109 osób interesuje się tą książką

Opis

Jako K.N. Haner rozpaliła wyobraźnię tysięcy Polek. Teraz pisze pierwszą powieść pod własnym nazwiskiem!

ONA przyzwyczaiła się do spełniania oczekiwań innych. ON zawsze dostaje, to czego chce.

ONA jest żywiołową, lubianą przez wszystkich córeczką tatusia milionera, która – gdy światła gasną – zamienia się w prawdziwą femme fatale.

ON jest wycofanym, gburowatym i nudnym angielskim arystokratą.

Na pierwszy rzut oka różni ich wszystko. Łączy? Niewytłumaczalne napięcie i… tajemnice. Ale czy wypada, żeby Julia uwiodła najważniejszego klienta swojego ojca?

Skandal wisi w powietrzu…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 246

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (789 ocen)
435
160
111
64
19

Popularność


Rozdział pierwszy

Kuchnia to podobno serce każdego domu. W moim była ona miejscem, które w ogóle nie tętniło życiem. Kiedyś było inaczej, ale nie pamiętam, kiedy ostatnio jedliśmy razem posiłek czy coś razem gotowaliśmy. Rozległe wnętrza willi nie sprzyjały wspólnemu spędzaniu czasu. Każdy miał własny kąt, swoją samotnię, i odnosiłam wrażenie, że poza firmą unikaliśmy się wszyscy jak ognia.

Wyszłam ze swojego pokoju, który mieścił się na piętrze prawego skrzydła rezydencji i cicho ruszyłam na drugi koniec korytarza, by zajrzeć do Igi. Moja starsza o pięć lat siostra na pewno już była gotowa do wyjścia, ale lubiłam ten zwyczaj sprawdzania, czy doprowadziła swój wygląd do perfekcji. Robiłam tak od dzieciństwa. Jako mała dziewczynka podglądałam poranne przygotowania mamy, potem siostry. Sama nigdy nie miałam na tyle samodyscypliny, by o poranku tak dbać o wygląd.

Gdy zabrakło mamy, jakoś tak wyszło, że to właśnie Iga przejęła rządy w naszym domu. Ja byłam wtedy jeszcze nastolatką, a ona wchodziła w dorosłość. To siostra okazała się wtedy najsilniejsza psychicznie. Tata ciągle był w pracy, kochał nas, ale bez matki wszystko się rozjechało. Śniadania szykowała mi gosposia. Do i ze szkoły woził mnie kierowca ojca. Nasze rodzinne więzi bardzo się rozluźniły. Teraz dorosłam, miałam wszystko, wokół było wiele osób, ale tych najważniejszych przy mnie brakowało.

– Jeszcze się nie umalowałaś? – Zaśmiałam się, gdy dostrzegłam Igę siedzącą przy białej toaletce w stylu glamour. Na blacie stały rzędy drogich perfum i kosmetyków do makijażu. Wszystko ustawione pod linijkę. Każda buteleczka miała tam swoje miejsce. Nawet łóżko było zaścielone, co o tej porze dnia było dla mnie wręcz nie do wykonania.

– Daj spokój, Jula. Mam dziś ważne spotkanie, a na czole wyskoczył mi wielki pryszcz. – Iga zmroziła mnie spojrzeniem i kolejny raz musnęła twarz pędzlem do pudru.

Przewróciłam oczami. Ona naprawdę się tym przejmowała. Była perfekcjonistką. Zawsze idealnie ubrana i uczesana. Wręcz obsesyjnie zależało jej na tym, by dobrze wyglądać. Zastanawiałam się czasami, jakim cudem byłyśmy siostrami. Tak skrajnie różne.

Jak ogień i woda. Jak dzień i noc.

Iga była piękną posągową blondynką. Złośliwie nazywałam ją Królową Lodu. Zawsze opanowana, profesjonalna i zimna. Fizycznie przypominała naszą mamę. Miała jej oczy i usta oraz prosty nos. Byłam zupełnie inna. Brunetka o kobiecej figurze. Marzycielka z lekko zadartym nosem. Moją największą wadą było to, że w sytuacjach, kiedy powinnam postawić na swoim, nie potrafiłam tego zrobić. Podporządkowałam się Idze, ojcu i ich wizji mojej przyszłości. Wmawiałam sobie, że doskonale wiedzą, co jest dla mnie najlepsze. Ignorowałam swoje marzenia, jakbym z góry wiedziała, że i tak nigdy nie będę mogła zostać aktorką, bo ojciec widział mnie w zupełnie innej życiowej roli. I nie miałam mu tego za złe, bo on robił wszystko, by było nam jak najlepiej.

Zamknęłam drzwi pokoju siostry i ruszyłam w kierunku marmurowo-metalowych schodów. Po śmierci mamy Iga zaplanowała remont całego domu, ale doskonale pamiętałam, gdy jako dziecko zjeżdżałam po drewnianej poręczy, to pod gołymi stopami czułam parkiet, a nie zimny marmur. Zeszłam na parter i zmierzając do kuchni, zajrzałam do gabinetu, który tata urządził sobie w dawnej bibliotece tuż przy salonie. Kiedyś był tam kominek, a w Boże Narodzenie to właśnie tu stała choinka. Przy kominku rozpakowywałam prezenty i słuchałam opowieści babci o pierwszej gwiazdce. Ojca oczywiście już nie zastałam. Pokój był boleśnie pusty, mimo że stało w nim wiele drogich designerskich mebli. Zastanawiałam się, czy tata już zdążył wyjść z domu, czy w ogóle nie wrócił? Różnie bywało, ale przestałam się przejmować. Wcześniej martwiłam się o to, że tyle pracuje, ale zrozumiałam, że firma jest dla niego ważna. I nie miałam prawa ingerować w jego sprawy.

Nasz dom dawno temu wybudował dziadek, ojciec taty. Wtedy wszystko wyglądało inaczej. Mieszkaliśmy razem, byliśmy rodziną wielopokoleniową. Niestety nikt nie jest wieczny, a z takimi zmianami trudno było się pogodzić. Najpierw odeszła moja ukochana babcia, pół roku później dziadek, a dziesięć lat temu zmarła mama. I wtedy pękło mi serce. Zresztą… Nie tylko mnie. Wydawało mi się, że ojciec do tej pory nie pogodził się z jej śmiercią. Ukrywał emocje, bo nigdy nie należał do wylewnych, ale odkąd mamy zabrakło, całkowicie się przed nami zamknął.

Kuchnia była duża i przestronna. Iga wspólnie z grupą projektantów wnętrz całkowicie zmieniła to pomieszczenie. Z kuchni pełnej ciepła, która zawsze pachniała świeżym ciastem, zrobiła wystawę z katalogu. Rząd kuchennych szafek w kolorze antracytu, nowoczesny czarny zlew i złote dodatki pasowały do jadalni i salonu, który stylem glamour nie zachęcał do spędzania w nim czasu, ale ładnie wyglądał. Welurowe złoto-czarne sofy i pufy ustawione były w literę U, a pośrodku stał szklany stolik, z którego nigdy nie korzystałam. Odciski palców na szkle niemiłosiernie irytowały moją perfekcyjną siostrę. Wielki panoramiczny telewizor można było oglądać nawet w trakcie gotowania i jedzenia posiłków, ale… Nikt u nas z tego nie korzystał. Westchnęłam na wspomnienie chwil, gdy żyła mama. Spojrzałam na ścianę między kuchnią a korytarzem, na której kiedyś co miesiąc mama zaznaczała nasz wzrost. Po remoncie tę cudowną pamiątkę zakryła biała tapeta ze złotymi zdobieniami od Ralpha Laurena. Wtedy poranki nie wyglądały tak, jak teraz. Budził mnie piękny i dźwięczny głos mamy, a nie wkurzający budzik w telefonie. Na śniadanie jadłam chleb z dżemem i nutellą albo płatki z mlekiem. Nikt nie zamartwiał się zawartością glutenu ani laktozy w posiłkach. Wszyscy siedzieliśmy razem przy stole i rozmawialiśmy. Momentalnie zrobiło mi się przykro, bo tęskniłam za mamą. Za jej ciepłem i tym, jak chroniła nas przed całym światem. Jak doskonale mnie rozumiała i kochała ponad wszystko.

Przystanęłam obok ekspresu, który wbudowany był w słupek nowoczesnych sprzętów kuchennych, i wstawiłam tam kubek termiczny. Wybrałam program „latte macchiato” i zminimalizowałam ilość cukru. Nie lubiłam kawy, ale siostra potrafiła wypić kilka filiżanek dziennie. To kolejna rzecz, która nas różniła. Następnie zajrzałam do lodówki, by sprawdzić, co catering przygotował do jedzenia na dzisiejszy dzień. Ucieszyłam się na widok naleśników z mąki razowej z serkiem i truskawkami. Powinnam zjeść je na lunch, ale to pudełko od razu zapakowałam do dużej czarnej torby Celine. Połknęłam suplementy, które brałam codziennie rano, i spojrzałam w stronę korytarza, gdzie zza rogu właśnie wyszła moja siostra. Czarny klasyczny garnitur idealnie na niej leżał. Proste długie włosy oczywiście nie śmiały nawet źle się układać. Próbowałam się jednak nie uśmiechać, bo Iga miała bardzo zły humor. I to tylko przez ten pryszcz na czole.

– Zrobiłam ci kawę – zagadałam.

– Kawę? Po co mi kawa? Daj mi cyjanek albo pawulon – odpowiedziała i usiadła na jednym z wysokich stołków przy wyspie kuchennej. Oparła łokcie na marmurowym blacie i spojrzała na mnie. – Fatalnie wyglądam – powiedziała z powagą.

– To tylko prysz…

– Nie mów mi, co to jest – burknęła. Była nerwowa, a do mnie dotarło, że najpewniej po prostu miała te dni. – Mam dziś ważne spotkanie. Przygotowywałam się do niego cały urlop, a jak na złość musiało mi to coś wyskoczyć. W dodatku nie czuję się najlepiej. To nie jest mój dzień.

– Nie tylko ty masz okres i nie tylko tobie raz na jakiś czas wyskoczy coś na czole – przypomniałam jej.

Siostra miała tendencję do wyolbrzymiania problemów. Zwłaszcza tych błahych. Jeśli coś nie układało się po jej myśli, to potrafiła być naprawdę wredna. W dodatku była bardzo próżna, więc krosta na czole stanowiła dla niej koniec świata.

– Dobrze, daj już spokój. Jedziemy? – Wstała i pośpieszyła mnie gestem dłoni.

Poprawiła marynarkę i wyjęła z ekspresu kubek z kawą.

Uśmiechnęłam się pod nosem, a Iga ponownie posłała mi przeszywające spojrzenie. Wtedy przewróciłam oczami. Ja też nie czułam się najlepiej. Nasz zegar tak się zgrał, że TE trudne dni najczęściej nam się nakładały. Tak było i tym razem. Bywało, że w ogóle tego nie odczuwałam, ale zdarzało się również, że ból był nie do zniesienia. Potrafiłam zasłabnąć albo zwijałam się z bólu, ale nigdy nie prosiłam o dzień wolny. Wydawało mi się, że jako dorosła kobieta mam obowiązki i nie mogę zawieść ojca, który tak o nas dbał. Byłyśmy oczkiem w jego głowie i mimo że poza firmą poświęcał nam mało czasu, doceniałam, że dzięki niemu żyłyśmy na poziomie, o jakim większość ludzi mogła jedynie pomarzyć. Luksusowe wakacje trzy razy do roku, piękny wielki dom w ekskluzywnej warszawskiej dzielnicy Wilanów, wysoka pensja, a dodatkowo dostęp do konta firmowego. Mogłyśmy pozwolić sobie prawie na wszystko. I tak, czasami lubiłam korzystać z tych dobrodziejstw, choć kiedyś wręcz wstydziłam się tego, z jakiej rodziny pochodzę. Wybłagałam mamę, by pozwoliła mi iść do zwykłego, a nie prywatnego liceum. Do szkoły nie woził mnie szofer. To zmieniło się dopiero, gdy mama odeszła. Teraz bardziej ceniłam sobie dobre marki odzieżowe, jeździłam firmowym bentleyem, a gdy nie miałam ochoty prowadzić, to wszędzie woził mnie kierowca. Tata nigdy nam nie odmawiał. Idealizował nas, choć był też bardzo wymagający. Jego stosunek do nas również diametralnie się różnił. Iga z wyglądu przypominała mu mamę, ale to ja miałam jej charakter. I to był największy ból naszego ojca. Widział w nas obydwu kobietę, którą kochał nad życie, i nie potrafił sobie z tym poradzić. Może dlatego zachowywał wobec nas taki dystans? Nie był typem ciepłego i kochającego ojca. Nigdy nie usłyszałam od niego, że mnie kocha. On wyrażał to w inny sposób albo wcale.

W korytarzu zarzuciłam na ramiona markowy płaszcz w kolorze karmelowym, a do torebki schowałam czarne szpilki, by włożyć je w firmie. Nie przepadałam chodzić na obcasach i w garniturach, ale Iga zadbała o to, bym ubierała się odpowiednio i godnie prezentowała przy klientach. Regularnie, co kwartał, spotykałyśmy się ze stylistką, która dobierała nam ubrania, buty, dodatki. Często latałyśmy do Paryża czy Mediolanu, by kupić odpowiednie stroje. Wsunęłam na stopy czarne snickersy i wyszłam przed dom. Iga szła tuż za mną. Widziałam, jak bardzo była niezadowolona, że nie włożyłam od razu butów na obcasach.

– No, co? Będę prowadzić! – Miałam wymówkę, ona jednak tego nie rozumiała.

Przemilczała, ale jej mina mówiła wszystko.

Był wyjątkowo chłodny kwiecień, gdzieniegdzie leżało jeszcze sporo śniegu. Trudno było uwierzyć, że dwa dni temu wygrzewałyśmy się z Igą na Bahamach, a teraz musiałyśmy wrócić do zimnej i szarej rzeczywistości.

Wsiadłam do auta, zerknęłam na siostrę, która naprawdę nie miała humoru. Nie było tego po niej widać, ale za dobrze ją znałam. Te usta zasznurowane w jedną linię i wymowne spojrzenia. Wydawało mi się, że to ja zaraz wybuchnę. Nie byłam taka opanowana i powściągliwa jak ona. Królowa Lodu. Zacisnęłam dłonie na kierownicy i zamknęłam oczy. Odliczyłam w myślach do dziesięciu. Okej, to wina tych dni – tłumaczyłam sobie. Iga miała humorki i pryszcza, a ja byłam nerwowa. W takich chwilach często musiałam panować nad emocjami, które próbowały mną zawładnąć. Złość. Gniew. Rozdrażnienie. Bywało, że potrafiłam rozpłakać się właśnie z takiego błahego powodu. Na co dzień nie byłam taka. Starałam się myśleć pozytywnie, choć nie zawsze było idealnie i kolorowo.

Droga z domu do pracy zajmowała nam około godziny, czasami dłużej. W porannym szczycie nie było szans, by przedostać się z Wilanowa do centrum bez stania w korku. Nasze biuro mieściło się w jednym z wieżowców tuż przy Złotych Tarasach. Ojciec najczęściej przesiadywał w którymś ze swoich salonów samochodowych. Zadaniem moim i Igi było obsługiwanie najważniejszych klientów ojca, głównie tych zagranicznych. Gdy taki inwestor przyjeżdżał do Polski, musiałyśmy zrobić wszystko, by był zadowolony z pobytu. Zajmowałyśmy się rezerwowaniem hoteli, lotów, aut, stolików w knajpach i wszystkim innym, co dana osoba mogła sobie wymarzyć. Zdarzało się, że organizowałyśmy wieczory kawalerskie i baby shower, ale ja naprawdę lubiłam tę pracę. Ojciec prowadził firmę na wielu płaszczyznach i oprócz deweloperki zajmował się także sprzedażą aut marek premium. Miał znajomości na całym świecie, ale w tym wszystkim nie zatracił się w pieniądzach. Nasze nazwisko znaczyło jednak bardzo wiele. Było kluczem do miejsc, o których nawet nie śniłam. Nie musiałam. Te miejsca stały przede mną otworem.

Wjechałam na podziemny parking budynku i zaparkowałam na tym miejscu, co zwykle. Do windy były dwa kroki, więc już po chwili dotarłyśmy do biura, które mieściło się na siedemnastym piętrze budynku. Iga od razu poszła do siebie, a ja przywitałam się z recepcjonistką Moniką, która pomachała mi i pokazała, że jest do mnie poczta, a następnie skupiła się na prowadzonej rozmowie telefonicznej. Blondynka z fryzurą na pazia pracowała u nas od niedawna, ale dobrze odnalazła się w tej rzeczywistości. Lubiłam jej pozytywną energię i uśmiech, którym zarażała mnie każdego ranka. Często rozmawiałam z nią w wolnych chwilach między spotkaniami. Zdarzało się, że po pracy chodziłyśmy na szybkiego drinka lub do kina do Złotych Tarasów.

Za szklaną ścianą recepcji po prawej znajdowało się moje biuro, dalej dwie sale konferencyjne, a po lewej biuro Igi. Po drugiej stronie mieścił się gabinet ojca, ale on prawie nigdy tam nie przesiadywał. Tę część firmy oddał praktycznie w nasze ręce i obie z Igą byłyśmy mu za to naprawdę wdzięczne.

Zdjęłam płaszcz i nagle dostrzegłam bukiet pięknych białych frezji na moim biurku. Panowie często wyrażali swoją wdzięczność kwiatami i prezentami. W pracy wykazywałam się pełnym profesjonalizmem, ale lubiłam kontakt z ludźmi. Gdy trzeba było załatwić coś naprawdę „niezałatwialnego”, to wszyscy wiedzieli, że ja najprawdopodobniej to ogarnę. Klienci bardzo mnie za to cenili, ale to Iga była idealną wizytówką firmy. Trochę jej tego zazdrościłam, bo ja nigdy nie umiałam być taka jak ona. Nie byłam wyniosła i aż taka zdystansowana. Może powinnam? Nie wiem. Uważałam się za brzydszą młodszą siostrę i mimo że miałam dwadzieścia pięć lat, to nie byłam w pełni świadoma swojej kobiecości. W gronie najbliższych i pracowników czułam się swobodnie, ale zdarzało się, że przy mężczyznach brakowało mi pewności siebie. Zwłaszcza przy jednym… Damianie Rawskim. Synu przyjaciela naszego ojca i naszym kliencie. Bardzo często organizowałam dla niego delegacje zagraniczne. Gdy zlecał nam przygotowanie jakiegoś wyjazdu, spędzałam w jego towarzystwie naprawdę sporo czasu. Damian był przystojnym facetem. Zawsze miły, dobrze ubrany i zabawny. Wysoki blondyn o ładnych ciemnych oczach i idealnie przystrzyżonym zaroście. Taki typ, który podoba się większości kobiet. Chwilami wydawało mi się, że próbował przekroczyć granicę, rzucał jakieś dziwne teksty, ale nie umiałam na to zareagować. Nie byłam niedostępna, jak mu się pewnie wydawało. On chyba nie miał świadomości, jak bardzo mi się podobał, a tym samym, jak ogromnie mnie chwilami onieśmielał.

Zerknęłam na bilecik, który dołączony był do kwiatów. Miałam rację. To Damian dziękował za organizację jego wyjazdu służbowego do Wenecji. To było bardzo miłe, gdy ktoś doceniał moje starania. Do każdego podchodziłam indywidualnie, bo przecież potrzeby ludzi całkowicie się różnią. I nawet jeśli ktoś ma masę kasy, to wcale nie znaczy, że wymaga megaluksusów. Podobało mi się, gdy zamożni biznesmeni nie oczekiwali pięciogwiazdkowych hoteli, bo nawet ja czasami nie dawałam rady tego załatwić. Nie wszyscy byli wyrozumiali. Miałam jednak świadomość, że takie życie, wiecznie w rozjazdach, bardzo często wiązało się z brakiem czasu dla rodziny. Dlatego też wielu z tych mężczyzn zabierało na wyjazdy swoje kochanki, ale nie mnie było to oceniać. Nie zliczę, ile razy rezerwowałam pokoje w hotelu dla pary, a dodatkowo wysyłałam żonie klienta kwiaty, gdy on był w delegacji. Każdy ma przecież swoje sumienie. I własne życie.

Rozdział drugi

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Rozdział pierwszy
Rozdział drugi
Rozdział trzeci
Rozdział czwarty
Rozdział piąty
Rozdział szósty
Rozdział siódmy
Rozdział ósmy
Rozdział dziewiąty
Rozdział dziesiąty
Rozdział jedenasty
Rozdział dwunasty
Rozdział trzynasty
Rozdział czternasty
Rozdział piętnasty
Rozdział szesnasty
Rozdział siedemnasty

Text copyright © by Katarzyna Nowakowska, 2020

Copyright © by Burda Media Polska Sp. z o.o., 2020

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Opieka kreatywna: Marta Kordyl

Redakcja: Aniela Wrzosowiak

Korekta: Marzena Kłos, Joanna Morawska

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: CoffeeAndMilk/Getty Images

ISBN 978-83-8053-741-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.kultowy.pl

www.burdaksiazki.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek