Skandal - L.J. Shen - ebook

44 osoby właśnie czytają

Opis

Nie można chyba wyobrazić sobie bardziej niedobranej pary niż Edi Van Der Zee i Trent Rexroth. Ona – krnąbrna osiemnastolatka buntująca się przeciw swemu surowemu ojcu. Ekspresyjna i wybuchowa dziewczyna walcząca o swoje.

On – kilkanaście lat starszy od niej samotnie wychowujący córkę bogacz, partner biznesowy jej ojca. Wycofany i skryty. Jedyne, co ich łączy, to nienawiść do Jordana Van Der Zee…

Kto okaże się drapieżnikiem, a kto ofiarą w tej rozgrywce? Jakie mroczne tajemnice skrywa bezwzględny Jordan Van Der Zee i dlaczego tak bardzo nienawidzi Trenta?

 

 

„Edie. Nazywają go Cichy nie bez powodu.

Jest surowy, oziębły, wyrachowany i rzadko się odzywa.

A kiedy to robi, w jego słowach słychać pogardę.

A kiedy to robi, jego słowa nie są przeznaczone dla mnie.

A kiedy to robi, mój żołądek fika koziołki, a mój świat wywraca się do góry nogami.

Ma trzydzieści trzy lata.

A ja osiemnaście.

Jest samotnym ojcem i partnerem biznesowym mojego ojca.

A ja jestem dla niego tylko dzieckiem i córką jego wroga.

Jest emocjonalnie niedostępny.

I… coś do niego czuję. Coś, czego nie powinnam.

Trent Rexroth złamie mi serce. Nieszczęście wisi w powietrzu, jest wyryte w mojej duszy.

A mimo to nie potrafię trzymać się od niego z daleka.

Skandal jest ostatnią rzeczą, której potrzebuje moja rodzina. Ale właśnie ten Skandal im zapewnimy.

Och, to będzie piękny chaos”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 440

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: SCANDALOUS. Sinners of Saint

Copyright © 2017 by L.J. Shen

Copyright for the Polish Edition © 2018 Edipresse Polska SA

Copyright for the Translation © 2018 Sylwia Chojnacka

Edipresse Polska SA

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51), Barbara Tekiel (tel. 22 584 25 73),

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Zuzanna Żółtowska / Słowne Babki

Korekta: Ewelina Pawlak / Słowne Babki, Ewdokia Cydejko / Czułe Słówka

Projekt okładki: Letitia Hasser, RBA Designs

Model na okładce: João Antonio Marques

Przygotowanie polskiej wersji okładki: Typo Marek Ugorowski

Skład i łamanie: Typo Marek Ugorowski

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: [email protected]

tel.: 22 584 22 22

(pon.-pt. w godz. 8:00-17:00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

www.instagram.com/edipresseksiazki

ISBN 9788381179577

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Jeśli jej dotknął, nie mógł do niej mówić, jeśli ją kochał,nie mógł odejść, jeśli mówił, nie mógł słuchać,jeśli walczył, nie mógł zwyciężyć.

Aramdhati Roy, Bóg rzeczy małych, przeł. Tomasz Bieroń

Dla Sunny Borek i Elli Fox

Soundtrack

Believer – Imagine Dragons

Girls and Boys – Blur

Just the Two of Us – Grover Washington Jr.

Pacific Coast Highway – Kravinsky

Sweater Weather – The Neighborhood

Lonely Boy – The Black Keys

Shape (Of My Heart) – cover Sugababes

Koniki morskie lubią pływać w parach ze złączonymi ogonami.

To jedne z niewielu zwierząt żyjących w monogamicznych związkach; przeprowadzają ośmiogodzinny taniec godowy, na który składa się między innymi wspólne pływanie i zmiana ubarwienia. Są romantyczne, eleganckie i kruche.

Zupełnie jak miłość.

Koniki morskie przypominają nam o tym, że miłość powinna być nieposkromiona, tak jak ocean.

Prolog

Edie

Łakomstwo

Liczba mnoga – łakomstwa

1. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu

2. Chciwe lub nadmierne dogadzanie sobie; marnotrawstwo energii i zasobów kraju

Najgorszy spośród siedmiu grzechów głównych. Przynajmniej w mojej opinii. A moja opinia liczyła się najbardziej, gdy zdesperowana stałam w słońcu południowej Kalifornii w to majowe popołudnie na promenadzie w Todos Santos i desperacko potrzebowałam gotówki. Oparłam się o białą barierkę oddzielającą zatłoczony chodnik od połyskującego oceanu oraz imponujących jachtów i przyglądałam się ludziom.

Fendi, Dior, Versace, Chanel, Burberry, Bulgari, Louboutin, Rolex.

Chciwość. Nadmiar. Korupcja. Występki. Oszustwa. Zepsucie.

Osądzałam ich. Pili organiczne smoothies po dziesięć dolców za sztukę i jeździli na wykonywanych na zamówienie kolorowych deskach podpisanych przez Tony’ego Hawka. Osądzałam ich, doskonale wiedząc, że oni nie mogli zrobić tego samego ze mną. Ukrywałam się. Chowałam pod czarnym kapturem, włożywszy ręce głęboko do kieszeni. Miałam na sobie czarne obcisłe dżinsy, stare niezawiązane martensy i zniszczony sportowy plecak pospinany agrafkami.

Można mnie było pomylić z chłopakiem.

Poruszałam się jak duch.

I czułam się, jakbym była jedną wielką pomyłką.

A tego dnia miałam zrobić coś, co sprawi, że moje życie stanie się trudniejsze.

Tak jak w każdej niebezpiecznej grze, w tej również istniały zasady, których należało przestrzegać: żadnych dzieci, żadnych starszych, żadnych przeciętnych ludzi dotkniętych przez życie. Szukałam bogaczy podobnych do moich rodziców. Kobiet z torebkami od Gucciego i mężczyzn w garniturach od Brunella Cucinelliego. Paniuś z pieskami wystającymi z ich wysadzanych kamieniami torebek od Michaela Korsa i panów, którzy wyglądali, jakby wydawali na swoje cygara tyle, ile normalna osoba na miesięczny czynsz.

Zauważenie potencjalnych ofiar na promenadzie było śmiesznie łatwe. Todos Santos to najbogatsze miasto w Kalifornii według badań przeprowadzonych w dwa tysiące osiemnastym roku ku niechęci osób, które wzbogaciły się poprzez odziedziczenie fortuny. Nuworysze, tacy jak mój ojciec, przybyli na tę ziemię wyposażeni w okropne, importowane z Włoch samochody i z taką ilością biżuterii, że jej ciężar zatopiłby statek.

Pokręciłam głową, patrząc na eksplozję kolorów, zapachów i opalone, prawie półnagie ciała. Skup się, Edie, skup.

Ofiara. Dobry łowca potrafi wyczuć ją nawet z odległości kilometrów.

Mój dzisiejszy posiłek przeszedł obok mnie szybko, nieświadomy tego, że przyciągnął moją uwagę. Odrzucił głowę w tył, śmiejąc się i pokazując rzędy białych zębów. Była to kobieta w średnim wieku, żona jakiegoś bogacza odziana w ubrania Chanel z ostatniej kolekcji. Nie znałam się za bardzo na modzie, ale mój ojciec uwielbiał rozpieszczać swoje kochanki drogimi prezentami, by mogły paradować na ważnych wydarzeniach i by mógł je przedstawiać jako swoje asystentki, z którymi był bardzo blisko. Moja matka kupowała rzeczy od projektantów, desperacko pragnąc wyglądać młodziej, jak kobiety, które interesowały ojca. Rozpoznawałam bogactwo, gdy je widziałam. Ale ta kobieta? Na pewno nie była biedna, a przynajmniej nie brakowało jej jedzenia i miłości, czyli dwóch rzeczy, które według mnie liczyły się najbardziej.

Nie miała pojęcia, że jej pieniądze kupią mi miłość. Że jej portfel przepełni moje serce po brzegi.

– Zabiłabym za sałatkę z kaczką w The Brasserie. Czy możemy tam iść jutro? Może Dar się do nas przyłączy – zaproponowała, poprawiając wypielęgnowaną dłonią platynowe włosy sięgające podbródka.

Znalazłam się za jej plecami i zauważyłam, że szła pod rękę z wysokim przystojnym brunetem, przynajmniej dwadzieścia lat od niej młodszym. Był zbudowany jak Robocop i ubrany jak David Beckham. Czy to jej zabawka? Mąż? Stary przyjaciel? Syn? Dla mnie to nie miało znaczenia.

Ona była ofiarą doskonałą. Roztargnioną, niezorganizowaną i wyniosłą; jeśli zgubi dzisiaj portfel, ledwo to zauważy. Na pewno ma jakiegoś asystenta lub innego nieszczęśnika, któremu płaci i który zajmie się konsekwencjami kradzieży. Ten ktoś zamówi jej nowe karty kredytowe i zajmie się wydaniem nowego prawa jazdy, wyręczając ją w użeraniu się z biurokracją.

Ktoś taki jak Camila.

Kradzież była jak chodzenie po linie. Sekret tkwił w postawie i umiejętności niepatrzenia w przepaść lub – jak w moim przypadku – w oczy ofiary. Byłam szczupła, niska i zwinna. Z łatwością ominęłam tłumy głośnych smarkul w bikini i rodziny jedzące lody, skupiając wzrok na czarno-złotej torbie od YSL, która wisiała na ramieniu kobiety.

Dźwięki stały się przytłumione, ludzie i food trucki zniknęli z pola mojego widzenia, bo widziałam tylko tę torbę – mój cel.

Przypomniałam sobie wszystko, czego nauczyłam się od Szakala, odetchnęłam głęboko i rzuciłam się w stronę torebki. Wyszarpnęłam ją kobiecie i pobiegłam w stronę alejek mieszczących się przy głównej promenadzie. Nie patrzyłam za siebie. Biegłam na oślep, desperacko, jak szalona.

Łup, łup, łup. Moje martensy sprawiały wrażenie ciężkich, gdy uderzały o gorący beton, ale myśl o konsekwencjach związanych z niezdobyciem pieniędzy ciążyła mi na sercu bardziej. Głośny śmiech dziewczyn na promenadzie ucichł, kiedy oddaliłam się od swojego celu.

Mogłabym być jedną z nich. Wciąż mogę. Dlaczego ja to robię? Dlaczego po prostu nie odpuszczę?

Jeszcze jeden zakręt, a znajdę się w samochodzie, otworzę torebkę i obejrzę łupy. Z mojego gardła wydobył się histeryczny śmiech, bo upiłam się adrenaliną i naćpałam endorfinami. Nienawidziłam okradać ludzi. Jeszcze bardziej nienawidziłam uczucia, które temu towarzyszyło. Ale przede wszystkim nienawidziłam siebie. Tego, kim się stałam. Mimo to moje serce przeszyła czysta radość, bo zrobiłam coś złego i uszło mi to na sucho.

Poczułam ulgę, gdy ujrzałam swój samochód. Stare czarne audi TT, które mój ojciec odkupił od swojego partnera biznesowego Barona Spencera. Była to jedyna rzecz, którą mi podarował w ciągu ostatnich trzech lat, i jak zwykle nie zrobił tego bezinteresownie. Nie chciał mnie za często widywać w swojej posiadłości – dlatego dostałam samochód. Zresztą ojciec najczęściej nie wracał na noc do domu, więc się mijaliśmy i nie było problemu.

Wyciągnęłam kluczyki z plecaka, dysząc po drodze do samochodu jak chory pies.

Znajdowałam się zaledwie parę centymetrów od siedzenia kierowcy, gdy nagle świat zawirował, a kolana się pode mną ugięły. Dopiero po kilku sekundach zrozumiałam, że nie potknęłam się z powodu własnej niezdarności. Czyjaś potężna ręka wykręciła mi ramię za plecami, a powietrze uszło z moich płuc. Ta osoba złapała mnie tak mocno, że chyba zostaną mi siniaki, a potem zaciągnęła mnie do alejki między knajpą z fast foodem a francuskim butikiem, zanim w ogóle otworzyłam usta, by coś powiedzieć. Albo, co gorsza, krzyknąć lub gryźć. Próbowałam mu się wyrwać, jednak facet był dwa razy większy ode mnie – dosłownie same mięśnie. Za bardzo zaślepiał mnie gniew, bym mogła mu się lepiej przyjrzeć. Gotowało mi się w trzewiach, a przed oczami widziałam ogień – i to na chwilę mnie zdezorientowało. Wbił mnie w ścianę budynku, a ja syknęłam, czując siłę uderzenia od pleców aż po kość ogonową. Instynktownie wyciągnęłam ręce, by podrapać go po twarzy, jednocześnie kopiąc i krzycząc. Mój strach był jak burza. Przezwyciężenie go było niemożliwe. Nieznajomy złapał mnie za nadgarstki i unieruchomił mi je nad głową, przyciskając do chłodnego betonu.

A więc to twój koniec, pomyślałam. I to z powodu głupiej torebki, w sobotnie popołudnie, na jednej z najbardziej zatłoczonych plaż w Kalifornii.

Skrzywiłam się i czekałam na uderzenie w twarz albo, co gorsza, na to, że poczuję na ustach jego zgniły oddech, a jego ręka ściągnie mi majtki.

I wtedy nieznajomy się zaśmiał.

Zmarszczyłam brwi, mrużąc oczy, gdy próbowałam się skupić i ochłonąć.

Ujrzałam go we fragmentach, jakby był obrazem w trakcie tworzenia. Jego szaroniebieskie oczy jako pierwsze przebiły się przez mgłę strachu otaczającą mój umysł. Były jak połączone ze sobą szafiry i srebro, miały kolor kamienia księżycowego. Następnie ujrzałam jego prosty nos, symetryczne usta i kości policzkowe tak ostre, że można by nimi ciąć diamenty. Jego wygląd był przytłaczający i wyjątkowo męski, ale nie to sprawiło, że natychmiast go rozpoznałam. Chodziło o to, czym emanował – niebezpieczeństwem i surowością. Był jak mroczny rycerz stworzony z twardego niczym stal materiału. Okrutny w swoim milczeniu i druzgocąco pewny siebie. Spotkałam go tylko raz, kilka tygodni temu na grillu w domu Deana Cole’a, ale nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa.

Właściwie on nie odzywał się do nikogo.

Trent Rexroth.

Nie można było nas nazwać nawet znajomymi, a każda informacja, którą o nim posiadałam, działała na jego niekorzyść. Był milionerem, singlem i pewnie dlatego również playboyem. W skrócie Trent to młodsza wersja mojego ojca, co oznaczało, że chciałam go poznać równie bardzo, co zachorować na cholerę.

– Masz pięć sekund, by powiedzieć, dlaczego chciałaś okraść moją matkę. – Jego głos był oschły, ale oczy płonęły. – Pięć.

To była jego matka. Cholera. Naprawdę miałam kłopoty. Zostałam przyłapana, ale nie żałowałam swojej decyzji. Była tylko bogatą białą kobietą z przedmieść, która nie zatęskniłaby za gotówką czy torebką. Na nieszczęście jej syn był też partnerem biznesowym mojego ojca.

– Puść mnie – syknęłam przez zaciśnięte zęby – zanim wbiję ci kolano w klejnoty.

– Cztery. – Zupełnie mnie zignorował, boleśnie ściskając moje nadgarstki. Jego wzrok wyzywał mnie, bym to zrobiła, chociaż oboje wiedzieliśmy, że byłam zbyt wielkim tchórzem, by chociaż spróbować. Skrzywiłam się. On tak naprawdę nie sprawiał mi bólu i dobrze o tym wiedział. Ściskał mnie tylko na tyle mocno, by zrobiło mi się niewygodnie i by mnie przestraszyć.

Nikt nigdy nie skrzywdził mnie fizycznie. To była niepisana zasada bogatych i znanych ludzi. Można ignorować swoje dziecko, wysłać je do szkoły z internatem w Szwajcarii lub zostawić je z nianią do osiemnastki, ale, broń Boże, nie wolno podnieść na nie ręki. Rozejrzałam się za torebką od YSL, czując, jak ogarniają mnie zdezorientowanie i panika. Rexroth musiał szybko mnie przejrzeć, bo kopnął torbę między nas, tak że obiła się o moje buty z głośnym dźwiękiem.

– Nie przywiązuj się do niej za bardzo, skarbie. Trzy.

– Mój ojciec cię zabije, jeśli dowie się, że mnie tknąłeś – wydusiłam, próbując odzyskać równowagę. – Jestem…

– Córką Jordana Van Der Zee – wtrącił spokojnym głosem, wyręczając mnie. – Z przykrością muszę ci powiedzieć, że mam to gdzieś.

Mój ojciec prowadził z Rexrothem interesy i posiadał czterdzieści dziewięć procent udziałów w Fiscal Heights Holdings, firmie, którą Trent założył z trzema przyjaciółmi z liceum. To sprawiało, że Jordan stanowił zagrożenie dla mężczyzny stojącego przede mną, chociaż tak naprawdę nie był jego szefem. Trent patrzył na mnie z niezadowoleniem, co dało mi znać, że naprawdę się nie bał. Wiedziałam jednak, że ojcu odbije, jeśli się dowie, że Trent mnie dotknął. Jordan Van Der Zee rzadko poświęcał mi choć chwilę uwagi, a jeżeli to robił, to po to, by pokazać, jaką ma nade mną władzę.

Chciałam się odegrać na Trencie, nawet nie byłam pewna dlaczego. Może przez to, że mnie upokorzył… Chociaż część mnie wiedziała, że sobie zasłużyłam.

Jego oczy jakby ciskały w moją stronę sztylety, paliły skórę w miejscu, w które trafiały. Moje policzki się zaczerwieniły, bo gość był niemal dwa razy starszy ode mnie i zdecydowanie poza moim zasięgiem. Już i tak czułam się jak dziecko, bo przyłapał mnie na gorącym uczynku. Aż zacisnęłam uda, gdy jego palce wbiły się w moje nadgarstki, jakby chciały rozszarpać je do żył.

– I co zamierzasz zrobić? Uderzysz mnie? – Uniosłam podbródek, a moje oczy, postawa i głos stały się wyzywające. Jego matka była biała, więc ojciec musiał być czarny lub mieszany. Trent był wysoki, dobrze zbudowany, o ciemniejszej karnacji. Czarne włosy zostały ogolone na krótko, jak u żołnierza. Miał na sobie czarne materiałowe spodnie, białą koszulę i rolexa w stylu vintage. Boski dupek. Zachwycający, arogancki drań.

– Dwa.

– Odliczasz pięć sekund od dziesięciu minut, ty mądralo – wytknęłam mu, unosząc brew. Uśmiechnął się tak drapieżnie, że mogłabym przysiąc, iż zobaczyłam u niego kły, a potem puścił moje ręce, jakby go parzyły. Natychmiast złapałam swój nadgarstek drugą dłonią i zaczęłam go rozcierać. Trent górował nade mną niczym cień i dokończył odliczanie z warknięciem:

– Jeden.

Oboje patrzyliśmy na siebie, ja w przerażeniu, on rozbawiony. Mój puls przyspieszył, a ja zastanawiałam się, jak musiało to wyglądać od środka. Czy komory mojego serca pękały już pod wpływem silnego wyrzutu adrenaliny. Powoli uniósł rękę i zdjął mi kaptur, pozwalając moim falowanym blond włosom opaść aż do talii. Czułam się obnażona i to mnie denerwowało. Jego oczy przyglądały mi się leniwie, jakbym była rzeczą, a on zastanawiał się, czy ma mnie kupić, czy nie. Wyglądałam całkiem nieźle – jednocześnie zadowalało to i irytowało moich rodziców – ale Trent był dorosłym mężczyzną, a ja kończyłam liceum. Zostały mi jeszcze dwa tygodnie. Wiedziałam, że bogaci faceci uwielbiali młode kobiety, ale woleli nie trafiać z tego powodu do więzienia.

Po chwili przerwałam milczenie.

– Czego znowu chcesz?

– Teraz czekam. – Niemal musnął palcami mój policzek. Zamrugałam szybko powiekami, a serce fiknęło mi koziołka w piersi. Poczułam się jednocześnie młodsza i starsza, niż byłam.

– Na co czekasz? – Zmarszczyłam brwi.

– Czekam, aż to, co na ciebie mam, stanie się dla mnie przydatne, Edie Van Der Zee.

Znał moje imię. Już i tak byłam zdziwiona tym, że rozpoznał mnie jako córkę Jordana, skoro widział mnie tylko raz na grillu u przyjaciela, i to z daleka, wiele tygodni temu… O dziwo, mnie to ekscytowało. Dlaczego Trent Rexroth znał moje imię? Musiał o mnie pytać. Mój ojciec nie rozmawiał o mnie w pracy. To dobrze znany fakt. Próbował ignorować to, że istniałam, kiedy tylko się dało.

– A czego ode mnie potrzebujesz? – Zmarszczyłam nos, sceptyczna. Był trzydziestokilkuletnim bogaczem i należał do zupełnie innej ligi, można powiedzieć, że grał na innym boisku. Wcale nie oceniałam siebie zbyt surowo. Miałam wybór. Mogłabym być tak bogata, jak on – poprawka: właściwie nawet pięćdziesiąt razy bogatsza. Miałam u stóp cały świat, ale postanowiłam go odrzucić, zamiast go przyjąć, ku niezadowoleniu mojego ojca.

Ale Trent Rexroth tego nie wiedział. On nic nie wiedział.

Czułam się niesamowicie żywa w jego ramionach, gdy patrzył na mnie tak intensywnie. Pochylił się w moją stronę, a jego usta, które kojarzyłam z poezją, grzechem i przyjemnością, wykrzywiały się w uśmiechu tuż przy mojej szyi.

– Muszę trzymać twojego ojca na krótkiej smyczy. Gratuluję, właśnie awansowałaś na moją potencjalną ofiarę.

Jedyną rzeczą, o której myślałam, gdy się odsunął i pociągnął mnie w stronę samochodu, trzymając za kark jak jakieś zwierzę, które należało ujarzmić, było to, że moje życie właśnie stało się o wiele bardziej skomplikowane.

Poklepał maskę audi i uśmiechnął się przez opuszczone okno mojego wozu, zakładając okulary przeciwsłoneczne.

– Bezpiecznej drogi.

– Możesz pocałować mnie w dupę. – Ręce mi się trzęsły, gdy próbowałam spuścić hamulec ręczny.

– Nawet za milion lat, młoda. Nie jesteś warta odsiadki w pudle.

Miałam już osiemnaście lat, ale to nie robiło żadnej różnicy. Zamarłam, czując, że zaraz napluję mu w twarz, gdy nagle pogrzebał w torebce matki i wrzucił mi do samochodu coś małego i twardego.

– To na drogę. I przyjacielska rada: trzymaj się z daleka od kieszeni i torebek innych ludzi. Nie wszyscy są tacy pobłażliwi jak ja.

Wcale nie był pobłażliwy, natomiast uchodził za uosobienie dupka. Zanim wymyśliłam jakąś ciętą ripostę, odwrócił się i odszedł, zostawiając za sobą upajający zapach. Spojrzałam na swoje kolana, wciąż oszołomiona i zaniepokojona jego ostatnim komentarzem.

Baton snickers.

Innymi słowy chciał mi powiedzieć, żebym przestała gwiazdorzyć. Potraktował mnie jak dziecko. To miał być żart.

Odjechałam promenadą prosto do Tabago Beach. Pożyczyłam pieniądze od Szakala, by starczyło mi do następnego miesiąca. Byłam zbyt roztargniona, by znowu próbować ukraść trochę kasy.

Ale tego dnia coś się zmieniło i jakimś cudem moje życie obrało kierunek, którego nigdy bym się nie spodziewała.

Tego dnia zrozumiałam, że nienawidzę Trenta Rexrotha.

Tego dnia umieściłam go na liście osób, których nie znoszę i którym nigdy nie przebaczę.

Tego dnia zrozumiałam również, że istniały pewne ramiona, w których wciąż potrafiłam czuć się żywa.

Szkoda tylko, że nie były to właściwe ramiona.

Rozdział pierwszy

Trent

Ona jest jak labirynt, z którego nie można uciec.

Jak słaby, lecz stabilny puls. Istnieje, ale ledwie co.

Kocham ją tak bardzo, że czasami nienawidzę.

Przeraża mnie to, bo w głębi siebie wiem, czym ona jest.

Nierozwiązywalną zagadką.

Wiem też, kim ja jestem.

Idiotą, który próbuje ją rozgryźć.

Za wszelką cenę.

– Jak się czułeś, gdy to pisałeś? – Sonya uniosła papier z wyschniętym śladem whisky, jakby to był jej noworodek. W jej oczach lśniły łzy. Poziom dramatyzmu podczas tej sesji był wysoki. Jej głos brzmiał delikatnie i dlatego wiedziałem, że czekała na ten moment. Na przełom. Na zwrot akcji, po którym wszystko się zmieni, jak w pieprzonym hollywoodzkim filmie. Jakaś laska wyzbywa się zahamowań, ojciec zaczyna rozumieć, że jest oziębłym dupkiem, wszyscy pracują nad swoimi emocjami, bla, bla, bla, podajcie mi chusteczkę, bla, bla.

Potarłem twarz, zerkając na mojego rolexa.

– Kiedy to pisałem, byłem zalany w trzy dupy, więc pewnie pragnąłem jedynie burgera, który pomógłby mi przetrawić alkohol – odparłem z kamienną twarzą. Nie mówiłem za wiele – co za niespodzianka – zresztą dlatego nazywali mnie Cichy. Kiedy już mówiłem, to do Sonyi, która znała moje granice, do Luny, która je ignorowała, lub sam do siebie.

– Często się upijasz?

Wyglądała na rozczarowaną. Zazwyczaj twarz Sonyi nie wyrażała niczego, ale teraz widziałem jej rozczarowanie pod grubą warstwą makijażu i profesjonalizmu.

– To nie twoja sprawa, ale nie.

W pokoju zapadła pełna napięcia cisza. Stukałem palcami w ekran telefonu i próbowałem sobie przypomnieć, czy wysłałem kontrakt do Korei, czy nie. Powinienem być milszy, bo moja czteroletnia córka siedziała obok mnie i obserwowała tę wymianę zdań. Powinienem zrobić wiele, ale po pracy potrafiłem czuć tylko gniew i wściekłość oraz – Dlaczego, Luno? Co ja ci takiego, kurwa, zrobiłem? – zdezorientowanie. I rozmyślać o tym, jak to się stało, że zostałem trzydziestotrzyletnim samotnym ojcem, który nie miał czasu ani cierpliwości do innej kobiety poza swoją córką.

– Porozmawiajmy o konikach morskich. – Sonya splotła palce, zmieniając temat. Zawsze tak robiła, gdy moja cierpliwość się kończyła i mogłem wybuchnąć. Jej uśmiech był ciepły, lecz neutralny, tak samo jak jej biuro. Przesunąłem wzrokiem po obrazkach za nią przedstawiających roześmiane dzieci – takie rzeczy można kupić w Ikei – po żółtej tapecie i kwiecistych miękkich fotelach. Czy ona się za bardzo starała, czy to ja nie starałem się wystarczająco? W tamtej chwili trudno było stwierdzić. Przeniosłem wzrok na córkę i uśmiechnąłem się do niej, ale ona tego nie odwzajemniła. Nie dziwiłem się jej.

– Luno, chcesz powiedzieć tacie, dlaczego tak bardzo lubisz koniki morskie? – zapytała wesoło Sonya.

Luna uśmiechnęła się tajemniczo do swojej terapeutki. Miała cztery lata i nie mówiła. Wcale. Ani jednego słowa, ani jednej sylaby. Nie miała problemów ze strunami głosowymi, bo krzyczała, gdy coś ją bolało, i kaszlała, gdy była chora, a czasami nuciła nieświadomie pod nosem, gdy w radiu leciały piosenki Justina Biebera (co samo w sobie było tragiczne).

Luna nie mówiła, bo po prostu nie chciała. Był to problem psychologiczny, a nie fizyczny, i nie wiadomo, z czego wynikał. Wiedziałem jedynie, że moja córka była inna, obojętna i nietypowa. Ludzie określali ją jako „wyjątkową”, by nie traktować jej jak odmieńca. Nie mogłem dłużej chronić jej przed dziwnymi spojrzeniami innych i ich uniesionymi brwiami. Właściwie nie dało się już wmawiać ludziom, że jej milczenie wynikało tylko z introwertyzmu. Poza tym i tak męczyło mnie ukrywanie prawdy.

Luna jest i zawsze była nadprzeciętnie zdolna. W testach, w których brała udział w ciągu ostatnich lat, uzyskała najwyższe wyniki, a tych testów było więcej, niż da się zliczyć. Rozumiała każde słowo, które się do niej mówiło. Milczała z wyboru, choć była zbyt mała, by świadomie podjąć taki wybór. Próby przekonania jej do mówienia były dla mnie niemożliwe i żenujące. Dlatego dwa razy w tygodniu zaciągałem ją do Sonyi, rozpaczliwie próbując nakłonić córkę, by przestała bojkotować świat.

– Właściwie to ja mogę ci powiedzieć, dlaczego Luna uwielbia koniki morskie. – Sonya wydęła wargi i odłożyła moją kartkę na biurko. Luna czasami mówiła słowo lub dwa do terapeutki, ale nigdy się nie odzywała, gdy byłem w pomieszczeniu z nimi. Sonya powiedziała mi, że Luna miała ospały głos, tak samo jak spojrzenie, ale brzmiał miękko, delikatnie i normalnie. Nie miała żadnej wady wymowy. Ona brzmi jak zwykłe dziecko, Trent. Kiedyś też to usłyszysz, powiedziała.

Uniosłem brew i oparłem głowę na ręce, patrząc na cycatą rudowłosą. Po powrocie do pracy miałem się zająć trzema umowami – czterema, jeśli naprawdę zapomniałem o tej dla Koreańczyków – mój czas był zbyt cenny, bym mógł go poświęcać na rozmowę o konikach morskich.

– Tak?

Sonya wyciągnęła rękę i ujęła moją dużą, opaloną dłoń w swoją małą i jasną.

– Koniki morskie są ulubionymi zwierzętami Luny, bo samiec tego gatunku nosi w sobie dziecko – nie samica. Samiec nosi w sobie potomstwo. Zachodzi w ciążę. A potem opiekuje się młodym. Czyż to nie piękne?

Zamrugałem kilkukrotnie, patrząc na moją córkę. Nie wiedziałem, jak sobie radzić z kobietami w moim wieku, więc gdy zajmowałem się Luną, czułem się tak, jakbym strzelał kulami na oślep w ciemności, z nadzieją, że trafię do celu. Zmarszczyłem brwi, szukając w umyśle czegokolwiek, co sprawiłoby, że moja córka by się uśmiechnęła.

Dotarło do mnie, że opieka społeczna natychmiast by mi ją zabrała, gdyby dowiedzieli się, jakim emocjonalnie upośledzonym dupkiem jestem.

– Ja… – zacząłem. Sonya odchrząknęła i przyszła mi z pomocą.

– Luna, może pomożesz Sydney powiesić dekoracje na obóz letni na korytarzu? Masz świetny gust.

Sydney to sekretarka Sonyi. Moja córka ją polubiła, bo często zdarzało nam się długo siedzieć w recepcji w oczekiwaniu na wizytę. Luna pokiwała głową i zeskoczyła z krzesła.

Moja córka była piękna. Jej skóra w kolorze karmelu i jasnobrązowe loczki podkreślały głęboki błękit oczu, które połyskiwały jak latarnia morska. Luna była piękna, a świat był brzydkim miejscem i nie wiedziałem, jak jej pomóc.

Dobijało mnie to powoli, nieustannie, bezlitośnie.

Drzwi zamknęły się z lekkim trzaśnięciem, a Sonya spojrzała na mnie i jej uśmiech zniknął.

Znowu zerknąłem na zegarek.

– Masz zamiar przyjść dzisiaj do mnie się bzykać?

– Jezu, Trent. – Pokręciła głową i założyła ręce na karku. Pozwoliłem jej się wyładować. To był częsty problem z Sonyą. Z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu myślała, że może mnie za coś zbesztać dlatego, że czasem ssała mi fiuta. Prawda była taka, że miała nade mną władzę z powodu Luny. Moja córka wielbiła ją bezgranicznie i w jej obecności uśmiechała się częściej.

– Rozumiem, że nie.

– Może uznasz to za powód, by się obudzić. Miłość Luny do koników morskich to jej sposób, by powiedzieć: „Tatusiu, doceniam to, że się mną zajmujesz”. Twoja córka ma potrzeby.

– Moja córka ma mnie – wycedziłem przez zaciśnięte zęby. Taka była prawda. Co jeszcze mogłem dać Lunie, czego ode mnie nie dostała? Jeśli będzie trzeba, pomogę jej i otworzyć słoik, i wciągnąć koszulkę w czarne legginsy.

Trzy lata temu Val, matka Luny, zostawiła ją w kołysce, wzięła klucze i dwie duże walizki i zniknęła z naszego życia. Ja i Val nie byliśmy razem. Spłodziliśmy Lunę przez przypadek, podczas zaprawionego koką wieczoru kawalerskiego w Chicago, który wymknął się spod kontroli. Bzyknąłem się z Val na tyłach klubu ze striptizem – ona mnie ujeżdżała, a inna striptizerka siedziała mi na twarzy. Teraz myślę, że za pieprzenie się ze striptizerką bez zabezpieczenia powinni mnie wpisać do księgi rekordów Guinnessa za głupotę. Miałem dwadzieścia osiem lat – już nie byłem dzieciakiem – więc powinienem być wystarczająco mądry, by wiedzieć, co robię.

Jednak w wieku dwudziestu ośmiu lat wciąż myślałem fiutem i portfelem.

Natomiast w wieku trzydziestu trzech lat myślałem już mózgiem i miałem na uwadze szczęście mojej córki.

– Kiedy ta szopka się skończy? – rzuciłem, bo zaczynało mnie męczyć drążenie w kółko tego samego tematu. – Podaj cenę, a ja zapłacę. Czego chcesz w zamian za chwilę prywatności ze mną?

Sonya pracowała w prywatnej instytucji częściowo ufundowanej przez państwo, a częściowo przeze mnie. Wcześniej nie zarabiała więcej niż osiemdziesiąt tysięcy rocznie, a ja byłem cholernym optymistą. Zaoferowałem jej sto pięćdziesiąt tysięcy, najlepsze ubezpieczenie zdrowotne dla niej i jej syna i taką samą liczbę godzin pracy, jeśli zgodziłaby się pracować wyłącznie z Luną u mnie w domu. Sonya odetchnęła z udręczeniem, mrużąc niebieskie oczy.

– Nie rozumiesz, Trent. Powinieneś skupiać się na tym, by Luna otworzyła się na innych, zamiast zachęcać ją wyłącznie do kontaktu ze mną. Poza tym Luna nie jest jedynym dzieckiem, które mnie potrzebuje. Lubię pracować z różnymi pacjentami.

– Ona cię kocha – odparłem, strzepując meszek z mojego nieskazitelnego garnituru od Gucciego. Czy ona uważała, że nie chcę, aby moja córka się do mnie odzywała? Albo do moich rodziców, przyjaciół? Próbowałem już wszystkiego, ale na Lunę nic nie działało. Mogłem zadbać jedynie o to, by nie czuła się taka samotna.

– Kocha też ciebie. Po prostu otwarcie się na innych i wyjście ze skorupy zajmie jej jeszcze trochę czasu.

– Miejmy nadzieję, że dojdzie do tego, zanim znajdę sposób, by skruszyć tę skorupę. – To był żart tylko po części. Wstałem, bo musiałem już iść. Moja córka potrafiła sprawić, że czułem się bardziej bezradny niż jakikolwiek dorosły, z którym musiałem sobie wcześniej radzić.

– Trent – odezwała się Sonya błagalnym głosem, gdy już byłem przy drzwiach. Zatrzymałem się, ale nie odwróciłem. Nie. Pieprzyć to. Ona nie mówiła o swojej rodzinie, gdy przychodziła na szybki numerek po tym, jak Luna i jej niania już zasnęły, wiedziałem jednak, że Sonya była rozwiedziona i miała dziecko. Pieprzyć normalną Sonyę i jej normalnego syna. Ona nie rozumiała mnie i Luny. Może w teorii. Ale nie rozumiała naszego załamania, cierpienia, tego, co nas interesowało. Sonya była dobrą terapeutką. Fakt, trochę nieetyczną, to nie podlegało dyskusji. Uprawialiśmy seks, wiedząc, że nie mamy szansy na coś więcej. Żadnych emocji, komplikacji, oczekiwań. Była dobrą specjalistką, ale tak jak reszta ludzi nie mogła zrozumieć, przez co przechodziłem. Przez co my przechodziliśmy.

– Wakacje dopiero się zaczęły. Proszę cię, żebyś znalazł czas dla Luny. Pracujesz całymi godzinami. Gdybyś był przy niej częściej, dobrze by to na nią wpłynęło.

Odwróciłem się w miejscu i przyjrzałem się jej twarzy.

– Co sugerujesz?

– Może weź wolne jednego dnia każdego tygodnia i spędź go z nią?

Zamrugałem powoli i to wystarczyło, by zrozumiała, że przegięła. Postanowiła się wycofać, ale nie bez walki. Zacisnęła usta, co powiedziało mi, że zaczynałem ją irytować.

– Rozumiem. Jesteś grubą rybą i nie możesz sobie pozwolić na wolne. To może obiecaj mi, że raz w tygodniu weźmiesz ją ze sobą do pracy? Camila może jej pilnować. Wiem, że w budynku firmy są bawialnie i inne udogodnienia dla dzieci. – Camila to niania Luny. Miała sześćdziesiąt dwa lata, jednego wnuka i kolejnego w drodze, więc niedługo przestanie dla mnie pracować. Za każdym razem, gdy słyszałem jej imię, czułem jakiś niepokojący ucisk w żołądku.

Pokiwałem głową, a Sonya zamknęła oczy i odetchnęła głęboko.

– Dziękuję.

W holu zabrałem plecak Luny z motywem z bajki Dora poznaje świat i włożyłem do niego pluszowego konika morskiego. Wyciągnąłem do niej rękę, a ona ją ujęła. W milczeniu ruszyliśmy w stronę windy.

– Spaghetti? – zapytałem, łaknąc odpowiedzi. Nigdy jej nie dostawałem.

Tym razem też nie odpowiedziała.

– A może mrożony jogurt?

Nada.

Winda wydała z siebie piszczący dźwięk. Luna miała na sobie czarne trampki, zwykłe dżinsy i białą koszulkę. Wyobrażałem sobie, że córka Jordana nosiła coś podobnego, gdy nie zajmowała się okradaniem niewinnych ludzi. Luna zupełnie nie przypominała córki Jaimego, Darii ani żadnych innych dziewczynek z klasy, które wolały spódniczki i sukienki. Zupełnie jej to nie interesowało.

– A może zjemy spaghetti i mrożony jogurt? – próbowałem z nią negocjować. Normalnie nigdy tego nie robiłem. Nigdy.

Luna lekko zacisnęła dłoń na mojej. Ciepło, ciepło.

– A może polejemy spaghetti mrożonym jogurtem i zjemy to, oglądając Stranger Things? Dwa odcinki. I będziesz mogła pójść do łóżka o dziewiątej zamiast o ósmej. – Pieprzyć to. Był weekend i moje panienki mogły poczekać. Dzisiaj zamierzałem obejrzeć Netflixa z moim dzieckiem. I być jak konik morski.

Luna uścisnęła moją dłoń na znak milczącej zgody.

– Ale po kolacji nie będzie żadnej czekolady ani ciastek – ostrzegłem. Byłem wyjątkowo surowy, jeśli chodziło o przestrzeganie zasad w domu i to, co jadła. Luna znowu uścisnęła moją dłoń.

– Powiedz to komuś, kogo to będzie obchodzić, młoda damo. Jestem twoim ojcem i ustalam zasady. Żadnej czekolady. I chłopaków. Nawet po kolacji czy w ogóle.

Na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu, a potem znowu spochmurniała, przytulając do piersi plecak z pluszowym konikiem morskim w środku. Moja córka nigdy wcześniej się do mnie nie uśmiechnęła, ani razu, nawet przez przypadek. Wcale.

Sonya się myliła. Nie byłem jak konik morski.

Byłem jak ocean.

Rozdział drugi

Edie

To uczucie lekkości nigdy mi się nie nudziło.

Gdy unosiłam się na potężnej fali, stawałam się jednością z oceanem. Opłynęłam ją umiejętnie – na zgiętych kolanach, z wciągniętym brzuchem, z podbródkiem uniesionym wysoko, skupiona na jedynej rzeczy, która tak naprawdę się liczyła w życiu – na tym, by nie upaść.

Czarna pianka przykleiła się do mojego ciała, dzięki czemu utrzymywałam ciepło nawet o szóstej nad ranem w słonej wodzie. Szakal unosił się na innej fali niedaleko mnie, ujeżdżając ją tak, jak swojego harleya – bezmyślnie, agresywnie, gwałtownie. Ocean był głośny. Fale uderzały o białe wybrzeże, zagłuszając moje negatywne myśli. Wyłączał mój niepokój i przez godzinę – chociaż jedną – nie martwiłam się finansami, planami, które należało podjąć, czy straconymi marzeniami. Nie myślałam o Jordanie ani Lydii Van Der Zee, ani o żadnych obowiązkach czy zagrożeniach, które wisiały mi nad głową.

Byłam tylko ja.

I woda.

I wschód słońca.

Och, i jeszcze Szakal.

– Woda jest piekielnie zimna – warknął Szakal i przykucnąwszy, balansował na swojej fali, by przedłużyć moment obcowania z jedną z najpotężniejszych sił natury. Był znacznie wyższy i cięższy ode mnie, ale na tyle dobry, że mógłby surfować profesjonalnie, gdyby się na tym skupił. Za każdym razem, gdy ujeżdżał potężną falę, wyglądało to tak, jakby chciał ją rozszarpać pazurami. Ale surfing był jak seks – niezależnie od tego, jak często to robisz, za każdym razem jest inaczej. Zawsze można nauczyć się czegoś nowego, a każde podejście było wyjątkowe i miało w sobie potencjał.

– To nie jest dobry dzień na surfowanie nago – mruknęłam, napinając mięśnie brzucha, by nie upaść, gdy opływałam falę. Szakal lubił surfować nago. A lubił to robić, bo wprawianie mnie w zakłopotanie było dla niego najlepszą rozrywką. Jednak widok jego długiego fiuta powiewającego w powietrzu tylko mnie rozpraszał i irytował.

