Sir John - Grace Burrowes - ebook
Opis

Sir John Fanning – dla bliskich Jack – co dzień na sali sądowej staje twarzą w twarz ze zbrodnią, lecz nie boi się niczego… poza wizytą swojej matki. Teraz, przed Bożym Narodzeniem, jej przyjazd właśnie się zbliża. I nie obejdzie się – tego jest pewien – bez prób wyswatania go z kolejną, zdaniem matki najbardziej odpowiednią kandydatką.
Jednak Sir John stawia zdecydowany opór. Bo po raz pierwszy od lat jego serce bije mocniej dla kobiety...
Madeline Hennessy jest śliczna, inteligentna… i zdaniem matki zupełnie nieodpowiednia na żonę Jacka. Czy rzeczywiście? Jeśli nawet tak mogło by się wydawać, to ze zgoła innych powodów…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 378

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta

Renata Kuk

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Irina Kharchenko | Dreamstime

Tytuł oryginału

Jack

Copyright © 2016 by Grace Burrowes

All rights reserved

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2017 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6560-5

Warszawa 2017. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Czcigodnemu W. Kennedy’emu Boone III,

1

Mój biedny mały Charles jest prawie martwy – Mortimer Cotton ciskał gromy świętego oburzenia. – To właściwie mord w biały dzień, sir Jack.

Biedny, maleńki, kudłaty, ponad stupięćdziesięciofuntowy Charles – baran rasy mocno mieszanej – leżał na ziemi w grudniowym słońcu, jakby oddawał ducha wyczerpany nadmiarem uciech fizycznych.

– Oto grabież, jakiej się dopuszczono pod naszym nosem – grzmiał dalej Cotton, opierając potężne pięści na biodrach. – Ta kobieta bezwstydnie ukradła mojego barana. I proszę, jak on teraz wygląda.

Sir John Dewey Fanning żywił głębokie przekonanie, że baran o imieniu Charles II dojdzie do siebie po miłosnych ekscesach przed zachodem słońca, o ile przechwałki Mortimera na jego temat kryły w sobie coś z prawdy. Owce Hattie Hennessey promieniały zadowoleniem, co świadczyło zapewne o tym, że Charles obdzielił swoimi legendarnymi łaskami całe stado.

– Zważ moje słowa, sir Jack: potwarz, oto, z czym mamy do czynienia – odparowała Hattie Hennessey. – Pan Cotton oskarża mnie o kradzież swojego leniwego barana, podczas gdy to on powinien zapłacić karę za to, że nie potrafi utrzymać w gospodarstwie swojej trzody. I oto jego baran raczy się moją paszą i moimi nieszczęsnymi owcami.

Fioletowoczerwona twarz Cottona przybrała groźny wyraz.

– Twoje skarlałe, przeklęte owce nie znały prawdziwego ogiera, odkąd się urodziły, Hattie Hennessey. Czy okazuje mi się wdzięczność za to, że spotkało je takie szczęście? Czy padło choć słowo o rekompensacie za wielkoduszność Charlesa? Nie, plecie się tylko o karze i obraża, bo ponoć źle dbam o swoje gospodarstwo.

Opinie w hrabstwie były podzielone w zależności od tego, jakie akurat powody do skargi miały skłócone strony – bo Hattie i Mortimer kłócili się nieustannie. W tym wypadku to Hattie zawiadomiła sir Jacka, że wśród jej owiec znajduje się zabłąkany baran.

Ten sam baran, za którego usługi Mortimer zawsze ściągał od niej fortunę.

– Panie Cotton, czy mogę z panem zamienić słowo na osobności, między nami, dżentelmenami ludzkiej rasy? – wtrącił sir Jack w potok narastających obelg.

– Tyle słów, ile pan chce. Każde obraziłoby delikatne uszy Charlesa.

Podczas gdy Cotton zerknął złowrogo na zmęczonego barana, sir Jack puścił oko do Hattie. Kobieta popatrzyła na swoje owce, główne źródło skromnych dochodów i zapewne najbliższe towarzyszki życia poza psem collie i kotem.

Jack przeszedł w drugi koniec stogu siana, Cotton, po paru chwilach nadąsanego milczenia, podążył za nim.

– Hattie Hennessey nie ma siły, żeby przenosić barana przez kamienne murki – oznajmił Jack – a co dopiero dźwigać go przez całą drogę z pańskiej farmy na swoją. – Nie do końca mówił prawdę. Hattie Hennessey miała właściwą dla tej rodziny mocną budowę ciała i wzrost, nawet na starość. Na krótką odległość dałaby sobie radę z potulnym baranem.

Nie mogła jednak, pod żadnym pozorem, prosić kogoś o pomoc; rodzina Hennessey słynęła z uporu i niezależności – bardzo podobnie jak Cottonowie.

– A zatem zleciła komuś, żeby go ukradł – burknął Cotton.

– Fakty przeczą tej hipotezie – stwierdził Jack, strząsając źdźbło siana z rękawa. – Po pierwsze, Hattie nie ma grosza na zbyciu. Po drugie, sądzę, że pewien sąsiad, zbyt dobry dla własnego dobra, postawił barana wśród owiec Hattie pod osłoną nocy, oszczędzając biednej wdowie błagania o pomoc, której rozpaczliwie potrzebuje.

Krzaczaste, białe brwi Cottona zlały się w jedną linię z konsternacji.

– Może pan Belmont? Albo jego synowie? Chłopcy w tym wieku psocą bez opamiętania. Charles jest przyjazny, kiedy nie zajmuje się akurat tym, do czego ma szczególne skłonności.

Charles był owczym hedonistą.

– Nie oskarżam Belmontów o źle pojmowaną dobroczynność, panie Cotton.

Brwi pana Cottona wystrzeliły w górę, a zanim ich właściciel zdążył coś wtrącić, Jack podjął na nowo swoje teoretyzowanie. Służąc w Indiach, nauczył się, że jeśli starszym oficerom oszczędzano konieczności odniesienia się do raportów zbyt wcześnie, sprawy przybierały korzystniejszy obrót.

– Wie pan, że sytuacja Hattie uległaby znacznemu pogorszeniu, gdyby nie zdołała zastąpić barana, który zdechł tego lata – powiedział Jack. – Wie pan, że nie stać jej, żeby nie zapewnić sobie co roku nowych jagniąt. Żeby nie urazić jej zwykłą dobroczynnością, jakaś dobra dusza wymyśliła tę intrygę, żeby oszczędzić jej dumę i poprawić położenie. Proboszcz zapewne pochwaliłby ten uczynek.

Proboszcz tak się zmęczył nieustającym sporem między Mortimerem Cottonem i Hattie Hennessey, że raz po raz wygłaszał kazania o dobrym Samarytaninie.

Cotton regularnie wycierał kościelne ławy swoim szacownym siedzeniem. Rzadziej wrzucał monety do skarbonki na biednych.

– Myśli pan, że ja to zrobiłem, sir Jack?

Nie, nic takiego nie przyszło Jackowi do głowy, ale co robić, kiedy sędzia sam już nie wiedział, jak z tego wybrnąć.

– Ta intryga nosi pańskie piętno, Cotton, pańskiego zmysłu praktycznego i rozmachu. Ale jeśli postoimy tu chwilę dłużej, chwaląc pańskie cnoty chrześcijańskie, Hattie wyciągnie widły i przegna barana z gospodarstwa.

– Nie będzie się znęcać nad moim Charlesem, kiedy jest taki strudzony. Nie pozwolę na to. Charles nie wie, która owca należy do którego gospodarstwa.

Dla Charlesa każda owca należała wyłącznie do niego, przez parę minut. Jack poznał wielu oficerów w służbie Jego Królewskiej Mości, którzy podzielali ten pogląd w kwestii miłosnych podbojów.

– Pewnie zdołam przekonać Hattie, żeby pozwoliła Charlesowi odpocząć tutaj przez dzień czy dwa – oznajmił Jack. – Nie chciałbym, żeby ktoś mógł powiedzieć, że takie wspaniałe zwierzę nie dało rady takiemu małemu stadu. – Przez te dwa dni Charles skończyłby zaczęte dzieło – zapewne parę razy z rzędu.

– Mój Charlie nie dałby rady?

– A zatem się zgadzamy. Jeśli zdołam przekonać Hattie, Charles odpocznie sobie tutaj, powiedzmy do czwartku, kiedy osobiście go panu odwiozę. Jeśli odejdzie pan teraz zagniewany, Hattie nie domyśli się w żaden sposób pańskiej szlachetności.

Cotton łypnął na Jacka, jakby słowo „szlachetność” należało do wymyślnych słówek, jakich używały wyższe sfery na balach maskowych. Dla Mortimera Cottona szlachetność znaczyła z pewnością to samo, co głupota, ale miał tyle samo dumy, co każdy inny człowiek. Jack niemal słyszał, jak cytuje pobożne upomnienia proboszcza na następnym turnieju rzutek.

– Przejrzał mnie pan, sir Jack – powiedział Cotton, kopnąwszy kupkę ziemi. – Nie piśnie pan nikomu słowa? Hattie Hennessey jest bardziej dumna niż chrześcijaninowi wypada.

Och, dajże spokój.

– Może pan liczyć na moją dyskrecję, Cotton. Niedolę biednych wdów powinno mieć więcej ludzi na względzie w tym hrabstwie; to szlachetne, że okazał pan serce.

– Z ust mi pan to wyjął. Pójdę już, ufając pańskiej, hm… dyskrecji. – Cotton ukłonił się elegancko i przemaszerował przez podwórko, ledwie uchylając kapelusza w stronę Hattie.

Hattie obserwowała go w zamyśleniu bladoniebieskimi oczami.

– Dobrze, że wyrzucił pan tego chwalipiętę z mojego gospodarstwa, sir Jack. Ale zapomniał zabrać swojego puszczalskiego barana.

– Barany właśnie to robią, Hattie. – A czego Jack nie robił już nazbyt długo, skoro już o tym mowa.

Jedna z owiec podeszła, żeby obwąchać rozłożone na ziemi ciało Charlesa. Charles podjął wysiłek, żeby dotknąć się nosami z przybyłą, po czym znowu opadł na siano z głębokim, męskim westchnieniem. Owca ułożyła się obok niego, przeżuwając karmę.

– Eloise – powiedziała Hattie, potrząsając palcem w jej stronę – zwykła z ciebie nierządnica. Na wiosnę oczekuję od ciebie bliźniaków, moja panno.

Charles był znany z tego, że płodził bliźniaki, a od czasu do czasu zdarzały mu się nawet trojaczki.

– Hattie, muszę polegać na twojej dobrej woli – odezwał się Jack – bo mój nadzorca nie będzie w stanie odwieźć Charlesa do domu wcześniej, jak w czwartek. Posunąłem się do tego, że zapewniłem Cottona, że nie zostanie obciążony kosztami utrzymania barana, ani nie będzie skargi, że nie odgrodził należycie swojej trzody.

Hattie strzepnęła kolejne źdźbło słomy z rękawa Jacka.

– Nadużywasz nieco swego stanowiska, sir Jack, rozmawiając w moim imieniu z tym bufonem.

Uprawnienia Jacka wznosiły się ponad rozstrzyganie kłótni na podwórku, ale wolał to, niż cierpieć kolejne wizyty Hattie i Cottona w Teak House.

– Nie należy zgłaszać, że Cotton nie potrafi upilnować swoich zwierząt w gospodarstwie, Hattie. Okaż trochę litości człowiekowi, który najpewniej nie może zaznać spokoju we własnym ognisku domowym.

Hattie parsknęła; odpoczywający baran drgnął przestraszony.

– Ta Perpetua Cotton ma czelność skarżyć się na to czy tamto, węszyć dokoła, obnosić się co tydzień z nowym czepkiem. Mortimer Cotton powinien wziąć tę kobietę w garść.

Jak właściwie roztropny mężczyzna miał wziąć w garść dorosłą kobietę o ostrym języku i wyrobionych sądach w każdej kwestii, mając do tego dziesiątkę dzieciaków, które należało ubrać i wykarmić?

– Mortimer Cotton to z pewnością człowiek, którego życie przygniata – zauważył Jack, wyciągając dłoń w rękawiczce do ciekawskiej owcy. – Okaż trochę litości. Zatrzymaj barana wśród swoich owiec, aż będę mógł zabrać go do domu w przyszłym tygodniu.

Owca pociągnęła delikatnie nosem, a potem przestała się nim interesować. Zwierzęta, pod wieloma względami, tak bardzo górują nad ludźmi kulturą w zachowaniu.

– Idźże sobie – warknęła Hattie, machając na nią ręką. Owca odbiegła parę kroków i legła z drugiego boku Charlesa. Owce, w przeciwieństwie do większości ludzi, instynktownie bronią się nawzajem.

– Uznam to za osobistą przysługę, jeśli pozwolisz baranowi zostać parę dni, Hattie.

Jack całym sobą tęsknił, żeby chwycić widły i napełnić koryto sianem, a także dolać wody do poidła oraz wbić gwóźdź w obluzowaną deskę przy furtce. Hattie nigdy już nie pozwoliłaby mu postawić stopy na swojej ziemi, gdyby poczynał sobie u niej tak swobodnie.

– Baran może tu zostać – oznajmiła Hattie, odmaszerowując w stronę furtki. – Do czwartku rano, nie dłużej.

– Wielkie dzięki. – Jack otworzył przed nią drzwi; skrzypienie zawiasów obudziło jego konia. Szlachetne stworzenie drzemało uwiązane do słupa przed maleńką chatką Hattie.

– Zostaniesz na filiżankę herbaty – oznajmiła Hattie. – Tyle mogę zrobić, skoro przyjechałeś natychmiast, żeby się sprawić z tą zakałą społeczną.

Hattie miała na myśli Mortimera czy Charlesa?

– Może innym razem, Hattie. Oczekują mnie w Candlewick i już zabawiłem trochę zbyt długo. Czy mam przynieść trochę siana dla barana Mortimera?

Hattie przystanęła gwałtownie, z pięściami na biodrach, zastygając w tej samej pozie co Cotton.

– Nie znoszę litości, sir Jack, jeśli wiesz, o czym mówię. Mortimer Cotton od chłopaka uprawia ziemię w tym hrabstwie, więc jeśli nie zdaje sobie sprawy, że jego baran żre moje siano, to proszę mu tego nie mówić. Dzięki niedopatrzeniu Mortimera będę miała miot jagniąt, choć pewnie będą byle jakie i mizerne.

– Bez urazy – powiedział Jack, chwytając lejce. – Proszę wybaczyć. – W duchu przeprosił również za odmowę filiżanki herbaty. Hattie z pewnością cierpiała samotność, ale Jack na dzień dzisiejszy miał już dość fraternizowania się z mieszkańcami, a do wieczora było jeszcze daleko.

– Przyjmuję przeprosiny, tym razem – odparła Hattie, gładząc konia po nosie. – Jeśli spotkasz moją małą Maddie w Candlewick, to masz jej powiedzieć, żeby odwiedziła starą ciotkę, jasne?

W największym przypływie odwagi Jack nie ośmieliłby się wydać polecenia Madeline Hennessey, która od wielu lat nie była już mała.

– Przekażę pannie Hennessey, że ciotka za nią tęskni.

Wskoczył na konia i ruszył w drogę, podczas gdy Charlie, który najwyraźniej doszedł do siebie, wdrapał się na kapryśną Eloise i zrobił to, co baranom wychodzi najlepiej. Jack pozazdrościł zwierzakowi misji i nieustającego zapału, z jaką wprowadzał ją w życie.

– Madeline, chodź, usiądź z nami – powiedziała Abigail Belmont, poklepując kanapę. – Daję głowę, że ty nigdy nie odpoczywasz, chyba że na polecenie.

Madeline Hennessey nie miała ochoty usiąść, zwłaszcza naprzeciwko sir Johna Deweya Fanninga – dla miejscowych sir Jacka.

– Przyłącz się, proszę, do nas – poparł ją Axel Belmont. – Inaczej narażę się na gniew mojej żony, zjadając więcej ciasteczek do herbaty, niż mi się należy.

Belmontowie zapewniali Madeline pracę i nigdy otwarcie im się nie sprzeciwiała.

– Choć pragnęłabym bardzo uchronić pana Belmonta przed taką kompromitacją, co wydaje się skazane z góry na klęskę, to jednak obiecałam panu Chandlerowi, że pomogę mu przy inwentaryzowaniu…

Sir Jack wstał, tak jakby Madeline należała do rodziny, a nie pracowała jako służąca. Obecnie pełniła funkcję pośrednią między damą do towarzystwa a służącą do wszystkiego, co na ogół jej odpowiadało.

– Proszę zostać chwilę, panno Hennessey – powiedział sir Jack. – Przynoszę pozdrowienia od ciotki Hattie oraz przypomnienie, że za tobą tęskni.

– Dziękuję, sir Jack. – Ciotka Hattie pewnie nagadała mu do przystojnego ucha, narzekając, jak rzadko ją odwiedza. Madeline odwiedzała każdą ze swoich dwóch owdowiałych ciotek co dwa tygodnie, o ile pozwalała na to pogoda. Nie dość często, ale mając tylko pół dnia wolnego na tydzień, nie mogła więcej.

– Usiądź. – Sir Jack wskazał miejsce na kanapie obok siebie. – Hattie była w świetnym humorze, a historia, która spowodowała ten cud, zasługuje, aby ją opowiedzieć.

Madeline pragnęła tylko pomóc panu Chandlerowi przy inwentaryzacji w siodlarni.

Chandler kochał namiętnie swoje konie, w przeciwieństwie do nowego lokaja, który ubrdał sobie, że kocha się w Madeline – albo w jej biuście.

Zajęła miejsce obok sir Jacka, choć doprawdy nie powinna. Należał do tych mężczyzn, którzy dobrze wyglądają po drugiej stronie trawnika albo na dziedzińcu kościoła, a z bliska okazują się jeszcze przystojniejsi. A także skrupulatnie dbał o higienę osobistą.

Madeline nie mogła nie odczuwać szacunku wobec mężczyzny, który pozostawał w dobrych stosunkach z mydłem, wodą i wanną. Jeśli w dodatku miał jasne włosy, lśniące błękitne oczy i nienaganne maniery, to mogła wytrzymać parę minut obok niego na kanapie – mimo jego chłodnego zachowania.

– Czy wpadłeś na ciotkę Hattie przypadkiem w wiosce? – zapytała Madeline. Hattie rzadko opuszczała swoje maleńkie gospodarstwo, głównie dlatego, że stara kobieta miała w nim więcej pracy, niż mogła podołać. Brakło jej także zbędnego grosza, żeby iść na targ, a przyjaciół nie odwiedzała, żeby nie rewanżowali jej się wizytą, opróżniając przy okazji skromną spiżarkę.

– Hattie wezwała mnie w charakterze sędziego pokoju – wyjaśnił sir Jack, podając Madeline talerz ciasteczek.

Wybrała najzwyklejsze, które mogło być pyszne, ponieważ kucharka honor kuchni Belmontów traktowała z największą powagą. Sir Jack wybrał jedyne pozostałe ciasteczko cynamonowe i przekazał talerz pani Belmont.

– Mam nadzieję, że ciocia nie padła ofiarą przestępstwa – powiedziała Madeline.

– Z pewnością kiedy sama o tym opowie, wspomni o krzywdzie, jaką jej wyrządzono – odparł sir Jack. – Najlepszy baran Mortimera Cottona, Charles II, złożył jej wizytę z własnej inicjatywy. Nie wiem, czy Cottona bardziej wprawiło w zmieszanie to, że jego zwierzę wymknęło się z zagrody, czy rozzłościło to, że owce Hattie cieszyły się towarzystwem Charlesa bez żadnej rekompensaty dla właściciela.

Temat nie należał raczej do takich, które zwykle poruszano przy damach, ale Belmontowie nie byli zrzędliwi, a Candlewick leżało w wiejskiej okolicy dwanaście mil od Oksfordu.

– Jak to rozwiązałeś? – zapytał pan Belmont. – Mortimer i Hattie zagrażają pokojowi królewskiemu, odkąd jej baran zdechł. Chętnie bym jej pożyczył jednego z moich, ale wtedy Cotton, albo Charles, podnieśliby larum, że ich pozbawiam potencjalnego klienta.

Madeline ugryzła kawałek ciastka, przełykając pytanie, dlaczego dobre samopoczucie Cottona jest ważniejsze od dobrobytu starej kobiety.

– Gdybyś mnie zapytał o zdanie – odezwała się pani Belmont – powiedziałabym ci, że Mortimer Cotton jest idiotą. Jeśli jego baran pokrywa wszystkie owce w hrabstwie, wszystkie stada będą wkrótce spokrewnione i Charles straci pracę.

Pan Belmont oddał jej salut filiżanką herbaty.

– Gdybym miał dość rozumu, żeby o tym pomyśleć i tak zderzyłbym się z dumą Hattie Hennessey. Miłosne skłonności Charlesa oszczędziły nam wszystkim co najmniej trzech kolejnych kazań na temat dobroczynności i miłości bliźniego.

Madeline zanotowała w pamięci, żeby wspomnieć w modlitwie o zwierzaku, ponieważ pan Belmont miał rację: duma ciotki dorównywała jej uporowi, a upór jej biedzie, dokładnie tak samo, jak u Theodosii.

– Ja potrzebuję dobroczynności – oznajmił sir Jack. – Przyszedłem prosić o pomoc panią Belmont, ponieważ grozi mi najazd rodzinny około świąt Bożego Narodzenia.

– Jak mogę ci pomóc? – zapytała pani Belmont.

Abigail Belmont miała wdzięk prawdziwej damy, choć urodziła się jako córka oksfordzkiego sklepikarza. Pan Belmont należał do zamożnej szlachty, a Madeline z radością zamordowałaby każdego, kto próbowałby skrzywdzić któreś z państwa Belmontów albo ich dzieci.

Pani Belmont miała około trzydziestu lat, jej mąż kilkanaście lat więcej, ale od ich ślubu nie minął rok, a pierwsze dziecko przyszło na świat całkiem niedawno. Promienieli zadowoleniem i tym rodzajem radości, który Madeline wiązała ze szczęśliwym pożyciem małżeńskim i dużymi rodzinami.

Sir Jack, z kolei, żył sam, jedynie ze służbą i promieniał… cóż, nie promieniał w ogóle.

– To, co możesz zrobić – oznajmił sir Jack – to ocalić mój dom przed kataklizmem. Mój kamerdyner i kucharka ledwie się odzywają, lokaje udają, że nie słyszą albo nie rozumieją poleceń kamerdynera, pokojówki wzniecają bunt, a gospodyni regularnie grozi odejściem. Nie mogę narazić brata, a tym bardziej matki, na podobny bałagan.

– O Boże – powiedziała pani Belmont. – Matki potrafią być…

– Macierzyńskie – przerwał jej pan Belmont, całując dłoń żony i zatrzymując ją w swojej.

Madeline zjadła całe ciasteczko, smakowało gorzej niż pachniało – nie dość słodkie, odrobinę za suche.

– Zdaję sobie sprawę, że proszę o wiele – powiedział sir Jack – ale nie ma nikogo innego, do kogo mógłbym się zwrócić. – Dla sir Jacka nawet prośba o radę byłaby narzucaniem się.

– Może będziesz musiał zatrudnić nowego kamerdynera – zauważył pan Belmont. – Albo, że tak powiem, wysprzątać w domu. Nie ma to jak ukarać dla przykładu obiboka, żeby reszta, która się czuje za pewnie, wzięła się do roboty.

Sir Jack wstał i podszedł do okna, które wychodziło na wysadzany klonami podjazd. Chociaż powoli zbliżały się święta, panowała łagodna, jesienna pogoda. Złote liście wyściełały trawnik i wisiały na gałęziach, rozświetlając popołudnie. Jedna zimowa burza, jeden wietrzny poranek i reszta listowia i promienny blask znikną.

Zima dla człowieka, który prawie dziesięć lat życia spędził w Indiach, mogła być długa i ciężka. Dla kobiety, która uwielbiała żyć intensywnie, zima w domu Belmontów stanowiła przytulny, spokojny przedsionek piekła.

– Miałem nadzieję, że pani Belmont porozmawia z moją gospodynią – powiedział sir Jack. – Może przejrzy jadłospisy kucharki, zorganizuje rozkład dnia pokojówek i porozmawia z Pahdim o obowiązkach lokajów.

– Madeline zajmuje się u nas jadłospisami – stwierdziła pani Belmont.

– A pokojówki w Candlewick działają według rozkładów dnia, które Madeline ułożyła przed laty – dodał pan Belmont, łajdak jeden.

Całymi latami była dla niego „Hennessey”, kiedy był wdowcem cierpiącym w żałobie i musiał się opiekować dwoma niesfornymi chłopakami. Madeline żywiła wobec Axela Belmonta sprzeczne uczucia – jako młoda i głupia dziewczyna, a także nie taka już młoda i oddana jego pierwszej żonie.

Sir Jack spojrzał uważnie na Madeline.

– Wydaje się, że panna Hennessey jest kompetentna we wszystkim, co robi.

Och, nie, panna Hennessey wcale taka nie była. W opinii ciotek Madeline zawiodła całkowicie, jeśli chodzi o znalezienie dobrej partii. Sir Jack był winien tego samego niedopatrzenia, ale jako mężczyźnie nikt mu tego nie wypominał.

Poza tym sprawował urząd sędziego pokoju. Madeline nie należała do przesadnych entuzjastek królewskiej sprawiedliwości ani tych, którzy usiłowali ją zaprowadzać.

– Potrzebujesz – oznajmił pan Belmont – zastępcy głównodowodzącego albo adiutanta.

Na szczęście Madeline nie była ani jednym, ani drugim.

– Ma pan na myśli zarządcę domu, panie Belmont?

Pan Belmont przyglądał jej się z wnikliwą uwagą, jaką poświęcał swoim okazom botanicznym i Madelina poczuła się nagle jak roślinka. Oderwana od reszty, niezdolna bronić się przed wzrokową wiwisekcją pod szkłem pana Belmonta.

– Nie zarządcę – odezwała się pani Belmont. – Sir Jack, czy twoja matka podróżuje z towarzyszką?

Sir Jack złożył ramiona na piersi i oparł się o parapet okienny. Był nieprzyzwoicie przystojny w stroju do konnej jazdy. Wysoki, szczupły, noszący się z niedbałą elegancją, sprawiający mylne wrażenie kogoś łagodnego i zadowolonego z życia. Madeline widziała go jednak podczas zawodów w rzutki – z podwiniętymi rękawami i wzrokiem utkwionym w celu.

Choć raczej niezbyt towarzyski, był dobrym sąsiadem, sumiennym gospodarzem i niezawodnym partnerem dla podpierających ściany panien na miejscowych balach.

A jego drużyna wygrywała w rzutki zawsze, pod warunkiem że członkowie drużyny byli przynajmniej w połowie trzeźwi.

– Nic mi nie wiadomo, żeby matka miała towarzyszkę – powiedział sir Jack. – Ma wiele przyjaciółek w Londynie i twierdzi, że zapewniają jej towarzystwo w wystarczającym stopniu. Z moją matką się nie dyskutuje, jeśli chce się z rozmowy wyjść cało.

Z sir Jackiem także nie należało dyskutować. Madeline nie pamiętała, kiedy ktoś ostatnio podjął taką próbę.

– Starsze damy potrzebują, żeby je oszałamiać wdziękiem – stwierdziła Madeline. – Sądzimy, że skoro utraciły młodość, nie dbają o pochlebstwa, a to nieprawda. Potrzebują niemądrego przekomarzania się i szczerych komplementów tym bardziej, że są w tej fazie życia bardziej samotne.

Obaj mężczyźni popatrzyli na Madeline tak, jakby właśnie opisała, w jaki sposób Napoleon mógł wygrać bitwę pod Waterloo. Pani Belmont podniosła pokrywkę czajniczka do herbaty i zajrzała do środka.

– Mam pomysł – oznajmił pan Belmont, a Madeline powstrzymała się od rozbicia czajniczka na jego głupiej, dobrej głowie. Przeczuwała, że pomysł nie przypadnie jej do gustu.

– Panie Belmont – odezwała się jego żona. – Wierzę, że twój koncept wywrze na mnie niezwykłe wrażenie. – Uśmiechnęła się do niego promiennie, a on… Axel Belmont nie potrzebował zachęty. Wysoki na ponad sześć stóp, jasnowłosy, dobrze zbudowany, o bystrym, akademickim umyśle, był też twardy, jak przystało na ojca dwóch młodzieńców oraz jednego niemowlęcia.

Odwzajemnił uśmiech; ich wzajemne uczucie było tak jasne i promienne, jak ostatnie liście na drzewach za oknami i dużo bardziej trwałe.

– Madeline musi przenieść się do twojego domu jako tymczasowa dama do towarzystwa twojej matki – oświadczył pan Belmont, wyraźnie zachwycony własnym geniuszem. – Ustawi twoją służbę na właściwych miejscach i nawet ty nie zrozumiesz, jak dokonała tego cudu.

Madeline zakrztusiła się ciasteczkiem; sir Jack podszedł i poklepał ją po plecach.

– Belmont, to nie było zbyt udane – powiedział, poklepując ją między łopatkami. – Twój niemądry pomysł wyraźnie nie spodobał się pannie Hennessey.

Madeline machnięciem ręki podziękowała sir Jackowi, choć ten pozostał na miejscu.

– Nic mi nie jest – wycharczała. – Okruszek, coś małego, wleciał nie tam, gdzie trzeba.

– Madeline zaskoczyło, że wpadłem na tak dobry pomysł i tyle – stwierdził pan Belmont. – Nie miałem żadnego od…

– Tego ranka – wtrąciła pani Belmont, uśmiechając się do serwisu do herbaty.

Zapadła przeciągając się, trochę niezręczna cisza, podczas gdy wszystkie oczy skupiły się na Madeline, jakby przez ostatnie pięć minut nie siedziała na tej samej kanapie.

– Pomysł pana Belmonta nie jest niemądry – powiedziała Madeline – ale nie jest dobrze przemyślany. Zbliżają się święta, z Sussex przyjedzie więcej rodziny i będziemy mieli dużo pracy w Candlewick.

– Nie gościmy dworu królewskiego – zauważyła pani Belmont. – Matthew i chłopcy uważają nasz dom za swój własny. A mama sir Jacka przyjedzie dopiero po Bożym Narodzeniu.

Madeline miała wrażenie, że w domu państwa Belmontów, nie wiedzieć kiedy i jak, coś się zmieniło. Najpierw chwalono ją pod niebiosa, a teraz wypychano na podjazd.

A sir Jack przez cały czas wpatrywał się w nią jak w środek tarczy do rzutek.

– Candlewick jest moim domem. – W Madeline oburzenie walczyło z paniką. – Czy moje usługi nie są tutaj już potrzebne?

Jej usługi obejmowały ostatnio nadzór nad niańkami, pomoc gospodyni, wysłuchiwanie zwierzeń kucharki i grę w karty z lokajem.

– Oczywiście, że to jest twój dom – zapewniła pani Belmont łagodnym tonem, który ani trochę Madeline nie uspokoił. – Brakowałoby nam ciebie ogromnie, gdybyś przyjęła pracę gdzie indziej, ale sir Jack to nasz bliski przyjaciel i prosił nas o pomoc.

Prosił o pomoc Belmontów i nie był przyjacielem Madeline.

– To rozwiązanie tymczasowe – powiedział sir Jack. – Moja matka nigdy nie zostawała na dłużej niż dwa, trzy miesiące.

Innymi słowy, głupiec brał ten plan pod uwagę.

– Jak rozumiem, w przeszłości dawała sobie radę bez damy do towarzystwa – odparła Madeline. – Czy nie uzna, że przydzielając jej teraz takową, postępujesz arogancko, sir Jack?

– Moja matka ma chroniczną skłonność do obrażania się, podobnie chyba jak twoja ciotka Hattie. Wybierając dla niej towarzyszkę, dam jej możliwość zaspokojenia potrzeby wynajdowania afrontów tam, gdzie w grę wchodziła tylko troska.

– A ja mam być tym afrontem?

– Z pewnością jednym z wielu – zgodził się sir Jack. – Jedzenie, zasłony przy łóżku, ustawienie świec na kominku, ton, jakim zwracam się do służby, albo fakt, że w ogóle się do nich odzywam… Moja zdolność do rozczarowywania mojej matki jest tak bezgraniczna, jak…

Zamilkł, ale nie dość szybko, żeby ukryć prawdziwą rozpacz. Madeline oczami wyobraźni ujrzała zimowe wieczory w bibliotece sir Jacka. On szczęśliwie pogrążony w lekturze jakichś wojennych wspomnień, jego biedna matka szalejąca z nudy.

– Może należałoby przekonać matkę, żeby nie przyjeżdżała z wizytą w tak ponurej porze roku – odezwała się Madeline. – Sam mógłbyś przenieść się do Londynu, mogąc dzięki temu wyjeżdżać i przyjeżdżać, kiedy sam byś zechciał.

Pan Belmont nalał żonie drugą filiżankę herbaty i wziął cytrynowy herbatniczek.

– Z własnego doświadczenia wiem, że matki niechętnie przyjmują próby uniknięcia inspekcji. Jeśli sir Jack podejmie jakieś manewry, żeby się wykręcić od wizyty, matka podwoi wysiłki, żeby przyjechać.

– Właśnie – potwierdził sir Jack. – Choć przypuszczam, że starsi synowie Belmonta ten sam upór przypisują własnemu drogiemu ojcu, którego dążenie do celu kojarzy się z rzepem. Panno Hennessey, czy zgodzisz się zostać chwilową damą do towarzystwa mojej matki? Mogłabyś rozejrzeć się wśród służby, zebrać informacje, porozmawiać z panią Belmont i przedstawić jakieś sugestie? Byłbym niezwykle wdzięczny.

Madeline nie chciała wcale wdzięczności sir Jacka ani też nie bawiła jej jego odmiana rzepa.

– Powinnaś się doprawdy zlitować nad nieszczęsnym starym kawalerem – powiedział pan Belmont. – To chrześcijański obowiązek, panno Hennessey, a służba sir Jacka ci za to podziękuje. Dom w rozsypce nikogo nie czyni szczęśliwym.

Madeline nie interesował szczęśliwy dom, chociaż odpowiadał jej dach nad głową i posiłek codziennie raz albo dwa razy. I nie odpowiadało jej stanowisko pod dachem sir Johna Deweya Fanninga.

– Pochlebia mi to, oczywiście – powiedziała Madeline – ale obie nianie tutaj niedawno podjęły swoje obowiązki, a wobec zbliżającej się zimy…

– Nonsens – przerwała jej pani Belmont. – Wyszkoliłaś je znakomicie, a dziecko ma się doskonale. Świetnie się sprawdziłaś w roli damy do towarzystwa, kiedy owdowiałam, a przedtem byłaś prawą ręką gospodyni w Candlewick. Obie ciotki traktują cię jak skarb, chociaż rzadko kiedy mają dla kogoś dobre słowo. Tymczasowa zmiana otoczenia dobrze ci zrobi.

Nastąpiła kolejna wymiana promiennych uśmiechów, podczas gdy Madeline miała ochotę wyrzucić ten genialny plan przez okno.

Belmontowie byli dobrymi, miłymi ludźmi, którym Madeline mogła szczerze powiedzieć, co jej leży na sercu. Cenili wesołe usposobienie u służby i nie tolerowali niewłaściwego zachowania wobec kobiet mieszkających pod ich dachem.

Madeline ich lubiła. Ta myśl wprawiła ją w zmieszanie, zwłaszcza że nie lubiła sir Jacka.

Chociaż, ściśle mówiąc, nie darzyła go antypatią.

– Niezbyt ci się ten pomysł spodobał – stwierdził sir Jack. Co za niedopowiedzenie. – Jestem przygotowany, żeby być hojnym, panno Hennessey. Rozpaczliwie hojnym. Masz przed sobą mężczyznę pozbawionego dumy.

Madeline widziała przed sobą mężczyznę bez skrupułów i nie tak już czarującego.

– Bałagan w twoim domu, sir Jack, wynika po części z tego, że jesteś sędzią. W jednym tygodniu odbywasz posiedzenia, w innym nie. Nie jesteś panem swojego czasu, a każdej poważniejszej sprawie poświęcasz całą swoją uwagę. Pan Belmont zachowywał się tak samo, kiedy piastował ten urząd.

– Ma rację – powiedział pan Belmont, pochłaniając jednocześnie maślany herbatnik. – Przeklęta praca zakłóca człowiekowi spokój, kiedy ludzie schodzą na złą drogę. Także kiedy owce schodzą na złą drogę. Twoja matka nie będzie zachwycona, kiedy zaczniesz znikać o różnych porach, żeby badać życie erotyczne owiec Hattie Hennessey.

– Belmont – powiedział sir Jack. – Czy muszę ci przypominać, po kim odziedziczyłem to stanowisko?

– A ty nigdy mi nie podziękowałeś, że się usunąłem, niewdzięczniku. Panna Hennessey zlituje się nad tobą, bo ma miękkie serce.

Tego już było za wiele.

– Nie mam…

– Rozpieszczasz swoje ciotki – ciągnął pan Belmont. – Rozpieszczasz nas, chłopców, dziecko… Porozpieszczaj matkę sir Jacka, podpowiedz parę nowych pomysłów jego gospodyni, pozachwycaj się śmietankowym deserem kucharki, flirtuj z lokajami i wygłoś im parę kazań. Użyj swojej magii, a w jego domu wszystko zacznie się toczyć gładko, tak jak tutaj, w Candlewick.

Madeline otworzyła usta, żeby zbesztać chlebodawcę za tę rażącą przesadę. Candlewick miało znakomitą, kompetentną gospodynię oraz utalentowaną kucharkę, i choć obie panie wchodziły w wiek podeszły, brak energii nadrabiały doświadczeniem.

– Schlebiasz mi bezwstydnie, panie Belmont.

– Gdzieżbym śmiał.

– A ja tak – odezwał się sir Jack – gdybym myślał, że to cię skłoni do przyjęcia tego stanowiska. Zyskasz moją dozgonną wdzięczność, świetne referencje, satysfakcję z wykonywania tak potrzebnej pracy…

– Oraz pieniądze – wtrącił pan Belmont. – Takie, których nie odmówiłaby rozsądna młoda kobieta.

Madeline nie była już młoda. Gdzieś między odrzucaniem zalotów nieopierzonych młodzieniaszków na dziedzińcu kościelnym – większości z nich, w każdym razie, a ciułaniem grosza na potrzeby starzejących się ciotek, zdołała pogodzić się z rzeczywistością. Pracowała ciężko – zawsze pracowała ciężko – i przy odrobinie szczęścia miała nadzieję odłożyć trochę na ten czas, kiedy ciężka praca będzie przekraczać jej siły.

– Pozwolę sobie stwierdzić, że ciotki namawiałyby cię do przyjęcia propozycji. – Sir Jack nie przekomarzał się z nią ani nie przesadzał. Przedstawiał jedyny argument, którego Madeline nie mogła odrzucić. Hattie porządnie zmyłaby jej głowę, gdyby wzgardziła szansą występowania w roli towarzyszki prawdziwej damy.

A sir Jack proponował to stanowisko jedynie tymczasowo, nic więcej.

Gdyby wiosenny miot owiec Hattie nie zależał od zbłąkanego barana, Madeline może by odmówiła, ale sytuacja ciotki stawała się nie do pozazdroszczenia. Finanse Theodosii od lat nie wyglądały lepiej.

Madeline nie będzie miała na starość nawet „wdowiego grosza”, o czym ciotki często jej przypominały.

– Zostanę tymczasową damą do towarzystwa – powiedziała. – A jeśli zauważę, że w domu coś źle funkcjonuje, dam o tym dyskretnie znać.

Sir Jack ujął jej dłoń w obie swoje.

– Trudno mi wyrazić swoją ulgę.

Madeline cofnęła rękę.

– Przedstawię krótko swoje wymagania związane z tą pracą, jeśli państwo Belmont zechcą zostawić nas na chwilę samych?

Belmontowie wstali i byli w połowie drogi do drzwi, zanim Madeline skończyła mówić. Ich pośpiech skojarzył jej się z rodzicami, którzy pragną zapewnić chwilę prywatności młodej damie i jej zalotnikowi.

Która to analogia wydawała się po prostu śmieszna.

2

Każdy żołnierz zdaje sobie sprawę, że zwycięska bitwa to zaledwie połowa zwycięstwa. Podbite ziemie należy utrzymać, kiedy umilkną działa, podbitą ludność poddać władzy zwycięzców, co bywa trudniejsze niż przewaga na polu bitwy.

Madeline Hennessey przystała na propozycję autorstwa Axela i Abigail Belmontów, podobnie jak Jack.

Boże, miej go w swojej opiece, bo panna Hennessey nie kryła niezadowolenia.

– Jakie są twoje warunki, panno Hennessey?

Wstała, Jack także – nie tylko dlatego, że dżentelmen nie siedzi, kiedy dama podnosi się z miejsca. Madeline Hennessey była wysokiego wzrostu, jak na kobietę, miała wspaniałe rude włosy, zgrabną figurę i śliczną buzię. Jack wolał stać, kiedy negocjowali.

Jej uderzającą urodę zwykły czepek, surowe uczesanie i brak wszelkich ozdób jedynie podkreślały. Jack był na tyle uczciwy, żeby przyznać, że patrzenie na nią sprawia mu przyjemność; na kobietę, która pewną ręką, spokojnie, prowadziła dom wdowca, nie budząc urazy starszych domowników. Kobietę, która sprzymierzyła się bez wahania z panią Belmont, kiedy jej przyszły mąż ociągał się z wystąpieniem o jej rękę.

Siła i stanowczość Madeline Hennessey wzbudzały szacunek Jacka; bujnymi kształtami i czarującym uśmiechem nigdy by sobie tego nie zaskarbiła. Te same cechy sprawiały, rzecz jasna, że musiał zachować czujność.

– Chcę sypialnię na tym samym piętrze, co pańska matka – oznajmiła Madeline Hennessey – choć nie oczekuję zakwaterowania w skrzydle rodzinnym. Schody to przekleństwo, kiedy trzeba je pokonywać w dzień i w nocy o różnych porach.

– Oczywiście. Co jeszcze?

– Niedziela i pół dnia wolnego co tydzień i tyle wolnego czasu, na ile pozwoli mi twoja matka.

– Cała służba ma co tydzień wolną niedzielę i pół dnia. Ci, którzy pracują u mnie dłużej niż pięć lat, mają także zagwarantowane wolne wieczory, pod warunkiem że dopełnią wcześniej swoich obowiązków.

Odwróciła oczy od szkicu dzikiej róży czy innej rośliny przy stawie. Autorem był pewnie sam Belmont.

– Jak wygląda praca po zachodzie słońca, sir Jack?

– Młodsza służba się tym zajmuje. – O ile mu wiadomo. Nie pytał wprost, żeby nie urazić naczelnego lokaja.

– A kiedy młodsza służba ma za sobą pięć lat pracy?

– Młodsza służba zwykle nie przepracowuje roku. Może uda ci się to zmienić.

– Jak długo twoja matka pozostanie z wizytą?

Zbyt długo.

– Moja matka to żywioł natury. Zjawia się i znika, kiedy jej się podoba i nikt, to jest ja, nie ośmiela się wpływać na jej plany.

Panna Hennessey złożyła ramiona.

– To twój dom, sir Jack. Z szacunku do ciebie rodzina musi cię powiadamiać o swoich planach. Jak inaczej służba może odpowiednio ją ugościć, a do tego przewidzieć twoje potrzeby?

Przynajmniej przestała studiować artystyczne dokonania Belmonta.

– W całym hrabstwie nikt nie będzie miał wątpliwości co do potrzeb, opinii czy życzeń mojej matki. Wstąpiłem do regimentu udającego się do Indii, wbrew jej życzeniu, i teraz, prawie po dwudziestu latach, wciąż wypomina mi regularnie, jakim byłem niegrzecznym chłopcem.

– Nie jesteś chłopcem.

Panna Hennessey nie prawiła mu komplementów.

– Nie jestem także zdziecinniały. Jakie masz poza tym wymagania?

Sprosta im, jakiekolwiek by były. Im dłużej Jack rozmawiał z panną Hennessey, tym bardziej nabierał przekonania, że jest ona odpowiedzią na jego modły i godną partnerką dla jego matki.

To, że panna Hennessey wahała się z przyjęciem tej pracy, świadczyło jedynie o jej zdrowym rozsądku.

– Potrzebuję pieniędzy na garderobę – odparła. – Jako dama do towarzystwa twojej matki będę z nią składać wizyty i muszę odpowiednio wyglądać, jeśli nie chcę się narazić na drwiny miejscowej szlachty.

– Nie ośmielą się drwić. – W każdym razie, nie w oczy. Więcej Jack nie mógł jej zapewnić.

Podeszła do biurka Belmonta, imponującego mebla, przy którym powstało zapewne wiele cennych traktatów z dziedziny botaniki. Panna Hennessey wydobyła papier z szuflady, chwyciła pióro i otworzyła srebrną buteleczkę z atramentem.

– Kiedy będzie mi przysługiwało pół dnia wolnego? – zapytała, zbliżając pióro do papieru.

– Chcesz kontraktu na piśmie?

Pióro poruszało się po kartce papieru.

– Oczywiście. W grę wchodzą pieniądze, a kobieta zawsze musi pozostać ostrożna.

W Jacku jej żądanie wzbudziło sprzeczne uczucia – między oburzeniem a rozbawieniem.

– Panno Hennessey, jestem dżentelmenem. Wiąże mnie moje słowo.

Jednak nie porzuciła pisania.

– Dżentelmeni miewają zaniki pamięci, choć nie dam złego słowa powiedzieć o panu Belmoncie. Twoje słowo dżentelmena niewiele mi da w sądzie, sir Jack, nie kupi dla mnie materiału na suknię ani nowych butów na zimę. Jak brzmi twoje pełne nazwisko?

Byłaby świetnym oficerem – komplement w oczach sir Jacka.

– Sir John Dewey Fanning, choć przyjaciele mówią na mnie Jack.

Pióro zatrzymało się.

– Jestem Madeline Hennessey.

Jakże wydawała się zamyślona, siedząc przy ogromnym biurku – i jaka ładna.

– Bez drugiego imienia? – Chciał to wiedzieć, chciał wydobyć od niej wszelkie szczegóły, ponieważ informacja to rodzaj amunicji.

Podjęła na nowo pisanie, szepcząc coś pod nosem.

– Słucham, panno Hennessey?

– Madeline Afrodyta Hennessey. Będę wdzięczna, jeśli nie rozgłosisz tego w pubie Pod Mokrą Łasicą.

– Oczywiście, że nie. – Afrodyta to bogini miłości, rozkoszy i prokreacji, o ile dobrze zapamiętał arcynudne nauki guwernera. – Czy mogę zapytać o pozostałe warunki zatrudnienia w moim domu? – Domu, do którego Jack obawiał się wrócić, martwiąc się, czy służba nie spaliła go do gołej ziemi.

– Zostanę odwieziona na niedzielną mszę, jeśli twoja matka będzie akurat wolała zostać w domu.

Jack bywał na niej regularnie. Nie był szczególnie religijny w pojęciu anglikańskim, ale chciał dawać dobry przykład służbie, a towarzyskie rozmowy na dziedzińcu kościoła pomagały mu w pracy sędziego.

– Z przyjemnością będę cię woził na mszę, madame.

Odłożyła pióro.

– Ty będziesz mnie wozić?

Jack podszedł do biurka i zerknął na to, co napisała.

„Ja, sir John Dewey Fanning, z dniem podanym poniżej, przyjmuję do pracy w domu Madeline A. Hennessey, w charakterze tymczasowej damy do towarzystwa mojej matki, pod następującymi warunkami…”

– Masz zadatki na radcę prawnego, panno Hennessey. – Miała wdzięczny charakter pisma – schludny i czytelny, bez ozdóbek i esów-floresów, które uwielbiały uczennice.

– Jestem kobietą, za którą nie przemówi żaden mężczyzna – chyba żeby polegać na nadopiekuńczym, usposobieniu pana Belmonta – czego ja nie robię.

– Stąd odprawa, jeśli twoje zatrudnienie ustanie po mniej niż miesiącu. – Znacząca suma, jak na wynagrodzenie dla służby.

Za jej pewnością siebie kryła się ostrożność, której Jack się nie spodziewał. Mamie by się to spodobało – mama uważała, że kobieta musi sama dbać o siebie – Jackowi mniej.

– Panno Hennessey, nie jesteśmy przeciwnikami. Mam aż nadto środków i nie muszę wchodzić w drobne szczegóły kontraktu. Moim celem jest, żebyś dobrze się czuła pod moim dachem, w takim stopniu, w jakim to możliwe w towarzystwie mojej matki.

Albo jego. Jack nie łudził się co do atrakcyjności własnego towarzystwa.

Panna Hennessey podsunęła mu papier, podając pióro.

– Ładnie powiedziane, sir Jack.

– Czy potrzebujemy świadków?

– Państwo Belmont mogą to podpisać po tym, jak sporządzę kopię.

– Panno Hennessey, nie chcesz chyba obrazić chlebodawcy, zanim jeszcze podjęłaś obowiązki. Nie potrzebuję kopii kontraktu. Warunki są proste, a ty przywołasz mnie do porządku, jeśli im uchybię.

– Nie, nie zrobię tego. – Złożyła podpis na dole strony tym samym płynnym, zgrabnym charakterem.