Wydawca: WAB Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 274 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Siostra i byk - Zbigniew Górniak

Trzydziestoletnia pielęgniarka kliniki odwykowej Izaura Bochen marzy o pieniądzach, miłości i... zmianie personaliów na mniej ekscentryczne. Kiedy na oddziale pojawia się nowy pacjent, sen Izaury zaczyna się ziszczać. Lewicki to mężczyzna niemal doskonały: przystojny i elegancki, znany gracz giełdowy, bogaty i jak się wkrótce okaże – dobry w łóżku. Tylko ten wiek: dwadzieścia kilka lat różnicy to jednak problem, zwłaszcza dla rodziny i bliskich. Wkrótce problemów przybywa. Kochankowie zamieszkali we wrocławskim apartamencie Lewickiego, by dzielić czas między łóżko, grę na giełdzie i wielkomiejskie przyjemności, ale o mężczyznę upominają się tajemniczy mocodawcy. Co gorsza, historia pijackiego wybryku na promie do Szwecji, którą Lewicki zapisał w ramach terapii, trafia do prasy. To wtedy, przed trzydziestu paru laty student Lewicki podpisał zgodę na współpracę z kontrwywiadem. Dla świętego spokoju. Komuś jednak bardzo zależy, aby ta historia nie ujrzała światła dziennego...

Górniak pisze dowcipnie i z werwą, łącząc romans, powieść szpiegowską i współczesną wersję baśni o Kopciuszku. Za tym wszystkim kryją się jednak problemy ważne i jak najbardziej aktualne: ludzkie wzloty i upadki, demony przeszłości, giełda i lustracja.

Z recenzji Pulpy fikcyjnej:

Może to zbyt daleko idące porównania, ale autor powieści, Zbigniew Górniak, bawi się konwencjami literackimi podobnie jak Quentin Tarantino filmowymi.

Dziennik Zachodni

Zapraszam na dwa wesela i jeden pogrzeb. Zapraszam na prawdziwą ucztę pełną gagów, słusznych przemyśleń i ciekawych rozmów. Smacznego! Na zdrowie!

literatura.gildia.pl

Zbigniew Górniak powziął odważną próbę połączenia gangsterki, humoru i obyczajowego komentarza do współczesnej RP – i udało mu się.

portalkryminalny.pl

Opinie o ebooku Siostra i byk - Zbigniew Górniak

Fragment ebooka Siostra i byk - Zbigniew Górniak

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2009 Wydanie I Warszawa 2009

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

1

Oddech Izabeli Bocheńskiej był tak głośny i zachłanny, jakby pragnęła wciągnąć nosem całą tę rozkosz, w której się pławiła. Spoczywała na leżance zaprojektowanej przez samego Apolloniusa, a od prawdziwej skóry w kolorze beżu oddzielało ją prześcieradło pachnące lawendą. Jej plecy lśniły olejkiem z mutengi, niezwykle rzadkiej byliny występującej wyłącznie na Tasmanii. Pierwsze tłoczenie, sto euro za dwustumililitrowy flakonik.

Wzdłuż kręgosłupa Izy tańczyły palce masażystki, jak dziesięciu chippendalesów z zespołu Nadwiślańskie Cyngle, którym swego czasu w klubie „Kosmos” wkładała za majtki banknoty o nominale nie mniejszym niż dwadzieścia złotych. Nazwanie masażystki mistrzynią to językowy banał, ale kto w takim błogostanie zawracałby sobie głowę szukaniem bardziej wyrafinowanych słów?

– I jak się bawiłaś? – padło pytanie z leżanki Moniki Oliwnik. Dziennikarka przybyła do ośrodka na cały długi weekend, żeby – jak głośno i wielokrotnie podkreślała – „odkazić się po kampanii wyborczej”.

– Byle jak – odparła od niechcenia Izabela. – Sama wiesz, jak to jest, kiedy bankiet zdominują małpy z show-biznesu. Te ich ortopedyczne buciki, te ufarbowane włosy, te dresiki z kapturkami. I każdy ma ciemne okulary nad czołem. No i jakiś interes do obgadania… Nuda… Banał… Sztampa… – Dłoń Izabeli powędrowała do stolika na hebanowej nodze i wyłuskała z papierośnicy cienkiego davidoffa. Coś nad jej głową kliknęło przyjaźnie i przy końcówce papierosa pojawił się żar zapalniczki. Farma była prywatna i właścicielowi ani się śniło ulegać antynikotynowym obsesjom państwa.

– Mają do ciebie interes, bo jesteś kimś. Szefowa Banku Inicjatyw Brukselskich. To brzmi jak Łatwa Forsa do Wyjęcia… – Monika wydęła wargi. Jej włosy skrywał turban z białego ręcznika, a na twarzy miała maskę z wiórków kokosowych. Głowa gwiazdy TVN była teraz jak gigantyczna kulka raffaello i każdy brukowiec zapłaciłby za takie zdjęcie fortunę.

– Taaa… – potwierdziła Izabela leniwie. Przypomniał jej się podpity poeta z Krakowa, który próbował uwodzić ją obietnicą, że kolejny tomik zadedykuje właśnie jej, pod warunkiem że Bank Inicjatyw Brukselskich wyłoży na jego poezję pieniądze. O artyście powiadano, że jest oniryczny, ale Iza wstydziła się spytać Monikę, co znaczy to słowo. – Taaa… Gdzie pełne sieci, tam kłusownicy – podparła się swym ulubionym powiedzonkiem, zasłyszanym na spotkaniu z profesorem Francisem Finkym z Uniwersytetu w Ohio; tysiąc pięćset dolarów za trzy kwadranse wykładu w hotelu Sobieski, z czego przynajmniej dziesięć minut zmarnowanych na dostrajanie mikrofonu.

– To sobie teraz wyobraź, co ja przeżywam, kiedy gdzieś się pokazuję. – Monika umoczyła koniuszek języka w kryształowym naparstku wypełnionym Creme de Cassis de Dijon. – Im większy burak, tym bardziej chce mi się wepchać do programu.

– Taaa… Gdzie pełne sieci, tam kłusownicy – powtórzyła leniwie Iza, zapatrzona w panoramiczne weneckie lustro, za którym pysznił się zimowy ogród pełen skał i paproci oraz basen wypełniony gorącą wodą i bogaczkami pluskającymi się jak foki. Chippendalesi na jej plecach wypróbowywali właśnie nowy krok.

Wniesiono tace z sushi i ustawiono u wezgłowi leżanek. Izabela poszukała wzrokiem zawiniątka z rybą maślaną, a potem, dla zaostrzenia apetytu, nalała sobie do czarki sake.

– No to za tę naszą niedolę, Monia – wzniosła toast, lecz ręka zawisła w połowie drogi do ust, bo ktoś nad jej głową rozdarł się nieludzko…

– I-zau-ra!!!… Izauuuuurrrraaaaa!… Izaura, do kurwy nędzy!… Gdzie jest adrenalina?!… Zastrzyk trzeba zrobić!… Izaura, kurwa mać, Lewicki ma atak!… I-zaura, zbudź się, suko!

Izaura! Brrr… Nienawidziła tego imienia! Dwadzieścia dziewięć lat temu skrzywdzili ją nim rodzice, powodowani natchnieniem, jakie spłynęło na nich z kart księgi imion. Nie dość, że pasowało do nazwiska jak dżem do śledzia, to wkrótce odcisnął na nim nieusuwalne piętno brazylijski serialNiewolnica Izaura,hit hitów PRL-owskiej telewizji.

Izaura Bochen! Groteskowość tego zestawienia zaczęła dawać się jej we znaki mniej więcej w piątej klasie podstawówki. Bochen Izaura była pierwsza w dzienniku i gdy pani od polskiego rozpoczynała sprawdzanie obecności, brzmiało to jak wybuch bomby wypełnionej ironią. Po przykrym incydencie na międzyszkolnej uroczystości wręczenia świadectw maturalnych, kiedy wyczytanie jej nazwiska wzbudziło ogólne rozbawienie i nawet kurator wojewódzki nie krył uśmiechu, Izaura postanowiła sobie, że kiedyś to zmieni. Izaurę zastąpi Izabela, ale tylko z jednym „l”, żeby nie wyszło pretensjonalnie. A ciężki „Bochen” – jeśli jej przyszły mąż będzie się nazywał byle jak – zostanie zastąpiony „Bocheńską”. Lecz minęły lata i nic w jej dowodzie osobistym się nie zmieniło. Nie znalazła męża, choćby z byle jakim nazwiskiem.

– Izaura, bo Lewicki wykituje! Wykituje nam! Wstawaj! – Głos należał do Lucyny Bombik, pielęgniarki. – Wracam na salę, a ty zastrzyk…

– Przecież nie śpię! – Otworzyła oczy i zerwała się z fotela, zapominając o tacy z jedzeniem, którą miała na kolanach. Kanapki z pastą śledziową upadły posmarowaną stroną do dołu, jak zawsze.

Lewicki… Lewicki… – szarpiąc się z opakowaniem strzykawki, próbowała przywołać w pamięci twarz chorego. – Aha, to ten stary, który nazwał mnie szympansicą!

Wkroczyła do sali niczym filmowy komisarz podczas nalotu na podejrzaną spelunę. Zamiast rewolweru i policyjnej odznaki trzymała w uniesionych dłoniach strzykawkę oraz gumowy kołek do gryzienia.

Lewicki trzepotał się między łóżkami jak wielka ryba, która wyskoczyła z akwarium. Z grzebieniem w zębach, zaśliniony, straszny. Do podłogi przyciskał go kolanem wytatuowany mężczyzna w samych tylko spodniach od piżamy, inny pacjent krępował Lewickiemu ręce, z nogami mocowała się Lucyna. Chory omiatał swych poskramiaczy oczyma bez źrenic i powiek: przekrwione wybałuszone białka, spojrzenie demona.

Mężczyzna z tatuażami to był stary szpitalny wyjadacz. Zobaczywszy pielęgniarkę, odsłonił Lewickiemu biały jak twaróg pośladek. Igła weszła w ciało, znieruchomiała na trzy sekundy i cofnęła się, zostawiając krwawą kropkę przykrytą natychmiast wacikiem. Tymczasem Lucyna wyrwała z ust pacjenta grzebień i wsadziła tam gumowy kołek.

Po półminucie atak ustąpił, choroba wycofała się do swojej kryjówki w mózgu, aby wyczekiwać tam kolejnej okazji do draki. Można było rybę podnieść z podłogi i wrzucić z powrotem do akwarium. Na korytarzu dudniły drewniaki lekarza, który wezwany przez telefon, biegł właśnie ze swojej kanciapy.

– Już po wszystkim, już po wszystkim, panie Lewicki. Wrócił pan już do nas. Już po wszystkim… – Izaura głaskała chorego głosem dobrym i ciepłym. Mimo zawodowej rutyny, która położyła się na jej twarzy maską znużenia; mimo drastycznych scen, jakich od lat była świadkiem i uczestnikiem; mimo wypowiadanych tysiące razy mniej lub bardziej sztampowych pocieszeń – jej współczucie wciąż było szczere. Jakby nadal chodziła do pierwszej klasy liceum pielęgniarskiego. – Już po wszystkim… – kruszyła szeptem strach pacjenta.

I wtedy jego lewe oko, które jeszcze przed chwilą zaglądało w zaświaty, mrugnęło do niej filuternie. Jakby nic się nie wydarzyło! Jakby siedzieli teraz nie w sali cuchnącej przepoconą pościelą, lecz w ogródku piwnym gdzieś nad jeziorem. To już nie był wzrok demona zmagającego się w zapasach ze świętym Witem, ale starego podrywacza i warchoła. Na dodatek, jak odkryła Izaura, całkiem jeszcze przystojnego.

Gdy za jakiś czas próbowała sobie przypomnieć, gdzie wcześniej widziała tę zawadiacką twarz mężczyzny puszczającego do niej oko, w zakamarku mózgu wyświetlił jej się epizod z filmuAnakonda.To była produkcja hollywoodzka sprzed lat, klasy B, choć momentami błyskotliwa. Oglądała ten film w kinie z systemem Dolby Surround w mieście wojewódzkim, gdzie zabrał ją jej ówczesny zalotnik. Wszystko tamtego dnia odbyło się według wyświechtanego scenariusza: kino, spacer, pizza, lody, wino, łóżko. I właśnie w łóżku, gdy miała już na sobie tylko łańcuszek z Pierwszej Komunii i zdyszanego kochanka, nie wiedzieć czemu, stanęła jej przed oczyma scena z obejrzanego wcześniej filmu. Grany przez Jona Voighta łowca węży, stary zabijaka i awanturnik, zostaje połknięty żywcem przez gigantyczną anakondę. Po jakimś czasie wąż wypluwa człowieka. I oto myśliwy, cały śliski od gadzich płynów i nieco już nadtrawiony, podnosi nieoczekiwanie powieki, po czym puszcza oko do bohaterki, którą od początku filmu próbował uwieść. A potem pada trupem.

Ta scena na długo zapadła w pamięć Izaury, pewnie za sprawą łobuzerskiego uroku Jona Voighta, który choć pozostawał na ekranie, to feromony wydzielał, jakby go miała na fotelu obok. Wtedy jeszcze było mu wolno; nie wiedział, że wkrótce wcieli się w postać polskiego papieża.

A tamten zalotnik od kina okazał się jednodniową jętką, choć nazwisko miał niezłe: Dębski.

Anakonda – postanowiła w myślach. Anakonda… Zacznę od dziś nazywać Lewickiego Anakondą. Zachichotała do własnych erotycznych skojarzeń. Mirosław Anakonda Lewicki… To jak pseudonim jakiegoś boksera albo zapaśnika. Władca ringu z wielkim łbem węża wytatuowanym na klacie. Uścisk, który zabija…

W dyżurce zajrzała do karty Lewickiego. Wynikało z niej, że nigdy wcześniej nie miał ataku padaczki. Tak przynajmniej powiedział w wywiadzie lekarskim, chociaż to niczego nie przesądzało, bo chorzy trafiający do ich ośrodka to była pierwsza liga kłamców.

Sprawdzała kolejne rubryki, zdumiona swą ciekawością.

Stan: wolny. Mhm…

Zawód: doradca finansowy. Łoł!

Osoba, z którą można się kontaktować: brak. Dziwne… Taki facet ma chyba cały tabun przyjaciół. No i dzieci, musi przecież mieć dzieci!

Wróciła na sam początek formularza. Data urodzenia: 28 grudnia 1951 roku. Trochę dawno – zmarkotniała. Dwadzieścia siedem lat różnicy, stary…

Stary, ale jary – skontrowała samą siebie, co znów wprawiło ją w zdumienie.

O rany! – nagle uświadomiła sobie, że Lewicki jest o rok starszy od jej ojca. Od tego mężczyzny, który dawno już stracił resztki wigoru i wyglądał teraz jak podstarzała, otyła nauczycielka wiedzy o społeczeństwie, śmiertelnie obrażona na zdradziecką historię. Izaura miała taką nauczycielkę w liceum: minęło już ładnych parę lat od upadku komunistów w osiemdziesiątym dziewiątym, a tamta biedna kobieta, ilekroć wypowiadała słowo „Polska”, zawsze dodawała automatycznie – „ludowa”.

Przypomniało jej się mrugnięcie Lewickiego i poczuła na karku dreszcz. Jakby na jej ramieniu usiadł lubieżny liliput i delikatnie dmuchał. To wpędziło ją w popłoch. Daj sobie spokój, kretynko – skarciła się w myślach – to jest dwadzieścia siedem lat różnicy. Dwadzieścia siedem! Ale dlaczego on nazwał mnie szympansicą?

Wpatrzyła się w lustro nad umywalką w poszukiwaniu utajonych dotąd małpich cech; nie znalazła żadnej. W panice sprawdziła stan owłosienia pod pachami – może Anakonda ten szczegół miał na myśli? Ale po ostatniej depilacji jeszcze nic nie zdążyło wykiełkować.

– Bo ty już stara dupa jesteś – powiedziała ponuro do swego odbicia. – Stara dupa, która potrzebuje dojrzałego mężczyzny. – Uniosła sobie piersi kantami dłoni, jej wzrok wyrażał aprobatę i dumę. – Ale cyc nadal masz pierwsza klasa.

Podniosła bluzkę i przyglądała się z uznaniem dwóm chińskim znakom usytuowanym po obu stronach pępka. Rysunek był misterny i wypukły, wyglądał jak haft, jakby pod skórę wprowadzono granatową wstążkę.

– Najnowszy krzyk mody – zachwalał upalony haszyszem łysy olbrzym, do którego należała nora, bardzo na wyrost nazwana studiem tatuażu.

Izaura nie miała pojęcia, co oznaczały litery, ani nie była tego ciekawa. Po prostu wybrała je z katalogu, bo jej się spodobały. Poza tym chciała być modna: od kilku dobrych lat pół Polski obnosiło na piersiach, łopatkach, łydkach, bicepsach i pośladkach azjatyckie znaki. – Wałęsa obiecywał, że będziemy drugą Japonią, i proszę…

– powiedział któryś z kolejnych zalotników Izaury, próbując bezskutecznie zlizać litery z jej brzucha. (Miał nazwisko bez końcówki „ski”, ale za to obco brzmiące: Holzer.)

– A co, jak to jakieś bluźnierstwo jest? – piekliła się matka, gdy Izaura, bawiąc u niej z wizytą, nieopatrznie wyszła z kąpieli w samych majtkach. – Skąd wiesz, co ci tam napisali? Jakie to świństwa nosisz na skórze? W wiosce mojej mamusi jeden artysta pod obrazem świętej panienki czarta namalował. Modlili się ludziska przez lata, aż patrzą, farba się łuszczy. Poszkrobali, a tam spod świętej diabeł wyłazi. Naród pół wieku przed szatanem klękał! – wyśpiewywała swym akcentem przywiezionym z Kresów ostatnim transportem repatriacyjnym.

– Bluźnierstwo to jedno, ale kto ci zagwarantuje, że ten napis nie oznacza cielęciny w pięciu smakach? Albo sajgonki wegetariańskiej? Nie chciałbym, aby moja córka obnosiła na brzuchu jadłospis chińskiej knajpy – wtrącił się ojciec, bo zawsze się wtrącał.

Gdy chwilę później Izaura przywracała porządek w gablocie z lekami, naszła ją myśl, że różnica wieku między nią a Lewickim jest jednak mniejsza. Przecież on urodził się pod koniec grudnia, a ona drugiego stycznia. To tylko dwadzieścia sześć lat i pięć dni – obliczyła i odczuła coś w rodzaju ulgi. Ale za chwilę uświadomiła sobie absurdalność tych rachunków. Jakie „tylko”? Jakie „tylko”, idiotko?

Mimo to kalkulowała dalej. Dwadzieścia sześć lat razy trzysta sześćdziesiąt pięć plus pięć dni… Ale przecież są jeszcze lata przestępne! Ile taki rok przestępny ma dni? Trzysta sześćdziesiąt sześć czy trzysta sześćdziesiąt cztery? Sięgnęła po leżący na biurku kalkulator.

Wtedy jeszcze nie wiedziała, że liczenie stanie się niebawem jej wielką namiętnością.

Kryptonim „Hossa”

Raport z obserwacji operacyjnej

Raportujący: „Skowron”

Zgodnie z otrzymanym poleceniem przybyłem na miejsce operacji, żeby podjąć obserwację Obiektu. Obecnie leżymy obaj w dziesięcioosobowej sali oddziału detoksykacji szpitala. Ja leżę trzy stanowiska od Obiektu. Według mojej oceny Obiektowi nie zagraża tu żadne niebezpieczeństwo ze strony pacjentów: to odtruwający się wycieńczeni pijaczkowie, robotnicy, kilku urzędników, rzemieślnik, student, a w części także tak zwany element. Grają w karty, rozwiązują krzyżówki albo po prostu leżą. Zachowań agresywnych z ich strony nie odnotowałem. Nie są też specjalnie nachalni w stosunku do Obiektu, może tylko trochę interesuje ich jego częste korzystanie z laptopa. Mówią na niego „dyrektorek”.

Melduję, że nie uznałem za stosowne wnoszenia tu broni, byłoby to zbyt niebezpieczne. Służbowy rewolwer zabezpieczyłem w skrzynce kontaktowej SK 03B. Stan upojenia alkoholowego, w jaki się zgodnie z poleceniem wprowadziłem przed przywiezieniem mnie tutaj, trwał trzy dni. Koszty wyniosły 428 złotych, wliczając w to taksówkę do szpitala. Rachunki za konsumpcję i transport przedstawię po zakończeniu zadania. Gdy mnie przyjmowano, miałem we krwi 2,7 promila alkoholu.

Moja obecność tu nie wzbudziła podejrzeń. Od dwóch dni Obiekt czuje się już dobrze, zmniejszono mu dawkę leków, pracuje coraz intensywniej, łączy się z internetem, wykonuje po kilkanaście telefonów na dobę.

Rozmawia głównie z biurem maklerskim, co wnioskuję ze słów Obiektu. Jego rozmówcą jest najczęściej jakiś „pan Adam”. Dzwonił też do sąsiadów, żeby zainteresowali się mieszkaniem. I jeszcze odwoływał jakisś wyjazd do Londynu. Kiedy udał się pod prysznic i zostawił komórkę w kieszeni szlafroka, wszedłem dyskretnie w posiadanie ostatnich dziesięciu numerów, pod które dzwonił. Odtworzyłem je z pamięci, niektóre miały dopisane imiona rozmówców – wszystko to jest w załączniku do niniejszego raportu.

Obiekt żartuje z pielęgniarkami, zdaje się, że jedna wpadła mu w oko. Jej personalia to: Bochen Izaura. Można by sprawdzić, czy nie znajduje się w katalogu zbiorów osobowych naszego resortu. Ułatwiłoby to nam dotarcie operacyjne. Potwierdza się, że Obiekt jest kobieciarzem, co sugerowano w charakterystyce. Obiekt czyta książkę pod tytułemPerwersje.Rosyjskie nazwisko autora obudziło moją czujnosSć, ale to tylko nowocześnie napisany, na dodatek przez Ukraińca, przewodnik turystyczny po Wenecji.

Ku chwale ojczyzny!

„Skowron”

PS

Przed godziną Obiekt miał atak padaczki alkoholowej, teraz śpi po zastrzyku. Wykorzystałem to i próbowałem skontrolować jego laptop, ale był zahasłowany. Czy dla naszych informatyków stanowiłoby to duży problem?

2

Koperta leżała na szkle pokrywającym blat biurka, tuż obok naklejki propagującej ogólnopolską akcję wymierzoną w łapownictwo. Dłoń pokazująca figę obwiedziona była hasłem „Ja nie biorę i nie daję”; pół szpitala rechotało po kątach, gdy ordynator osobiście umieszczał nalepki w widocznych miejscach.

– Siostro, naprawdę proszę wziąć. Należy się siostrze. To uczciwie zarobione pieniądze. – Dłoń Lewickiego przesunęła kopertę po szkle, pod którym jaskrawiły się widokówki, przysyłane przez byłych pacjentów jako dowód ich powrotu do życia. Uwagi Izaury nie uszły jego wypielęgnowane dłonie i dyskretny sygnecik na małym palcu lewej ręki. Białe złoto z kropelką krwawnika. Niestety, zegarek Lewickiego przysłonięty był rękawem szlafroka.

– Mówiłam już, że nie mogę. Poza tym nic z tego nie rozumiem. Jakie akcje? Jaka giełda? Jaki byk na parkiecie?

– A ja mówiłem już, że siostra jednak może. To siostry zarobek. Pięć procent, zwyczajowa prowizja, którą doradca nalicza sobie od zysku nieznanego mu klienta. Bo od stałego bierze trzy procent. Siostra mnie nie znała, więc jest pięć procent.

Przyszedł zaraz po wieczornym obchodzie, kiedy Izaura została w dyżurce sama. Niepodobny do tamtego Lewickiego sprzed dwóch dni, podnoszonego z podłogi po ataku, i jeszcze bardziej niepodobny do Lewickiego, który został tu przywieziony dni temuosiem. Zmartwychwstaniec. Doskonale znała ten rytuał odrodzenia.

Najpierw do sali wchodzi pielęgniarz i sprawdza, które łóżko jest wolne. – Przywieźli świeżego – oświadcza, wzniecając radosne poruszenie, bo nikt nie lubi być sam w nieszczęściu. Po kilku minutach pojawia się pacjent, który wcale na świeżego nie wygląda, no, chyba że na świeżego trupa. Prowadzą go albo niosą: we dwóch lub w trzech, za nimi żona z wypchaną reklamówką i książeczką zdrowia w dłoni. Roztrzęsiony, ośliniony starzec. Oczy schowane pod opuchlizną, maska zarostu, jajecznica smarków pod nosem. Na głowie gniazdo niechlujnego ptaka. Dłonie w strupach. Skumulowany odór wódki – z tygodnia, miesiąca, półrocza. Rzucają go na łóżko, lecz on w tej szpitalnej sali, nawet przebrany w piżamę, wciąż wygląda nieprzyzwoicie. Kanałowe zwierzę, zjawa z rynsztoka. Upiór. Szmata. Zero.

I mijają dwa dni, kiedy pozostali lokatorzy sali detoksykacyjnej widzą tylko biały owal na łóżku świeżego. I kroplówkę z przewodami znikającymi pod pościelą. Czasem owal zmieni pozycję, czasem zachrapie. Trzy razy dziennie pod kołdrę zajrzy ktoś z personelu medycznego, podetka kaczkę, wstawi basen.

Aż trzeciego dnia rozpoczyna się rytuał powrotu. Kołdra zostaje odrzucona i świeży znika na dobre pół godziny w łazience – wraca ogolony, ze skórą czerwoną od ukropu, z włosem rozczesanym, przyklepanym do czaszki, odszorowany, młodszy o dziesięć lat. Po dniu, dwóch schodzi opuchlizna. Ruchy nabierają sprężystości, twarz się wysubtelnia. Świeży, naprawdę odświeżony, starannie układa w szpitalnej szafce przybory toaletowe, długopis, sztućce i paczki papierosów. Na ramie łóżka rozwiesza ręcznik. Następnie wsuwa stopy w pantofle, poprawia poły szlafroka, wkłada okulary w całkiem przyzwoitych oprawkach, które opuszcza na czubek nosa, aby móc spoglądać na świat inteligentnym spojrzeniem znanego współczesnego prozaika albo jakiegoś innego felietonisty ważnego pisma, po czym zabiera się do rozwiązywania krzyżówek. Zna większość haseł i okazuje się przemiłym nauczycielem geografii, który wyedukował kilkunastu olimpijczyków.

– Pięć procent, mówi pan? – Patrzyła na niego z zainteresowaniem. Ogolony, rumiany, pachnący czymś piekielnie drogim. O takich jak on nie mówi się „alkoholicy”, tacy jak on „mają problem”. Izaura podziwiała czarny pikowany szlafrok Lewickiego z motywem harcerskiej lilijki w kolorze starego złota. Skrywany kompleks ukąsił ją znienacka: w jej domu nie noszono tak kosztownych szlafroków, ojciec nigdy nie wydałby pieniędzy na taki ciuch, może nawet wykpiłby go jako pedalski. Pod pewnym względem ojciec górował jednak niewątpliwie nad Lewickim: nie brał do ust alkoholu. Z przekonania. Być może dlatego był tak zasadniczy i małostkowy zarazem.

– Ten tysiąc złotych to pięć procent? To wychodzi, że pan zarobił… – Policzyła w pamięci i krzyknęła: – To pan zarobił dwadzieścia tysięcy?!

– Pani dla mnie zarobiła, Izauro. – Skłonił się szarmancko, aż krzyżyk na srebrnym łańcuszku zawieszony na jego szyi stuknął o taflę blatu. Te jego bruzdy policzkowe… Każda agencja reklamująca ubrania dla dojrzałych facetów dałaby mu robotę od ręki. „Odróżnia mężczyznę od chłopca”, jaki to produkt promowano niedawno tym hasłem?

Milczała przez chwilę, oszołomiona sytuacją.

– W jaki sposób zarobiłam? Proszę mnie wreszcie oświecić!

– Pamięta pani ten dzień, kiedy poprosiłem o podyktowanie mi pięciu liczb od jeden do dziesięć?

– Pamiętam, to było zaraz, jak pana przywieźli. Czy to znaczy, że wygrał pan w totka?!

– Nie, nie w totka. Inwestowałem w akcje. A pani myślała, że te liczby potrzebne mi do totka?

– Tak mi się wydawało – odparła. I dodała po chwili z naciskiem: – To wtedy nazwał mnie pan szympansicą.

– Przepraszam. Obraziłem panią?

– Gorzej tu już na mnie mówiono. Myślałam, że pan jeszcze pijany, długo się trzeźwieje po czterech promilach. – Przypomniała sobie szczegół wyczytany w jego karcie.

– Aż tyle mi nabiło? Powinienem już nie żyć – zdziwił się, ale w jego pytaniu pobrzmiewała duma. – No to musiała być niezła balanga, szkoda, że tak mało pamiętam. Ale do rzeczy. Z tą szympansicą to był żart. Giełdowy dowcip. Kiedyś grupa analityków z Wall Street… – Spojrzał na nią badawczo. – Wie siostra, Wall Street, ta nowojorska ulica, gdzie…

– Drogi panie, to, że siedzimy na tym zadupiu, nie znaczy, że nie wiem, co to jest Wall Street!

Lewicki spuścił oczy z wystudiowaną pokorą flirciarza.

– No więc ta grupa analityków zabawiła się w taki sposób, że na początku roku każdy wytypował dziesięć spółek giełdowych, które według niego osiągną po dwunastu miesiącach największy wzrost. Do kapelusza wrzucili po pięć tysięcy dolarów od głowy. To była nagroda dla tego, czyja prognoza okaże się najtrafniejsza. Jeden z nich miał małpę i przyprowadził ją na zebranie. Bogaci ludzie mają fanaberie… Małpa była tresowana, umiała rzucać lotkami. I oni wpadli na pomysł, żeby wypisać na tarczy nazwy wielu spółek i niech małpa rzuca dziesięć razy. Wie pani, co się okazało po roku? Konkurencję wygrała małpa. To była szympansica.

– A więc zrobił pan ze mnie swoją małpę! Dziękuję bardzo – powiedziała z udawaną złością, na co on po raz kolejny odegrał tę swoją pokorę starego cwaniaka.

– To ja dziękuję. Prosiłem o pięć liczb od jeden do dziesięć, bo za każdym razem gram tylko pięcioma spółkami spośród dziesięciu, do których mam zaufanie lub sentyment. Tamtego dnia wszystko bardzo mocno spadało, była okazja do świetnych zakupów, a ja nie mogłem się zdecydować. Giełdowa korekta… – Przerwał pod wpływem jej zdziwionego spojrzenia. – No, chwilowy spadek cen akcji, po którym na ogół następują wzrosty, więc warto wtedy kupować. I wzrosty rzeczywiście nastąpiły. Wczoraj sprzedałem to, co kupiłem. Zarobiliśmy na garniturach, prezerwatywach, „Gazecie Wyborczej”, wódce i piwie.

Izaura niewiele z tego zrozumiała, ale coś trzeba było powiedzieć.

– Te dwie ostatnie pozycje mocno nieterapeutyczne w pańskiej sytuacji – zażartowała; lata pracy u boku psychologów od uzależnień wyrobiły w niej ten rodzaj wybiórczej spostrzegawczości.

Zaśmiał się:

– Nie…te…ra…peu…tycz…ne? Dowcipna pani! Ech, wczoraj to był dzień! Wszystkie indeksy szły na rekord. Taki dzień zdarza się raz na rok, raz na dwa lata. Byk na parkiecie. Byk to symbol giełdowej hossy, wiedziała pani?

Chociaż nie miała o tym pojęcia, skinęła głową. Prawdę mówiąc, gdy myślała o byku na parkiecie, widziała najstarszego syna Walusiaków na dancingu w „Kolorowej”. Sterydowy King Kong, postrach policjantów i przyjezdnych, człowiek, który sam jeden wywrócił radiowóz.

– I to tak wszystko przez laptopa pan załatwia?

– Tak.

– No dobra, wygrał pan dwadzie…

– Zarobił – poprawił ją. – Na giełdzie się zarabia, a nie wygrywa. O ile się akurat nie traci… Razem zarobiliśmy.

– No więc zarobił pan dwadzieścia i co? Jak panu te pieniądze wypłacili? Tego tysiaka dla mnie wyjął pan z komputera? Tak jak się wyjmuje z bankomatu? Enter i myk, myk, wyskakują banknoty?

– Z portfela.

– Co z portfela?

– No, z portfela wyjąłem. Odpowiadam na pani pytanie.

– Taką kasę trzyma pan na oddziale? – Zdziwiła się, bo wiedziała, jak hołubiona jest tu każda złotówka, każdy papieros, każda torebka z chińską zupką. Dwa miesiące temu jeden pacjent oskarżył drugiego o kradzież dwóch złotych, wywiązała się bójka, okradziony chciał dzwonić na policję, zażądał od szpitala odszkodowania, na szczęście naliczył sobie niewysokie: dziesięć złotych; jeden z lekarzy wziął to na siebie.

– Owszem, przecież to nie są duże pieniądze.

Znowu poczuła irytację.

– To popis? Podrywa mnie pan na kasę?

Zgorszył się, wyglądało na to, że szczerze.

– Z całym szacunkiem, ale po cóż miałbym siostrę podrywać?

No właśnie, po co? – pomyślała i zrobiło jej się przykro. Ale się załatwiłam tym pytaniem! A zaraz potem wpadła w popłoch. To już nie ma powodu, dla którego można by mnie podrywać? Tak źle ze mną, że nawet stary pijus mnie nie chce?! A cyc? A tatuaże przy pępku? A irokezik na cipce? Chciałbyś, dziadu, zobaczyć! Chciałbyś dotknąć! Chciałbyś polizać! Czekaj no, pijaczyno, jeszcze będziesz skamlał o zastrzyk, jeszcze będziesz gryzł kołek…

Uśmiechnęła się do Lewickiego z mocnym postanowieniem odzyskania pola. W końcu siedzą w dyżurce, to jej podwórko, ona tu rządzi, a on powinien jej słuchać. Kiedy zastanawiała się gorączkowo nad jakąś celną ripostą, drzwi izby otworzyły się i stanął w nich ordynator Kłos.

Ordynator miał na sobie zielonkawy mundurek chirurga i białe drewniaki. Wyglądał niezwykle profesjonalnie, choć nieco operetkowo, zważywszy na charakter ośrodka, którym kierował. To tak, jakby szef policyjnej izby dziecka ubierał się do pracy w czarny mundur antyterrorysty. Dobrze, że przynajmniej nie nosi maseczki chirurgicznej na mordzie – myślała często Izaura. Choć, jak zgodnie twierdzono w szpitalu, akurat ten szczegół stroju chirurga przydałby się ordynatorowi najbardziej; niemal na stałe przyklejony do twarzy grymas złości czynił go człowiekiem nieprzystępnym i mało sympatycznym.

Teraz też marszczył brwi, spoglądając na kopertę leżącą na biurku. W jego szpitalu biała koperta bez znaczka i adresu mogła oznaczać tylko jedno. Lecz dlaczego, do licha, on o niczym nie wie?!

– Co ja tu widzę, co ja tu widzę… – bardziej karcił niż pytał. – Co ja tu widzę…

– To nie jest tak, jak pan myśli – próbował tłumaczyć Lewicki.

– A skąd pan wie, co ja myślę, drogi pacjencie? No skąd pan wie?

– Proszę pozwolić mi wyjaśnić, to trochę niezwyczajna sytuacja.

– Owszem… – Ordynator położył dłoń na kopercie; jego palce wyglądały jak miniaturowe baleroniki, jakby ktoś w zgięciach ciasno je obwiązał niewidoczną nicią. – Owszem, to rzeczywiście trochę niezwyczajna sytuacja. Ale pan pozwoli, że my to sobie z siostrą wyjaśnimy sami. Pan jest tu pacjentem. Tylko pacjentem – położył akcent na słowie „tylko”, a jego dłoń wsunęła kopertę do dużej kieszeni na piersi, do której chirurdzy wrzucają podczas operacji zużyte narzędzia. – Pan z powrotem na oddział, a panią poproszę do mojego gabinetu – rozkazał i wyszedł, trzaskając drzwiami.

Izaura przepuściła Lewickiego w drzwiach i złapała się na tym, że ocenia jego odciskający się pod szlafrokiem tyłek: był proporcjonalny, jak u nastolatka, i wyglądał na jędrny. Oj durna ty, durna – przywołała się do porządku i potruchtała do pokoju ordynatora.

Gdy weszła, szef z miejsca przystąpił do ataku:

– Nie przyjmuję żadnych tłumaczeń, żadnych! Rozumie pani? Żadnych… – Jego otwarta dłoń biła w blat biurka, o które swego czasu lokalna gazeta zrobiła ordynatorowi aferę, bo za cenę wysokości dwóch dyrektorskich pensji kupił je w desie, płacąc z funduszu przeznaczonego na chorych. – Ile razy mówiłem? Ile razy prosiłem? Nie załatwiać takich spraw na własną rękę! No, pani Bochen, ile razy powtarzałem: żyj i daj żyć innym? Ile razy?…

Zrobił pauzę, wbił w podwładną wzrok i zapytał:

– To pani szpital? No, pytam, to pani szpital jest?

Lecz gdy otworzyła usta, nie dał jej odpowiedzieć.

– Nie, to nie jest pani szpital! A więc powtarzam, żyj i daj żyć innym. Ta zasada obowiązuje w moim szpitalu obie strony, górę i dół. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Ale nie może być tak, że sobie Kuba kręci lody na boku. Nie u mnie, pani Bochen… A zatem…- jego głos złagodniał, a ręka sięgnęła do kieszeni na piersi – …a zatem uważam, że tak będzie uczciwiej…

– Przeliczył zawartość koperty, wysunął z uznaniem dolną wargę, chwilę się zastanowił, po czym rozdzielił plik na dwie części, nierówne. – Proszę mi wierzyć, tak naprawdę będzie uczciwiej – zakończył i wręczył jej pieniądze.

Ty paskudny skurwysynu – pomyślała, wychodząc z gabinetu ordynatora. W kieszeni fartucha miętosiła trzy stuzłotowe banknoty.