– Niedługo weźmiesz mojego fiuta do ust, Gidget – powiedział, przesuwając przekłutym językiem po przekłutej wardze. Gidget to przezwisko dla drobnych surferek i Szakal nazywał mnie tak tylko wtedy, gdy chciał mnie wkurzyć. Zaczynał tracić równowagę i ledwo utrzymywał się na fali. Jeśli komuś pęknie deska, to na pewno jemu.

– Śnij dalej! – krzyknęłam.

– W sumie racja. Twój ojciec przyszedł.

– Mój ojciec… co? – Chyba źle go zrozumiałam. Na pewno. Mój ojciec nigdy do mnie nie przychodził, a już na pewno nie pojawiłby się o świcie na plaży, gdzie mógłby ubrudzić swój drogi garnitur. Zmrużyłam oczy, patrząc na brzeg, i straciłam równowagę, także psychiczną. Na plaży dostrzegałam plamy domków w różowym, zielonym, żółtym i niebieskim kolorze. A wśród barów, budek z hot-dogami i żółtych leżaków znajdował się Jordan Van Der Zee. Stał na plaży, a słońce wznosiło się za jego plecami jak ognista góra za piekielną bramą. Miał na sobie trzyczęściowy garnitur od Brook Brothers i patrzył na mnie z dezaprobatą – nawet gdy nie pracował, przywdziewał ulubiony strój i ulubiony wyraz twarzy.

Nawet z daleka widziałam, jak drga mu powieka, bo się wkurzył.

Nawet z daleka czułam jego gorący oddech na mojej twarzy. Bez wątpienia czegoś ode mnie chciał.

Mimo że był tak daleko, strach złapał mnie za gardło, jakby ojciec znajdował się blisko – był tak surowy.

Spadłam z deski i uderzyłam plecami o taflę wody. Ból eksplodował w moim kręgosłupie i głowie. Szakal nie poznał osobiście mojego ojca, ale – jak każdy w tym mieście – o nim słyszał. Jordan był właścicielem połowy centrum w Todos Santos – druga połowa należała do Barona Spencera – a ostatnio ogłosił, że kandyduje na burmistrza. W mieście uśmiechał się szeroko do zdjęć, wymieniał uściski z właścicielami miejscowych przedsiębiorstw, całował dzieci, a nawet pojawiał się na uroczystościach w moim liceum, by okazać swoje wsparcie społeczeństwu.

Ludzie go kochali, bali się go lub go nienawidzili. Ja należałam do ostatniej grupy, bo na własnej skórze przekonałam się, że jego gniew był jak obosieczny miecz, który mógłby rozciąć człowieka na pół.

Poczułam na języku smak soli i splunęłam, łapiąc za linkę przywiązaną do mojej kostki, aby przyciągnąć do siebie moją unoszącą się na powierzchni wody żółtą deskę.

– Niech ten dupek sobie poczeka – zagrzmiał za mną Szakal. Posłałam mu wkurzone spojrzenie. Siedział okrakiem na swojej desce. Długie blond włosy przykleiły się do jego czoła i policzków, a zielone oczy płonęły gniewem. Spojrzałam na niego tak, jak zrobiłby to ojciec – i ujrzałam podejrzanego młodego menela z tatuażami pokrywającymi większą część klatki piersiowej i całą szyję. Wikinga, jaskiniowca, neandertalczyka, któremu nie przeszkadzało bycie na marginesie społecznym.

Był jak zepsute jabłko.

Rodzina Van Der Zee zawsze ma najbardziej błyszczące owoce w koszyku, Edie.

Spojrzałam w stronę brzegu i popłynęłam szybciej.

– Pieprzony tchórz! – krzyknął Szakal na tyle głośno, by Jordan go usłyszał.

Nic nie powiedziałam, ale nie z braku słów. Szakal nie znał całej historii. Musiałam zachowywać się przy ojcu w cywilizowany sposób. On trzymał moją przyszłość w garści. A ja chciałam ją odzyskać.

Szakal nie bez powodu miał taką ksywkę. Nie potrafił się pohamować i uchodził za dręczyciela, którego wszyscy musieli czcić. Nie wykopano go ze szkoły tylko dlatego, że jego matka miała znajomości w radzie miasta. Szakal rządził nami wszystkimi. Każdym dzieciakiem w szkole. Nawet bogatymi dupkami. Skorumpował futbolistów. I cheerleaderki, które dokuczały innym.

Szakal nie był dobrym facetem, tylko kłamcą, złodziejem i dealerem.

A czasami również moim chłopakiem.

I miał rację w jednej kwestii – mój ojciec naprawdę był pierwszorzędnym dupkiem – ale Jordan nie mylił się co do innej rzeczy: bez wątpienia podejmowałam marne wybory życiowe.

– Jordan? – zapytałam, łapiąc deskę pod ramię, po czym ruszyłam w jego stronę. Chłodny piasek przyklejał się do moich stóp i ziębił skórę. Po surfowaniu adrenalina wciąż płynęła w mojej krwi, ale wkrótce jej działanie ustanie, a wtedy zrobi mi się zimno. Nie skrzywiłam się jednak, bo wiedziałam, że ojciec czerpał radość z mojego dyskomfortu i lubił przeciągać rozmowę w nieskończoność.

Skinął podbródkiem w stronę Szakala, mrużąc powieki.

– To ten Protsenko?

Zmarszczyłam nos. Robiłam tak, gdy się denerwowałam. Mimo że Jordan należał do pokolenia pierwszych imigrantów, przeszkadzało mu to, że przyjaźniłam się z Rosjaninem, którego matka przyjechała tu, gdy rozpadł się Związek Radziecki.

– Mówiłem ci, że masz się trzymać od niego z daleka.

– Nie tylko od niego kazałeś mi się trzymać z daleka. – Pociągnęłam nosem, patrząc na horyzont. – Chyba się w tej kwestii nie zgadzamy.

Pociągnął za kołnierzyk swojej koszuli, luzując go przy szyi.

– I właśnie tu się mylisz. Nigdy nie zamierzałem się z tobą spierać, Edie. Po prostu zawsze wiem, kiedy można odpuścić, a kiedy należy walczyć. To się nazywa „dobre rodzicielstwo” i próbuję być w nim najlepszy. – Mój ojciec był jak kameleon, zmienny do bólu, lubiący się przystosowywać. Maskował swoją władczość troską, a apodyktyczne metody entuzjazmem i ekstrawertyczną osobowością. Ale w moich oczach stał się potworem z powodu swoich czynów. Dla kogoś z zewnątrz był tylko przestrzegającym prawa obywatelem. Biednym chłopcem z Europy, który przybył do Stanów z rodzicami, by zrealizować swój amerykański sen i stać się milionerem dzięki ciężkiej pracy i bezwzględnej inteligencji.

Wydawał mi się zmartwiony i może rzeczywiście taki był, ale nie z mojego powodu.

