Wydawca: Burda Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 417 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Siostra - Louise Jensen

Wydawało jej się, że nie ma nic gorszego niż samotność.

Grace, zrobiłam coś strasznego. Mam nadzieję, że mi wybaczysz.

Grace nie potrafi się pogodzić ze śmiercią swojej najbliższej przyjaciółki Charlie. Nie może spać ani skupić się w pracy, a jej związek z Danem powoli się rozpada. Dręczą ją ostatnie słowa przyjaciółki.

Szukając wskazówki, znajduje stare pudełko należące do Charlie. Gdy je otwiera, staje się jasne, jak wielu rzeczy o niej nie wiedziała…

W jej życiu pojawia się Anna, która twierdzi, że jest siostrą Charlie. Grace czuje się tak, jakby odnalazła nową rodzinę. Wkrótce dziewczyna zadomawia się u Grace i jej chłopaka Dana.

Coś jednak zaczyna być nie w porządku. Z domu znikają przedmioty, Dan zachowuje się dziwnie, a Grace jest przekonana, że ktoś ją śledzi.

Czy to tylko złudzenia? Czy w miarę jak Grace zbliża się do odkrycia prawdy o Charlie i Annie, zaczyna grozić jej coraz większe niebezpieczeństwo?

Nie mogła nic zrobić, żeby uratować Charlie… Ale czy na pewno?

Opinie o ebooku Siostra - Louise Jensen

Fragment ebooka Siostra - Louise Jensen

Tytuł oryginału: The Sister

Copyright © 2016 by Louise Jensen

Copyright for the Polish edition © 2017 by Burda Publishing Polska Sp. z o.o.

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Jacek Żuławnik

Redakcja: Olga Gorczyca-Popławska

Korekta: Marzena Kłos, Zofia Kozik

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Henry Steadman

ISBN: 978-83-8053-217-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej:

Dla Iana HawleyaMocno kochałam. Bardzo tęsknię.

1.

Teraz

Wysiadam z samochodu na ciężkich nogach, zapinam kurtkę i nakładam skórzane rękawiczki, po czym wyjmuję z bagażnika szpadel i torbę. Już pora. Nogi mi się rozjeżdżają, kiedy brnę w kaloszach przez chlupoczące błoto. Zmierzam w stronę przerwy w żywopłocie, która jest w tym miejscu, odkąd pamiętam. Gdy zagłębiam się w las, przechodzi mnie dreszcz; wydawało mi się, że będzie tu więcej światła. Dla uspokojenia kilka razy nabieram w płuca sosnowego powietrza. Walczę z chęcią, by odpuścić i wrócić dopiero rano. Wtedy przypominam sobie, co tu właściwie robię, i zmuszam się, aby iść dalej.

Oświetlam drogę smartfonem, wypatruję króliczych nor, w które mogłabym wpaść. Przechodzę nad powalonymi drzewami, sadzę duże kroki; dawniej skakałam przez te pnie jak przez płotki. Mam dwadzieścia pięć lat, to przecież nie za dużo na bieganie, ale niosę nieporęczny bagaż, poza tym wcale mi się nie spieszy tam, dokąd zmierzam. A jeszcze nie planowałam robić tego sama…

Zatrzymuję się, opieram szpadel o biodro, rozcapierzam palce i próbuję pozbyć się mrowienia. Słyszę szelest w krzakach. Mam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Z wściekle tłukącym sercem kieruję w tamtą stronę światło smartfona i przepłaszam dwa króliki.

– Wszystko dobrze – mówię do siebie, ale własne słowa dudnią mi w głowie.

Powraca dojmujące poczucie osamotnienia.

Plecak zaczyna ciążyć, poprawiam paski na ramionach i ruszam dalej. Gałązki trzaskają pod butami. Zaczyna mi świtać, że chyba jednak trzeba było skręcić w inną stronę, ale w końcu docieram do polanki. Rośnie na niej drzewo, w które uderzył piorun. Nie miałam pewności, czy nadal tu będzie, ale rozglądam się i mam wrażenie, że nic się nie zmieniło – choć przecież, co oczywiste, zmieniło się wszystko. Wspomnienie poprzedniej wizyty w tym miejscu zapiera mi dech w piersi. Uderza z taką mocą, że upadam. Wilgoć liści i ziemi przenika przez spodnie, tak jak przeszłość wlewa się do teraźniejszości.

***

– Pospiesz się, bo zastaną cię tu szesnaste urodziny. Zimno mi! – zawołała Charlie. Siedziała na rozpadającym się płocie na skraju pola kukurydzy. U stóp przyjaciółki leżały reklamówki, a jej włosy lśniły w słabym, koralowym słońcu. Charlie nigdy nie należała do najcierpliwszych, teraz niestety musiała zaczekać, aż dowlokę się do niej, przyciskając do piersi pudełko zawierające nasze nadzieje i marzenia.

– No dawaj, Grace! – zawołała.

Zeskoczyła z płotu, zabrała swoje rzeczy i pobiegła w stronę drzew. Włożyłam pudełko pod pachę i próbowałam za nią nadążyć; śledziłam jej fioletową kurtkę i szłam za zapachem dezodorantu Impulse, który podkradała matce.

Gałęzie drapały nas po nogach, nawet przez dżinsy, i ciągnęły za włosy, ale niestrudzenie brnęłyśmy przed siebie, aż dotarłyśmy do polanki.

– Czerwone policzki pasują ci do włosów – roześmiała się Charlie, kiedy położyłam pudełko na ziemi i pochyliłam się, usiłując złapać oddech.

Spociłam się, mimo że temperatura tego późnego popołudnia nie była wysoka. Charlie zaczęła opróżniać reklamówki: przekąski, napoje, zapałki, rydel… i prezencik, opakowany w lśniący fioletowy papier z naklejką „PIĘTNASTKA” – wszystko to wysypała na kruszejącą ziemię. Z uśmiechem na ustach wręczyła mi podarek. Usiadłam po turecku, delikatnie rozkleiłam boki, tak żeby nie uszkodzić papieru, i wysunęłam ze środka pudełeczko. Znajdował się w nim łańcuszek, a na nim połowa złotego serduszka z wygrawerowanymi słowami „NAJLEPSZE PRZYJACIÓŁKI”. Spojrzałam na Charlie i poczułam, że łzy napływają mi do oczu. Charlie pociągnęła za kołnierzyk swojej polarowej bluzy i pokazała drugą połowę serca. Założyłam łańcuszek. Moja przyjaciółka zaczęła kopać dół, ja zaś, jak przystało na skautkę, sprawnie rozpaliłam niewielkie ognisko. Kiedy słońce schowa się za horyzontem – a dni były już krótkie – zrobi się jeszcze zimniej. Charlie zziajała się z wysiłku i miała pełno ziemi za paznokciami, ale w końcu wykopała dość głęboki dół.

Umieściłam w nim nasz pudełkowy bank pamięci. Poświęciłyśmy całą sobotę na wybór zawartości i dekorowanie wieka, polegające na przyklejeniu wyciętych z czasopism zdjęć supermodelek i gwiazd popu, które chciałyśmy naśladować.

– Nie da się być  z b y t  bogatą albo  z b y t  chudą – powiedziała Charlie.

Zgarnęła garść ziemi i wsypała ją do dołu.

– Czekaj! – krzyknęłam. – Chcę włożyć jeszcze to. – Machnęłam papierem, w który był opakowany prezent.

– Teraz już nie można. Przecież zapieczętowałyśmy.

– Postaram się ostrożnie.

Powoli odkleiłam przezroczystą taśmę i uchyliłam wieko. Zajrzałam do środka i zobaczyłam na wierzchu, na kupce zdjęć, różową kopertę, której na pewno tam nie było, kiedy wcześniej wypełniałyśmy pudełko. Zerknęłam na Charlie, a ona zrobiła zagadkową minę.

– Co to jest? – Wyciągnęłam rękę po kopertę.

Przyjaciółka mocno chwyciła mnie za nadgarstek.

– Nie rób tego.

Wyswobodziłam się i zaczęłam rozcierać bolące miejsce.

– Co jest w środku?

Unikała mojego wzroku.

– Wiadomość, którą przeczytamy, kiedy wrócimy po pudełko.

– Jaka wiadomość?

Wyrwała mi papier, wcisnęła go byle jak do pudełka i zatrzasnęła wieko. Kiedy Charlie nie chciała o czymś rozmawiać, nie było zmiłuj. Postanowiłam odpuścić. Uznałam, że jej cokolwiek dziwne zachowanie nie zepsuje mi urodzin, o nie.

– Chcesz się napić? – Sięgnęłam po cydr i otworzyłam puszkę, niestety tak, że musująca pianka popłynęła po ściance.

Wytarłam dłoń o dżinsy i wzięłam łyk. Poczułam ciepło w żołądku, napój spłukał mój niepokój.

Charlie wsypała ziemię z powrotem do dołu, wyrównała ją i ubiła rydlem. Potem dołączyła do mnie.

Siedziałyśmy przy trzaskającym ognisku, opierając się o pień powalonego drzewa i podjadając upieczone pianki. Dopiero kiedy zgasł żar, uświadomiłam sobie, jak jest późno.

– Chodźmy już. Muszę być w domu przed dziesiątą.

– Okej. Paluszek i sztama, że razem wrócimy i otworzymy pudełko? – Złączyłyśmy dłonie małymi palcami, stuknęłyśmy się puszkami cydru i wypiłyśmy za obietnicę.

Jeszcze nie wiedziałyśmy, że nie zdołamy jej dotrzymać…

***

Zostałam sama.

– Charlie – mówię szeptem. – Szkoda, że cię tu nie ma.

Pół serduszka od Charlie, zawsze na mojej szyi, dynda, kiedy pochylam się, jakbym szukała drugiej połówki. Ostrożnie układam wieniec. Wszechogarniająca panika, która prześladuje mnie od śmierci Charlie przed czterema miesiącami, znów wypełza na powierzchnię. Zrywam szalik z szyi, żeby móc swobodniej oddychać. Czy to naprawdę moja wina? Czy zawsze to ja jestem winna?

Robi mi się gorąco, mimo że jest styczeń. Kiedy zdejmuję rękawiczki, mam wrażenie, że ostatnie słowa Charlie odbijają się echem między drzewami: „Zrobiłam coś strasznego, Grace. Mam nadzieję, że mi wybaczysz”.

Co takiego zrobiła? Na pewno nic gorszego niż ja, mimo wszystko zamierzam się dowiedzieć. Wiem, że dopóki tego nie zrobię, moje życie się zatrzyma. Aż do dzisiejszego ranka nie miałam pojęcia, jaki powinien być mój pierwszy krok – wtedy przyszedł list w różowej kopercie. Obudził wspomnienie o innym, ukrytym w naszym pudełkowym banku pamięci. Liście, którego Charlie nie pozwoliła mi przeczytać. Kto wie, może znajdę w nim jakąś wskazówkę. A przynajmniej będę miała od czego zacząć. Rozmowy z osobami, które ją znały, niczego nie wniosły, poza tym przecież to ja znałam Charlie najlepiej. Byłam jej najlepszą przyjaciółką, prawda?

Ale czy można naprawdę – tak  n a p r a w d ę  – poznać drugą osobę?

Siadam na piętach i trwam w bezruchu. Owiewa mnie chłodny wiatr. Gałęzie się bujają, liście szumią, a drzewa szeptem zdradzają mi swoje tajemnice, zachęcając do odkrycia sekretów Charlie.

Kręcę głową, odganiam myśli i obciągam rękawy, a potem wycieram nimi mokre policzki. Zmęczoną dłonią sięgam po szpadel i chwytam trzonek tak mocno, że nadgarstek pulsuje bólem. Biorę głęboki oddech i zaczynam kopać.

2.

Teraz

– Łapciu! – wołam do kotki. – Wróciłam.

Trzymam pudełkowy bank pamięci wysoko w górze i przeciskam się przez korytarz, kierując się w stronę salonu. Udaje mi się nie strącić żadnej z moich nadmorskich grafik, wiszących na zielonkawoniebieskich ścianach.

– Ach, tu jesteś.

Szara puchata kulka zwinęła się w kłębek na taborecie przed pianinem, na którym tata uczył mnie grać. Gdy tylko opanowałam sztukę samodzielnego siadania, podnosił mnie i sadzał na skórzanym stołku. Swoimi dużymi palcami – przypominającymi kiełbaski, ale zaskakująco zwinnymi – uderzał akordy, a ja wystukiwałam melodię. Już nigdy więcej nie zagram. Wspomnienie o tym, że kiedyś wiodłam normalne życie – że miałam zwyczajną rodzinę – jest wciąż zbyt bolesne.

W salonie panuje półmrok, choć przez drzwi balkonowe do środka wpada światło. Na zewnątrz po ciemniejącym niebie przesuwają się groźne chmury. Naciskam włącznik. W tym roku zima daje się nam we znaki, już prawie zapomniałam, jak wyglądały słoneczne letnie wieczory, kiedy siadałam na dworze z drinkiem. Kostki lodu brzęczały w szklaneczce, a ja sączyłam napój, patrząc, jak zapalają się lampy solarne, a na tle nieba w kolorze indygo przelatują nietoperze.

Talerz z garncarni Alfreda Meakina, który trzymam na specjalne okazje, stoi niepewnie na stercie starych numerów magazynu „FHM”. Zaschnięte żółtko i keczup zasłaniają oryginalny kwiecisty wzór. Solniczka leży na podłodze. Wysypała się jej biała zawartość. Dan jadł.

Robię krok nad zmiętym ręcznikiem, docieram do ławy i odsuwam leżący na niej sfatygowany egzemplarz Małych kobietek – czytam tę książkę sąsiadce, pani Jones, która nosi szkła grubości denek od butelek, więc sama nie zdoła poradzić sobie z małą czcionką. Już tylko kilka stron dzieli mnie od fragmentu, w którym Beth umiera, i wiem, że choć czytałam go wiele razy, znów się rozbeczę. Kiedy stawiam bank pamięci na kremowym blacie ławy, z pudełka sypią się okruchy zaschniętego błota. Strzepuję je na podłogę. Stare zdjęcia supermodelek i artystów jednego przeboju odkleiły się od plastiku i zwisają smętnie; już nawet nie pamiętam, kim byli ci ludzie. Szukam paznokciem końca taśmy, którą zapieczętowałyśmy wieko. Jest. Straciła przylepność i odchodzi bez trudu. Odklejam ją – i przyklejam z powrotem, mocno przyciskam kciukami i wygładzam. Czuję, że to nie w porządku, nie powinnam otwierać banku bez Charlie, ale nie mam wyboru, jeśli chcę się dowiedzieć, co zawiera różowa koperta. A chcę się dowiedzieć! Mimo to czuję się nieswojo, jakbym naruszała prywatność przyjaciółki.

W domu jest zbyt cicho. Nastawiam płytę. Nina Simone śpiewa, że jest jej dobrze. Cieszę się, że choć jedna z nas może to powiedzieć. Dan wszystko, czego słucha, ściąga z internetu, ale mnie więcej przyjemności sprawiają staromodne rzeczy, z którymi dorastałam. Co z tego, że dziś nawet dziadek jest ode mnie pod tym względem nowocześniejszy – ma zestaw Bose SoundDock i odtwarzacz Blu-ray. Siadam na brązowej skórzanej sofie i zapadam się w miękkich różnokolorowych poduchach. Winyl kręci się na talerzu, trzeszczy i szumi, domaga się uwagi, tak jak moje wspomnienia.

Nie czuję, że minęło już siedem lat, od kiedy wprowadziliśmy się do tego domu. Wtedy nie miałam na głowie żadnych zmartwień, a moje życie wreszcie toczyło się we właściwym kierunku. Ogarnęła mnie obsesja, właściwie obsesyjka, na punkcie tkanin dekoracyjnych. Dan przewracał oczami za każdym razem, gdy kupowałam nową poduszkę.

Raz wyrwał mi jedną z rąk i zaczął wirować z nią po pokoju, trzymając tak, jak trzyma się partnerkę w tańcu.

– Tańcz, jakby nikt nie patrzył, ty wypchany pianką strzępku mądrości.

– Na pewno nikt nie chce patrzeć, jak  t y  tańczysz – powiedziałam mu wtedy.

Rzucił się na mnie i zaczął łaskotać, aż upadliśmy na podłogę. Zdarliśmy z siebie ubranie, znalazł się na mnie, we mnie, i potem plecy mnie swędziały od tarcia o dywan w czerwone zawijasy, który jakiś czas później wymieniliśmy na puszysty czekoladowobrązowy. Potem przytuliliśmy się do siebie owinięci różnokolorową narzutą z sofy i podzieliliśmy pizzą hawajską. Powiedziałam Danowi, żeby zamówił pepperoni, bo nigdy nie potrafił zrozumieć obecności owoców w pikantnej potrawie, ale wiedział, że przepadam za połączeniem słodkiego i słonego.

Dziś wydaje mi się, że minęło bardzo dużo czasu, od kiedy ostatni raz się tak śmialiśmy. Tak się kochaliśmy. Smutek sprawił, że odsunęliśmy się od siebie jak odpychające się magnesy i dziś bez względu na to, jak bardzo staramy się zbliżyć jedno do drugiego, natrafiamy na przepaść, nad którą za nic nie potrafimy przerzucić mostu.

Łapcia siada, prostuje łapki i wygina grzbiet w łuk – przypominam sobie, że znowu nie poszłam na zajęcia z jogi. Nic nie działa tak niszcząco jak poczucie winy. Wyżera od środka. Wiem o tym doskonale – zamiast Grace powinnam mieć na imię Wyrzut Sumienia. Powinnam była urodzić się katoliczką. Łapcia zeskakuje z taboretu z wdziękiem właściwym kotom i ociera się głową o moją łydkę, miauczeniem domagając się jedzenia.

Idę za nią do kuchni. W powietrzu unosi się zapach starego oleju, a w zlewie, który był czysty i lśniący, kiedy wychodziłam, stoi woda. Wystaje z niej, niczym słupek z tabliczką: „UMYJ MNIE”, rączka patelni. Otwieram okno wychodzące na podwórze za domem. Do środka wpada zimne powietrze. Na jutro zapowiadają śnieg. Włączam czajnik. Na drewnianym blacie leżą dwie skorupki po jajkach, wypływają z nich płynne resztki białka. Wrzucam je do przepełnionego kosza na śmieci. Później go opróżnię. Przecieram blat i płuczę kubek, w duchu narzekając, że Dan zawsze musi wziąć czysty, kiedy robi sobie coś do picia. Nie mamy zmywarki, tylko zmywaczkę – mnie. Kuchnia jest maleńka, czy też „niewielkich rozmiarów, lecz funkcjonalna”, jak powiedziałby Dan, gdyby nasz dom był jednym z tych, które sprzedaje. Brakuje miejsca na szafki, ale za to lubię spiżarnię, w której mieści się wszystko, czego potrzebujemy.

Wkładam rękę do puszki z herbatą i dotykam metalowego dna. Światło w lodówce rozświetla niemal puste półki. Co mogę zrobić z kawałkiem koziego sera i pomarszczoną czerwoną papryką? Dan wróci do domu po meczu i będzie się domagał kolacji. To niesprawiedliwe. Nigdy nie prosi mnie, żebym coś ugotowała, tylko zawsze zakłada, że to zrobię. I się nie myli. Odsuwam od siebie wspomnienie czasu, o którym już nie rozmawiamy. Czasu, w którym nie wiedziałam, jak się nazywam, a tym bardziej jak się obsługuje piekarnik. Teraz jakoś sobie radzę. Naprawdę.

Wpisuję herbatę na niekończącą się listę zakupów, którą przyczepiam do drzwi lodówki magnesem z wizerunkiem świnki i napisem „STOP”. Dan kupił mi go w zeszłym roku – „żeby mnie wesprzeć na duchu”, tak powiedział, po tym jak zrezygnowałam z kolejnej diety. Kolorowe magazyny nie pomagają. W jednym piszą, że brytyjska czternastka to średnia krajowa i że wcale nie jestem gruba, a w drugim publikują zdjęcia wychudzonych modelek z wystającymi obojczykami i zapadniętymi policzkami. Zostawiłam sobie ten magnes, aby mi nieustannie przypominał, że muszę zrzucić z pięć kilogramów. Nigdy mi się to nie udaje.

Łapcia kręci mi się pod nogami, zachęcając, bym schyliła się po jej pustą miskę. W szafce znajduję ostatnią saszetkę kociej karmy. Przekładam zawartość do miski i dorzucam nieco herbatników. Miauczy niecierpliwie.

Przyglądam się, jak się zabiera do jedzenia, bez skrępowania, jak to zwierzę. Od śmierci Charlie kotka jest dla mnie wielką pociechą. Więcej ulgi znalazłam w jej milczeniu niż w nieporadnej gadaninie Dana. Nie planowałam, że będę miała zwierzaka, ale trzy lata temu, kiedy kotka sąsiada babci urodziła sześć młodych, poszłam zrobić im zdjęcia, żeby je potem pokazać dzieciom w przedszkolu, w którym pracuję. Kociaki były cudowne, a kiedy najmniejszy wgramolił mi się na kolana i zasnął, nie miałam wyjścia – musiałam zabrać go do domu. Zaniosłam go, a właściwie ją, jak się okazało, do mojej używanej fiesty. Usiadła na miejscu dla pasażera w specjalnie przygotowanym pudełku, wyściełanym spłowiałym różowym kocykiem, i zmrużyła oczy przed słońcem, które zobaczyła po raz pierwszy w życiu. Jechałam do domu wolniej niż zwykle, zaparkowałam na pełnej wybojów uliczce przed domem i potrząsnęłam mrowiącymi dłońmi. Zacisnęłam pięści i wbiłam sobie paznokcie w skórę wewnętrznej strony dłoni, tak że zostawiły wyraźny półkolisty ślad. Pamiętam, że pokręciłam głową do samej siebie. W pracy opiekowałam się trzydzieściorgiem sześciorgiem czterolatków. Zajmowanie się kotkiem to przy tym pestka.

Po wejściu do środka patrzyłam, jak rozgląda się i odważnie wędruje po swoim nowym domu. Jak ją nazwać? Kiedy byłam mała, miałam fioła na punkcie Beatrix Potter. Tata codziennie przed snem czytał mi jedną opowiastkę, kwestie każdego zwierzaka wypowiadając innym głosem. Uwielbiałam słuchać o wygłupach Toma Kociaka i jego sióstr: Mopci i Łapci. Łapki tej małej wydawały się delikatniejsze niż cała reszta. Łapcia – doskonałe imię, kojarzyło mi się z tatą.

Kiedy wypuściliśmy ją po raz pierwszy, o mały włos przejechałaby ją śmieciarka. Tak się przestraszyła, że za nic nie chciała już wychodzić. Próbowaliśmy zwabić ją do ogrodu, ale za każdym razem dopadał ją taki stres, że weterynarz powiedział: dajcie spokój, wyjdzie, kiedy będzie gotowa – okazało się, że nigdy.

Dziś nie potrafię sobie wyobrazić, jak dom wyglądałby bez niej. Patrzę, jak kończy posiłek i chłepcze wodę szybkimi ruchami różowego języczka, po czym wymyka się z kuchni.

Czajnik głośno bulgocze i wypluwa parę, a potem się wyłącza. Idę za Łapcią do salonu. Siadamy obok siebie na sofie i wpatrujemy się w pudełko. Ciekawe, czy pamięta, że przyjechała w czymś takim do domu.

– Spokojnie, nie ma tam nic żywego – zapewniam ją.

Ale to kłamstwo. Moje wspomnienia nadal żyją i trudniej je okiełznać niż wiercącego się kociaka.

Zaczynam obgryzać paznokieć kciuka. Nie zdziwiłabym się, gdyby zza drzwi nagle wyskoczyła Charlie i krzyknęła: „Tadam! Naprawdę sądziłaś, że cię opuszczę?”. Ogarnia mnie poczucie osamotnienia. Przez większość czasu chce mi się płakać i nie czuję się na siłach, by stawić czoło wspomnieniom, które od siebie odsunęłam. Boję się, że jeżeli już zacznę sobie przypominać, nie będę potrafiła przestać, a są rzeczy, o których wolałabym nie myśleć. Ani teraz, ani nigdy.

W domu panuje bałagan, postanawiam więc posprzątać. Sprzątanie zawsze działa na mnie terapeutycznie, cieszę się, że mogę skupić się na czymś innym niż myśli. Zostawiam pudełko tam, gdzie stoi, i zaczynam od kuchni. Podwijam rękawy, wlewam do zlewu kilka kropel płynu do mycia naczyń i odkręcam gorącą wodę. Woda pieni się i podnosi, a ja ścieram tłuszcz z płyty grzejnej. Kiedy zlew jest pełny, zanurzam ręce w wodzie, po czym błyskawicznie je cofam i odkręcam kurek z zimną – ale się oparzyłam!

Stojący na parapecie słoiczek z balsamem do rąk jest pusty. Jestem przekonana, że Dan używa moich kosmetyków, choć on stanowczo temu zaprzecza. Idę na górę do drugiej sypialni, w której trzymam zapas przyborów toaletowych. Kiedy oglądaliśmy dom przed zakupem, wiedzieliśmy, że poprosimy Charlie, aby zamieszkała z nami, i nadal myślę o tym pokoju jak o jej pokoju, mimo że nawet go nie widziała.

Znajduję balsam i nacieram nim obolałe dłonie. Zapach lawendy mnie uspokaja, przywodzi na myśl torebeczki, które szyła babcia, gdy byłam mała i kiedy koszmary zwyciężały, ilekroć zamykałam oczy. Wkładała saszetki z lawendą do mojej szuflady z pidżamami i pod poduszkę. Kwiatowa woń łagodnie układała mnie w objęciach snu i czuwała nade mną przez całą noc. Babcia od dawna nie szyje – przez artretyzm – ale dla mnie pociecha nadal ma zapach lawendy.

W kieszeni zaczyna wibrować mój telefon. Sięgam po niego tłustymi, śliskimi palcami, odbieram, kładę na ramieniu i przytrzymuję uchem, po czym wycieram dłonie o fartuch.

– Cześć, Dan. Wygrałeś?

– No. Trzy do dwóch. Trafiłem w ostatniej minucie.

– Pewnie się cieszysz. To pierwszy raz od dłuższego czasu.

– Dzięki, że mi przypomniałaś.

– Nie chciałam… – Milknę. Udawaj, że jesteśmy normalną parą, i uważniej dobieraj słowa, mówię sobie. – To świetna wiadomość. Kupię stek i wino. Uczcimy to.

– My już świętujemy. Jesteśmy w barze. Przyjdź do nas.

– Nie mogę.

– Kiedyś musisz znowu zacząć żyć. Czemu nie dzisiaj? Wszyscy tu są.

Nie wszyscy. Moje myśli biegną ku stojącemu na ławie pudełku, będącemu częścią Charlie. Jak mogłabym wyjść i ją zostawić?

– Muszę coś zrobić.

– Jak chcesz. – Niemal słyszę odrzucenie w jego głosie i przez krótką chwilę żałuję, że nie ma mnie przy nim w barze, że nie sączę ciepłego cydru i nie śmieję się z dowcipów tak sprośnych, że byłoby mi wstyd je powtórzyć. – Nie czekaj na mnie.

Rozłącza się, zanim zdążę odpowiedzieć, że nie będę czekała. Nigdy tego nie robię.

Mam przed sobą długi, cichy wieczór. Nie jestem głodna, mimo że nic nie jadłam. W kuchni otwieram butelkę wina. Przecież nie zrobię sobie herbaty, usprawiedliwiam się sama przed sobą. Zawsze czuję się trochę dziwnie, kiedy piję sama.

W salonie jest ciemnawo, ale zamiast jaskrawego górnego oświetlenia zapalam lampkę stojącą na ławie. Pokój wypełnia ciepła morelowa poświata. Siadam na sofie, podciągam nogi i kładę dłoń na śpiącej Łapci.

– Dziś wieczór zostałyśmy same – mówię do niej.

Spoglądam na pudełko i wiem, że to nieprawda. Bo Charlie jest wszędzie.

Wkrótce pierwszy kieliszek chardonnay mam już za sobą. Chłodny płyn spływa mi pomiędzy motyle kłębiące się w brzuchu. Dopiero w połowie drugiej lampki moje drżące palce lądują na pudełku i uchylają wieko. Na wierzchu leży kawałek mieniącego się fioletowego papieru do pakowania prezentów. Pod nim, pamiętam dobrze, znajduje się list. Podnoszę różową kopertę pod nos i wącham, zaciągając się głęboko. Liczę na to, że wyczuję zapach Charlie. Koperta pachnie jednak wilgocią i ziemią. Znów coś ściska mnie za gardło. Ile jeszcze osób stracę? Czasem zaciskam zęby, kiedy słyszę, jak Dan przekręca klucz w drzwiach, i szykuję się na kolejną kłótnię, ale na myśl o samotności wypełnia mnie przerażenie. Poza tym skoro nie rozdzieliło nas to, co się wydarzyło, chyba staliśmy się silniejsi, prawda?

Trzymam w dłoni telefon. Przeglądam listę ostatnich połączeń. Numer Dana. Naciskam zieloną słuchawkę. Na ekranie pojawia się nasze zdjęcie, to z jednej z imprez u Lyn, na którym on jest przebrany za Supermana, a ja za Wonder Woman. Lyn jest dla mnie bardziej przyjaciółką niż szefową, a to zdjęcie zawsze wywołuje uśmiech.

– Chciałam tylko powiedzieć, że cię kocham – mówię.

– Wiem – odpowiada krótko.

– Uważaj na siebie, dobrze? Nie wsiadaj za kierownicę po alkoholu.

– Co? Słabo cię słyszę?

– Mówiłam, żebyś na siebie u…

– Grace, przerywasz. Mam kiepski zasięg. Poczekaj chwilę, to…

Tracę połączenie. Wybieram numer ponownie, ale mechaniczny głos prosi mnie o pozostawienie wiadomości. Poirytowana rzucam telefon na sofę i pochylam się nad ławą, żeby rozpakować pudełko.

Kiedy przeglądam niewielki album ze zdjęciami, przez głowę przelatują mi tysiące wspomnień. Na tym zdjęciu Charlie i ja pozujemy na plaży, jesteśmy dumne z naszych pierwszych bikini, wypinamy płaskie jak deska piersi; tutaj jesteśmy na szkolnej dyskotece, całe ręce mamy w srebrnym brokacie. Są tu fotografie, na których roześmiani Charlie, Dan i ja w gorący letni dzień polewamy się w ogrodzie wodą z węża. Jest taka, na której Charlie uśmiecha się do aparatu, a Dan wpatruje się w nią z uwielbieniem. Tu widać mnie, Charlie i Dana w ostatni dzień semestru, jak z uśmiechem na ustach zrzucamy szkolne krawaty, których już nigdy więcej nie założymy. Ależ wtedy czuliśmy się wolni! Kolejne zdjęcie, tym razem grupowe: ja, Esmée, Charlie i Siobhan. Nasza Wielka Czwórka. Byłyśmy bardzo zżyte. Kto by pomyślał, że zwrócimy się przeciwko sobie?

Wyjmuję ostatnie zdjęcie z foliowej koszulki. Charlie stoi na nim w ogrodzie moich dziadków. Wiatr rozwiewa jej równo obcięte blond włosy. Ma na sobie pomarańczową koszulkę w nierównomierne plamy i kuse szorty z białego dżinsu. Nieźle jej się dostało za to, że podkradła spodnie z szuflady matki, a potem stępiła nożyczki babci, obcinając nogawki.

Zdejmuję z pianina fotografię, na której jestem z Danem – machamy na niej kluczami do domu i wywijamy butelką szampana – i zamiast niej wsuwam do srebrnej ramki zdjęcie Charlie.

Dzwoni telefon. Rzucam się do niego, licząc, że to Dan, ale nie – wyświetla się nieznany numer. Od razu myślę o najgorszym: Dan miał wypadek i trafił do szpitala. Czuję, że zaczynam się pocić. Odbieram i słyszę czyjś oddech.

– Halo – mówię. – Halo? – powtarzam głośniej. – Halo?!

Nikt się nie odzywa. W końcu ciszę zastępuje sygnał. Ktoś się rozłączył. To już trzeci taki telefon dzisiaj. Postanawiam wyłączyć aparat.

Przetacza się przeze mnie fala zmęczenia. Alkohol i silne wzruszenie mieszają się i ciążą mi na powiekach. Przecieram oczy, próbuję rozproszyć widmo przeszłości. Zabieram zdjęcie i kopertę do łóżka i opieram obie te rzeczy o lampkę stojącą na szafce nocnej. Oglądanie albumu wzbudziło we mnie tyle emocji, że boję się, iż całkiem stracę nad sobą panowanie, jeśli do tego wszystkiego dziś wieczorem otworzę list od Charlie. Wyłuskuję tabletkę nasenną z plastikowego kokonu, kładę ją na języku i połykam, popijając letnią wodą. Zapadam w niespokojny sen zmącony wizjami Charlie i mojego taty.

– To twoja wina, Grace – mówi tata ze snu. – Gdyby nie ty, byłbym tu z tobą.

– Grace, otwórz kopertę – szepcze Charlie. – Nie zawiedź mnie.

Budzę się rano w zmiętej pościeli i na wilgotnej poduszce. Dan jeszcze nie wrócił.

3.

Wtedy

Świat powoli przestał wirować i zdałam sobie sprawę, że ciepła, pewna dłoń dziadka niespiesznymi, okrężnymi ruchami masuje moje plecy.

– Oddychaj pomału, Grace – powiedział, na co wypuściłam z ust kłąb pary jak lokomotywa.

Gwałtownie nabrałam powietrza i lodowaty podmuch sprawił, że się rozkaszlałam. Po zmarzniętych policzkach popłynęły łzy. Zrobiłam wdech i wydech na pięć, tak jak mnie uczono, dopóki nie uspokoiłam się na tyle, żeby wyprostować plecy i poluzować żelazny uchwyt na metalowej poręczy. Złapałam się tak mocno, że płatki pokrywającej ją zielonej farby przykleiły mi się do rękawiczek. Zatarłam dłonie, strząsając drobiny na chodnik, i przyjrzałam się stojącemu przede mną strasznemu gmachowi.

– Nie każ mi tam wchodzić.

– Wiem, że bardzo przeżyłaś przeprowadzkę.

Mało powiedziane. Nie chodziło wyłącznie o koleżanki, które zostawiłam w dawnym miejscu, o pokój pomalowany na słonecznikowy kolor, o szkołę, za którą tęskniłam. Rzecz w dźwiękach składających się na dom. Pobudce do szumu przewalających się fal; skrzypieniu schodów, ilekroć ktoś po nich chodził; wrzasku mew, kiedy szłam do szkoły; chrzęście kamyków pod stopami, gdy biegłam plażą w drodze do domu, a słone powietrze wypełniało mi płuca.

Zawsze lubiłam przyjeżdżać do dziadków na wakacje. Obserwowałam, jak z roku na rok rozrasta się ich urocza wioska w Oxfordshire. Jak na peryferiach wyrastają domy z czerwonej cegły, jak w centrum powstają drugi pub, kawiarnia, sklep. „Wygód w bród”, mawiała babcia, ale i tak nie czułam się tam jak w domu. Brakowało mi dźwięków. Choć już nigdy nie miałam kulić się pod kołdrą, kiedy wiatr i deszcz chłostały klify, a pulsujące światło latarni przebijało przez moje zasłony.

– Zobaczysz, że szybko nawiążesz nowe znajomości – powiedział dziadek, wieczny optymista.

– Wcale nie, jeśli wyda się, co zrobiłam.

– Przestań się obwiniać. Nikt się nie dowie, jeśli sama nie powiesz. – Poprawił mi czapkę. – Gracie, przecież musisz chodzić do szkoły.

Uśmiechnął się, ale inaczej niż zwykle, bo w kącikach jego oczu nie pojawiły się zmarszczki. Pokiwałam głową z poczuciem winy, że wprowadziłam tyle zamieszania. Niedawno skończyłam dziewięć lat. Powinnam zacząć zachowywać się, jak na mój wiek przystało. Gdyby to babcia mnie odprowadzała, a nie dziadek, po prostu zaciągnęłaby mnie do środka.

– No chodź. – Podał mi pomarszczoną i poplamioną starością dłoń. – Pójdziemy razem.

Wzięłam go za rękę i przecięliśmy pusty dziedziniec. Niedawno przeczytałam Podróże Guliwera i teraz, stojąc u stóp betonowych schodów i patrząc na ogromny czerwony budynek, czułam się jak Liliputka. Ta szkoła wydawała się milion razy większa od mojej dawnej podstawówki.

Dziadek przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby chciał coś powiedzieć, ale tylko potrząsnął głową i delikatnie pociągnął mnie za rękę, wprawiając w ruch moje oporne nogi. Razem przekroczyliśmy próg mojej nowej szkoły.

W wejściu siedziała za biurkiem ponura recepcjonistka, a za nią na ścianie wisiał sklecony żółtymi literami komunikat: „SZKOŁA W GREENFIELDS WITA!”.

– Grace Matthews. – Dziadek poklepał mnie po ramieniu. – To jej pierwszy dzień.

Recepcjonistka gestem poleciła nam usiąść na miękkich, łososiowych krzesłach, które kiedyś mogły być czerwone. Klapnęłam z wdzięcznością. Dyndałam nogami. Postawiłam nowe plastikowe pudełko z drugim śniadaniem na drewnianym stoliku, na którym ktoś wyrył: „Pani Markham to wypasiona foka”.

– Hm, ciekawe, czy pani Markham rzeczywiście jest taka gruba – mruknął dziadek.

Rozejrzałam się, skubiąc luźne nitki postrzępionego siedziska. Na podrapanych ścianach nie wisiały żadne obrazki ani dzieła uczniów. W kącie stała zapomniana, żałosna choinka o niemal całkiem gołych gałęziach, przewiązana pośrodku zbyt krótkim łańcuchem jarmarcznych lampek. Już dawno odeszła mi ochota na święta. Jeszcze kilka tygodni wcześniej czułam się jak zwyczajna dziewięciolatka – a teraz musiałam chodzić do psycholożki, Pauli. Nie znosiłam tych cotygodniowych wizyt, opowiadania o swoich uczuciach, tak jakby terapia mogła cokolwiek zmienić. W tej chwili jednak poczułam, że z dwojga złego wolałabym siedzieć w gabinecie Pauli, którego ściany są tak intensywnie niebieskie, iż mam wrażenie, jakbym tonęła. Wolałabym być gdziekolwiek, byle nie tu.

Wciągnęłam przesłodzony cytrusowy zapach środków czystości, ścisnęło mnie w żołądku i przeraźliwie zatęskniłam za dawną szkołą. Za wonią tenisówek i plakatówek; za starymi znajomymi; za grą w klasy i bieganiem za chłopakami, których chciałyśmy pocałować. Odchyliłam głowę do tyłu, oparłam ją o ścianę i zamknęłam oczy. Było upiornie cicho. Powiedziano nam, abym zgłosiła się do szkoły dopiero po dzwonku i że dzięki temu nie poczuję się przytłoczona nowym otoczeniem, ale to był zły pomysł. Wiedziałam, że będę musiała dołączyć do klasy po rozpoczęciu lekcji. Zaczęłam głęboko oddychać, tak jak uczyła mnie Paula, i starałam się przenieść w myślach w jakieś lepsze miejsce. Wyobraziłam sobie siebie we własnym pokoju, prawdziwym pokoju, tym, którego zapewne już nigdy więcej nie zobaczę. Powoli rozwarłam zaciśnięte pięści i chyba na moment odpłynęłam, a z drzemki wyrwał mnie dopiero stukot obcasów. Przez chwilę udało mi się uwierzyć, że wszystko znów jest normalne. Wróciłam do domu, mama robiła kolację dla taty.

– To pani Beeton – powiedział dziadek. – Rozmawiałem z nią, kiedy cię zapisywałem.

– Grace. Miło cię poznać. – Dyrektorka szkoły zatrzymała się przede mną.

Na ustach miała pełen współczucia uśmiech – ostatnio często mnie nim obdarzano.

Patrzyłam na nią w milczeniu i z poważną miną.

– Zechciałby pan pójść ze mną, panie Roberts. Czeka nas nieco papierkowej roboty. Grace, to nie potrwa długo.

Pochylili się nad biurkiem recepcjonistki i rozmawiali cicho, od czasu do czasu rzucając mi pełne niepokoju spojrzenia.

– Do zobaczenia później, kochanie – powiedział dziadek odrobinę za głośno i pomachał mi na pożegnanie.

Na ustach miał nieco zbyt szeroki uśmiech. Jego kroki, gdy patrzyłam, jak się oddala i wychodzi, odbijały się echem, które współgrało z moim walącym sercem.

Potruchtałam za panią Beeton przez labirynt identycznych korytarzy. Zwalniałam, ilekroć przechodziłyśmy obok okna, bo chciałam zobaczyć dziadka, jak idzie pod wiatr z pochyloną głową, trzymając ręce w kieszeniach sztruksów. Moje nowe eleganckie clarksy piszczały na podłodze z linoleum; czułam, że robią mi się odciski.

– Jesteśmy na miejscu. – Pani Beeton otworzyła drzwi do klasy.

Morze głów obróciło się w naszą stronę i naraz poczułam się mała jak nigdy dotąd.

– Grace, oto pani Stiles.

Pani Stiles przesunęła okulary na grzbiet nosa. Nosiła spodnie i była młodsza od mojej poprzedniej nauczycielki, która zawsze wkładała sukienki. Modliłam się, żeby tylko nie kazała mi się przedstawić.

– Witaj, Grace. Z tyłu jest wolne miejsce.

Przepełniona ulgą pobiegłam we wskazanym kierunku szybciej, niż powinnam, biorąc pod uwagę, że miałam na nogach nierozchodzone buty. W chwili gdy poczułam, jak rozjeżdżają mi się nogi, odruchowo wyciągnęłam przed siebie ręce i rozłożyłam dłonie, żeby zamortyzować upadek. Pudełko z drugim śniadaniem stuknęło o podłogę, a ja wylądowałam tuż obok niego. Zapragnęłam umrzeć.

Kiedy obciągałam spódniczkę, chcąc zachować choć resztkę godności, i zbierałam drugie śniadanie z podłogi, starałam się nie patrzeć nikomu w oczy. Gdzieś mi się zapodziała łyżeczka do jogurtu, ale to nieważne. Wieczko nowego pudełka wisiało pod dziwnym kątem, jeden z zawiasów się wyłamał, mimo to włożyłam wszystko z powrotem do środka i przycisnęłam pojemnik do piersi. Kiedy wstawałam, poczułam ból w kostce. Zacisnęłam zęby, żeby powstrzymać łzy.

– To chyba twoje.

Jakiś chłopak przechylił się na krześle i podał mi karteczkę.

Pokręciłam głową. Pokuśtykałam dalej.

– „Gracie, pamiętaj, że bardzo cię  k o c h a m y”. 

Zamarłam, kiedy chłopak szyderczym tonem przeczytał na głos pełne miłości słowa, które mógł skreślić jedynie dziadek.

Wyrwałam mu karteczkę. Klasa zarżała ze śmiechu.

Chłopak dźgnął mnie palcem.

– Patrzcie, Ruda zrobiła się czerwona jak jej włosy!

– Danielu Gibsonie, dość już tego – powiedziała pani Stiles.

Wdzięczna za interwencję poszłam na wyznaczone miejsce, wbijając spojrzenie w podłogę, jakby ta mogła przemienić się w żółtą brukowaną drogę i zabrać mnie do Czarnoksiężnika. Nie ma to jak w domu.

Siedzieliśmy po dwie osoby w ławce. Nawet nie podziękowałam mojej sąsiadce, kiedy przesunęła podręcznik na środek, tak żebym też mogła skorzystać. Byłam w stanie znieść wrogość, ale życzliwość doprowadziłaby mnie do łez. A tych wylałam ostatnio wystarczająco dużo.

Próbowałam się uspokoić, wyobrażając sobie, że chodzę po plaży, ale wtedy moje myśli popłynęły ku domowi, tak że miałam ochotę tylko oprzeć się czołem o ławkę i zawyć, przeklinając niesprawiedliwość losu. Miałam wrażenie, że minęło kilka godzin, zanim wreszcie zadzwonił dzwonek na długą przerwę.

Pani Stiles przecisnęła się na koniec klasy przez chmarę uczniów biegnących w stronę drzwi.

– Charlotte – odezwała się do siedzącej obok mnie dziewczynki, która wkładała swoje rzeczy do różowego plecaka. – Czy mogłabyś pokazać Grace, gdzie jest stołówka?

– Okej – odparła Charlotte, a kiedy po chwili pokonywałyśmy labirynt korytarzy, zapytała: – Skąd jesteś? – Była wysoka. Żeby za nią nadążyć, co kilka kroków musiałam podbiegać. Bolała mnie kostka, ale nic nie mówiłam. Cieszyłam się, że nie jestem sama. – Czemu przyszłaś później?

Spodziewałam się tego pytania, ale gdy rzeczywiście padło, kłamstwa, które przećwiczyłam przed lustrem w pokoju, nie chciały mi przejść przez gardło. Charlotte się zatrzymała, a ja głośno przełknęłam ślinę, sądząc, że nie wymigam się od odpowiedzi, lecz zorientowałam się, że po prostu dotarłyśmy na miejsce. Zajrzałam do środka i ujrzałam obrazek jak z więzienia (kiedyś zobaczyłam coś takiego w telewizji): rzędy plastikowych szarych stołów i pomarańczowych krzeseł. Cała placówka dopiero zaczęła jeść drugie śniadanie, a podłoga już chrzęściła od chipsów i okruchów. Uderzyła mnie tęsknota za moją dawną szkołą, w której jadaliśmy drugie śniadanie w klasie, wymienialiśmy się batonami, jogurtami i ciastkami.

– No więc tu mamy stołówkę. „Cholerny Ritz to to nie jest”, jak by powiedziała moja mama, ale wiesz…

Pokiwałam głową, mimo że nie miałam pojęcia, o czym Charlotte mówi.

Pomachała do dwóch dziewczyn, które kucały w kącie.

– To Esmée i Siobhan, później cię przedstawię. Zwykle siadam z nimi, ale nie dzisiaj. Chodź.

Pomknęłam za nią, starając się usłyszeć, co do mnie mówi.

– Po szkole możesz do mnie przyjść, jeśli chcesz. Zrobię ci makijaż, uczeszę i takie tam. Moja mama jest piosenkarką i ma kupę fajnych rzeczy. Rzadko bywa w domu, więc się nie dowie.

Nie mogłam. Dziadek miał mnie odebrać. Poza tym babcia chyba dostałaby zawału, gdybym wróciła do domu w makijażu.

– Może – odparłam, nie chcąc wyjść na dzikuskę.

– Chodź, usiądziemy tutaj. – Charlotte postawiła swoje rzeczy obok chłopaka, który upokorzył mnie w klasie.

Zawahałam się. Powiedziałam sobie, że to i tak lepiej, niż siedzieć samemu, ale jednocześnie poczułam, iż pieką mnie policzki.

– Klapnij sobie. – Charlotte wbiła we mnie spojrzenie. Jej jasnozielone oczy skojarzyły mi się z naszą starą kotką, Bessie, i coś mi szepnęło, że mogę jej zaufać.

Zawsze kiedy się denerwowałam, miałam wrażenie, że coś ściska mnie za gardło. Obawiałam się, że nie zdołam nic przełknąć, mimo to usiadłam i rozpakowałam drugie śniadanie. Gdybym nie zgubiła łyżeczki, zjadłabym jogurt. Morelowy, mój ulubiony. Spojrzałam gniewnie na chłopaka – Daniela – po czym wbiłam słomkę w kartonik z sokiem jabłkowym i powoli zaczęłam sączyć. Charlotte wyjęła buteleczkę mleka bananowego.

– Przyniesiesz mi słomkę? – Obdarzyła Daniela promiennym uśmiechem.

– Jasne. – Zaczerwienił się, z piskiem odsunął krzesło i poszedł dumnym krokiem, jakby chciał pokazać, że szkoła może mu naskoczyć.

– Pilnuj, czy nie patrzy. – Charlotte wzięła nadgryzioną kanapkę Daniela i zdjęła górną warstwę chleba. Sięgnęła po keczup i wycisnęła zdrową porcję na dżem truskawkowy, którym była posmarowana dolna kromka, po czym na powrót złożyła kanapkę.

W napięciu czekałam, aż Daniel wróci, podniesie kanapkę do ust i ugryzie. Zrobił to. Przeżuł raz i drugi, a potem wypluł i wytarł usta rękawem.

– Patrz! – Charlotte pokazała go palcem. – Jest czerwony jak kanapka.

– Kto to zrobił? – Daniel wstał, zaciskając pięści.

– Ja. Należało ci się, bo byłeś niedobry dla Grace w jej pierwszym dniu szkoły.

– Cholerna z ciebie zołza, Charlotte Fisher. – Daniel schował drugie śniadanie do plecaka. Spiorunował mnie wzrokiem, aż przeszedł mnie dreszcz. – Jeszcze zobaczysz! – Ruszył szybkim krokiem do wyjścia.

– Krzyżyk na drogę! – krzyknęła za nim Charlotte.

– Nie wierzę, że to zrobiłaś, Charlotte – powiedziałam.

– Musisz mi mówić Charlie, nie Charlotte, jeśli mamy się zakumplować – odparła. – Chcesz?

Miałam sucho w ustach i nie chciało mi się jeść, ale wzięłam serowo-cebulowego chipsa i położyłam go na języku.

– No to powiedz, czemu się przeniosłaś.

Chips w moich ustach naraz zrobił się ciężki i twardy. Próbowałam go przełknąć, ale nie zdołałam tego zrobić przez ściśnięte gardło.

4.

Teraz

Wczoraj długo nie mogłam zasnąć. Album ze zdjęciami rozbudził we mnie tyle emocji, że z żalu żołądek podchodził do gardła, a umysł nie chciał się uspokoić. Proszki nasenne przestały działać na mnie tak jak kiedyś. W poniedziałek pójdę do lekarza i udam, że zgubiłam poprzednią receptę, dzięki temu będę mogła podwoić dawkę.

Kiedy ostatni raz zerknęłam na zegarek – odchodząc od zmysłów z niepokoju, że Dan wciąż jeszcze nie wrócił do domu – była druga w nocy. Myślałam, że nie uda mi się zmrużyć oka, ale teraz patrzę, że jest już po szóstej, więc chyba jednak trochę pospałam. Wstaję z łóżka tak szybko, że zaczyna kręcić mi się w głowie, wsuwam stopy w kapcie i zarzucam szlafrok, który wisi na wieszaku na drzwiach. Niewykluczone, mówię sobie, że Dan wszedł po cichu do domu i położył się na sofie, aby mnie nie budzić. Kiedy jednak zapalam światło w salonie, zastaję w nim jedynie Łapcię, która mruga zaskoczona nagłą jasnością.

Rozsuwam zasłony. Z pulsującym bólem skroni sięgam po telefon i po raz enty dzwonię do Dana, zachodząc w głowę, który z czarnych scenariuszy się sprawdził: samochód Dana dachował, wylądował w rowie, koła jeszcze się obracają; Dan został napadnięty i porzucony w jakimś zaułku; Dan leży na poboczu i się wykrwawia.

Wyglądam przez okno od strony drogi, ale niewiele widać, raptem kawałek podwórka przed domem. Nadal jest ciemno, jak to zimą, poza tym w powietrzu wisi gęsta mgła i spowija ulicę. Dopiero po przeprowadzce tutaj doceniłam potęgę aury: to ona decyduje, czy możemy poruszać się normalnie, czy musimy robić to po omacku. Nie jest mi zimno, mimo to przechodzi mnie dreszcz i poprawiam szlafrok, szczelniej się nim opatulając. W kieszeni znajduję opakowanie miętówek, wyjmuję jedną i kładę na języku. Lekarstwo, które przyjmuję, pozostawia nieprzyjemny posmak w ustach, którego za nic nie potrafię się pozbyć, choćbym nie wiem ile razy szczotkowała zęby i ile miętówek zjadła.

Ponownie zerkam na zegarek, tak jakbym mogła przyspieszyć upływ czasu. Jeszcze nie ma siódmej, za wcześnie na panikowanie, mimo to wyobrażam sobie najgorsze – jak zawsze. Paula twierdziła, że wynika to z lęku przed stratą. Natomiast Dan uważa, że po prostu jestem zbyt spięta. Chodzę tam i z powrotem przed oknem w salonie jak tygrys w klatce, w tę i z powrotem, cała w nerwach. Kapciami wycieram dywan.

W którym momencie Dan i ja zaczęliśmy się od siebie oddalać? Mam wrażenie, jakby moje życie dzieliło się na dwa etapy: przed śmiercią i po śmierci Charlie. Wydaje mi się, że przed byliśmy szczęśliwi, ale właściwie nie potrafię sobie tego przypomnieć. Czasem myślę, iż odepchnęłam go tak daleko od siebie, że już nie zdołam przyciągnąć z powrotem, ale chociaż przeraża mnie to, że mogłabym go całkiem utracić, jednocześnie nie umiem opanować niemal nieustannego rozdrażnienia, które czuję. Powtarzam sobie, że to przecież bez znaczenia, kiedy bałagani, kiedy nie robi tego, co obiecał – i równocześnie suszę mu głowę, prowokuję, chcę, żeby czasem się odgryzł.

Przechodzą mi ciarki po plecach, kiedy nagły podmuch wiatru szarpie furtkę. Zasuwka puszcza i drzwiczki otwierają się na oścież, po czym zamykają z głośnym trzaskiem. Tyle razy prosiłam Dana, żeby naprawił tę zasuwkę. Słyszę silnik i wytężam wzrok. Światła samochodu przebijają przez mgłę, wyglądają jak kocie oczy, czekam, aż wyłoni się auto. To na pewno Dan. Nasza uliczka prowadzi na pola. Kiedy kupowaliśmy dom, wyobrażałam sobie, że za oknem zobaczę pasące się owce albo wystawiające łby za płot konie, ale okazało się, że sąsiadujemy z gruntami ornymi. Rośnie tam pszenica i ilekroć jem pszeniczne płatki śniadaniowe, czuję osobliwą dumę, tak jakby pochodziły z mojego pola, uprawianego własnymi rękami.

Samochód wyłania się z mgły. Za mały na wóz Dana, w dodatku jedzie wolno, jakby ledwo się poruszał. Może ktoś się zgubił. Przy uliczce stoją tylko dwa domy: nasz i pani Jones. Ona nie ma auta, a gości przyjmuje jedynie w Boże Narodzenie i swoje urodziny. Poza tym, kto przyjeżdża w odwiedziny o takiej porze? Przecież jeszcze nawet nie zrobiło się jasno.

Auto mozoli się, jest coraz bliżej, aż w końcu zatrzymuje się dokładnie przed naszym domem. Niestety, mgła nie pozwala mi zobaczyć, kto jest w środku. Silnik mruczy, reflektory oświetlają naszą jabłonkę, ale nikt nie wysiada. Mijają sekundy, a ja zaczynam się zastanawiać, co ten ktoś robi. Kogo obserwuje? Ta myśl wywołuje dreszcz. Nie po raz pierwszy mam wrażenie, że jestem obserwowana. Tłumaczę sobie, że to absurdalne. Po co ktoś miałby mnie obserwować? Mimo to nie potrafię oderwać oczu od auta. Kiedy ostatnio poprosiłam o kolejną receptę, lekarz zapytał, czy środki nasenne wywołują u mnie jakieś skutki uboczne. Odparłam, że nie, ale pytanie zasiało we mnie niepokój. Miewam ciarki na plecach, w głowie pojawiają się setki myśli i nie mogę się skupić. Naprawdę powinnam przestać brać leki. Jestem podenerwowana, mam paranoję i nie poznaję samej siebie.

To przecież tylko samochód.

Ukazuje się druga para świateł i z mgły wynurza się stary land rover Dana. Podbiegam do sofy, układam się na niej niby w swobodnej pozie i trzęsącą się ręką sięgam po książkę. Będę spokojna. Dan wchodzi do pokoju, zdejmuje kurtkę, rzuca ją na sofę obok moich stóp i spogląda na mnie przekrwionymi oczami. Wygląda fatalnie. Walczą we mnie wściekłość i radość; ta pierwsza zwycięża.

– Gdzieś ty był, do cholery? Kto jest z tobą?

– Ze mną? – Ogląda się przez ramię.

– W drugim samochodzie.

– W drugim samochodzie?

– Będziesz powtarzał wszystko, co powiem? Dlaczego nie zadzwoniłeś?

– Zgubiłem telefon.

– Gdzie?

– Gdybym wiedział, tobym go znalazł, nie? – odwarkuje.

– Tylko nie…

Zasłania się podniesionymi dłońmi.

– Przepraszam. Mogłem zadzwonić od Harry’ego, ale zasnąłem u niego na kanapie.

Czuję ukłucie w brzuchu, bo wyobrażam sobie Dana, Harry’ego i Chloe, dziewczynę Harry’ego, siedzących przed kominkiem ze skrzynką budweisera, miską chipsów z tortilli i miseczką salsy, tak jak zwykle w sobotnie wieczory przed śmiercią Charlie.

– Martwiłam się.

– Jak zawsze. Ogarnę się i prześpię ze dwie godziny.

Unikając mojego wzroku, wychodzi z pokoju i człapie na górę. Chwilę później słyszę skrzypienie drzwi do łazienki, a potem bulgot wody w rurach.

Zastanawiam się, czy zejdzie do mnie po prysznicu i zaproponuje, żebyśmy się przytulili w ten niedzielny poranek. Dlaczego mam wrażenie, że sama nie mogę mu tego zaproponować? Niedługo potem otwierają się i zamykają drzwi do sypialni. Słychać skrzypiącą skargę sprężyn w łóżku.

W łazience wisi obłok pary wodnej, unosi się jak chmura niepewności. Otwieram okienko i podnoszę z podłogi ręcznik Dana. Wchodzę pod prysznic, odkręcam wodę i czekam, aż zacznie lecieć gorąca. Przechodzi mnie dreszcz. Przymykam oczy i przypominam sobie, jak oboje się tu mieściliśmy. Opierałam dłonie na mokrych płytkach, a on swoje na moich biodrach. Potem wcierał mi szampon we włosy, a ja przyciskałam się do niego plecami. Czy naprawdę spędził tę noc u Harry’ego? Myję się lawendowym żelem pod prysznic. Znajomy zapach, moja pociecha z dzieciństwa. Zmywa ze mnie niepokoje, aż jeden po drugim znikają w odpływie. Nie mam powodów, by przypuszczać, że Dan mnie okłamał. Żal wypaczył mój osąd. Paula zawsze przekonywała, żebym nie poddawała się strachowi, lecz podchodziła do własnych myśli racjonalnie. „Wychodząc od jednej myśli, umysł potrafi stworzyć wiele prawdopodobnych scenariuszy, tyle że większość z nich będzie nieprawdziwa”, mawiała. Jestem zbyt zmęczona, by się nad tym zastanawiać.

Wychodzę spod prysznica, zostawiając tam swoje myśli, i wkładam pidżamę. Niech Dan sobie śpi. Boję się tego, co mogłabym powiedzieć, gdybym z nim teraz została, i tego, co mogłabym usłyszeć. Dopiero kiedy schodzę z powrotem na dół, przypominam sobie o samochodzie. Idę sprawdzić, czy nadal stoi przed domem, ale już go nie ma.

***

W szopie jest lodowato. Para leci mi z ust. Włączam grzejnik i wkładam rękawiczki bez palców. Oszlifowany stolik pod telefon stoi na gazetach i czeka na pomalowanie. Zrobiłam go dla pani Jones na urodziny. Bo zawsze jej się podobał stolik, który stoi u nas. Zanurzam pędzel w farbie koloru pistacji i nanoszę ją na oczyszczone drewno. Dan nie potrafi zrozumieć mojej fascynacji starymi meblami, ale ja lubię ponownie wykorzystywać przedmioty i ocalać w ten sposób fragment historii. Zawsze myślę o pierwszych właścicielach tych rzeczy: jak wyglądało ich życie i czy byli szczęśliwi. Malowanie mnie uspokaja. Stopniowo czuję, jak odchodzi napięcie, a obawy cofają się i kulą w kącie, gdzie nie można ich dostrzec. Sygnał telefonu, sprawdzam wiadomość: dziadek potwierdza lunch o pierwszej – nie to, żebym zapomniała, bo przecież jadam lunch z dziadkami prawie w każdą niedzielę, ale dziadek bombarduje mnie esemesami, od kiedy babcia kupiła mu telefon komórkowy na siedemdziesiąte urodziny. Wklepuję odpowiedź, dużo bardziej pogodną, niż się czuję, i wysyłam. Chowam telefon do kieszeni. Lepiej obudzę Dana.

***

Sos do pieczeni jest gęsty i gładki. Przelewam go do białej porcelanowej sosjerki, ocierając palcem krople, które pociekły bokiem. Dziadek kroi pieczeń wołową, a babcia wykłada na półmiski parujące warzywa o intensywnych kolorach. Kiedy czuję zapach Yorkshire puddingu, ślinka napływa mi do ust. Umieram z głodu. Nie jadłam śniadania, bo byłam taka zła, że nawet nie czułam głodu. Na opakowaniu moich proszków nasennych widnieje ostrzeżenie „NIE ŁĄCZYĆ ZALKOHOLEM”, ale to przecież na wyrost, prawda? I tak wszyscy lekceważymy te zalecenia. Wkładam kawałek pieczeni do ust i czuję, że od sosu chrzanowego zaczyna mi kapać z nosa. Babcia podaje mi chusteczkę i rozwodzi się o „przemiłym młodym człowieku”, który przyszedł podłączyć komputer i że dzięki niemu może teraz codziennie buszować w internecie.

Ramiona trzęsą mi się od tłumionego śmiechu. Próbuję uchwycić spojrzenie Dana. Grzebie pochylony w talerzu i nawet nie podnosi wzroku, kiedy zaczynam sprzątać ze stołu. Zanoszę brudne naczynia do kuchni i ustawiam z nich piramidę obok zlewu. Wiele razy starałam się namówić dziadków na zmywarkę – stać ich na nią i mieliby gdzie ją zmieścić – ale nieodmiennie odpowiadają, że się zastanowią. Wydaje mi się, że po prostu lubią rytuał towarzyszący zmywaniu: że stoją obok siebie, babcia zmywa, a dziadek wyciera, że mogą komentować, jakie wielkie cukinie wyrosły, i rozpoznawać ptaki, które siadają na karmniku.

Głos dziadka, niski i chropawy, przenika przez ścianę. Można by pomyśleć, że jest starym palaczem. Dan wybucha śmiechem. Tak dawno nie słyszałam tego dźwięku, że rozpoznaję go dopiero po chwili. Razem dorastaliśmy i czasem zastanawiam się, czy to, że oddaliliśmy się od siebie, nie wynika z naturalnej kolei rzeczy, i czy w innych okolicznościach wszystko i tak potoczyłoby się tym torem?

Babcia szykuje domowej roboty sos angielski do szarlotki z kruszonką, która podgrzewa się w piekarniku. Staję na palcach i zdejmuję z kredensu różowy dzbanek z rysunkiem pasących się krów. Opłukuję go pod kranem.

– Joan – wiesz, ta moja przyjaciółka – przysłała mi e-maila. Wisi na lodówce.

– Wydrukowałaś go?

– No tak. Przysłała przepis, który chciałam ci przekazać.

Otwieram usta, żeby wytłumaczyć jej, do czego służy przycisk „przekaż dalej”, ale rezygnuję. Na razie i tak nieźle, że opanowała umiejętność pisania e-maili. Nie szkodzi, że za każdym razem wpisuje w temacie „OD BABCI”, a potem jeszcze dzwoni, aby upewnić się, czy odebrałam wiadomość.

Przepis jest na risotto z dyni piżmowej, wygląda zachęcająco. Wypróbuję w przyszłym tygodniu; będę musiała dodatkowo usmażyć stek dla Dana, bo inaczej tylko nabije warzywa na widelec, będzie je oglądał z każdej strony i pytał, gdzie schowałam mięso.

– Aha, i widziałam się z Lexie.

Zastygam, słysząc imię mamy Charlie.

– Znowu była pijana, ledwo stała.

Zawsze lubiła sobie wypić, ale po śmierci córki całkiem się wykoleiła. Babcia wyłącza gaz i odwraca się do mnie.

– Wahałam się, czy ci powiedzieć, Gracie. Nie chcę, żebyś się denerwowała przez tę kobietę. – Babcia nigdy nie darzyła Lexie zbyt wielkim szacunkiem.

– Powiedzieć o czym?

– Ona chce się z tobą zobaczyć.

Na samą myśl o spotkaniu z Lexie tętno zaczyna mi rosnąć w zawrotnym tempie. Nie widziałam się z nią od pogrzebu Charlie. Pogrzebu, z którego musiałam wyjść po tym, jak Lexie oznajmiła, że nigdy nie wybaczy mi śmierci córki.

To, co wydarzyło się przed śmiercią Charlie, nie wynikało z mojej winy. Ani z winy Charlie. Jak mogło być inaczej? Dlaczego więc Charlie uciekła? – słyszę szept w głowie. Próbuję go ignorować, ale nie daje mi spokoju.

Babcia przekłada sos do dzbanka, po czym wręcza mi go, abym zaniosła do jadalni. Niosę naczynie tak, że w nim chlupocze i krople gorącego płynu kapią mi na dłoń, ale nawet tego nie zauważam. Babcia idzie za mną z szarlotką, której teraz już nie zdołam przełknąć. Siadam przy stole i biorę łyżkę. Szmer rozmów staje się coraz bardziej odległy i mniej zrozumiały. Uśmiecham się i kiwam głową w odpowiednich, mam nadzieję, momentach, jednocześnie intensywnie zastanawiając się nad jednym: czego Lexie może ode mnie chcieć?

5.

Wtedy

Czekając na Charlie, przeskakiwałam z nogi na nogę, pobudzałam krążenie w rękach i wyglądałam na ulicę. Umówiłyśmy się na podwieczorek. Kiedy babcia zaproponowała, żebym pod koniec pierwszego tygodnia w szkole zaprosiła do siebie kogoś z koleżanek albo kolegów, musiałam się dobrze zastanowić. Esmée była urocza, Siobhan bardziej powściągliwa, ale też miła, nawet Dan okazał się w porządku, ale najsilniejsza więź zaczynała się tworzyć między mną a Charlie. Nigdy wcześniej nikt się za mną nie wstawił. Pewnie dlatego, że nie było takiej potrzeby.

– Bo wleci zimne powietrze – ofuknęła mnie babcia.

Zamknęłam drzwi, ale nadal czekałam na progu i stawałam na palcach, ilekroć usłyszałam samochód. Dwadzieścia minut później, kiedy Charlie w końcu się zjawiła, okazało się, że przyszła sama i na piechotę.

Wpuściłam ją do środka.

– Chodź, pójdziemy do mnie na górę.

– Tylko nie w butach, młoda damo. Znasz zasady. – Babcia wpadła do przedpokoju, wycierając w fartuch dłonie białe od mąki.

Zrobiło mi się gorąco ze wstydu, kiedy Charlie zabrała się do zdejmowania wypłowiałych niebieskich adidasów. Babcia wzięła je i postawiła na półce na buty, cmokając z dezaprobatą na przetarte prawie na wylot podeszwy. Pobiegłyśmy z Charlie na górę i wskoczyłyśmy na łóżko.

– Co chcesz robić?

Nie zdążyłam się jeszcze całkiem rozpakować. W kącie stały pudła pełne gier i książek. Charlie podeszła, wybrała Pułapkę na myszy i potrząsnęła pudełkiem. Zawartość zagrzechotała.

– Pograć w to. – Podała mi pudełko, a ja je otworzyłam.

Gra nie należała do moich ulubionych, niektóre elementy były dość nieporęczne.

– Dlaczego mieszkasz z dziadkami?

Spodziewałam się tego pytania, ale i tak poczułam się nieprzygotowana.

– Bo moi rodzice nie mogą się mną opiekować. Jakim chcesz być kolorem? – Wyciągnęłam rękę.

Charlie wzięła zieloną mysz i bacznie mi się przyjrzała.

– Dlaczego?

– Bo nie żyją. – Kłamstwo utkwiło mi w gardle.

Sięgnęłam po plastikowy kubek z sokiem, który babcia przyniosła wcześniej do pokoju, i wzięłam solidny łyk, tak jakbym mogła spłukać nim fałszywe słowa. Skrzywiłam się na słodki ulepek.

– Nie żyją? – Charlie zmarszczyła czoło.

– Tak.

– Jak umarli?

– Ja chyba wezmę niebieską. – Pozostałe myszy wrzuciłam do pudełka. – Masz rodzeństwo?

– Nie – odparła Charlie. – Jesteśmy tylko we dwie z mamą. Kiedyś czułam się taka samotna, że wymyśliłam sobie przyjaciółkę.

– Naprawdę?

– No. Miała na imię Bella. Namawiała mnie do złego, a kiedy mama się denerwowała i krzyczała na mnie, Bella tylko się śmiała. Raz dostałam Barbie na święta i Bella kazała mi obciąć jej włosy i pomalować jej buzię lakierem do paznokci. Ale bywała też zabawna.

– Nazwałaś ją na cześć Belli z Pięknej i Bestii?

– Chyba tak. Ale wyrosłam z niej. Tak jak z Disneya.

– Ja też. – Oby nie otworzyła mojej skrzynki z kasetami wideo.

Jeszcze do niedawna miałam obsesję na punkcie księżniczek. No, ale po tym, co się stało z moimi rodzicami, szybko dorosłam. Każdy by dorósł.

– Dobrze, że masz dziadków.

– No wiem. A ty nie masz?

– Nie-e. Mama mówi, że nie potrzebujemy nikogo. Tylko ona i ja przeciwko całemu cholernemu światu. Ale teraz mamy siebie, ty i ja. Jesteśmy takie same w tym, że nie mamy ojców. Zaprzyjaźnimy się.

Charlie sięgnęła do kurtki i wyjęła kitkata. Zsunęła papierek i kciukiem odwinęła baton z folii, po czym przełamała go na pół. Podała mi jedną część. Przyjęłam ją z wdzięcznością.

– Zagrajmy w Pułapkę na myszy. Z tobą na pewno będzie się lepiej bawiło niż z Bellą. Nawet jeśli przegram. – Charlie wyszczerzyła zęby i potrząsnęła kostką do gry. – I rozchmurz się! Ty, ja, Siobhan i Esmée będziemy w szkole jak rodzina. Zobaczysz.

Zaczęłyśmy grać. Akurat wypadła kolej Charlie, kiedy do drzwi zapukała babcia. Mąka z jej dłoni sypała się na dywan; wcierała ją kapciem we włosie.

– Grace, telefon do ciebie.

– Tylko nie oszukuj – rzuciłam do Charlie. – Zaraz wracam.

Zeszłyśmy na dół i babcia zniknęła w kuchni, a ja podniosłam słuchawkę i zaczęłam okręcać kabel wokół palca. Nie odzywałam się, tylko słuchałam zakłóceń. Wiedziałam, kto dzwoni, i nie miałam tej osobie nic do powiedzenia.

– Grace? Grace? – Głos mamy wydawał się bardzo odległy.

Odłożyłam słuchawkę.

– Tak szybko? – zawołała babcia, kiedy ciężkim krokiem ruszyłam na górę.

– Rozłączyło nas – odpowiedziałam.

Usiadłam na łóżku. Charlie wręczyła mi kostkę.

– Kto dzwonił?

– Nikt – odparłam, krzyżując palce. – Głuchy telefon.

6.

Teraz

Leżę i nie mogę zasnąć, zastanawiam się, dlaczego Lexie powiedziała babci, że chciałaby się ze mną spotkać. Waham się pomiędzy myślą, że zamierza przeprosić mnie za swoje zachowanie podczas pogrzebu Charlie, a przekonaniem, że chce mnie zabić. Mam w głowie prawdziwy ul, jest głośno, tłoczno i ruchliwie, a kiedy wreszcie wschodzi słońce, barwiąc niebo na ognistą czerwień, jestem już po trzech kubkach herbaty, ale nadal nie postanowiłam, czy mam ochotę zobaczyć się z Lexie.

Wiem, że przestała śpiewać w miejscowym pubie i rzadko pokazuje się publicznie, chyba że w supermarkecie, kiedy pcha przed sobą wózek, w którym jest więcej alkoholu niż jedzenia. Dan sądzi, że pomieszało jej się w głowie – uważał tak już wcześniej, przed sceną na pogrzebie – za to babcia ma dla niej więcej współczucia.

– Nie powinna była mówić ci tego, co powiedziała – stwierdziła. – Ale ludzie przeżywają żałobę na różne sposoby.

Docieram do pracy wykończona i z podpuchniętymi oczami.

– Dzień dobry, Grace. – Lyn, moja szefowa, jak zawsze tryska radością. – Gotowa na szturm? – Otwiera drzwi wejściowe i przytrzymuje je, witając każde dziecko i każdego rodzica z osobna.

Morze maluchów wlewa się do szatni, poganiane przez zmęczone matki, które tupią, żeby oczyścić buty z błota, i potrząsają mokrymi parasolkami. Krople deszczu spadają na podłogę. Zapisuję w pamięci, żeby przetrzeć ją mopem, bo inaczej ktoś może się poślizgnąć. Podbiega Emily i obejmuje mnie w kolanach. Nie powinnam nikogo faworyzować, i naprawdę uwielbiam wszystkie te dzieciaki, ale z Emily łączy mnie wyjątkowa więź. Rozpinam jej płaszczyk przeciwdeszczowy i pomagam go zdjąć. Pod spodem ma różową bluzeczkę z bohaterką bajki Dora poznaje świat.

– Dzień dobry, Sarah – mówię. Mama Emily wygląda niewyraźnie, ma sine plamy pod oczami. – Jak się czujesz?

– Zmęczona. Mała wrzeszczała całą noc. – Kołysze wózkiem. Zaglądam do środka i widzę niemowlę w pozycji rozgwiazdy i rączkami zaciśniętymi w piąstki. – Nie mogę spać, od kiedy… – Nasze spojrzenia spotykają się ponad głową Emily.

Wiem, co Sarah chce powiedzieć: od kiedy odszedł Greg. Przed kilkoma tygodniami uprzedzała, że Emily może być niespokojna, ponieważ tęskni za ojcem. Sarah wyrzuciła go z domu po tym, jak nakryła Grega w łóżku z sekretarką – filmowy banał, który, jak dotąd sądziłam, nie ma przełożenia na rzeczywistość.

– Idę się przespać – ciągnie Sarah – dopóki mała nie wstanie.

Całuje Emily w czubek blond główki, odwraca się i odchodzi, jedną ręką pchając wózek, a drugą naciągając kaptur.

Ranek mija mi całkiem przyjemnie przy stole do pracy. Przyglądam się, jak całkowicie pochłonięte zadaniem dzieci tworzą błyszczące arcydzieła.

– Grace, popatrz. – Emily podsuwa mi kartkę z bloku rysunkowego, na której widnieje uproszczony do koślawych kresek obrazek przedstawiający dwie osoby. Niebieska farba skapuje na moje czarne spodnie.

– Pięknie, Emily. Czy to ty i Lily?

– Tak.

– Pewnie się cieszysz, że masz siostrę?

– Nie. Ona cały czas płacze. Mama mówi, że kiedy urośnie, będzie fajtniejsza.

Uśmiecham się na tę pomyłkę.

– Na pewno będzie znacznie fajniejsza. – Wieszam kartkę ociekającą farbą na sznurze do bielizny, który rozpięłam nad stołem. – Zdąży wyschnąć, zanim pójdziesz do domu. Zobaczysz, że spodoba się mamie.

Emily biegnie do kącika z przebraniami, a ja przyglądam się obrazkowi dwóch dziewczynek. Kiedy byłam mała, bardzo chciałam mieć siostrę, z którą mogłabym się dzielić zwierzeniami. Potem poznałam Charlie i sądziłam, że już zawsze będziemy miały siebie nawzajem. Że razem się zestarzejemy, razem będziemy chodziły o lasce i razem ssały miętówki, siedząc na ławce w parku i licytując się na bolączki i dolegliwości. Że będziemy się śmiały, wspominając dawne dzieje.

– O czym myślisz? – Dłoń Lyn miękko ląduje na moim ramieniu.

– Och, o niczym ważnym.

– A jednak wydajesz się… – Przerywa jej dzwonek. Ktoś się na nim uwiesił albo jest zepsuty, bo brzęczy bez przerwy.

– Nie wypuszczaj dzieci – instruuje Lyn Hannah, po czym obie z dyrektorką wychodzimy na korytarz.

Zamykam za sobą drzwi do pokoju zabaw.

Tata Emily zdejmuje palec z dzwonka, kiedy nas zauważa, ale za to wali w drzwi otwartą dłonią. Po jego wściekłym, czerwonym obliczu płyną strugi deszczu.

– Wpuść mnie!

– Czego chcesz, Greg? – pyta dyrektorka przez domofon.

Głos Lyn brzmi z pozoru normalnie, ale znam ją na tyle dobrze, że potrafię wyczuć w nim drżenie.

– Emily.

– Idź do domu i się uspokój. Nie mogę cię wpuścić w takim stanie.

– Otwieraj drzwi, do kurwy nędzy.

Zaczyna w nie kopać. Ślady jego ubłoconych podeszew odciskają się na szybie jak ziemniaczane stemple, którymi bawią się dzieci. Framuga trzeszczy, ale – na razie – się nie poddaje.

– Wystraszysz dzieci. Jeśli nie odejdziesz, wezwę policję.

– Słuchaj no, jebana zołzo, mam prawo zobaczyć się z córką. Wszystkie jesteście takie same, pojebane suki.

Zastanawiam się, po jakim czasie przyjedzie policja. W pokoju zabaw cisza. Wyobrażam sobie dziecięce twarzyczki, blade i przestraszone, i rączki zasłaniające uszy. Złość pokonuje we mnie strach. Jak on śmie? Ojcowie powinni być opiekunami, obrońcami. Budzą się we mnie dawno uśpione emocje, kiedy wymykam się na zewnątrz tylnym wejściem, przez pokój nauczycielski. Biorę gwałtowny wdech, gdy wiatr nagle smaga mnie po twarzy lodowatym deszczem. Przygarbiona i z pochyloną głową obchodzę budynek i docieram na front.

– Greg.

Odwraca się. Żyła na jego skroni wyraźnie pulsuje.

– Gdzie, kurwa mać, moja córka?

– Nie przyprowadzę ci jej. – Zimny jak lód deszcz spływa mi po plecach i przykleja do nich fioletową koszulkę z logo naszego przedszkola: Little Acorns.

Greg rusza w moją stronę z uniesioną pięścią. Wzdrygam się. Czuję, jak trzęsą mi się nogi. Mam wrażenie, że nie zdołają mnie utrzymać, bo są zbyt słabe. Myślę o Emily, która z różowym językiem na wierzchu skupia się na rysunku.

– Grace, jeśli nie pozwolisz mi jej zobaczyć, przysięgam, że pożałujesz. – Drga mu mięsień szczęki.

– Naprawdę chcesz, żeby zobaczyła cię w takim stanie? – pytam z pozoru spokojnym tonem, który jednak skrywa lęk.

Jego uniesiona ręka zastyga. Patrzymy sobie w oczy. Gdzieś w oddali uderza piorun. Pod Gregiem uginają się nogi, pada na kolana, twarz ma mokrą od deszczu i wykrzywioną wyrzutami sumienia. Trzęsącymi się dłońmi zasłania oczy.

– Tęsknię za nią. Tak cholernie tęsknię za obiema. – Opiera czoło na ziemi, jakby modlił się do Boga, który go nie słucha.

Wyciągam rękę i dotykam jego ramienia. Nie jestem pewna, czy próbuję go pocieszyć, czy może uspokoić samą siebie.

Podnosi głowę i spogląda na mnie oczami nabiegłymi krwią.

– Nie mogę sobie poradzić z bólem, który zadałem.

„Ależ możesz” – myślę. Wszyscy musimy ponosić konsekwencje naszych uczynków, niezależnie od ich wagi. Akurat to wiem doskonale.

– Grace, błagam, pozwól mi się z nią zobaczyć.

– Nie mogę.

– Wobec tego sprawię, że poczujesz się tak, jak ja teraz. Co ty na to?

***

Lyn ustawia się w kolejce po napoje, a ja w tym czasie zajmuję stolik przy oknie. Zdejmuję szalik i kurtkę. Mam na sobie ubranie Hannah, które przyniosła, żeby pójść w nim na siłownię. Mój mokry strój przedszkolanki leży pognieciony w bagażniku. Odchylam się na fotelu i lekko zsuwam na skajowym siedzisku. Za oknem przewalają się tłumy ludzi; zastanawiam się, dokąd idą: do domu, odebrać dzieci, a może na spotkanie z kochankiem? Obcasy stukają po mokrym chodniku, przechodnie opatulają drżące z zimna ciała i poprawiają szaliki, żeby lepiej chroniły szyje. Wprawdzie jeszcze nie spadł zapowiadany śnieg, ale styczniowe powietrze daje w kość.

Po drugiej stronie ulicy pod latarnią stoi samotna postać: ktoś w grubej, czarnej kurtce zimowej i w kapturze, który zasłania twarz. Patrzy prosto w stronę kawiarni. Spogląda w okno – na mnie? Robi mi się nieswojo. Poprawiam się na fotelu i odwracam wzrok, ale kiedy znów zerkam, ten człowiek nadal tam jest. Podobnie czułam się w niedzielę, kiedy przed domem zatrzymał się obcy samochód. Dreszcze przechodzą mi po plecach.

– Proszę. – Lyn stawia na stoliku dwa kubki pełne gorącej czekolady.

Z jednego śmietanka spływa po boku i Lyn oblizuje palce.