.

W terminie wyznaczonym przez sąd, nastawiona psychicznie na odbycie kary, stanęła przed więzienną bramą.

– Dzisiaj już nie przyjmujemy, zapraszamy w godzinach pracy administracji – oznajmił funkcjonariusz Służby Więziennej, odprawiając ją z kwitkiem.

A ona stała przed tamtą koszmarną bramą jak słup soli, bo uparła się, że wejdzie teraz albo nigdy. Strażnik nie miał ochoty na dalszą wymianę uprzejmości, więc zamknął jej przed nosem okienko, przez które rozmawiali.

– Jak wy ze mną tak, to ja was pierdolę! – wykrzyczała Magda, patrząc w oko kamery. – Sami będziecie mnie szukać. Ja już z własnej woli się tu nie stawię. Jak zechcecie mnie posadzić, to najpierw będziecie musieli mnie złapać. A tymczasem BYE!

Pokazała środkowy palec i wróciła z walizką na dworzec. Złapali ją dopiero po pół roku, chociaż określenie „złapali” nie jest najszczęśliwsze. Policja nie musiała specjalnie się gimnastykować – Magda przez cały czas przebywała w miejscu zameldowania. Stróże prawa mieli nakaz doprowadzenia jej do aresztu, lecz najwyraźniej się do tego nie palili. Policjanci rzadko sami inicjują procedury poszukiwawcze. Działają dopiero wtedy, gdy sąd na nich naciska. Liczą na szczęśliwy traf, że osoba poszukiwana sama się znajdzie, na przykład podczas kontroli drogowej, sprawdzania dokumentów, ewentualnie w związku z wezwaniem do awantury domowej lub zakłócania porządku publicznego. Wtedy funkcjonariusze mają sprawę z głowy.

Po Magdę przyszli do jej domu.

– Jestem zatrzymana? – spytała, a oni przytaknęli. – Dobrze, dajcie mi tylko chwilę, panowie.

Wyciągnęła z szafy od dawna spakowaną walizkę, chwyciła kule i stanęła w przedpokoju gotowa do wyjścia.

– Skąd pani wiedziała, że po nią przyjdziemy? – nie mogli się nadziwić policjanci.

– Kochani, ja od pół roku jestem gotowa, żeby pójść do więzienia, tylko wam się nie spieszyło – odpowiedziała zgodnie z prawdą.

W walizce miała wszystko, co potrzebne, by przetrwać pierwsze tygodnie za kratami: środki higieny osobistej, coś do pisania, do czytania. Tylko jedzenia nie zapakowała, bo przez tyle czasu w szafie by się zepsuło.

Narzeczonemu powiedziała, że nie wymaga od niego wierności po grobową deskę.

– Jesteś młody, a młodość musi się wyszumieć – stwierdziła, ocierając mu łzy. – Oczekuję od ciebie, że będziesz odwiedzał mnie w więzieniu i przywoził mi syna. I że będziesz wpłacał pieniądze na moje wypiski [zakupy w więzieniu – przyp. aut.]. Nie przysyłaj Bóg wie jakich paczek. Odbędę karę i wrócę do domu, to będę sobie żyła jak wielka pani. Za kratami potrzebuję wyłącznie tego, co jest mi niezbędne: papierosów, kawy i zupek chińskich. Reszta mnie nie interesuje.

Narzeczony odwiedzał ją co dwa tygodnie, ale po kilku miesiącach sam trafił do aresztu. Wdał się w jakąś bójkę w tramwaju i Magda została bez wsparcia.

Nie od razu znalazłyśmy się w jednej celi – ja byłam jeszcze przed prawomocnym wyrokiem, a jej sprawa w sądzie już się zakończyła, zatem przebywałyśmy na innych oddziałach.

– Proszę mnie nie sadzać z żadnymi lesbijkami i dzieciobójczyniami, bo nie ręczę za siebie i którejś wpierdolę – wymusiła na administracji.

W tych sprawach nie przewidywała kompromisów. Miała przez to sporo problemów, lecz nigdy nie ustąpiła.

