Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 337 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Siracusa - Delia Ephron

Dwa zaprzyjaźnione małżeństwa – jedno z nastoletnią córką – postanawiają spędzić wspólnie wakacje. Włoskie krajobrazy, zabytki, pyszne jedzenie, wino... Brzmi jak przepis na urlop idealny? Raczej jak na katastrofę...

Relacje między czwórką znajomych, Finnem i Taylor Dolanami oraz Lizzie i Michaelem Shapnerami, stają się z minuty na minutę coraz bardziej napięte. Myśli Taylor kręcą się wyłącznie wokół jej córki, Snow, dorastającej, ekstremalnie nieśmiałej i wycofanej dziewczynki. W tym idealnie zgranym duecie brakuje miejsca dla Finna, który na przekór wszystkiemu postanawia cieszyć się przyjemnościami podróży i przysmakami włoskiej kuchni. W dodatku między Finnem a Lizzie, niegdyś kochankami, dzisiaj przyjaciółmi, znowu zaczyna iskrzyć.

Lizzie bardzo przeżywa kryzys swojego małżeństwa. Michael jest pochłonięty pracą nad nową książką i zdaje się coraz bardziej oddalać od żony. Wspólna podróż dla Lizzie jest sposobem na to, żeby ponownie się do siebie zbliżyli. Nie wie jednak, że od kilku miesięcy Michael starannie ukrywa przed nią romans z o wiele młodszą kelnerką...
Wycieczka marzeń dzień po dniu zamienia się w koszmar. Nikt jednak nie przeczuwa, jak tragiczny będzie jej finał.

Siracusa to trzymający w napięciu thriller psychologiczny. Delia Ephron, znakomita pisarka i scenarzystka największych filmowych hitów, mistrzowsko buduje napięcie między bohaterami. Tę powieść trzeba przeczytać od razu, od deski do deski, tak bardzo jest wciągająca..

Siracusa jest niezwykle przejmującą, trudną podróżą do odległej krainy małżeństw innych ludzi: ich tajemnic, paradoksów, słabości i przyjemności. Delia Ephron pisze jak gwałtowna Patricia Highsmith. Jej opowieść perfidnie dopasowuje do siebie mniej lub bardziej szlachetne uczucia, którymi ludzie próbują związać się nawzajem na różne niedoskonałe sposoby, a z których czasem mozolnie starają się uwolnić. Wciągająca, pełna napięcia, oryginalna powieść.
Meg Wolitzer, autorka Wyjątkowych


Delia Ephron (ur. 1944 r.) – amerykańska pisarka, scenarzystka i dziennikarka. Jest autorką scenariuszy do słynnych filmów, m.in. Masz wiadomość, Gorąca linia, Stowarzyszenie Wędrujących Dżinsów i Czarownica a także powieści dla dorosłych i młodzieży. Współpracuje z „New York Timesem”, „Oprah Magazine”, „Vouge”, „More”, „The Wall Street Journal” i „The Huffington Post”.

Opinie o ebooku Siracusa - Delia Ephron

Fragment ebooka Siracusa - Delia Ephron

Delia Ephron

SIRACUSA

przełożyła Agnieszka Walulik

Tytuł oryginału: Siracusa

Copyright © 2016 by Delia Ephron

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVII

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Walulik, MMXVII

Wydanie I

Warszawa MMXVII

Czy mam się ożenić? Być grzecznym chłopakiem?

Olśnić laskę zza płotu faustowskim kapturem i aksamitnym garniakiem?

– Gregory Corso, Małżeństwo

Lizzie

Mam takie zdjęcie z czasu, kiedy miałam dwadzieścia dziewięć lat. Stoję na ramionach Finna. To był taki numer, który długo ćwiczyliśmy. Biegłam do niego sprintem, żeby nabrać rozpędu, i wdrapywałam mu się na plecy i ramiona. Na twarzy mam wyraz tryumfu i niemałego zdziwienia, że mi się udało – był to dla mnie nieprawdopodobny wyczyn, bo nigdy nie byłam cheerleaderką ani gimnastyczką i nie mam talentu do sportu (taka już moja uroda). Tamtego dnia piętnaście lat temu na plaży w Maine byłam nieszczęśliwa, ale nikt by się tego nie domyślił z tej błyszczącej fotografii formatu dziesięć na piętnaście centymetrów. Finn i ja zerwaliśmy ze sobą tamtego popołudnia.

Na zdjęciu, na które patrzę teraz, można mi czytać w myślach. Jestem przygnębiona. Siedzę zgarbiona na kamiennej ławce w czarnej pikowanej kurtce, w której zupełnie mi nie do twarzy. Wyglądam jak zima w czerwcu. Za mną w oddali leży niewielki port pełen żaglówek i jachtów, jedno z nielicznych urokliwych miejsc w Siracusie.

Moje włosy, zawsze w nieładzie, tym razem są potargane w sposób, który sugeruje, że nie chciało mi się czesać. Oczy mam ukryte za okularami przeciwsłonecznymi. Nie wygląda to na przypadek. Konfrontowałam się z aparatem, moja twarz była zwrócona w jego stronę, ale pozbawiona wyrazu. Nie miałam ani ochoty, ani energii na pozowanie.

Kto zrobił to zdjęcie? Nie pamiętam. Wspomnienia wydarzeń tamtego dnia są zamazane. Może je wyparłam? Minął rok i niektórzy z nas nie rozmawiają już ze sobą – nie ci, po których można było się tego spodziewać, a może właśnie tak. Ja w każdym razie się nie spodziewałam. Zdjęcie zrobiono moim telefonem, więc fotografem najprawdopodobniej był Michael, choć nie mam do końca pewności, bo postaciom ze zdjęć Michaela często brakuje czubka głowy lub ramion, a na tej fotografii jestem w środku kadru.

Snow w ogóle nie powinna była jechać z nami. To był wyjazd dla dorosłych, ale Taylor nigdzie się bez niej nie ruszała, jak twierdził Finn. Choć w małżeństwie nigdy nie wiadomo, kto o czym decyduje, prawda? Mężowie i żony kolaborują, ukrywając nawet przed sobą, kto dyktuje warunki, a kto tylko się ciągnie za współmałżonkiem dla towarzystwa.

Córka Finna i Taylor miała dziesięć lat i stanowiła enigmę.

– Jest bardzo błyskotliwa – mówiła Taylor, choć rok wcześniej w Anglii Snow praktycznie się nie odzywała, a jeśli już, to bardzo cicho. Zamawiała za nią matka. Kelner spoglądał na dziewczynkę, która zgłębiała listę dań i wyraźnie nie brakowało jej inteligencji, ale to Taylor odzywała się w zastępstwie córki. Snow często przez cały posiłek czytała z leżącego na kolanach iPada. Kiedy ją o coś pytałam, spoglądała na matkę.

„Boi się – myślałam. – Szuka ratunku”.

– Wolisz mleko czekoladowe, prawda? – mówiła Taylor. – Bardzo ci się podobał ten film, Pitch Perfect? Oglądałyśmy go chyba ze trzy razy.

Dla Michaela i dla mnie Snow była niczym tapeta w tle.

Dopiero zaczęłam, a tą uwagą na pewno zdążyłam was do siebie zrazić. Taka już jestem, nieprzyjemnie bezpośrednia. Niektórym się to podoba, inni tego nie znoszą. Ja zazwyczaj się tym nie przejmuję. Finn byłby w szoku, gdyby usłyszał ten mój komentarz, nawet gdyby Snow nie była jego córką, ale Michaelowi wcale by to nie przeszkadzało, bo to pisarz. Pisarze często wybaczają okrutne uwagi. Nawet je podziwiają. To dodaje im pewności siebie, usprawiedliwia, zwalnia z poczucia winy z powodu ich własnych bezlitosnych słów. Z powodu tego, do czego, ich zdaniem, mają prawo jako pisarze: wybierają sobie znajomego, przeżuwają go (albo ją) z kosteczkami i wypluwają jako postać, którą wykorzystują w sobie tylko wiadomych literackich celach.

Ten wyjazd to był mój pomysł, efekt spontanicznego entuzjazmu na lekkim rauszu. Alkohol od początku odgrywał w tym wszystkim pewną rolę.

Od czasu naszego letniego romansu przed laty Finna i mnie łączyło coś, czego żadne z nas do końca nie rozumiało. Bywało, że nachodziły nas fazy mailowej zażyłości, które ciągnęły się przez kilka intensywnych miesięcy, a potem dawaliśmy sobie spokój na dużo dłużej. Ta urywana przyjaźń nie obejmowała naszych partnerów. Byliśmy na swoich weselach, ale nigdy nie spotykaliśmy się towarzysko całą czwórką. Aż dowiedziałam się, że przypadkiem wszyscy będziemy w tym samym czasie w Londynie. Poszliśmy razem na kolację. Potem na drugą i trzecią. Niewiele nas ze sobą łączyło (poza faktem, że Finn i ja kiedyś byliśmy parą, ale trudno to nazwać czymś, co łączy). Finn i Taylor nie byli z naszego świata – Michaela i mojego – co okazało się całkiem odświeżające. A przy tym mieli w sobie dużo ciekawości i lubili się bawić. Zwłaszcza Finn. Taylor miała obsesję na punkcie zabytków oraz sztuki i umiałam to docenić, nawet jeśli nie podzielałam jej pasji. Dobrzy towarzysze podróży, choć inni od nas.

– To gdzie się spotkamy za rok? – rzuciłam podczas naszego ostatniego wspólnego wieczoru. Uniosłam kieliszek. – Za przyszły rok.

Nadal myślę o tamtej chwili. A gdybym pozwoliła przeminąć tamtemu poczuciu wspólnoty?

Wakacje zaplanowała głównie Taylor, taka już jest, nie miałam z tym problemu.

Michael zazwyczaj na całe tygodnie przed wyjazdem zaczyna pożerać książki podróżnicze, szukając informacji o mało znanych, nieturystycznych miejscach – podczas wakacji w Paryżu zabrał mnie do Musée de la Vie Romantique, by obejrzeć odlewy ramion George Sand i jej kochanka Chopina – tym razem jednak kończył pracę nad powieścią i całkowicie go to pochłaniało.

Przywykłam do tego. Sama też mu to robiłam. Nie stworzyłam co prawda żadnej powieści, nic aż tak poważnego, ale również piszę – głównie artykuły dla magazynów i portali internetowych. Pisarze muszą pozwalać sobie wzajemnie na zachowanie swego prywatnego świata. Nic nie potrafi tak wciągnąć jak kończenie tekstu, nawet prawdziwe życie. W człowieku budzi się wtedy podniecający egocentryzm. To niesamowita frajda. Nie mogłabym pozbawić jej Michaela. Dobrze sobie radziłam z tolerowaniem tych okresów. Wręcz szczyciłam się swoją tolerancją. Znosiłam milczące kolacje – pytania w stylu „Słucham?” dwie minuty po tym, jak rzuciłam jakąś błyskotliwą uwagę.

– To nie jest dobry czas na wyjazd – powiedział raz Michael.

– Teraz już za późno, żeby to odwołać – odparłam. – Machina ruszyła i ponieśliśmy już sporo wydatków. Może taka przerwa ci się przyda. Błagam. Marzę o tym wyjeździe.

Ośmiodniowe wakacje – co mogło się stać? Przecież i tak dryfowałam. Byłam spanikowana. To był najtrudniejszy okres w moim życiu.

