Skandynawia halal. Islam w krainie białych nocy - Maciej Czarnecki - ebook

13 osób właśnie czyta

Opis

Feministki w hidżabie, muzułmańska społeczność LGBT, drużyna piłkarska uchodźców z Kurdystanu, która awansowała do szwedzkiej ekstraklasy. Twarz islamu w Skandynawii jest wielowymiarowa i nieoczywista. To też problem „zabójstw honorowych”, działalności salafitów, wyobcowania niektórych społeczności. Przyjrzenie się temu z bliska to lekarstwo na fake newsy i niewiedzę o życiu muzułmanów w Europie.
Gdy politycy podsycają strach przed uchodźcami, Maciej Czarnecki, doświadczony i nagradzany reporter, pokazuje prawdziwe historie imigrantów w Szwecji, Norwegii i Danii. Ich opowieści obalają stereotypy i burzą uprzedzenia. To także mocny i ważny głos w dyskusji o imigracji muzułmanów do Skandynawii i – szerzej – Europy. Maciej Czarnecki nie daje gotowych odpowiedzi. Zamiast tego rzetelnie i uczciwie przedstawia losy oraz sposób myślenia tych wyznawców islamu, dla których północna część Starego Kontynentu stała się domem.
Okazuje się, że populistyczny mit o czarno-białym świecie nie jest prawdziwy. Dominują w nim różne odcienie szarości. To właśnie ich jest w rzeczywistości najwięcej. Bo halal to wszystko, co w świetle szariatu jest dozwolone. Granice między wartościami islamu a Zachodem bywają też płynne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 286

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: Michał Wybieralski

Korekta: Danuta Sabała

Projekt graficzny okładki: Ula Pągowska

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Redaktor prowadzący: Katarzyna Kubicka

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

© copyright by Agora SA, 2019

© copyright by Maciej Czarnecki, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-268-2939-0 (epub), 978-83-268-2940-6 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

| DWUSTU GNIEWNYCH LUDZI |

30 marca 2017 roku, dzielnica Rosengård w Malmö. Światła policyjnych latarek odbijają się w kałużach. Psy tropiące prowadzą raz w jedną, raz w drugą stronę, próbując coś wywęszyć po rzęsistej ulewie. Blask świateł radiowozów, ludzie w oknach bloków. Taśmy policyjne zwiastujące najgorsze: znów zginął człowiek.

– To już szósty zabity w tym roku, wiesz? Szósty! Policja powinna coś z tym zrobić – denerwuje się starszy mężczyzna.

Godzinę przed tym, gdy rozległy się strzały, kręciłem się po okolicy. Próbuję sobie przypomnieć jakiś alarmujący szczegół, który pomógłby policji. Grupka młodych ludzi przed wieżowcem: stoją, palą papierosy. Pracownik osiedlowego klubu, który wyszedł przeparkować samochód. Nic istotnego.

W owianym złą sławą Rosengårdzie niemal nie widać rdzennych Szwedów. Są za to Irakijczycy, przyjezdni z byłej Jugosławii, Libańczycy, Somalijczycy i wiele innych nacji. Polaków niewielu, wyprowadzili się do innych części miasta.

Rosengård powstał w latach sześćdziesiątych XX wieku. To jedna z dzielnic rządowego „programu milionowego”: milion tanich, łatwo dostępnych mieszkań w betonowych wieżowcach, otoczonych skwerami, alejkami, drogami rowerowymi, szkołami i pawilonami handlowymi. Dziś mieszkają w nich najbiedniejsi.

Wojna lokalnych gangów sprawiła, że do dzielnicy pielgrzymują reporterzy prawicowych mediów z Europy i Ameryki. Opowiadają później o no-go zone, czyli zakazanym rewirze, który „zwykli” Szwedzi omijają szerokim łukiem, o „polu walki”, „strefie szariatu”, „straconym mieście”.

Rosengård jest symbolem tego, czym w oczach populistów stała się Szwecja – upadłego kraju targanego konfliktami etnicznymi i odmienionego przez radykalny islam.

„Jeśli jakiś dziennikarz twierdzi, że Szwecja jest bezpieczna, zapłacę za jego podróż i noclegi, by pobył na ogarniętych przestępczością imigranckich przedmieściach Malmö” – napisał miesiąc wcześniej na Twitterze Paul Watson z ultraprawicowego portalu Infowars.

Nie chcę jego pieniędzy, ale podjąłem rękawicę.

Moją przewodniczką po dzielnicy jest Gemila al-Kuraishi. Pracuje w ośrodkach dla azylantów, mieszka tu od 1989 roku. Przechadzamy się po zaułkach i głównych ulicach. Proste, zadbane elewacje bloków, dużo drzew, stojaki z rowerami, pojemniki do segregowania śmieci, klomby i ogródki, jak na zrewitalizowanym gierkowskim blokowisku.

Tyle że prawie wszyscy mają ciemny odcień skóry. Niektóre kobiety założyły chusty i tradycyjne muzułmańskie stroje do kostek. Inne odkrywają włosy, wcisnęły się w obcisłe dżinsy. Szwedzki miesza się z arabskim, choć ten drugi słychać częściej. Dwóch nastolatków pali pod blokiem papierosy. Młody mężczyzna szoruje balkon. Inny, w luźnym szarym dresie, wraca na rowerze z siatką zakupów.

– O, popatrz na ten food truck pod mostkiem. Kiedy w szkole był kiepski obiad, zrywaliśmy się tu na falafele za dziesięć koron. To jedno z pierwszych takich miejsc w mieście – opowiada Gemila. I dodaje: – Ludzie z Polski pytają mnie na Facebooku, czy jestem tu bezpieczna.

Do Malmö przyjechała z rodzicami z Warszawy, kiedy miała pięć lat. Jej ojciec pochodzi z Iraku, a matka z Polski.

– Wiadomości, które cytują, są dramatycznie przesadzone. Żyję tu dwadzieścia osiem lat i nigdy nie zostałam napadnięta, obrabowana, dźgnięta nożem. Kocham to miejsce. Gdyby w Malmö rzeczywiście było tak źle, toby nie powstawały te wszystkie nowe dzielnice. Dlaczego tylu ludzi chce tu żyć? Bo miasto się rozwija, jest oferta dla każdego, muzyka, teatr. Jesteś głodny w środku nocy? Zawsze coś jest otwarte.

Gemila zna polski, ale woli rozmawiać po angielsku. – Żebym była precyzyjna – wyjaśnia. W dzieciństwie jej najlepsze przyjaciółki pochodziły z Chin, Chile, Wietnamu. W szkole co chwila obchodzono inne święto, uczniowie przynosili domowe specjały.

– To, że każdy jest inny, było dla nas normalne. Pamiętam, jak na początku lat dziewięćdziesiątych nagle, dosłownie z dnia na dzień, pojawiło się na osiedlu mnóstwo nowych dzieciaków. To byli uchodźcy z Bałkanów. „Cześć” – i już bawiliśmy się razem.

Nie było tylko rodowitych Szwedów.

Gemila pierwszą szwedzką koleżankę miała dopiero na studiach. Jej zdaniem to ogromny problem Rosengårdu. Jak przybysze z Syrii, którzy trafiają tu na swoich rodaków, mają się asymilować? Czy nauczą się języka, skoro w tylu miejscach dogadają się po arabsku? Państwowe kursy to za mało.

– Z czasów, kiedy byłam nastolatką, pamiętam ten podział: „my”, czyli imigranci, i „oni”, Szwedzi z centrum. Kiedy wybudowali tu McDonalda, wszyscy krzyknęliśmy „Hurra!”. Ale potem pomyśleliśmy sobie: pewnie to dlatego, żebyśmy się już nie wyprawiali do centrum.

Gemila nie chce, by jej syn czuł się podobnie. Dlatego zapisała go do szkoły w innej części miasta. W jeszcze innej dzielnicy po lekcjach gra w piłkę nożną. W Malmö każdy chłopak marzy, by być jak Zlatan Ibrahimović, była gwiazda reprezentacji Szwecji.

– Zlatan mieszkał w tym bloku – pokazuje moja przewodniczka. – Mama wołała go na obiad, a on nic, tylko odbijał piłkę.

Idol miejscowej młodzieży urodził się w rodzinie imigrantów z Jugosławii. Jego ojciec był bośniackim muzułmaninem, matka chorwacką katoliczką. W jednym z wywiadów powiedział, że dla niego religią jest futbol. W innych deklarował się jako katolik.

Niewiele brakowało, by w wieku kilkunastu lat rzucił piłkę dla pracy w dokach, ale menedżer przekonał go, by dalej grał. Wkrótce z FBK Balkan, klubu założonego przez imigrantów z Jugosławii, przeniósł się do Malmö BI, a stamtąd do Ajaxu Amsterdam. To był początek jego bogatej kariery.

Strzelając kolejne gole w barwach Barcelony czy PSG, a przede wszystkim w żółtej koszulce reprezentacji Szwecji, Zlatan stał się żywym symbolem tego, jak imigracja może wzbogacić kraj. Był uwielbiany nawet, kiedy czasem wdawał się w bójki i awantury z kolegami z drużyny lub z trenerami. W oczach chłopaków z trudnych dzielnic tylko na tym zyskiwał.

W miejscu, gdzie niegdyś kopał piłkę pod blokiem, Zlatan wraz z firmą Nike i miejską spółką zbudował boisko. Na Zlatan Court składa się też ścianka treningowa z otworami do ćwiczenia celności strzałów. Napis na pobliskim mostku, przypisywany Zlatanowi, głosi: „Możesz zabrać człowieka z Rosengårdu, ale nie zabierzesz Rosengårdu z człowieka”.

– Kiedy wszyscy dają ci do zrozumienia, że jesteś inny, w końcu uznajesz, że tak rzeczywiście jest. Zawsze powtarzam, że integracja wymaga wysiłku obu stron: imigranta i Szweda – mówi Gemila.

Niedawno syn zapytał ją, kim właściwie jest. Odpowiedziała, że sam musi to odkryć. Po niej ma korzenie polsko-irackie, po ojcu – libańsko-szwedzkie.

Gemila uznała, że jest po prostu sobą. Potrafi płynnie przechodzić z rozmów z rodowitymi Szwedami do świata imigrantów. Jak mówi, „z technicznego punktu widzenia” jest muzułmanką, lecz w domu pomagała dekorować bożonarodzeniową choinkę. Był czas, że szukała swojej tożsamości w Polsce, ale się zniechęciła.

– Kiedy mówię o moim mieszanym pochodzeniu Irakijczykom, machają ręką: „Jakie tam mieszane, jesteś nasza!”. A Polacy odwrotnie – wykluczają. Jak ten kelner w restauracji w Warszawie, który zrobił się zwyczajnie niemiły, kiedy usłyszał, że mówię po polsku. Albo jak ochroniarz, który chodził za mną po sklepie we Wrocławiu... Koleżanka tłumaczyła mi: „Myślał, że jesteś Romką”.

Przechodzimy pod mostkiem, na którym napisano: „Dom jest tam, gdzie twoje serce”. Widzę kamień pamiątkowy, pod nim bukiet kwiatów, kilka zniczy.

– Tu zabito jedną z ofiar – wyjaśnia Gemila.

W styczniu 2017 roku na dworcu autobusowym w Rosengårdzie zginął szesnastoletni Ahmed. Dostał sześć strzałów z bliskiej odległości. Wszystkie od tyłu. Po tej tragedii ulicami miasta przeszedł marsz przeciwko przemocy.

W piwnicznym biurze na obrzeżach dzielnicy spotykam się z Housamem Abbasem, kuzynem Ahmeda.

– To był dobry chłopak, niezamieszany w żadne przestępstwa. Dobre oceny, świetne relacje z innymi w szkole. Przyjaciele go kochali. Chciał zostać lekarzem. Policja nie znalazła żadnego motywu – mówi drżącym głosem.

Ahmed i jego krewni przybyli do Szwecji w 2009 roku jako uchodźcy z Iraku. Parę lat wcześniej tę samą drogę przebył Housam. Jest inżynierem, udziela się też w lokalnym domu kultury, organizując pogadanki dla młodzieży.

– Ta śmierć odbiła się głośnym echem, bo dotąd ginęli głównie ludzie powiązani z gangami. Wyjątkiem był Rami, który zginął w grudniu, a potem Ahmed – opowiada Abbas. – Rami miał dwadzieścia cztery lata, został zamordowany w lepszej dzielnicy. Był dentystą. Przez sześć lat kształcił się w Polsce. Do Szwecji wrócił w zeszłym roku, a dwa tygodnie przed śmiercią dostał pracę.

Abbas ma żonę i trzyletnią córkę.

– Boję się o nie. Co rano zawożę dziecko do przedszkola, po południu odbiera je żona. Niedawno doszło do morderstwa pięćdziesiąt metrów stamtąd. A kiedy żona pisała artykuł o tym, jak bardzo brakuje nam Ahmeda, zobaczyła w internecie informację o kolejnym zabójstwie. Wpadła w panikę, nie wiedziałem, jak ją uspokoić. Zadzwoniłem do szpitala, ale poradzili mi, bym po prostu przy niej był. Kocham Malmö, ale chcemy tu żyć bezpiecznie.

Zdaniem Abbasa policja powinna mieć większe uprawnienia w walce z przestępcami. Należy zaostrzyć prawo, by karać także osoby poniżej piętnastego roku życia. On, siostra Ramiego i kilku innych aktywistów przekazali te postulaty ministrowi sprawiedliwości podczas spotkania w Sztokholmie.

– Nastolatki świetnie wiedzą, że są bezkarne. Przez most łączący nas z Kopenhagą napływa dużo broni. Wiesz, jak łatwo ją dostać? Rozmawiałem na ulicy z trzynastolatkiem, który powiedział: „Gdybyś chciał, mógłbym ci załatwić pistolet za trzy tysiące koron”. Prosiliśmy z żoną, by na naszej ulicy zamontowano kamery, ale wniosek został odrzucony. Czytałem w gazecie, że tak naprawdę za przestępstwami stoi grupa około dwustu młodych ludzi. Dlaczego policja nie może sobie z nimi poradzić?!

– Niektórzy mówią: „Wszystko przez imigrantów, wystarczy się ich pozbyć” – wtrącam.

Abbas jest autentycznie zdziwiony.

– Mam szwedzki paszport, tak samo jak Ahmed. Przyjechaliśmy tu i przestrzegamy prawa. Jesteśmy Szwedami. Pracuję, moja żona i siostra też, płacimy wysokie podatki. Dwaj bracia Ahmeda pracują w służbie zdrowia. To dobrzy ludzie. Jacy imigranci? Problem mamy z gangsterami!

Nazajutrz po strzelaninie, której niemal byłem świadkiem, lokalny dziennik „Sydsvenskan” podaje, że aresztowano siedmiu podejrzanych, a ofiarą był znany wcześniej policji dwudziestotrzylatek. Podobno wcześniej mu grożono, podobno w styczniu był świadkiem innego zabójstwa.

Mieszkańcy Rosengårdu, których wypytuję na ulicy o poczucie bezpieczeństwa, odpowiadają różnie: „Na co dzień żyje się tu normalnie”, „Prasa przesadza”, ale też: „Boję się”. Te ostatnie słowa mówi kilkunastoletni Szwed palestyńskiego pochodzenia. – Gdybym mógł, od razu przeniósłbym się do innej dzielnicy – podkreśla nastolatek.

– Tu żyją zwykli ludzie. Poza paroma rozwydrzonymi dzieciakami – twierdzi z kolei dwudziestokilkulatek z Iraku.

Wicekomisarz policji w Malmö Anders Wiberg potwierdza statystyki przytaczane przez Abbasa.

– Zidentyfikowaliśmy dwieście pięć osób, które mają na koncie łącznie tysiąc siedemset wyroków. To młodzi w wieku, powiedzmy, od piętnastu do dwudziestu pięciu lat. Nie mówimy o gangach, lecz o lokalnych, luźnych grupach przestępczych – wyjaśnia Wiberg.

Przyznaje, że zwykle ofiary pochodzą ze środowiska przestępczego. Nie może potwierdzić ani zaprzeczyć, że Ahmed rzeczywiście był „dobrym chłopakiem” – to szczegóły śledztwa.

– Czy policja ma za mało środków, by poradzić sobie w Rosengårdzie? – pytam.

– Chcielibyśmy mieć więcej, ale staramy się. Przy obecnych dochodzeniach pracuje wystarczająco wiele osób.

– Przecież niedawno media pisały: „Policja w Malmö prosi o pomoc”.

– Chodziło o przesunięcia wewnątrz naszej służby. Dostaliśmy wsparcie.

Rozmawiamy 30 marca rano. Kilka godzin przed kolejnym zabójstwem.

– Jestem tu od kilku dni i nie widziałem żadnego patrolu – mówię.

– Jesteśmy obecni w dzielnicy, widoczni, kiedy potrzeba – odpowiada zdawkowo Wiberg.

W 2008 roku w Rosengårdzie wybuchły rozruchy. W tym samym roku strażacy zaapelowali o eskortę policyjną, kiedy obrzucono ich kamieniami i jajkami.

– Rosengård to no-go zone?

– W Szwecji nie ma takich stref. To nieporozumienie, które kreują zagraniczne media. Dla nas to wręcz go zone, teren, na którym powinniśmy być szczególnie obecni. Mamy tam komisariat – mówi Wiberg.

Pytany o „strefę szariatu” także zaprzecza. Dodaje jednak, że policja zidentyfikowała w całym kraju piętnaście obszarów, na których, choć obowiązuje tam szwedzkie prawo, występują „paralelne struktury społeczne”. Wśród nich jest Rosengård.

Co to oznacza? Policyjny raport mówi o nieformalnych pożyczkach między mieszkańcami, lokalnych autorytetach rozstrzygających spory między osobami lub klanami, nielegalnych sklepikach z przemycanym alkoholem i papierosami, specjalnych funduszach grup przestępczych, z których wspiera się członków rodzin skazanych.

Według raportu „nie ma w Szwecji obszaru, na którym paralelny system społeczny istnieje w pełni”. Ale są namiastki, które – jeśli wymkną się spod kontroli – mogą się rozwinąć. Zwłaszcza że we wspomnianych miejscach występują „generalna niechęć do uczestniczenia w procesach sądowych”, „trudności policji w wykonywaniu swej misji”, „promujący przemoc ekstremizm religijny”. Niekorzystna jest także bliskość podobnych dzielnic.

Wiberg jest przekonany, że policja sobie poradzi: – Współpracujemy z politykami. Niedługo wejdzie w życie nowe prawo. Jeśli złapiemy kryminalistę z bronią, od razu trafi za kratki. Teraz, jeśli masz pistolet, ale jesteś dość młody, od razu wychodzisz. Ta zmiana może zmniejszyć przemoc.

– Na ostry dyżur w Malmö co roku trafia kilka osób z ranami postrzałowymi – mówi Paulina al-Kuraishi, siostra Gemili, która przez pięć lat była pielęgniarką pogotowia. Napatrzyła się na rannych młodych chłopaków, do których już następnego dnia przychodzą rodziny i znajomi. Na oddziale bywa wtedy głośno.

– Ale u mnie musieli się zachowywać: wycisz telefon, schowaj te wystające majty. Taka dyscyplina z miłości. Może tego im właśnie brakuje. Bo w Szwecji każdy dba o swoje.

– Nie bałaś się?

– A skąd! Ile razy podchodzili do mnie na ulicy: „O, to ta z izby! Pamiętasz? Wyrzuciłaś mnie, bo hałasowałem”. Dalej mieszkam na Rosengårdzie. Mówię im: „Ej, chłopcy, puszki do śmietnika, ma tu ładnie wyglądać!”. Zależy, jakie masz podejście do ludzi.

Paulina wspomina, że dzielnica miała fatalną prasę już w latach dziewięćdziesiątych. Dziennikarze ze Sztokholmu przyjeżdżali „patrzeć jak na małpy w zoo”. Tworzyli niestworzone opowieści o tym, że mieszkańcy zrywali parkiety, by uprawiać warzywa w pokoju.

– Wstydzę się jednej sytuacji. Przyjechała do mnie koleżanka ze Sztokholmu. Z duszą na ramieniu, bo wiadomo – Rosengård. Siedzimy, aż tu nagle ktoś puka do drzwi. Było po dwudziestej drugiej. W Szwecji nie przychodzisz do znajomych ot, tak – wcześniej dzwonisz, musisz się zapowiedzieć. Patrzę przez wizjer – jakiś czarny mężczyzna. Koleżanka tak mnie podpuściła, że nie otworzyłam. Po pół godzinie znów dzwonek, tym razem sąsiad. Też nie otworzyłam. Nie wiem czemu. Następnego dnia okazało się, że zostawiłam klucze w drzwiach. Sąsiad zaniósł je na policję. Tak jest na Rosengårdzie. Pilnujemy się. Szwed nie widziałby tych kluczy, odwróciłby głowę w drugą stronę.

Paulina twierdzi, że znacznie częstszymi gośćmi od młodocianych przestępców są na pogotowiu szwedzcy staruszkowie, którzy po prostu chcą z kimś porozmawiać, oraz Polacy.

– Ile to razy przywozili ich karetką, bo spadli po pijaku z drabiny! Wieczorami trafiali się kompletnie pijani. Dwaj rekordziści na intensywnej terapii mieli po sześć promili. Byli potem dumni, że przeżyli. Alkohol jest tu strasznie drogi, więc Polacy wiele razy kradli nam etanol do odkażania.

Według oficjalnych danych w trzystudwudziestotysięcznym Malmö mieszka ponad siedem tysięcy Polaków. Na skrzyżowaniu Södra Förstadsgatan i Smedjegatan są obsługujące ich delikatesy Polonus.

Obok szwedzki supermarket, restauracja Indian Haweli i lokal z bliskowschodnią szawarmą. W tej części miasta etniczna szwedzkość styka się z imigracją w wersji light, sprowadzoną do knajp z wybornym jedzeniem i sklepów z fajkami wodnymi. Na południowym wschodzie rozciąga się Rosengård, na północy – ścisłe centrum, w którym dominują biali Szwedzi.

Właścicielem Polonusa jest Jan Wilbring, który z PRL wyemigrował w latach siedemdziesiątych.

– Miałem w Szwecji siostrę, znalazłem sobie fikcyjną żonę Szwedkę – opowiada. – Na początku była firma budowlana, mycie klopów. Nie było lekko. Sklep mam od dwudziestu lat, jakoś się kręci.

Rozmawiamy w kantorku na zapleczu, Wilbring obserwuje na kilku ekranach wnętrze sklepu.

– Kto kradnie? – pytam.

– Romowie. Złapałem ich ze sto razy, ale ani razu nie poszedłem na policję, bo nic nie zrobi. Jest duży nacisk, by odpuszczać, bo to prześladowana grupa.

Pytam Wilbringa, czy czuje się w Malmö bezpiecznie.

– W środku nocy to może nie całkiem, ale z tymi strzelaninami nie jest tak źle, że wyjście na ulicę to już kula w łeb. To są porachunki między gangami. Czytam, co wypisują w Polsce, i łapię się za głowę. Dziesięć lat temu Szwecja grała w tenisowym Pucharze Davisa z Izraelem i była zadyma grupy palestyńskiej. Ludzie do dziś robią z tego wrzutki do internetu, że to niby teraz się dzieje.

Mimo tego sceptycyzmu właściciel Polonusa popiera antyimigranckich Szwedzkich Demokratów.

– Należy pomagać uchodźcom, ale tym naprawdę potrzebującym. W Rosengårdzie masa ludzi siedzi na zasiłkach, nie są zainteresowani pracą. Państwo uzależniło ich od pomocy, więc biednieje. Ja radziłem sobie sam. Jestem liberałem i uważam, że dobre państwo daje ludziom wolną rękę, zamiast się wtrącać w wychowanie dzieci i krępować inicjatywę. Im więcej pracowałem, tym bardziej byłem karany podatkami. Ale pracowałem dalej. Mam duży szacunek do imigracji irańskiej: asymilują się, przynoszą korzyści gospodarce. Persowie to podobno najlepiej wykształceni taksówkarze na świecie.

Zdaniem Wilbringa Szwecją rządzi „mafia politycznej poprawności”.

– Nie jesteś politically correct, to tracisz pracę. Szwedzcy Demokraci są uważani za partię rasistowską, ale to, o czym mówi teraz rząd – zaostrzone kontrole na granicach – to przecież ich program.

– Nie obawia się pan, że nastroje antyimigranckie obrócą się przeciwko Polakom?

– Niby jest takie ryzyko... Gdyby nas było pół miliona, to może tak. Ale jest nas za mało, nie stanowimy problemu.

– Parę lat temu podczas wycieczki usłyszałem, że w ONZ reprezentowane są sto dziewięćdziesiąt trzy kraje. A w Malmö żyją obywatele aż stu siedemdziesięciu z nich. Absolutna światowa czołówka: Nowy Jork, Londyn, Waszyngton, no i my. Pomyślałem sobie, że byłoby fajnie, gdybyśmy mieli wszystkich! Wiesz, takie hasło: „Malmö – naprawdę globalne miasto”. Celebracja różnorodności – mówi Finnur Sverrisson.

Energiczny Islandczyk nie ma nic przeciwko artykułom o przestępstwach w Malmö. Ale denerwuje go, że zagraniczne media skupiają się wyłącznie na tym. Jego zdaniem kreuje to wypaczony obraz miasta.

Sverrisson piętnaście lat temu przyjechał do Malmö z rodzinnego Reykjaviku. Studiował wychowanie przedszkolne, teraz jest menedżerem projektów. „Little Big Malmö”, finansowany społecznie projekt, który wymyślił, poszukuje chętnych do przeprowadzki między innymi z Tonga, Kiribati, Palau, Andory, Liechtensteinu czy Belize. Oferuje lot, roczne zakwaterowanie, a nawet rower. Jedyny warunek: kandydat do przeprowadzki musi znaleźć sobie pracę. Trzy osoby już przyjechały – z Bhutanu, Saint Vincent i Grenadyny oraz Malediwów. Kolejna przerejestrowała się jako obywatel Sudanu Południowego, który w 2011 roku oddzielił się od Sudanu.

– W pierwszym tygodniu dostaliśmy czterysta aplikacji. Nie dziwię się. To świetne miejsce do życia i wychowywania dzieci – uważa Sverrisson. I wylicza: – Ogrom możliwości, wiele międzynarodowych firm, ale też niewielkich start-upów. Zieleń, rowery, ludzie. Dwadzieścia pięć minut podróży pociągiem i jesteś już w Kopenhadze. Kiedyś jeździłem tam częściej, bo po szóstej wieczorem zamykano tu wszystkie restauracje, nic się nie działo. Teraz już nie jeżdżę, bo Malmö rozkwitło.

Sverrisson opowiada o teatrach, festiwalach filmowych, parkach, artystach graffiti, rozsianych po całym mieście tematycznych placach zabaw dla dzieci, rewitalizacji portowej dzielnicy, kreatywnym tyglu i tych małych rzeczach, które tworzą magię miejsca. Jak miniaturowa makieta „mysiej restauracji” zbudowana na ulicy w centrum przez anonimowego artystę.

– Skąd więc bierze się taki czarny obraz miasta?

– Tych dwieście osób robi dużo hałasu. Strzelają do siebie, załatwiając porachunki. Każda społeczność ma swoje problemy, ale ponieważ żyjemy w relatywnie niewielkim mieście, są utożsamiane z całym Malmö.

Dyskusja o przestępczości i jej źródłach jest w Szwecji trudna, bo władze nie publikują statystyk na temat pochodzenia etnicznego sprawców. Robiły to w przeszłości – ostatnio w raporcie Narodowej Rady Zapobiegania Przestępczości z 2005 roku. Wniosek za każdym razem był jasny: imigranci częściej łamią prawo. Rząd stwierdził, że udowadnianie tego w kółko nie ma sensu, i zamknął rejestry.

Jeśli chciał odebrać amunicję tym, którzy cytują wyrwane z kontekstu dane i straszą nimi opinię publiczną, wyszło to średnio. Teraz ci sami ludzie grzmią, że Sztokholm coś zataja.

Publikowania takich danych domaga się nie tylko prawica, ale i część liberalnej lewicy, która zdaje sobie sprawę, że obecna sytuacja to woda na młyn populistów. Dyskusja powróciła latem 2018 roku, kiedy szwedzka publiczna telewizja SVT opublikowała statystyki dotyczące gwałtów. Okazało się, że pięćdziesiąt osiem procent mężczyzn skazanych za gwałt w ostatnich pięciu latach urodziło się poza granicami Szwecji.

Dla przeciwników imigracji to mocny argument za tym, by zamknąć granice. Zwolennicy odpowiadają: imigranci częściej łamią prawo nie dlatego, że pochodzą z jakiejś przestępczej kultury, lecz dlatego, że stanowią najuboższą część społeczeństwa. Dla zwolenników otwartych granic to raczej dowód na to, że należy poprawić politykę społeczną.

Eksperci także skłaniają się ku tej interpretacji. Kryminolog na Uniwersytecie w Sztokholmie profesor Jerzy Sarnecki tłumaczy, że wbrew obiegowym opiniom przestępczość w Szwecji jest niższa niż w latach osiemdziesiątych, kiedy imigrantów było znacznie mniej.

– Jeśli porównamy imigrantów i rodowitych Szwedów, którzy wyrośli w podobnych warunkach społecznych i ekonomicznych, to nie będzie między nimi większej różnicy w prawdopodobieństwie dokonania przestępstw. Po prostu cudzoziemcy stanowią najniższe klasy społeczne i większość mieszkańców „trudnych dzielnic” – twierdzi profesor Sarnecki.

Kryminolog wyemigrował do Szwecji wraz z rodziną po wydarzeniach marcowych w 1968 roku. Od lat bada problem przestępczości wśród imigrantów.

– W Sztokholmie, Göteborgu czy Malmö powstały enklawy, gdzie mamy ogromne bezrobocie i problemy ze szkołami. Wielu uczniów podstawówek nie uzyskuje odpowiednio wysokich wyników, by przejść do liceum. W takich obszarach – amerykańscy socjologowie opisali to już sto lat temu – tworzą się gangi, rozwijają subkultury. Młodzi – głównie imigranci z pierwszego i drugiego pokolenia, którzy są w Szwecji od dość dawna – nie potrafią się komunikować ze społeczeństwem. Dlatego starają się rozwiązywać problemy, biorąc sprawy w swoje ręce.

Zdaniem profesora Sarneckiego Szwecja popełniła poważny błąd.

– Z amerykańskich badań wiadomo było, jakie ryzyko istniało. Pomimo to władze państwowe nie inwestowały dostatecznie w imigranckie dzielnice, przedsiębiorcom nie opłacało się otwierać tam sklepów. To porażka próby integracji, choć zaznaczam, że dotyczy dość małej grupy. Typowa tendencja w społeczeństwach kapitalistycznych jest taka, że biedni mieszkają w najtańszych dzielnicach, a potem, kiedy ich los się poprawia, wyprowadzają się. Wielu imigrantów żyło w takich dzielnicach przez dziesięć-piętnaście lat, aż nauczyli się języka, dostali pracę, przenieśli się gdzie indziej. Zostali ci, którym się nie udało. Ludzie z problemami edukacyjnymi, bezrobotni. Stworzyli przestępcze struktury, które będą rekrutowały nowych członków.

Profesor Sarnecki przekonuje, że Szwecja powoli się uczy, więc należy być optymistą.

Jednak najnowsze dane nie są pocieszające. W porównaniu z innymi krajami Szwecja dalej ma niski współczynnik zabójstw (jedno na sto tysięcy mieszkańców), ale te z udziałem broni palnej zdarzają się coraz częściej. W 2018 roku zastrzelono czterdzieści pięć osób, a raniono sto trzydzieści pięć. W pierwszej połowie 2019 roku zginęło w Sztokholmie tyle samo osób, ile w całym 2018 roku.

W przestronnym gabinecie Annelie Van Lunteren, dyrektorki szkoły podstawowej Rosengårdsskolan, niemal nie słychać gwaru z korytarza. Na ogromnej tablicy wiszą kolorowe karteczki z nazwiskami. Żółte oznaczają zwykłych nauczycieli. Białe, niebieskie i pomarańczowe dodatkowych pedagogów, na których placówka dostaje ekstra fundusze od władz – to mniej więcej jedna piąta kadry.

Parterowe budynki szkolne mają spadziste dachy i pastelowe elewacje. Otaczają je boiska i place zabaw. Uczy się tu czterysta dzieci mówiących dwudziestoma-trzydziestoma językami. Połowa jest w Szwecji krócej niż cztery lata. Nie ma ani jednego etnicznego Szweda. Dwoje dzieci pochodzi z mieszanych małżeństw, w których jedno z rodziców jest z Polski.

– Dzieci, które dopiero przyjechały do Szwecji, trafiają na dwumiesięczny kurs językowy, a potem do zwykłych klas. W tym wieku szybko uczysz się języka. Większym wyzwaniem jest to, że grupa nieustannie się zmienia, bo ludzie się wyprowadzają – mówi Van Lunteren.

Typowa szkoła podstawowa w Szwecji ma klasy od pierwszej do dziewiątej. Jednak w Rosengårdsskolan są tylko klasy od pierwszej do szóstej. Potem uczniowie są rozdzielani do różnych szkół w całym mieście.

– Taki system wprowadzono cztery lata temu. Zamknięcie klas siedem-dziewięć było decyzją polityczną, by poradzić sobie z problemami w szkole. Teraz jest spokojnie – tłumaczy dyrektorka.

Jak dodaje, stopniowo poprawiają się też oceny (w Szwecji daje się je od szóstej klasy). Pod koniec 2016 roku szkołę odwiedziła komisja z ministerstwa. Van Lunteren z nieukrywaną satysfakcją pokazuje mi wyniki inspekcji. We wszystkich sześciu kategoriach (między innymi jakość nauczania i pomoc uczniom) Rosengårdsskolan oceniono pozytywnie.

Kilkaset metrów za szkołą stoi kościół katolicki, nieco dalej luterański oraz meczet. Ten ostatni był kilkakrotnie podpalany. W 2009 roku do jego imama strzelał Peter Mangs – sprawca serii ataków w mieście na osoby o imigranckim wyglądzie. Obecnie odsiaduje dożywocie.

– Kościoły na skraju strefy szariatu? – udaję zdziwienie przed luterańską duchowną Martą Gustavsson.

– To żadna strefa szariatu. Rosengård ma wysoki odsetek muzułmanów, ale jesteśmy tam obecni. Wielu imigrantów przychodzi do nas po pomoc. Większość naszych wiernych to ludzie z dzielnicy obok, gdzie osiemdziesiąt procent mieszkańców to biali, ale w Rosengårdzie organizujemy na przykład zajęcia letnie dla dzieci, gry i zabawy, wycieczki na plażę. Raz pewna muzułmańska dziewczynka powiedziała: „Nie wchodźmy tu, to haram [zabronione]”. Druga na to: „Daj spokój, to dom Boga” – mówi Gustavsson.

Na tablicy przy wejściu do kościoła wisi zdjęcie mojej rozmówczyni i pozostałych duchownych. Dominują kobiety. Szwedzcy luteranie wyświęcają je od 1960 roku.

– Skąd problemy Rosengårdu?

– Jeśli w jednym miejscu żyje wielu ubogich ludzi, tworzy się pewna mentalność zgorzknienia, poczucie, że nie można się stamtąd wyrwać. Wielu mieszkańców czuje, że inni są wobec nich podejrzliwi. Kryminaliści mają ułatwione zadanie.

– Ci „inni” to wasi wierni?

– Uważam, że są niesprawiedliwie osądzani. Mówią: „Chcemy pomagać, ale wszyscy imigranci nie powinni żyć w takim skupisku”. Po prostu się boją – mówi Gustavsson.

Niedawno kościół wysłał do okolicznych szkół zaproszenie na zajęcia o świętach wielkanocnych. Zgłosiło się pięć klas, w tym cztery z Ögardsskolan – szkoły działającej przy meczecie.

– Z publicznej szkoły była tylko jedna klasa. Zaczęliśmy więc dzwonić do dyrektorów. Mówili: „Wiecie, religia to delikatny temat, co powiedzą rodzice...”. Gdyby świeckie szkoły chciały z nami współpracować, lepiej walczylibyśmy z problemami dzielnicy.

| KRAINA MITÓW |

Najpierw liczba cudzoziemców gwałtownie się zwiększa, później deklarują, że nie będą przestrzegać naszego prawa, naszych obyczajów, a później – albo równolegle – narzucają swoją wrażliwość i swoje wymogi w przestrzeni publicznej, w różnych dziedzinach życia. W Szwecji są pięćdziesiąt cztery strefy, gdzie obowiązuje szariat i nie ma żadnej kontroli państwa. Czy tego chcecie w Polsce?

JAROSŁAW KACZYŃSKI, PRZEMÓWIENIE W SEJMIE Z 16 WRZEŚNIA 2015 ROKU

Musimy dbać o bezpieczeństwo naszego kraju. Popatrzcie, co się dzieje w Niemczech, co się stało zeszłej nocy w Szwecji. Szwecja, kto by w to uwierzył? Szwecja. Przyjęli dużą liczbę [imigrantów]. Mają problemy, o których nigdy im się nie śniło.

DONALD TRUMP, PRZEMÓWIENIE NA FLORYDZIE Z 18 LUTEGO 2017 ROKU

Rosengård, który wiosną 2017 roku opisałem w reportażu w „Dużym Formacie”, zapoczątkował serię moich wypraw na potrzeby tej książki do Szwecji, Norwegii i Danii.

W ożywionych dyskusjach o imigracji owe kraje, a zwłaszcza Szwecja, stały się ekranem, na który różni komentatorzy wyświetlają projekcje swoich strachów, fobii i nadziei. W popularnej wizji trumpopodobnej prawicy skandynawskie kraje przyjęły za dużo uchodźców i teraz mają za swoje: ciemnoskóre wyrostki gwałcą kobiety, palą samochody, bezczelnie lenią się na socjalu, a do tego próbują wprowadzać szariat. Środowiska lewicowo-liberalne czasem nadal stawiają Sztokholm na piedestale, choć gołym okiem widać, że w kwestii integracji szwedzkie władze popełniły poważne błędy. Dla obu stron światopoglądowego sporu chyba żaden inny kraj nie symbolizuje mocniej niż Szwecja nowego zachodniego społeczeństwa, w którym muzułmanie są bardzo widoczni w przestrzeni publicznej.

Myślałem o tym, by przytoczyć kilkanaście głośnych tez światowych mediów i polityków na temat Skandynawii – choćby doniesienia Breitbart.com o no-go zones i ostrzeżenia ze strony Kaczyńskiego i Trumpa, który wspomniał o niesprecyzowanym incydencie, choć w Szwecji owego dnia nic się nie stało – i zderzyć je z rzeczywistością, jak w relacji z Malmö. Szybko zrozumiałem jednak, że działając w ten sposób, nadal będę zależny od populistów – to oni będą mi dyktować dobór tematów. Postanowiłem zarzucić sieci szerzej, opisując także życie „zwykłych” muzułmanów w Skandynawii.

Używam cudzysłowu, bo to zróżnicowana grupa. To jeden z głównych wniosków z pracy nad tą książką: często wrzucamy ich do jednego worka, mówimy „muzułmanie to, muzułmanie tamto...”. Ale co, poza szahadą, czyli muzułmańskim wyznaniem wiary, tak naprawdę łączy imigranta w trzecim pokoleniu z na pół zlaicyzowanej rodziny o irańskich korzeniach z młodym uchodźcą z pustynnej Somalii? Albo feministkę w hidżabie (tak, są takie) z konserwatywnym imamem meczetu Rabita w Oslo?

Zbierając materiał, wszedłem incognito na największy w Skandynawii kongres salafitów. Rozmawiałem z pierwszym nauczycielem języka i literatury norweskiej pakistańskiego pochodzenia. Tropiłem losy młodego Czeczena, który wyruszył ze Skandynawii na dżihad w Syrii. Namówiłem na zwierzenia o dzieciństwie w Oslo znaną reżyserkę o pakistańskich korzeniach, zdobywczynię dwóch statuetek Emmy. I młodego Somalijczyka, który po przybyciu do Norwegii poszedł na wojnę z wujem oprawcą, a potem wylądował w więzieniu. Rozmawiałem z tureckim apostatą i organizatorem wieczorków dla muzułmańskiej społeczności LGBT. Dopytywałem, jak pakistańskie matki swatają swoje córki, dlaczego Somalijczycy podzielili niegdyś dworzec kolejowy w Sztokholmie na strefy wpływów i jak przestrzega się postu od świtu do zmierzchu pod kołem podbiegunowym, gdzie przecież cały czas jest jasno.

Przekonałem się, że obok osób pozostających mentalnie jedną nogą w Bagdadzie czy Mogadiszu, są i takie, które świetnie odnajdują się w skandynawskich społecznościach. A najciekawsi są ci pośrodku, łączący wymogi islamu z wartościami zachodniego świata i tworzący nowy rodzaj tożsamości. Jak Szwedka jordańskiego pochodzenia Iman Aldebe, która projektując hidżaby, stara się je przekształcić z symbolu opresji w pożądany obiekt świata mody. Albo drużyna piłkarska uchodźców z Kurdystanu, której nazwa – Dalkurd – nawiązuje jednocześnie do szwedzkiego hrabstwa Dalarna i ukochanej krainy ojców. Właśnie w tym kontekście należy odczytywać tytuł tej książki. Słowo halal oznacza w islamie wszystko, co dozwolone.

Okazuje się, że wiele doniesień wątpliwej reputacji mediów, kiedy obedrzemy je z sensacyjnej otoczki, dotyka prawdziwych problemów: zmuszania muzułmanek do małżeństw, obrzezania dziewczynek, ograniczania praw kobiet, radykalizacji młodzieży, paralelnych struktur społecznych... Nie uciekam od tych spraw.

Ta książka nie ma proponować gotowych odpowiedzi. To raczej głos w dyskusji o imigracji do Skandynawii i szerzej – do Europy. Staram się uczciwie i bez uprzedzeń opisać losy i sposób myślenia niektórych wyznawców islamu. Nie interesowały mnie czarno-białe historie, raczej odcienie szarości. Ich jest w życiu najwięcej.

W Skandynawii dyskusja o imigracji nierozerwalnie wiąże się z islamem. Skupiłem się na imigrantach lub ich potomkach, bo konwertyci to odrębna, specyficzna grupa, zasługująca na opisanie w innej książce. Siłą rzeczy sporo piszę o uchodźcach, zahaczając o kwestie polityki azylowej i migracyjnej.

Większość bohaterów występuje pod prawdziwymi nazwiskami. W kilku przypadkach musiałem je zmienić. Niektóre fragmenty książki ukazały się wcześniej jako reportaże w „Gazecie Wyborczej”.

| MIODOWE LATA |

Sercem drewnianego domu Issy Debirowa jest jadalnia połączona z kuchnią. Wieczorem, gdy gospodarz oporządzi już ule rozrzucone po okolicznych lasach i polach, cała rodzina zasiada do sutego czeczeńskiego posiłku przygotowanego przez żonę Issy Izawietę.

Na palniku grzeje się herbata, zwykle wkłada się do niej łyżkę lub dwie miodu ze słoików stojących na długim blacie. Z jadalni można wyjść do przedpokoju, skąd wiodą schody na piętro, albo do salonu, gdzie zwykle bawią się dwaj synowie Izawiety i Issy.

Malowniczo położony dom wzniesiono w 1945 roku. Kiedy Debirowowie przybyli do Norwegii, w 2003, był ruiną. W okolicy miasteczka Brumunddal, rozciągającego się wśród drzew przy brzegu największego w kraju jeziora Mjøsa, około stu czterdziestu kilometrów na północ od Oslo, nie było jednak nic ładniejszego. W ciągu kilkunastu lat Issa wyremontował pokoje, ocieplił ściany, wymienił instalacje, dobudował łazienkę, szopę i garaż. W pokoju przy schodach nadal leżą deski, listwy i farby. Czeczen nie skończył jeszcze pracy.

– Nie przyjechałem do Norwegii z miłości do tej ziemi. Kocham Czeczenię: naród, góry, tradycję, kulturę. Wszystko! Nasz naród jest piękny i dumny. Kocham naszą wiarę. Ale w moim kraju zaprzestano przestrzegania prawa. Porywa się i rozstrzeliwuje ludzi. Tu, w Norwegii, rządzi prawo, nie człowiek, nie Kadyrow czy Putin – opowiada Debirow.

Zasiedliśmy przy stole z kubkami parującej herbaty, pogryzamy ciasteczka. Na zewnątrz jest tyle śniegu, że ledwo widać podwórko i drogę. Odgarnięte zaspy piętrzą się aż do połowy okna. W domu jest przyjemnie ciepło.

Ubrany w szary sweter Debirow ma ciemne, spokojne oczy i krótko przycięte włosy. Jest jeszcze w sile wieku, ale przyprószona siwizną broda i rysujące się wokół oczu zmarszczki uzmysłowiły mu niedawno, że czasu nie oszuka. Lata ciężkiej pracy w Norwegii nadwyrężyły mu zdrowie. Pobolewa go kręgosłup, wypadły mu pierwsze zęby. Wciąż jednak potrafi przez pół dnia zbierać miód, a potem zabrać się jeszcze do remontu w domu. Leżenie na kanapie i użalanie się nad sobą to nie jego zwyczaje.

Dzień wcześniej razem odśnieżyliśmy kilkadziesiąt uli. Stoją pod lasem, w miejscu, do którego nie da się dojechać samochodem. Trzeba brnąć w śniegu po kolana. Wspólne machanie łopatami przez pięć czy sześć godzin, zakończone grubo po zmroku, sprawiło, że trochę się zakolegowaliśmy. Nawet jeśli Issa, na oko dwadzieścia lat starszy ode mnie, brał skute lodem odcinki, zostawiając mi lżejsze prace.

Debirowowie uciekli z kraju podczas tak zwanej drugiej wojny czeczeńskiej, gdy po wyparciu partyzantów z Dagestanu wojska rosyjskie kontynuowały ofensywę na terytorium Czeczenii. Wyruszyli na Ukrainę, a stamtąd – na Słowację. Do Norwegii wyprawił się wcześniej brat Issy. Wkrótce dołączyła do niego reszta rodziny.

Issa nauczył się pszczelarstwa od ojca. Zajmował się nim przez całe życie, z wyjątkiem kilku lat rządów Jelcyna, kiedy ludzie miesiącami nie dostawali pensji i nie mieli pieniędzy na miód. Wtedy pszczelarze pracowali na budowach.

Debirow chciał wrócić do tego fachu w Norwegii, ale urzędnicy powiedzieli mu, że stawianie uli w tak zimnym kraju to nie najlepszy pomysł. Poszedł na budowę, skąd przeniósł się na pocztę, by nocami rozwozić paczki z gazetami. Przez pewien czas był też taksówkarzem.

Aż pewnego dnia na bazarze w Lillehammer zauważył sprzedawcę miodu.

– To z zagranicy? – zagadnął Issa łamanym norweskim.

– Z jakiej zagranicy? Sam produkuję.

A więc norwescy urzędnicy się mylili! Debirow zaczął szukać lokalnych pszczelarzy. Znalazł jednego właśnie w Brumunddal: srebrny medalista krajowych zawodów, czterdzieści lat doświadczenia, tradycje rodzinne.

– Potrzebowałem przewodnika, bo tu jest inny klimat i otoczenie. Ten człowiek wszystkiego mnie nauczył: jakie gatunki pszczół występują w Norwegii, jak pomóc im przetrwać zimę, gdzie sprzedawać miód.

Pierwsze siedem uli Issa kupił od pszczelarza spod Lillehammer. Musiał je stamtąd natychmiast zabrać, więc zapakował ule do samochodu i zaczął krążyć po okolicy. Pszczoły muszą żyć blisko lasu i pól, więc Brumunddal było idealne. Wystarczało już tylko dogadać się z jakimś rolnikiem, by użyczył skrawka ziemi.

Ale Debirow miał długą brodę i groźny wygląd, do tego wciąż słabo znał norweski. Gdy pukał do drzwi, gospodarze bali się otworzyć.

Pewna Norweżka powiedziała mu, że musi się tylko poradzić męża. Issa chwycił się tej szansy:

– To wie pani, ja już te ule postawię. A jakby mąż miał coś przeciwko, to zabiorę.

Nim mąż wyraził sprzeciw, minęły dwa lata. W tym czasie Debirow poznał język i wyrobił sobie kontakty w okolicy, więc ze znalezieniem kolejnych miejsc na ule nie było już problemu.

W Norwegii pszczelarze są zrzeszeni. Związek zatrudnia ludzi zajmujących się sprzedażą miodu do sklepów. Pszczelarz przywozi tylko swoje produkty do magazynu i inkasuje zapłatę, z której potrącana jest składka na pensje sprzedawców. Poza zrzeszeniem zarabia się więcej, ale trzeba samemu wystawać na bazarach lub reklamować się w internecie. Debirow woli nie zawracać sobie tym głowy.

– Przyjęli mnie do związku z otwartymi ramionami, bo norweski miód i tak nie zaspokaja potrzeb kraju. Aż siedemdziesiąt procent trzeba sprowadzać z Hiszpanii, Francji i innych krajów, także biedniejszych, choćby z Ukrainy. Kiedy zaczynałem, obawiano się, że za pięć-dziesięć lat pszczelarstwo w Norwegii upadnie, bo zajmowali się nim tylko staruszkowie. Młodych to nie interesowało.

Ratunkiem okazali się imigranci. W ostatnich latach Issa sam przeszkolił około dwudziestu uczniów, w większości młodych Czeczenów, ale trafili się też Litwin, Rosjanin i Somalijczyk.

– Nawet dwie kobiety były – wtrąca Izawieta. Zamiast usiąść z nami, krząta się po kuchni, cały czas podsuwa nam przekąski, dogląda kolacji i niańczy dzieci. Czuję się tym zakłopotany, ale gdybym zaczął wyrzucać Issie patriarchalizm, to obraziłbym całą rodzinę.

– Litwin był kucharzem w restauracji. Miał swoje uprawy, interesował się produktami bezdrożdżowymi, bo gdzieś wyczytał, że drożdże szkodą – opowiada Debirow. – Czym je zastąpić? No więc okazuje się, że można miodem. Tyle że jak on wypiekał chleb na miodzie, to bochenek kosztował pięćdziesiąt koron. I to bez robocizny. Zaczął więc kombinować, skąd brać taniej miód, czytać o pszczołach. W końcu tak się zaciekawił, że zwolnił się z pracy, sprzedał farmę pod Ålesund i przyjechał tutaj.

– A Somalijczyk?

– Od początku szedł moim tropem. Kiedy pracowałem jako taksówkarz, poprosił, bym go nauczył fachu. No to nauczyłem. A kiedy zacząłem być pszczelarzem, powiedział, że też chce spróbować, by rozwijać „innowacyjne pszczelarstwo w Somalii”. A tam po prostu idzie się do lasu, znajduje dzikie pszczoły i rabuje miód – opowiada Debirow. – Poznaliśmy się jeszcze w Lillehammer, nie pamiętam już, czy w szkole językowej, czy w meczecie. Do tej pory jest moim uczniem. Kiedyś po nauki przyszedł też jeden Norweg, ale okazało się, że jest uczulony. Pszczoła użądliła go w ucho, a ono puchło tak, jakby zaraz miało stać się większe niż cała głowa. Więc Norweg nie zajmuje się już pszczelarstwem, choć nadal by chciał. Norweskie przysłowie mówi, że jeśli raz byłeś pszczelarzem, to pozostaniesz nim do końca życia.

Debirow mógłby tak opowiadać godzinami. Pszczoły – oprócz Czeczenii – to jedyny temat, który naprawdę go rozpala. Referuje mi najnowsze odkrycia naukowców z Kanady, Szwecji i Niemiec. Wszystkie oczywiście niezbicie dowodzą, że miód to najzdrowsza rzecz na świecie.

– Pszczoły to cała medycyna. A ilu jeszcze rzeczy nie wiemy! Kiedy pszczelarz otwiera ul, wdychane opary wzmacniają jego system immunologiczny. Nawet jeśli masz raka w początkowym stadium, to wystarczy być pszczelarzem, by go wyeliminować – uważa Debirow. I dodaje, że miód jest antybakteryjny. – Położysz go na ranę, to się zagoi. Propolis [kit pszczeli] zabija zarazki na odległość. W Koranie jest sura mówiąca, że pszczoły są dla nas zbawienne. Pewien człowiek zapytał uczonego, jak to jest, że osa może użądlić i ze dwadzieścia razy, a pszczoła tylko raz i umiera. A to dlatego, by nikt nie mógł sprostować tego ajatu [wersu Koranu]. Bo gdyby pszczoła użądliła gruźlika, a potem kogoś zdrowego, to przeniosłaby chorobę. A tak jest naszym lekarzem, tak mówi Koran, taką ją stworzył Allah.

Debirow cytuje hadis, zapis słów i czynów Mahometa, mówiący o tym, że jeśli nie możesz być pszczelarzem, to chociaż zamieszkaj obok uli. Sam rozmyślał o tym, kiedy oglądał w telewizji obrazki z obalenia na Ukrainie prezydenta Wiktora Janukowycza. W jego rezydencji kamery uchwyciły lekki namiot rozłożony obok uli. Według Issy Janukowycz spał w nim przez dwie godziny dziennie, bo wiedział, że powietrze na trasie przelotu pszczół uzdrawia.

– Ten Janukowycz znał wtedy hadis lepiej ode mnie!

Pytam Debirowa, czy Norwegia to dobry kraj do życia.

– Nie żyje się tu trudno, ale też nie za dobrze. Niby wszystko jest łatwe, znalezienie pracy, uczenie się, ale ludzie są chorzy z braku słońca. Wielu nie może zjeść jabłka, bo potem przez dwa dni się drapią, takie mają alergie. Mnie też lekarz powiedział, że mam za mało witaminy D. Dlatego zimą co dwa tygodnie latam do Hiszpanii i od razu lepiej się czuję.

Debirow nie ma najlepszego zdania o Norwegach.

– Kiedy Czeczenia była okupowana, bojownicy poszli w góry. Stamtąd ostrzeliwali rosyjskie kolumny i uciekali. Taka zaatakowana kolumna wiozła potem dziesiątki trupów i rannych do szpitala. Żołnierze byli źli i nieraz tratowali napotkane na drodze kobiety, dzieci, starców. Ale wiesz co? Ta rosyjska kolumna wydawała mi się czasem bardziej dobrotliwa niż pijani Norwegowie, których w weekendy odwoziłem taksówką do domu. Ile w nich było agresji, ile złości! Najgorsze jest coś innego – większość nie ma własnego zdania. Żądzą nimi telewizja i prasa. Mogą przyjaźnić się z tobą latami, ale przeczytają w gazecie jakiś artykuł i już cię atakują. Norweg jest dobrym człowiekiem tylko, kiedy dostaje pozytywne informacje. Wtedy może nawet przyjść z podarkami, zainteresować się sąsiadami. Ale gdy prasa zmieni ton, to momentalnie przestanie ci ufać.

Debirow przekonał się o tym na własnej skórze, gdy jeden z dzienników opublikował artykuł o wykładowcy akademickim, który spóźnił się na lot, bo rzekomo wiózł go taksówkarz muzułmanin. Miał przerwać kurs, rozłożyć przy ulicy dywanik i zacząć się modlić.

Po tym tekście wielu klientów pytało Issę, jak to możliwe. Odpowiadał: niemożliwe, muzułmanie mogą skumulować modlitwy wieczorem, zwłaszcza jeśli mają ważne obowiązki. Podkreślał, że w artykule nie było żadnych szczegółów, dziennikarz nie podał ani nazwiska taksówkarza, ani profesora, nie napisał także, na jaki lot i konferencję się spóźnił.

Pewnego razu, jadąc przez las, Debirow zahamował z piskiem opon.

– Wysiadaj, no już! – powiedział do pasażera, który znów zapytał go o tę historię. – Widzisz ten las? Gdyby przerobić go na papier i napisać na nim wszystkie złe rzeczy o was, Norwegach, to by i tak miejsca nie starczyło. A przecież wam tego nie mówię! Tego lasu wystarczy tylko, by zapisać, coście złego wyrządzili mnie samemu. A wam tego nie wyrzucam! Co ty wiesz o naszych zwyczajach? A może spotkałeś tego profesora z artykułu i z nim rozmawiałeś? Gdybyś był pierwszy, który mnie o to pyta, tobym przemilczał. Ale jesteś dwudziesty! – wybuchnął Debirow.

Innym razem posprzeczał się z norweskim znajomym. Głośno było wówczas o czeczeńskim biznesmenie, który wywiózł z Norwegii swoje dzieci. Ten człowiek, jak opowiada Debirow, był majętny, zatrudniał z czterdziestu budowlańców. Po rozwodzie to jego żona samotnie wychowywała ich dwie córki, aż zabrał je Barnevernet, norweski urząd do spraw ochrony dzieci. Ponoć dlatego, że matka karała dziewczynki klapsami, co w Norwegii jest surowo zakazane. Biznesmen nie rozumiał, dlaczego w takiej sytuacji dzieci odwieziono do rodziny zastępczej, a nie do niego. Przecież wciąż miał prawa rodzicielskie. Dowiedział się więc, gdzie są córki, i wywiózł je za granicę.

– Norweskie media przez dwie doby pokazywały obławę: helikoptery, pograniczników w portach w Sztokholmie i Göteborgu, kontrole drogowe. To kompletny idiotyzm, bo ten człowiek po prostu zabrał swoje dzieci. Może jechać z nimi, gdzie chce – uważa Issa. – A mój znajomy Norweg nawet nie powiedział mi dzień dobry. Od razu wypalił: „Jak on mógł to zrobić?!”. Nie znałem tego Czeczena, mieszkał w innym mieście. Ale znajomy obarczył mnie odpowiedzialnością za jego czyny. U Norwegów, kiedy ktoś zrobi coś złego, to ani jego ojciec, ani brat za to nie odpowiadają. A wobec nas Norwegowie stosują odpowiedzialność zbiorową: to zrobił Czeczen, muzułmanin, islamista – unosi się Debirow.

Wspomina też historię Szamila, znajomego, który przyjechał do Norwegii przed atakiem Andersa Breivika w 2011 roku. Szamil był obrotny, pracę załatwił sobie jeszcze w ośrodku dla uchodźców. Dogadał się z norweskim mechanikiem. Szamil był prawdziwą złotą rączką, kupował stare, popsute samochody, sprzęt elektroniczny i AGD, naprawiał to, co nie udało się innym, i odsprzedawał. Pieniędzmi dzielił się z właścicielem warsztatu.

Ten nie cierpiał imigrantów, ale pieniądze mu nie śmierdziały. Z czasem polubił Szamila i nawet pojechał z nim odwiedzić Czeczenię.

22 lipca 2011 roku gruchnęła wieść o wybuchu bomby przed siedzibą rządu. Początkowo media spekulowały, że za zamachem stoją islamiści.

– Teraz się zacznie – powiedział mechanik do Szamila. – Będą was wybijać na ulicy. Każdego, kto nie ma alibi. Ale ty się nie martw. Masz szczęście. Zaświadczę, że cały czas byłeś w warsztacie.

Szybko podano, że sprawcą ataku był stuprocentowy Norweg Anders Breivik. Wśród ofiar jego krwawej eskapady na wyspę Utøya byli muzułmanie.

– Teraz się zacznie – mruknął Szamil. – Będą was wybijać na ulicy. Każdego, kto nie ma alibi. Ale ty się nie martw. Masz szczęście. Zaświadczę, że byłeś ze mną.

Pracując na poczcie, Debirow rozwoził dwanaście różnych gazet. Zauważył, że nie było dnia, by w którejś nie napisano czegoś złego o muzułmanach. Zwolnił się, by nie przykładać do tego ręki.

Issa uważa, że między rodowitymi Norwegami a muzułmańskimi imigrantami prędzej czy później wybuchnie wojna. Jego zdaniem dążą do niej Norwegowie. Podobną wrogość do Czeczenów widział w rosyjskiej prasie na trzy lata przed wojną.

W 2017 roku ktoś obrzucił kamieniami i zniszczył jego siedem stanowisk z ulami. Debirow nie wie, kto to zrobił. Ale jest pewien, że miało to związek z jego pochodzeniem. Okoliczni norwescy pszczelarze nie ponieśli szkód.

Do rasistowskich incydentów dochodziło w Brumunddal w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Wandale wybili szyby w domu imigranta z Wietnamu, a następnie go pobili. Zniszczyli sklep prowadzony przez Pakistańczyka. Gmina wzniosła pod oknami uchodźców specjalne osłony, by chronić domowników przed kamieniami. W głośnym artykule z 1991 roku dziennik „Aftenposten” pytał, czy Brumunddal to „miejsce zapomniane przez Boga”.

Po kampaniach prowadzonych przez władze, między innymi przeciw nękaniu w szkołach, sytuacja w miasteczku się poprawiła. Sprowadzili się nowi imigranci, także Polacy. Jednak według Debirowa demony przeszłości wracają.

– Znam muzułmanów, którzy chcą wynajmować mieszkania w pobliżu posterunku policji, bo się boją. Pytają mnie, jak mogę mieszkać pośród lasów. „Co zrobisz, jeśli jutro, pojutrze przyjdzie do ciebie dwudziestu-trzydziestu wściekłych Norwegów?”. Kartą nacjonalistyczną gra się na całym świecie, także na przykład w Turcji. Wszystko zależy od polityków. Jeśli ktoś zechce podburzyć ludzi i zacząć wojnę, to mu się uda. Wojna odwraca uwagę od wielu problemów. Przed naszą, czeczeńską, na plac Czerwony przychodzili górnicy, lekarze. Siadali w pobliżu Kremla i upominali się o swoje prawa. Później wszyscy ślęczeli już tylko przed telewizorami, śledząc wieści z frontu. Podsycanie wrogości etnicznej i religijnej władzom się opłaca – uważa Debirow.

– A islamskim radykałom? – pytam. Macha ręką.

– Są zbyt mali, by się ich obawiać. Nic nie znaczą. Jeśli duże państwa – Ameryka i Rosja – nie stworzą im warunków, to nie wywołają żadnej wojny.

Debirow myśli o wyprowadzce z Norwegii, głównie z powodu dzieci. Nie podoba mu się, że szkoła i Barnevernet we wszystko wściubiają nos. Chciałby wychowywać synów po swojemu, przekazać im swoje spojrzenie na świat.

Rozmawiał o tym ze znajomym, który na zmianę z żoną siedział w domu z pięciorgiem dzieci.

– Dlaczego nie wyślesz ich do przedszkola? – pytał Issa. – Dlaczego jesteś jak kura, co wysiaduje jaja? Nie masz swojego życia! Nie możesz iść ani do pracy, ani na basen. Co z tobą?

– Kocham moje dzieci i chcę je wychować sam. Jeśli oddam je do przedszkola, to będą takie same jak wszystkie. Tam wychowuje się dziecko na indywidualistę, odrywa od rodziny i wmawia mu, że żyje tylko dla siebie. Pierwsze, czego się uczy, to donosić na rodziców – odpowiedział znajomy.

Te słowa trafiły do Issy. Przypomniał sobie, że jako taksówkarz woził dzieci do szkoły. Kiedy siedziały w swoim gronie, nie rozprawiały o tym, co w domu. Wystarczyło jednak, by dosiadł się nauczyciel, i już zaczynały opowieści.

– Działają jak roboty. Zaprogramowano je, by zdawać sprawozdania ze wszystkiego: co tata powiedział mamie, jak się do niej odnosi, co było na kolację, jak minęła noc.

Debirow jest w kontakcie z rodakami z Nicei i Strasburga. Chce się tam przeprowadzić z rodziną, nim synkowie pójdą do szkoły. Sam będzie wracał do Norwegii na lato, by doglądać uli.

– Do Czeczenii na razie nie wrócę. Najstraszniejsze jest, kiedy człowiek nie może powiedzieć na głos własnego zdania. A Czeczenia jest teraz takim miejscem. Nawet podczas wojny, podczas bombardowania, ludzie mogli w Moskwie protestować. A dziś, jak powiesz coś złego o Kadyrowie, to następnego dnia znikasz. Kocham mój kraj, ale stał się dyktaturą.

Moje rozmowy z Issą Debirowem tłumaczyła Marina Hulia – urodzona na Ukrainie Białorusinka, która od ponad dwudziestu pięciu lat mieszka w Polsce. Wielu kojarzy ją z pomocą czeczeńskim dzieciom koczującym na dworcu w Brześciu na Białorusi w oczekiwaniu na wjazd do Polski. Nieliczni wiedzą, że przyjaźni się też z Czeczenami w Norwegii.

To dzięki niej Debirowowie przez kilka dni gościli mnie pod swoim dachem.

W samochodową podróż do Brumunddal zabraliśmy nie tylko jabłka i słodycze z Polski – Izawieta przepada zwłaszcza za śliwkami w czekoladzie – ale przede wszystkim Hedę, mieszkającą na warszawskiej Woli siostrę Issy. Czeczeni są zawsze gościnni, ale przyjaciół rodziny traktują szczególnie. Pierwszego dnia nie pozwolili mi odejść od stołu bez trzeciej dokładki ryby. Ostatniego, zgodnie ze zwyczajem, zostawili w pokoju podarki.

Swego czasu Marina mieszkała u Issy przez parę miesięcy.

– Kiedy w styczniu 2016 roku zlikwidowano moje stanowisko w MEN, stwierdziłam, że pojadę do Norwegii, by przygotować referat na konferencję naukową. Nie jestem akademiczką, chciałam po prostu zrobić coś ciekawego – opowiada Marina. – Wcześniej odwiedzałam Czeczenów w Norwegii wielokrotnie, ale pierwszy raz w zasadzie z nimi zamieszkałam. Przez dom Issy codziennie przewijało się z dwadzieścia osób. Siedziałam z nimi przy kawie i herbacie, zadawałam różne pytania. A potem biegłam do pokoju i notowałam, co udało mi się spamiętać. Nie nagrywałam, bo to zmieniłoby charakter rozmów.

Marina tłumaczy, że wielu Czeczenów przyjechało do Norwegii po pierwszej wojnie czeczeńskiej z lat 1994-1996. Inni, jak Issa Debirow, podczas drugiej wojny czeczeńskiej (1999-2009). Pytała ich, dlaczego wybrali akurat Norwegię. Jedna kobieta odpowiedziała: „Nam z mężem było wszystko jedno, nie chcieliśmy tylko do Polski, Słowacji, Rumunii, bo to biedne kraje i tam nie dalibyśmy rady”. Inna została zakwalifikowana do przesiedlenia jako uchodźczyni już w Baku, w Azerbejdżanie, i dostała do wyboru cztery kraje: Norwegię, Szwecję, USA i Kanadę. Wybrała Norwegię po konsultacjach pocztą pantoflową z rodakami. USA i Kanada są daleko, a każdy marzy, by na starość wrócić do ojczyzny. Kilka osób odpowiadało, że Norwegia to ostoja demokracji, sprawiedliwości społecznej i ma dobry stosunek do imigrantów.

Niektórzy przybyli na własną rękę.

– Opowiadali straszne historie ze szlaku – wspomina Marina. – Znam rodzinę, która najpierw przeprawiła się do zachodniej Ukrainy, a stamtąd na Słowację. Szli nocami, pokonywali druty kolczaste. Przeprawiali się w sylwestra, bo wtedy pogranicznicy byli pijani. W Bratysławie wsiedli do autokaru i podróżowali z fałszywymi dokumentami. Norwegia była dla nich ziemią obiecaną.

Twierdzi, że Czeczeni dalej uciekają z kraju, ale stosunek starych uchodźców do nowych jest negatywny. „Starzy” mówią: „Mamy ślady tortur na ciele, przeżyliśmy dwie wojny, długo pracowaliśmy na naszą opinię. Jesteśmy szanowani, przyjaźnimy się z Norwegami. A wśród tych, co teraz przybywają, są tacy, co wszczynają bójki w ośrodkach dla uchodźców, narkotyzują się, niszczą wszystko, na co latami pracowaliśmy”.

– Diaspora tego nienawidzi, bo oni nawet nie piją. Znam jednego pijącego Czeczena z Lillehammer, od którego odcięła się cała społeczność, nawet brat. Owszem, przyjął go na ramadan, ale nic więcej. Kadyrow przykręcił teraz śrubę narkomanom, więc wielu wyjeżdża na Zachód. Niektórzy naprawdę są uchodźcami, na przykład prześladowani w Czeczenii geje, ofiary przemocy domowej, ofiary reżimu Kadyrowa. Ale są też imigranci z pobudek ekonomicznych. „Starzy” uchodźcy uważają, że trzeba pracować we własnym kraju, a nie wyjeżdżać za łatwym groszem. Oni nie mogą wrócić.

– Jak integrują się z Norwegami?

– Mówią, że czasem da się z nimi zaprzyjaźnić, ale to niełatwe. Próbowali chodzić na imprezy kolegów z pracy, na urodziny. Przez pierwsze pół godziny było fajnie. Potem Norwegowie się upijali, a Czeczeni nie i zabawa się kończyła. Pewien Czeczen opowiadał mi o przyjacielu Norwegu, który nieodpłatnie pomagał mu budować dom. Dopóki Czeczeni byli biedni, mieszkali w lokalach od gminy, Norwegowie byli bardzo życzliwi. Nikt nie mówił: „Wracajcie, skąd przyjechaliście”. Ale kiedy Czeczenom podwyższył się standard życia, a wiadomo, że to przedsiębiorczy naród, to stosunek do nich się zmieniał. Norweg widział, że sąsiad imigrant ma większy dom, lepszy samochód. I przestawał być przyjacielem.

Czeczeni w Norwegii są pszczelarzami, budowlańcami, taksówkarzami. Imają się przeróżnych prac, ale raczej nie siedzą na zasiłkach. Są religijni, większość modli się pięć razy dziennie.

Hulii znacznie łatwiej niż mnie rozmawiać z czeczeńskimi kobietami. Poznała je lepiej niż mężczyzn, siedząc godzinami przy herbacie. Opowiada, że bardzo się od siebie różnią: Izawieta zakłada hidżab, ale Tamara, szefowa kuchni, odsłania włosy i chodzi w szpilkach. Ale jedna z drugą może się spokojnie dogadać.

– Wiele Czeczenek, które poznałam, żyje samotnie i pracuje. Przyjechały z dziećmi, bo mężowie zginęli w Czeczenii. Albo straciły mężów już w Norwegii, bo na przykład zmarli na raka. Czeczenki uwielbiają swoją pracę. Zaczynały jako stażystki i praktykantki, ale szybko dostawały kontrakty, bo były dobre. Tamara jest odważna, niezależna. Potrafi wydać kilka tysięcy koron na modny żyrandol, stać ją na różne rzeczy. Z drugiej strony, jeśli Izawieta ma kilkuletnie dzieci, to zajmuje się nimi w domu. Czeczenki uważają, że żadna opiekunka nie podtrzyma odrębności kulturowej, nie nauczy modlitwy pięć razy dziennie, czeczeńskich zwyczajów. To wspólna decyzja ich i mężów. Nie spotkałam Czeczenki, która chciałaby zatrudnić opiekunkę.

– Jak czeczeńscy mężczyźni odnoszą się do norweskich kobiet?

– Kiedy o to pytałam, odpowiadali, że Koran zabrania oglądania obcych kobiet. Niektórzy dodawali: „A i tak nie ma za bardzo czego oglądać”. Uważają Norweżki trochę za babochłopy.

Za to wiele Czeczenek ma norweskie koleżanki. Jedna opowiadała mi, że ma przyjaciółkę o imieniu Tuva, z którą są jak siostry: zapraszają się na święta, chodzą razem na manicure, do kosmetyczki. Inna ma przyjaciółkę Polkę, z którą odwiedziła nasz kraj.

Rozmawiamy w salonie, gdzie synowie Debirowów bawią się samochodzikami. Co jakiś czas podbiegają do nas. Odkąd zorientowali się, że nie mówię po rosyjsku, obserwują mnie z mieszaniną ciekawości i niedowierzania. Nie zagadują po norwesku. Debirow wychowuje ich na młodych Czeczenów.

Inne czeczeńskie dzieci, które chodzą do norweskiej szkoły, żyją już pomiędzy dwiema kulturami. Mają w szkole namiastkę Wigilii, ale przestrzegają też ramadanu. Obchodzą Id al-Adha, muzułmańskie Święto Ofiarowania, i święto konstytucji Norwegii. Są dwujęzyczne.

Z drugiej strony, jak mówi Hulia, dziewczynki mogą być mocno zasymilowane, ale i tak wiadomo, że w przyszłości wyjdą za Czeczena.

– Będą mogły go same wybrać? – dopytuję.

– Z tym nie ma problemu – uważa Hulia.

– A gdyby wybrały Norwegów?

– To byłyby odsunięte od społeczności, choć Czeczeni nigdy tego wprost nie powiedzą. Powiedzą raczej, że nigdy by się w nich nie zakochały. Ten naród bardzo dba, by się nie rozpłynąć, bo jest nieliczny.

[...]