Warto było czekać pół roku, żeby wreszcie ją spotkać.

Ucho od śledzia

Magda miała naturalną urodę. Nie musiała się malować, żeby olśniewać – fantastycznie zbudowana, strzelista, z ciemnymi oczami i kasztanowymi włosami. Myślałam, że jest Cyganką, ze względu na śniadą karnację, ale widać czystej krwi Polki też bywają egzotyczne.

– Byłabyś królową Cyganów – żartowałam, nie wiedząc jeszcze, że jej fach też może się kojarzyć z Romami.

– Jestem złodziejką z krwi i kości – mówiła o sobie. – Nic innego poza grą w siatkę i złodziejstwem nie potrafię w życiu robić.

– Madzia, przecież ty w ogóle nie wyglądasz na złodziejkę – mówiłam naiwnie.

– I dlatego byłam taka dobra. Nie ma pod słońcem takiego faceta, któremu nie ukradłabym portfela. Nie ma na świecie takiego sklepu jubilerskiego, którego nie ogołociłabym z kosztowności. Potrafiłabym to zrobić nawet w samym Nowym Jorku. Byłam najlepsza.

– To dlaczego wpadłaś?

– Dobra passa w życiu też się kiedyś kończy.

Podobno wyszkolił ją najlepszy specjalista w złodziejskim fachu. Drugiego takiego w Polsce nie było i długo nie będzie – przekonywała z dumą. Tajemniczy mistrz był w jej opowieściach jakby żywcem wzięty z filmu Vabank Juliusza Machulskiego. Nigdy nikomu nie powiedziała – ani podczas przesłuchania, ani w luźnej rozmowie – jak się nazywał. Śledczy wiele jej obiecywali w zamian za ujawnienie jego tożsamości, lecz ona nie poszła na żaden układ. Nie wydała też swojej wspólniczki, z którą przez lata pracowała. Policja deptała im po piętach, ale wciąż brakowało twardych dowodów. Tymczasem one kursowały między Śląskiem i Pomorzem, często wyjeżdżały za granicę, głównie „na roboty” do Niemiec.

Magda zaczynała jako kieszonkowiec. Była specjalistką od portfeli. Z czasem rozszerzyła zawodowy repertuar i miała swoich paserów, którzy od ręki pozbywali się gorącego jeszcze towaru. Kierowała się zasadą, żeby ciuchów i butów nie kraść w celach handlowych, za to fatałaszki dla siebie i adidasy dla syna wynosiła ze sklepów w ilościach hurtowych. Żaden, nawet renomowany dom handlowy nie wymyślił takich zabezpieczeń, które by ją powstrzymały. Bez trudu pozbywała się kodów kreskowych oraz innych pikających pułapek na złodziei. Mówiła, że dla fachowca (a za takiego się uważała) nie stanowią one najmniejszego problemu. Nie bawiła się w kradzieże detaliczne. Ciuchy dla siebie i syna wynosiła ze sklepów w torbach podróżnych.

Nie miała telefonu stacjonarnego, komórki z abonamentem, konta w banku ani znajomych na Facebooku. Złodziejskie pieniądze wkładała do słoików i zakopywała w ogródku. Wystrzegała się podpisywania jakichkolwiek umów, w których musiałaby podać swój PESEL, adres i nazwisko. Uważała, że jest całkowicie anonimowa, a jej dane znał tylko klub sportowy, w którym grała, i… policja.

Nie mam pojęcia, w jaki sposób wpadła. Ona sama nigdy o tym nie opowiadała, a informacje z innych źródeł kompletnie mnie nie interesowały. Wiem jedynie, że całą winę wzięła na siebie i że dostała ponad cztery lata więzienia.

– Ta kobieta nie może być złodziejką, to niemożliwe – przekonywał przed sądem taksówkarz, który przez trzy lata woził Magdę i jej wspólniczkę do pracy. – Dałbym głowę, że to świetnie sytuowane bizneswomen, takie były eleganckie i pachnące. Dawały wysokie napiwki, jadały w najlepszych restauracjach, zatrzymywały się przy najlepszych sklepach i posługiwały się najpoprawniejszą polszczyzną. Ktoś taki miałby okradać sklepy jubilerskie? Wykluczone!

