Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 599 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Skarb w Srebrnym Jeziorze - Karol May

Wódz Apaczów Winnetou i dzielny Old Shatterhand wyruszają wraz z przyjaciółmi na poszukiwanie opuszczonych kopalń srebra.
Dalsza ich eksploatacja mogłaby przynieść ogromne zyski.
Szybko okazuje się, że na podobny pomysł wpadł Kornel Brinkley i jego banda.
Rywalizacja między mężczyznami przybiera na sile, a rudowłosy Kornel nie waha się użyć wszelkich podstępów, dążąc do celu.
Komu ostatecznie przypadną skarby ukryte w niedostępnych górach?
Czy Indianie zdołają ochronić swój teren i pokłady srebra przed zakusami bladych twarzy?

Seria Książka do plecaka zawiera starannie wybrane powieści autorstwa Hanny Ożogowskiej, Karola Maya, Aleksandra Dumasa, Thomasa Mayne Reida i Waltera Scotta. Jest przeznaczona zarówno dla młodych, jak i dojrzałych czytelników, którzy nie zapominają o spakowaniu książek przed wyjazdem na wakacje lub krótką weekendową podróż. Dwadzieścia jeden tytułów tej serii zadowoli nawet najbardziej wybrednych wędrowców. Z pewnością pochłoną ich opowieści o dawnym PRL-u, Dzikim Zachodzie, XVII-wiecznej Francji i XVIII-wiecznej Szkocji. Zafascynują opisy Himalajów, niekończących się prerii, francuskiego dworu Ludwika XIII, a także mrocznej atmosfery szkockiego zamku. Każda z książek jest doskonałym uzupełnieniem rozpoczętej podróży, stanowiąc jedną z jej ważniejszych atrakcji.

 

Opinie o ebooku Skarb w Srebrnym Jeziorze - Karol May

Fragment ebooka Skarb w Srebrnym Jeziorze - Karol May

Skarb

w Srebrnym Jeziorze

ISBN: 978-83-7623-972-9

Tytuł oryginałuDer Schatz im Silbersee

Redaktor serii Iwona Misiak

Korekta Dorota Strojnowska

Ilustracja na okładce Edyta Stajniak

Układ typograficzny i projekt okładki Piotr Hrehorowicz

Skład i łamanie Inter Line s.c.

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., 2009

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. 30-404 Kraków, ul Cegielniania 4A tel./fax (012) 266-62-94 tel. (012) 266-62-92 www.zielonasowa.pl wydawnictwo@zielonasowa.pl

ROZDZIAŁ I

Około południa gorącego dnia czerwcowego „Dogfish”, jeden z największych parowców osobowo-pocztowych na Arkansas River, rozbijał swymi potężnymi kołami fale rzeki. Wczesnym rankiem opuścił Little Rock, a wkrótce miał dotrzeć do Lewisburga.

Niesamowity upał zapędził garstkę zamożniejszych pasażerów do kabin i kajut, większość podróżnych pokładowych leżała za beczkami, pakami i innymi bagażami, które użyczały im skąpego cienia. Dla tych pasażerów kapitan kazał urządzić pod rozpiętym płótnem bed and board [Bed and board (ang.) – dosł.: łoże i stół; tu: bufet.], na którym stały wszelkiego rodzaju szklanki i butelki; ich paląca zawartość przeznaczona była naturalnie dla niezbyt delikatnych języków i podniebień. Za bufetem siedział kelner z zamkniętymi oczami i, wyczerpany upałem, kiwał głową, a ilekroć podniósł powieki, z jego warg wychodziło przekleństwo albo jakieś obraźliwe słowo. Ta niechęć zwracała się ku grupie około dwudziestu mężczyzn, którzy, siedząc na ziemi, podawali sobie z rąk do rąk kubek z kośćmi. Grano o tak zwany drink, przegrywający musiał po skończeniu partii zapłacić każdemu z partnerów szklankę wódki; to właśnie było przyczyną niechęci kelnera, budzonego ciągle z drzemki. Ludzie ci nie spotkali się z pewnością dopiero tutaj, na pokładzie steamera [Steamer (ang.) – parowiec.], gdyż zachowywali się bardzo swobodnie wobec siebie i widać było z ich rozmowy, że znają się dobrze. Mimo tej ogólnej poufałości jeden z grona cieszył się szczególnego rodzaju szacunkiem. Nazywano go Kornelem, co jest zwykłym przekształceniem słowa colonel – pułkownik.

Był to człowiek wysoki i chudy. Jego gładko wygoloną, ostro zarysowaną twarz okalała ruda, szczeciniasta broda; krótko ostrzyżone włosy były także rude, co można było sprawdzić, gdyż stary, zużyty kapelusz filcowy zsunął mu się daleko na kark. Ubranie jego składało się z ciężkich butów skórzanych, podbitych gwoździami, oraz spodni nankinowych [Nankin – chińska tkanina bawełniana z silnym połyskiem, barwy żółtoczerwonej; nazwa pochodzi od miasta Nankin] i krótkiej bluzy z tejże materii. Kamizelki nie miał, a zamiast niej nosił pomiętą i brudną koszulę, której kołnierz, nie przytrzymywany chustką, był szeroko rozpięty i ukazywał spalone od słońca ciało. Dookoła bioder owinął czerwoną szarfę, spoza której wyglądała rękojeść noża i głownie dwóch pistoletów. Obok leżały prawie nowy karabin i torba skórzana, zaopatrzona w dwa rzemienie, za pomocą których nosił ją na plecach.

Inni mężczyźni ubrani byli w podobny sposób, niestarannie i równie niechlujnie, ale za to byli uzbrojeni po zęby. Nie było wśród nich ani jednego, który by na pierwszy rzut oka wzbudzał zaufanie. Grali namiętnie, a toczyli przy tym rozmowę tak niewybredną, że choć trochę porządniejszy człowiek nie zatrzymałby się przy nich ani na chwilę. W każdym razie łyknęli już niejednego drinka, a twarze ich były rozgorączkowane nie tylko od słońca.

Kapitan opuścił mostek i udał się na tylny pokład do sternika, aby mu udzielić kilku niezbędnych wskazówek.

– Co pan sądzi, kapitanie – spytał sternik – o tych drabach, którzy tam siedzą przy kościach? Zdaje mi się, że należą do tego rodzaju ludzi, których nie widzi się chętnie na pokładzie.

– Ja też tak myślę – odparł zapytany. – Podali się wprawdzie za harvesterów [Harvester (ang.) – żniwiarz, zbieracz plonów.] zmierzających na Zachód, aby się tam nająć do pracy na farmach, ale nie chciałbym być tym, u którego pytaliby o zajęcie.

– Well, sir. [Well, sir (ang.) – tak, proszę pana.] Myślę, że mamy do czynienia z trampami. Może przynajmniej na pokładzie będą się zachowywali spokojnie.

– Nie radziłbym im uprzykrzać się nam więcej, niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni! Mamy dosyć rąk, aby ich wszystkich wrzucić do starego, błogosławionego Arkansas. Zresztą, przygotujcie się do lądowania, bo w ciągu dziesięciu minut zobaczymy Lewisburg.

Kapitan wrócił na mostek, by wydać zwykłe przy lądowaniu rozkazy. Wkrótce ukazały się domy miasta, które okręt pozdrowił przeciągłym gwizdem syreny. Z przystani dano znak, że steamer ma zabrać ładunek i pasażerów. Podróżni, znajdujący się dotąd pod pokładem, wyszli, aby zażyć choć tej krótkiej przerwy w nudnej podróży.

Jednakże widok, jaki im się ukazał, nie był zbyt zajmujący. Lewisburg nie miał jeszcze w owym czasie tego znaczenia, co dzisiaj. W przystani stało tylko trochę gapiów, do zabrania leżało kilka pak i pakunków, a nowych pasażerów, którzy weszli na pokład, było tylko trzech.

Jednym z nich był biały o wysokiej i nadzwyczaj silnej postaci. Nosił tak gęstą i ciemną brodę, że widać było spoza niej tylko oczy, nos i górną część policzków. Na głowie miał starą czapkę bobrową, prawie całkowicie wyłysiałą i tak zdeformowaną, że określić jej dawny kształt było niemożliwością. Ubranie tego człowieka składało się ze spodni i bluzy z mocnego, szarego płótna. Za szerokim pasem tkwiły dwa rewolwery, nóż i kilka niezbędnych dla westmana [Westman (ang.) – człowiek Zachodu, myśliwy.] drobiazgów; poza tym miał ciężką dubeltówkę, do której łożyska przywiązany był długi topór.

Kiedy zapłacił należność za przejazd, rozejrzał się badawczo po pokładzie. Porządnie odziani pasażerowie kajutowi zdawali się go nie obchodzić. Wzrok jego badał pozostałych, którzy wstali od gry, aby się przyjrzeć wchodzącym na pokład. Lustrując każdego z osobna, ujrzał Kornela; wtedy szybko odwrócił oczy, jak gdyby go zupełnie nie zauważył a podciągając na mocne uda cholewy wysokich butów, mruczał cicho do siebie:

– Do diaska! Jeśli to nie jest czerwony Brinkley, to niech mnie uwędzą i pożrą razem z łupiną! Widać mnie nie poznał!

Ten, o którym myślał, zdziwił się również jego widokiem i zwrócił się cicho do swoich towarzyszy:

– Spójrzcie tylko na tego czarnego draba! Czy zna go który z was?

Na pytanie odpowiedziano przecząco.

– Hm, musiałem go już kiedyś widzieć i to wśród okoliczności dla mnie nie bardzo przyjemnych. Plącze mi się jakieś niejasne wspomnienie o tym.

– To i on musiałby cię znać – odparł jeden. – Tymczasem spojrzał na nas, a na ciebie nie zwrócił uwagi.

– Hm! Może jeszcze wpadnę na to. Albo lepiej zapytam go o nazwisko. Wtedy będę wiedział, na jakim jestem świecie. Namówmy go na drinka.

– Jeśli tylko zechce!

– Nie? To byłoby haniebną obrazą, jak wiecie. Ten, komu odmówią drinka, ma w tym kraju prawo odpowiedzieć nożem lub rewolwerem, a jeśli zakłuje obrażającego, nie zatroszczy się o to ani pies z kulawą nogą.

– Ale czarny nie wygląda na to, aby go można było zmusić do tego, co mu nie będzie miłe.

– Pshaw! Załóżmy się!

– Dobrze! Zakład, zakład! – rozległo się wokoło. – Przegrywający stawia każdemu trzy szklanki.

– Zgadzam się! – oświadczył Kornel.

– Ja też – odpowiedział drugi. – Ale musi być sposobność rewanżu. Trzy zakłady i trzy drinki.

– Z kim?