Taylor

Wszystko to od początku był spisek, żeby Lizzie i Finn mogli być razem. Michael i ja o niczym nie wiedzieliśmy. A rok wcześniej tak miło spędziliśmy czas w Londynie… Akurat tak się złożyło, że byliśmy tam wtedy, kiedy oni, więc poszliśmy kilka razy na kolację. Dobrze nam było tak w piątkę. Snow bardzo się podobało.

Czemu więc nie zrobić powtórki?

„Ale jesteś odważna, że jedziesz na wakacje z Lizzie, ona jest przerażająca”, powiedziała moja przyjaciółka April. Pamiętała Lizzie z naszego wesela. Jako toast Lizzie wyrecytowała trzy haiku, które napisała o Finnie, wszystkie o tym, jak to nigdy się nie spodziewała, że Finn kiedykolwiek się ożeni. A potem podarowała mu książkę – Toalety świata. Była dokładnie o tym, o czym mówi tytuł: zawierała zdjęcia ubikacji robione od Appalachów po Madagaskar. Cała Lizzie: tak samo onieśmielająca, czy uderzała w wysokie, czy niskie tony. Finn był zachwycony tą książką. Trzymał ją na stoliku do kawy. To był taki jego dziecinny psikus, coś, co miało szokować. Wtedy wydawało mi się to po prostu śmieszne, a książka była tylko wygłupem. Teraz, kiedy o tym wszystkim myślę, wydaje mi się, że był to dla Lizzie sposób, by wkraść się w nasze codzienne życie, by przypominać Finnowi o czymś związanym z nimi dwojgiem, jakby mówiła: „Ja cię rozumiem, a ona nie”. W końcu pozbyłam się tej książki, a Finn nawet tego nie zauważył. Jeśli nie ma czegoś przed oczami, od razu o tym zapomina.

Dużo czasu spędzam na rozmyślaniu o tym, co się wtedy działo w mojej głowie, ale to nie powinno nikogo obchodzić. A już na pewno nie zamierzam iść do psychologa. To nie ja tu mam problem.

Dwanaście lat temu, kiedy się pobieraliśmy, Finn dopiero rozkręcał restaurację i stanowiliśmy zgrany zespół. Ja mam klasę. On właśnie tego potrzebował. Stał się chłopakiem z sąsiedztwa, ale z czymś ekstra, czyli ze mną. Pochodzę z Upper East Side – najlepsze prywatne szkoły, uczelnia Vassar, dyplom z wyróżnieniem. Miałam długie, gęste, jasne i proste włosy. Włosy kobiety sukcesu. Dzięki temu byłam lepszym kąskiem. „Z takimi włosami mogłabyś być o połowę brzydsza”, mawiała moja matka. Kiedy już złapałam męża, nie potrzebowałam długich włosów, więc je ścięłam. Teraz strzygę się u pobliskiego męskiego fryzjera. Pod moim kierunkiem Rudy obcina mi włosy na krótko, odsłaniając twarz. Są gładkie i lśniące, stylizuję je żelem L’Oréal. Żadna inna kobieta w mieście nie strzyże się u Rudy’ego i mogę chyba spokojnie powiedzieć, że żadna nie ma mojego talentu do stosowania produktów do włosów (to żart – podkreślam to, bo ludzie często nie wiedzą, kiedy żartuję, a kiedy mówię poważnie). Finn skarży się, że za dużo wydaję na ubrania, ale lubi mieć żonę ubraną zgodnie z najnowszymi trendami.

Nie jest to łatwe – w Portland w stanie Maine trudno zachować oryginalność. To dla mnie mile widziane wyzwanie.

Finn i ja poznaliśmy się, kiedy miałam dwadzieścia sześć lat (on był trzy lata starszy). Uczyłam wtedy angielskiego w prywatnej szkole w Nowym Jorku – Spence, tam gdzie sama kiedyś chodziłam. Zatrzymałam się w Portland w drodze na zjazd uczestników letnich obozów żeglarskich, a on prowadził akurat wodną taksówkę w zastępstwie kolegi (bez licencji, powiedział mi potem – widać już tak ma). Pokazał mi swoją „knajpę”, jak nazywał przyszłą restaurację; wtedy było to jeszcze tylko zakurzone, puste pomieszczenie z brudnymi, fabrycznymi oknami. Siedzieliśmy na podłodze – właściwie był to zwykły beton, z którego zdarto linoleum – i jedliśmy bułki z homarem. Uwierzyłam w niego, uwierzyłam, że odniesie sukces. Nie jestem pewna dlaczego. Może to był po prostu instynkt. Jako matka nauczyłam się, że instynkt jest bardzo ważny i niektórzy po prostu go mają, a inni nie. Ja mam. Poza tym Finn znał wszystkich ludzi, których mijaliśmy w drodze do lokalu. To mi zaimponowało. Choć teraz wiem, że w Portland wszyscy znają wszystkich.

Nosił szorty w kolorze khaki o wielkich kieszeniach z patkami. Kiedy przyjechał do Nowego Jorku, moja matka była przerażona. „Mężczyźni w szortach!”, powiedziała, wzdrygając się. Do tego mówił „wziąść” zamiast „wziąć”, czego ona nie znosi.

A kiedy poszliśmy na kolację do Gerarda, gdzie obowiązują marynarki i zakaz dżinsów, Finn dostosował się, ale nie włożył skarpetek.

„Chciałaś uciec od matki”, stwierdziła April.

Chciałam zabłysnąć. A w Portland to o wiele łatwiejsze.

Musiałam zająć się garderobą Finna, co zrobiłam pod pozorem sprawiania mu prezentów – zawsze wracałam do domu z jakąś koszulą czy swetrem i stopniowo pozbywałam się starych rzeczy. Raz na tydzień wyrzucałam coś albo dawałam sprzątaczce dla jej męża.

W styczniu Lizzie przysłała mi maila: „Więc nadal Włochy?”. Byłam zaskoczona. Sądziłam, że o tym zapomni. „Snow koniecznie chce tam jechać”, odpowiedziałam. „Dla nas bomba”, napisała na to Lizzie.

„Wspaniale”, pomyślałam. Byłam podekscytowana. To będzie jak dwie przygody w jednej: pojedziemy w podróż z nimi i za granicę. A poza tym Lizzie i Michael zapewnią Finnowi towarzystwo, bo ja i Snow nie lubimy przesiadywać do późna na mieście, a on tak. Takie różnice, które w domu nie mają znaczenia, na wakacjach mogą powodować pewne niesnaski. No i szczerze mówiąc, to trochę męczące, kiedy spędza się ze sobą za dużo czasu i chwilami podczas wyjazdów kończą się nam tematy do rozmowy. A z Lizzie i Michaelem na pewno do tego nie dojdzie. Mimo to… idiotka ze mnie. Lizzie powiedziała, żebym sama o wszystkim decydowała. Oczywiście potem zdałam sobie sprawę, że wcale nie mówiła poważnie, bo Lizzie nie może być szczęśliwa, póki nie zmusi wszystkich do robienia dokładnie tego, na co sama ma ochotę.

Jeszcze zanim przysłała tego maila, Snow i ja zdążyłyśmy spędzić przed komputerem całe godziny, szukając informacji o Wenecji: gondole na połyskliwej wodzie, wiekowe pałace, kolory spalone słońcem.

– Wodne ulice? – Snow była urzeczona.

Moja córka Snow jest z natury pełna rezerwy. Zawsze powtarzam, iż stanowi żywy dowód na to, że cicha woda brzegi rwie. Nie tylko jest nieśmiała, patologicznie nieśmiała (opowiem o tym później), ale niektórzy mogliby uznać ją za wyniosłą. Ja żyję dla jej uśmiechów. Kiedy ona się rozpromienia, ja również.

– Powinniśmy obejrzeć całe Włochy, nie tylko Wenecję – uznałam.

Snow kiwnęła głową.

Przy okazji, te wyjazdy to taka nasza tradycja, choć nie jestem pewna, czy nadal aktualna. Co roku w czerwcu wyjeżdżaliśmy we troje na trzytygodniowe wakacje. Takie na całego. Snow i ja wybierałyśmy miejsce, a potem całymi miesiącami się przygotowywałyśmy.

Jeśli o mnie chodzi, podróże mają sens wyłącznie w pięciogwiazdkowym standardzie. Nie wyobrażam sobie lecieć na drugą stronę oceanu, żeby mieszkać w jakimś pokoiku z szorstką pościelą albo z łazienką gorszą, niż mam w domu. Myślałam, żeby obejrzeć Rzym, Ravello i Wenecję. Ale wtedy Lizzie napisała: „A może Sycylia?”.

Skonsultowałam się z Glorią, to nasza agentka od podróży, prawdziwy skarb. Zasugerowała Taorminę. Znała tam śliczny hotel, miała namiar na menedżera. Ale Lizzie uparła się na Syrakuzy. Tam nawet nie ma pięciogwiazdkowego hotelu – od razu wiadomo, że nie należy się spodziewać cudów. Lizzie zapewniała jednak, że to miejsce z historią, z dala od wydeptanych szlaków. A od Taorminy, którą nazywała turystyczną mekką z ładnymi widoczkami, dzieliło ją tylko półtorej godziny drogi. Jeśli będę chciała pojechać, mogę wynająć samochód. W rzeczywistości w Taorminie znajduje się wspaniały zabytek, teatro greco, ale ustąpiłam i zgodziłam się go pominąć. Jestem bardzo ustępliwa, choć nie wiem, czy ktokolwiek zdaje sobie z tego sprawę.

Lizzie nie interesuje się kulturą. Było to dla mnie ogromnym zaskoczeniem.

– W Londynie chwaliła się, że nigdy nie była w Tate – poinformowałam April. – Nie powinno się marnować zagranicznych wyjazdów. Jak można się przechwalać, że nie poszło się obejrzeć tych wspaniałych Turnerów?

– Prawdziwy problem z Lizzie – stwierdziła April – polega na tym, że ona nie ma dzieci. Kobiety, które nie mają dzieci, są zupełnie inne od tych, które je mają.

– Przecież jest miła dla Snow – powiedziałam.

– Nie chodzi o to, czy jest miła. Może to okropne tak mówić, ale bezdzietnym kobietom brakuje głębi. Są niedorozwinięte emocjonalnie.

W głębi ducha sama też zawsze tak myślałam. Ale póki April nie powiedziała tego na głos, nigdy się do tego nie przyznałam.

Tak więc postanowiliśmy. Lizzie i Michael mieli towarzyszyć nam w pierwszej części wycieczki, w Rzymie i Syrakuzach. A potem nasza trójka miała pojechać do Ravello i Wenecji: tylko Snow, Finn i ja.

Finn nigdy nie pyta o wakacje. Mówię mu, dokąd jedziemy i kiedy, a potem pakuję ubrania, także dla niego.

W dzień przed wyjazdem Snow i ja pojechałyśmy do apteki, żeby kupić krem przeciwsłoneczny.

– Mów mi Tawny – powiedziała nagle Snow.

– Tawny?

– Chcę się nazywać Tawny.

– Ale dlaczego? Przecież masz prześliczne imię. Urodziłaś się w śnieżycę, a następnego dnia cały świat był pokryty pięknym białym puchem. Dlatego tak cię nazwaliśmy: Snow, śnieg. – Opowiadałam jej tę historię wiele razy. Traktowałam ją jak kołysankę. – Skąd ci przyszło do głowy imię Tawny?

– Ze zdjęć policyjnych znanych osób. Widziałam na komputerze. Była tam taka kobieta, nazywała się Tawny Nichols. – Snow jednym ruchem przygładziła długie, jedwabiste włosy (jasne, jak moje) i ściągnęła je na bok, przez ramię. Ma w sobie tyle gracji. – Jestem gotowa do swojego zdjęcia policyjnego.

– Ale takie zdjęcie robi się tylko, kiedy cię aresztują.

– Wiem.

Snow potrafi czasem nieświadomie prowokować. To dlatego, że jest taka niewinna i naiwna. Staram się nie zwracać na to uwagi, ale Finna bardzo to bawi. Śmieje się, a Snow nigdy nie wie, czy to dobrze, czy źle. Patrzy na mnie pytająco. Jeśli nie ma w tym nic złego, uśmiecham się. W przeciwnym razie kręcę głową.

Często myślę o tamtej rozmowie ze Snow i zastanawiam się, czy nie była ostrzeżeniem, czy nie powinnam była bardziej jej chronić. Zdaniem April, nie. Matki zawsze o wszystko się obwiniają, nawet jeśli nie zrobiły nic złego.

Michael

Obiecałem K, że się z tego wyplączę. I naprawdę szczerze zamierzałem to zrobić. Tego ranka opierałem się o blat kuchenny i piłem kawę, patrząc, jak Lizzie robi koktajl owocowy. Szybkość, z jaką krząta się po kuchni, kiedyś mnie zdumiewała – wieczka wskakują z powrotem na plastikowe pudełka, kawałki bananów, jagody i co tam jeszcze wpadają do blendera. Garść lodu. Lekkie kopnięcie i drzwi zamrażarki się zamykają, a ona już wlewa mleko sojowe. Mistrzostwo.

Piłem kawę, zbierając się na odwagę, by jej powiedzieć. Już, zaraz. Mijały dni. Tygodnie. Świadom swego tchórzostwa, o ile to właśnie przez to, rozmyślałem, czy nie powiedzieć jej, kiedy blender hałasuje tak przeraźliwie, że nie mogłaby nic usłyszeć – takie chore zabawy. Wieczorami przeważnie nie było mnie w domu, a Lizzie sama zapewniała mi alibi, zakładając, że siedzę w biurze. I piszę. „Ale się zaangażowałeś w tę książkę”.

„Ale się zaangażowałeś w tę książkę, nawet nie wyjąłeś ze schowka walizki, a za dwa dni wyjeżdżamy”, powiedziała raz, sącząc pinot noir.

Miała obsesję na punkcie pewnego konkretnego pinot noir z Oregonu. Moja żona zafiksowuje się na czymś i wszystkim o tym opowiada – w tym przypadku chodziło o zakręcane butelki. „Już lata temu powinni wymyślić jakiś sposób na korki”, powtarzała.

Po co w ogóle o tym wspominam?

Słowa wypowiedziane są nieodwołalne. Mogą być jak bomby.

– Nie kocham cię już – powiedział mężczyzna do żony, wypowiadając jedną straszliwą prawdę, a pomijając inne.

„Nie kocham cię już, i to od jakiegoś czasu, Elizabeth. Nie jadę do Włoch”. Już prawie to powiedziałem, z czystej ciekawości. Dla podniety. Żeby trochę namieszać.

Ale nie zrobiłem tego. Bałem się histerii. Jej energii zwróconej przeciwko mnie. Wreszcie rozumiem, czemu mężczyźni znikają, zostawiając liścik na kominku.

W wieczór przed wyjazdem wytarła oliwę z talerza kawałkiem chleba i już miała go włożyć do ust, kiedy nagle spojrzała do góry. Nadchodzi. Widziałem, jak przez jej głowę przelatuje myśl: „Jestem tu szczęśliwa”. Próbowała mnie uspokoić – co za absurd, nie? Nieważne, że nie mamy sobie już nic, kurwa, do powiedzenia. „Jestem tu szczęśliwa”.

Doszliśmy w naszym małżeństwie do punktu, kiedy znaliśmy się tak dobrze, że nie musiało jej tam nawet być, a i tak była. Mogłem sam wygłaszać jej kwestie. Jej myśli.

Ale przecież jestem pisarzem. Na tym polega mój zawód.

Przypomniałem sobie uwagę Lizzie o pewnej znajomej parze. „Obsadzeni w rolach”, powiedziała o ich małżeństwie. Pewnie to właśnie sprawiło, że sami przetrwaliśmy tyle czasu – jesteśmy z osobami, z którymi, naszym zdaniem, powinniśmy być; z którymi powinniśmy być, zdaniem wszystkich dokoła. Wszystkich, którzy się liczą w Nowym Jorku. W naszych kręgach. Dziennikarzy. Redaktorów. Pisarzy. To była ironia. Nie jestem aż takim dupkiem.

Przynajmniej na tym wyjeździe będziemy z Finnem, Taylor i tą ich córką, która w ogóle się nie odzywa. To da mi wytchnienie od monotonii szukania w zakamarkach mózgu czegokolwiek, co mógłbym powiedzieć do L, a co nie zabrzmiałoby wrogo. Tak właśnie myślałem, o ile w ogóle chciało mi się o tym myśleć. Nie mogłem się przyjaźnić z Finnem. On praktycznie nie czyta, a przynajmniej nie zauważyłem, żeby cokolwiek czytał. Ale też zasadniczo nie mam zbyt wielu przyjaciół wśród mężczyzn. Sama idea przyjaźni wydaje mi się kobieca. Finn dużo za to podróżuje, a ja nie. Wolę siedzieć w domu, szczególnie wtedy wolałem.

To szaleństwo jechać w podróż z kobietą, która już cię nie interesuje. Ta izolacja. Te seksualne oczekiwania, których nie miałem zamiaru zaspokajać. Przynajmniej pod tym względem mogłem być lojalny.

Finn

Umiem opowiedzieć swoją historię tak samo dobrze jak tamci. Choć ostrzegam, od czasu do czasu zamieszam wam w głowach. Bo tak lubię i już. Przed tą wycieczką nie zdawałem sobie nawet sprawy, na ile sposobów mogę to rozegrać.

– Dajmy sobie spokój z Michaelem i Taylor. Pojedźmy tylko we dwoje – powiedziałem do Lizzie.

Mówiłem takie rzeczy, żeby wytrącić ją z równowagi. Lizzie jest urocza, kiedy się irytuje. Udała, że nic nie powiedziałem, i przeszła w tryb Hillary Clinton, cała superpoważna, jakby planowała spotkanie na szczycie w sprawie Bliskiego Wschodu.

– Moim zdaniem powinniśmy pojechać do Siracusy.

– Nie żartuję. Olejmy ich.

– Siracusa wygląda fantastycznie, jak ruina.

– Sama wiesz, że wolałabyś jechać w podróż ze mną niż z Michaelem.

„Siracusa”. W kółko to powtarzała. Jakbym wiedział, gdzie to jest. I co to jest. Czy w ogóle ktokolwiek to wie? Lizzie jest szurnięta. Gdziekolwiek to było – a okazało się, że na Sycylii, wschodnie czy zachodnie wybrzeże, wszystko jedno – pomyślałem, że nada się dla Tay.

– Zaproponuj Taylor jakieś normalne miejsce – powiedziałem.

Taylor to dobry człowiek, świetna matka i wszystko potrafi ogarnąć, ale zupełnie by jej nie przeszkadzało, gdyby nigdy nie zamieniła słowa z obcokrajowcem. Nakręca się na te wyjazdy, na tę całą sztukę, architekturę, kulturę, a potem wynajmuje przewodnika, żeby oprowadzał po wszystkim ją i Snow. Zero niespodzianek. Nic nie pozostawi losowi. Wydawać kasę. To geniusz w wydawaniu kasy. Mojej kasy.

Przed masakrą, jaką okazał się ten wyjazd, Lizzie i ja wysyłaliśmy sobie po dziesięć wiadomości dziennie. Zacząłem ją dręczyć w okolicy Bożego Narodzenia. „Włochy w czerwcu. Przypomnij Tay, przypomnij Tay, grazie prego”. Męczyłem ją do upadłego. Taylor nie miała pojęcia, że to ja nakręcałem Lizzie, aranżowałem to, walczyłem o nieco kontroli. Jak to się nazywa? Pasywna agresja. Urządziłem sobie pasywno-agresywny ubaw po pachy: manipulowałem Lizzie, żeby ona zmanipulowała Taylor. Ja miałem podjarę, a Tay nawet się nie zorientowała.

Słowo daję, mógłbym wrócić do domu nawalony w trupa – bywało i tak – a Tay nic by nie zauważyła, bylebym nie zakłócił Snow odrabiania lekcji albo snu.

Znowu zacząłem palić. I zamartwiać się, że Taylor mnie przyłapie i odbije jej szajba. Papierosy. W tym porąbanym świecie to gorsze niż alkoholizm. Gorsze niż niektóre przestępstwa, ale nie cytujcie tego. To tylko taka gadka. Dzięki Bogu za odświeżacz do ust. Pryskałem się nim jak sprejem na komary. Dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Zastanawiałem się, czy nie zacząć chodzić do psychologa.

To dość nieoczekiwane. Można by pomyśleć, że terapia to dobre dla kogoś z pozostałej trójki, ale to ja byłem popaprany. Zdrada. Nie mogłem przestać o tym myśleć.

Powinienem był ożenić się z Lizzie, chociaż nie byłaby ani w połowie tak dobrą matką jak Taylor.

– Taylor jest taka zorganizowana i skuteczna – powiedziała Lizzie. – Jest świetna w tym, co robi.

Taylor, która prowadzi w Portland centrum turystyczne, zwiększyła obroty z turystyki o pięć procent, a niżej podpisany czerpie z tego korzyści. Ale kogo Lizzie chciała nabrać? Myślała, że jeśli powie mi coś takiego, to uwierzę, że lubi Taylor. A tak naprawdę znosiła ją tylko dlatego, że miała słabość do mnie. Kobiety myślą, że mężczyźni są głupi, w każdym razie głupsi od nich.

– Taylor zajmie się mną, kiedy się zestarzeję – powiedziałem do niej. – Jeśli złapię jakieś paskudne choróbsko, wiem, że będzie przy mnie w szpitalu, rozstawiając lekarzy po kątach.

– Skąd wiesz, że umrzesz pierwszy? – zapytała Lizzie. – Wiesz co? Mam nadzieję, że naprawdę zachorujesz na coś okropnego, żeby mogła się tobą zajmować. Strasznie byłoby myśleć, że męczysz się w małżeństwie dla czegoś, co nigdy się nie wydarzy.

Może i ma trochę racji, choć z takim sposobem bycia z czasem mogłaby człowieka wykończyć.

Ale jest fajna. Najpierw nawijała dniem i nocą o tej Siracusie, a potem ją poniosło i zaczęła się rozwodzić, jak to lody wynaleziono właśnie na Sycylii i że to jej ulubiony przysmak, musimy tam pojechać i napchać się lodów. To wszystko przez te dupne przewodniki turystyczne. Ale cała ta Siracusa brzmiała świetnie, bardzo w stylu Lizzie. Ona potrafi wziąć coś zupełnie zwyczajnego i tak to nakręcić, że człowiek czeka jak pies z wywieszonym jęzorem, rwie się, żeby tam popędzić. Podpisywała swoje maile „Angelina Pistacja” albo „Carmela Wanilia”.

Syrakuzy rozpieprzyły Taylor cały wyjazd i, szczerze mówiąc, strasznie mi się to podobało.

Rzym, dzień 1Lizzie

Michael okropnie przechodzi zmianę stref czasowych i dopiero po kilku dniach może funkcjonować na pełnych obrotach. Po przyjeździe do Cesare Due, kiedy wysiedliśmy z taksówki i oddaliśmy bagaże portierowi, zderzyliśmy się ze sobą. Mam na myśli, że usiłowaliśmy jednocześnie przejść przez hotelowe drzwi i niemal się zaklinowaliśmy, jak postaci w kreskówce.

– O Boże, ty chcesz rozwodu – powiedziałam.

Michael spojrzał na mnie struchlały, jakby ledwo uniknął spadającej z góry doniczki.

Zaczęłam się śmiać.

– Żartuję – wyjaśniłam. – No wiesz, bo…

– Bo co? – przerwał. Kiedy jest wykończony, robi się kłótliwy.

– Nic. Przepraszam. Nieważne. Jestem zmęczona. Sama nie wiem, co mówię.

Nauczyłam się, kiedy lepiej dać sobie spokój. Rzecz w tym, że Michael ma doskonałe maniery. Nieodmiennie pomaga mi włożyć płaszcz, przepuszcza kobiety do windy, wybiera stronę od ulicy, kiedy idziemy chodnikiem, i nigdy, ani razu, nie przeszedł przede mną przez drzwi. Nawet przed operacją wyrostka, kiedy zwijał się z bólu, poczekał, aż pierwsza wejdę na pogotowie. Zawsze myślałam, i żartowałam ze swoją najlepszą przyjaciółką Rachel, że jeśli kiedyś nie przepuści mnie w drzwiach, będzie to oznaczało, że ze mną skończył. No i proszę, trafiło się w Rzymie.

Taki był zmęczony po locie.

Nie zdziwiło mnie, że zamierzał przespać cały dzień. Ja sama potrzebowałam tylko krótkiej drzemki. Zostawiłam wiadomość w recepcji dla Finna i Taylor, którzy przylecieli do Rzymu z Bostonu, i poszłam na kipiącą życiem Piazza Navona, gdzie zjadłam spaghetti carbonara, wypiłam macchiato i poleniłam się przez kilka godzin. Potem wróciłam do hotelu i zaczęłam go zwiedzać, wędrując labiryntem korytarzy, kiedy nagle ktoś złapał mnie z tyłu za rękę. Odwróciłam się szybko. Finn przyparł mnie plecami do ściany.

– Co ty wyprawiasz? – spytałam.

– Szukam ciebie.

– Nieprawda.

– Szukam baru – powiedział. – O, jest.

Pociągnął mnie za sobą.

Oświetlone uwodzicielskim, przyćmionym światłem bursztynowych kinkietów i pełne wąskich skórzanych kanap maleńkie, przypominające jaskinię wnętrze emanowało romantyczną anonimowością idealnego hotelowego baru. W takich miejscach spotykają się pary, które nie chcą być widziane ani zapamiętane.

Finn rozejrzał się, zobaczył, że nie ma obsługi, wyskoczył na korytarz, pomachał i zaraz wrócił. Sekundę później pojawiła się kelnerka, młoda i szczupła, w bardzo obcisłej czarnej spódnicy i dopasowanej białej koszuli zapiętej pod szyję, z włosami uczesanymi w gładki koczek.

– Mówisz po francusku? – spytał ją Finn po angielsku.

– Nie, ale mówię po angielsku – odparła też po angielsku.

Mimo to Finn zamówił wszystkie barowe przegryzki po francusku. Muszę tu wyjaśnić, o co chodzi. Finn mówi płynnie po francusku, bo kiedy my wszyscy byliśmy zajęci studiami, on pracował jako załogant na francuskich jachtach. W rezultacie, kiedy jest za granicą, zyskuje status i szacunek wykraczający poza to, na co zasługuje z racji swojego czasem głupawego zachowania i robotniczego pochodzenia. Znajomość języków obcych potrafi uczynić z Amerykanina kogoś więcej niż Amerykanin, a z Finna czyniła kogoś więcej niż Finn.

– A mówisz w lingua mista? – zapytał znowu.

Kelnerka uśmiechnęła się, a wtedy on dorzucił do swojej francuszczyzny kilka włoskich i angielskich słów, jak „martini” i „oliwki”.

– Nie mogę pić martini, stoczę się pod stół – zaprotestowałam. – Poproszę kir, per favore.

– Per favore. – Finn przedrzeźnił mój fatalny akcent i rzucił do kelnerki, że powinni mnie zamknąć w lingwistycznym więzieniu.

Kelnerka zaczęła się śmiać.

– Mieszkasz z matką? – spytał.

– Tak – odparła.

Za chwilę namówi ją, żeby odśpiewała włoski hymn. Finn potrafi namówić kobiety do rzeczy, które normalnie robią tylko przed lustrem. Oczywiście nie twierdzę, że ta dziewczyna śpiewa w łazience hymn narodowy, ale wiecie, co mam na myśli. Za pierwszym razem, kiedy się poznaliśmy, poszliśmy do przystani w Portland. Chodziliśmy późną nocą między promami i statkami rejsowymi, a Finn o wszystko mnie wypytywał. Czy lubię The Eagles (kto nie lubi?), paluszki wolę słone czy nie (słone), czy umiem tańczyć salsę? Nie, ale umiałam stepować. Wykonałam wzdłuż mola swój układ do Take Five. Uczyłam się stepowania, kiedy miałam dziesięć lat. To był jedyny raz w życiu, kiedy wykorzystałam tę umiejętność. Bo tak już jest z Finnem.

– Mam coś dla ciebie – powiedział. Wyjął z kieszeni koszuli lśniącą paczuszkę orzeszków z logiem TWA.

– TWA? Przecież te linie już padły.

– Nie dla mnie – odparł Finn.

W samym środku naszego romansu polecieliśmy lotem TWA do Montrealu. Strasznie się tam pokłóciliśmy i wróciłam sama. Poszło o wzmiankę Finna, że poluje. Miał zamrażalnik pełen steków z łosia.

– Ty je zjadasz, ja do nich strzelam, no i co? – powiedział.

– Nie jadam łosi – rzekłam. – Nie łażę ze strzelbą, nie celuję do zwierząt, nie pociągam za spust i nie patrzę, jak giną.

– Przecież właśnie zżarłaś pieprzone foie gras – powiedział.

To prawda. Byliśmy akurat w świetnej restauracji, Les Amis de Pierre.

– Więc masz strzelbę? – upewniłam się.

– Na naboje trzydzieści zero sześć – powiedział.

Nigdy nie zapomnę tej nazwy, taka była dziwna. I nagle coś mi przyszło do głowy.

– Założę się, że nie popierasz ograniczania dostępu do broni palnej – zagadnęłam.

– A co, gdybym musiał bronić swojej rodziny? – odparł pytaniem.

Co ja z nim w ogóle robiłam? No co? Przecież to republikanin! Każdy głębszy temat prowadził do wielkiej kłótni, nawet do krzyków… ale z drugiej strony świetnie się bawiłam. Zabawa była specjalnością Finna. No i przy nim czułam się wolna. Okazało się, że połączenie zabawy i swobody to dostateczna rzadkość, by zaowocowało trwałą więzią.

Wiedziałam jednak, że to tylko przelotny romans. Jechałam przecież do Nowego Jorku. A poza tym, skoro już mowa o foie gras, Finn był jak deser. Potraktować go poważnie oznaczało przejść na dietę złożoną z samego cukru.

– Ale poważnie. TWA? Skąd to wytrzasnąłeś?

Finn wyszczerzył zęby. Wiedziałam, że nic z niego nie wyciągnę.

– Gdzie Taylor i Snow? – spytałam.

– W pokoju. Zejdą za jakiś czas.

Rozerwałam paczuszkę, spodziewając się widoku czarnych, zasuszonych resztek, lecz ku swemu zaskoczeniu znalazłam zupełnie normalne złocistobrązowe orzeszki.

– Założę się, że nie odważysz się spróbować – powiedziałam.

Finn wrzucił sobie kilka do ust i schrupał.

Niedługo potem piłam drugi kieliszek kiru.

– Oczy ci się rozjeżdżają – powiedział Finn. – Niech no Michael cię tak zobaczy. Jesteś pijana jak ta lala.

– Michael pewnie nie zejdzie nie kolację. Jest padnięty. Świetne te zielone oliwki – dodałam. – To co tam z Jessą?

– Jeszcze nic. A ty jak myślisz? Powinienem?

– Nie zamierzam ci doradzać, żebyś uciął sobie romans.

– A ty jesteś do wzięcia?

– Nie, Finn, nie jestem do wzięcia. A co, lepszy rydz niż nic?

– Skąd.

Finn nie potrafił powstrzymać się przed flirtowaniem. Nigdy nie zwracałam na to uwagi.

– Kiedy zacząłeś znowu palić?

– Wczoraj.

– Kłamca.

– Masz ochotę na maszka?

– Nie, nie mam ochoty na maszka.

Objął moją dłoń ręką i wysunął z niej kieliszek.

– Co ty wyprawiasz?

– Cicho.

Rozsunął moje palce i włożył w nie papierosa. W tym momencie zdałam sobie sprawę, że stoi przy nas Michael.

– Lizzie pali – powiedział do niego Finn.

– Sam palisz. Zabieraj to świństwo. Nie chcę tego smrodu na ręce – rzekłam do niego i zwróciłam się do Michaela: – Myślałam, że zamierzasz przespać kolację.

– Zmieniłem zdanie.

– Taylor nie wie, że palę. Nie mówcie jej – poprosił Finn.

– Finn, nie chcemy wiedzieć o tobie rzeczy, których nie wie twoja żona. – Powiedziałam to z pełną świadomością, że wiem o nim bardzo wiele rzeczy, których nie wie Taylor (ani Michael). Na przykład to o Jessie. – Naprawdę nie chcemy.

– Mów za siebie. Mnie to nie przeszkadza – stwierdził Michael. – Lubię znać cudze sekrety. Mogę potem o nich pisać. Oczywiście w przebraniu. Macallana, jeśli pani ma – powiedział do kelnerki. – Z lodem.

Z perspektywy czasu widzę, że na tym wyjeździe od samego początku dałam się wziąć pod włos. Bo przecież mimo wszystko flirtowałam. Poczęstowałam Michaela orzeszkami, nie mówiąc mu, że mają piętnaście lat. Na początku – przyznaję bez bicia – współpracowałam z Finnem.

Michael

Mężczyzna zadzwonił znowu, czując się jak idiota. Miała wyłączony telefon. Mężczyzna wyciągnął ten (oczywisty) wniosek, kiedy raz za razem po jednym dzwonku włączało się nagranie jej głosu śpiewającego Jingle Bells. „Uwielbiam Boże Narodzenie”, powiedziała mu kiedyś.

Zaczynałem się robić nieostrożny. K nie była już zwykłym „kontaktem”, ale o wiele bardziej niebezpiecznym nagromadzeniem „ostatnich połączeń”. Czy nieostrożność wybawi mnie od niezdecydowania? Czy powinienem zostawić swój telefon na nierozpakowanej walizce Lizzie?