Złodziejskie patenty

– Skąd ty jesteś, Beata? – zapytała mnie na spacerniaku, gdy nasza znajomość jeszcze raczkowała.

– Ze Świnoujścia, a co?

– Lubię to miasto, ludzie tam bogaci. Na ulicy [tu nazwa] był taki jubiler. Piękną miał biżuterię.

– To sklep przyjaciół moich rodziców. Pamiętam, że kilka lat temu mieli włamanie. Bardzo to przeżyli, podupadli na zdrowiu.

– To nasza robota, to znaczy moja i wspólniczki. – Westchnęła. – Szkoda, że nie znałyśmy się wcześniej. Nie kradłabym w twoim mieście.

W Świnoujściu zawsze były pieniądze – kiedyś amerykańskie dolary, szwedzkie korony i niemieckie marki, dzisiaj głównie euro. Rzeczywiście mieszkają tam bogaci ludzie i coraz liczniejsza grupa krezusów, do których należą hotele, pensjonaty i gastronomia. Miasto jest położone na 44 wyspach, więc żyje się tam inaczej niż w głębi kraju. Połączenia promowe z Danią, Szwecją i Norwegią sprawiły, że ten kawałek Polski zawsze był oknem na świat. W Świnoujściu nawet za komuny było dobrze. Port dawał pracę, ludzie pływali na statkach dalekomorskich i promach, zarabiali w dewizach. Kiedy w Polsce było szaro i siermiężnie – u nas kwitło życie, szczególnie nocne. Dzisiaj więcej tam kuracjuszy niż cinkciarzy i prostytutek, jak dawniej.

– Beata, jak wy możecie tam żyć, skoro zamiast jechać do miasta, musicie pływać promami? – dziwiła się Magda.

– Jesteśmy wyspiarzami, lubimy mieć dystans do lądu. – Śmiałam się. – Nie dusimy się we własnym sosie, bo tuż obok jest granica. Handel z Niemcami kwitnie od lat, więc nudy nie ma. U nas zawsze było inaczej niż w głębi kraju, chociaż drożej. Mieliśmy więcej nowości ze świata i fajnych ciuchów.

– Wiadomo, portowe życie – powiedziała z nostalgią.

– Madzia, powiedz mi, jak to robiłyście – zmieniłam temat.

– Co? – udawała, że nie wie, o co pytam.

– Jak kradłyście biżuterię?

– Szczegółów nie mogę ujawniać. Wiesz, tajemnice zawodowe.

– Ale ja znam ten sklep w Świnoujściu, wiem, jaki jest rozkład pomieszczeń. Ekspedientka nigdy nie wychodzi na zaplecze, jeśli na miejscu nie ma zmiennika. Przecież jakoś musiałaś odwrócić ich uwagę. Potem wyjąć towar spod lady, te wszystkie łańcuszki, pierścionki i bransoletki. Jak to możliwe?

– To było naprawdę proste. Trzeba było mieć patent, wspólnika i być bardzo zgranym.

– Mów konkretnie – ponaglałam.

– OK, no więc było tak…

Magda i jej wspólniczka wchodziły do jubilera, eleganckie i wypachnione, jak to miały w zwyczaju. Zawsze oddzielnie, jakby się nie znały. Magda wpatrywała się w gabloty i po chwili zastanowienia prosiła o pokazanie jakiejś błyskotki. W tym momencie wspólniczka skutecznie odwracała uwagę ekspedientki, na przykład udawała, że wypadł jej portfel albo że coś zgubiła i trzeba tego poszukać. Mogła też udawać, że zobaczyła przez szybę, jak ktoś z przechodniów staje się ofiarą kradzieży. „Co za bezczelność! W biały dzień, i to na deptaku, wyrwał starszej kobiecie torebkę!” W tym momencie wzrok ekspedientki wędrował za szybę, a ręce Magdy pod ladę. Wystarczyła chwila nieuwagi sprzedawczyni, aby wyszły ze sklepu z łupem za kilkadziesiąt tysięcy.

