Skandal z Modiglianim - Ken Follett - ebook
Opis

Przekręt, który zbulwersuje cały świat handlu dziełami sztuki.

Modigliani. Bezsprzecznie jeden z największych artystów, jacy kiedykolwiek żyli. Kobiety Modiglianiego. Ich pociągłe, zapadające w pamięć figury, wiecznie prowokacyjne niczym Mona Lisa. I zaginione arcydzieło tego niezwykłego artysty. We współczesnym świecie intryg, rywalizacji i ciągłego zabiegania o sławę nie trzeba długo czekać, by plotka o rzekomym zaginionym arcydziele Modiglianiego zawładnęła umysłami wielu ludzi. Gdy zostaje wyznaczona nagroda dla tego, kto jako pierwszy odnajdzie ten bezcenny skarb, obsesja poszukiwań ogarnia niemal wszystkich. W szaleńczy pościg angażuje się również Peter Usher, dobrze zapowiadający się artysta, który zrobi wszystko, by zabłysnąć na londyńskiej scenie sztuki. W pogoni za arcydziełem Usher natrafi na trop podejrzanych postaci, które stoją za przekrętem, jakiego świat dotąd nie widział. Czy geniusz sztuki zostanie nagrodzony? Czy zwykły malarski pędzel może się okazać bardziej śmiercionośny niż broń?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 297

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona redakcyjna

CZĘŚĆ PIERWSZA

I

O książce

Przekręt, który zbulwersuje cały świat handlu dziełami sztuki

Paryska studentka historii sztuki szukająca gorącego tematu. Londyński marszand z wyższych sfer walczący z konkurencją. Właściciel awangardowej galerii obrazów zmagający się z kłopotami finansowymi i małżeńskimi. Wszyscy troje są na tropie zaginionego obrazu Modiglianiego. Poszukiwania wymagają pewnych inwestycji, wyjazdu do Włoch, przebiegłości i pośpiechu. Bo jedno depcze drugiemu po piętach. Ale gra jest warta świeczki - odnalezienie dzieła może odmienić życie każdego z nich.

Tymczasem zbuntowany młody malarz chce zagrać na nosie ludziom zbijającym majątek na sztuce. I obmyśla diaboliczny plan.

Ken Follett

Brytyjski pisarz, urodzony w Walii w 1949 r. Światową sławę przyniosła mu wydana w 1978 r. Igła. Kolejne tytuły, m.in. Trzeci bliźniak, Zabójcza pamięć, Zamieć, Upadek gigantów, Zima świata oraz Krawędź wieczności, utrwaliły jego pozycję jako autora bestsellerów. Choć książki odwołujące się do wydarzeń z okresu II wojny światowej dominują w jego twórczości, za swoje najważniejsze dzieło autor nadal uważa sagę Filary Ziemi - owoc jego zainteresowania średniowieczem. Na podstawie powieści Folletta nakręcono wiele filmów oraz seriali, m.in. Igłę, Klucz do Rebeki, Na skrzydłach orłów i Filary Ziemi.

www.ken-follett.com

Tego autora

Powieści historyczne

UCIEKINIER

NIEBEZPIECZNA FORTUNA

CZŁOWIEK Z SANKT PETERSBURGA

Filary Ziemi

FILARY ZIEMI

ŚWIAT BEZ KOŃCA

Wkrótce

SŁUP OGNIA

Stulecie

UPADEK GIGANTÓW

ZIMA ŚWIATA

KRAWĘDŹ WIECZNOŚCI

Thrillery wojenne

IGŁA

KRYPTONIM KAWKI

LOT ĆMY

KLUCZ DO REBEKI

NOC NAD OCEANEM

Thrillery

MŁOT EDENU

ZABÓJCZA PAMIĘĆ

TRÓJKA

ZAMIEĆ

SKANDAL Z MODIGLIANIM

TRZECI BLIŹNIAK

LWY PANSZIRU

PAPIEROWE PIENIĄDZE

Literatura faktu

NA SKRZYDŁACH ORŁÓW

Tytuł oryginału:

THE MODIGLIANI SCANDAL

Copyright © Ken Follett 1976

Introduction copyright © Holland Copyright Corporation 1985

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Janusz Ochab 2017

Redakcja: Katarzyna Kumaszewska

Zdjęcie na okładce: Avillfoto, Vasilev Evgenii

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-6578-126-0

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

Bohaterowie współczesnych thrillerów zazwyczaj ratują świat. Tradycyjne opowieści przygodowe są skromniejsze: protagonista ratuje tylko własne życie, ewentualnie wiernego przyjaciela lub dzielnej dziewczyny. W powieściach o mniejszym ładunku sensacji – poprawnych, dobrze opowiedzianych historiach, które od ponad wieku stanowią główną lekturę zwykłych czytelników – stawka jest jeszcze mniejsza, lecz tak czy inaczej wysiłki głównego bohatera, jego zmagania i wybory w dramatyczny sposób determinują jego los.

Prawdę mówiąc, nie wierzę, że tak to wygląda w prawdziwym życiu. W rzeczywistym świecie to okoliczności, na które nie mamy żadnego wpływu, decydują zwykle o tym, czy przeżyjemy, czy zginiemy, będziemy szczęśliwi lub smutni, zdobędziemy bogactwo albo wszystko stracimy. Weźmy kilka prostych przykładów: większość bogatych ludzi dziedziczy majątek, większość ludzi dobrze odżywionych miała to szczęście, że urodziła się w zamożnym kraju, większość ludzi szczęśliwych wychowała się w kochających rodzinach, a większość ludzi nieszczęśliwych miała szalonych rodziców.

Nie jestem fatalistą ani nie uważam, że o wszystkim decyduje ślepy los. Nie mamy nad naszym życiem takiej kontroli, jaką ma szachista nad swoimi pionami, ale nie możemy również porównać swojego życia z ruletką. Jak zwykle, prawda jest bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać. O losie każdego z nas decydują mechanizmy pozostające poza naszą kontrolą – a czasami także poza zdolnością pojmowania – lecz podejmowane przez nas wybory mają określone konsekwencje, choć niekoniecznie są one takie, jakich oczekiwaliśmy.

Pisząc Skandal z Modiglianim, próbowałem stworzyć powieść nowego rodzaju, która w nienachalny sposób ukazywałaby podporządkowanie wolności jednostki potężniejszemu mechanizmowi. Okazało się, że ten niezbyt skromny projekt mnie przerósł. Być może po prostu nie da się napisać takiej powieści, bo nawet jeśli życie nie opiera się na indywidualnych wyborach, to być może opiera się na nich literatura.

Ostatecznie udało mi się napisać żartobliwy kryminał, w którym ludzie różnego pokroju – głównie młodzi – dopuszczają się szwindli, choć żaden z nich nie przynosi zamierzonych efektów. Krytycy ocenili tę książkę jako żywą, radosną, lekką, pogodną, dynamiczną, lekką – raz jeszcze! – i niefrasobliwą. Byłem rozczarowany, że nie dostrzegli moich poważnych intencji.

Teraz nie uważam jej już za porażkę. Owszem, jest niefrasobliwa, ale to jej w niczym nie umniejsza. Fakt, że tak bardzo różni się od tego, co chciałem napisać, nie powinien mnie dziwić. W końcu dowodzi jedynie, że mam rację.

KEN FOLLETT, 1985

CZĘŚĆ PIERWSZAPrzygotowanie płótna

Artysta nie poślubia sztuki. Artysta ją zniewala.

EDGAR DEGAS, malarz impresjonista

I

Piekarz przesunął po czarnych wąsach oprószony mąką palec, sprawiając, że wyglądały na siwe, co w mgnieniu oka postarzyło go o jakieś dziesięć lat. Na otaczających go półkach i blatach leżały długie bochny świeżego, chrupkiego chleba, znajomy zapach wiercił w nozdrza i wypełniał jego pierś cichą dumą. Była to świeża partia pieczywa, druga tego ranka; dzięki przyjemnej pogodzie interesy szły dobrze. Zawsze gdy trochę przyświeciło słońce, paryskie gospodynie domowe wylegały na ulice i kupowały jego dobry chleb.

Wyjrzał przez okno sklepu, mrużąc oczy w jasnym słonecznym blasku. Przez ulicę przechodziła ładna dziewczyna. Piekarz wytężył słuch i z zaplecza dobiegł go głos żony, która sprzeczała się o coś z pracownikiem. Wiedział, że kłótnia potrwa jeszcze parę minut – zawsze tak to wyglądało. Uspokojony piekarz wbił w dziewczynę pożądliwe spojrzenie.

Była w letniej sukience bez rękawów, uszytej z lekkiego zwiewnego materiału, która zdaniem piekarza wyglądała na dość drogą, choć nie znał się na tym zbyt dobrze. Rozkloszowana spódnica do połowy uda kołysała się wdzięcznie, odsłaniając szczupłe zgrabne nogi i kusząc obietnicą – nigdy niespełnioną – rozkosznego widoku damskiej bielizny.

Kiedy podeszła bliżej, uznał, że jest zbyt szczupła jak na jego gust. Miała bardzo małe piersi – nawet nie podskakiwały w rytm jej długich pewnych kroków. Po dwudziestu latach małżeństwa z Jeanne-Marie piekarz wciąż uwielbiał jej obfity, ciężki biust.

Gdy dziewczyna weszła do sklepu, uświadomił sobie, że nie jest wcale wybitną pięknością. Miała chudą, pociągłą twarz, małe i wąskie usta, a do tego lekko wystające przednie zęby. Spod warstwy rozjaśnionych słońcem kosmyków przezierały ciemniejsze włosy.

Wybrała jeden z bochenków leżących na półce, sprawdziła dłońmi o długich palcach, czy jest chrupki i świeży, po czym z zadowoleniem skinęła głową. Piekarz pomyślał, że może nie jest wyjątkowo piękna, ale z pewnością pociągająca.

Miała jasną, różową cerę; skóra wydawała się miękka i gładka, lecz tym, co przyciągało uwagę mężczyzn, było zachowanie dziewczyny. Nosiła się z pewnością siebie i opanowaniem, które dawało całemu światu sygnał, że ona robi tylko to, co chce, i nic więcej. Piekarz żachnął się w duchu, zirytowany własną hipokryzją, i przyznał przed samym sobą: dziewczyna jest seksowna i już.

Poruszył ramionami, by poluzować koszulę, która przykleiła mu się do spoconego karku.

– Chaud, hein? – odezwał się.

Wyjęła z portmonetki kilka monet i zapłaciła za chleb. Uśmiechnęła się, usłyszawszy jego uwagę, i nagle stała się naprawdę piękna.

– Le soleil? Je l’aime – odparła. Zamknęła portmonetkę i otworzyła drzwi sklepu. – Merci! – rzuciła przez ramię, wychodząc na zewnątrz.

Mówiła po francusku z lekkim cudzoziemskim akcentem – angielskim, jak wydawało się piekarzowi, choć może zasugerował się tylko jej jasną cerą. Wpatrywał się w jej tyłek, gdy przechodziła przez ulicę, zahipnotyzowany grą mięśni przesuwających się pod cienką bawełną. Wracała pewnie do mieszkania jakiegoś młodego, długowłosego muzyka, który leżał jeszcze w łóżku po nocnych ekscesach.

Piskliwy głos Jeanne-Marie wyraźnie zbliżył się do sklepu, wyrywając piekarza z rozmyślań. Westchnął ciężko i wrzucił monety do kasy.

* * *

Dee Sleign uśmiechnęła się do siebie, wychodząc z piekarni. Stereotypy nie odbiegały od prawdy. Francuzi rzeczywiście są bardziej zmysłowi niż Anglicy; ten piekarz patrzył na nią z nieskrywaną pożądliwością, a jego spojrzenie powędrowało prosto ku jej podbrzuszu. Angielski sprzedawca zerknąłby ukradkiem znad okularów na jej piersi.

Odchyliła głowę do tyłu i odgarnęła włosy za uszy, poddając twarz gorącym promieniom słońca. To życie, to lato w Paryżu, były naprawdę cudowne. Żadnej pracy, żadnych egzaminów, referatów i wykładów. Noce z Mikiem, leniwe poranki, dobra kawa i świeże pieczywo na śniadanie; dni spędzone na lekturze książek, które zawsze chciała przeczytać, i oglądaniu obrazów, które chciała zobaczyć, wieczory w towarzystwie interesujących, ekscentrycznych ludzi.

Wkrótce to wszystko miało dobiec końca. Będzie musiała zdecydować, co zrobić z resztą swojego życia. Na razie jednak tkwiła w stanie zawieszenia, zajmowała się tym, co lubiła robić, zadowolona, że nie ma żadnego konkretnego celu, któremu musiałaby podporządkowywać każdą chwilę.

Skręciła za róg i weszła do niewielkiej, bezpretensjonalnej kamienicy. Kiedy mijała kanciapę z maleńkim okienkiem, dobiegł ją piskliwy głos dozorczyni.

– Mademoiselle!

Siwowłosa kobieta akcentowała każdą sylabę po kolei, nadając całemu słowu oskarżycielski ton, co miało podkreślić oburzający fakt, że Dee nie była żoną mężczyzny, z którym wynajmowała mieszkanie. Dziewczyna uśmiechnęła się: romans w Paryżu nie byłby kompletny, gdyby zabrakło w nim zgorszonej dozorczyni.

– Télégramme! – oznajmiła kobieta. Położyła kopertę na półce i wycofała się w wypełniony kocim zapachem mrok pomieszczenia, jakby chciała się w ten sposób ostentacyjnie odciąć od zdemoralizowanej dziewczyny i jej telegramów.

Dee zabrała kopertę i wbiegła na schody. Dobrze wiedziała, czego dotyczy ukryta w środku wiadomość.

Weszła do mieszkania i położyła chleb oraz telegram na stoliku w małej kuchni. Potem wsypała kawę do młynka i nacisnęła włącznik. Urządzenie zawarczało groźnie, rozbijając twarde ziarna na miałki proszek.

Jakby w reakcji na ten dźwięk, w głębi mieszkania zawyła golarka Mike’a. Czasami jedyną rzeczą, jaka mogła wyciągnąć go z łóżka, była obietnica świeżej kawy. Dee zaparzyła cały dzbanek i pokroiła chleb.

Mieszkanie Mike’a było małe, wyposażone w stare nijakie meble. Właściwie chciał wynająć coś okazalszego i z pewnością mógł sobie na to pozwolić, Dee wolała jednak, by trzymali się z dala od hoteli i modnych dzielnic. Chciała spędzić lato wśród Francuzów, a nie w towarzystwie bogatych snobów z różnych stron świata – i dopięła swego.

Gdy po chwili ucichła golarka Mike’a, Dee napełniła kawą dwie filiżanki.

Wszedł do kuchni w momencie, gdy stawiała naczynia na okrągłym drewnianym stoliku. Był w wytartych, połatanych lewisach i niebieskiej bawełnianej koszuli z rozpiętym kołnierzykiem, który odsłaniał kępkę ciemnych włosów i medalik na krótkim srebrnym łańcuszku.

– Dzień dobry, kochanie – przywitał ją czule, po czym przeszedł obok stolika i pocałował ją.

Objęła go w pasie, przywarła do niego całym ciałem i odpowiedziała długim, namiętnym pocałunkiem.

– Oj, to było naprawdę mocne jak na tak wczesną porę – zauważył, obdarzając dziewczynę szerokim kalifornijskim uśmiechem.

Dee patrzyła na kochanka, gdy ten z wdzięcznością popijał poranną kawę, i zastanawiała się, czy chciałaby z nim spędzić resztę życia. Ich związek trwał już cały rok, a ona zaczęła się do niego przyzwyczajać. Lubiła cynizm Mike’a, jego poczucie humoru i swobodne podejście do życia. Oboje pasjonowali się sztuką w stopniu graniczącym z obsesją, choć jego interesowały głównie pieniądze, jakie można było na niej zarobić, ją zaś różne aspekty procesu twórczego. Pobudzali się nawzajem do działania, w łóżku i poza nim – tworzyli dobry zespół.

Mike wstał, dolał sobie kawy i wyjął papierosy dla siebie i Dee.

– Jesteś dziwnie milcząca – odezwał się z tym swoim chropawym amerykańskim akcentem. – Myślisz o wynikach? Powinny już przyjść.

– Przyszły dzisiaj – odparła. – Ale nie otworzyłam jeszcze telegramu.

– Co? Daj spokój! Chcę wiedzieć, jak ci poszło.

– Dobrze. – Sięgnęła po kopertę, usiadła z powrotem na swoim miejscu i rozcięła ją paznokciem. Rozłożyła ukrytą w środku pojedynczą kartkę papieru, spojrzała na nią, a potem podniosła wzrok na Mike’a i uśmiechnęła się szeroko. – Boże, dostałam bardzo dobry.

Zerwał się na równe nogi i podniósł ręce w geście radości.

– Hurra! – wrzasnął, podekscytowany. – Wiedziałem! Jesteś genialna! – Wydał z siebie kolejny triumfalny wrzask i zaczął imitować skoczną melodię country and western, łącznie z dźwiękiem gitary hawajskiej i okrzykami „Iiihaa!”, potem zaś puścił się w tan po kuchni, z wyimaginowaną partnerką w ramionach.

Dee nie mogła powstrzymać się od śmiechu.

– Jesteś najbardziej dziecinnym trzydziestodziewięciolatkiem, jakiego znam – parsknęła.

Mike ukłonił się nisko, jakby uznał to za najwspanialszy komplement, po czym usiadł z powrotem przy stole.

– No dobrze. – Westchnął. – I jak to się ma do twojej przyszłości?

Natychmiast spoważniała.

– To oznacza, że mogę zacząć robić doktorat.

– Co? Chcesz się dalej uczyć? Masz już stopień naukowy z historii sztuki i dyplom ze sztuk pięknych. Może czas skończyć karierę zawodowej studentki?

– Dlaczego? Nauka to moja pasja, a skoro chcą mi jeszcze za to płacić, to nie będę im przecież odmawiać.

– Nie będą ci płacić za wiele.

– To prawda. – Dee zamyśliła się na moment. – A chciałabym być bogata. Z drugiej strony, nie muszę się spieszyć, mam dopiero dwadzieścia pięć lat.

Mike sięgnął przez stół i uścisnął jej dłoń.

– Więc może zaczniesz pracować dla mnie? Zarobisz fortunę, jesteś tego warta.

Dee pokręciła głową.

– Nie chcę cię wykorzystywać. Sama dojdę do tej fortuny.

– Ależ ja bardzo chętnie pozwolę ci się wykorzystać. – Mike uśmiechnął się frywolnie.

– Wiem, wiem – odpowiedziała ze śmiechem, naśladując przy tym jego amerykański akcent. Potem cofnęła rękę i spoważniała. – Napiszę tę pracę. Jeśli ją opublikują, może uda mi się trochę na tym zarobić.

– Masz już jakiś temat?

– Zastanawiam się nad kilkoma. Związek między sztuką i narkotykami… to wydaje mi się najbardziej obiecujące.

– I modne.

– I oryginalne. Mogłabym chyba wykazać, że nadużywanie narkotyków jest dobre dla sztuki, ale złe dla artystów.

– Ciekawy paradoks. Gdzie zaczniesz?

– Tutaj. W Paryżu. W pierwszych dekadach dwudziestego wieku w tutejszych kręgach artystycznych wszyscy palili trawę. Tyle że wtedy nazywali to haszyszem.

Mike skinął głową.

– Pozwolisz, że troszkę ci pomogę? Tylko na samym początku.

Dee sięgnęła po papierosa.

– Jasne.

Przysunął jej zapalniczkę.

– Znam pewnego faceta, z którym powinnaś porozmawiać. Przed pierwszą wojną światową znał dobrze co najmniej kilku starych mistrzów. Parę razy naprowadził mnie na ślad ciekawych obrazów. Można powiedzieć, że działał na granicy prawa, podsyłał młodym artystom prostytutki, które miały służyć im za modelki… i nie tylko. Teraz jest stary, ma pewnie koło dziewięćdziesiątki, ale wszystko pamięta.

* * *

W maleńkiej kawalerce okropnie śmierdziało. Smród z mieszczącego się poniżej sklepu rybnego przenikał wszystko, sączył się przez szpary między deskami podłogi, osadzał na sfatygowanych meblach, na pościeli skłębionej na łóżku w rogu, na wyblakłych zasłonach małego okna. Dym z fajki staruszka nie tłumił rybiego odoru, pod którym krył się dodatkowo zapach charakterystyczny dla rzadko sprzątanych pomieszczeń.

Wszystko to jednak nie miało większego znaczenia w zestawieniu z fortuną w postaci postimpresjonistycznych obrazów zdobiących ściany kawalerki.

– Dostałem je od ich twórców – wyjaśnił starzec beztrosko. Dee musiała bardzo się starać, by zrozumieć jego francuszczyznę zniekształconą silnym paryskim akcentem. – Nigdy nie mieli z czego spłacić długów. Brałem od nich obrazy, bo wiedziałem, że i tak nie doczekam się pieniędzy. Wtedy wcale mi się nie podobały. Dopiero teraz rozumiem, dlaczego malowali w ten sposób, i doceniam to. Poza tym każda z tych prac przywołuje miłe wspomnienia.

Mężczyzna był kompletnie łysy; blada skóra na jego twarzy wisiała, tworząc luźne fałdy. Niski i przygarbiony, ledwie powłóczył nogami, lecz w jego małych czarnych oczach pojawiał się co jakiś czas błysk ożywienia. Wyraźnie ucieszyła go wizyta tej ładnej młodziutkiej Angielki, która świetnie mówiła po francusku i uśmiechała się do niego tak, jakby znów był młodym mężczyzną.

– Nie naprzykrzają się panu ludzie, którzy chcą je kupić? – spytała Dee.

– Już nie. Zawsze chętnie je pożyczam, oczywiście za odpowiednią opłatą. – W jego oczach znów pojawił się szelmowski błysk. – Dzięki temu mam na tytoń – dodał, podnosząc fajkę w geście przypominającym toast.

Uzmysłowiła sobie, że dym wypływający z fajki niesie ze sobą jeszcze inny zapach; pomysłowy staruszek mieszał tytoń z konopiami indyjskimi. Dziewczyna ze zrozumieniem skinęła głową.

– Chce pani trochę? – zaproponował. – Mam bibułki.

– Chętnie, dziękuję.

Podał jej puszkę z tytoniem, kilka bibułek do skrętów i bloczek haszyszu, a Dee zaczęła skręcać jointa.

– Ech, młode dziewczyny – westchnął mężczyzna. – Narkotyki wam nie służą, naprawdę. Nie powinienem demoralizować młodzieży. Ale prawdę mówiąc, robiłem to przez całe życie, a teraz jestem już za stary, żeby się zmieniać.

– Trzeba przyznać, że dobrze to panu służy – zauważyła Dee.

– To prawda. W tym roku skończę osiemdziesiąt dziewięć lat; a mój specjalny tytoń palę codziennie od siedemdziesięciu, oczywiście z wyjątkiem czasu, który spędziłem w więzieniu.

Polizała skrawek bibułki i skleiła skręta. Potem przysunęła go do płomienia małej złotej zapalniczki i zaciągnęła się głęboko.

– Malarze często korzystali z haszyszu? – spytała.

– O, tak, zarobiłem na nim fortunę. – Spojrzał na rysunek wiszący na ścianie, sporządzony w pośpiechu szkic kobiecej głowy o owalnej twarzy i długim nosie. – Dedo był najgorszy – dodał, uśmiechając się do siebie.

Dee odczytała podpis na rysunku.

– Modigliani?

– Tak. – Oczy mężczyzny widziały teraz tylko przeszłość, mówił właściwie do siebie, a nie do dziewczyny. – Zawsze nosił marynarkę z brązowego sztruksu i wielki filcowy kapelusz z opadającym rondem. Mawiał, że sztuka powinna być jak haszysz, powinna pokazywać ludziom piękno ukryte w rzeczywistości, piękno, którego normalnie nie dostrzegają. Często pił, żeby zobaczyć brzydotę świata. Ale uwielbiał haszysz. To smutne, że miał takie właśnie przekonania. Wiem, że odebrał dość surowe wychowanie. Miał też delikatne zdrowie, więc martwił się, że narkotyki mu zaszkodzą. Martwił się, ale i tak ich używał. – Starzec uśmiechnął się i pokiwał głową, jakby zgadzając się z własnymi wspomnieniami. – Mieszkał przy Impasse Falguière. Był bardzo biedny, wyglądał naprawdę mizernie. Pamiętam, jak wybrał się do działu egipskiego w Luwrze, a po powrocie twierdził, że to jedyny dział wart zobaczenia! – Roześmiał się radośnie. – Generalnie był jednak smutnym człowiekiem – ciągnął, poważniejąc. – Zawsze nosił w kieszeni Pieśni Maldorora, znał na pamięć wiele francuskich wierszy. Pod koniec jego życia pojawił się kubizm, który był mu zupełnie obcy. Może to właśnie go zabiło.

Kiedy mężczyzna zamilkł, Dee odważyła się zadać mu pytanie. Mówiła cicho, by naprowadzić jego wspomnienia na właściwy trop, nie odrywając go jednocześnie od raz obranego toku myślenia:

– Czy Dedo kiedykolwiek malował na haju?

Starzec roześmiał się cicho.

– O, tak. Po narkotykach malował bardzo szybko, wrzeszczał wtedy cały czas, że to będzie arcydzieło, jego chef-d’œuvre, że teraz cały Paryż zobaczy w końcu, o co chodzi w malarstwie. Wybierał najjaskrawsze kolory i rzucał je na płótno. Przyjaciele mówili mu, że ten obraz jest okropny, do niczego, a on odpowiadał, żeby się odpieprzyli, bo są ignorantami i nie rozumieją, że tak wygląda malarstwo dwudziestego wieku. Potem, kiedy doszedł już do siebie, zgadzał się z nimi i chował płótno w rogu. – Francuz chciał zaciągnąć się dymem, zobaczył, że jego fajka zgasła, i sięgnął po zapałki. Czar prysł.

Dee siedziała jak przykuta do twardego drewnianego krzesła, wychylona mocno do przodu, i ściskała między palcami skręta, o którym zdążyła całkiem zapomnieć.

– Co się stało z tymi obrazami? – spytała cicho, choć w jej głosie dało się wyczuć ogromne napięcie.

Mężczyzna rozpalił ponownie fajkę, odchylił się i zaczął wciągać dym. Po chwili jednostajny rytm wdechów i wydechów ponownie wprowadził go w nostalgiczny nastrój.

– Biedny Dedo. – Westchnął ciężko. – Nie miał z czego opłacić czynszu. I nie miał dokąd pójść. Gospodarz dał mu dwadzieścia cztery godziny na wyprowadzkę. Dedo próbował sprzedać parę obrazów, ale ci nieliczni ludzie o otwartych umysłach, którzy potrafili docenić ich wartość, byli równie biedni jak on. Musiał wprowadzić się do jednego z nich, nie pamiętam już do kogo. Brakowało tam miejsca dla samego Dedo, nie wspominając już o obrazach. Te, które szczególnie lubił, oddał pod opiekę przyjaciołom. Resztę… – Odchrząknął i skrzywił się lekko, jakby to wspomnienie sprawiało mu ból. – Do dziś widzę, jak układa je na taczkach i pcha w głąb ulicy. Zatrzymuje się na podwórzu, układa je na środku w wielki stos i podpala. „Co innego mogę zrobić?”, powtarzał bez przerwy. Pewnie mogłem mu pożyczyć trochę pieniędzy, ale i tak był mi już za dużo winien. Mimo wszystko, gdy zobaczyłem, jak patrzy na te płonące płótna, żałowałem, że tego nie zrobiłem. Sam nigdy nie byłem święty, ani w młodości, ani później.

– Wszystkie obrazy malowane pod wpływem haszyszu trafiły do tego ogniska? – Dee zniżyła głos niemal do szeptu.

– Tak. – Starzec skinął głową. – W zasadzie wszystkie.

– W zasadzie? Zatrzymał jednak jakieś?

– Nie, żadnego. Ale kilka komuś oddał… Właściwie nie pamiętałem nawet komu, tylko że teraz, dzięki tej rozmowie, coś sobie przypominam. W jego rodzinnym mieście był pewien ksiądz, który interesował się narkotykami ze Wschodu. Zapomniałem dlaczego… ze względu na ich właściwości lecznicze, a może duchowe? Coś w tym rodzaju. Dedo wyspowiadał mu się ze swojego nałogu i dostał rozgrzeszenie. Potem ksiądz spytał, czy mógłby zobaczyć obrazy, które namalował pod wpływem haszyszu. Dedo wysłał mu jeden… tak, tylko jeden… teraz już pamiętam.

Skręt sparzył palce Dee, więc wyrzuciła go do popielniczki. Starzec ponownie zapalił fajkę, a dziewczyna wstała z krzesła.

– Dziękuję bardzo, że zechciał pan ze mną porozmawiać – powiedziała.

– Mmm… – Wciąż przebywał myślami w przeszłości. – Mam nadzieję, że do czegoś się to pani przyda – odezwał się w końcu.

– Na pewno. – Wiedziona nagłym impulsem, pochyliła się i pocałowała starca w łysą głowę. – Był pan dla mnie bardzo miły.

– Dawno już nie pocałowała mnie taka ładna dziewczyna – rzucił z błyskiem w oku.

– Spośród wszystkich rzeczy, które mi pan dziś powiedział, w tę jedną nie wierzę – odparła Dee, uśmiechnęła się do niego raz jeszcze i wyszła.

Kiedy znalazła się na ulicy, z trudem hamowała rozpierającą ją radość. Co za odkrycie! I to jeszcze przed początkiem semestru! Koniecznie musi o tym komuś powiedzieć. Wtedy przypomniała sobie, że Mike wyjechał: musiał na kilka dni polecieć do Londynu. Z kim więc mogłaby się podzielić taką wiadomością?

Nie zastanawiając się długo, kupiła w pobliskiej kawiarni pocztówkę i usiadła z kieliszkiem wina, by skreślić kilka słów. Pocztówka przedstawiała kawiarnię i widok ulicy, przy której siedziała teraz Dee.

Pociągnęła łyk wina i zastanawiała się przez chwilę, do kogo napisać. Powinna poinformować rodzinę o wyniku egzaminu. Mama ucieszyłaby się na swój osobliwy sposób, ale w gruncie rzeczy pragnęła, by jej córka dołączyła do wymierającego towarzystwa bywalczyń balów i wielbicielek konnych przejażdżek. Nie doceniłaby w pełni triumfu, jakim był dyplom z wyróżnieniem. A kto by docenił?

Nagle uświadomiła sobie, komu sprawiłaby prawdziwą radość taką wiadomością.

Napisała więc:

Drogi wujku Charlesie!

Wierz lub nie, ale dostałam piątkę z wyróżnieniem!!! Co jeszcze bardziej niewiarygodne, trafiłam na trop zaginionego obrazu Modiglianiego!!!

Pozdrawiam

D

Dokupiła znaczek na kartkę i wysłała ją, wracając do mieszkania Mike’a.