Skąd się wzięło moje nazwisko ? Niezwykłe historie Basi i Tomka - Henryk Martenka - ebook

Skąd się wzięło moje nazwisko ? Niezwykłe historie Basi i Tomka ebook

Henryk Martenka

0,0
22,40 zł

lub
Opis

Ta historia wydarzyła się pewnego kapryśnego lata w zwyczajnym, cichym miasteczku, leżącym pośród lasów i pól. Jej bohaterami są Tomek i jego rodzina: mama Natalia i tato Bartek. Duży i ważny udział w opisanych wydarzeniach ma także Basia, rówieśniczka Tomka, która mieszka po sąsiedzku; ich szkolny kolega Olo, a także wakacyjny gość, dziadek Antoni. To właściwie od jego przyjazdu rozpoczyna się nasza historia. Podczas letnich wakacji w rozmowach bohaterów pojawia się temat pochodzenia nazwisk, który z wolna zaczyna pochłaniać uwagę Tomka. Setki przykładów, jak powstawały nazwiska używane przez Polaków, prowadzą do zilustrowania trzech głównych źródeł ich pochodzenia. Książka składa się z kilkudziesięciu epizodów, w których każdy opisuje ciekawostki i mechanizmy tworzenia się nazwisk od nazw miejscowych, rzeczowników pospolitych, wreszcie od imion. Grupy epizodów powiązane są wspólnym tematem, na przykład: ciało, czas, dom, droga, góra, kolor, mama, niebo, nauka, praca, rośliny, tata, środowisko, uczucia, wojna, zwierzęta.

Problematyka nazewnicza budzi ogromne zainteresowanie społeczne, a jednocześnie przeciętny użytkownik języka ma na jej temat bardzo niewiele do powiedzenia. Mało tego – w powszechnym obiegu komunikacyjnym, łącznie z tym oficjalnym, medialnym, znajdują się zupełnie fałszywe interpretacje onomastyczne, oparte na etymologii ludowej, dostosowujące taką czy inną formę do współczesnej motywacji słowotwórczej. 

Dlatego z satysfakcją i radością witam książkę „Skąd się wzięło moje nazwisko?”, która w przystępny sposób – na tle bardzo interesującej fabuły – odkrywa przed czytelnikiem podstawowe typy nazewnicze funkcjonujące w naszym języku. To zarazem atrakcyjnie podany kawał historii Polski, jej tradycji, kultury i obyczajów, bo związek nazw z tymi obszarami jest przecież oczywisty. 

Jan Miodek

Henryk Martenka – od ponad 12 lat w „Tygodniku Angora” prowadzi jedyną w polskich mediach rubrykę etymologiczną pt. „Poczet nazwisk polskich”. Jest autorem dwóch książek na ten temat („Skąd się wzięło twoje nazwisko?” oraz „Nazwiska od imion”). Również o nazwiskach opowiada w audycji radiowej „Cztery Pory Roku” i wiedzą z tego tematu dzieli się z czytelnikami i słuchaczami Uniwersytetów Trzeciego Wieku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 129




© Henryk Martenka, 2016

Ilustracje i opracowanie graficzne okładki

Dariusz Wójcik

Redaktor serii

Anna Godlewska

Korekta

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8097-492-0

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Ta historia wydarzyła się pewnego kapryśnego lata w zwyczajnym, cichym miasteczku, leżącym pośród lasów i pól. Jej bohaterami są Tomek i jego rodzina: mama Natalia i tato Bartek. Duży i ważny udział w opisanych wydarzeniach ma także Basia, rówieśniczka Tomka, która mieszka po sąsiedzku; ich szkolny kolega Olo, a także wakacyjny gość, dziadek Antoni. To właściwie od jego przyjazdu rozpoczyna się nasza historia.

Przyjazd dziadka Antoniego

Mieszkamy w piętrowym domu, z niewielkim ogródkiem od ulicy i dużym ogrodem na jego tyłach. Dom nie odróżnia się niczym od innych, podobnych w miasteczku. Jest zbudowany z solidnej czerwonej cegły – takiej, z jakiej budowano domy sto lat temu. Bo nasz dom właśnie tyle ma… W tamtych, odległych czasach miasteczko przeżywało, jak mawiają moi rodzice, swój dobry czas. Działały tu pełną parą dwie słynne fabryki porcelany, którą sprzedawano do wielu krajów na całym świecie. Ludzie mieli pracę i dobre zarobki. Właśnie wtedy nasze miasteczko, które w tym roku będzie obchodzić siedemset lat swych praw miejskich, powiększyło się i osiągnęło liczbę pięciu tysięcy mieszkańców. I na tym właściwie się zatrzymało.

Dom zbudował ojciec mojego dziadka, ale w ciągu lat wiele razy go unowocześniano. Także w tym roku czeka go remont, co jest głównym powodem mojego niezadowolenia, o czym opowiem później. Dom ma spadzisty dach, duży salon, obszerną kuchnię i pokój gościnny na parterze, a sypialnie, rodziców i moją, na piętrze. Dobrze się nam w nim mieszka.

Ogród, który od najmłodszych lat był całym moim światem, ciągnie się dość daleko, a wydaje się tym większy, że nic go nie rozdziela z ogrodem sąsiadów – państwa Grudniaków, przyjaciół moich rodziców i rodziców Basi. Mojej „prawie siostry”, jak żartujemy. Oboje z Basią mamy po dwanaście lat, chodzimy do tej samej szkoły, a nawet do tej samej klasy. Basia ma czarne włosy i białą cerę, o której moja mama mówi „alabastrowa”. W ogóle jest bardzo fajna, bo nawet wśród chłopaków nie mam lepszego kumpla niż ona.

Ogród był dla mnie i dla Basi, od chwili gdy tylko zaczęliśmy chodzić, miejscem wspaniałych zabaw, ale od pewnego czasu, gdy skończyliśmy dziewięć czy dziesięć lat, już niemal nie bawimy się w chowanego ani w sklep spożywczy na wielkim rozłożonym kocu. Nie chce nam się nawet po ogrodzie biegać z Sonią, moim ukochanym psem, znalezionym kilka lat temu w lesie, chorym i przerażonym, którego ojciec wyleczył i pozwolił zamieszkać z nami.

Sonia jest ruda, jak przystało na spanielkę, nawet mocno zmieszaną, ale pysk ma już całkiem siwy. Może ze zgryzoty? A może z powodu pamięci o tym, co ją spotkało? Soni chyba też się nie chce biegać, bo i nas przestała zachęcać do zabawy. Chyba naprawdę się starzeje jak my. Warczy właściwie tylko wtedy, gdy przychodzi do nas Bella, czarna kotka Basi, dumnie stąpająca po ziemi w białych skarpetkach, w jakie ubrała ją natura.

Tego dnia, a była to chyba pierwsza niedziela lipca, odświętnie uśmiechnięta mama poinformowała nas przy obiedzie, że pierwszą część nadchodzących letnich wakacji spędzi z nami jej tato, czyli dziadek Antoni. „Szału nie będzie” – pomyślałem wtedy kwaśno nad talerzem. Wakacje zapowiadały się więc niespecjalnie ciekawie, tym bardziej że z planowanego wyjazdu do Chorwacji wyszły nici. Pierwszeństwem stała się wymiana jakiejś instalacji w domu, co – jak ponuro powiedział tato – pochłonie nam cały zaplanowany od roku wakacyjny budżet i jeszcze trzeba będzie się trochę zapożyczyć w banku. – Ale, Tomku, zrozum, taka wymiana instalacji dzieje się raz na kilkadziesiąt lat – pocieszała mnie mama. To rzeczywiście wielka pociecha, gdy się ma dwanaście lat i ciche marzenia, żeby dwa tygodnie spędzić nad ciepłym morzem.

Dziadek Antoni mieszkał w dużym mieście, był profesorem, pisał mądre książki i uczył studentów. Zwykle w milczeniu oglądałem jego gabinet, gdy dwa, trzy razy w roku odwiedzaliśmy go. „Po co dziadkowi tyle książek?” – zastanawiałem się, patrząc na ściany zabudowane półkami, pełne tomów o różnobarwnych, grubych i cienkich, grzbietach. Mój cały świat mieścił się w tablecie, który dostałem na ostatnie urodziny, i nie zdarzyło się jeszcze, bym nie znalazł tam poszukiwanej wiadomości. A przecież tablet jest cieńszy niż najcieńsza książka w bibliotece dziadka… Uznałem więc, że nie ma żadnej uzasadnionej potrzeby, by szukać czegokolwiek w książkach ani się nimi interesować więcej niż każą nam w szkole. „Książki musiały być już tylko przyzwyczajeniem z odległych czasów – myślałem. – I niech tak zostanie”. Ale też dręczyło mnie coś niepokojącego, że może właśnie w tych księgach jest coś, czego nie ma w moim tablecie. To jednak wydało mi się niemożliwe i wątpliwości moje zniknęły.

Gdy cztery lata temu umarła babcia, dziadek został sam, więc córka Natalia, czyli moja mama, jej mąż Bartek, czyli mój tato, i ja Tomek, jedyny wnuk dziadka, byliśmy dla niego jedyną rodziną, z której ciepła korzystał każdego lata. Czuł się z nami bardzo dobrze i nawet ja zauważałem, ile naturalnej radości dawał dziadkowi widok krzątającej się mamy, rozmowy z moim tatą, a nawet nicnierobienie, któremu dziadek oddawał się z zapamiętaniem, gdy zmęczył się czytaniem i dyskretnie nas, co dostrzegałem bez trudu, obserwował.

– Tomku – przerwała mi mama moje rozważania. – Mam nadzieję, że nie będziesz uprzykrzał dziadkowi wypoczynku?

– Na pewno nie będę – obiecałem mamie głosem obojętnym i tak nie mogąc sobie wyobrazić dłuższych kontaktów ze starszym panem, który większość czasu spędzał, siedząc na fotelu w ogródku, czytając grube książki, rozważając jakieś skomplikowane, niepotrzebne tematy albo po prostu drzemiąc. Dziadek Antoni niespecjalnie dotąd zwracał na mnie uwagę, ale może byłem dla niego za mały? Może uznał, że nie mamy o czym ze sobą rozmawiać? A może dziadek mnie po prostu nie lubił?

Dopiero wieczorem, gdy zasiadaliśmy do kolacji, dziadek Antoni zamieniał się w sympatycznego gadułę, bawiącego wszystkich rozmową, anegdotami i historyjkami z życia swego i swoich studentów. Chłonąłem jego opowieści z wypiekami na twarzy, mając jakąś niemającą jeszcze kształtu nadzieję, że w dziadkowych opowieściach tkwi głębszy sens, zapowiadając jakiś fascynujący świat, który – gdy dorosnę – stanie się też moim udziałem.

Dziadek nie wyglądał jak typowy dziadzio pokazywany w książkach. Nosił się modnie i był zawsze elegancki. Szczupły i wysportowany, chodził szybko, wyprostowany, jakby nie spędził tyle lat nad książkami, ale był jakimś zawodowym piechurem. A może biegaczem? Albo żołnierzem? Mama opowiadała mi, że kilka razy dziadek pobiegł nawet w półmaratonach, jogging zaś uprawiał na wakacjach z identyczną pasją, z jaką mój tato oglądał telewizję. Owszem, słyszałem, jak dziadek narzekał, że słabnie mu wzrok, ale nigdy dotąd nie widziałem go jeszcze w okularach. Dziadka w głębi serca bardzo lubiłem, może nawet kochałem, ale gdy tylko mogłem, to umykałem spod jego badawczego spojrzenia, bo czułem się jak motyl, który ma już, już zostać przekłuty szpilką przez cierpliwego zbieracza. Krótko po niedzieli, pewnego późnego, lipcowego wieczoru, dziadek Antoni zajechał przed nasz dom swoim srebrnym samochodem.

Zaczyna się od góry

– Góral, Góral! – przez otwarte okna niosło się z ulicy głośne wołanie Ola. Umówiliśmy się, że pójdziemy przed południem na basen, lecz powitalne śniadanie dziadka ciągle trwało... Masakra! Wczoraj, to prawda, pozwolono mi szybko po kolacji uciec do pokoju, teraz siedziałem za to jak na szpilkach, bo uroczyste spotkanie trwało i trwało, lecz mina taty nie dawała mi nadziei, bym mógł odejść od stołu. Na mamę nawet nie miałem co spoglądać, bo i tak by mnie nie zauważyła, wpatrzona w swego ukochanego tatusia…

– Tomku, tyle razy już mówiłam, żebyś zwrócił uwagę kolegom, że nie mogą wołać cię po imieniu. Co to za zwyczaj, by się przezywać? To nawet niegrzeczne jest – odezwała się naraz karcącym głosem nauczycielki moja mama, przymilnie uśmiechając się do dziadka.

– W naszej klasie jest trzech Tomków – wyjaśniłem rzeczowo. – I tylko jeden Góral, czyli ja, Góralik. To chyba prościej wołać się przezwiskiem?

– Ależ Natalko, spokojnie. Tomek ma rację – niespodziewanie poparł mnie dziadek Antoni. – Przezwisko ważna rzecz! Przecież ono Tomka wyróżnia! A stąd, czyli z potrzeby wyróżnienia, wzięły się w końcu nasze nazwiska.

O, to było coś nowego… I ciekawego. W szkole niemal każdy miał przezwisko, chyba tylko jakaś niezguła sobie na to nie zapracowała. Był Gruby i Dynia, i Marylka, jak złośliwie przezywaliśmy Marianka. Nawet niektóre dziewczyny, ale tylko te fajniejsze, miały swoje przezwiska. Dziadek chyba zauważył błysk zaciekawienia w moich oczach, bo uśmiechnął się do mnie, odstawił filiżankę i powiedział:

– Kiedy przed wiekami zaczęło przybywać ludzi nazywanych tylko imieniem, okazało się, że to nie wystarcza, bo Janów, Pietrów czy Zbyszków było tylu, że nie wiadomo już było, o którego z nich chodzi. Zauważono to samo, do czego doszliście z kolegami w klasie… Trzeba było wymyślić coś, żeby nie mylić osób, więc dla odróżnienia ich od siebie zaczęto stosować przezwiska. Pietrek, który mieszkał za górą, zyskał przezwisko Zagórski. Jaśka, co miał pole i chałupę u podnóża góry, zaczęto zwać Podgórskim, a Pietrka, co zbudował sobie szałas na wysokim stoku, by nie mylić go z innymi Pietrkami, nazwano Góralem…

– Dziadku, to skąd się wziął Góralik? – Słuchałem dziadka z uwagą tym większą, że po raz pierwszy w życiu zastanawiałem się, dlaczego nosimy takie nazwisko. A czemu nie inne?

– Może był synem Pietrka Górala? – Dziadek Antoni się zaśmiał. – I to wcale nie żart, bo Góralik to inaczej mały Góral, tak jak Kowalik to mały Kowal, a Rybka to mała…?

– Ryba! – dokończyłem zaskoczony, aż rodzice się roześmiali.

– No właśnie… Gdybyśmy się teraz zabawili w językowe śledztwo, to pewnie okazałoby się, że kiedy Pietrkowi Góralowi dawno, dawno temu urodził się synek, to dla odróżnienia go od rówieśników nazwano go nowym przydomkiem, czyli przezwiskiem. Po kilku wiekach przezwisko utrwaliło się w historii rodu i nikt już nie nazywał tego konkretnego Pietrka inaczej jak Góralik. Czas płynął i kiedy w pewnym momencie pojawiły się dokumenty pisane, to już na zawsze zostaliście Góralikami… Chociaż to nie takie proste. – Tu dziadek się zamyślił, a my czekaliśmy na jego słowa w milczeniu. Olo chyba sobie poszedł, bo z ulicy nie dochodziło już żadne wołanie.

– Możliwe, że najpierw przezwisko wzięło się od kapelusza góralskiego, też nazywanego góralem, który w jakiś nieznany, może nawet tajemniczy sposób pojawił się w waszej rodzinie? Jako pamiątka albo symbol? Nie wiemy tego… A może syn Pietrka nie urósł, był niskiego wzrostu – głośno zastanawiał się dziadek – i wyglądał jak dziecko? Stąd przezwisko w formie zdrobnienia. Tego się też pewnie już nie dowiemy. Może jakiś przodek Bartka lubił tańczyć górala, a dawno temu tak właśnie nazywano rodzaj tańca. Dodam też – tu dziadek głos ściszył i potoczył wzrokiem po słuchającej go rodzinie – że w gwarze, czyli języku, jakim mówił prosty lud w Małopolsce, góralem nazywano… złodzieja i łotra. Nie dojdziemy do konkretnego źródła nazwiska, ale zawsze warto wiedzieć, ile jest możliwości. Trzeba mieć też intuicję detektywa, żeby umiejętnie dochodzić, co było na początku. I zawsze sprawdzać w księgach każdy trop, każdy ślad…

– Czyli na początku była góra? – zażartowałem, ale dziadek tylko uniósł brwi i poważnie skinął głową, że to wcale nie żart.

Robiło się ciekawie, zabawa zaś w śledztwo nieoczekiwanie nawet dla mnie rozbudziła moje zainteresowanie i naraz zaczęło mnie męczyć nieoczekiwane przecież pragnienie, by gdzieś nauczyć się tej intuicji, żeby jak dziadek Antoni zostać detektywem…

Idę do ogródka

Dzień spędziłem na basenie, pływając na wyścigi z Olem i paroma innymi kolesiami ze szkoły i dręcząc nasze koleżanki, zalewając je fontannami wody, gdy skakaliśmy na bombę w ich pobliżu. Do domu wróciłem głodny jak drapieżnik dopiero na późny obiad. To wtedy zacząłem, znów dla siebie nieoczekiwanie, rozmyślać o tym, co usłyszałem rano od dziadka. Taka prosta sprawa… Własne nazwisko… Ale rzeczywiście nigdy się nad tym nie zastanawiałem i nie słyszałem, żeby ktokolwiek o tym rozmyślał.

Po południu poszedłem do ogródka, żeby porozmawiać z dziadkiem Antonim. Dziadek siedział i czytał na swoim starym miejscu, na wygodnej ławce przy wielkim krzewie magnolii, który latem dawał przyjemny cień. O magnolię szczególnie dbała mama, co krzew nagradzał każdej wiosny, obsypując się różowym pachnącym kwieciem. Gdy stanąłem przed dziadkiem, ten tylko podniósł oczy, zachęcająco milcząc, gdy układałem w głowie pytanie.

– Dziadku, czy wszystkie nazwiska jest tak łatwo wyjaśnić jak nasze? Przecież nazwisk musi być bardzo dużo? – zapytałem wreszcie, myśląc o naszym miasteczku, które wielkie nie było, ale niemal każdy z mieszkańców nosił inne nazwisko.

– Są nazwiska takie, które same nam podpowiadają, gdzie jest ich początek. Ale trzeba sporo przeczytać, żeby umieć te podpowiedzi właściwie zrozumieć – wolno odpowiedział dziadek.

– Dlaczego trzeba tyle czytać?

– Żeby wiedzieć. Bo – na przykład – słowa, od których powstawały przezwiska, już nie istnieją albo z biegiem czasu zmieniły znaczenie, albo zniknęły rzeczy i czynności, które nazywały. Czy któryś z twoich kolegów domyśli się pochodzenia nazwiska Kolesiński, jeśli nie będzie wiedział, że przed wiekami zamiast samochodów po drogach jeździły konne powozy, czyli kolasy?

Dziadek Antoni chyba zobaczył, jak moje oczy robią się wielkie, ale też wielkie było moje niezrozumienie tego, o czym opowiadał.

– Tomku! – Dziadek Antoni zastanowił się chwilę. – Użyjmy przykładu. Czy wiesz, kto to był kołodziej?

– No, nie wiem – odpowiedziałem cokolwiek niepewnie, bo słowo nie brzmiało mi całkiem obco.

– Nie wiesz, bo nie ma już rzemieślników, którzy wytwarzali koła i wozy. Ich zajęcie z biegiem czasu, rozwojem techniki, wynalazkami i nowymi pojazdami na zawsze zaginęło. Chyba że w jakimś skansenie można jeszcze zobaczyć kołodziejów. A to od nazwy tego zajęcia powstało wiele nazwisk, takich jak na przykład Kołodziejczak czy Kołodziejski. W ogóle od nazw czynności i zawodów powstało bardzo dużo nazwisk, chętnie ci kiedyś o tym opowiem…

„Trochę to jednak skomplikowane” – pomyślałem.

– Musimy pamiętać – ciągnął dziadek – że nasze nazwiska utworzyły się dawno, dawno temu i ich źródłem był tamten, nieistniejący już świat. Albo tak zatarty, że trzeba umieć odczytać jego kontury. Tamta kultura była inna i język naszych przodków był inny, więc jeśli nie będziemy tamtych czasów znali, to nie dowiemy się, w jaki sposób i od czego powstały nasze nazwiska… I kółko się zamyka.

Pomyślałem wtedy ponuro, że niełatwo będzie mi zostać detektywem, jak dziadek Antoni, bo nawet gdybym miał już intuicję, to kiedy miałbym przeczytać te wszystkie książki, bez których nie będę wiedział, kto to był kołodziej?

Sen jest jak lekcja

Długo nie mogłem usnąć tego wieczoru, myśląc jak nigdy dotąd o swoim dziadku. A gdy już usnąłem, przyśniła mi się dziwna historia. Śniła mi się szkoła i dziadek Antoni, który siedział w naszej klasie na jakimś wysokim krześle – czy może na jakimś tronie? – i z tej boskiej wysokości wskazywał palcem moje koleżanki i kolegów i opowiadał o ich… nazwiskach.

– Romek Niebudek? Twój przodek lubił sobie pospać, bo nazwisko najpewniej powstało od jego ulubionego zwrotu: Nie budzić! Nie budzić! musiał się złościć, gdy przerywano mu sen, i już wieczorem ostrzegał, żeby nikt nie ośmielił się tego zrobić.

Monika Szuta? Niełatwo to objaśnić, bo znaczeń słów, od których mogło powstać to nazwisko, jest kilka... Szutym nazywano dawno temu kalekę, człowieka bez rąk albo barana bez rogów, ale równie dobrze mógł to być przymiotnik suty, czyli bogaty, obfity. Warto wiedzieć, że w dawnych czasach słowo szut, dziś już nieużywane, oznaczało błazna, który robił szutki, czyli żarty. I wreszcie, ostatnie znaczenie, też ważne, to szuta, czyli duża, wyposażona w pokład rzeczna łódź towarowa albo nawet morska. To stąd pochodzi szkuta, słowo do dziś używane.

Klasa siedziała jak zaczarowana, uważnie słuchając dziadka Antoniego. Nikt nie rozrabiał, nie przeszkadzał, nie błaznował.

– Basia Skórka? – kontynuował cichym głosem dziadek Antoni. – Tu początkiem nazwiska mogła być skóra, ale również i dziś używany przymiotnik skory, nazywając tak kogoś szybkiego, chętnego. Skory do pomocy, znacie taki zwrot, prawda? Staszek Pułanik? To zdrobnienie od pułłana, czyli miary powierzchni. Pułłanik to chłop gospodarujący na polu o powierzchni pół łana. Albo mający tylko połowę ojcowskiego gospodarstwa, bo druga połowa przypadła jego bratu. Tego nie możemy przesądzić.

– Marek Gołda… Ciekawe, bo podpowiada nam związki z innymi językami. Gołda to popularne imię żydowskie, ale nie tylko. Może być też wpływem niemieckim, których wiele mamy w naszym języku, i wywodzić się od rzeczownika gold, czyli złoto. Na dawnych Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej słowem gołda określano rudę żelaza. I to nie wszystko, bo gołda nazywano w potocznym języku pijaka albo leniwą kobietę. Maciek Śledziński? Nie domyślasz się, chłopaku? Tak, masz rację, od nazwy ryby, śledzia. Ale, ale… Warto ci wiedzieć, że w dawnych czasach śledzikiem zwano psa myśliwskiego.

– Julka Marenin? Nazwisko brzmi jak zagraniczne, włoskie, ale jest polskie, bo jego początek dała maryna, ludowa nazwa brzany, ryby podobnej do karpia. Pamiętajcie, często nazwisko może brzmieć jak cudzoziemskie, ale to tylko pozory. Najczęściej początkiem jest jakieś zapomniane słowo. Bartek Kula? O, tu znów mamy problem, bo nazwisko mogło powstać od słowa kula, ale również od czasowników kuleć albo kulić się. Marysia Ludwisiak…?

I tu w moim śnie rozległ się dzwonek, lekcja się skończyła, klasa się rozbiegła, dziadek Antoni rozpłynął w powietrzu, wysoko pod sufitem, ale ja spałem dalej.

Sporo nas do pieczenia chleba

Nazajutrz dziadek Antoni sam mnie zagadnął, trafnie przeczuwając, że złapałem haczyk i coraz bardziej wciągają mnie opowieści o sekretach różnych nazwisk.

– Pytałeś, Tomku, ile jest nazwisk używanych przez Polaków. Jest nas trzydzieści osiem milionów na miejscu plus parę milionów rodaków poza granicami kraju, ale różnych nazwisk, jakie nosimy, jest ponad czterysta czterdzieści tysięcy. Są nazwiska popularne, których używa się tysiącami, ale są i bardzo rzadkie, których jest tylko kilka, lub nawet zdarzają się pojedynczo...

– Dziadku, a jakich nazwisk jest najwięcej? – dopytywałem.

– Nowak, Kowalski, Wiśniewski, Wójcik, Kowalczyk, Kamiński, Lewandowski, Dąbrowski… – wyliczył bez dłuższego namysłu dziadek. – To najpopularniejsze dziś polskie nazwiska.

– U nas w klasie też jest Nowak! – powiedziałem z lekką dumą, jakby dopiero ten fakt potwierdzał prawdziwość słów dziadka Antoniego.

– Interesująca jest historia z tym Nowakiem, nawet byś się nie spodziewał. Takie pozornie banalne nazwisko… Chcesz posłuchać? – zaciekawił mnie dziadek. Przesunął się na ławce na tyle, żebym i ja mógł usiąść. – Nazwisko niby proste w wyjaśnieniu, bo pochodzi od kogoś nowego, kto pojawił się gdzieś po raz pierwszy. Na przykład przywędrował z daleka, by się w nowym miejscu osiedlić. Był nowy w obcym sobie środowisku, rozumiesz?

– Spoko, dziadku, ogarniam. To nie jest takie trudne – powiedziałem.

– Widzisz, to ten sam mechanizm. Ale były też inne znaczenia przymiotnika nowy, od których mogły powstać przydomki, a potem nazwiska. Nowym nazywano każdego nowicjusza, czyli ucznia zawodu lub młodego żołnierza. Albo takiego bystrzaka, który bez przerwy wymyślał coś nowego lub popierał czyjeś nowe pomysły. Nowakiem zwano kogoś, kto się dopiero czegoś dorobił albo uzyskał jakieś stanowisko. Sam zresztą powiedz, jak nazywacie w klasie kogoś, kto przeprowadził się z innego miasta i zaczyna naukę z wami?

– Nowy! Tak go nazywamy! – powiedziałem, sam zdziwiony, że tak łatwo komuś wymyślić nazwisko.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

Przyjazd dziadka Antoniego

Zaczyna się od góry

Idę do ogródka

Sen jest jak lekcja

Sporo nas do pieczenia chleba

Sąsiedzi okazują się włościanami

Pojawia się dziadek i opowiada o Napoleonie

O tym, jak las przyszedł do domu

Jesteśmy w lesie, choć w domu

Dowiadujemy się, kto jest kim

Nareszcie idziemy do lasu

Dziadka coś dręczy

Już coś wiemy

Do zabawy wciągamy tatę

Zasada pierwsza

Mocno dymi

Jakże mi miło!

Dochodzenie

Dziadek odkrywa karty

Zasada druga

Podsłuchuję

O językach obcych

W królewskiej kancelarii

Ruszamy na Dzikie Pola

Gwiazdy jaśnieją na niebie

Związki zawodowe

Koszem do kantoru

Dziadek lekko nie ma

Zasady

Ćwiczenie czyni mistrza

Kto ty jesteś? Polak mały

Ruszamy do Europy

Czeski film

Sprawy toczą się błyskawicznie

Sprawy toczą się szybciej

Idziemy na lody

Wielka powtórka

Poznajemy pewną różnicę

Stara miłość nie rdzewieje

Kąpielisko

W butach dziadka Antoniego

Wspomnienie Sokratesa

Szyfry i kody

Zbliżają się megaurodziny

Się dzieje…

Kto gra, ten wygrywa…

Komu w drogę, temu czas