– Najskuteczniejszy był patent na omdlenie lub zasłabnięcie w ciąży – opowiadała Magda. – Czasami wystarczyło nadepnąć klientowi na nogę i już robiło się zamieszanie. Ludzie mają naturalny odruch niesienia pomocy i złodzieje na tym bazują. To czysta psychologia. Wszyscy biegną, żeby pomóc kobiecie w ciąży lub dziecku, a ty spokojnie robisz swoje. W takich chwilach mogę nawet wejść za ladę i wszystko zgarnąć.

– I nikt tego nie widzi?

– Najwyżej kamera, ale od czego jest charakteryzacja? W ciągu kilku sekund już mnie nie było.

– A wspólniczka?

– Zostawała w środku, żeby nikt nie nabrał podejrzeń.

Nie znałam wcześniej osoby tak silnej psychicznie jak Magda. Przysięgam, że nie chciałabym być jej wrogiem. Kroczyła własną drogą, a za błędy odpowiadała bez użalania się nad sobą. „Damy radę” to jej powiedzenie, które na zawsze sobie przyswoiłam. Ani wcześniej, ani później nie miałam w życiu tak życzliwej koleżanki. Widać musiałam pójść do więzienia, żeby kogoś takiego spotkać.

Kipisz przez ćpunkę

W naszej ośmioosobowej celi zakwaterowano ćpunkę, na którą mówiłyśmy Szyjka. Przeniesiono ją z innego miejsca po tym, jak w balsamie do ciała próbowała przemycić środki psychotropowe. Paskudne dziewuszysko, sprzedajne i niedomyte. Odstawienie narkotyków spowodowało u niej wilczy apetyt. Nic innego by nie robiła, tylko jadła. Oddawałyśmy jej swoje porcje, bo wciąż było jej mało. Od pierwszej chwili Magda miała ją na oku. Przez Szyjkę miałyśmy każdego dnia kipisz w celi. Skoro raz przemycała tabletki, to było pewne, że znów spróbuje ukryć je na przykład w sandałach lub we włosach.

Kipisz polega na tym, że Służba Więzienna przeszukuje wszystko, co nadawałoby się na skrytkę: szafki, reklamówki, pościel i materace. Sprawdzają wszędzie, aż coś znajdą lub niczego nie znajdą. Po kipiszu trzeba sprzątać, bo wszystko jest wywrócone do góry nogami. Sporo z tym zachodu – szczególnie wtedy, gdy na małej powierzchni mieszka osiem kobiet i rzeczy z założenia jest za dużo.

Tamtego dnia nasza cela wyglądała jak po trzęsieniu ziemi. Wróciłyśmy z godzinnego spaceru i przecierałyśmy oczy ze zdziwienia, że funkcjonariuszki włożyły w swoją pracę tyle serca. Na podłodze kawa i cukier wysypane ze słoików, jedzenie zmieszane z tytoniem i odzieżą, z trudem zdobyte kosmetyki w totalnym chaosie: wylany tonik, płyn do demakijażu, moje maseczki od mamy powyciągane z opakowań i rzucone na linoleum. Do tego wszystkiego środki higieny osobistej, podpaski, wysypany z pudełka proszek do prania. Materace pozrzucane z łóżek, pościel i koce skotłowane.

W więzieniu jeszcze wielokrotnie widywałam cele po przeszukaniu. Mieszkałam później z pewną zabójczynią, która notorycznie paliła trawkę. Nie miałam pojęcia, jak załatwiała sobie te skręty. Znacie zapach marihuany? Jest specyficzny, nie można go pomylić z żadnym innym. Kiedy strażniczki zlokalizowały jego źródło, robiły nam kipisz. Takie są procedury i istnieje ryzyko, że siedząc z narkomanką lub alkoholiczką, trzeba będzie przez to przechodzić. Ale czegoś takiego jak wtedy nie zobaczyłam już nigdy. Służba Więzienna przeszła samą siebie, pozbawiając nas wszystkiego, co zgromadziłyśmy.

Nie wiedziałyśmy, od czego zacząć sprzątanie. Tymczasem Szyjka sprawiała wrażenie, jakby jej to w ogóle nie dotyczyło.

– Gady zasrane – burknęła tylko pod nosem, po czym beztrosko wskoczyła na swoje łóżko.

Ogarnęła mnie niemoc i żal, szczególnie z powodu tych maseczek do twarzy od mamy. W ogóle wszystkiego było mi żal, bo do zakupów w więziennej kantynie pozostało jeszcze kilka dni. Zostałam bez kawy, a to już był koniec świata, więc usiadłam w kucki i się rozpłakałam.

– Czego one szukały w kawie, cukrze? – nie mogłam zrozumieć.

– Jak to „czego”? Wiadomo, że tabletek tej ćpunki – skwitowała Magda.

– Skoro tak, to powinny grzebać w jej rzeczach, nie w naszych.

– Beatka, nie płacz – Magda na to. – Ja ci pomogę wszystko pozbierać.

– Co tu zbierać? To wszystko trzeba pozamiatać i wyrzucić!

Szyjka głupio się zaśmiała i skomentowała we właściwym sobie stylu:

– Jebać to.

W Magdę jakby grom z jasnego nieba strzelił.

– Słuchaj, ty zawszona wywłoko – wycedziła przez zęby. – Jak jeszcze raz wrócimy ze spacerniaka i będzie taki kipisz przez ciebie, to cię zajebię. Tak ci przypierdolę, że będą cię zeskrobywać ze ścian. A teraz idź pod furtę [metalowe, okratowane drzwi przed dyżurką oddziałowych – przyp. aut.] i na kolanach błagaj wychowawcę, dyrektora albo samego Pana Boga o przeniesienie, bo cię, kurwo, zabiję jedną ręką.

Uniosła dłoń, czym wprawiła Szyjkę w dygot. Ćpunka podkurczyła nogi, bojąc się zejść z łóżka. Tymczasem w Magdę naprawdę wstąpił diabeł.

– Wypierdalaj z celi, bo cię złamię jak zapałkę! – ryknęła.

– Nie dotykaj mnie, ja jestem w ciąży – zapiszczała Szyjka.

– No to tak cię pierdolnę, że prędzej poronisz, niż ginekologa zobaczysz! – Magda aż zacisnęła szczęki. W tej furii wydawała się jeszcze większa niż w rzeczywistości. – Nie zniosę dłużej tej gnidy w naszym otoczeniu – powiedziała nieswoim głosem. – To wszystko przez nią. Żebym już nigdy więcej nie widziała, że pani Beatka płacze przez ciebie! – krzyknęła do Szyjki.

– Daj spokój, Madzia – poprosiłam, chwytając ją za rękę. Ale ona miała pięści zaciśnięte jak bokser gotów do wyprowadzenia lewego sierpowego.

– Beata, ty nie widzisz, że to ją dowartościowuje, że przez nią ryczysz?! Nie dawaj tej gnidzie satysfakcji! Nie pozwolę, żebyś przez sukę płakała!

Ćpunka zeskoczyła z łóżka, podbiegła do drzwi celi i wcisnęła domofon przywołujący strażniczkę. Wyglądała jak siedem nieszczęść. Była przerażona.

– Pani oddziałowa! Pani oddziałowa! – krzyczała.

Tymczasem Magda zbliżała się do niej jak kot do wróbla. Blady strach padł na nas wszystkie.

– Gadaj sobie, kurwo, gadaj do tego domofonu – rzuciła złowrogo.

Zamarłyśmy. Dziewczyny nie odezwały się słowem. Jedno uderzenie pięścią i Szyjka nie żyje, przemknęło mi przez myśl. Magda chwyciła ćpunkę za fraki i rzuciła nią w powietrze. Raptem czterdzieści kilogramów uzależnionego od psychotropów ciała szybko pozbierało się z podłogi i znowu przykleiło do domofonu.

W tym momencie oddziałowa otworzyła drzwi.

– Co jest? – zapytała.

– A bo ja chciałabym zmienić celę – wydukała ćpunka.

– No jasne! – ryknęła kpiąco funkcjonariuszka. – Może jeszcze zakład karny zmienimy, co? Czego jeszcze sobie pani życzy? – ironizowała.

Niemożliwe, żeby strażniczka nie słyszała, co się wcześniej działo. Na naszym oddziale było tylko sześć cel, a drzwi nieszczelne, więc dźwięki się niosły. Oddziałowa nie musiała nawet podsłuchiwać, aby słyszeć każde nasze słowo. Nie interweniowała, ponieważ słusznie założyła, że to my same, a nie Służba Więzienna, musimy zrobić z Szyjką porządek. Spojrzała porozumiewawczo na Magdę, potem z niechęcią na ćpunkę i powiedziała:

– Jak przyjdzie wychowawca, to mu przekażę.

Służba Więzienna nie ma obowiązku spełniania wszystkich próśb osadzonych. Czasami musi minąć kilka dni, zanim wychowawca zainteresuje się sprawą. Znacznie szybciej interweniuje psycholog, który potrafił przyjechać po godzinach, gdy z dziewczynami działo się coś złego. Wtedy jednak nie wydarzyło się nic szczególnego. To była lekcja wychowawcza, albo raczej przysposobienie do życia w celi. Jakkolwiek by to zajście nazwać, afery po nim nie było.

Szyjkę wywieziono do więzienia dla kobiet w Grudziądzu – największego i najsłynniejszego w Polsce. Po roku też tam trafiłam. Spotkałyśmy się, ale na jej widok odwróciłam głowę z niechęcią. Matka trójki dzieci pozbawiona władzy rodzicielskiej, zupełne zero, patologia. W więzieniu znalazła sposób na przetrwanie – narkotyki zastąpiła romansami z podobnymi do niej kobietami. Chodziła wiecznie zakochana, czyli też na haju.

Magda okazała się nie tylko silną, ale też honorową i dumną kobietą. Właściwie nie miała żadnych słabości, poza bezgraniczną tęsknotą za synem, który robi dziś karierę sportową jako młody piłkarz. Ona też została wywieziona do Grudziądza. Wiem, że ubiegała się o warunkowe zwolnienie, ale nie darowano jej ani dnia kary. Nie płakała z tego powodu jak większość dziewczyn, tylko waliła pięścią w ścianę, pozbywając się złej energii. Ogólnie nie miała w sobie agresji, lecz jakąś królewską godność, której nie pozwalała nikomu zdeptać.

Gdyby kilka lat temu ktoś mi powiedział, że złodziejka będzie dla mnie autorytetem i przyjaciółką, pewnie umarłabym ze śmiechu. Nigdy w życiu! Takie rzeczy się nie zdarzają – powiedziałabym lekceważąco. A jednak życie płata figle, więc „nigdy nie mów nigdy”.

Dzisiaj Magda jest innym człowiekiem. W więzieniu wydarzyło się coś, co na zawsze odmieniło jej życie. Teraz to ja jestem silna, a ona słaba i zdana na innych. Pora, abym jej wynagrodziła wszystko z nawiązką, podziękowała za wsparcie i pomoc w więzieniu. Nie przypuszczałam tylko, że ten czas nadejdzie tak szybko i że będą to smutne okoliczności.

Ale o tym jeszcze nie teraz.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Text copyright © by Ewa Ornacka 2018

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2018

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Agnieszka Horzowska

Projekt i opracowanie graficzne okładki: Zbigniew Mielnik

Fotografia na okładce © 271 EAK MOTO / Shutterstock

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Skazane na potępienie, wyd. I, Poznań 2018)

ISBN 978-83-8062-929-5

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer