Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych - Micheal Booth - ebook

Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych ebook

Micheal Booth

0,0
45,20 zł

lub
Opis

Poznaj blaski i cienie życia na dostatniej Północy!

W krajach skandynawskich mieszkają najszczęśliwsi ludzie na świecie. Nie zmieniają tego nadzwyczaj wysokie podatki, jakie płacą Norwegowie, problemy z alkoholem Finów ani chłodne stosunki Szwedów z sąsiadami.

Co decyduje o zadowoleniu społecznym w państwach Północy? Jaki wpływ ma na nie brak drastycznych różnic między mieszkańcami i jaki jest stosunek ludności do imigrantów? Czym jest i co o Skandynawach mówi „prawo Jante”?

Michael Booth z brytyjską ironią opowiada o blaskach i cieniach życia na dostatniej Północy i zasypuje Czytelnika ciekawostkami. Obserwuje codzienne życie w Danii, Norwegii, Finlandii, Szwecji oraz Islandii, a także mieszkańców tych krajów, które zdają nam się rajem na ziemi. Co ciekawe, autor nie tylko zwraca uwagę na pozytywy modelu skandynawskiego, lecz także wskazuje jego negatywne konsekwencje i opisuje, jaki może mieć on wpływ na przyszłość tej części świata.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 611

Popularność




Seria: MUNDUS

Projekt okładki Agnieszka Winciorek

Zdjęcie na okładce: Beatrix Boros, Stocksy.com

Tytuł oryginału: The Almost Nearly Perfect People. Behind the Myth of the Scandinavian Utopia

Copyright © 2014 by Michael Booth

© Copyright for Polish Translation and Edition by Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Wydanie I, Kraków 2015

All rights reserved

Niniejszy utwór ani żaden jego fragment nie może być reprodukowany, przetwarzany i rozpowszechnianyw jakikolwiek sposób za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych oraz nie może być przechowywany w żadnym systemie informatycznym bez uprzedniej pisemnej zgody Wydawcy.

ISBN 978-83-233-3946-5

www.wuj.pl

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Redakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31-126 Kraków

tel. 12 663-23-81, 12 663-23-82, fax 12 663-23-83

Dystrybucja: tel. 12 631-01-97, tel./fax 12 631-01-98

tel. kom. 506-006-674, e-mail: [email protected]

Konto: PEKAO SA, 80 1240 4722 1111 0000 4856 3325

Dla Lissen, Asgera i Emila

SPIS TREŚCI

Wstęp 11

DANIA

1 Szczęście 25

2 Bekon 29

3 Gini 37

4 Gryi zabawy towarzyskie 43

5 Kura 50

6 Wikingowie 53

7 72 procent 63

8 Wannaz gorącą wodą i kanapki 70

9 Trzmiel 75

10 Drelichowe ogrodniczki 81

11 Prawo Jante 85

12 Hygge 93

13 Legolandi inne świątynie ducha 100

14 Iluzja szczęścia 105

ISLANDIA

1 Hákarl 117

2 Bankierzy 124

3 Dania 132

4 Elfy 136

5 Para 142

NORWEGIA

1 Dirndle 151

2 Egoiste 159

3 Nowi quislingowcy 164

4 Friluftsliv 171

5 Banany 176

6 Choroba holenderska 181

7 Masło 189

FINLANDIA

1 Święty Mikołaj 199

2 Milczenie 209

3 Alkohol 220

4 Szwecja 231

5 Rosja 237

6 Światło dla ludu 246

7 Żony 253

SZWECJA

1 Raki 263

2 Kaczor Donald 269

3 Syndrom sztokholmski 279

4 Integracja 288

5 Katalończycy 295

6 Somalijska pizza 299

7 Partia 306

8 Wina 313

9 Siatki na włosy 323

10 Klasa 329

11 Łożyska 337

Epilog 343

Podziękowania 349

WSTĘP

Pewnego mrocznego kwietniowego poranka parę lat temu, kiedy siedziałem okutany w koc w moim salonie w centrum Kopenhagi, stolicy Danii, i tęskniłem za wiosną, otworzyłem gazetę i dowiedziałem się, że moi przyszywani rodacy znaleźli się na pierwszym miejscu w rankingu najszczęśliwszych narodów na świecie według tak zwanego „wskaźnika zadowolenia z życia” opracowanego przez Wydział Psychologii Uniwersytetu w Leicester.

Sprawdziłem datę na pierwszej stronie gazety. Nie, nie był to 1 kwietnia. Rzut oka do internetu potwierdził, że jest to wiadomość dnia na całym świecie. Powtarzali ją wszyscy, od „New York Timesa”po Al-Dżazirę, tak jakby została wyryta na kamiennych tablicach. Dania była najszczęśliwszym miejscem na ziemi. Najszczęśliwszym? Ten mroczny, mokry, płaski, mały kraj, złożony z jednego półwyspu – Jutlandii – oraz położonych na wschód od niego wysepek i zamieszkany przez garstkę rozsądnych stoików, którzy płacą najwyższe podatki na świecie? Stany Zjednoczone zajmowały 23 miejsce na tej samej liście. Stwierdził tak jakiś facet na uniwersytecie, a zatem musi to być prawda.

„Trzeba przyznać, że świetnie ukrywają ten fakt – pomyślałem, patrząc przez okno na szare niebo i tonący w strugach deszczu port. – Nie wyglądają mi na jakoś szczególnie beztroskich ani rozbrykanych”. W dole rowerzyści w zaopatrzonychw elementy odblaskowe strojachodpowiednich dla polarników oraz potrącający się parasolami piesi przemykali ulicą Langebro, starając się uniknąć fontann błota tryskających spod kół ciężarówek i autobusów.

Powróciłem myślą do poprzedniego dnia i przygnębiających doświadczeń w mojej nowej ojczyźnie. Rano w pobliskim supermarkecie posępna kasjerka podliczyła cenę nabytych przeze mnie horrendalnie drogich produktów kiepskiego sortu, jak zwykle nie obdarzywszy mnie nawet jednym spojrzeniem. Na ulicy inni piesi cmokali z dezaprobatą, kiedy przeszedłem przez ulicę na czerwonym świetle; w zasięgu wzroku nie było ani jednego samochodu, ale w Danii wchodzenie na pasy, zanim na sygnalizatorze pojawi się zielony ludzik, stanowi poważne naruszenie etykiety. Popedałowałem w przenikliwej mżawce do domu, gdzie czekał już na mnie rachunek podatkowy uwalniający mnie od lwiej części miesięcznych dochodów. Po drodze udało mi się doprowadzić do furii kierowcę, który zagroził mi śmiercią za to, że złamałem zakaz skrętu w lewo (dosłownie – opuścił szybę i niczym rasowy czarny charakter z filmuo Bondzie zawołał za mną: I will kill you). Wieczorny program telewizyjny w paśmie największej oglądalności składał się, kolejno, z audycji na temat leczenia otarć krowich wymion, liczącego co najmniej dwadzieścia lat odcinka serialu Napisała: morderstwo oraz teleturnieju Kto chce zostać milionerem? Wymowę tytułowej obietnicy radykalnej odmiany życia osłabiał nieco fakt, że milion duńskich koron to równowartość mniej więcej 180 000 dolarów, co w Danii wystarcza na przyzwoity posiłek w restauracji. Za to, co zostanie po zapłaceniu rachunku, można co najwyżej kupić sobie bilet do kina.

Powinienem dodać, że było to na długo przed tym, zanim Stany Zjednoczone zalała nowa fala duńskiej kultury, która przyniosła z sobą seriale telewizyjne w rodzajuThe Killing (którego cztery sezony zostały zaadaptowane i zrealizowanez amerykańską obsadą) oraz dramatu politycznego Borgen (Rząd) uznanego przez „Newsweeka” za „najlepszy serial telewizyjny, jaki kiedykolwiek oglądaliście”. Było to jeszcze przed rewolucją żywieniową spod znaku nowej kuchni skandynawskiej (ang. New Nordic Kitchen), której przewodzi restauracja Noma i jej szef kuchni René Redzepi (pojawił się on dwukrotnie na okładce magazynu „Time”, był właścicielem restauracji uznawanej trzy razy z rzędu za najlepszą na świecie i wywarł olbrzymi wpływ na młode pokolenie amerykańskich szefów kuchni), nie wspominając już o architekturze Bjarke Ingelsa czy o takich goszczących na pierwszych stronach gazet i uhonorowanych licznymi nagrodami aktorach, jak Viggo Mortensen (trylogia Władca Pierścieni), Mads Mikkelsen (Casino Royale) i Nikolaj Coster­-Waldau (Jaime Lannister w Grzeo tron), lub reżyserach, jak Nicolas Winding Refn (Drive), Lars von Trier (Melancholia) oraz zdobywczyni Oskara Susanne Bier (nagroda dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego dla W lepszym świecie). W tamtym okresie uważałem Duńczyków za z gruntu przyzwoitych, pracowitych, praworządnych ludzi, nader rzadko dających publicznie wyraz... zasadniczo czemukolwiek, a co dopiero radości. Z całą pewnością nie postrzegałem ich także jako światowych pionierów w dziedzinie kultury.

W moim przekonaniu Duńczycy byli luteranami z naturyi usposobienia, nawet jeśli nie przestrzegali obrządków religijnych: stronili od ostentacji, odnosili się nieufnie do przesadnej wylewności i woleli się trzymać na uboczu. W porównaniu do, powiedzmy, Tajlandczyków, Portorykańczyków, a nawet Brytyjczyków, byli osobnikami oschłymi i nader poważnymi. Posunąłbym się nawet do stwierdzenia, że spośród około 50 nacji, z którymi zetknąłem się do tamtej pory podczas moich podróży, Duńczycy – do spółki ze Szwedami, Finami, Islandczykami i Norwegami – zaliczali się do grupy najmniej radosnych narodów na świecie.

„Być może na ich percepcję rzeczywistości wpływają antydepresanty, które łykają w hurtowych ilościach” – pomyślałem. Czytałem najnowszy raport; wynikało z niego, że tylko Islandczycy zażywają więcej pigułek szczęścia niż Duńczycy oraz że ilość przyjmowanych specyfików tego typu stale się zwiększa. Czyżby szczęście Duńczyków było niczym więcej, jak tylko rozkosznym zapomnieniem sponsorowanym przez prozac?

Kiedy zainteresowałem się nieco bliżej fenomenem szczęścia Duńczyków, stwierdziłem, że raport Uniwersytetu w Leicester nie był tak odkrywczy ani przełomowy, jak mogłoby się wydawać. Duńczycy znaleźli się na najwyższym miejscu już w pierwszym badaniu opinii publicznej w Unii Europejskiej – Eurobarometrze – przeprowadzonym w roku 1973 i zajmują to miejsce do dziś. W ostatnim badaniu ponad dwie trzecie spośród tysięcy ankietowanych Duńczyków uznało się za „bardzo zadowolonych” ze swego życia.

W 2009 roku do Kopenhagi zawitała Oprah Winfrey, której przyjazd nieomal dorównywał rangą wizycie papieża. Uznała fakt, że „ludzie zostawiają przed kawiarniami wózki z dziećmi i nie boją się, że zostaną uprowadzone... że nikt tu nie wychodzi ze skóry, żeby mieć coraz więcej i więcej”, za tajemnicę sukcesu Duńczyków. Skoro sama Oprah namaściła Danię, to musi być prawda.

Kiedy Oprah zstąpiła z niebios, ja zdążyłem już wyjechać z Danii, doprowadziwszyw końcu żonę do kresu wytrzymałości nieustannym narzekaniem na jej ojczyznę: na pieską pogodę, haniebnie wysokie podatki, nużącą monokulturę, uporczywe, tłamszące indywidualność obstawanie przy kompromisie opartym na najniższym wspólnym mianowniku, na lęk przed wszystkim, co choćby odrobinę odstaje od normy, nieufność wobec ambicji i dezaprobatę dla sukcesu, na okropne obyczaje i fatalną dietę, składającą się z tłustej wieprzowiny, słonej lukrecji, taniego piwa i marcepanu. Nadal jednak obserwowałem z nieufnością zdumiewający fenomen szczęśliwości Duńczyków. Dania zajęła na przykład pierwsze miejsce w ogólnoświatowym badaniu opinii publicznej przeprowadzonym przez Instytut Gallupa, w trakcie którego poproszono tysiąc osób w wieku powyżej 15 roku życia w każdym ze 155 krajów, aby oceniły w skali od 1 do 10 swoje obecne życie oraz perspektywy na przyszłość. W ankiecie Gallupa znalazły się także pytania dotyczące wsparcia społecznego („Czy masz krewnych lub przyjaciół, na których pomoc możesz liczyć, jeżeli znajdziesz się w trudnym położeniu?”), wolności („Czy jesteś zadowolony/niezadowolony ze swobody wyboru drogi życiowej, jaką zapewnia ci twój kraj?”) oraz korupcji („Czy korupcja jest powszechnym zjawiskiem w firmachi instytucjachw twoim kraju?”). Z odpowiedzi wynikało, że 82 procent Duńczyków uważa się za zadowolonych z życia (uzyskało najwyższą liczbę punktów), podczas gdy zaledwie 1 procent „cierpi”. Swoje „codzienne doświadczenia” oceniali najwyżej na świecie, osiągając rekordową średnią 7,9 na 10 punktów. Dla porównania w Togo, które zajęło najniższą pozycję, tylko 1 procent obywateli jest zadowolonych ze swego życia.

„Może powinni zapytać somalijskich imigrantów z getta Ishøj, jak bardzo czują się szczęśliwi”, myślałem za każdym razem, kiedy słyszałem o wszystkich tych sondażach i raportach, choć szczerze wątpiłem, aby którykolwiek z ankieterów zapuścił się kiedyś poza granice zamożnych przedmieść Kopenhagi.

A później nadeszła chwila stanowiąca ukoronowanie duńskiej historii szczęścia: w 2012 roku ukazał się pierwszy wydany przez ONZ zbiorczy Raporto światowym poziomie szczęścia (ang. World Happiness Report) skompilowany przez ekonomistów: Johna Helliwella, Richarda Layarda i Jeffreya Sachsa, na podstawie aktualnych badań „szczęścia”, takich jak sondaże Instytutu Gallupa, światowe oraz europejskie badania wartości i przekonań (ang. World, European Values Surveys) czy Europejski Sondaż Społeczny (ang. European Social Survey, ESS). I zgadnijcie, co się okazało. Pierwsze miejsce zajęła Belgia! Nie, nie, żartowałem. Dania po raz kolejny została uznana za najszczęśliwszy kraj na świecie. Tuż za nią uplasowały się Finlandia (2), Norwegia (3) oraz Szwecja (7).

Parafrazując lady Bracknell, wygranie jednego sondażu można by uznać za szczęśliwy traf, lecz wygrywanie właściwie każdego od 1973 roku to już podstawa solidnej rozprawy antropologicznej.

Trzeba jednak podkreślić, że Dania nie była jedyną kandydatką do tytułu najfajniejszego miejsca do życia. Jak wynikało z raportu ONZ, każdy z krajów skandynawskich ma własne, szczególne predyspozycje, aby dzierżyć prymat w dziedzinie standardu życia. Krótko po ukazaniu się raportu ONZ „Newsweek” poinformował, że to nie Dania, lecz Finlandia może się poszczycić najwyższą jakością życia, Norwegia znalazła się na pierwszej pozycji w oenzetowskim rankingu krajów o najwyższym wskaźniku rozwoju społecznego (ang. Human Development Index, HDI), a wyniki jeszcze innego sondażu jednoznacznie wskazywały, że kobietom najlepiej żyje się w Szwecji.

Tak więc Dania nie zawsze zajmuje pierwsze miejsce we wszystkich kategoriach owych badań dobrostanu, satysfakcji i szczęścia, nieodmiennie jednak plasuje się w ścisłej czołówce i nawet jeśli nie ona, to zwykle któryś z krajów skandynawskich jest numerem jeden w tych zestawieniach. Od czasu do czasu do światowej czołówki przepycha się Nowa Zelandia albo Japonia (czy też Singapur lub Szwajcaria), lecz ogólnie rzecz biorąc, przesłanie wszystkich tych sondaży, o których media donosiły tyleż entuzjastycznie, co bezkrytycznie, było przejrzyste niczym kieliszek dobrze zmrożonego sznapsa: Skandynawowie są nie tylko najszczęśliwszymi i najbardziej zadowolonymi narodami na świecie, ale też najbardziej pokojowo nastawionymi, tolerancyjnymi, egalitarystycznymi, postępowymi, zamożnymi, nowoczesnymi, liberalnymi, wyzwolonymi, najlepiej wykształconymi i najbardziej zaawansowanymi technologicznie, a na dodatek mają jeszcze najlepszą muzykę pop, najfajniejszych telewizyjnych detektywów oraz najlepsze restauracje. Grono owych pięciu krajów – Dania, Szwecja, Norwegia, Finlandia i Islandia – może się poszczycić najlepszym systemem edukacji na świecie (Finlandia), wzorcowym, należycie świeckim, multikulturowym, nowoczesnym społeczeństwem industrialnym (Szwecja), fortuną zarabianą na ropie naftowej, inwestowaną przy tym w rzeczy rozsądne, etyczne i długoterminowe, nie zaś w idiotyczne wieżowce czy ekskluzywne call girls (Norwegia), społeczeństwem o najwyższym stopniu równouprawnienia płci na świecie, najdłużej żyjącymi mężczyznami oraz nieprzebraną obfitością łupaczy (Islandia), a także ambitną polityką ochrony środowiska i niezwykle hojnymi systemami ubezpieczeń społecznych (wszystkie).

Cały świat był zgodny: jeśli poszukujesz doskonałego wzorca spełnionego, szczęśliwego, zrównoważonego, zdrowego i oświeconego życia, powinieneś skierować wzrok na północ od Niemiec i ciut na zachód od Rosji.

Ja uczyniłem nawet więcej. Po kilkuletnim okresie obserwowania z bezpiecznej odległości bujnego rozkwitu fenomenu szczęścia Duńczyków – przerywanym regularnymi wizytami, których najważniejszym skutkiem był coraz większy zamęt w mojej głowie (Pogoda nadal gówniana? Aha. Stawka podatkowa wciąż powyżej 50 procent? A jakże. Sklepy pozamykane ilekroć najbardziej ich potrzebujesz? O, tak.) – przeprowadziłem się tam z powrotem.

Nie był to żaden wspaniałomyślny gest przebaczenia ani też śmiały eksperyment mający na celu przetestowanie granic ludzkiej wytrzymałości. Moja małżonka pragnęła ponownie zamieszkać w swojej ojczyźnie, ja zaś – mimo iż każda molekuła mego ciała darła się w niebogłosy: „Michael, zapomniałeś już, jak ci się tam żyło?” – przekonałem się z biegiem lat, że dla mego własnego dobra powinienem robić to, czego ona chce.

Po moim powrocie do Danii ogólnoświatowa fascynacja wszystkim, co skandynawskie jeszcze bardziej się nasiliła. Kultura współczesnych wikingów była – i nadal jest – na fali: książki szwedzkich autorów kryminałów Henninga Mankella i Stiega Larssona zaczęły się sprzedawać w milionach egzemplarzy, a Danmarsk Radio (DR), duński publiczny nadawca radiowo-telewizyjny, sprzedał swoje słynne produkcje do 120 krajów. Duńscy architekci nadal realizowali największe międzynarodowe projekty z taką łatwością, jakby bawili się klockami lego, a prace takich artystów jak Olafur Eliasson pojawiały się wszędzie, od witryn salonów Louisa Vuittona po MoMA. Były premier Danii Anders Fogh Rasmussen został sekretarzem generalnym NATO, a były prezydent Finlandii Martti Ahtisaari otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla.

Finlandia dała nam z kolei Angry Birds oraz, przynajmniej chwilowo, telefony komórkowe, które zadomowiły się na dobre w każdej męskiej kieszenii damskiej torebce. Szwecja kontynuowała podbój centrów handlowych całego świata za sprawą swoich sieci H&M i Ikea oraz podbój fal eteru dzięki producentom muzyki pop (takich gwiazd, jak Britney Spears, Katy Perry i inne) oraz piosenkarzom zbyt licznym, aby ich tu wymieniać; ponadto zawdzięczamy jej Skype’a i Spotify. Norwegia nadal zaopatrywała świat w ropę naftową i paluszki rybne, Islandczycy zaś popadli w niesamowite, aczkolwiek katastrofalne w skutkach, łupieżcze szaleństwo podatkowe.

Niezależnie od tego, gdzie sięgałem po moją codzienną porcję wiadomości, niemal wyłącznie natrafiałem na peany sławiące wszystko, co skandynawskie (wyjąwszy, rzecz jasna, Islandię). Jeśli wierzyć gazetom, telewizji i radiu, kraje nordyckie po prostu nie mogły popełnić błędu. Były – ni mniej, ni więcej – ziemiami obiecanymi równości, dobrobytu, najwyższej jakości życia i domowych wypieków. Ja jednak poznałem odmienne oblicze tego regionu, mieszkając na co dzień na zimnej, szarej Północy. I choć życie w Skandynawii miało w istocie wiele wspaniałych aspektów, które mogłyby stanowić wzór do naśladowania dla reszty świata, brak niuansów i odcieniw obrazie tego regionu prezentowanym w mediach przyprawiał mnie o coraz głębszą frustrację.

Zwłaszcza jedna rzecz związana z owym nowo odkrytym umiłowaniem wszystkiego, co skandynawskie – czy to tamtejszego nowatorskiego szkolnic­twa, specyficznego projektowania wnętrz, opartych na konsensusie ustrojów politycznych, czy też grubych swetrów – wydała mi się szczególnie osobliwa. Jak to możliwe, że mimo całego tego pozytywnego PR i powszechnego podziwu dla skandynawskiego cudu ludzie nie ściągają ze wszystkich zakątków świata, żeby tam zamieszkać? Dlaczego nadal marzą o domuw Hiszpanii albo we Francji? Czemu nie pakują dobytku i nie wyruszają do Aalborga albo Trondheim? Dlaczego, mimo olbrzymiego bogactwa literatury kryminalnej i seriali telewizyjnych, nasza wiedza o współczesnej Skandynawii jest wciąż tak mizerna? Czemu nie masz pojęcia, gdzie właściwie leżą Aalborg i Trondheim? Jak to się dzieje, że żaden z twoich znajomych nie zna szwedzkiego ani nie „radzi sobie” z norweskim? Wymień duńskiego ministra spraw zagranicznych. Albo najpopularniejszego norweskiego komika. Albo Fina. Jakiegokolwiek Fina.

Niewieluz nas odwiedza Japonię lub Rosję, a zna język japoński lub rosyjski, lecz mam wrażenie, że choć nie będziemy w stanie wymienić nazwisk wszystkich tamtejszych przywódców politycznych, artystów czy nazw pomniejszych miast, potrafimy podać przynajmniej kilka. Skandynawia tymczasem jest pod tym względem prawdziwą terra incognita. Nie interesowali się nią Rzymianie. Karol Wielki miał ją w nosie. Jak zauważa skandynawista T.K. Derry w swojej historii tego regionu, dosłownie przez tysiąclecia „północ pozostawała niemal całkowicie poza sferą zainteresowań cywilizowanego człowieka”. Nawet dziś ów brak zainteresowania budzi zdumienie. Pewien dziennikarz z brytyjskiego „Sunday Timesa” niedawno scharakteryzował tę część świata jako „zbiór krajów, które są dla nas nie do rozróżnienia”.

Jedną z przyczyn naszej kolektywnej niewiedzy – przyznaję z pokorą, że sam nie miałem zielonego pojęcia o tym regionie, zanim nie zamieszkałem tam po raz pierwszy – jest fakt, że stosunkowo niewielu z nas kiedykolwiek wybrało się do tej części świata. Mimo cudownych krajobrazów koszt wyprawy do Skandynawii w połączeniu z jej odstręczającym klimatem (nie wspominając już o istnieniu takich kuszących miejsc, jak Francja i Włochy) skutecznie zniechęca większość z nas do spędzania tam wakacji. A gdzież są książki podróżnicze poświęcone urokom Północy? Półki w Barnes & Noble’s uginają się pod ciężarem rozmaitych memuarów znad Morza Śródziemnego – jakichś Romansów pozamałżeńskich w pomarańczach, Pijaczyny pośród gajów oliwnych i temu podobnych; nikt jednak, jak się zdaje, nie ma ochoty spędzić Rokuw Turku ani nie usiłuje podróżować Samochodem wśród borówek.

Pewnego dnia, kiedy stałem pół godziny w lokalnej aptece, czekając, aż pani magister raczy mnie obsłużyć (duńskie apoteks mają monopol na sprzedaż leków, obsługa klienta nie jest więc dla nich priorytetem), dotarło do mnie, że mimo licznych peanów na cześć Sofie Gråbøl (gwiazdy serialu TheKilling), mimo mnóstwa artykułów poświęconych swetrom z Wysp Owczych i przepisów na potrawy z jadalnych dziko rosnących roślin na dwadzieścia sposobów (muszę w tym miejscu przyznać z należytą pokorą, że sam napisałem co nieco na ten ostatni temat), właściwie i tak dowiadujemy się od nauczycieli w szkole, z telewizjii z gazet znacznie więcej na temat dzikich plemion z amazońskiej dżungli niż na temat Skandynawów i ich życia.

Jest to tym bardziej dziwne, że można się posunąć do stwierdzenia, iż Anglosasi to właściwie Skandynawowie. A przynajmniejw pewnym stopniu. Powiązania kulturowe są niezaprzeczalnie głębokie i długotrwałe, sięgają bowiem wstecz aż do niesławnej pierwszej napaści na klasztor w angielskim Lindisfarne 8 stycznia 793 roku, kiedy to – jak zanotował kronikarz – „napady pogan zniszczyły w straszliwy sposób Bogu poświęcony kościół na Świętej Wyspie, siejąc mord i rabunek”.

Królowie wikingów władali trzecią częścią Brytanii – terytorium znanym pod nazwą Danelaw – w okresie, którego zwieńczeniem było panowanie Knuda jako niekwestionowanego króla całej Anglii. Znaleziska archeologiczne w Sutton Hoo – gdzie odkryto łódź ze wspaniałą komorą grobową – dostarczyły także licznych dowodów na związki ze Szwecją. Wszystko wskazuje na to, że wikingowie z rozmaitych plemion, pozbywszy się swoich wcześniejszych, nieprzyjemnych nawyków gwałcenia i plądrowania, osiedlali się wśród Anglosasów, współżyli z nimi pokojowo, handlowali i zawierali mieszane związki małżeńskie, wywierając istotny wpływ na rdzenną ludność.

Pozostawili również swój ślad w języku angielskim. Norweski językoznawca z Uniwersytetuw Oslo Jan Terje Faarlund całkiem niedawno uznał nawet, że angielski zalicza się do języków skandynawskich, wskazując na wspólne słownictwo, podobny szyk wyrazów w zdaniu – podmiot, orzeczenie, dopełnienie (w przeciwieństwie do szyków przestawnych w gramatyce niemieckiej) i temu podobne. Nazwy kilku dni tygodnia (Wednesday – środa – od Wodina albo Odyna, Thursday – czwartek – od Thora, Friday – piątek – od Frei), a także nazwy wielu miejscowości wywodzą się z języka wikingów. W Anglii każda miejscowość, której nazwa kończy się na „-by” albo „-thorpe” (co znaczy, odpowiednio, „miasto” i „niewielka osada”) była niegdyś osadą wikingów – Derby, Whitby, Scunthorpe, Cleethorpesi wiele, wiele innych.

Ja sam przyszedłem na świat w pobliżu miasteczka East Grinstead, którego nazwa, jak przypuszczam, ma duńskie korzenie („sted” znaczy „miejsce” i jest powszechnie spotykaną końcówką nazw duńskich miast); w Londynie zaś mieszkałem pięć minut od Denmark Hill (dosł. „duńskie wzgórze”), którego nazwa ma nieco młodszy rodowód: mieszkał tam kiedyś duński małżonek królowej Anny. Warto w tym miejscu przypomnieć, że rodziny królewskie, duńska i brytyjska, są z sobą blisko powiązane od wielu stuleci poprzez związki małżeńskie.

Słowa określające członków rodziny – mother (mor – matka), father (far – ojciec), sister (søster – siostra), brother (bror – brat) – są również bardzo podobne, choć język angielski nie przejął, moim zdaniem bardzo użytecznej, skandynawskiej metody rozróżniania dziadków ze strony matki i ojca:far-far, mor-mor, far-mori mor-far.

Wpływy skandynawskie są dość wyraźnie widoczne również w Stanach Zjednoczonych. Norweski wiking Leif Erikson odkrył Amerykę około 1000 roku naszej ery. Nie zdoławszy jednak docenić uroków Nowej Fundlandii, co prędzej wrócił do domu. Dziewięćset lat później Skandynawowie podjęli kolejną, tym razem bardziej udaną próbę zasiedlenia Ameryki Północnej. Wtedy to 1,2 miliona Szwedów do spółki z wieloma Norwegami, a także Finamii Duńczykami przepłynęło Atlantyk. W pewnym momencie, w połowie lat sześćdziesiątych XIX wieku, Skandynawowie stanowili jedną dziesiątą wszystkich imigrantów przybywających do Stanów Zjednoczonych; wielu z nich osiadło w Minnesocie, której krajobraz przypominał im rodzinne strony. Szacuje się, że obecnie w Stanach mieszka pięć milionów Amerykanów pochodzenia norweskiego i drugie tyle pochodzenia szwedzkiego. Gdyby nie ci ostatni, Hollywood z całą pewnością nie byłby tym, czym jest dzisiaj – Uma Thurman, Scarlett Johansson, Matt Damon, Jamesowie Coburn i Franco, Julia Roberts oraz cały klan Wahlbergów są częściowo szwedzkiego pochodzenia. Obok nich możemy jeszcze wymienić takie wielkie amerykańskie ikony, jak Buzz Aldrin i Abraham Lincoln. Obaj mogą się poszczycić szwedzkimi przodkami.

Dzisiejsza moda na wszystko, co nordyckie, jest tym bardziej zadziwiająca, że przez cały XX wiek wzorce popkultury napływały głównie z przeciwnego kierunku. Jeśli na przykład znajdziemy się w większym towarzystwie Szwedów płci męskiej w określonym wieku, po pewnym czasie niemal nieuchronnie tematem rozmowy staną się skecze Monty Pythona albo filmy z cykluAkademia Policyjna. Kobiety zaś będą wspominać z rozmarzeniem męską obsadę Ostrego dyżuru albo czas spędzony w Nowym Jorku, gdzie pracowały jako au pair. Z kolei całe młode pokolenie doskonale zna seriale Homeland, Mad Meni House of Cards. Skandynawowie śledzą też na bieżąco rozwój wydarzeń na amerykańskiej scenie politycznej. Swoją drogą ciekaw jestem, ilu amerykańskich kongresmenów potrafiłoby podać nazwisko ministra spraw zagranicznych Danii.

Być może właśnie owa mglista znajomość i powierzchowne podobieństwo są jedną z przyczyn, dla których reszta świata nie zadaje sobie trudu, aby poznać coś więcej prócz obrazu Skandynawów oferowanego przez fikcję literac­ką i filmową. Co ciekawe, mimo że stereotypowe opisy zwykle nawiązują do ich swobody seksualnej i fizycznego piękna, Skandynawom udaje się jakimś cudem robić wrażenie pobożnych, wręcz świętoszkowatych luteran. To niezła sztuczka uchodzić równocześnie za ostro napalonych i odstręczająco chłodnych, nieprawdaż? Na domiar złego, kiedy przychodzi do mówienia o sobie, Skandynawowie zachowują denerwującą rezerwę; nie znoszą się popisywać. To wbrew ich zasadom (dosłownie, jak się przekonamy). Kiedy zajrzysz do słownika, aby sprawdzić znaczenie słowa „powściągliwy”, nie znajdziesz tam zdjęcia skrępowanego Fina stojącego w kącie i gapiącego się uporczywie na czubki swoich butów. A powinieneś.

Kiedy pisałem tę książkę, mnóstwo osób – w tym kilkoro Duńczyków, a przede wszystkim wielu Szwedów – wyrażało najszczersze zdumienie, że mogą stanowić przedmiot zainteresowania dla kogokolwiek spoza Skandynawii. „Dlaczego uważasz, że ludzie się nami zainteresują? – pytali. – Jesteśmy tacy nudni i sztywni”. „Na świecie na pewno są jacyś ciekawsi ludzie, o których można napisać. Nie wybrałbyś się raczej na południe Europy?” Wygląda na to, że Skandynawowie wykazują skłonność do postrzegania siebie podobnie, jak my ich postrzegamy: jako sprawnych w działaniu i wartościowych, lecz zarazem naznaczonych piętnem otchłannej nudy, która skutecznie zniechęca postronnych do zgłębiania ich natury. Pracowici, godni zaufania i dbający o poprawność polityczną, są jak księgowy na imprezie. Skandynawia to pięć krajów zaludnionych przez urzędników władz lokalnych, surowych pracowników socjalnych i smutasów psujących każdą zabawę.

Dlaczego zatem mam nadzieję, że uda mi się utrzymać waszą uwagę do samego końca tej książki? Ujmując rzecz w największym skrócie – uważam Duńczyków, Szwedów, Finów, Islandczyków, a nawet Norwegów za absolutnie fascynujących i podejrzewam, iż zgodzicie się ze mną, kiedy tylko się przekonacie, że potrafią być nie tylko niezwykle błyskotliwi i postępowi, ale też niesamowici i po prostu dziwni. Gdyby Oprah została dłużej niż tylko przez jedno popołudnie, przekonałaby się, podobnie jak ja, do czego zacząłem się wreszcie, niezbyt chętnie, przyznawać, jak wiele możemy się nauczyć od krajów nordyckich – o tym, jak żyją, jakie mają priorytety, jak radzą sobie ze swoim bogactwem, jak społeczeństwa mogą funkcjonować lepiej i bardziej sprawiedliwie, jak ludzie mogą zachowywać równowagę między życiem prywatnym a karierą zawodową, skutecznie się kształcić i wzajemnie wspierać. O tym, jakw ostatecznym rozrachunku być zwyczajnie szczęśliwym. Poza tym Skandynawowie są też zabawni. I to nie zawsze celowo, a to, moim zdaniem, jest najlepszy z możliwych sposobów bycia zabawnym.

Zacząłem się nieco bliżej przyglądać tak zwanemu nordyckiemu cudowi. Czy istnieje jakiś specyficznie skandynawski szablon lepszego stylu życia? Czy któryś z elementów nordyckiej wyjątkowości – jak niekiedy nazywano ów fenomen – można by przenieść na inny grunt, czy też są one specyficzne dla tamtego regionu i stanowią rezultat wyjątkowych uwarunkowań historyczno-geograficznych? Czy gdyby ludzie spoza Skandynawii naprawdę wiedzieli, jak to jest żyć w tamtej części świata, wciąż tak bardzo zazdrościliby Duńczykom i ich pobratymcom?

„Gdybyś miał się narodzić na nowo gdziekolwiek na świecie jako osoba o przeciętnych uzdolnieniachi dochodach, chciałbyś być wikingiem”, oświadczył – cokolwiek dwuznacznie – brytyjski tygodnik „The Economist” w wydaniu specjalnym poświęconym tematyce nordyckiej. A gdzie dyskusje o nordyckim totalitaryzmie i o tym, jak bardzo Szwedzi są zamknięci w sobie; gdzie rozważania o tym, że bajeczne dochody ze sprzedaży ropy naftowej zdemoralizowały Norwegów do tego stopnia, że nie chce im się nawet obierać bananów (naprawdę – wrócimy do tego później), że Finowie odurzają się kilogramami leków bez recepty, że Duńczycy nie przyjmują do wiadomości istnienia swojego długu, upadku etyki pracy i swojej rzeczywistej pozycji w świecie oraz że Islandczycy są właściwie dzikusami?

Kiedy już zaczniesz się bliżej przyglądać nordyckim społeczeństwom i narodom, kiedy wyjdziesz poza standardowy zestaw tematyki skandynawskiej serwowany przez zachodnie media – artykuły w dodatku niedzielnym ilustrowane zdjęciami szwedzkich domków letnich zamieszkiwanych przez blondynki w sukienkachw kwiatkiz nieodłącznymi koszykami dzikiego czosnku w rękach i gromadki dzieci z artystycznie zmierzwionymi czuprynkami – twoim oczom ukaże się znacznie bardziej skomplikowany, nierzadko mroczniejszy, a niekiedy wręcz niepokojący obraz. Obejmuje on wszystko, od stosunkowo nieszkodliwych minusów życia w tak zamożnych, homogenicznych i egalitarnych społeczeństwach, jak skandynawskie (innymi słowy, kiedy wszyscy zarabiają mniej więcej tyle samo, mieszkają w podobnych domach, podobnie się ubierają, jeżdżą takimi samymi samochodami, jedzą takie same potrawy, czytają te same książki, mają identyczną opinię na temat swetrów i bród, zasadniczo podobne przekonania religijne, wyjeżdżają na wakacje do tych samych miejsc, życie staje się ociupinkę monotonne – więcej na ten temat w rozdziałach poświęconych Szwecji), aż po znacznie poważniejsze problemy społeczeństw nordyckich: rasizm i islamofobię, stopniowy zanik równości społecznej, alkoholizm oraz nadmiernie rozrośnięte sektory publiczne wymagające stawek podatkowych, które wydałyby się zgoła niedorzeczne każdemu, kogo nie dławiły one podstępnie przez ostatnie 50 lat niczym podnosząca się zabójcza fala powodziowa, tłamsząc wszelką nadzieję, energię i ambicję...

O czym to ja mówiłem? Aha, tak, postanowiłem się więc wybrać w podróż i spróbować wypełnić lukiw moim nordyckim doświadczeniu. Rozpocząłem gruntowną eksplorację tych pięciu krain, odwiedzając kilkakrotnie każdą z nich, spotykając się z historykami, antropologami, dziennikarzami, pisarzami, artystami, politykami, filozofami, naukowcami, tropicielami elfów i Świętym Mikołajem.

Ta wyprawa miała mnie zaprowadzić z mego domu na duńskiej wsi do lodowatych wód norweskiej Arktyki, do budzących grozę gejzerów na Islandii i na betonową pustynię cieszącego się najgorszą sławą osiedla mieszkaniowego w Szwecji; od groty Świętego Mikołaja do Legolandu i od Duńskiej Riwiery do Rotten Banana*.

Pierwszą lekcję na temat Skandynawii odebrałem jednak jeszcze przed wyjazdem. Udzielił mi jej, po dłuższej chwili milczenia i głębokim westchnieniu, znajomy duński dyplomata, wcześniej cierpliwie wysłuchawszy przemowy w moim wykonaniu, w której zawarłem większość z tego, co napisałem powyżej. Poinformował mnie mianowicie, że ściśle rzecz biorąc, ani Finowie, ani Islandczycy nie są Skandynawami. Ten termin odnosi się bowiem wyłącznie do ludów zamieszkujących pierwotne ziemie wikingów, czyli tereny dzisiejszej Danii, Szwecji i Norwegii. Lecz, jak się przekonałam w trakcie moich podróży po regionie, Finowie rezerwują sobie prawo do wstępowania do klubu starych piratów lub występowania z niego, kiedy im to odpowiada; nie sądzę też, aby Islandczycy obrazili się za to, że zalicza się ich do grona Skandynawów. Właściwie, jeśli zamierzamy mówić o wszystkich pięciu krajach łącznie, powinniśmy używać określenia „nordyckie”. Ale to moja książka i dlatego pozwalam sobie na używanie obu terminów zamiennie.

Zacznijmy więc naszą wyprawę w poszukiwaniu prawdy o nordyckim cudzie. Zacznijmy ją w sposób najlepszyz możliwych – od imprezy.

DANIA

* Dosł. zgniły banan – nazwa, jaką sami Duńczycy nadali zachodniemu krańcowi Półwyspu Jutlandzkiego (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

1

SZCZĘŚCIE

Wczesnym wieczorem, kiedy deszczowe chmury odsłaniają wreszcie jaskrawo błękitne niebo, zbieramy się na odwagę i wychodzimy z namiotu. Niczym nerwowe zwierzęta wciągamy w nozdrza zimne, wilgotne powietrze i odwracamy się, aby rozkoszować się ciepłem ostatnich promieni zachodzącego słońca. Roztacza ono różowawą poświatę, która przechodzi później w magiczne, białe światło pełni lata, aby w końcu zamienić się w – podobne do kopuły planetarium – ciemnogranatowe tło dla milionów gwiazd.

Wigilia przesilenia letniego to jedna z najważniejszych dat w skandynawskim kalendarzu, niegdyś pogańskie święto, zasymilowane później przez chrześcijaństwo i przemianowane na wigilię Sankt Hans (Świętego Jana). W Szwecji ludzie będą tańczyć wokół słupów ozdobionych girlandami z kwiatów, w Finlandii i Norwegii zgromadzą się wokół ognisk. Tu, w Danii, w ogrodzie letniego domu mego przyjaciela na północ od Kopenhagi piwo i koktajle leją się strumieniami. O dziesiątej wieczorem zbieramy się przy ognisku, aby śpiewać Vi Elsker Vort Land (Kochamy nasz kraj) i inne wzruszające pieśni patriotyczne. Palimy kukłę czarownicy, zrobioną z kija od miotły i starych ubrań, odsyłając ją w ten sposób – jak wyjaśnia mi ośmioletnia córeczka mego przyjaciela – aż do Harzu w Niemczech.

Duńczycy są mistrzami takich radosnych zabaw. Traktują imprezowanie bardzo poważnie, z wielkim entuzjazmem spożywają napoje wyskokowe, uwielbiają śpiewy chóralne i spotkania w gronie przyjaciół. Organizują świetne fest, jak je tu nazywają. Na naszym mamy dwóch barmanów i dwa wielkie grille, na których przypiekają się powoli najrozmaitsze kawałki wieprzowiny. Później przyjdzie czas na obowiązkowe nat mad, przekąski o północy – kiełbaski, ser, bekon i bułki – podawane aby złagodzić nieco skutki działania alkoholu i pomóc biesiadnikom dotrwać do wschodu słońca.

Jak to się często zdarza, gdzieś w okolicach trzeciej szklaneczki ginu z tonikiem zaczynają mnie nachodzić niezmiernie przenikliwe i trafne spostrzeżenia natury antropologicznej. Dochodzę do wniosku, że ta impreza z okazji nocy świętojańskiej to idealny punkt wyjścia dla mojej analizy fenomenu szczęścia Duńczyków, ponieważ spotkanie towarzyskie u mego przyjaciela znakomicie ilustruje mnóstwo cech duńskiego społeczeństwa, które uważam za godne najwyższego podziwu i które – moim zdaniem – stanowią źródło jego osławionego poczucia zadowolenia z życia. Stojąc obok dogasającego ogniska, zaczynam wyliczać niektóre z nich.

Pierwsza to nastrój, jaki panuje w tym ogrodzie pełnym bujnej zieleni, otoczonym wysokim bukowym żywopłotem, z ustawionym przy wejściu obowiązkowym masztem, na którym powiewa wielka czerwono-biała Dannebrog. Mimo że goście nie żałują sobie alkoholu, panuje swobodna atmosfera, nie słychać podniesionych głosów, nie ma śladu podsycanej przez alkohol napastliwości.

Są też hasające po ogrodzie dzieci. Duńskim dzieciom pozostawia się starą, dobrą swobodę łazikowania i podejmowania ryzyka. Jest czymś zupełnie naturalnym i oczywistym, że tego wieczoru dzieciaki są uczestnikami imprezy na równi z dorosłymi. Dochodzi północ, a one wciąż biegają, śmieją się i krzyczą, bawią się w chowanego, gadają jak najęte, napychają się hot dogami i piją coca-colę.

Większość osób, które się tu zebrały, zapewne wyszła wcześniej z pracy, nie wymykając się „na ważne spotkanie” czy też symulując chorobę, lecz informując zwierzchników wprost, że wybierają się na imprezę do miejscowości oddalonej o godzinę jazdy na północ wzdłuż wybrzeża i potrzebują czasu, żeby się przygotować. Ich szefowie – o ile sami nie udali się już do domów w tym samym celu – na pewno nie mieli nic przeciwko temu. Duńczyków cechuje krzepiąco niefrasobliwe podejście do proporcji między pracą a życiem, które, jak się przekonamy, pociąga za sobą poważne konsekwencje – zarówno pozytywne (szczęście), jak i potencjalnie negatywne (czasami trzeba naprawdę zakasać rękawy i wziąć się do roboty, na przykład podczas globalnej recesji). Nie zetknąłem się w tym kraju ze zbyt wieloma osobnikami, którzy „żyją pracą”. Wielu Duńczyków – szczególnie zatrudnionych w sektorze publicznym – zupełnie otwarcie i bez cienia skruchy dokłada wszelkich starań, aby spędzać w pracy tylko tyle czasu, ile potrzeba dla zapewnienia sobie względnie wygodnego życia. Duńczycy przepracowują niemal o połowę mniej godzin tygodniowo niż 100 lat temu i znacznie mniej niż reszta Europy: 1559 godzin rocznie, podczas gdy średnia europejska wynosi 1749 godzin, a średnia w USA – 2087 (Grecy przepracowują jednak średnio 2032 godziny, co jasno dowodzi, że długość pracy nie jest miarą wydajności). Jak wynika z przeprowadzonego w 2011 roku przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (Organisation for Economic Co-operation and Development, OECD) badania obejmującego 30 krajów, w skali globalnej tylko Belgowie wyprzedzają Duńczyków pod względem lenistwa.

W praktyce oznacza to, że większość ludzi wychodzi z pracy około czwartej albo piątej po południu; tylko nieliczni czują się zmuszeni do pracy w weekendy i można zapomnieć o załatwieniu czegokolwiek w piątek po godzinie trzynastej. Długość urlopu to nierzadko sześć tygodni w roku, a w lipcu cały kraj zamyka się na cztery spusty, ponieważ Duńczycy migrują stadnie, niczym poczciwe antylopy gnu, do swoich letnich domków, na kempingi i pola namiotowe oddalone mniej więcej o godzinę jazdy od ich miejsca zamieszkania.

Ponad 754 000 Duńczyków w wieku od 15 do 64 lat – czyli ponad 20 procent ludności w wieku produkcyjnym – w ogóle nie pracuje i utrzymuje się z nader hojnych zasiłków dla bezrobotnych lub niepełnosprawnych. „New York Times” nazwał Danię „najlepszym miejscem na świecie do utraty pracy”, w którym bezrobotni otrzymują zasiłek w wysokości do 90 procent wcześniejszej pensji przez okres do dwóch lat (przed niedawną reformą było to 11 lat). Duńczycy nazwali swój system „miękkim paternalizmem”, ponieważ wprawdzie umożliwia on firmom zwalnianie pracowników z krótszym okresem wypowiedzenia i mniejszą rekompensatą (w porównaniu choćby ze Szwecją, gdzie wciąż jeszcze można pracować w jednym miejscu do emerytury), ale gwarantuje też stabilność rynku pracy, zapewniając bezrobotnym szerokie wsparcie i pomoc w znalezieniu nowego zatrudnienia.

Więcej powodów do zadowolenia dla Duńczyków? Musimy do nich zaliczyć wspomniany domek letni – przytulną, parterową chatkę na planie litery „L”, taką samą, jak tysiące innych rozsianych wzdłuż wybrzeży duńskich wysp. To tam, w swoich drewniano-ceglanych kryjówkach Duńczycy rozluźniają się, zażywając wypoczynku w klapkach i kapeluszach chroniących przed słońcem, grillując hot dogi i popijając swoje tanie, mocno gazowane piwo. Ci, którzy nie posiadają własnego domku letniego, przeważnie znają kogoś, kto go posiada, mają działkę letniskową albo altankę w koloni have (ogródku działkowym, z tym że w Danii pod tym pojęciem kryje się raczej miejsce, gdzie właściciel przesiaduje z puszką taniego piwa i hot dogiem w ręku, niż takie, w którym w pocie czoła pielęgnuje się grządki i rabatki).

Wyposażenie owego letniego domku zazwyczaj stanowią starocie i nieśmiertelne meble z Ikei. Jedną ścianę zwykle zajmuje regał z zaczytanymi paperbackami, jest też obowiązkowa szafka z grami planszowymi i zdekompletowanymi puzzlami, a także, oczywiście, kominek z zapasem polan, przy którym można ogrzać kości, kiedy wieje zimny wiatr od morza. Na drewnianych podłogach nie kładzie się dywanów, żeby łatwiej było zamieść naniesiony piasek i trawę. Na bielonych ceglanych ścianach wiszą obrazy reprezentujące „szkołę krewnych” – dzieła członków rodziny próbujących swoich sił w malarstwie olejnym i akwareli, zazwyczaj bohomazy w stylu pseudo-naiwno-abstrakcyjnym.

Jak już wspomniałem, dzisiejszej nocy alkohol leje się strumieniami. Danię charakteryzuje znacznie bardziej liberalne podejście do alkoholu niż resztę regionu. Inaczej niż w pozostałych czterech krajach nordyckich, nie ma tu państwowego monopolu alkoholowego. W kraju Carlsberga napoje wyskokowe są sprzedawane w każdym supermarkecie i sklepiku osiedlowym. Mieszkańcy Szwecji, której migocące światła widzę dziś wieczorem po drugiej stronie Sundu, od dawna tłumnie ściągają do swego południowego sąsiada, aby się zrelaksować i zakosztować tutejszego, z ich perspektywy podejrzanego, rozrywkowego stylu życia. (Młodzi Duńczycy z kolei udają się w tym samym celu do Berlina).

Pod koniec wieczoru część z nas idzie na plażę, rozbiera się przy akompaniamencie chichotów i ostrożnie wchodzi do wody. Ciągle trudno mi się przyzwyczaić do tego, że nagość jest tu traktowana w sposób zupełnie bezpruderyjny, ale przynajmniej teraz jest ciemno. Pod wpływem chłodu, który przenika mnie, kiedy woda sięga mi do ud, mam ochotę czmychnąć na brzeg i wskoczyć w ubranie, w końcu jednak zbieram się na odwagę i daję nura, a wtedy przypominam sobie po raz kolejny, jak zaskakująco ciepłe bywa latem duńskie morze.

W takie wieczory jak ten nietrudno pojąć, dlaczego Duńczycy już od kilku dziesięcioleci są tak zadowoleni ze swego losu. Dopóki możesz uniknąć otwierania rachunku karty kredytowej, fajnie jest być należącym do klasy średniej Duńczykiem w średnim wieku. Właściwie trudno sobie wyobrazić, że mogłoby być jeszcze lepiej. Nie zawsze jednak tak dobrze się działo w państwie duńskim. Aby osiągnąć swój obecny błogostan, Duńczycy musieli znosić straszliwą traumę, upokorzenie i stratę. Do czasu, ma się rozumieć, aż pojawił się bekon i uratował im tyłki.

2

BEKON

Dawno, dawno temu Duńczycy panowali w całej Skandynawii. Duńczycy kochają swoje bajki, lecz akurat ta jest prawdziwa. Zawarta w 1397 roku unia kalmarska wyznacza szczytowy moment w dziejach Danii, której ówczesna królowa Małgorzata I sprawowała rządy w dość luźno zjednoczonych: Norwegii, Szwecji i Danii. Unia trwała przez ponad wiek, do roku 1520, kiedy to duński władca Christian II popełnił swego rodzaju dyplomatyczne faux-pas, dość pochopnie pozbawiając głów około 80 szwedzkich szlachciców podczas tak zwanej krwawej łaźni sztokholmskiej. Mimo że Dania zdołała utrzymać unię personalną z Norwegią jeszcze przez kilkaset lat, od tamtej pory to Szwedzi odgrywali zdecydowanie bardziej aktywną rolę w dziejach regionu, głównie przytrzymując głowę Danii w klozecie, podczas gdy Wielka Brytania i Niemcy tylko czekały na odpowiedni moment, aby nacisnąć spłuczkę.

Kraj przeżył krótki okres rozkwitu za panowania wielkiego, renesansowego władcy Christiana IV. Nadzieje związane z tym królem – duńskim Henrykiem VIII o podobnych apetytach i tuszy – okazały się jednak złudne. Christian IV realizował jedne z najbardziej ambitnych projektów militarnych i architektonicznych w dziejach Danii, finansowanych głównie dzięki opłatom pobieranym w Helsingør (Elsynor) od statków przepływających w obu kierunkach przez przebiegający tam najwęższy odcinek Sundu (Kanał Panamski Północy). Niestety, władca przegrał o kilka bitew za dużo, głównie ze Szwedami, doprowadzając w końcu swoje królestwo na skraj bankructwa. Zmarł w roku 1648, zżerany zazdrością o sukcesy swego szwedzkiego rywala, króla Gustawa II Adolfa. Oto, co pewien historyk napisał o pogrzebie Christiana: „Pod względem finansowym Dania upadła teraz tak nisko, że kiedy najwspanialszy z jej królów spoczął wreszcie w grobie, jego korona poszła w zastaw i nawet jedwabną kapę, która okrywała królewską trumnę, trzeba było kupić na kredyt”. Dla porównania, zanim Gustaw Waza zginął w bitwie z Niemcami (wojował z nimi pod koniec życia), zdążył przekształcić Szwecję w mocarstwo liczące się nie tylko w regionie, ale także poza jego granicami.

Christian IV miał szczęście, że nie dożył strasznego dnia, w którym Dania doznała jednej z najdotkliwszych strat terytorialnych w swojej historii. Na mocy podpisanego 10 lat później – w 1658 roku – traktatu z Roskilde Duńczycy zostali zmuszeni przez Szwedów do oddania dzisiejszych regionów południowej Szwecji, to jest Skanii, Blekinge i Hallandu, a także wyspy Bornholm (która w późniejszym okresie powróciła do Danii i do dziś pozostaje w jej granicach). Wspomniane terytoria od zawsze należały do Danii i Kopenhaga niezwykle boleśnie odczuła ich utratę.

W kolejnych stuleciach los był dla Danii jeszcze bardziej niełaskawy. W roku 1801 brytyjska flota, z Nelsonem jako zastępcą dowódcy, zaatakowała duńskie okręty zakotwiczone niedaleko Kopenhagi, aby nie dopuścić do rozszerzenia wpływów Francji. Brytyjczycy powrócili następnie w roku 1807, tym razem bombardując przez trzy dni samą Kopenhagę. W wyniku bombardowania zginęło dwa tysiące mieszkańców, a znaczna część miasta uległa zniszczeniu. Było to przypuszczalnie pierwsze w dziejach bombardowanie celu cywilnego; krytykowały je nawet ówczesne brytyjskie media, sam atak zaś przyniósł skutek odwrotny do zamierzonego, pchnął bowiem Duńczyków w ramiona Francuzów. Do dziś w starej bibliotece uniwersyteckiej w Kopenhadze, w połowie schodów, znajduje się gablota z książką, w której stronicach utkwiły odłamki brytyjskiego pocisku armatniego. Książka nosi tytuł Obrońca pokoju (co zawsze wydawało mi się nieco podejrzanym zbiegiem okoliczności). Bombardowanie Kopenhagi umknęło z pamięci większości Brytyjczyków, ale Duńczycy przypominają mi o nim od czasu do czasu, tak jakby odbyło się w ubiegłym roku. „No, cóż, wy groziliście, że przyłączycie się do Napoleona”, próbuję wyjaśniać za każdym razem, lecz nie udaje mi się ich udobruchać.

Czuję, że wbrew własnej woli zaczynam się wplątywać w konieczność wyjaśniania meandrów europejskiej geopolityki z początków XIX stulecia, ale oprę się tej pokusie. Ujmując rzecz najprościej, kiedy opadł kurz po wojnach napoleońskich i wszystkie kraje zdążyły co najmniej raz zmienić stronę, Dania odkryła z przerażeniem, że utraciła Norwegię na rzecz Szwecji na mocy postanowień jeszcze jednego piekielnego traktatu, tym razem podpisanego w Kilonii w 1814 roku.

Duńczycy musieli szczerze znienawidzić budzący grozę moment parafowania traktatów. Na mocy kolejnego, podpisanego jeszcze w tym samym katastrofalnym stuleciu, w 1864 roku, Duńczycy – zmuszeni do opuszczenia swego liczącego tysiąc lat systemu umocnień Danevirke – utracili sporne terytoria Szlezwiku-Holsztyna, które zostały przyłączone do Prus. Dość powiedzieć, że w najtrudniejszej fazie negocjacji zdesperowany duński król wystąpił nawet z propozycją przystąpienia Danii do Związku Niemieckiego, a kiedy odrzucono ten pomysł, zaoferował w zamian Islandię. Bismarck należał jednak do ludzi, którzy biorą wszystko albo nic, dlatego też oba księstwa zostały nieodwołalnie przyłączone do Niemiec, a duńska granica ponownie zmieniła swój przebieg.

Oddając Szlezwik-Holsztyn, Dania utraciła z grubsza jedną trzecią swego terytorium na kontynencie, tyle samo ludności oraz, wedle pewnych szacunków, połowę potencjalnych dochodów. Z czasem miała również utracić niewielkie kolonie w Indiach i Indiach Zachodnich. Nawet Wyspy Owcze domagały się autonomii. „Dzięki Bogu za Islandię”, zakrzykniecie pewnie z ulgą. Niestety, łącząca oba państwa wątła nić wspólnej monarchii została w końcu zerwana przez najbardziej nieprawdopodobnego z wyzwolicieli – Adolfa Hitlera: kiedy jego armia dokonała inwazji na Danię w kwietniu 1940 roku, przez nieuwagę uwolniła Islandię od jej duńskiej głowy państwa.

Wprawdzie Dania i Niemcy podpisały rok wcześniej pakt o nieagresji, ale Duńczycy właściwie wystosowali zaproszenie do nazistów, kiedy zdecydowali się nie obsadzać wielu swoich posterunków wojskowych przez siedem miesięcy w roku. Duńska partia nazistowska, która urosła w siłę głównie dzięki poparciu ze strony rolników i właścicieli ziemskich, miała teraz swoich przedstawicieli w parlamencie. W tej sytuacji Niemcy całkiem słusznie założyli, że Duńczycy nie zaryzykują działań odwetowych, nie chcąc sprowokować reakcji w postaci bombardowania, które byłoby powtórką z roku 1807.

Przez pierwsze trzy lata opór przeciwko niemieckiej okupacji był bardzo wątły. Zarówno król, jak i premier Danii krytykowali wówczas sporadyczne i nieśmiałe akcje sabotażowe przeprowadzane przez rodzący się duński ruch oporu. W przeciwieństwie do Norwegów, którzy stawiali Niemcom czynny opór, wykazując się wielką odwagą i pomysłowością (trzeba jednak podkreślić, że dysponowali niekwestionowanymi atutami w postaci gór i klimatu), Duńczycy właściwie nie mieli większego wyboru – musieli się pogodzić z rolą uległego niemieckiego satelity. Niektórzy zaliczali Duńczyków do grona sojuszników Niemiec, jako że dostarczali oni nazistom nie tylko tak bardzo potrzebnych płodów rolnych, ale nawet żołnierzy walczących na froncie wschodnim i broniących Berlina. Churchill nazwał Danię „kanarkiem Hitlera”.

Ta długa litania strat i klęsk musiała wywrzeć trwały wpływ na Duńczyków. Ja jednak posunę się do stwierdzenia, że przypuszczalnie ukształtowała ich w większym stopniu niż jakikolwiek inny czynnik – bardziej niż geografia, bardziej niż ich luteranizm czy spuścizna wikingów, nawet bardziej niż ich współczesny ustrój polityczny i państwo opiekuńcze. Straty Danii zadecydowały pośrednio o jej sukcesie.

Trudne warunki doprowadziły do znacznie silniejszego zacieśnienia wewnętrznych, „plemiennych” więzi między Duńczykami, niż w jakimkolwiek innym państwie nordyckim. Jak pisze historyk T.K. Derry (na temat przyłączenia Norwegii do Szwecji): „Duński król i naród pogodzili się ze stratą (...) traktując ją jako wspólną niedolę, która złączyła ich we wspólnym dążeniu do uniknięcia wszelkich dalszych zmian”. Straty terytorialne, przegrane bitwy i niezliczone upokorzenia zmusiły Duńczyków, aby skierowali wzrok do wewnątrz i zaszczepiły w nich nie tylko strach przed zmianami i siłami zewnętrznymi, który utrzymuje się do dziś, ale także godną podziwu samowystarczalność i zdolność doceniania tego, co im pozostało.

Utraciwszy pozycję wielkiej europejskiej potęgi, którą niegdyś zajmowała, Dania zmobilizowała resztkę zasobów, jakie zdołała zachować w obrębie swych mocno okrojonych granic, i postanowiła się wyrzec na zawsze wielkomocarstwowych ambicji. Zachodzący później proces można by określić mianem „pozytywnej prowincjonalizacji”. Duńczycy obrali punkt widzenia, zgodnie z którym „szklanka jest w połowie pełna”, przede wszystkim dlatego, że ich szklanka faktycznie była teraz w połowie pełna. Moim zdaniem właśnie taka postawa utorowała im drogę do ich obecnego, powszechnie nagłaśnianego sukcesu.

Naturalnie istnieje wiele powiązanych z sobą czynników kształtujących psychikę narodu, a mój wywód jest z konieczności znacznie uproszczony, lecz ów szczególny pociąg do zaściankowości oraz towarzyszący mu narodowy romantyzm to wyznaczniki „duńskości”. Jej esencję najtrafniej odzwierciedla powiedzenie znane każdemu Duńczykowi:

Hvad udad tabes, skal indad vindes.

(To, co utracone na zewnątrz, odnajdzie się wewnątrz).

Powyższy wers pochodzi z utworu poety H.P. Holsta, napisanego w 1811 roku, ale spopularyzowało go dopiero Det danske Hedeselskab (DDH, pol. towarzystwo na rzecz zagospodarowania wrzosowisk), które uczyniło go swoim hasłem i zinterpretowało całkiem dosłownie, prowadząc osuszanie i rekultywację piaszczystych terenów w Jutlandii. Działalność towarzystwa była tak efektywna, że do roku 1914 Dania zdołała zastąpić hektary gruntów utraconych na rzecz Niemiec areałem świeżo pozyskanych, żyznych ziem uprawnych.

Deklaracja Holsta stanowi ponadto syntezę całego okresu, który stał się złotym wiekiem w kulturze Danii, a który cechowała wzmożona mobilność społeczna oraz rozkwit sztuki. Wtedy to, w połowie XIX stulecia, syn praczki Hans Christian Andersen wydał swoje pierwsze bajki, stając się jednym z pierwszych twórców znanych dosłownie na całym świecie, Søren Kirkegaard napisał przełomowe prace, stanowiące fundament egzystencjalizmu, a wybitny rzeźbiarz Bertel Thorvaldsen, czołowy przedstawiciel klasycyzmu, i tacy malarze, jak C.W. Eckersberg czy jego uczeń Christen Købke, oraz wybitny tancerz i choreograf Baletu Królewskiego August Bournonville przyczynili się do niezwykłego ożywienia twórczości artystycznej w ówczesnej Danii. Duńczycy przyjmowali te dzieła jak ukojenie i swego rodzaju rekompensatę za bolesne straty, jakich doznali w tamtej epoce. Uczyli się tego, w czym są nadal najlepsi: jak być wdzięcznym za to, co się ma i jak robić z tego najlepszy użytek, jak cenić sobie proste przyjemności życia we wspólnocie, jak celebrować swoją duńskość, a przede wszystkim, jak nie drażnić Niemców.

Podczas gdy Szwedzi wysforowali się przed inne państwa ze swoją wielką, modernistyczną i postępową wizją społeczeństwa, Duńczycy świadomie się wycofali, poszukując schronienia w swoim zaściankowym narodowym romantyzmie. Zaściankowość nadal stanowi zasadniczy rys charakteru Duńczyków, lecz gruntowne przewartościowanie ich tożsamości i dumy narodowej doprowadziło do ukształtowania się osobliwej dwoistości, którą można by nazwać „pokorną dumą”, choć ludzie nierzadko biorą ją mylnie za samozadowolenie.

Pozwólcie, że to wyjaśnię: załóżmy, że nie mając żadnego pojęcia o historii tego kraju, poznajesz jakiegoś Duńczyka; zazwyczaj w ciągu pierwszych pięciu minut rozmowy usłyszysz od niego zdanie w rodzaju: „To taki skrawek ziemi. Jest nas niewiele ponad pięć milionów i w zasadzie wszyscy jesteśmy tacy sami”. Twój rozmówca doda też prawdopodobnie, że w jego kraju nie ma gór ani wodospadów i żeby przejechać go samochodem, wystarczą cztery godziny. Ale po pewnym czasie – może to potrwać od pięciu minut do roku, zależy z jakim Duńczykiem mamy do czynienia – zaczniesz wyczuwać niewzruszoną dumę, która kryje się pod powierzchnią skromności i pokory. Duńczyk ów wspomni wówczas mimochodem, że jego kraj jest czołowym producentem turbin wiatrowych na świecie, że w Danii nie ma biedy, są za to wysokie zasiłki, bezpłatny system edukacji i ochrony zdrowia. Usłyszysz, że panuje tam doskonałe równouprawnienie, że Duńczycy są najbardziej solidnym narodem na świecie, że mają najlepszą restaurację na świecie, nie obejdzie się też zapewne bez wzmianki o wikingach.

Znakomitą ilustrację tego schizofrenicznego obrazu samych siebie stanowi rozkładówka w dzisiejszej gazecie. Na jednej stronie znajduje się dowcip rysunkowy przedstawiający chińskich biznesmenów spoglądających na mapę świata. Jeden z nich mówi: „Dania? A gdzie to jest? Czy ktoś może mi podać okulary?”. Obrazek nawiązuje do faktu, że Chińczycy w żadnym innym europejskim kraju nie zainwestowali mniej niż w Danii. Nagłówek na drugiej stronie rozkładówki głosi zaś, że „Thorning może wywrzeć nacisk na Chiny”. W zamieszczonym niżej tekście czytamy, że podczas swojej najbliższej wizyty w Pekinie premier Danii zamierza powiedzieć chińskim przywódcom parę słów do słuchu na temat łamania przez nich praw człowieka; wyobrażam sobie, jak się trzęśli ze strachu.

Duńczycy odczuwają głęboką i uzasadnioną satysfakcję zrodzoną ze świadomości, że udało im się zbudować – na stosunkowo wątłych i niezbyt obiecujących fundamentach – prawdopodobnie najbardziej zadowolone społeczeństwo na naszym globie. Słowo „prawdopodobnie” dodałem od siebie. Duńczycy nie mają w tej kwestii żadnych wątpliwości.

Niebagatelny wkład w ów wspaniały sukces wniosła powołana do życia w połowie XIX wieku Wielka Komisja ds. Szkolnictwa, która położyła podwaliny pod jeden z pierwszych ogólnokrajowych systemów bezpłatnej edukacji podstawowej w Europie. Trzydzieści lat później powstały pierwsze uniwersytety ludowe, zakładane przez poetę, teologa i żarliwego germanofoba Nikolaia F.S. Grundtviga (czołowego duńskiego propagandystę uważanego do dziś za wielkiego bohatera narodowego). Inne ważne momenty w najnowszej historii Danii to pokojowa zmiana ustroju na demokratyczny, kiedy to król zrzekł się władzy absolutnej i przyjął konstytucję w 1849 roku, oraz utworzenie niedługo potem pierwszych spółdzielni rolniczych. Kiedy tani import z USA doprowadził do drastycznego spadku cen zboża, zrzeszeni w spółdzielniach duńscy rolnicy mogli się niemal z dnia na dzień przestawić z uprawy roli na hodowlę trzody chlewnej. Później ktoś się zorientował, jaki rodzaj boczku Brytyjczycy najchętniej jadają na śniadanie, i opracował metodę produkcji wieprzowiny pozwalającą najlepiej zaspokoić ich potrzeby. Duńska siła robocza odnalazła wówczas swoje prawdziwe powołanie.

Duńczycy nie oglądają się wstecz; dziś są czołowymi światowymi producentami wieprzowiny, a w ich rzeźniach przerabia się rocznie ponad 28 milionów świń. Produkcja duńskiego przemysłu mięsnego stanowi mniej więcej jedną piątą światowego eksportu wieprzowiny, połowę krajowego eksportu produktów rolnych i ponad pięć procent duńskiego eksportu ogółem. Co ciekawe, można przemierzyć kraj wzdłuż i wszerz i nie zobaczyć ani jednej maciory, wszystkie bowiem są zamknięte w chlewniach, gdzie stosuje się intensywne metody hodowli.

Ja sam, zanim zacząłem przyjeżdżać do Danii półtorej dekady temu, nie wiedziałem o tym kraju prawie nic, dlatego też zanim zaczniemy zgłębiać sekret duńskiego sukcesu, poświęcę chwilę na przybliżenie wam pewnych aspektów życia we współczesnej Danii, których być może nie jesteście świadomi, a które sprawiają, że stanowi ona tak cudowne miejsce. Lista jest nieco przypadkowa i odrobinę chaotyczna, ale proszę o cierpliwość – myślę, że pozwala wyrobić sobie jakiś pogląd:

• Krajobraz południowej Fionii (duń. Fyn, centralna wyspa Danii), którego płynnie falujące linie przypominają zarys ciała leżącej na boku nagiej kobiety.

• Przyjemne uczucie lekkiego zamroczenia po lunchu złożonym z marynowanego śledzia z czerwoną cebulką na żytnim chlebie, piwa Tuborg i zmrożonego sznapsa.

• Flødebolle, ciepłe lody z polewą czekoladową i waflowym spodem (zdarzają się także z marcepanowym spodem, ale tych radzę unikać).

• Miejsca do parkowania.

• Widok z okna w sali numizmatów w Muzeum Narodowym (Nationalmuseet), które wychodzi na królewskie stajnie na tyłach pałacu Christiansborg, siedziby duńskiego parlamentu.

• Słowo overskud, które znaczy mniej więcej „nadwyżka energii”. Na przykład w zdaniu: „Nie mogę teraz skosić trawnika, bo po tym obfitym, zakrapianym lunchu po prostu nie mam overskud”. Doprawdy nie wiem, jak udawało mi się obejść bez tego słowa przez tyle lat. Inne świetne duńskie słowo to smask – znany każdemu denerwujący dźwięk, który wydają niektórzy ludzie, jedząc, dajmy na to, jabłko lub płatki śniadaniowe, albo kiedy prezenterowi radiowemu zaschnie w ustach.

• Bąk zwyczajny, który w chwili, kiedy piszę te słowa, porykuje za oknem jak syrena mgielna.

• Fakt, że widziałem, jak przed wyborami premier Danii wmieszał się w tłum na kopenhaskim odpowiedniku Times Square i nikt nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi.

• Stacja benzynowa projektu Arne Jacobsena, najbardziej wytworna stacja benzynowa na świecie.

• Serial telewizyjny Klovn – coś jak Pohamuj entuzjazm (ang. Curb Your Enthusiasm) w wersji skandynawskiej, tylko znacznie bardziej wulgarny.

• Wizyta w Bakken, starym parku rozrywki na północ od miasta. To najlepszy sposób, aby cofnąć się w czasie do 1968 roku.

• Niemowlęta śpiące w wózkach na ulicach przed kawiarniami; zupełnie normalne zjawisko występujące w całym kraju i niezależnie od pogody. Była szefowa amerykańskiej komisji do spraw gospodarki mieszkaniowej Catherine Austin Fitts wymyśliła kiedyś wskaźnik pod nazwą Popsicle Index (pol. dosł. wskaźnik loda na patyku), który pozwala na uszeregowanie krajów według odsetka obywateli, którzy uważają, że ich dzieci mogą bezpiecznie wyjść z domu, udać się do najbliższego sklepu po lody i wrócić do domu. Dania musi zajmować najwyższe, a przynajmniej jedno z najwyższych miejsc w tym rankingu. Pewna duńska matka, aktorka Annette Sørensen, przekonała się jednak w 1997 roku, że takie podejście nie sprawdza się w Nowym Jorku; śpiące dziecko, które zostawiła w wózku przed jedną z restauracji na Manhattanie, zostało zabrane przez pracowników opieki społecznej.

• Słowo Pyt. Lekceważące westchnienie, które można z grubsza przetłumaczyć jako: „Odpuść sobie, nie warto się tym przejmować”. Trwa przyjęcie pod chmurką, a tu zbiera się na deszcz? Pyt med det! („Pytz tym!”).

• Prowadzenie w kinach sprzedaży wina i piwa, z którymi można wejść na salę kinową. Czy można sobie wyobrazić lepszy miernik poziomu ucywilizowania społeczeństwa?

• Aktor Jesper Christensen (pan White z Casino Royale), na którego wykrzywionej w cierpkim grymasie, znużonej twarzy jest wyryty cały tragizm świata.

• Malwy wyrastające spomiędzy kocich łbów w Christianshavn, kopenhaskiej dzielnicy kanałów.

• Paleta szarości we wnętrzach z obrazów Hammershoia.

• Gwiazda Śmierci zbudowana z klocków Lego.

Czy pyszne słodkości, marynowane śledzie i skomplikowane zabawki z klocków to recepta na ludzkie szczęście? Prawdopodobnie nie (choć dla mnie – jak najbardziej). Sukces Danii i godne złotego medalu olimpijskiego szczęście jej mieszkańców wymagają czegoś więcej. Znacznie więcej.

3

GINI

Wróćmy na przyjęcie w letnim domku. Chyba najbardziej uderzającym aspektem zorganizowanej przez mego przyjaciela imprezy z okazji przesilenia letniego jest niesamowita mieszanka przedstawicieli najrozmaitszych środowisk, którzy przybyli tu dziś wieczorem, znacznie bogatsza niż na podobnych imprezach w moim kraju. Zdążyłem już pogadać z ginekologiem, autorem publikacji na temat wina, członkiem parlamentu, kilkorgiem ludzi teatru (gospodarz jest piosenkarzem) i nauczycieli (nauczyciele są wszędzie), ale także z rzemieślnikami, kucharzami, z jednym bagażowym i mnóstwem pracowników sektora publicznego, w tym z pielęgniarką, urzędnikiem publicznym i dyrektorką muzeum. Tam w głębi siedzi gwiazda duńskiej telewizji, która prowadzi wieczorny program informacyjno-rozrywkowy; ucina sobie pogawędkę z dekarzem. Za mną stoi członek parlamentu, który zawzięcie dyskutuje z miejscowym plantatorem truskawek na temat szans Danii w jakimś turnieju piłki ręcznej.

Wydaje się, że Duńczycy posiadają niespotykaną łatwość dogadywania się z sobą niezależnie od wieku, przynależności społecznej i poglądów. Równe traktowanie przychodzi im bez najmniejszego trudu. Jedno z moich najcenniejszych wspomnień związanych z tą cechą duńskiego charakteru to wspomnienie z przyjęcia z okazji 40 urodzin mojego znajomego, na którym posadzono jego osiemdziesięcioletnią babcię obok najbardziej „niegrzecznego” rapera w kraju. Przegadali z sobą cały wieczór.

Oczywiście nie bez znaczenia jest tu fakt, że Dania to właściwie jedna wielka klasa średnia lub też, jak przekonują Duńczycy, państwo bezklasowe. Dążenie do stworzenia społeczeństwa, w którym panują równość ekonomiczna i pełne równouprawnienie płci stanowiło siłę napędową społeczno-ekonomicznego rozwoju Danii co najmniej przez ostatnie 100 lat. Niezwykle trafną i zwięzłą charakterystykę tego okresu zawiera kolejny popularny cytat – podobnie jak „To, co utracone...” Holsta, wyimek z dłuższego utworu, tym razem autorstwa Grundtviga, który każdy Duńczyk zna na pamięć:

Og da har i rigdom vi drevet det vidt, når få har for meget og færre for lidt.

(Poczynimy wielkie postępy na drodze ku równouprawnieniu, kiedy niewielu będzie posiadać za dużo, a jeszcze bardziej nieliczni za mało).

Brzmi to jak jakaś utopia, ale – ogólnie rzecz biorąc – Duńczykom udało się to osiągnąć. Jak pisze historyk Tony Hall w książce Scandinavia. At War with Trolls**, fundamentem, na którym Grundtvig zbudował swoje uniwersytety ludowe, była zasada „uczenia ich przy każdej możliwej okazji, że niezależnie od ich statusu społecznego i wykonywanego zawodu należą do jednego narodu i jako tacy mają jedną matkę, jeden los i jeden cel”. W rezultacie, jak podaje „New Statesman”, „standard życia 90 procent populacji [Danii] jest mniej więcej jednakowy”. Ta uderzająca równość ekonomiczna leży u podstaw zadowolenia i sukcesu nie tylko Duńczyków, lecz także wszystkich narodów regionu nordyckiego. Aby dowiedzieć się dlaczego, musimy nadłożyć nieco drogi i udać się na krótko do północnych Włoch z początków XIX stulecia.

Włoski uczony Corrado Gini przyszedł na świat w Treviso w roku 1884 w zamożnej rodzinie ziemiańskiej. Był wyjątkowo uzdolnionym młodzieńcem i już w wieku 26 lat kierował Katedrą Statystyki na Uniwersytecie w Cagliari. Chłodny, oddany swojej pracy i despotyczny Gini bardzo wcześnie zaprzyjaźnił się z Mussolinim i został dyrektorem Centralnego Instytutu Statystyki pod auspicjami duce. W chwili swojej śmierci Gini był powszechnie uznawany za najwybitniejszego włoskiego statystyka wszech czasów, który położył podwaliny pod nowoczesną demografię, socjologię i ekonomię.

Właśnie dzięki Giniemu – co zdumiewa, jeśli weźmiemy pod uwagę jego pochodzenie – dysponujemy dziś nie tylko najmocniejszym, zdaniem wielu, dowodem ukazującym zasadniczą przyczynę wyjątkowości krajów nordyc­kich, ale także najlepszą wytyczną, która pomaga udzielić odpowiedzi na najważniejsze pytanie naszych czasów: jak być szczęśliwym.

Mam na myśli współczynnik Giniego***, metodę statystyczną stosowaną w analizie rozkładu dochodów w społeczeństwie, zaprezentowaną w 1921 roku. Wspomniany współczynnik pozwala określić, jaki procent ogółu dochodów społeczeństwa należy redystrybuować, aby ich rozkład był doskonale równomierny. Do dziś uważa się go za genialnie zwięzłą metodę przedstawiania różnic w zamożności grup społecznych w prostej postaci liczbowej (choć, jak mi wyjaśniono, z czysto technicznego punktu widzenia nie jest to żaden współczynnik).

Zdaniem wielu przedstawicieli współczesnej myśli antropologicznej, politycznej, socjologicznej i ekonomicznej, w tym tak wybitnych postaci, jak laureat Nagrody Nobla, ekonomista Joseph Stiglitz czy politolog i ekonomista Francis Fukuyama oraz tak czcigodnych organizacji jak ONZ, współczynnik Giniego nie tylko trafia w samo sedno problemu nierówności w danym społeczeństwie, ale również pozwala określić z dużym prawdopodobieństwem, jak szczęśliwi i zdrowi są jego członkowie. Innymi słowy, reprezentuje on sumę ludzkiego szczęścia.

Jedną z najszerzej komentowanych i niepozbawionych wpływu na politykę rozpraw na temat równości mierzonej metodą Giniego opublikowali w 2009 roku epidemiolodzy Richard Wilkinson i Kate Pickett. W książce The Spirit Level. Why Equality is Better for Everyone**** Wilkinson i Pickett posługują się danymi statystycznymi z takich źródeł jak Bank Światowy i ONZ, aby dokonać porównania 23 najbogatszych krajów świata i – jak twierdzą – dowieść w sposób przejrzysty, metodyczny i niepodważalny, dlaczego społeczeństwa, w których panuje równość, są po prostu lepsze pod każdym względem od takich, w których występują nierówności społeczne.

„New York Times” w swojej recenzji książki zwrócił uwagę na fakt, że „Stany Zjednoczone są bogatsze i wydają na opiekę zdrowotną więcej niż inne kraje, a jednak dziecko urodzone w Grecji, gdzie średni poziom dochodów jest o połowę niższy niż w USA, jest mniej narażone na śmierć w wieku niemowlęcym, a także będzie żyć statystycznie dłużej niż dziecko amerykańskie”.

Jak wynika z licznych wykresów, którymi chętnie posługują się Wilkinson i Pickett w celu zilustrowania swoich teorii, wszystkie kraje, gdzie występują najbardziej drastyczne nierówności społeczne – Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i, o dziwo, Portugalia – to znaczy takie, w których dochody najbogatszych 20 procent społeczeństwa są do 9 razy większe od dochodów najuboższych 20 procent, borykają się z poważnymi problemami społecznymi. Kraje, gdzie panuje największa równość, są najmniej narażone na tego typu bolączki.

Analiza danych statycznych prowadzi do zasadniczej konkluzji, że nierówności społeczne są źródłem napięć zarówno wśród biednych, jak i bogatych; im większe nierówności panują w danym społeczeństwie, tym mniej korzyści czerpie ono z bogactwa jednostki. Stres wywołany przez różnice w zamożności rodzi nie tylko zazdrość, chodzi bowiem o coś więcej niż pragnienie posiadania takiego samego wołu bądź cadillaca escalade jak nasz sąsiad. Nierówności są źródłem depresji, uzależnień, rezygnacji, a także różnorodnych symptomów fizjologicznych, w tym przedwczesnego starzenia, które dotykają całą populację. Innymi słowy, dobrobyt jednostek to w istocie układ współzależności.

Równość społeczna okazuje się bardzo przekonującym argumentem, choć ma też swoich przeciwników – poznamy ich niebawem. Teraz chciałbym zwrócić uwagę na pewną rzucającą się w oczy niekonsekwencję: gdyby teoria o równości społecznej jako źródle sukcesu danego społeczeństwa była prawdziwa, wówczas najszczęśliwszy kraj na świecie powinien być równocześnie krajem, gdzie występują najmniejsze różnice zamożności. Tak jednak nie jest. Choć globalne rankingi krajów według współczynnika Giniego zmieniają się z roku na rok, najwyższą pozycję zazwyczaj zajmuje Szwecja – nieprzerwanie od kilu lat – lub kraj, który przy odrobinie wysiłku można także uznać za kraj nordycki, czyli Japonia.

Dania, od kilku dziesięcioleci najszczęśliwszy kraj na świecie wedle opinii licznych badaczy, instytucji i Oprah Winfrey, zajmuje z reguły piąte albo szóste miejsce na tej liście, najniższe ze wszystkich krajów nordyckich. Skoro wskaźnik Giniego jest najlepszym wskaźnikiem równomiernego rozkładu dochodów, a równomierny rozkład dochodów stanowi główny element składowy utopii społecznej, to czemu Duńczycy – mieszkający najdalej na południu członkowie klanu nordyckiego, płacący najwyższe podatki, najbardziej chorowici, mający najmniej surowców naturalnych, najbardziej haniebną historię, zdecydowanie najgorszą muzykę pop i najsłabszą gospodarkę – z tak uderzającą regularnością są uznawani za najszczęśliwszy naród na świecie, a nie znacznie bardziej zamożni Szwedzi, u których, jak wskazują wszelkie parametry, panuje większa równość społeczna?

Nie wiedziałem, co o tym myśleć, zadzwoniłem więc do Richarda Wilkinsona.

„No, cóż, moja odpowiedź może pana nieco rozczarować – powiedział profesor Wilkinson z westchnieniem. – Nie wydaje mi się, żeby międzynarodowe rankingi poziomu szczęścia były szczególnie wiarygodne. Przykładowo dla Amerykanina wyznanie, że nie jest szczęśliwy, brzmi jak przyznanie się do porażki, Japończyk tymczasem uzna stwierdzenie, że czuje się szczęśliwy, za przechwałkę. Myślę zatem, że należy zachować w tej kwestii daleko posuniętą ostrożność. Stale napotykamy problemy z subiektywnymi kryteriami w odniesieniu do nierówności. Na przykład, co ludzie mają na myśli, używając słowa „szczęśliwy”, albo jak przedstawiają samych siebie. Nie uważam, że takie badania są zupełnie bez znaczenia, ale nie przykładałbym do nich nadmiernie wielkiej wagi. My opieramy się wyłącznie na danych obiektywnych, takich jak wskaźnik śmiertelności, poziom otyłości i tak dalej”.

To prawda, badania poziomu tak zwanego dobrostanu mają oczywiste wady. Szczęście jest subiektywne i trudno określić jego poziom ilościowy, a ponadto każdy ankietowany rozumie pojęcie szczęścia na swój własny sposób. Można przypuszczać, że poczucie szczęścia ma określone, z grubsza porównywalne parametry w przypadku mieszkańców krajów nordyckich, ale dla Boliwijczyka czy Rwandyjczyka będzie już zapewne czymś nieco innym. Musimy też brać pod uwagę ryzyko stronniczości i odchyleń kulturowych nie tylko ze strony badanych, ale również badających. Trudno na przykład nie zauważyć, że kiedy pomiaru poziomu szczęścia dokonują Szwajcarzy, uznają za czynnik o decydującym znaczeniu bardziej bezpośrednią demokrację (taką jak, powiedzmy, żeby podać pierwszy z brzegu przykład, demokracja bezpośrednia, którą mają w swoich kantonach). Kiedy inni badacze spróbowali wyeliminować proste wskaźniki zamożności jako czynnik wpływający na poczucie szczęścia – jak w przypadku Światowego Indeksu Szczęścia (ang. Happy Planet Index