– Najpierw z czarnym, którego, jak utrzymujesz, znasz, ale nie wiesz, kim jest. Potem z jednym z tych dżentelmenów, którzy gapią się na brzeg. Weźmy tego wielkiego draba, który wygląda przy nich jak olbrzym między karłami. A wreszcie z tym czerwonym Indianinem, który przyszedł na pokład z synkiem. A może się go boisz?

Odpowiedzią był ogólny śmiech, a Kornel odparł pogardliwie:

– Ja miałbym się bać tego czerwonego błazna? Pshaw! A może także tego olbrzyma, przeciw któremu mnie podszczuwasz? Do wszystkich diabłów! Ten człowiek musi być silny! Ale właśnie tacy giganci mają zwykle najmniej odwagi, a ten jest tak wyelegantowany, że z pewnością umie się obracać tylko w salonie, a nie wśród ludzi naszego pokroju. A więc przyjmuję zakład. Trzy drinki z każdym z nich. A teraz do dzieła!

Ostatnie trzy zdania wypowiedział tak głośno, że musieli go słyszeć wszyscy podróżni. Każdy Amerykanin i każdy westman zna znaczenie słowa drink, zwłaszcza gdy zostanie wypowiedziane tak głośno i groźnie, jak to tutaj miało miejsce. Dlatego oczy wszystkich zwróciły się na Kornela. Widziano, że jest mocno pijany, tak jak i jego towarzysze, a mimo to nikt nie odchodził, ponieważ każdy oczekiwał ciekawej sceny.

Kornel kazał napełnić szklanki, wziął swoją do ręki, podszedł do czarnobrodego i rzekł:

– Good day [Good day! (ang.) – dzień dobry!], sir! Chciałbym panu ofiarować tę szklankę brandy. Uważam pana naturalnie za dżentelmena, bo pijam tylko z ludźmi rzeczywiście szlachetnymi; spodziewam się, że wypije pan za moje zdrowie!

Broda zagadniętego zrazu rozszerzyła się, a potem ściągnęła, z czego można było wnosić, że przez twarz jego przebiegł uśmiech zadowolenia.

– Well – odpowiedział. – Nie jestem od tego: mogę uczynić panu tę przyjemność, ale chciałbym wiedzieć, kto mi wyświadcza ten nieoczekiwany zaszczyt.

– Zupełnie słusznie, sir! Powinno się wiedzieć, z kim się pije. Nazywam się Brinkley, Kornel Brinkley, do usług. A pan?

– Nazywam się Grosser, Tomasz Grosser, jeśli nie ma pan nic przeciw temu. Twoje zdrowie, Kornelu!

Wypróżnił szklankę, przy czym wypili i inni, i zwrócił ją „pułkownikowi”. W poczuciu zwycięstwa Brinkley zmierzył swego rozmówcę lekceważącym spojrzeniem od stóp do głów i rzekł grubiańsko:

– Zdaje mi się, że to nazwisko niemieckie. Jesteście więc przeklętym Deutschmanem [Deutschman (ang.) – dosł.: Niemiec, człowiek niemiecki.], hę?

– Nie, Austriakiem, sir – odpowiedział Europejczyk w sposób bardzo uprzejmy, nie dając się wyprowadzić z równowagi. – Swego przeklętego Deutschmana musicie skierować pod innym adresem; do mnie się nie stosuje. A więc dziękuję za drinka i żegnam!

Obrócił się energicznie na pięcie i odszedł szybko, mówiąc do siebie po cichu:

– A więc rzeczywiście Brinkley! I nazywa się teraz Kornelem! Ten drab knuje coś niedobrego. Muszę mieć oczy otwarte.

Brinkley wygrał wprawdzie pierwszą część zakładu, lecz nie wyglądał przy tym na zwycięzcę; mina mu zrzedła. Spodziewał się, iż Grosser będzie się wzbraniał wypić i trzeba go będzie zmusić do tego groźbą, ten jednak okazał się mądrzejszy: wypił i uchylił się od zwady. Kornel był wściekły. Napełniwszy szklankę, podszedł do drugiej upatrzonej ofiary – Indianina.

Wraz z Grosserem weszło na pokład w Lewisburgu dwóch Indian. Jeden starszy, drugi młodszy, liczący może piętnaście lat. Uderzające podobieństwo ich twarzy kazało się domyślać, że są to ojciec i syn. Byli tak jednakowo ubrani i uzbrojeni, że syn wydawał się odmłodzonym portretem ojca.

Odzież ich składała się ze skórzanych legginów [Legginy (ang. leggins) – skórzane lub płócienne nogawice noszone przez Indian.], ozdobionych po bokach frędzlami i żółtych mokasynów. Koszuli czy bluzy myśliwskiej nie można było dojrzeć, gdyż ciała od ramion mieli okryte wielobarwnymi kocami Zuni[Zuni – indiańskie plemię z grupy Pueblo, zamieszkujące stan Nowy Meksyk (obecnie w rezerwacie); znane z wyrobu tkanin o wspaniałych wzorach i biżuterii ze srebra i turkusów.], z tego gatunku, które kosztują często ponad sześćdziesiąt dolarów za sztukę. Czarne włosy, gładko zaczesane do tyłu, opadały na barki, nadając im kobiecy wygląd. Pełne, okrągłe twarze miały nadzwyczaj dobroduszny wyraz, a powiększało go jeszcze i to, że policzki ich były pomalowane cynobrem na kolor jasnoczerwony. Strzelby, które trzymali w rękach, wydawały się niewarte razem ani dolara; w ogóle wyglądali obaj zupełnie niegroźnie, a przy tym tak osobliwie, że jak wspomnieliśmy, wywołali śmiech wśród pijących. Usunęli się nieśmiało na bok, jakby się bali ludzi, i stali oparci o szeroką i długą skrzynię z masywnych desek wysokości człowieka.

Zdawało się, że na nic nie zwracają uwagi, i nawet kiedy Kornel zbliżył się ku nim, nie podnieśli głów, aż stanął tuż obok i przemówił:

– Gorąco dziś! A może nie, wy czerwoni chłopcy? Na to dobrze robi napój. Weź to, stary, i wysyp na język!

Indianin nie poruszył się. Odpowiedział tylko łamaną angielszczyzną:

– Not to drink [Not to drink (niepopr. ang.) – ja nie pić.].

– Co, nie chcesz?! – wrzasnął właściciel czerwonej brody. – To jest drink, zrozumiano? Drink! Odmowa jest dla każdego prawdziwego dżentelmena, jakim ja jestem, śmiertelną obrazą, na którą odpowiada się nożem. Jak się nazywasz?

– Nintropan-hauey – odparł zapytany spokojnie.

– Do jakiego szczepu należysz?

– Tonkawa.

– Więc do tych łagodnych czerwonych tchórzy, którzy obawiają się nawet kota? Zrozumiano? Nawet kota, choćby to był taki sobie malutki kotek! Z tobą nie będę robił żadnych ceregieli. Więc nie chcesz pić?

– Ja nie pić woda ognista.

Powiedział to, mimo groźby Kornela, równie spokojnie jak przedtem. Biały zamachnął się i wymierzył mu głośny policzek.

– Tu masz nagrodę, czerwony tchórzu! – zawołał. – Nie będę się inaczej mścił, bo taka kanalia stoi dla mnie zbyt nisko.

Zaledwie cios został wymierzony, młody Indianin sięgnął ręką pod koc, z pewnością po broń, a równocześnie spojrzenie jego pobiegło ku twarzy ojca.

Czerwonoskóry zmienił się nie do poznania. Zdawało się, że urósł; oczy zabłysły, a przez oblicze przebiegł nagle żywy płomień. Lecz równie prędko powieki opadły, a postać skurczyła się i przybrała poprzedni wyraz pokory.

– No, cóż na to odpowiesz? – zapytał Kornel szyderczo.

– Nintropan -hauey dziękować.

– Czy policzek tak ci przypadł do smaku, że mi za niego dziękujesz? Dobrze, masz jeszcze jeden!

Zamierzył się, lecz ponieważ Indianin błyskawicznie pochylił głowę, uderzył ręką o skrzynię, o którą tamten się opierał; ta wydała głośny, pusty dźwięk. Nagle w środku dało się słyszeć krótkie, ostre mruczenie i parskanie, które prędko przeszło w dziki i straszliwy pomruk, po czym dał się słyszeć tak ogłuszający ryk, iż zdawało się, że okręt drży od tych przeraźliwych dźwięków.

Kornel odskoczył o kilka kroków, wypuścił szklankę i krzyknął przerażony:

– Wielkie nieba! Co to? Cóż to za bestia tkwi w tej skrzyni? Ze strachu można umrzeć!

Niepokój ogarnął także innych podróżnych i tylko czterech z nich ani nie mrugnęło powieką: czarnobrody, siedzący teraz na przodzie, ów olbrzym, którego Brinkley chciał zaprosić na trzeciego drinka, i obaj Indianie. Te cztery osoby musiały mieć wielką moc panowania nad sobą, osiągniętą długim ćwiczeniem.

Ryk usłyszano także w kajutach, i wiele pań zjawiło się na pokładzie wśród strasznego zamieszania.

– To nic, ladies and gentelmen [Ladies and gentelmen (ang.) – panie i panowie.]! – zawołał bardzo przyzwoicie odziany pan, który właśnie wyszedł ze swej kabiny. – To tylko panterka, malutka panterka, nic więcej! Bardzo miła felis panthera, czarna, drodzy państwo!

– Co? Pantera! – krzyknął człowieczek w okularach, po którym widać było, że znał dzikie zwierzęta jedynie z książek. – Czarna pantera jest najbardziej niebezpiecznym ze wszystkich drapieżników, większym i potężniejszym od lwa i tygrysa! Morduje z czystej żądzy krwi, a nie tylko z głodu. W jakim jest wieku?

– Ma tylko trzy lata, sir, nie więcej!

– Tylko? I pan to nazywasz „tylko”? To przecież dorosłe zwierzę! Mój Boże! I taka bestia znajduje się na pokładzie! Któż zechce za to odpowiadać?

– Ja, sir, ja – odpowiedział elegancki pan, kłaniając się damom i mężczyznom. – Pozwólcie mi, ladies and gentlemen, przedstawić się. Jestem Jonatan Boyler, właściciel słynnej menażerii, a przebywam od pewnego czasu z moją trupą w Van Bueren. Ponieważ ta czarna pantera nadeszła do mnie do Nowego Orleanu, udałem się tam z moim doświadczonym pogromcą zwierząt, aby ją odebrać. Kapitan tego dzielnego statku udzielił mi za wysokim wynagrodzeniem pozwolenia załadowania tego zwierzęcia, stawiając przy tym warunek, aby pasażerowie, o ile możności, nie dowiedzieli się, w jakim znajdują się towarzystwie. Dlatego karmiłem panterę tylko w nocy i dawałem jej zawsze całe cielę, aby się tak nażarła, by się ruszać nie mogła i cały dzień przespała. Ale jeżeli ktoś bije pięściami w skrzynię, pantera musi się obudzić i wtedy daje się słyszeć także jej głos. Mam nadzieję, iż szanowne damy i panowie nie wezmą za złe pobytu na okręcie tej panterki, bo przecież nie czyni najmniejszych kłopotów.

– Co? – zawołał mały pan w okularach. – Nie czyni kłopotów? Nie brać za złe? Do wszystkich diabłów! Muszę przyznać, że z takim żądaniem nie zwracano się do mnie jeszcze nigdy! Mam przebywać na tym okręcie z czarną panterą? Niech mnie powieszą, jeśli to uczynię! Albo ona musi iść precz, albo pójdę ja. Wrzućcie tę bestię do wody! Albo wysadźcie klatkę na brzeg!

– Ależ, sir! Nie ma naprawdę żadnego niebezpieczeństwa – zapewnił właściciel menażerii. – Przypatrzcie się tej silnej skrzyni i…

– Ach, co tam skrzynia! – przerwał człowieczek. – Tę skrzynię potrafię ja rozbić, a cóż dopiero pantera!

– Proszę, pozwólcie mi wyjaśnić, że w skrzyni znajduje się właściwa klatka żelazna, której nawet dziesięć lwów czy panter nie mogłoby rozbić.

– Czy aby naprawdę? Pokażcie nam tę klatkę! Musimy wiedzieć, jak jest! – zawołało dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści głosów.

Właściciel menażerii był jankesem [Jankes (ang.) – lekceważące przezwisko nadawane mieszkańcom stanów Północy; po I wojnie światowej używane wobec wszystkich Amerykanów.] i pochwycił tę sposobność, aby ogólne żądanie obrócić na swą korzyść.

– Bardzo chętnie, bardzo chętnie… – odpowiedział. – Ale, ladies and gentlemen, łatwo to zrozumieć, że nie można oglądać klatki, nie widząc pantery; na to nie mogę jednak pozwolić bez pewnego wynagrodzenia. Aby podnieść przyjemność tego rzadkiego widowiska, nakażę karmienie zwierzęcia. Urządzimy trzy miejsca: pierwsze za dolara, drugie za pięćdziesiąt, a trzecie za dwadzieścia pięć centów. Lecz ponieważ tu znajdują się jedynie dżentelmeni, więc jestem przekonany, że z góry możemy wykreślić drugie i trzecie miejsca. A może jest ktoś taki, kto chce zapłacić tylko pół, a nawet ćwierć dolara?

Nikt naturalnie nie odpowiedział.

– A więc tylko pierwsze miejsca. Proszę, panie i panowie, dolar od osoby!

Zdjął kapelusz i rozpoczął zbiórkę, podczas gdy pogromca, którego przywołał, czynił przygotowania do przedstawienia.

Podróżni byli przeważnie jankesami i jako tacy oświadczyli, że zgadzają się zupełnie z tym obrotem sprawy. Jeśli przedtem większość z nich oburzało, że kapitan zezwolił na transport tak niebezpiecznego zwierzęcia na swym statku, to teraz wszystkich pogodziła okoliczność, że to właśnie przyniesie pożądaną rozrywkę w nudnej podróży.

– Słuchajcie, chłopcy! – rzekł Kornel do swych towarzyszy. – Jeden zakład wygrałem, drugi przegrałem, bo czerwony drab nie wypił. To się wyrównuje. Trzeci zakład zrobimy nie o trzy szklanki brandy, lecz o dolara wstępu. Czy się zgadzacie?

Towarzysze naturalnie przyjęli tę propozycję, bo olbrzym nie wyglądał na takiego, który dałby sobie napędzić stracha.

– Dobrze – zawołał Kornel, którego nadmiar alkoholu uczynił pewnym zwycięstwa. – Uważajcie, jak chętnie i prędko ten goliat [Goliat – w biblijnej I Księdze Samuela wojownik filistyński olbrzymiego wzrostu, pokonany w walce przez Dawida; tu w znaczeniu: olbrzym, siłacz.] będzie pił ze mną!

Kazał napełnić szklankę i zbliżył się do wspomnianego. Kształty tego człowieka musiało się rzeczywiście uważać za olbrzymie. Był jeszcze wyższy i szerszy niż czarnobrody, a liczył jakieś czterdzieści lat. Jego gładko wygolona twarz była brunatna od słońca; piękne męskie rysy miały śmiały zarys, a siwe oczy ów szczególny, niedający się opisać wyraz, którym odznaczają się ludzie żyjący na wielkich przestrzeniach, gdzie horyzontu nic nie zacieśni, a więc marynarze, mieszkańcy pustyni i ludzie prerii. Nosił elegancki garnitur podróżny, a broni przy nim nie było widać. Obok stał kapitan, który zszedł z mostka, aby również przyjrzeć się przedstawieniu z panterą.

Teraz przystąpił do nich Kornel. Stanął szeroko rozkraczony przed swą trzecią ofiarą i rzekł:

– Sir, proponuję panu drinka. Prawdopodobnie nie będzie się pan wzbraniał powiedzieć mi, jako prawdziwemu dżentelmenowi, kim pan jest?

Zagadnięty rzucił na niego zdziwione spojrzenie i odwrócił się, aby ciągnąć dalej rozmowę z kapitanem, przerwaną przez zuchwałego pijaka.

– Halo! – zawołał Kornel. – Czy pan ogłuchł, czy nie chce mnie słuchać? Tego drugiego bym nie radził, bo nie przywykłem żartować, gdy mi kto odmówi drinka. Życzliwie panu radzę nie brać przykładu z Indianina.

Zaczepiony wzruszył lekko ramionami i zapytał kapitana:

– Czy pan słyszał, co ten chłopaczyna do mnie mówił?

– Yes, sir [Yes, sir (ang.) – tak jest.], każde słowo – przytaknął zapytany.

– Well [Well (ang.) – dobrze.], a więc jesteście świadkiem, że nie ja go wyzywałem.

– Co?! – wrzasnął Kornel. – Nazywa się mnie chłopaczyną? I drinka odmawia? Czeka cię los Indianina, któremu…

Więcej nie powiedział, bo w tej chwili otrzymał od olbrzyma tak siarczysty cios, że padł na ziemię i przekoziołkował daleko. Leżał przez chwilę jak martwy, lecz zerwał się szybko, wyciągnął nóż i podniósłszy go do ciosu, rzucił się na wielkoluda.

Ten wsadził ręce do kieszeni spodni i stał spokojnie, jakby nie groziło mu najmniejsze niebezpieczeństwo, jakby Kornel zupełnie nie istniał.

– Psie! Uderzyłeś mnie! Zapłacisz za to krwią!

Kapitan chciał interweniować, ale olbrzym wstrzymał go energicznym ruchem głowy, a kiedy Kornel zbliżył się do niego na dwa kroki, podniósł prawą nogę i przyjął go takim kopniakiem w brzuch, że napastnik padł po raz drugi i potoczył się po ziemi.

– A teraz dość, bo inaczej… – zawołał groźnie goliat.

Lecz Kornel zerwał się znowu, zasadził nóż za pas i rycząc z gniewu, wyciągnął jeden z pistoletów i skierował go ku przeciwnikowi; ten jednak wyjął z kieszeni prawą rękę, uzbrojoną w rewolwer.

– Precz z pistoletem! – zawołał, zwracając lufę swej małej broni ku prawej ręce napastnika.

Rozległ się cienki, ostry trzask… Kornel krzyknął i wypuścił pistolet.

– Tak, chłopaczyno – rzekł olbrzym. – Nieprędko będziesz znowu wymierzał policzki tym, którzy odmówią picia ze szklanki, w której przedtem umaczałeś twój ryj. A jeżeli chcesz jeszcze teraz wiedzieć, kim jestem, to…

– Do diabła z twoim nazwiskiem! – pienił się Kornel. – Nie chcę go słyszeć! Ciebie jednak samego chcę i muszę dostać. Na niego, chłopcy, go on [Go on! (ang.) – naprzód!]!

Teraz dopiero okazało się, że draby tworzyły znakomicie zgraną bandę. Wyrwali noże zza pasów i rzucili się na olbrzyma; ten jednak wyciągnął nogę, podniósł ramiona i krzyknął:

– Chodźcie, jeśli macie odwagę zadzierać z Old Firehandem!

Dźwięk tego imienia wywołał natychmiastowy skutek. Brinkley, który chwycił znowu za nóż niezranioną lewą ręką, zawołał przerażony:

– Old Firehand! Do wszystkich diabłów, kto by to pomyślał! Dlaczego nie powiedział pan tego przedtem?

– Czy tylko nazwisko chroni przed waszą bezczelnością? Zabierajcie się stąd i nie pokazujcie mi się więcej na oczy, bo was stąd zdmuchnę!

– Well, jeszcze pomówimy!

Kornel odwrócił się i poszedł na przód okrętu; towarzysze powlekli się za nim jak obite psy. Usiadłszy na boku, zawiązali swemu przywódcy rękę, rozmawiając przy tym cicho a żywo i rzucając na sławnego myśliwego spojrzenia, które acz nieprzyjazne, wskazywały, jak wielką mieli przed nim obawę.

Lecz nie tylko na nich wywarło to znane nazwisko wrażenie. Wśród pasażerów nie było z pewnością nikogo, kto by nie słyszał o tym odważnym człowieku, którego całe życie złożone było z najbardziej niebezpiecznych czynów i przygód. Kapitan uścisnął mu rękę i rzekł najuprzejmiejszym tonem:

– Ależ sir, powinienem był o tym wiedzieć! Byłbym panu odstąpił własną kajutę. Na Boga, toż to zaszczyt dla „Dogfisha”, że pańskie stopy dotknęły jego desek. Dlaczego podał pan inne nazwisko?

– Powiedziałem panu moje prawdziwe nazwisko. Old Firehandem nazywają mnie westmani, bo ogień ze strzelby kierowanej moją ręką przynosi zawsze zgubę.

– Słyszałem, że nigdy pan nie chybia?

– Pshaw! Każdy dobry westman to potrafi. Ale widzicie, jaką korzyść daje znane nazwisko wojenne. Gdyby nie to, doszłoby z pewnością do walki.

– I musiałby pan ulec przemocy.

– Tak pan sądzi? – po twarzy Old Firehanda przebiegł lekki uśmiech. Skoro idzie o walkę na noże, nie obawiam się niczego; trzymałbym się z pewnością, aż nadeszliby wasi ludzie.

– Ci w każdym razie nie zawiedliby. Ale co mam teraz robić z tymi łotrami? Jestem panem i sędzią na okręcie. Czy mam ich zakuć w kajdany?

– Nie.

– A może wysadzić ich na brzeg?

– I to nie. Chyba nie chce pan po raz ostatni odbywać podróży na waszym steamerze?

– Ani myślę! Mam nadzieję, że jeszcze przez wiele lat będę pływał w dół i w górę starej Arkansas.

– Dobrze! A zatem niech pan nie naraża się na zemstę tych ludzi! Są w stanie zamelinować się gdzie bądź na brzegu i spłatać wam figla, który kosztowałby was nie tylko statek, ale i życie.

Teraz dopiero spostrzegł Old Firehand czarnobrodego, który stał w pobliżu, utkwiwszy w myśliwym proszący wzrok.

Old Firehand przystąpił do niego i zapytał:

– Czy chce pan ze mną mówić, sir? Czy mogę wyświadczyć panu jakąś przysługę?

– Bardzo wielką – odrzekł Austriak. – Proszę pozwolić mi uścisnąć pańską rękę, sir! To wszystko, o co pana proszę. Potem zadowolony odejdę i nie będę się więcej naprzykrzał, tę zaś godzinę będę wspominał z radością przez całe życie.

Widać było po jego otwartym spojrzeniu i po tonie, że słowa te pochodziły rzeczywiście z serca. Old Firehand wyciągnął do niego rękę i zapytał:

– Czy daleko pan płynie?

– Tym okrętem? Tylko do portu Gibson, a potem dalej łódką. Obawiam się, że pan, nieustraszony, weźmie mnie za tchórza, ponieważ przedtem przyjąłem drinka od tego tak zwanego Kornela.

– O, nie! Mogę was tylko pochwalić, że byliście tak rozważni. Dopiero, kiedy uderzył Indianina, postanowiłem dać mu ostrą nauczkę.

– Prawdopodobnie posłuży mu ona za przestrogę. Jeśli ma dokładnie przestrzelone palce, to skończył już swoją karierę jako westman. Nie wiem jednak, co myśleć o Indianinie – zachował się jak tchórz, a przecież ani drgnął, usłyszawszy ryk pantery. Nie wiem, co o tym sądzić.

– Więc ja wam pomogę. Czy znacie tego Indianina?

– Słyszałem, jak wymówił swe nazwisko, ale jest to słowo, na którym można sobie język połamać.

– Bo posługiwał się językiem ojczystym, zapewne aby Kornel nie domyślił się, z kim ma do czynienia. Nazwisko jego brzmi Nintropan-hauey, a syn jego nazywa się Nintropan-homosz, to znaczy Wielki Niedźwiedź i Młody Niedźwiedź.

– Czy to możliwe? O tych dwóch słyszałem w istocie już nieraz. Szczep Tonkawa stracił bojowego ducha i tylko ci dwaj Nintropanowie odziedziczyli po przodkach zamiłowanie do wojny i wędrówek po górach i prerii.

– Tak, ci dwaj są dzielnymi ludźmi. Nie widzieliście, jak syn sięgnął pod koc po nóż czy tomahawk? Zobaczył, że twarz ojca pozostała nieporuszona, dlatego zaniechał natychmiastowej zemsty. Mówię wam, Indianom wystarczy mgnienie oka tam, gdzie my, biali, potrzebujemy długiej mowy. Od chwili, gdy Kornel uderzył starego w twarz, śmierć jego jest rzeczą postanowioną. Obaj Niedźwiedzie nie prędzej zejdą z jego tropu, aż go zdmuchną. Ale wymienił mu pan swoje nazwisko; jak słyszałem, jest pan Austriakiem. Jesteśmy więc krajanami.

– Jak to, sir? Pochodzicie z Austrii? – zapytał czarnobrody zdziwiony.

– Tak. Moje prawdziwe nazwisko brzmi Winter. Ja także płynę tym okrętem dość daleko, więc będziemy mieli jeszcze nieraz sposobność do rozmowy. Czy jest pan na Zachodzie od niedawna?

– Nie – odrzekł brodacz skromnie – przebywam tu już nieco dłużej. Nazywam się Tomasz Grosser. Nazwisko rodowe się tu pomija, z Tomasza zrobili Toma, a z powodu mej brody nazywają mnie Czarnym Tomem.

– Jak to? – zawołał Old Firehand. – Więc pan jest Czarnym Tomem, tym słynnym rafterem [Rafter (ang.) – drwal i flisak spławiający pnie ściętych drzew rzekami Ameryki Północnej.]?

– Tom się nazywam, rafterem jestem, a czy słynnym, w to wątpię. Ale, sir, gdyby Kornel usłyszał moje przezwisko, mógłby mnie po nim poznać.

– A więc miał pan już z nim do czynienia?

– Trochę. Opowiem to przy okazji. Pan go zna?

– Widziałem go dziś po raz pierwszy, jeśli jednak dłużej pozostanie na pokładzie, będę musiał mu się bacznie przyjrzeć. I pana muszę także bliżej poznać. Jest pan człowiekiem, jakiego mi potrzeba. Jeśli nie jest pan już zaangażowany, chętnie skorzystam z pańskiej pomocy.

– Tak – powiedział Tom, patrząc w zamyśleniu ku ziemi – zaszczyt przebywania z wami wart jest daleko więcej niż wszystko inne. Wprawdzie zawarłem umowę z innymi rafterami, a nawet obrali mnie swoim dowódcą, ale jeśli da mi pan czas na rozmowę z nimi, kontrakt da się łatwo rozwiązać. Patrzcie! Zdaje mi się, że przedstawienie się zaczyna.

Właściciel menażerii przygotował z pak i skrzyń kilka rzędów siedzeń i teraz w pompatycznych słowach zapraszał publiczność do zajęcia miejsc. Również załoga statku mogła się przyglądać widowisku, o ile nie była zajęta. Nie zjawił się tylko Kornel ze swymi ludźmi, stracił bowiem całą ochotę na spektakl.

Obu Indian nie pytano o to, czy zechcą wziąć udział w przedstawieniu. Dwu czerwonoskórych obok dam i dżentelmenów, płacących po dolarze od osoby! Na taką niestosowność nie mógł sobie pozwolić właściciel zwierzęcia. Stali więc z dala i zdawało się, że nie zwracają uwagi ani na klatkę, ani na widzów, ale ich bystrym ukradkowym spojrzeniom nie uszła nawet najmniejsza drobnostka.

Większość podróżnych, siedzących przed zamkniętą jeszcze skrzynią, nie miała należytego pojęcia o czarnej panterze. Drapieżniki z rodziny kotów żyjące w Nowym Świecie są znacznie mniejsze i mniej groźne niż koty Starego Świata. Gaucho [Gaucho (hiszp.) – konny pasterz bydła i koni na stepach Ameryki Południowej.] potrafi schwytać na lasso [Lasso (hiszp.) – sznur lub rzemień z pętlą na końcu, używany przez amerykańskich hodowców koni, myśliwych oraz Indian do chwytania zwierząt, a niekiedy w walce.] jaguara, którego nazywają tygrysem amerykańskim, i ciągnąć go za sobą, na co nie odważyłby się przenigdy z królewskim tygrysem bengalskim. Puma ucieka przed człowiekiem, nawet gdy dręczy ją głód. Toteż większość widzów spodziewała się, że zobaczy wcale niestrasznego rabusia, wysokiego co najwyżej na pół metra. Jakże się zdziwili, kiedy usunięto przednią ścianę skrzyni i ujrzeli panterę.

Od załadunku w Nowym Orleanie leżała ona w ciemnościach, bo skrzynię otwierano tylko w nocy; teraz więc po raz pierwszy zobaczyła znowu światło dzienne, które ją oślepiło. Z początku zamknęła oczy, leżąc wciąż wyciągnięta, potem mrugnęła lekko powiekami i dostrzegła siedzących dokoła ludzi. W mgnieniu oka zerwała się i wydała ryk, który wywarł takie wrażenie, że większość widzów zerwała się do ucieczki.

Było to olbrzymie, wspaniałe zwierzę, wysokie z pewnością na metr, a na dwa długie. Pantera, szczerząc straszliwe zębiska, chwyciła przednimi łapami pręty żelaznej klatki i tak nimi potrząsała, że aż skrzynia się poruszyła.

– Panie i panowie! – wołał właściciel menażerii tonem objaśnienia. – Czarna odmiana pantery zamieszkuje wyspy Sundajskie, ale te zwierzęta są małe. Prawdziwa czarna pantera, która jest rzadkością, pochodzi z Afryki Środkowej, z obrzeży Sahary. Jest ona równie silna jak lew, a znacznie od niego niebezpieczniejsza. Potrafi unieść w swej paszczy dużego wołu. Czego umieją dokonać jej zęby, zaraz zobaczycie, bo nadchodzi pora karmienia.

Pogromca przyniósł pół owcy i położył przed klatką. Pantera, czując mięso, zachowywała się jak wściekła: rzucała się, parskała i ryczała tak, że bojaźliwsi z widzów cofnęli się jeszcze dalej.

Murzyn dyżurujący przy maszynie parowej nie mógł się oprzeć ciekawości i wśliznął się między widzów, ale kapitan, zobaczywszy to, kazał mu natychmiast wracać do pracy. Jednak czarny nie posłuchał od razu. Kapitan pochwycił linę i wymierzył mu kilka uderzeń. Skarcony cofnął się szybko, a stanąwszy w otworze prowadzącym do maszynowni, zrobił pod adresem kapitana kilka grymasów i pogroził mu pięścią. Ponieważ widzowie patrzyli tylko na panterę, nie zauważyli zachowania Murzyna, ale spostrzegł je Kornel i rzekł do towarzyszy:

– Ten smoluch nie wydaje się żywić dla kapitana przyjaznych uczuć! Musimy się nim zająć. Kilka dolarów sprawia u Murzynów cuda.

Tymczasem pogromca wsunął mięso między pręty klatki, spojrzał badawczo na widzów i powiedział po cichu kilka słów do swego pana, który potrząsnął z powątpiewaniem głową. Tamten jednak tłumaczył mu coś dalej i zdawało się, że rozproszył jego obawy, bo właściciel menażerii zgodził się wreszcie i oświadczył głośno:

– Panie i panowie! Mówię wam, macie ogromne szczęście! Obłaskawionej czarnej pantery nie widziano jeszcze nigdy, przynajmniej tu, w Stanach. W czasie trzytygodniowego pobytu w Nowym Orleanie mój pogromca wziął panterę do swej szkoły i teraz oświadcza, że po raz pierwszy wejdzie publicznie do klatki i usiądzie obok zwierzęcia, jeśli mu przyrzekniecie odpowiednie wynagrodzenie.

Pantera rzuciła się na swe żarcie, a jej zęby miażdżyły kości jak papier. Zdawało się, że nic poza tym jej nie obchodzi, toteż można było mniemać, że wejście do klatki nie będzie teraz połączone ze zbytnim niebezpieczeństwem.

Nie kto inny, jak mały uczony, poprzednio tak bojaźliwy, odpowiedział entuzjastycznie:

– To byłoby wspaniałe, sir! Czyn brawurowy, za który warto zapłacić. Ile chce ten człowiek?

– Sto dolarów, sir. Niebezpieczeństwo, na jakie się naraża, jest niemałe, bo nie jest jeszcze zupełnie pewny zwierzęcia.

– Dobrze! Nie jestem wprawdzie bogaty, ale pięć dolarów ofiaruję. Panie i panowie, kto jeszcze?

Zgłosiło się tylu chętnych, że potrzebna suma szybko została zgromadzona. Widowisko należało w pełni wykorzystać. Nawet kapitan dał się opanować gorączce i zaproponował zakład.

– Sir! – ostrzegł go Old Firehand. – Niech pan nie popełnia głupstwa! Proszę na to nie pozwolić! Właśnie dlatego, że ten człowiek nie jest jeszcze zupełnie pewny zwierzęcia, ma pan obowiązek zabronić przedstawienia.

– Zabronić? – zaśmiał się kapitan. – Pshaw! Czy jestem niańką pogromcy? W naszym błogosławionym kraju każdy ma prawo wystawiać swoją skórę na sprzedaż według własnego upodobania. Jeśli go pantera rozszarpie, to rzecz jego i pantery, a nie moja. A więc, dżentelmeni! Twierdzę, że ten człowiek nie wyjdzie bez szwanku, jeśli wejdzie do klatki i stawiam zakład o sto dolarów! Kto się zakłada? Dziesięć procent wygranej otrzyma pogromca!

Ten przykład zelektryzował ludzi. Zawarto zakłady o wcale znaczne sumy i okazało się, że jeśli szalony zamiar się powiedzie, pogromca otrzyma około trzystu dolarów.

Nie było powiedziane, czy śmiałek ma być uzbrojony, toteż wziął z sobą „zabijak”, bicz, którego rękojeść zawierała kulę eksplodującą: gdyby zwierzę rzuciło się na niego, wystarczyło silne uderzenie, aby panterę zabić w jednej chwili.

– Ja nie dowierzam nawet zabijakowi – odezwał się Old Firehand do Czarnego Toma. – Fajerwerk byłby daleko lepszy, bo odstraszyłby zwierzę, nie zabijając go.

Tymczasem pogromca wygłosił do publiczności krótkie przemówienie, podszedł do klatki i odsunąwszy ciężką zasuwę, usunął na bok wąską kratę, która zmykała drzwi, mające niecałe pięć stóp wysokości. By wejść do środka, musiał się schylić i przy tym przytrzymać rękoma kratę, a potem, będąc już w klatce, zamknąć ją za sobą. Gdy wchodził, wziął zabijak w zęby, stając się na jedną chwilę zupełnie bezbronny. Wprawdzie nieraz już był w klatce, ale w zupełnie innych okolicznościach. Tego dnia pantera była rozwścieczona po długim okresie zamknięcia w ciemnościach, drażniła ją też obecność tłumu ludzi, a także stukot maszyny, szum rzeki i klekot kół. Tych wszystkich okoliczności nie wziął pod uwagę ani właściciel menażerii, ani pogromca, a skutki objawiły się natychmiast.

Kiedy pantera usłyszała szelest kraty, odwróciła się. Właśnie w tej chwili pogromca, schyliwszy się, wsadził głowę do klatki. Szybkie jak myśl poruszenie zwierzęcia, błyskawiczny skok i głowa, już bez zabijaka, znalazła się w paszczy pantery i… jedno kłapnięcie zmiażdżyło ją na miazgę.

Krzyku, jaki się w tej chwili podniósł przed klatką, nie da się wprost opisać. Wszyscy w dzikiej panice zerwali się do ucieczki. Tylko trzy osoby pozostały na miejscach: właściciel menażerii, Old Firehand i Czarny Tom. Pierwszy usiłował zasunąć kratę, ale było to niemożliwe, gdyż wejście do klatki blokowało ciało nieszczęsnego pogromcy. Posiadacz zwierzęcia chwycił trupa za nogi i chciał go wyciągnąć na zewnątrz.

– Na miłość boską, tylko nie to! – zawołał Old Firehand. – Pantera wyjdzie za nim. Wepchnijcie ciało do środka, przecież to już tylko zwłoki, wtedy drzwi dadzą się zamknąć.

Pantera leżała przed pozbawionym głowy ciałem. Rozwarta, skrwawiona paszcza, z której wystawały jeszcze potrzaskane kawałki kości, zwracała błyszczące oczy na swego pana. Zdawało się, że odgaduje jego zamiary, bo nagle ryknęła gniewnie i czołgała się wzdłuż trupa, przytrzymując go ciężarem ciała. Głowa jej znalazł się zaledwie o kilka cali od otworu.

– Precz, precz! Uciekaj! – krzyknął Old Firehand. – Tom, twój karabin! Karabin! Rewolwer tylko powiększy nieszczęście!

Od chwili kiedy pogromca wszedł do klatki, upłynęło zaledwie kilkanaście sekund. Cały pokład zapełniała gromada uciekających i krzyczących z trwogi, a drzwi do kajut i pod pokład zostały zupełnie zapchane. Pasażerowie chronili się za beczkami i pakami, to znów biegli dalej, nie czując się nigdzie bezpieczni.

Kapitan rzucił się ku mostkowi i wskoczył nań, przeskakując na raz po trzy, cztery schody. Za nim szedł Old Firehand. Właściciel menażerii schronił się za tylną ścianą klatki, a Czarny Tom pobiegł po swój karabin. Po drodze jednak, przypomniawszy sobie, że przywiązał do niego siekierę i nie będzie go mógł natychmiast użyć, wyrwał starszemu Indianinowi strzelbę z ręki.

– Sam strzelać! – rzekł Niedźwiedź, wyciągając rękę ku broni.

– Puść! – krzyknął rozkazująco brodacz. – Strzelam lepiej niż ty!

Odwrócił się ku klatce, którą opuściła pantera. Zwierzę podniosło głowę do góry i ryknęło. Czarny Tom złożył się i wypalił. Strzał zagrzmiał, ale kula chybiła; wyrwał więc spiesznie strzelbę młodszemu Indianinowi i wypalił ku zwierzęciu – z tym samym skutkiem.

– Źle strzelać. Nie znać karabin – rzekł Wielki Niedźwiedź tak spokojnie, jakby siedział bezpiecznie przy ogniu w swym wigwamie.

Austriak, nie zważając na te słowa, odrzucił strzelbę i pobiegł ku przodowi, gdzie leżała broń ludzi Kornela. Ci dżentelmeni nie mieli bynajmniej ochoty podjąć walki ze zwierzem, więc czym prędzej się pochowali.

Nagle w pobliżu mostka kapitańskiego rozległ się straszny krzyk. Pewna kobieta chciała się tam schronić, kiedy ujrzała ją pantera i pobiegła ku niej długimi, miękkimi susami. Kobieta znajdowała się jeszcze u dołu schodów, gdy Old Firehand stał na piątym lub szóstym stopniu. W mgnieniu oka pochwycił ją, przyciągnął ku sobie i podniósł silnymi ramionami w górę, gdzie odebrał ją kapitan. Było to dziełem dwu sekund. Pantera znalazła się teraz przy mostku, a oparłszy przednie łapy na jednym ze stopni, już kurczyła się, by skoczyć na Old Firehanda, gdy ten wymierzył jej potężne kopnięcie w nos i strzelił trzema kulami z rewolweru w głowę.

Ten sposób obrony był właściwie śmieszny: kopnięciem i kilku kulkami rewolwerowymi, nie większymi od grochu, nie odstraszy się czarnej pantery, ale Old Firehand nie miał pod ręką skuteczniejszej broni. Był przekonany, że zwierzę pochwyci go teraz, lecz stało się inaczej. Pantera, pozostając na schodach w postawie wyprostowanej, odwróciła powoli głowę, jakby się rozmyśliła. Czyżby kula, która nie mogła się przebić przez jej twardą czaszkę, przyprawiła panterę o pewnego rodzaju otumanienie? A może kopnięcie, wymierzone w jej czuły nos, było zbyt bolesne? Dość na tym, że nie zwróciła więcej oczu na Old Firehanda, lecz na przedni pokład, gdzie trzynastoletnia może dziewczynka stała bez ruchu, jakby odurzona strachem, wyciągając obie ręce ku mostkowi. Była to córka owej kobiety, którą Old Firehand uratował przed panterą. Dziecko też uciekało, lecz zobaczywszy matkę w niebezpieczeństwie, osłupiało z przerażenia, a jasna, z dala widoczna sukienka przyciągnęła wzrok zwierzęcia. Pantera zdjęła łapy ze schodów, obróciła się i w długich na sześć czy osiem łokci skokach pobiegła ku dziewczynce.

– Moje dziecko, moje dziecko! – rozpaczała matka.

Wszyscy, widząc to, krzyczeli, lecz nikt nie mógł pomóc. Nikt? Przecież znalazł się jeden, i to ten, po którym najmniej spodziewano by się odwagi i przytomności umysłu: młody Indianin.

Stał z ojcem w oddaleniu może dziesięciu kroków od dziewczynki, kiedy spostrzegł straszne niebezpieczeństwo. Błysnął oczyma i spojrzał na prawo i lewo, jakby szukając drogi ratunku, potem zrzucił koc z ramion, a krzyknąwszy na ojca w języku Tonkawa: „Tiakaifaf, szaf szoyana! – Pozostań, będę pływał!”, skoczył w dwu susach ku dziewczynce, chwycił ją wpół, rzucił się z nią ku relingowi i stanął za nim. Tam zatrzymał się na chwilę, aby się obejrzeć. Pantera była poza nim i właśnie gotowała się do ostatniego skoku. Indianin skoczył z poręczy w dół, kierując się nieco w bok, aby w rzece nie znaleźć się obok zwierzęcia. Woda zakryła go wraz z dziewczynką. W tej chwili pantera, której siła skoku była ogromna, skoczyła na poręcz i runęła w nurt rzeki.

– Zatrzymać statek! – zakomenderował przez tubę kapitan.

Dano kontraparę, steamer zatrzymał się i stanął spokojnie, bo koła nabierały tyle wody, ile było potrzeba, aby uniknąć cofania się.

Ponieważ niebezpieczeństwo dla podróżnych minęło, wszyscy wybiegli pospiesznie ze swych kryjówek ku burcie. Matka dziecka zemdlała, a ojciec krzyczał przeraźliwie:

– Tysiąc dolarów za uratowanie mej córki! Dwa, trzy, pięć tysięcy dolarów.

Nikt go jednak nie słuchał. Wszyscy wychylali się przez reling, patrząc w rzekę, gdzie pantera, będąc znakomitym pływakiem, leżała w wodzie z szeroko rozłożonymi łapami i rozglądała się za łupem – nadaremnie.

– Utonęli, dostali się pod koło! – biadał ojciec, wyrywając sobie włosy.

Nagle po drugiej stronie statku rozległ się ostry głos starego Indianina:

– Nintropan-homosz być mądry, przypłynąć pod okrętem, żeby pantera nie zobaczyć. Tu być w dole!

Podróżni przebiegli przez okręt, a kapitan rozkazał rzucić liny. Rzeczywiście, w dole, tuż przy burcie płynął na wznak, aby go nie uniosły fale, Młody Niedźwiedź, podtrzymując nieprzytomną dziewczynkę. Prędko zrzucono im liny. Chłopiec jedną z nich przewiązał dziewczynkę, a po drugiej sam wdrapał się zwinnie na pokład.

Przyjęto go hałaśliwie i radośnie, lecz on odszedł dumnie, nie rzekłszy ani słowa. Kiedy jednak przechodził koło Kornela, który również się przypatrywał, stanął przed nim i odezwał się tak głośno, aby każdy musiał go usłyszeć:

– Cóż? Czy Tonkawa obawia się małego wściekłego kota? Kornel uciekł wraz z dwudziestu bohaterami, a Tonkawa skierował wielkiego potwora na siebie, aby uratować dziewczynkę i pasażerów. Kornel wnet usłyszeć od Tonkawa jeszcze więcej!

Uratowaną wyciągnięto i zaniesiono do kajuty. Wtem sternik wskazał ręką ku dziobowi okrętu i zawołał:

– Patrzcie na panterę! Patrzcie, tratwa!

Teraz wszyscy pobiegli ku wskazanej stronie, gdzie oczekiwało ich nowe, nie mniej emocjonujące widowisko. Nie spostrzeżono przedtem małej tratewki, zbudowanej z chrustu i sitowia, na której siedziały dwie osoby, chcące się dostać do steamera z prawego brzegu. Jedną z nich był chłopiec, drugą, jak się zdawało, ubrana bardzo osobliwie kobieta. Zobaczono nakrycie głowy podobne do starego czepka, pod nim widać było pełną, rumianą twarz z małymi oczkami. Reszta postaci tkwiła w szerokim worku czy czymś podobnym, czego fasonu i kroju nie można było określić, póki osoba ta siedziała.

Czarny Tom zapytał Old Firehanda:

– Sir, znacie tę kobietę?

– Nie. A czy powinienem?

– Tak sądzę. Nie jest to wcale kobieta, lecz mężczyzna – myśliwy preriowy i zastawiacz sideł. A tam płynie pantera. Zobaczycie teraz, czego potrafi dokonać owa niewiasta, która wcale nią nie jest.

Potem pochylił się przez poręcz i krzyknął:

– Hola! Ciotko Droll, uwaga! To bydlę ma na was chrapkę

Tratwa była oddalona od steamera o jakieś pięćdziesiąt kroków. Pantera, szukając swych ofiar, ciągle jeszcze pływała obok okrętu. Teraz zobaczyła tratwę i skierowała się ku niej. Domniemana kobieta, siedząca na tratwie spojrzała na pokład, a poznawszy tego, który ku niej wołał, odpowiedziała wysokim falsetem:

– Co za traf, czy to ty, Tom? Bardzo się cieszę, że cię tu widzę, jeśli to potrzebne! Co to za zwierzę?

– Czarna pantera, która zeskoczyła z okrętu. Zejdźcie jej z drogi! Prędko!

– Oho! Ciotka Droll nie ucieka przed nikim, nawet przed panterą, obojętne – czarną, niebieską czy zieloną. Czy wolno to bydlę zastrzelić?

– Pytanie! Ale tego nie dokażecie! Należała do menażerii, a jest najniebezpieczniejszym na świecie drapieżcą. Uciekajcie na drugą stronę okrętu!

Śmieszna postać zdawała się znajdować przyjemność w zabawie ze ścigającą panterą. Poruszała kruchym wiosłem prawdziwie po mistrzowsku i umiała ze zdumiewającą zręcznością omijać zwierzę. Podczas tej zabawy wołała swym piskliwym głosem:

– Zaraz ci pokażę, stary Tomie, gdzie się strzela do takiej kreatury, jeśli to potrzebne!

– W oko! – odpowiedział Old Firehand.

– Well! Pozwólmy teraz temu szczurowi wodnemu się zbliżyć.

Po tych słowach dziwaczna osoba odłożyła wiosło i chwyciła leżącą obok strzelbę. Tratwa i pantera sunęły szybko ku sobie. Drapieżca patrzył szeroko otwartymi, nieruchomymi oczyma na wroga, który przyłożywszy broń do ramienia, złożył się i dwukrotnie wypalił. Pantera zniknęła, a tam, gdzie ją ostatnio widziano, wir wskazywał na miejsce walki ze śmiercią. Potem zobaczono, że jej martwe ciało wypływa na powierzchnię dalej w dole rzeki. Płynęła tak kilka sekund, po czym woda pociągnęła ją znowu w głąb.

– Mistrzowski strzał! – zawołał Tom z pokładu, a zachwyceni pasażerowie mu wtórowali.

– Były dwa strzały – odpowiedziała malownicza postać. – W każde oko jeden! Dokąd płynie ten steamer, jeśli to potrzebne?

– Tam, gdzie znajdzie dość wody – odparł kapitan.

– Chcemy się dostać na pokład i w tym celu zbudowaliśmy tę tratwę. Czy zechcecie nas przyjąć?

– A macie czym zapłacić za jazdę? Nie wiem też, czy mam was wyciągnąć na pokład jako mężczyznę, czy jako kobietę.

– Jako ciotkę, sir. Jestem mianowicie Ciotka Droll, zrozumiano, jeśli to potrzebne? A co się tyczy zapłaty, to zwykłem płacić dobrym złotem albo nawet nuggetami [Nugget (ang.) – bryłka złota, wydobyta z żyły; w zachodnich stanach stanowiła środek płatniczy, zastępujący pieniądze.].

– To chodźcie na pokład!

Kiedy spuszczano drabinę sznurową, pierwszy wszedł po niej chłopiec, również uzbrojony w strzelbę. Po czym Ciotka, zarzuciwszy karabin na plecy, podniósł się, chwycił drabinę, odepchnął tratwę i z kocią zręcznością wdrapał się na statek, gdzie go przyjęto niezmiernie zdziwionymi spojrzeniami.

ROZDZIAŁ II

Na skutek swych wolnomyślnych praw Stany Zjednoczone Ameryki są krajem szczególnych chorób społecznych, zupełnie niespotykanych w państwach europejskich. Dolegliwości, o których mowa, można by podzielić na chroniczne i ostre. Do pierwszych należy zaliczyć przede wszystkim szukających wszędzie zwady próżniaków i awanturników, dalej przemytników, grasujących zwłaszcza wśród emigrantów. Przywary te są w Ameryce zakorzenione i, jak się zdaje, będą istniały jeszcze przez dziesiątki lat. Inaczej się ma sprawa z chorobą drugiego rodzaju, która prędzej się rozwija i krócej trwa. Jest to bezprawie panujące na dalekim Zachodzie, wydanym na pastwę band rabusiów i morderców, których wytępić można tylko metodami godnymi Lyncha [Charles Lynch – plantator ze stanu Wirginia, w czasie rewolucji amerykańskiej przewodził doraźnemu sądowi, który skazywał na śmierć lojalistów, od jego nazwiska wywodzi się nazwa dokonywanego przez tłum samosądu.]. Należy wspomnieć też o Ku-Klux-Klanie [Ku-Klux-Klan (ang. – amer.) – założona w 1866 tajna organizacja terrorystyczna, reprezentująca interesy pokonanego Południa, sprzeciwiająca się równouprawnieniu czarnoskórych, jej metodami były lincze, skrytobójstwa i podpalenia.] uprawiającym swe rzemiosło po wojnie domowej. Jednak do najgorszych i najniebezpieczniejszych plag należą trampowie, watahy złożone z najbardziej ordynarnych i brutalnych włóczęgów.

Kiedy na pewien czas upadł handel, stanęły tysiące fabryk, a dziesiątki tysięcy robotników nie miały żadnego zajęcia, bezrobotni udawali się na wędrówki, kierując się przede wszystkim w stronę zachodnią. Stany leżące po tamtej stronie Missisipi zostały przez nich zupełnie zalane. Wkrótce nastąpiła segregacja. Uczciwi nędzarze wzięli się do byle jakiej pracy, nawet gdy była ona ciężka i nisko płatna; najczęściej najmowali się na farmy do pomocy przy żniwach, stąd zwano ich harvesterami, żniwiarzami. Natomiast elementy stroniące od pracy połączyły się w bandy żyjące z rabunku i mordu. Spadły one szybko na najniższy stopień moralnego zepsucia, a przewodzili im ludzie, ku którym wyciągała się groźnie ręka sprawiedliwości.

Włóczędzy pojawiali się w większych gromadach, czasem liczących nawet trzystu ludzi, a napadali nie tylko pojedyncze farmy, ale nawet mniejsze miasteczka, które łupili doszczętnie. Opanowywali koleje, terroryzowali urzędników i posługiwali się pociągami, aby przenosić się szybko w inne strony i tam popełniać nowe przestępstwa. To zło tak się rozpanoszyło, że w niektórych stanach gubernatorzy byli zmuszeni wzywać pomocy policji, by staczać z łotrami formalne bitwy.

Za takich trampów kapitan i sternik „Dogfisha” uważali Kornela Brinkleya i jego towarzyszy. Banda liczyła około dwudziestu osób. Była wobec tego za słaba, aby zadzierać z resztą pasażerów i załogą, jednak ostrożność nie była bynajmniej zbyteczna.

***

Kornel naturalnie zainteresował się ową cudaczną postacią zbliżającą się do okrętu na kruchej tratwie, która tak wspaniale rozprawiła się z potężnym drapieżnikiem. Kiedy Tom wymienił owo szczególne przezwisko „Ciotka Droll”, Kornel śmiał się, ale teraz, gdy obcy wszedł na pokład, ściągnęły mu się brwi i szepnął do swych ludzi:

– Ten łotr wcale nie jest tak śmieszny, za jakiego chce uchodzić. Mówię wam, musimy się mieć przed nim na baczności.

– Po cóż więc to przebranie? – zapytał któryś z trampów.

– To nie jest wcale przebranie. Ten człowiek jest rzeczywiście oryginałem, a przy tym najniebezpieczniejszym, jaki może istnieć, detektywem.

– Pshaw! Ciotka Droll i detektyw! Ten osobnik może być, czym chcesz, ale detektywem nie jest, w to nigdy nie uwierzę.

– A mimo to jest nim. Słyszałem już o Ciotce Droll: ma być na pół zwariowanym stawiaczem sideł, który dzięki swej wesołości jest na najlepszej stopie ze wszystkimi szczepami Indian. Nie wiedziałem, że go znam, lecz wszystko przypomniało mi się, gdy go zobaczyłem. Ten grubas jest detektywem, jak amen w pacierzu. Spotkałem go w górze Missouri, w forcie Sully, gdzie wyłowił pewnego kamrata spośród naszego towarzystwa i wydał na stryczek. Był sam jeden, a nas przeszło czterdziestu.

– To niemożliwe! Mogliście mu wywiercić czterdzieści dziur w skórze!

– Nie, właśnie że nie mogliśmy. Droll działa bardziej podstępem niż siłą. Przypatrzcie się tylko tym oczkom, małym i chytrym jak u kreta! Nie ujdzie im nawet mrówka w najgęstszej trawie. Czepia się swej ofiary z największą i nieznoszącą żadnego oporu przyjaźnią i zatrzaskuje pułapkę, zanim ktokolwiek pomyśli o obronie.

– Czy cię pozna?

– Chyba nie. Wówczas nie mógł mi się przyjrzeć, a od tamtego spotkania upłynęło wiele czasu i bardzo się zmieniłem. Mimo to jestem zdania, że wskazane jest, abyśmy się zachowywali spokojnie i cicho, byle nie zwrócić na siebie jego uwagi. Sądzę, że możemy tu spłatać dobrego figla, a nie chciałbym, ażeby Droll stanął nam na drodze.

Wygląd Ciotki, mimo słów Kornela, budził raczej wesołość niż strach. Jego nakrycie głowy nie było ani kapeluszem, ani czapką czy czepkiem, choć można je było określić każdym z tych wyrazów. Pozszywano je z pięciu różnego kształtu kawałków skóry: środkowy, leżący na czubku głowy, miał kształt miski odwróconej do góry dnem, tylny okrywał kark, a przedni czoło – miał to być pewnego rodzaju daszek, czwarty i piąty kawałek tworzyły szerokie klapy osłaniające uszy.

Kaftan nosił bardzo długi i nadzwyczaj szeroki, a złożony wyłącznie z przyszytych jedna na drugiej skórzanych łat. Było widoczne, że ponaszywano je stopniowo w różnych odstępach czasu. Z przodu brzegi tej bluzy opatrzone były rzemieniami, które, związane razem, zastępowały brakujące guziki. Ponieważ nadzwyczajna długość i szerokość tej niezwykłej szaty utrudniała chodzenie, właściciel rozciął ją z tyłu od dołu do pasa, a obie poły obwiązał dookoła nóg tak, że tworzyły szerokie szarawary, co poruszenia Ciotki Droll czyniło wprost śmiesznymi. Te niby -spodnie sięgały do kostek. Skórzane trzewiki stanowiły uzupełnienie kostiumu. Rękawy bluzy były również niezwykle szerokie i za długie dla tego człowieka, toteż zeszył ich mankiety, a powyżej umieścił dwa otwory, przez które wystawiał dłonie. Tym sposobem rękawy utworzyły dwie zwisające skórzane kieszenie, w których schowane były najrozmaitsze przedmioty.

Ubiór nadawał figurze Ciotki Droll wygląd nieforemny, poza tym pobudzało do śmiechu jego pełne, czerwone i niezwykle przyjazne oblicze i oczka, które, zdawało się, nie umiały spocząć ani na sekundę, lecz znajdowały się w ustawicznym ruchu, tak że nic nie mogło ujść ich baczności.

W ręce trzymał dwururkę, której wiek był już bardzo szacowny. Czy miał poza tym jaką broń, tego się można było najwyżej domyślać, gdyż kaftan obejmował całą postać jak związany worek, kryjąc zapewne niejeden przedmiot.

Chłopiec, który towarzyszył temu oryginałowi, miał może lat szesnaście i był silnie zbudowanym blondynem. Spoglądał bardzo poważnie, a nawet dumnie, jak człowiek, który potrafi iść już własną drogą. Odzież jego składała się z kapelusza, koszuli myśliwskiej, spodni, pończoch i butów, a wszystko sporządzone było ze skóry. Oprócz strzelby miał jeszcze nóż i rewolwer.

Kiedy Ciotka Droll wstąpił na pokład, wyciągnął rękę do Czarnego Toma i zawołał swym cienkim falsetem:

– Witaj, stary Tomie! Co za niespodzianka! Wieki upłynęły doprawdy, odkąd się widzieliśmy. Skąd i dokąd podążasz?

– Wyruszyłem znad brzegów Missisipi, a chcę się dostać w głąb stanu Kansas, gdzie w lasach siedzą moi rafterzy.

– Well, to znakomicie. Ja także się tam udaję, a nawet jeszcze dalej. Będziemy więc mieli dużo czasu na pogawędki. Ale najpierw opłata za przejazd. Sir, ile mamy zapłacić, mianowicie ja i ten mały mąż, jeśli to potrzebne?

Pytanie skierowane było do kapitana.

– To zależy od tego, jak daleko płyniecie i jakie chcecie miejsca – odpowiedział tamten.

– Miejsca? Ciotka Droll jeździ tylko pierwszą klasą! A więc kabina, sir. Jak daleko? Powiedzmy, tymczasem do portu Gibson, możemy przecież każdej chwili popuścić lassa. Bierzecie nuggety?

– Tak, bardzo chętnie.

– A jak tam z waszą wagą? Czy jest aby uczciwa?

To pytanie zabrzmiało tak pociesznie, a oba oczka mrugały przy tym tak osobliwie, że nie można go było brać za złe; mimo to kapitan zrobił obrażoną minę i mruknął:

– Nie próbujcie pytać po raz drugi, bo wyrzucę was w tej chwili za burtę.

– Oho! Czy sądzi pan, kapitanie, że Ciotkę Droll tak łatwo wsadzić do wody? Proszę spróbować!

– No, no! – bronił się szyper. – Wobec dam należy być grzecznym, a ponieważ jesteście ciotką, więc należycie do płci słabej, a przeto nie biorę waszego pytania tak poważnie. Zresztą zapłata może poczekać…

– O nie! Nigdy nie korzystam z kredytu – ani przez minutę – taka już moja zasada, jeśli to potrzebne.

– Well! Chodźmy więc do kasy!

Po tych słowach oddalili się, a pozostali wypowiadali swe uwagi na temat tego szczególnego człowieka.

Kapitan, który powrócił prędzej niż Droll, rzekł zdumiony:

– Moi państwo, żebyście widzieli te nuggety, och, te nuggety! Sięgnął jedną ręką w rękaw, a kiedy ją wysunął, miał dłoń pełną bryłek złota wielkości grochu, orzechów laskowych, a nawet jeszcze większych. Ten człowiek musiał odkryć bonanzę [Bonanza – bogata żyła złota.] i wypłukać ją do cna!

Tymczasem Droll, zapłaciwszy w kasie za przejazd, rozejrzał się wokół i spostrzegł ludzi Kornela. Poczłapał powoli ku przodowi okrętu i przyglądał się im uważnie. Spojrzenie jego zatrzymało się dłużej na Kornelu, którego zagadnął:

– Przepraszam, sir, czyśmy się już kiedy nie widzieli?

– Ja przynajmniej nic o tym nie wiem – odparł zapytany.

– O, jestem pewny, żeśmy się już zetknęli. Czy był pan może kiedy nad górną Missouri?

– Nie.

– Nawet w forcie Sully?

– Na oczy go nie widziałem.

– Hm! Mogę zapytać o pańskie nazwisko?

– A po co?

– Bo mi się pan nad wyraz podoba, sir, a kiedy poczuję do kogoś życzliwość, nie zaznam spokoju, dopóki się nie dowiem, jak się nazywa.

– Co się tyczy sympatii, pan mi się także podoba – odpowiedział Kornel ostro. – Mimo to nie byłbym tak niegrzeczny, aby pytać pana o nazwisko.

– Czemu? Ja tego nie uważam za niegrzeczność i zaraz odpowiedziałbym na pańskie pytanie. Nie mam żadnego powodu kryć się ze swoim nazwiskiem. Tylko ten, kto nie ma zupełnie szczerych zamiarów, stara się je przemilczeć.

– Czy to ma być obraza, sir?

– Ani mi to w głowie! Ja nie obrażam nigdy nikogo, jeśli to potrzebne! Adieu [Adieu (fr.) – do widzenia, żegnajcie.], sir, niech pan zachowa swe nazwisko dla siebie. Nie chcę go już słyszeć! – to mówiąc, odwrócił się i odszedł.

– To do mnie pił! – syknął rudy. – A ja muszę to znosić!

– Dlaczego? – zaśmiał się jeden z jego ludzi. – Ja bym temu workowi odpowiedział pięścią.

– I źle byś na tym wyszedł!

– Pshaw! Ta żaba nie wygląda na bardzo silną!

– Człowieka, który pozwala czarnej panterze zbliżyć się do siebie na długość ręki, a potem strzela z do niej zimną krwią, jakby miał przed sobą kurę preriową, nie można lekceważyć. Zresztą, nie idzie tu tylko o niego samego. Zaraz miałbym przeciw sobie cały statek, a musimy unikać hałasu.

Droll wrócił na tył okrętu. Po drodze natknął się na Indian, którzy siedzieli na pace z tytoniem. Ci, ujrzawszy go, powstali. Droll zatrzymał się, potem zbliżył do nich i zawołał:

– Mira, el Oso Viejo y el Oso Moro! Patrzcie! To Wielki Niedźwiedź i Młody Niedźwiedź!

Wyrzekł to po hiszpańsku, a więc musiał wiedzieć, że obaj czerwonoskórzy słabo znają angielski, a mówią biegle i rozumieją po hiszpańsku.

– Qué sorpresa, la Tia Droll! Cóż za niespodzianka, Ciotka Droll! – zawołał stary Indianin.

– Co robicie tutaj na wschodzie i na tym statku? – pytał Droll, podając obu rękę.

– Byliśmy w Nowym Orleanie, a teraz wracamy do domu. Upłynęło wiele księżyców, odkąd nie widzieliśmy twarzy Ciotki Droll.

– Młody Niedźwiedź stał się tymczasem dwa razy większy, niż był wtedy. Czy moi czerwoni bracia żyją w pokoju z sąsiadami?

– Zakopali topór wojenny i pragną, by nie musieli go wydobywać.

– Kiedy wrócicie do swoich?

– Tego nie wiemy. Wielki Niedźwiedź nie może wrócić do domu, dopóki nie utopi swego noża we krwi tego, który go obraził.

– Kto to taki?

– Ten biały pies tam, z rudymi włosami. Uderzył Starego Niedźwiedzia ręką w twarz.

– Do wszystkich diabłów! Czy ten drab jest przy zdrowych zmysłach? Musi przecież wiedzieć, co to znaczy – podnieść rękę na Indianina, i to Starego Niedźwiedzia!

– On nie wie, kim jestem. Powiedziałem mu swoje nazwisko w języku mego ludu i proszę mojego białego brata, aby zachował je w tajemnicy.

– Nie obawiaj się! Pójdę teraz do tamtych białych. Chciałbym z nimi pomówić, potem jednak przyjdę jeszcze do was.

Oddalił się ku rufie okrętu. Ojciec uratowanej dziewczynki właśnie wyszedł z kajuty i oznajmił, że jego córka obudziła się z omdlenia i czuje się stosunkowo dobrze. Potrzebuje tylko spokoju, żeby zupełnie przyjść do siebie. Potem pospieszył do Indian, aby podziękować odważnemu chłopcu za dzielny czyn. Droll słyszał jego słowa i zapytał, co się stało. Kiedy Tom opowiedział, co zaszło, rzekł:

– Tak, tego się po tym chłopcu spodziewałem. Nie jest już dzieckiem, ale zupełnie dojrzałym mężczyzną.

– Czy zna pan małego i jego ojca? Widzieliśmy, że rozmawiał pan z nimi.

– Spotkaliśmy się kilka razy na prerii.

– Na prerii? Przecież to Tonkawa, a ten na pół wymarły szczep nigdy nie wędruje, lecz siedzi w nędznym rezerwacie [Rezerwat – wydzielone terytorium przydzielone przez rząd Stanów Zjednoczonych Indianom; do 1890 r. wszystkich rdzennych mieszkańców Ameryki zamknięto w rezerwatach, których powstało około dwustu.] w dolinie Rio Grande.

– Wielki Niedźwiedź nie stał się człowiekiem osiadłym, lecz pozostał wierny zwyczajom swoich przodków. Przemierza kraj wzdłuż i wszerz, podobnie jak wódz Apaczów Winnetou, a swą siedzibę otacza tajemnicą. Mówi wprawdzie czasem o „swoich”, ale kim oni są i gdzie przebywają – nie mogłem się dowiedzieć. I teraz chciał się udać do nich, ale zatrzymuje go zemsta, jaką chce wywrzeć na Kornelu.

– Czy wspomniał o tym?

– Tak. Nie spocznie prędzej, aż jej dokona. Kornel w moich oczach jest człowiekiem straconym.

– Tak i ja mówiłem – wtrącił Old Firehand. – O ile znam Indian, Niedźwiedź ścierpiał policzek nie z tchórzostwa!

– Doprawdy? – zapytał Droll, spoglądając na olbrzyma. – Pan też poznał Indian? Nie wygląda mi pan na to, chociaż wydaje się prawdziwym goliatem. Myślę, że pasuje pan więcej do salonu niż na prerię.

– O biada, Ciotko! – zaśmiał się Tom. – Toż dopiero paskudnie spudłowałeś! Zgadnij, kim jest ten dżentelmen?

– Ani mi w głowie! Bądźcie raczej tak dobrzy i powiedzcie mi.

– Nie. Tak łatwo ci nie pójdzie, Ciotko! Ten sir należy do naszych najsławniejszych westmanów.

– Tak? Nie do sławnych, tylko do najsławniejszych?

– Tak!

– Tego gatunku ludzi jest, moim zdaniem, tylko dwóch. – Tu zrobił pauzę, przymknął jedno oko, a drugim mrugnął ku Old Firehandowi i zaśmiał się krótko, co zabrzmiało jak chichot wydobyty z klarnetu. – Tymi dwoma są mianowicie Old Shatterhand i Old Firehand. Ponieważ pierwszego znam, jeśli to potrzebne, przeto pan musi być Old Firehandem. Zgadłem?

– Tak, jestem nim – przyznał wymieniony.

– Na Boga! – Droll cofnął się o dwa kroki i patrzył nań szeroko otwartymi oczami. – Czy rzeczywiście? Postać macie zupełnie taką, jak opisują, ale może tylko żartujecie?

– A czy to jest żart? – zapytał Old Firehand i chwyciwszy Drolla prawą ręką za kołnierz bluzy, podniósł go w górę, okręcił trzy razy dookoła siebie, a potem postawił na pobliskiej skrzyni.

Twarz Drolla stała się ciemnoczerwona; spróbował nabrać oddechu, w końcu wydobył z siebie kilka przerywanych, krótkich zdań:

– Rany boskie, sir! Czy uważacie mnie za chorągiewkę na dachu? Czy jestem na to stworzony, by tańczyć wokół pana w powietrzu? Prawdziwe szczęście, że mój sleeping-gown [Sleeping-gown (ang.) – szlafrok.] jest z mocnej skóry, inaczej pękłby i wrzucilibyście mnie do rzeki! Ale próba była dobra, sir! Widzę, że jest pan Old Firehandem. Muszę w to uwierzyć, już choćby z tego powodu, że gotowiście inaczej jeszcze raz na mnie pokazać tym dżentelmenom obrót Księżyca dookoła Ziemi. Często, gdy była o panu mowa, myślałem, jak się będę cieszył, gdy pana kiedyś zobaczę. Tu jest moja ręka i nie odtrącajcie jej!

– Odtrącać? Ja rękę chętnie podaję każdemu dzielnemu człowiekowi, tym bardziej zaś temu, który zarekomendował się nam tak wybitnym czynem.

– To drobiazg, nad którym nie warto się rozwodzić. Pantera nie czuła się całkiem swobodnie w wodzie, więc skróciłem jej cierpienia.

– To było mądrze z waszej strony. Pantera nie obawia się wody, a ponieważ jest doskonałym pływakiem, dostałaby się do brzegu bez żadnego wysiłku. Co by to była za katastrofa, gdyby się jej udało! Uratowaliście życie wielu ludziom. Ściskam pańską dłoń i pragnę, abyśmy się bliżej poznali.

– To jest i moim gorącym życzeniem, sir. A teraz proponuję wypić za pomyślność nowej znajomości. Nie przyszedłem na ten steamer po to, aby cierpieć pragnienie. Chodźmy więc do salonu.

Kiedy dżentelmeni odeszli, wyszedł z maszynowni ów Murzyn, któremu nie pozwolono przyglądać się panterze. Zastąpił go inny palacz, a on szukał teraz cienistego miejsca na poobiednią drzemkę. Gdy powoli i leniwie wlókł się ku dziobowi, widać było wyraźnie, że jest w kiepskim humorze. Zauważył to Kornel i zawoławszy nań, skinął, by się zbliżył.

– Czego sobie życzycie, sir? – zapytał Murzyn, podchodząc. – Jeśli macie jakie życzenie, to zwróćcie się do stewarda. Ja nie jestem na posługi gości.

– Jestem tego samego zdania – odrzekł Kornel. – Chciałem cię tylko zapytać, czy nie wypiłbyś z nami szklanki brandy?

– Jeśli o to idzie, jestem do usług. Przy piecu człowiekowi straszliwie wysycha gardło. Ale nie widzę tu wódki ani na jeden łyk.

– Masz tu dolara. Przynieś z baru to, na co masz ochotę, i usiądź obok nas.

Wyraz lenistwa zniknął z twarzy Murzyna. Przyniósł czym prędzej dwie pełne flaszki, kilka szklanek i usiadł obok Kornela, który gościnnie zrobił mu miejsce.

Palacz prędko i chciwie wychylił dwie szklanki i zawołał:

– To jest orzeźwienie, sir, na jakie ludzie naszego stanu nie mogą sobie zbyt często pozwolić! Ale jak pan wpadł na myśl zaproszenia mnie? Wy, biali, nie jesteście zwykle tak uprzejmie usposobieni wobec nas, czarnych!

– Dla mnie i moich przyjaciół Murzyn wart jest tyle, co i biały. Zauważyłem, że stoisz przy kotle. Ta ciężka praca wywołuje pragnienie, a nie sądzę, aby kapitan opłacał ją setkami dolarów. Pomyślałem, że łyczek bardzo ci się przyda.

– Znakomita myśl! Kapitan płaci rzeczywiście marnie i nie można pozwolić sobie za to na zbyt obfity poczęstunek, zwłaszcza że nie daje żadnej zaliczki, przynajmniej mnie, a otwiera kabzę dopiero przy końcu podróży. Niech go diabli!

– Czy tylko względem ciebie tak postępuje?

– Tak. Mówi, że mam za duże pragnienie. Innym płaci codziennie, ale nie mnie. Nic więc dziwnego, że moje pragnienie staje się coraz większe.

– No, tylko od ciebie będzie zależeć, czy zaspokoisz je dzisiaj, czy nie. Jestem gotów dać ci kilka dolarów, jeśli mi za to oddasz pewną przysługę.

– Hura! Za taką sumę dostanę kilka flaszek. A więc kawa na ławę, sir! Jeśli idzie o to, aby zarobić na brandy, jestem zawsze gotów.

– Nie wątpię, ale tu należy chytrze wziąć się do rzeczy. Musisz trochę powęszyć, trochę posłuchać.

– Gdzie? Kogo?

– W salonie.

– Tak? Hm! – mruczał Murzyn, namyślając się. – A na cóż to, sir?

– Ponieważ… no, będę wobec ciebie szczery! – Kornel nalał palaczowi kolejną szklankę i ciągnął dalej w tonie poufałym. – Jest tam wielki, zbudowany jak olbrzym człek, którego nazywają Old Firehand, dalej jegomość ciemnobrody, zwany Tomem, a w końcu pewien pasażer w długiej bluzie skórzanej, na którego wołają „Ciotka Droll”. Ten Old Firehand jest farmerem, a tamci dwaj jego gośćmi, których wiezie do siebie. Przypadkowo udajemy się na tę samą farmę, aby się nająć do pracy. Chcielibyśmy więc wiedzieć, co to za ludzie, z którymi będziemy mieli do czynienia. Widzisz, że nie żądam od ciebie niczego nieuczciwego i zakazanego.

– Ma pan rację, sir! Żaden człowiek nie może mi zabronić słuchać, gdy inni mówią. Najbliższe sześć godzin należą do mnie. Jestem wolny i mogę robić, co mi się podoba.