– Ojcze. – Otarłam twarz ramieniem, nienawidząc siebie za to, że nazwałam go tak tylko po to, by go zadowolić. Nie zasłużył sobie na ten tytuł. – Nie przyszedłeś tutaj, by porozmawiać o Protsence. Jak mogę ci pomóc tego ranka? – Wbiłam deskę w piasek i oparłam się o nią, a on wyciągnął rękę, by dotknąć mojej twarzy, jednak przypomniał sobie, że jestem mokra, i schował ją do kieszeni. W tej chwili wyglądał bardzo ludzko. Zupełnie jakby nie miał żadnego ukrytego celu.

– Gdzie schowałaś listy informujące o przyjęciu cię na Boston University i Columbię? – Oparł ręce na biodrach, a mnie szczęka opadła niemal do ziemi. Nie powinien o tym wiedzieć. Przyjęto mnie na pięć uczelni: Harvard, Stanford, Columbię, Brown i Boston University. Miałam bardzo wysoką średnią, a na nazwisko Van Der Zee, co oznaczało, że ludzie, którzy mnie przyjęli, wiedzieli, że mój ojciec podaruje uczelni kilka milionów dolarów, a może nawet nerkę, byle tylko ta uczelnia uwolniła go ode mnie. Niestety nigdy nie interesowały mnie studia w innym stanie. Oczywiście ze względu na surfing, który był moim tlenem, podobnie jak słońce i otwarte niebo były pokarmem dla mojej duszy. Ale najważniejszym powodem było to, że osoba, na której zależało mi najbardziej na świecie, znajdowała się w Kalifornii – dlatego nie zamierzałam się przenieść. Nawet na północ stanu, do Stanford.

I Jordan dobrze o tym wiedział.

– Nie schowałam ich. Spaliłam. – Wyszłam z pianki, odklejając boleśnie lateks od ciała, i odsłoniłam fioletowe bikini. – Zostanę blisko niego.

– Rozumiem – powiedział, świadomy, że nie mówiliśmy już o Banie. Ojciec postanowił porozmawiać ze mną o tym na plaży, a nie w domu, bo nie chciał, by mama nas podsłuchała. Lydia Van Der Zee była w kiepskim stanie psychicznym. Nie potrafiła znieść krzyku, a ten temat zdecydowanie doprowadziłby do ogromnej kłótni.

– Po prostu to powiedz. – Zamknęłam oczy, wzdychając.

– Edie, myślę, że jako ojciec cię zawiodłem, i przepraszam za to.

Zaczęłam drżeć. Adrenalina wywołana surfowaniem dawno zniknęła. Stałam prawie naga i było mi zimno. Czekałam, aż ostre poranne słonce wzejdzie i ogrzeje moją skórę.

– Przeprosiny przyjęte. – Tak naprawdę w ogóle w to nie wierzyłam. – A więc jaki jest twój plan? Bo na pewno jakiś masz. Nie przyszedłeś tu, by sprawdzić, co u mnie słychać.

– Skoro nie idziesz w tym roku na studia – co nie znaczy, że nie pójdziesz za rok – i ukończyłaś liceum, to powinnaś dla mnie pracować.

Dla niego. Nie z nim. Diabeł tkwi w szczegółach.

– W biurze? Nie, dziękuję. – Trzy razy w tygodniu uczyłam dzieciaki surfować. Teraz zaczynały się wakacje, więc zamierzałam znaleźć dodatkowe zajęcie. Poza tym, odkąd ojciec odciął mnie od swoich pieniędzy, regularnie okradałam ludzi. Próbowałam opłacić benzynę, ubezpieczenie, ubrania, życie oraz jego samego, więc nie zamierzałam przepraszać za kradzież gotówki. Kiedy nie kradłam, zabierałam rzeczy z posiadłości ojca. Takie, które kupił w Todos Santos, gdy tylko stał się członkiem Three Comma Club. Biżuterię, elektronikę, sprzęt muzyczny. Cholera, zabrałabym nawet psa, gdybyśmy go mieli. Nie miałam prawie żadnych skrupułów, jeśli chodziło o zapewnienie szczęścia temu, na kim mi najbardziej zależało. I tak, nie miałam oporów przed kradzieżą. Chociaż okradałam tych, którzy nie odczuliby tego pod względem materialnym. Tego byłam pewna.

– To nie była prośba, tylko rozkaz – oznajmił ojciec i pociągnął mnie za łokieć, więc mocniej wbiłam pięty w piasek.

– A jeśli odmówię?

– Wtedy Theodore będzie musiał zniknąć – ogłosił ojciec, nawet nie mrugnąwszy. Powiedział to z taką łatwością, że niemal pękło mi serce. – I tak wystarczająco cię rozprasza. Czasami zastanawiam się, jak daleko byś zaszła, gdybym przeniósł go lata temu.

Ogarnął mnie gniew. Chciałam go odepchnąć, napluć mu w twarz, krzyczeć, ale nie mogłam, bo miał rację. Jordan miał nade mną władzę. I miał odpowiednie znajomości. Jeśli chciałby się pozbyć Theo, zrobiłby to. Bez wahania.

– Co to za praca? – Zagryzłam wnętrze policzka i poczułam w ustach metaliczny posmak krwi.

– Zajmowałabyś się wszystkim, co trzeba zrobić w biurze. Głównie byłyby to rutynowe zajęcia. Żadnego wypełniania papierów i dzwonienia. Musisz zasmakować rzeczywistości, Edie. Zostałaś przyjęta do najlepszych uczelni w kraju i odrzuciłaś to, by całe dnie spędzać na surfowaniu z jakimś ćpunem? Cóż, z tym koniec. Czas się do czegoś przydać. Będziesz szła ze mną do biura o siódmej i nie wyjdziesz, dopóki ci na to nie pozwolę. Może to być siódma lub ósma wieczorem. Zrozumiano?

Mój ojciec nigdy nie posunął się tak daleko, by mnie ukarać. Już dawno skończyłam osiemnaście lat, jednak to nic nie znaczyło. Wciąż żyłam pod jego dachem, jadłam jego jedzenie, a co najważniejsze – wciąż byłam zdana na jego łaskę.

– Dlaczego mi to robisz? Dlaczego tutaj? Dlaczego teraz?

Znowu drgnęła mu powieka i zacisnął szczęki.

– Sama sobie na to zasłużyłaś tym bezmyślnym trybem życia. Czas dorosnąć do swojego nazwiska. Nie trzeba robić z tego dramatu.

Potem się odwrócił i ruszył w stronę range rovera czekającego na zakręcie na pustym chodniku. Silnik wciąż mruczał, a kierowca na zmianę zerkał na nas i na swój telefon. Ojciec uśmiechnął się lekko. Wystarczyło mu mniej niż dziesięć minut, by ustawić mnie do pionu.

Stałam tam jak wryta, jak słup soli. Nienawidziłam Jordana z taką pasją, z jaką ludzie kochali. Ta nienawiść plamiła moją duszę i niszczyła dobry humor.

– Idę o zakład, że teraz żałujesz, iż nie skorzystałaś z mojej rady i nie kazałaś się mu pieprzyć – wymamrotał Szakal, wbijając deskę w piasek, a potem związał swoje blond włosy w męski kok. Nie odpowiedziałam.

– Wygląda na to, że masz przerąbane. – Szturchnął mnie łokciem i wyciągnął z plecaka piwo. Cóż, kogo obchodziło, że jest dopiero siódma rano?

Złapałam za naszyjnik z muszelki i wycedziłam:

– Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo.