Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 491 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Skaza - Robert Małecki

Są ciała, nie ma zbrodni. Tylko krzyk z przeszłości domaga się prawdy.

 

Zimą 2018 roku ze skutego lodem jeziora obok Chełmży zostają wyciągnięte zwłoki nastolatka. Patolog jest pewien, że śmierć chłopca nastąpiła w wyniku utonięcia. Znamion przestępstwa nie nosi też ciało starszego, bezdomnego mężczyzny o nieustalonej tożsamości. Oba zgony łączy tylko mroźna noc. To jednak za mało, by rozpocząć śledztwo.

 

Zdaniem komisarza Bernarda Grossa pytań w obu sprawach jest zdecydowanie więcej niż odpowiedzi. Kiedy zaczyna je zadawać, mieszkańcy niewielkiego miasteczka nabierają wody w usta. Gross wie, że ich milczenie to mur, za którym czają się duchy przeszłości. Jeśli zdoła go przeskoczyć, dowie się, że kluczem do odkrycia prawdy jest wyjaśnienie starej sprawy tajemniczego zaginięcia małżeństwa niejakich Tarasewiczów…

 

Nowa mistrzowska seria Małeckiego. Mocna i mroczna.

Opinie o ebooku Skaza - Robert Małecki

Fragment ebooka Skaza - Robert Małecki

Copyright © Robert Małecki, 2018

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Redakcja: Paulina Jeske-Choińska

Korekta: Agnieszka Czapczyk

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Teodor Jeske-Choiński

Projekt okładki i stron tytułowych: Pola i Daniel Rusiłowiczowie

Fotografie na okładce:

Pola Rusiłowicz

Athina Psoma / Shutterstock

Fotografi a autora na skrzydełku: Łukasz Piecyk

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-7976-017-6

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Teresie i Teofilowi Ernestom

– moim wspaniałym Teściom

prolog

– To ty? – Na odgłos kroków mężczyzna dźwignął schorowane ciało z siedziska w łódce, a na jego zziębniętej, woskowej twarzy wykwitł grymas bólu. Trząsł się z zimna.

Czekał na zamarzniętym jeziorze, pogrążonym w gęstej mgle, już długo. Mróz wgryzał się w buty, kąsał zesztywniałe dłonie i przenikał przez warstwy zimowych ubrań. Jeszcze przed przyjazdem, kiedy wybierał kurtkę, nie sprawdził, że zamek błyskawiczny jest wyszczerbiony. Ucieszył się, bo była czysta, pachniała świeżo proszkiem do prania. Okazało się jednak, że suwak trzymał tylko u dołu, więc poły okrycia rozchodziły się na boki.

Bał się, że nie doczeka. Że leki zaczną szybciej działać i że wszystko weźmie w łeb.

Kiedy tu przyszedł, dostrzegł na dnie łódki butelkę. Odkręcił ją i powąchał. Zawartość pachniała świeżą, jakby wiosenną rozkopaną glebą. Od razu przypomniał sobie o wędkach. Nie zdążył ich kupić, a tak naprawdę chyba zwyczajnie zapomniał, myślał o ważniejszych sprawach. Teraz ucieszył się, że chłopak był tu chwilę przed nim. Liczył więc, że nadal jest gdzieś w pobliżu i obserwuje go z ukrycia. Sprawdza. Może się waha, może się boi.

Ponownie usłyszał rytm kroków. Były wyraźne, ale nie wiedział, skąd dochodzi ten dźwięk. Miał wrażenie, jakby docierał do niego z każdej strony.

– To ty? – powtórzył.

Zmrużył oczy, żeby lepiej widzieć.

Z mgły wyłaniała się wolno postać.

Starał się uśmiechnąć. Lodowata skóra naciągnęła się.

Zgrabiałymi rękoma sięgnął do zawieszonego na szyi łańcucha z przyczepionym kluczem.

– Widzisz? – powiedział głośniej niż zamierzał. – Mam go, tak jak obiecałem. Nie bój się. Podejdź.

Mężczyzna dodatkowo zachęcił nadchodzącego gestem, po czym wychrypiał:

– Mamy mało czasu.

Pochylił się i oparł udami o burtę. W pierwszej chwili chciał przełożyć przez nią nogi i ruszyć w kierunku rozmazywanej przez kłęby mgły postaci, która teraz wydawała się jakby z innego wymiaru. Wiedział, że to ponad jego siły. Zamrugał i ponownie wytężył wzrok. Spojrzał przed siebie i na boki. Znowu się pochylił.

Dotarło do niego, że tam gdzie patrzy, nikogo już nie ma.

Może miał zwidy. „To przez te leki”, pomyślał.

Nie poddał się. Z trudem uniósł nogę, by przełożyć ją przez burtę i ruszyć po lodzie w tamtą stronę.

– Nie rób tego. – Usłyszał czyjś szept za plecami.

Zaskoczony, odwrócił się gwałtownie i spojrzał na mężczyznę stojącego przy łodzi.

– Chryste! – jęknął. Jego oczy powiększyły się. Ponownie chwycił skostniałą dłonią klucz zawieszony na szyi, jakby to był krzyż, który miał go bronić przed demonami z przeszłości. Poczuł szarpnięcie i nagle zrozumiał, że został bez swojego talizmanu.

– Ej! – chciał krzyknąć, ale ledwie szepnął.

Ukląkł i rozejrzał się wokół, ale nie widział już niczego. Czuł się zupełnie bezsilny. Zaczął płakać, gdy usłyszał głuchy trzask gdzieś w oddali, a po nim chlupot wody. Krótki i intensywny.

Osunął się na dno łodzi i poczuł, jak zimno go pochłania, odbiera mu czucie i zmysły. Jego ciało wpadło w drgawki.

Zdawało mu się, że zanurza się w gęstej i zimnej galaretowatej wodzie. Trwało to jakiś czas, aż w pewnej chwili nieznośny chłód zmienił się w delikatne ciepło. Jakby dotyk czyjejś ciepłej dłoni, lekki masaż przywracający właściwe krążenie. Koliste ruchy ogrzewały go, jak pierwsze wiosenne promienie słońca. Poczuł się lepiej, tak jak wtedy, gdy kończył śnić swój najgorszy koszmar. I żeby się o tym przekonać, otworzył oczy.

Widział teraz wyraźnie oświetlone słońcem gęste korony drzew, pełne jasnozielonych liści, półcienie i cienie, które ukrywały się między gałęziami, i głęboką czerń w tle, w pobliżu potężnych pni. Słyszał szmer wody obmywającej piaszczysty brzeg jeziora i trele ptaków, gdzieś nad głową.

Odepchnął łódkę od brzegu i w kryształowo czystej wodzie, w której pływały kolorowe ryby, zanurzył wiosło. Zmąciło wodę i wywołało drobne zmarszczki, które rozeszły się koliście małą falą. Dno, które miał pod sobą, mieniło się złotym piaskiem. Cichy chlupot wody był kojący. Wiosłował spokojnie w stronę środka jeziora, wciąż czując na ogorzałej skórze powiewy gorącego wiatru.

Słońce go oślepiało, dlatego przyłożył dłoń do czoła, formując daszek. Chciał zobaczyć, gdzie dokładnie jest, ale nie zdążył.

Bo nagle wszystko zgasło.

Kiedy komisarz Bernard Gross ustawił znicz na grobie kobiety, którą zabił, deszcz ze śniegiem cięły z ukosa.

I teraz, i wtedy też było ciemno.

Gross postawił kołnierz skórzanej kurtki, skulił się z chłodu i ustawił plecami do wiatru. Wciąż nie odrywał wzroku od nagrobka. Lichy płomień dygotał, oświetlając niewielki fragment brązowego, gładkiego marmuru chłostanego deszczem. Na jego powierzchni pojawiały się i znikały okręgi.

Takie same widział dawno temu, ale z zupełnie innej perspektywy. Leżał obok z nieruchomym, jakby martwym wzrokiem wbitym w marszczoną wiatrem kałużę przed własnym domem. Czuł na policzku chłód kostki granitowej. Woda ściekała po wyłożonym tą kostką chodniku i spływała dalej razem z krwią z pękniętej skóry na głowie. A kobieta, którą zabił, musiała leżeć kilkadziesiąt metrów przed nim, daleko poza zasięgiem jego wzroku.

Na cmentarz przychodził co roku. Zawsze wieczorem, tak by rodzina kobiety nie musiała go oglądać, wyzywać od morderców, jak to miało miejsce wcześniej. Przychodził tu, zapalał znicz i zastanawiał się, co tak naprawdę wydarzyło się jesienią dwa tysiące ósmego roku. Od tamtych zdarzeń minęło dziesięć lat.

Razem z jedenastoletnim synem wracali wtedy z zakupów. Po fali lutowych mrozów pojawiła się odwilż, a wraz z nią deszcze. Śnieg nie zdążył jeszcze stopnieć. Zaparkował volvo przy domu na Kwiatowej w Toruniu i odniósł wrażenie, że blask reflektorów odbił się w oknach w salonie. Krótkotrwały refleks. Wyglądało na to, że Agnieszka pogasiła światła. Może kolejna fala migreny, pomyślał. Bo właśnie z powodu bólu głowy żona Grossa została w domu.

Nie wjechał do garażu, bo pordzewiały kontener wypełniony gruzem i pozostałościami po remoncie kuchni oraz łazienki blokował wjazd. Gross wysiadł i chroniąc się przed deszczem, przeszedł do bagażnika. Bartek, jego syn, zrobił to samo. Wzięli po kilka reklamówek, które natychmiast zaczęły wżynać się im w palce. Wolną ręką zatrzasnął klapę i wtedy to usłyszał.

Bartek jak nakręcony opowiadał mu o cenie nowej gry komputerowej, ale Gross się wyłączył, bo do jego uszu, przez szum deszczu, przedarł się stłumiony krzyk. Znieruchomiał jak pies, który wyczuł wroga.

A potem wszystko działo się błyskawicznie. Rzucił torby i pobiegł w stronę furtki. Dalej, w świetle żółtej lampy, która oświetlała wejście nad gankiem, zobaczył otwarte drzwi do domu. Resztę pamiętał jak przez mgłę.

Wpadł do wnętrza, rozglądając się. Bartek był krok za nim. Gross wykrzyknął imię żony. Na parterze w salonie i kuchni jej nie było. Pognał na górę do sypialni. Drzwi były uchylone. Pchnął je i wtedy światło z korytarza wlało się trapezem do pomieszczenia.

Na łóżku zobaczył mężczyznę w kominiarce siedzącego okrakiem na Agnieszce i przyciskającego poduszkę do jej twarzy. Ręka żony zwisała swobodnie. Uderzenie adrenaliny zaślepiło Grossa.

Walka, ból, metaliczny smak krwi i rana, jaką zadał napastnikowi. Tylko tyle zapamiętał. Gonił mężczyznę, zbiegł na dół. Znalazł się w kuchni. Chwycił nóż i najpierw przeciął tym nożem powietrze, ale później trafił na prawą łopatkę bandyty. Nacięcie na bluzie i krwawy ślad na ostrzu były kolejnymi przebłyskami z tamtych zdarzeń. Uciekinier ryknął, ale zdołał wybiec z domu.

Dalej Gross miał jeszcze większe dziury w pamięci. Nie wiedział, co w tym czasie działo się z jego synem i żoną. Nie wiedział, jak i skąd w swoich dłoniach dojrzał pistolet, policyjnego walthera. Nie nosił wtedy służbowej broni przy sobie, nie trzymał jej też w domu. Wybiegł na zewnątrz. Znowu miał przed sobą plecy uciekiniera. Wymierzył do niego, gdy po drugiej stronie drogi dostrzegł kobietę. Ale było już za późno.

I wtedy, wraz z hukiem wystrzału, stracił świadomość. Obudził się dwa dni później w szpitalu.

Po kilku miesiącach uzyskał dostęp do akt śledztwa prowadzonego w tej sprawie przez policjantów z Poznania. I chociaż znał te ustalenia na pamięć, to wciąż obwiniał się za to, co się wtedy stało. Nie chodziło tylko o Agnieszkę, nie chodziło o wyrządzoną jego rodzinie krzywdę, ale o tę Bogu ducha winną kobietę po drugiej stronie jezdni.

Gross, wpatrując się w płonący znicz, wciąż sądził, że to on ją zabił.

Nosił w sobie tę winę już dziesięć lat.

dzień pierwszy

– Kolacja? – spytał zaskoczony.

– Tak. – Uśmiechnęła się bibliotekarka w zimowy, sobotni poranek. – Zwykła kolacja.

Kiedy przychodził po książki, milczący jak zawsze i niespecjalnie skłonny do rozmów o literaturze, co w tym akurat miejscu mogło wydawać się dziwne, często trafiał właśnie na nią. Malwina Lemańska. Mogła być od niego młodsza zaledwie kilka lat. Zawsze kompetentna, sprawnie i rzeczowo odpowiadała na jego pytania o książki konkretnych autorów, których tytuły wyczytywał z długiej listy spisanej nierównym pismem w pomiętym notesie. Czasami podsuwała nowości i umiejętnie, nienachalnie doradzała. Uśmiechała się, jakby była dla innych niewyczerpalnym źródłem optymizmu, niezbędną dawką radości, którą emanowała każdego dnia. Gross zastanawiał się, czy to normalne. Zazwyczaj obserwował ją kątem oka, niby wpatrzony w zapełnione woluminami regały, z których unosił się drażniący zapach starego papieru i mdława woń kurzu. Bez względu na to, czy miała przed sobą starszą kobietę, przystojnego faceta, czy niezdecydowaną nastolatkę, umiała nawiązać z nimi dialog. Słuchała uważnie, podchwytywała spojrzenia. Dyskretnie, nie dając nikomu odczuć, dominowała w tych relacjach, roztaczając wokół siebie aurę wewnętrznego ciepła, spokoju i serdeczności.

Kiedy Bernard Gross otwierał drzwi do działu wypożyczeń i zastawał Malwinę Lemańską wśród regałów lub przy biurku z komputerem, czuł się nieswojo. Kobieta onieśmielała go sposobem bycia, wrodzoną elegancją, rzędem lśniących zębów, które odsłaniała w pełnym ciepła uśmiechu. W jej mądrych oczach, za okularami w delikatnych oprawkach, stale dostrzegał błysk radości i zaczął się zastanawiać, co ona znajduje w jego pospolitej twarzy i spojrzeniu. Pustkę czy samotność? A może podszytą lękiem i starannie ukrywaną bezbronność?

Przekrzywiła głowę tak, że długie kasztanowe loki spoczęły teraz na prawym ramieniu. Gross zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy szukał wzrokiem obrączki na jej szczupłych palcach wypielęgnowanych dłoni. Zganił się za to.

– To chyba mężczyzna powinienem zapraszać kobietę na kolację? – Komisarz podciągnął suwak skórzanej kurtki pod samą szyję. Odnotował, że nosiła jedynie pierścionki.

– Pan tego nigdy nie zrobi. – Zaśmiała się.

– Nie? Skąd ta pewność?

– Bo pan się w ogóle nie odzywa, panie komisarzu.

Westchnął, wciąż nie ruszając się z miejsca. Poniekąd miała rację.

– Kolacja – powtórzył. – W takim razie dlaczego chce pani zjeść kolację w moim milczącym towarzystwie?

– Milczenie to skarb z ukrytą tajemnicą. – Wciąż nie traciła entuzjazmu. – Chciałabym pana lepiej poznać.

Gross patrzył uważnie w jej piwne oczy, próbując znaleźć w nich odpowiedź na pytanie, które kołatało mu się w głowie. A może ta propozycja był zwykłym żartem?

– Czy to coś złego? – spytała, kiedy cisza przedłużała się.

Komisarz powiódł wzrokiem za okno na chełmżyński rynek.

Zło.

Cała jego robota, a po tym, co wydarzyło się dziesięć lat temu w Toruniu, również całe jego dorosłe życie, związane było ze złem. Złem, którego śladem podążał jak pies biegnący przed siebie z nosem w rynsztoku. Nie miał czasu podnosić głowy, rozglądać się i czerpać z życia. A może nie chciał, może nie umiał. Albo po prostu bał się, że tym złem przesiąknięty jest na wskroś i może nim zarażać.

– Nie. To chyba nic złego – dodał i uniósł książkę, którą wypożyczył. – Oddam w poniedziałek.

Chwycił za klamkę. Bez słowa pożegnania wyszedł do ciemnego i zimnego holu, a następnie szarpnął ciężkie drewniane drzwi. Kiedy znalazł się na niewielkim, pospolitym rynku, kamienice i drzewa znajdujące się na wschodniej pierzei skąpane były w ostrym słońcu rozświetlonym na bladoniebieskim niebie. Jaskrawe promienie połyskiwały w wysokich zwałach brudnego śniegu.

Gross wszedł w wąską, zacienioną ulicę Kopernika, biegnącą równolegle do linii brzegowej skutego lodem jeziora. Minął bezdomnego w czerwonym płaszczu, który gadał coś do siebie. Zmierzał w stronę widocznego na końcu jezdni budynku z cegły. Przed wyjazdem do Torunia chciał zabrać z komisariatu zostawioną na biurku komórkę. Zapomniał jej po piątkowym, wyczerpującym dyżurze.

Przeszedł obok gotyckiej świątyni, minął zaparkowane samochody i przeciął prostopadłą jezdnię. Kiedy znalazł się we wnętrzu chełmżyńskiego komisariatu, pokonał kilka stopni i przywitał się z oficerem dyżurnym.

– Spokój? – Gross nachylił się do okna niewielkiego okienka.

– Jeszcze wcześnie, więc jest tylko drobnica – rzekł młody funkcjonariusz zza biurka.

– Czyli spokój.

Zabrzęczał elektromagnes i Gross pchnął drzwi. Gdy otrzepywał buty na gumowej wycieraczce, pod którą leżała mokra i brudna szmata, usłyszał gromki śmiech. Na mlecznej szybie drzwi siłowni kładły się ruchome cienie. Ruszył drewnianymi schodami na piętro. Minął zamknięte drzwi do sekretariatu i pokoju komendanta oraz jego zastępcy i wszedł do swojego gabinetu, który znajdował się nieopodal schodów.

Spojrzał na czyste biurko, na którym nie było jego telefonu. Na regale obok też nie. Wykręcił ze stacjonarnego numer do siebie i dopiero po chwili usłyszał cichy dźwięk dzwonka. Odszukał aparat w jednej z zamykanych na klucze szuflad i schował go do kieszeni. Zbiegł po schodach i ponownie znalazł się na mrozie i oślepiającym porannym słońcu, które wychyliło się zza wieży majestatycznego, ale zrujnowanego kościoła Świętego Mikołaja. Sczerniałe cegły kruszały, a wyszczerbione smukłe witraże sprawiały wrażenie, jakby o świątyni zapomniał sam Bóg.

Gross szedł drogą wysłaną ubitym śniegiem, opadającą w kierunku przystani wioślarskiej na jeziorze. Skręcił w stronę drewnianego pomostu i zobaczył okna swojego mieszkania w bloku przy Kościuszki 40, na wzgórzu po zachodniej stronie jeziora. Wychodziły na zamarznięty akwen i skutą w pobliżu przeciwległego brzegu łódkę.

Minął pierwszych porannych spacerowiczów i wrócił myślami do propozycji Malwiny Lemańskiej. Do oczekiwań, jakie miała wobec tego spotkania. I do własnych oczekiwań. O ile je w ogóle miał.

Popatrzył na okładkę cienkiej książeczki, którą mu poleciła. Nocny lot Antoine’a de Saint-Exupery’ego. Podobno o pilotach walczących z żywiołem, zawieszonych między życiem a śmiercią. Gross chodził twardo po ziemi, ale opis na tylnej okładce właściwie wiele mówił mu o jego walce. Wsadził książkę pod pachę i schował spierzchnięte dłonie w kieszenie kurtki. Jego kroki dudniły na drewnianej kładce łączącej brzegi.

Nic o nim nie wiedziała, pomyślał i miał tę myśl pociągnąć dalej, ale przeszkodził mu szczekający pies.

Zerknął w lewo. Na tafli lodu, w pobliżu przystani wioślarskiej, ślizgała się dziewczynka, ciągnąc psa uwięzionego na smyczy. W drugiej ręce trzymała patyk. Śmiała się, a kundelek szczekał na nią, kiedy uciekała mu po wyślizganym lodzie. Stanąwszy, Gross rozejrzał się w poszukiwaniu rodziców dziewczynki. Na brzegu nie dostrzegł nikogo.

– Hej! – krzyknął do niej. – Zejdź z lodu. To niebezpieczne.

Mała spojrzała najpierw w kierunku lądu, a potem odwróciła się. W końcu dostrzegła na pomoście mężczyznę średniego wzrostu z posiwiałymi włosami postawionymi na jeża, odsłaniającymi głębokie zakola. Mrużył oczy przed oślepiającym go słońcem i ściągnął krzaczaste brwi. W tej podłużnej twarzy dostrzegała wyraźnie wyżłobione zmarszczki policzkowe oraz cienką kreskę zaciśniętych nerwowo ust.

Przyglądała mu się spod różowej wełnianej czapki. Kundelek sięgający jej do kolan robił to samo. Po chwili podciągnął zmarzniętą przednią łapę i znowu zaszczekał, zły, że ktoś przerwał im świetną zabawę.

Gross obserwował dziecko z rosnącą obawą. Mróz, który tydzień temu skuł powierzchnię jeziora, sprawił zapewne, że lód wciąż był wytrzymały i nośny, ale komisarz nie ufał naturze. Tych, którzy jej ufali, poznawał najczęściej w kostnicy. Od dwóch dni temperatura w ciągu dnia była dodatnia. Nad ranem, kiedy termometr wskazywał poniżej zera, prószył śnieg, ale teraz, kiedy komisarz patrzył na taflę lodu, gdzieniegdzie widział błyszczące w słońcu powierzchnie kałuż.

Krzyknął do niej raz jeszcze, tylko głośniej. Dziewczynka wzruszyła ramionami i odwróciła się obrażona. Gross czekał na moment, w którym wreszcie zaciągnie psa w stronę brzegu, ale nic takiego nie nastąpiło.

– Hej! – ryknął.

Poczuł falę ciepła na plecach.

Mała udawała głuchą. Rzuciła patyk w kierunku środka jeziora i puściła smycz. Pies wyrwał się do aportu, ale początkowo ślizgały mu się łapy.

– Przynieś, Putek, przynieś! – Po lodzie niósł się jej piskliwy głos.

Kundelek w końcu dobiegł do patyka i złapał go w pysk, ale po chwili wypluł.

– Zejdź z jeziora! – Gross krzyknął ponownie. Tym razem jednak nie czekał na reakcję dziewczynki. Odpiął linę, która zabezpieczała zejście z pomostu na przyległą kładkę do cumowania łodzi. Zszedł na nią, a następnie zrobił kolejny krok i stanął na białej tafli przyprószonej w tym miejscu śniegiem. Pociemniało mu przed oczami. Puścił się drewnianej balustrady i poczuł się niepewnie, jakby stanął nie na twardym lodzie, ale na linie zawieszonej nad przepaścią. Przeklinał to dziecko i psa, i ten cholerny lód, ale mimo to ruszył przed siebie. Szedł i nasłuchiwał. Strach pozwalał mu wyławiać najcichsze dźwięki z otoczenia. Bał się, że za chwilę usłyszy trzask kruchego lodu.

Spojrzała na niego, ale nie drgnęła.

Wierzył, że kiedy tylko zrobi kilka kroków w jej stronę, mała zabierze kundla i ucieknie na brzeg. Nic z tego. Musiał więc iść dalej. Modlił się, żeby tej małej idiotce nie przyszła do głowy kolejna durna zabawa i nie zechciała gonić się z nim po całym jeziorze. Będzie się śmiała, a on spocony i coraz bardziej rozzłoszczony będzie kroczył jej śladem, wściekał się i miotał.

Dzielił ich dystans kilkudziesięciu metrów. Gross szedł już nieco pewniej i szybciej, wciąż jednak drżały mu mięśnie nóg.

– Na brzeg! Natychmiast! – rzucił.

– A mama mi pozwoliła! Poza tym nie mogę rozmawiać z nieznajomymi! – odkrzyknęła dziewczynka i rzuciła się biegiem do psa.

Gross miał wrażenie, że z każdym jej krokiem tafla opada i unosi się. Czekał na tę chwilę, w której usłyszy głuchy trzask lodowej pokrywy i zimna toń pochłonie go w sekundzie na samo dno. Przez chwilę będzie walczył, młócił wodę rękoma i utrzymywał się na powierzchni. A to oznacza, że tylko szybciej wychłodzi organizm i pozbawi go tlenu. Wreszcie wejdzie pod lód, próbując wstrzymywać oddech aż do tak zwanego momentu przełamania na skutek zwiększenia stężenia dwutlenku węgla we krwi. Wtedy to sygnał z mózgu popłynie do spragnionych powietrza płuc. I wreszcie zamiast tlenu zaczerpnie wodę, która wypełni jego drogi oddechowe i spłynie do żołądka. Chcąc nie chcąc, będzie „oddychał” w ten sposób przez kilkadziesiąt sekund. Potem jego ciało wpadnie w drgawki zapowiadające niedotlenienie mózgu.

– Nie idź tam, do cholery – warknął bardziej do siebie niż do niej.

– Putek! Co masz, Putek? – krzyknęła do psa, który zaczął drapać lód.

Gross był kilka metrów od nich i modlił się o zachowanie spokoju, kiedy tylko dostanie bachora w swoje ręce. „Za bezstresowe wychowanie rodzicom powinni wręczać mandat”, pomyślał. Zresztą w ogóle zastanawiał się, czy nie złoży im wizyty, nie machnie blachą przed oczami i nie przytoczy treści artykułu sto sześćdziesiątego i sto sześćdziesiątego drugiego Kodeksu karnego, albo czy wspólnie z prokuratorem nie postraszy wnioskiem do sądu o ograniczenie praw rodzicielskich.

– Putuś, kochany! – Dziewczynka dobiegła do psa i uklękła przy nim. – Dobry piesek, dobry…

Mała sięgnęła po patyk i wtedy do uszu komisarza dotarł pisk, od którego pękały bębenki. Skrzywił się, a pies ponownie zaszczekał.

Komisarz szarpnął dziewczynkę, postawił ją na nogi, ale ona nadal krzyczała.

– Spokojnie – rzekł na skraju desperacji. – Nic ci nie zrobię. Jestem policjantem.

Rozejrzał się, żeby ocenić odległość do lądu i pomostu. Drewniana konstrukcja była bliżej. Musieli dostać się tam razem.

Małej wreszcie zabrakło tchu, stała z dłonią wyciągniętą w stronę psa, a Gross schylił się po smycz i podał jej skórzaną pętlę. Dopiero po chwili zerknął na kundla, który cały czas drapał lód i poszczekiwał.

Komisarz pociągnął mocno smycz. Pies pisnął i z podkulonym ogonem podszedł do dziewczynki, składając uszy, jakby czuł, że coś zbroił, i obawiał się klapsa. Mała nie zwróciła jednak na niego uwagi i wciąż wyciągała rękę przed siebie.

Gross spojrzał tam, gdzie przed chwilą pies drapał taflę lodu. Przypominała szybę z wieloma rysami. Stanął tak, żeby nie odbijało się w niej słońce.

I w tej szybie, niemal pod swoimi butami, Gross dojrzał dłoń.

Godzinę później komisarz Gross stał na skraju jeziora i przyglądał się zamarzniętej tafli i unieruchomionej na niej łódce, która znajdowała się bliżej przeciwległego brzegu, około dwustu metrów stąd.

Skończył właśnie rozmawiać z komendantką, która przebywała na zwolnieniu lekarskim. Zrelacjonował jej wszystkie poranne wydarzenia, zadzwonił do prokuratury i wezwał techników kryminalistycznych. Pozostało mu zadzwonić do Moniki Skalskiej i Grzegorza Otremby, podwładnych z jego zespołu, ale to miał zamiar zrobić później.

Mieszkańcy, zgromadziwszy się na bulwarze, skupiali wzrok na dwóch potężnych pojazdach strażaków, którzy na sygnale zjechali tu z pobliskiej Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej przy Sądowej, graniczącej płotem z komisariatem. W tym czasie lekarz zatrzasnął drzwi karetki, chuchnął w ręce i potarł je. Potem rozejrzał się za dowodzącym policyjną akcją. Gross widział go, ale nie ruszył się.

Wcześniej kazał zabezpieczyć funkcjonariuszom teren od klubu wioślarskiego aż po wejście na pomost. To właśnie w tej przestrzeni zaparkowały samochody strażaków: wóz ratownictwa technicznego i ciężarowy, potężny mercedes. Jeden z policjantów przez megafon informował mieszkańców o zakazie wchodzenia na lód i prosił o odsunięcie się od wyznaczonego dla służb pasa.

Dowódca zastępu strażaków, niski i krępy, z gęstym czarnym wąsem, przywitał się z Grossem, a ten wskazał mu miejsce znalezienia topielca, które oznaczył, pozostawiając na lodzie swój szalik. Widzieli go obaj, szary materiał wyróżniał się na tle równego morza bieli.

– Technicy będą? – spytał strażak.

Bernard Gross postawił kołnierz kurtki i nie odrywał wzroku od jeziora.

Strażak powtórzył pytanie.

– Kto? – odparł zamyślony policjant.

– No, ci wasi spece od zabezpieczania śladów.

– Tak. Kończą robotę w Toruniu, przyjadą, jak będą wolni.

– To my w takim razie zrobimy otwór i wyciągniemy wodnika.

– Zróbcie otwór, ale topielca zostawcie. Podczepcie, jeśli to będzie konieczne, żeby nie odpłynął, ale z odłowieniem czekamy na techników i prokuratora.

– Berni, przecież to i tak nasza robota.

Gross spiorunował go wzrokiem.

– Przepraszam, Bernardzie.

Nikt nie miał prawa używać tego zdrobnienia i wszyscy dobrze o tym wiedzieli.

– Czekamy na techników i prokuratora – dodał spokojnie policjant.

Strażak potarł wąs i niezadowolony odszedł wydawać dyspozycje.

Po chwili jego miejsce zajął młody lekarz. Wciąż pocierał dłonie.

– Co mamy?

Gross spojrzał na niego.

– Zwłoki pod lodem – poinformował.

– Stare?

– Trudno orzec. Stare zazwyczaj wypływają na wiosnę.

– Tak czy siak, dla mnie to czysta formalność. – Lekarz wskazał na karetkę. – Będę w ciepełku, bo strasznie piździ.

Kiedy medyk odszedł, Gross obserwował, jak strażacy wyjmują z wozu technicznego długą, czerwoną deskę lodową. Położyli ją na brzegu jeziora i trzech pożarników przebranych w niezatapialny, gumowy strój tego samego koloru stanęło przy niej. Pozostali, w czarnych uniformach, krzątali się, przeładowując sprzęt z samochodu na deskę. Po chwili sanie lodowe wyładowane skrzyniami zostały wypchnięte przez jednego ze strażaków na lód. Sunęły już w stronę oznaczonego przez Grossa miejsca. Pozostałych dwóch mężczyzn kroczyło po obu stronach deski. Każdego z nich, tak jak i deskę, zabezpieczały liny asekuracyjne, które ciągnęły się teraz po tafli.

Gross dostrzegał, jak powoli oddalali się od brzegu, ale tak naprawdę wpatrywał się w odległy punkt na jeziorze, daleko przed nimi. Podszedł do linii brzegowej. Stał tam chwilę, pocierając zziębnięte dłonie.

– Co czytasz? – zagadnął go dowódca zastępu.

– Słucham?

Mężczyzna wyciągnął rękę i wskazał na książkę trzymaną pod pachą.

Gross podał mu ją bez słowa.

– Interesujesz się lotnictwem? – Mężczyzna przekartkował cienką publikację.

– Nie, niespecjalnie – odparł Gross i wskazał brodą na jezioro i oddalających się strażaków. – Lód nie pęknie?

– Celowo idą w oddaleniu, żeby rozłożyć nacisk. Poza tym mają zabezpieczenia i termiczne stroje. Żadnemu krzywda się nie stanie, nie bój się.

– Tyle to widzę, pytam, czy lód się nie załamie. Pokrywa wszędzie jest jednakowo gruba?

– Nie, no to nie jest lodowisko Tor-Tor, do cholery. – Strażak się zaśmiał. – A będzie jeszcze gorzej, jeśli znowu poprószy i termometr za dnia będzie wskazywał plus.

– Gorzej?

– Tam, gdzie powstają zaspy śnieżne, lód ma problem z przyrastaniem, przy dłuższym ociepleniu właśnie w takich miejscach robią się oparzeliska i lód jest kruchy jak wafelek.

– Jaką może mieć grubość?

– Jak na moje oko, nie więcej niż dziesięć centymetrów. Pogoda, to znaczy słońce i wiatr, swoje robią. Jak przyjdzie szybka odwilż, lód zacznie szpilkować i wtedy…

– A jaka jest grubość bezpieczna dla człowieka? – Gross mu przerwał.

– Nie mniej niż dziesięć centymetrów.

– Dziesięć centymetrów? – Gross spojrzał wreszcie na strażaka, a ten potwierdził skinieniem. – Masz jeszcze jeden taki strój?

– Mam dla całego zastępu, ale…

– Muszę coś sprawdzić.

– Żartujesz? Przecież nie byłeś przeszkolony.

– No to nie marnujmy czasu.

Czuł się fatalnie. Strój nie przylegał ciasno, ale każdemu krokowi towarzyszył trudny do zniesienia dźwięk tarcia materiału o materiał. Nasunął gumowany kaptur na włosy. Boki szczelnie przylegały do policzków. Gross założył biały kask i zrobił krok w stronę zamarzniętej tafli. Ktoś pociągnął go za uczepioną u pleców linę asekuracyjną.

Odwrócił się. Gapiów na brzegu przybywało, policjanci przy taśmach odgradzających miejsce zdarzenia mieli pełne ręce roboty.

– I pamiętaj, żebyś nie wkraczał na ich pole i nie krzyżował swojej liny z ich linami, rozumiesz?

– Tak. Pójdę bokiem, nie martw się.

– Dobra. No to idziesz.

Strażak klepnął go w ramię.

Gross poczuł, jak pot rosi mu się na klatce piersiowej i w dole pleców. Szedł w stronę strażaków, którzy dotarli już do miejsca, gdzie zostawił swój szalik, i przygotowywali się do wycięcia otworu. Ustawili też policyjne parawany. Po krótkim marszu zbliżył się do nich.

– Pan komisarz jakiś taki blady. – Uśmiechnął się zawadiacko przystojny młody strażak i tupnął kilkukrotnie mocno nogą. – Nie trzeba się bać, lód jest wytrzymały.

– Wytnijcie otwór i nie wyciągajcie, jasne? – rzekł Gross, nie zwracając uwagi na głupie żarty.

– Jasne, jasne.

Komisarz chciał już odejść, ale zawahał się.

– Jak mógł się tu dostać? – spytał i popatrzył na twarze trzech strażaków. Zajęci swoją robotą i skupieni, znieruchomieli na chwilę.

– No wpadł, nie? – dodał przystojniak. – Wygląda na świeżaka.

– Którędy, pytam.

Strażak rozejrzał się po jeziorze.

– Musielibyśmy poszukać. Zresztą nawet jak znajdziemy jakiś wyłom w lodzie czy przerębel, nie będziemy wiedzieć, czy to na pewno ten, przez który wpadł. Poza tym nie wiemy, kiedy to się stało i czy w związku z tym otworu nie zasklepił z powrotem mróz. Jednym słowem, dużo niewiadomych.

Gross spodziewał się takiej odpowiedzi. Zostawił ich i ruszył dalej. Szedł, rozglądając się za nierównościami w tafli, zbliżał się na bezpieczną odległość do kałuż wody powstałych z roztopionego śniegu, w poszukiwaniu sporego otworu w lodowej powłoce. Naliczył trzy takie kałuże w pobliżu, ale wydawało mu się, że pod ich powierzchnią nie widział żadnych pęknięć, żadnego otworu.

Szedł dalej w stronę drugiego brzegu, niemal równolegle do oddalonego o około pięćdziesiąt metrów pomostu, aż w końcu poczuł szarpnięcie. Odwrócił się w kierunku bulwaru.

Gross nie zamierzał się wydzierać i przekrzykiwać z policyjnym megafonem. Cieszył się, że nie uległ i nie założył grubych i niewygodnych rękawic. Zdjął kask, a następnie gumowy kaptur, wybrał numer i przyłożył do ucha komórkę.

– Co jest? – spytał dowódcę zastępu.

Strażacy, którzy pracowali obok niego, przestali skuwać lód i spojrzeli w jego stronę, a potem powiedli wzrokiem na brzeg.

– Dokąd idziesz?

– Chyba coś mam – skłamał i pokazał ręką miejsce znajdujące się gdzieś za jego plecami.

– Dobra, to ostrożnie i wracaj zaraz, bo lina się skończy.

Gross poczuł, że jej napięcie zelżało. Odwrócił się i ruszył dalej przed siebie. Krok za krokiem zbliżał się do unieruchomionej w lodzie niewielkiej czerwonej łódki turystycznej, nie zapominając po drodze o lustrowaniu powierzchni lodu. Starał się też zwracać uwagę na ewentualne ślady obuwia odciśnięte w śniegu, lub jakiekolwiek ślady traseologiczne, które mogłyby świadczyć o przemieszczaniu się człowieka albo ciągnięciu go po lodzie. Szukał odpowiedzi.

Chełmżyńskie jezioro miało kształt odwróconego do góry kozaka na wysokiej szpilce. Na mapie wyglądało to tak, jakby centrum miasta oparło się na podeszwie, a długi obcas wżynał się w ląd, osłaniając Starówkę od wschodu. Gdyby trzymać się tej obuwniczej terminologii, drewniany pomost znajdował się przy nosku buta.

Jeśli mężczyzna, który utonął, zamierzał przejść ze Starówki do Ameryki, osiedla starych kamienic i niskich bloków, a na południu i wschodzie nowszych domków jednorodzinnych, skorzystałby z kładki. Droga wszerz jeziora raczej nie wchodziła w grę. Za pomostem znajdowały się stare działki z rozpadającymi się i szpetnymi budami, na brzegu odwrócone do góry dnem łodzie próbowały przetrwać do wiosny. Daleko, bo kilkaset metrów stąd, było osiedle Maja ze stadionem Legii Chełmża. Niewykluczone, że topielec wybrał inną drogę.

Policjant był już blisko pozostawionej na wielkim lodowisku łodzi. Przystanął, wsłuchując się w dobiegające go dźwięki, ale jedyne, co był w stanie wyłowić, to świst tłoczonej krwi i szum powiewającego wiatru. Serce mu dygotało. Był pewien, że jednak się przesłyszał. „Nie panikuj”, prosił się w myślach. „To nie był żaden trzask, to tylko twoja wyobraźnia”. Po chwili szedł dalej, ale nie wybrał najkrótszej drogi do łódki. Starał się dojść do niej okrężną drogą, tak by nie zniszczyć ewentualnych śladów w cienkiej warstwie śniegu. Jeśli jakiekolwiek tam były. Pierwsze, co przyszło mu do głowy, to to, że topielec po prostu siedział z kimś w tej łodzi. Od kilku dni z okien swojego mieszkania widział, jak młodzi, częściej chłopcy niż dziewczyny, spotykali się w niewielkiej łajbie. Nie bali się lodu, szli po nim jak po chodniku, a potem wskakiwali na dwie znajdujące się na pokładzie ławki. Przynosili ze sobą nowoczesny sprzęt muzyczny, rodzaj wysokiej kolumny, z której odtwarzali zbyt głośno muzykę, palili papierosy, pili alkohol. Okrywali nogi kocami przynoszonymi przez dziewczyny. Gross dawał im czas na tę zabawę, dopiero po kilkudziesięciu minutach, jeśli sami nie rezygnowali z powodu mrozu, kazał dyżurnemu wysłać do nich patrol. Ale wczoraj po południu ani wieczorem nie zauważył w łajbie nikogo. Od jeziora zamiast mocnych dźwięków gitar niosła się jedynie wymowna cisza, czasami poszum wiatru.

Teraz co jakiś czas patrzył na łódkę, żeby lepiej kontrolować kierunek, w którym zdążał, następnie nieznacznie zmieniał azymut, robił kilka kroków w lewo i ponownie wracał ma wcześniej obrany kurs. Chciał, żeby wydeptaną przez niego ścieżkę technicy natychmiast odróżnili od innych śladów. Jednak im bliżej porzuconej łódki się znajdował, tym bardziej był zawiedziony. Nie znalazł niczego interesującego. Być może śnieg sypiący nad ranem przykrył odciski butów. O ile jakiekolwiek tu były.

Od łódki dzieliło go nie więcej niż dziesięć metrów. Za nią, na brzegu roiło się od mieszkańców. Przy linii brzegowej zauważył dwóch policjantów z prewencji. Podniósł rękę niby na powitanie, ale jednocześnie dał im czytelny znak, żeby powstrzymywali co bardziej ochoczych młodych gniewnych od wchodzenia na lód. Gwar dolatywał w jego stronę niesiony wraz ze ślizgającym się po tafli lodu mroźnym wiatrem. Komisarz potarł wychłodzone i zesztywniałe policzki. Było to o tyle dziwne uczucie, że w tym dziwacznym ubraniu pot spływał mu po plecach.

Podszedł bliżej i wtedy dojrzał w łódce szmaty przyprószone śniegiem. Odwrócił się i spojrzał w miejsce, gdzie strażacy rozkuwali lód. Nie wiedział jeszcze, kim był topielec, nie wiedział, co robił na zamarzniętym jeziorze i kiedy załamała się pod nim tafla lodu.

Od łódki w stronę centrum nie prowadziły żadne ślady. Wykluczył więc ten trop. Musiał tylko sprawdzić, czy nie było ich od strony brzegu. Zbliżył się do zaniedbanej łajby i dopiero wtedy zrozumiał, jak bardzo się pomylił.

Serce gwałtownie zaczęło pompować krew.

To nie były szmaty.

Grzegorz Otremba lubił jęki i stękania Moniki Skalskiej. Im mocniej i głębiej w nią wchodził, tym intensywniejsze się stawały. Kochali się trzeci raz w ciągu długiego poranka, ale tym razem wziął ją od tyłu. Podniecały go blade pośladki i jędrna skóra. Chwycił w mocnym uścisku jej dłonie, które skrzyżowała na plecach, i przyspieszył. Wpatrywał się w falujące od jego pchnięć ciało Moniki. Tym razem, chociaż był niższy stopniem, nie ona wydawała rozkazy. Ba! Był przekonany, że nawet lubiła, kiedy on rządził. Przynajmniej w łóżku. W końcu poczuł, że jest blisko finału. Wstrzymał oddech, zacisnął powieki, a potem jego ciałem szarpnął skurcz. Jęknął przeciągle. Ich głosy zmieszały się. Kiedy napięcie zelżało, poczuł błogie rozluźnienie mięśni i osunął się w ciepłą pościel. Monika ułożyła się plecami do niego i naciągnęła na siebie kołdrę. Nie zdążył wtulić się w jej rozgrzane ciało.

– Idź już – rzuciła.

– To rozkaz?

– Nie drażnij mnie – ucięła.

Otremba wstał, zsunął ze zwiotczałego penisa prezerwatywę i zawiązał ją na supeł. Potem zaczął zbierać ciuchy z podłogi.

Promienie słońca wpadały przez szczeliny w roletach i cięły przestrzeń sypialni jasnymi płaszczyznami, precyzyjnie jak laser. Przez chwilę obserwował, jak w tym świetle wirują pyłki kurzu.

– Jezu, już dziesiąta. – Zaczął się ubierać.

– Mówiłam.

Nachylił się po skarpetę w chwili, gdy zadzwonił jego telefon.

Otremba spojrzał na wyświetlacz.

– Żona? – Skalska uśmiechnęła się smutno.

– Gorzej.

– Teściowa?

– Jeszcze gorzej.

– Czyli Gross.

Odebrał połączenie.

Długo wysłuchiwał informacji przekazywanych przez ich szefa, komisarza Bernarda Grossa. Skalska w tym czasie przyglądała się facetowi, z którym romansowała od dwóch miesięcy. „Romansowała” brzmiało zbyt staroświecko, po prostu pieprzyła się, oddając zwierzęcemu niemal pożądaniu. Otremba miał w sobie to coś, co pociągało ją w mężczyznach. Wysoki blondyn z mocno zarysowaną szczęką i muskularnymi ramionami, płaskim wyćwiczonym brzuchem i wyrzeźbionymi udami. Sprężyste ciało pozbawione grama tłuszczu. Po stronie minusów Otremby zapisała jedynie trzy słowa: żona i dwie córki.

Otremba założył spodnie i zapiął pasek. Odezwał się wreszcie.

– Jasne, zaraz będę. Jechać po Skałkę? – Użył ksywki kobiety, z którą się właśnie przespał, bo tak zwracali się do niej wszyscy na komisariacie.

Monika popukała się w głowę.

– Okej – rzucił, a następnie schował telefon do tylnej kieszeni dżinsów.

– Popieprzyło cię? Przecież mam wolne.

– Nie możemy się rozstawać na tak długo. – Puścił do niej oko.

– A co się stało? – spytała, gdy tym razem rozdzwonił się jej telefon.

Popatrzyli na siebie, a potem wspólnie wypowiedzieli ulubione powiedzenie szefa.

– Vis maior.

Śmiali się, a telefon cały czas dzwonił. Skalska w końcu zmusiła się do powagi i sięgnęła po aparat. Odezwała się, udając zaspaną, a Otremba podszedł do okna i podciągnął rolety.

Nagle schował się za ścianą i syknął.

– Okej, zaraz będę – rzuciła do telefonu. – Dzwoniłeś już po Otrembę? Dobra, do zobaczenia.

Skałka odłożyła telefon i spojrzała pytająco.

– Teściu, kurwa! – jęknął. – Z moim psem.

– Tutaj?

Skinął głową w stronę okna.

– Widział cię? – dopytała.

– Mam nadzieję, że nie.

– A co tam robi?

– Skąd, kurwa, mam to wiedzieć?

– W końcu jesteś psem, nie? – zażartowała. – Może cię śledzi, co?

Skalska, rozczesawszy palcami włosy, wstała z łóżka i ruszyła w jego stronę, ale Otremba powstrzymał ją gestem.

– Tak, jeszcze cycki mu pokaż.

Wzruszyła ramionami. Narzuciła czerwony T-shirt z Big Stara i boso przeszła do kuchni.

– Gapi się w okna? – spytał Otremba.

– Nie, polazł już sobie – stwierdziła. – Myślisz, że twoja żona już o nas wie?

– A skąd!

Wróciła do salonu i przytuliła się do niego. Pocałowali się.

– Ale wiesz, że w końcu każde gówno wypłynie, nie? – spytała, wiążąc frotką proste czarne włosy w koński ogon.

Gross zdążył zarejestrować w pamięci wszystko to, co zwróciło jego uwagę. Podszedł do łódki od prawej burty, miejsca, w którym nie zauważył żadnych śladów, i starał się niczego nie dotykać. Z wyjątkiem ciała. Było lodowate. Wycofał się, bo nie zamierzał psuć technikom roboty. Miejsce zbrodni musiało być sterylne, a zabezpieczenie śladów w każdej kryminalnej sprawie okazywało się kluczowe. W tym przypadku oczywiście wciąż nie wiedział, czy ktoś przyczynił się do śmierci starszego mężczyzny spoczywającego w pozycji embrionalnej między ławkami w łódce, ale odnalezienie dwóch trupów na jeziorze tego samego dnia zmusiło go do intensywnego myślenia.

Wrócił pamięcią do dzisiejszego poranka, kiedy zbudził się w swoim mieszkaniu na poddaszu, ogolił, a potem długo patrzył w białą zawieruchę nad jeziorem. Z trudem dostrzegał kontury kościoła Świętego Mikołaja i ginące w tej mgle, tak jak czerwona łódka, światła lamp na Bulwarze 1000-lecia. Kilka godzin później, wraz ze wschodem słońca, mgła się przerzedziła. Zastanawiał się, czy gdyby znowu spojrzał przez okno, dostrzegłby mężczyznę na dnie wędkarskiej łodzi.

Ponownie połączył się z prokuraturą i komendantką chełmżyńskiego komisariatu.

– Poradzisz sobie beze mnie. Działaj i melduj, a ja dzwonię do Torunia – powiedziała. – A tak swoją drogą dwa trupy jednego dnia i w jednym miejscu? Dziwna sprawa.

„Dziwna”, pomyślał Gross.

– Bez odbioru. – Rozłączył się.

Zanim na miejscu zameldowali się technicy kryminalistyki, komisarz zdążył wrócić na brzeg, zostawiając na lodzie strażaków, którzy czekali na sygnał do odłowienia zwłok. Stali przy policyjnym parawanie w pobliżu wyciętej przerębli. Gross zlecił wcześniej policjantom rozstawienie namiotu na brzegu. Następnie zaprosił pod dach dowódcę zastępu i lekarza. W ciszy oczekiwali na przyjazd techników i prokuratora.

– Sprawa wygląda tak. – Gross zwrócił się do medyka. – Mamy tu dwa trupy. Jeden pod wodą, drugi w łódce.

– Dwa trupy? – Lekarz nawet nie próbował ukryć zdziwienia.

Gross potwierdził.

– No to ściągnijcie ich na brzeg i wezwijcie prokuratora.

– Nie tak szybko – zastrzegł Gross. – Nie możemy tak łatwo wykluczyć wzajemnego powiązania obu śmierci, a to oznacza, że pierwszą robotę muszą odwalić technicy.

Kiedy wypowiedział te słowa, Marian Chęciński, wysoki, słusznej postury facet w okularach, i Jarek Bloch weszli do namiotu. Gross znał ich doskonale z czasów, kiedy pracował w Toruniu. Technicy wnieśli do namiotu po dwie duże aluminiowe walizki. Kiedy je odstawili, przywitali się z obecnymi. Chęciński dopijał kawę z BP, którą musiał tu przywieźć z Torunia. Bloch wykorzystał chwilę wolnego na papierosa.

Gross powtórzył im wszystko to, o czym przed chwilą rozmawiali w węższym gronie.

– Panowie, ale ja od razu zaznaczam, że na lód nie wejdę. Ciała musicie mi dostarczyć tutaj – odezwał się lekarz.

Gross zaaprobował to rozwiązanie.

– A wy? – Komisarz zwrócił się do techników.

– Jaka wytrzymałość pokrywy? – spytał Chęciński, który zmiął pusty kubek i przytrzymał go w dłoni.

– Przeszedłem po lodzie niemal na drugi brzeg. – Gross wskazał miejsce.

– Sądzę, że jest bezpiecznie – włączył się krępy strażak.

– Masz jakieś hipotezy? – Chęciński przeniósł wzrok ze strażaka na Grossa.

– Mam kilka, ale teraz nie ma to większego znaczenia.

– Dobra – zdecydował Chęciński i spojrzał na Blocha. – Jarek dopali i ruszamy na to łyżwiarstwo figurowe.

Gross ucieszył się, że może na nich liczyć.

– Będziecie mieli asystę i zabezpieczenie strażaków – dodał.

– Ale tego kondoma, co go masz na łbie, nie wciągam – zastrzegł Chęciński. – Za żadne skarby. Pół komendy by się ze mnie śmiało, jakby mnie w tym zobaczyli.

Bloch zaśmiał się głośno, odsłaniając małe zęby. Wtórowali mu lekarz i strażak. Potem śmiech zgasł i cisza zrobiła się niezręczna.

– Czekamy na prokuratora czy działamy? – spytał Bloch.

Chęciński spojrzał na Grossa.

– Nie mamy wyjścia, nawet jeśli miałyby nam zamarznąć jaja – zdecydował komisarz.

Wyszli z namiotu na rażące słońce i kłujący chłodem coraz silniejszy wiatr.

Gross obserwował, jak dwóch strażaków, których wezwał dowódca, ruszyło w stronę brzegu. Jeden pchał deskę lodową i kiedy postawił ją przy brzegu, technicy ułożyli na niej swoje aluminiowe walizki. W asyście strażaków oddalili się w kierunku przerębli.

Komisarz szedł za nimi w niewielkim oddaleniu, znacząc swoją drogę przypiętą do pasa liną, która tarła o szorstki lód. Kiedy strażacy i technicy dotarli do miejsca, z którego zamierzali podjąć zwłoki, komisarz schylił się po swój zapomniany szalik i wycofał kilka metrów w głąb środka jeziora. Wciąż pamiętał o tym, by nie kusić losu i nie zwiększać ciężaru w jednym miejscu lodowej tafli.

Na brzegu dostrzegł prokuratora Legnera, który bez ceregieli wszedł na lodowisko. Technicy zauważyli go od razu i tłumiąc śmiech, zaczęli zakładać białe stroje ochronne i lateksowe rękawiczki.

– Pan to chyba lubi takie przebieranki, komisarzu, co? – Artur Legner, świeżo upieczony śledczy z Prokuratury Rejonowej Toruń-Wschód, dopadł do policjanta.

Mężczyźni wymienili uścisk dłoni. Legner zapiął wełniany płaszcz i poprawił leninówkę. Komisarz nie odezwał się.

– No, niech pan melduje. Co tu się stało? – Legner ziewnął.

– Zwłoki dwóch mężczyzn, jeden topielec, drugi w łódce. Pierwszego zamierzamy podjąć za chwilę w asyście techników.

Kiedy wypowiedział te słowa, ich uwagę zwrócił błysk lampy fotograficznej. Chęciński i Bloch rozpoczęli robotę.

– A ten drugi to niby tam? – Prokurator uniósł rękę i wskazał w stronę przeciwległego brzegu. – No to dalej, chodźmy.

Gross wiedział, że śledczy wlezie z butami do łodzi.

– Ci na brzegu nie ostrzegli? – rzucił głośno, nie ruszając się z miejsca.

– Że niby co? – Kiedy Legner mówił, jego pulchna twarz ze skąpym zarostem i drugi podbródek drgały.

– Przy łódce lód jest kruchy jak wafelek – zablefował.

– Gówno tam, kruchy. Tu jakoś nas utrzymuje, nie?

– To niech pan idzie. Dwa lub trzy trupy, jeden pies. – Legner działał mu na nerwy. Gówniarz panoszył się i za nic miał policyjną robotę. Gross liczył, że w poniedziałek sprawę przejmie inny prokurator.

Młody śledczy zatrzymał się i spojrzał w stronę brzegu. Dostrzegł, jak strażacy w asyście techników kryminalistyki ubranych w białe stroje wyjmują topielca, chwytając go pod ramiona. Głowa denata bezwładnie odchyliła się do tyłu. Po chwili ponownie lampa błyskowa oświetliła ubrane zwłoki.

Legner zerknął w drugą stronę, oceniając odległość do brzegu, a ostatecznie wybrał najkrótszą drogę – do drewnianego pomostu.

– Dobra, to poczekam sobie na kładce – rzucił, mijając Grossa, który po dłuższym czasie skierował się w stronę łódki.

– Jeszcze jedno.

Śledczy odwrócił się.

– No, co tam, komisarzu?

– Wezwałem Raszeję. Ten nasz medyk ze szpitala może wypisać kartę zgonu, ale więcej z trupów nie wyciągnie.

– Dobra robota, być może od razu ustalimy, kiedy będzie mogła zrobić sekcje.

Po kilkunastu minutach do komisarza podszedł Marian Chęciński. Trzymał w dłoni szeleszczący na wietrze worek na śmieci, do którego wrzucił ściągnięte rękawiczki i białe ubranie ochronne. Zawiązał na worku supeł i odezwał się:

– Wygląda na nieszczęśliwy wypadek. Świeży. Gość musiał wejść pod lód niedawno. Kto wie, czy nie dziś w nocy.

– Znaleźliście coś przy nim? Dokumenty, cokolwiek?

Zaprzeczył.

– W kieszeniach w zasadzie czysto. Klucze, gumy do żucia, parę drobniaków. Zabezpieczyliśmy wszystko.

– Telefon?

– Brak. Kto wie, czy mu nie wypadł.

– Cokolwiek niepokojącego?

Milczące zaprzeczenie.

– Dobra, to zapakujcie go w worek i do namiotu.

– Jasne.

Chęciński z Blochem i jednym ze strażaków unieśli ciało i wsadzili do worka umieszczonego na desce lodowej. Kiedy sanie ze zwłokami ruszyły w stronę policyjnego namiotu, Gross i Chęciński zmierzali w stronę łodzi. Asystował im strażak.

– Trafiłeś tu na coś? – Chęciński wskazał brodą czerwoną łódkę z laminatu.

Gross nie odpowiedział na pytanie. Parawany, które zasłaniały łajbę od strony brzegu, załopotały na wietrze.

– Dziwna sprawa – rzekł bardziej do siebie niż technika i stanął tak, by podmuchy lodowatego powietrza nie chłostały go w twarz.

– Co masz na myśli?

– Po prostu dziwna sprawa. Starszy facet, wygląda trochę jak bezdomny.

– Trochę? – Chęciński zaśmiał się. – To można być trochę bezdomnym?

Gross zignorował tę uwagę.

– Dobra. Robi się coraz zimniej. Zaczynajmy. – Chęciński zbliżył się do łajby i obszedł ją ostrożnie. Kiedy sanie ze sprzętem kryminalistycznym pojawiły się wraz z Blochem i dwoma strażakami, założył nowy strój ochronny. Bloch poszedł w jego ślady. Podnieśli z lodu walizki i podeszli do lewej burty łodzi.

Doktor Raszeja, medyk sądowy z Torunia, wyglądała jak pająk. Była wysoka, przeraźliwie chuda i zgarbiona. Kiedy godzinę później Gross wszedł do namiotu, poprawiła dłonią burzę wypłowiałych włosów, których koloru nie umiałby nazwać za żadne skarby. Na jej nosie niezmiennie opierały się lenonki, a w ustach stale tkwił papieros. Komisarz był przekonany, że nie wyciągała go z ust nawet podczas jedzenia.

Legner krzątał się w pobliżu stolika.

– Może ktoś by zorganizował kawę, do cholery – rzucił, ale nikt nie podjął tematu.

– Jak ci tu, Bernardzie, na prowincji, co? – spytała Raszeja.

Trzy halogeny rozświetlały żółtym blaskiem niewielkie wnętrze, pośrodku którego leżały zwłoki w czarnych workach. Ścianami i dachem namiotu szarpał wiatr.

– Spokojnie.

– Tak spokojnie, że jednego dnia znajdujesz dwa trupy?

– Zdarza się.

– A co u żony?

Gross westchnął.

– A co u denata? – odbił piłkę.

Raszeja uśmiechnęła się pod nosem.

– Zobaczmy zatem. – Wyciągnęła z kieszeni dodatkową parę lateksowych rękawiczek i podała mu. – Załóż. Pomożesz mi.

Kiedy to zrobił, rozpięła suwak czarnego worka znajdującego się bliżej jej stóp. Gross najpierw dostrzegł kępkę mokrych włosów, a kiedy rozłożył poły worka, po raz pierwszy dostrzegł twarz topielca. „Cholera”, policjant przeklął w duchu i z trudem przełknął ślinę.

Leżał przed nim kilkunastoletni chłopiec w zielonej zimowej kurtce i zesztywniałych od mrozu czarnych dżinsach. Na stopach miał ciężkie zimowe buty na grubych podeszwach. Cholewki sięgały za kostkę.

Lekarka lustrowała ciało z uwagą, nie dotykając zwłok. Długo to trwało. Wreszcie rozpięła mokrą kurtkę, splotła dłonie i ułożyła na wysokości klatki piersiowej topielca, jakby zamierzała zastosować masaż serca. Ucisnęła ciało raz i odczekała, aż z rozwartych ust chłopca wydobędzie się krótki syk, a następnie wypłynie ciecz. Obejrzała jego skórę w pobliżu szyi, sprawdziła ręce i paznokcie, wreszcie podciągnęła nogawki spodni, dokładnie przyglądając się kostkom i łydkom.

Pokręciła głową.

– Coś nie tak? – spytał komisarz.

– Przeciwnie. – Zerknęła w jego stronę znad okularów. – Czysto. Resztę sprawdzę podczas sekcji, o ile pan prokurator się zgodzi.

Legner zbliżył się do nich.

– Rozbierzemy go? – spytał śledczy.

– Tutaj?

– Tak.

– Nie widzę takiej potrzeby. Klasyczne utonięcie, woda w płucach. Z tego, co mówili technicy, pozycja w wodzie charakterystyczna dla uduszenia gwałtownego w środowisku wodnym, czyli w pozycji embrionalnej bocznej.

– Może jednak warto…

Raszeja spojrzała na prokuratora.

– Co warto, panie prokuratorze?

Gross uśmiechnął się w duchu, a Legner milczał.

– Dobra, odłóżmy to do sekcji.

– Słuszna decyzja – skomentowała.

Wstała i zdjęła rękawiczki, które wrzuciła do worka na odpady. Zapaliła papierosa i zrobiła krok nad zwłokami dziecka. Rozpięła drugi worek.

Gross wyszedł przed namiot i odszukał strażaków, którzy asystowali mu na lodzie. Ściągali uniformy.

– Kojarzycie dzieciaka? – spytał.

– No właśnie zastanawiałem się, czy to nie jest kolega mojego młodszego brata – stwierdził przystojniak.

– Pamiętasz, jak się nazywa?

– Jeśli to ten sam, to Antek. Chyba Bruździński.

– Jesteś pewien?

– Chyba tak.

– Ile ma lat?

– Brat?

– Denat.

– Pewnie tyle samo, bo z jednej klasy są. Piętnaście.

Za plecami pożarników Gross dostrzegł zmierzającą od strony przystani wioślarskiej Skałkę. Poznał ją po czapce bejsbolówce i szybkim, męskim chodzie, który wprawiał w ruch jej czarną kitę. Przywitali się. Gross wyczuł bijące od niej napięcie. Agresywnie żuła gumę. Po chwili z jej zaciśniętych ust wydostał się niewielki balon. Schowała go w ustach i ponownie zaczęła intensywnie poruszać żuchwą.

– A Otremba gdzie? – spytała, poprawiając czapkę.

– W tej robocie wolne to iluzja. – Uprzedził jej ewentualne pretensje.

– Przecież nic nie mówię.

Weszli oboje do namiotu. Skałka przywitała się z Raszeją i Legnerem. Worek ze zwłokami chłopca wciąż pozostawał otwarty. Kucnęła tuż obok i przyjrzała się.

– Wiadomo kto to?

– Strażak nie jest pewien, ale jego zdaniem to może być Antoni Bruździński – rzekł komisarz.

– A Otremba? – powtórzyła pytanie.

Przyjrzał się jej. Nosiła obcisłe, elastyczne dżinsy i adidasy. Za kurtkę służył jej pikowany bezrękawnik z kapturem, spod którego wystawał wyciągnięty, czerwony polar.

– Dzwoniłem po niego jakiś czas temu.

– O, już idzie – powiedziała, wpatrując się gdzieś za jego plecy, w rozwarte wejście do namiotu.

Gross odwrócił się.

Otremba oddychał przez usta, wypuszczając kłęby pary. Podniósł rękę na ich widok.

Trzy godziny później Marian Chęciński spakował ostatnią walizkę ze sprzętem kryminalistycznym do srebrnej, pordzewiałej na progach kijanki i pożegnał się z policjantami. Dym z rury wydechowej rozwiał się na wietrze, a samochodem zakołysało na nierównościach Plażowej.

Jezioro opustoszało. Nieliczni gapie stali jeszcze na drewnianym pomoście, żywo dyskutując o porannych wydarzeniach.

Skałka przeszła się do kamienicy przy Chełmińskiej 5, gdzie mieszkali Bruździńscy, złożyła kondolencje i relacjonowała mu przez telefon rozmowę z matką samotnie wychowującą dwóch synów.

– To znaczy teraz już jednego – poprawiła się policjantka. – W każdym razie nie wiedziała w ogóle, że syna nie ma w domu.

– Była pijana?

– Nie, żadna patologia. Sądziła, że syn odsypia piątkowe granie na komputerze. Nie wiedziała nawet, że wyszedł z domu.

– Pokazałaś jego zdjęcie?

– Tak.

– I potwierdziła, że to on?

– Nie zdołała.

– Co to znaczy? – Gross się zaniepokoił.

– No, normalnie. Rozpłakała się. Długo nie mogła dojść do siebie.

– Wpuściła cię do jego pokoju? Rozejrzałaś się?

– Tak. Mała duszna klitka, trochę młodzieńczego smrodku. Zamiast książek na półkach mnóstwo gier, w tym część pirackich. Nic szczególnego, poza dwoma wyjątkami.

– Mów.

– Opakowanie po glinie do wyrobów ceramicznych i olejek waniliowy do ciast.

– Miał takie hobby?

– Jakie?

– Rzeźbił coś w glinie?

– A nie, skąd! Matka też była tym zdziwiona.

– A ten olejek do ciasta? – zastanawiał się głośno.

– Nie pamiętała, żeby go kupowała ostatnio. Być może stał gdzieś w szafce w kuchni i syn go sobie zabrał. A może kupił.

– Po jaką cholerę chłopakowi olejek do ciasta?

– Podobno to świetny środek na komary.

– W zimie? Na komary?

– Tak tylko mówię. Może do czegoś jeszcze się przydaje. W każdym razie jedno i drugie znalazłam w szufladzie biurka. Zabezpieczyłam procesowo, mam podpisany przez kobietę protokół przeszukania.

– A telefon, komputer, media społecznościowe?

– Telefonu brak. Nie rozstawał się z nim, więc jeśli nie ma go przy zwłokach, to pewnie wpadł do wody. Resztę oczywiście przejrzę.

– Sprawdź u operatora ostatnie połączenia, esemesy. Wystąp do sieci komórkowej o dane dotyczące logowania telefonu na co najmniej tydzień wstecz.

Porozmawiali jeszcze chwilę, a następnie Gross zapytał, czy matka chłopca rozpoznała bezdomnego z łódki, drugiego denata, i czy syn nie mówił jej przypadkiem o poznanym wcześniej mężczyźnie. Skałka zaprzeczyła.

– Nie poznała go. – Kiedy Gross rozłączył się, jak echo powtórzył jej słowa. Przez cały ten czas nie odrywał wzroku od czerwonej łódki.

Ponownie się z nią połączył, odebrała szybko.

– I jeszcze jedno – zaczął. – Musimy zweryfikować monitoring. Chcę wiedzieć, gdzie byli obaj, nastolatek i bezdomny. Dasz sobie radę?

– Dam – zapewniła.

Gross schował aparat do kieszeni kurtki i wciąż przyglądał się czerwonej łodzi. Zanotował w pamięci numer wypisany na jej dziobie.

Stężenie pośmiertne w starszym mężczyźnie, który prawdopodobnie zamarzł w tej łajbie wykształciło się w pełni. Nie mogli jednak zaobserwować żadnych plam opadowych, co w przypadku śmierci z wychłodzenia nie było niczym niezwykłym. Raszeja nie znalazła żadnych śladów świadczących o zastosowaniu przemocy wobec mężczyzny, nie licząc jednego. Przyżyciowe lewo- i prawostronne otarcie naskórka szyi.

– Na co to twoim zdaniem wygląda, Bernardzie, co? – Gross przypomniał sobie, o co spytała go lekarka w trakcie dokonywanych oględzin.

Kucnął wtedy przy zwłokach. Legner i Otremba nachylili się nad nimi.

Komisarz uważnie przyjrzał się denatowi. Zarejestrował suchą i szorstką skórę twarzy i szyi, głębokie zmarszczki. Po obu stronach, na wysokości obojczyka, widniały dwie czerwone kreski, krwawe podbiegnięcia i postrzępiony naskórek.

– Łańcuszek – zaryzykował.

– Bardzo prawdopodobne – odparła Raszeja. – Co jeszcze?

Gross znał ją i jej uczelniane nawyki od lat. Wykładała w Collegium Medicum UMK w Bydgoszczy i każdego rozmówcę, nawet poza uczelnianym prosektorium, traktowała jak studenta, którego dopuszczała do wspólnych oględzin po to, by czerpał z tej nauki jak najwięcej. Gross nie miał o to żalu, jego zdaniem była wybitnym fachowcem i znakomitym nauczycielem.

Komisarz przyjrzał się ponownie mężczyźnie.

Przejechał dłonią w rękawiczce po brodzie i policzkach zmarłego, nie wyczuwając znaczącego oporu.

– Jest świeżo ogolony.

Raszeja zamknęła powieki, co tylko potwierdziło jego przypuszczenia.

Gross ujął głowę denata w obie ręce, próbując wymacać zgrubienia lub guzy.

– Brak urazów głowy.

Cmoknęła niezadowolona.

– Tak, ale stać cię na więcej, Bernardzie.

Podniósł powieki zmarłego, ale nie zauważył niczego szczególnego w jego oczach. Złapał go za lewą dłoń.

– Zimno, zimno – stwierdziła Raszeja.

Gross ponownie spojrzał w zastygłą twarz mężczyzny. Zmarszczki przechodzące w inne zmarszczki, ale żadnego zadrapania, żadnego siniaka, podskórnego wylewu. Błądził, dlatego ponownie złapał go za głowę.

– Cieplej. – Usłyszał głos lekarki.

Dopiero teraz to dostrzegł.

– Włosy.

– No, nareszcie.

– Ma świeżo umyte i obcięte włosy – dodał, wpatrując się w czyste i lśniące równe długością siwe włosy. – Czyste ciuchy – analizował dalej – ale dłonie i paznokcie brudne.

– Grzybica na paznokciach palców stóp – uzupełniła lekarka, a Gross spojrzał na gołe stopy i żółte, zrogowaciałe płytki paznokciowe. Buty zdjęli wcześniej technicy, w celu porównana ewentualnych śladów traseologicznych.

– Pod ubraniem na łydkach, na udach zapewne też, ale to stwierdzimy w poniedziałek, sporo śladów mogących świadczyć o tym, że to bezdomny. Przyżyciowe zadrapania i owrzodzenia, niegojące się rany, strupy. – Raszeja zerwała rękawice i wrzuciła je do worka ze śmieciami. Wyciągnęła paczkę papierosów. – W poniedziałek dowiemy się więcej.

– Co obstawiasz? – spytał.

Zapaliła papierosa i zaciągnęła się. Przytrzymała dym w płucach, a kiedy go wypuściła, siwe kłęby uniosły się pod dach namiotu.

– Wychłodzenie organizmu. Ale trzeba sprawdzić też toksykologię. Technicy znaleźli puszki po piwie.

Wcześniej, zanim Gross porozmawiał ze Skałką, odszukał Chęcińskiego oraz Blocha, którzy pakowali sprzęt do bagażnika służbowego wozu. Silnik diesla dudnił cicho, kłęby spalin rozwiewały się na wietrze.

– Miał przy sobie jakiekolwiek dokumenty?

– Żadnych – odpowiedział Bloch. – Niczego, co pozwoliłoby ustalić jego tożsamość.

– Zrobiłem zdjęcia, wyślę, jak tylko dojedziemy do centrali. Zresztą Otremba też robił. Komórką.

– Denat ma umyte włosy – powiedział Gross.

– Zwróciłem na to uwagę. Zebraliśmy materiał spod paznokci dłoni, jeśli znajdziemy tam ślady naskórka z głowy, będziemy pewni, że zrobił to sam. – Chęciński zatrzasnął pokrywę bagażnika. Drugi z techników pożegnał się z komisarzem i schował do nagrzanego samochodu. – A zerknąłeś na jego ciuchy?

Gross odtworzył z pamięci, w co był ubrany mężczyzna z łódki. Nie skupił się nad tym, ale obrazy samoistnie uwieczniły się w jego głowie.

– Chodzi ci o dżinsy i marynarkę? – dopytał.

– Bardziej o to, że to nie były jego ciuchy.

– Co masz na myśli?

– To nie był jego rozmiar.

– Były za duże?

– Marynarka, koszula i kurtka na pewno. Spodnie z kolei wydawały mi się za krótkie, buty o rozmiar większe.

– W przypadku bezdomnych to chyba normalne? – spytał Gross.

– O ile mamy do czynienia z bezdomnym.

– Fakt.

– Jeszcze nie widziałem tak zadbanego bezdomnego.

Gross dopiero wtedy skojarzył fakty.

– Ciuchy wyglądały na czyste.

– Jakby prosto z pralni – potwierdził Chęciński.

– A łańcuszek?

– Słucham?

– Obstawiam, że miał łańcuszek na szyi, ale albo sam zerwał, albo ktoś to zrobił.

– Ślady na szyi widziałem, ale w łódce żadnego łańcuszka nie było. Na lodzie też nie.

– Mógł się zapodziać gdzieś w jego ciuchach.

– Wątpię, ale nie rozebraliśmy go. Kiedy go przenosiliśmy na deskę strażacką, spod kurtki wypadło tylko to. – Chęciński otworzył z powrotem bagażnik i wyciągnął aparat. Odszukał zdjęcie, a następnie odwrócił sprzęt wyświetlaczem do Grossa.

– Co to jest?

– Wygląda na niewielki brelok.

– Taki do kluczy?

– Tylko trochę mniejszy.

– Kula bilardowa? – rzekł Gross, wpatrując się w czarną lśniącą kulkę z białym polem, na którym widniała czarna ósemka. Metalowy trzpień wystawał u góry. Do niego powinien być doczepiony łańcuszek.

– Na to wygląda.

– I tylko tyle? Nigdzie nie było fragmentu łańcuszka albo chociaż pękniętych ogniw?

– Nie.

Nie pytał ich, czy dobrze sprawdzili, chociaż miał to na końcu języka. Chęciński był jednym z najlepszych w branży, ale każdemu zdarzał się gorszy dzień.

– Jesteś pewien?

Technik pokiwał głową, schował aparat i zatrzasnął bagażnik.

– Co jeszcze znaleźliście w łódce?

Chęciński poprawił czapkę.

– Pety, zgniecione puszki po piwie, w niektórych był jeszcze alkohol. Papierki po batonach i chipsach, opakowania po fajkach, starą zapalniczkę, sporo śmieci. I jeszcze plastikową butelkę bez etykiety, jakby po wodzie mineralnej.

– Z jakąś zawartością?

– Tak, ale cholera wie, co to jest. Na pewno nie alkohol, bo zamarzło na kamień.

– Odkręcałeś?

– Bernard, sam sobie wąchaj, jak chcesz – zdenerwował się Chęciński. – Zabierzemy do siebie, to sprawdzimy. Dam znać, okej?

Uścisnęli sobie dłonie. Technik zasiadł za kierownicą, a Gross spojrzał nad dachem samochodu w stronę komisariatu.

– Przygotował się – stwierdził cicho.

– Co mówiłeś? – Chęciński odwrócił twarz w jego stronę.

– Nie, nic. Nieważne.

– Do zobaczenia. – Zatrzasnął drzwi i odjechali.

Godzinę później komisarz stał już sam na opustoszałym brzegu i patrzył na zamarznięte jezioro. Zniknął policyjny namiot i rozstawione na lodzie policyjne kurtyny, odjechały pojazdy straży, a karawany odwiozły zwłoki do chłodni w chełmżyńskim szpitalu, skąd w poniedziałek miały wyjechać do Torunia.

Zamierzał zadzwonić do Otremby, któremu kazał zająć się ustaleniem tożsamości denata z łódki, ale odpuścił. Gdyby aspirant cokolwiek w tej sprawie wiedział, odezwałby się do niego pierwszy. Postanowił więc dać mu jeszcze trochę czasu. Wybrał numer do prokuratora i zreferował mu wstępne ustalenia. Wszystko wskazywało na to, że śmierć chłopca i starszego mężczyzny nie łączą się ze sobą, nie licząc dnia i miejsca odnalezienia zwłok.

– Lubię takie newsy – stwierdził Legner. – Robota robi się sama.

– W poniedziałek spotkamy się na sekcji – dodał Gross.

– Jasne. Ale jest lepiej niż myślałem. – Rozłączył się.

Gross ruszył w stronę swojego domu po dziurawej jezdni wyłożonej szlaką, która gdzieniegdzie przedzierała się przez ubity śnieg. Dopiero teraz zorientował się, że nie ma ze sobą książki, którą rano wypożyczył z biblioteki. Przedzwonił do dyżurnego straży, ale żaden ze strażaków nie zabrał jej z miejsca akcji. Komisarz wrócił więc na bulwar. Poczuł głód, docierało do niego to, że jest przemarznięty i zaczyna się trząść. Nie czuł palców stóp, szczypały go policzki.

Rozejrzał się wokół, sprawdził ławki, ale nigdzie nie znalazł zguby. Drewnianym pomostem wrócił na Plażową. Wszedł po schodach na czwarte piętro, zabrał z mieszkania inną książkę i zbiegł na parter. Ściemniało się, kiedy z garażu pod płotem wyprowadził niebieskiego, dziesięcioletniego golfa.

Trząsł się z zimna do Łysomic, zanim z nawiewów buchnęło gorące powietrze. Całą drogę do Torunia myślał o dwóch ciałach. O chłopcu wyłowionym z lodowatej wody i zamarzniętym, starszym mężczyźnie. O sinej barwie ich skóry i o przypadkach.

Na stacji BP w Toruniu zjadł hot doga i wypił herbatę.

– Całe życie składa się z przypadków – powiedział do siebie cicho, po czym odjechał w stronę zakładu opiekuńczo-leczniczego fundacji „Światło”.

dziesięć lat temu

Sławomir Tarasewicz zatrzymał mercedesa przy stróżówce swojej hurtowni i kiwnął palcem na ciecia, Józefa Koreckiego. Dostrzegł go w oknie zapadłej budy, która najlepsze lata miała dawno za sobą. Tarasewicz pomyślał, że czas na zmianę, dlatego obiecał sobie przejrzeć oferty używanych robotniczych kontenerów. Wiedział, że bez problemu znajdzie coś w dobrym stanie i rozsądnej cenie.

Odczekał chwilę, a gdy kulejący siwy facet podszedł do bocznych drzwi, opuścił szybę w samochodzie. Słońce grzało niemiłosiernie, klimatyzacja szumiała na najwyższych obrotach.

– Mam tam wejść? – Tarasewicz przeciągnął dłonią po swoich gęstych wąsach i długiej brodzie.

– Szefie kochany. – Uśmiech rencisty odsłaniał braki w uzębieniu, a raczej pokazywał nieliczne niemal brązowe pieńki. – Szefuniu, ani jednej buteleczki szefunio tam nie znajdzie. Nic, nul, zero.

– Wypierdolę na bruk, Józek. Będziesz mostu szukał, żebyś miał się gdzie kimnąć.

– Szefuniu…

– Jak się ubzdryngolisz i znowu coś zginie, to… – Pogroził palcem.

Niski mężczyzna z ogorzałą twarzą złożył ręce na piersi.

– Toć przyrzekam przecież! A niech tu któryś, kurwa, wejść spróbuje, to mu dupę na kotlety rozbiję. – Zacisnął pięść i zaczął nią wygrażać.

Tarasewicz dał mu znak, żeby przestał.

– Przyjedzie tu taki facet, Wegner się nazywa. Dasz mu to, co jest na tamtej palecie. – Odwrócił się i wskazał palcem na plac przed biurem. – To dla niego.

– Ma coś zapłacić?

– Nie. Ma to odebrać, jasne? Wpuścisz go i pomożesz przeładować na jego dwukółkę.

– Zgoda, szefuniu!