3

Niespełna trzy tygodnie później młodsza pielęgniarka Lucyna Bombik bezładnie broniła się przed atakami sumienia. Wciąż była wstrząśnięta i zażenowana tym, co zobaczyła poprzedniego dnia przez piwniczne okienko, obok którego – złośliwy los! – przyszło jej pchać wózek z pralni załadowany pościelą na sobotnią zmianę. Była zażenowana, ale i lekko podniecona, w końcu od roku nie poszła z facetem do łóżka. A zazdrość tylko wzmagała jej wewnętrzny chaos.

To wszystko zagłuszał jednak dźwięk alarmowej syreny, która nieodmiennie włączała się jej w mózgu, ilekroć na oddziale zapachniało rozwiązłością. „Seks na odwyku groźniejszy od wódy” – mawiał jeszcze poprzedni ordynator, doktor Czyczyła, a ponieważ był on dla Lucyny Bombik półbogiem, memento to zapadło jej głęboko w pamięć.

No przecież tak nie może być, żeby się personel z pacjentami trachał – myślała, a syrena w jej głowie wyła i wyła… Przecież nas uczulali: jak tylko zobaczycie cokolwiek podejrzanego, pocałunek, dotknięcie, ciepłe spojrzenia, natychmiast meldujcie. Zadne męsko-damskie relacje nie mogą zakłócić procesu leczenia! Nie traktujcie tego jak donosu, bo to dla dobra i pacjenta, i szpitala. Tak mówili na szkoleniach.

Ale przecież – syrena na moment zamilkła – przecież to moja kumpela. Znamy się tyle lat, była na komunii mojej Marioli. A ten drań Kłos wywali ją, wywali na bank. I gdzie kobiecina pójdzie? Służbowe mieszkanie, żadnego faceta, trzydziestka na karku. Dramat!

Chociaż z drugiej strony – syrena powoli znów się rozkręcała – czegoś się w tym zawodzie trzymać trzeba! Bo jak człowiek nie ma zasad, to się kończy pavulonem i łapówkami od firm pogrzebowych. Sama sobie winna. Jak cię swędzi, to sobie poszukaj zaganiacza poza szpitalem. No i zwolniłaby się funkcja, może by mnie awansowali, bo w końcu kogo innego? Dwieście złotych miesięcznie dodatku… Mój Boże, dwie stówy! Ale by mnie to ustawiło! Co robić? Co robić?…

Tej samej niedzieli, kiedy Lucyna Bombik zmagała się z zawodowym sumieniem, Izaura beztrosko się bawiła w barze sushi przy ulicy Odrzańskiej we Wrocławiu, dokąd Lewicki zabrał ją na swą pierwszą dwunastogodzinną przepustkę z odwyku.

Instynkt personelu zadziałał niezawodnie: kelnerka u wejścia tylko spojrzała na Lewickiego i już prowadziła ich do najlepszego miejsca przy barze, gdzie zdjęła tabliczkę z napisem „reserved”. Lokal był nowy, modny i drogi. Goście siedzieli wokół rozległego baru, a przed nimi paradowała flotylla łódek z talerzami na pokładzie. Talerzyki były w różnych kolorach, każdy kolor oznaczał inną cenę. Konwój płynął z nurtem ujętego w rynnę strumienia, a za barem stało dwóch uzbrojonych w długie noże kucharzy. Izaura dostrzegła słynnego ostatnio dyrygenta o anielskich włosach, o którym plotkarskie rubryki donosiły, że opuścił stolicę dla swojej o siedemnaście lat młodszej narzeczonej. Gdy czytała o tym miesiąc temu, ta różnica wieku wydała jej się przepastna. Teraz jakoś już nie.

Na pozór wszystko było jak należy: na ulicy stał terenowy lexus Lewickiego, a oni oboje byli inwestorami giełdowymi, w portfelach mieli plastikowe karty, na rękach modne zegarki w kolorze srebra. Lecz w przypadku Izaury cały ten arsenał wyglądał jak pistolet na wodę przy porządnym glocku.

On potrafił zarobić na jednej transakcji tyle co roczne pobory lekarza, a jej inwestycja to były trzy tysiące złotych wydębione swego czasu od ubezpieczalni za skręconą kostkę i trzymane na specjalną okazję; zamieniła je na akcje dwóch spółek spożywczych i jednej energetycznej, a ponieważ od zakupu minął zaledwie tydzień, papiery nie zdążyły nawet odpracować prowizji dla maklera. Jego platynowa VISA przebywała w dobrym towarzystwie kart Diners Club, Reiffeisen Banku i American Express, ona miała przy sobie zaledwie wzorowaną na kredytowej kartę wypożyczalni wideo „Hollywood

Dream". Jego portfel to był wittchen z krokodyla, ona trzymała drobniaki w ceratowym barachle dołączonym kiedyś do lokalnej gazety. Jego srebrny gucci kosztował u Harrodsa tysiąc sześćset funtów, jej gutti, też w kolorze srebra, był tylko podróbką, fakt, że efektowną.

Mimo tych wszystkich różnic wcinali sushi z takim samym apetytem, chociaż Lewicki o niebo lepiej operował pałeczkami. Izaura, po kilku rozpaczliwych próbach doniesienia jedzenia do ust, jedną pałeczkę odrzuciła, a drugiej zaczęła używać jak dzidy, wbijając jej ostrze w ryżowe krążki; miało to nawet swój urok, bo wyglądało jak fanaberia najedzonej damy, ot, takie dziobanie od niechcenia w talerz.

Sushi… to słowo Izaura słyszała przynajmniej raz na tydzień. – Dziewczyny, ale mnie suszi, ale była bomba wczoraj! – mawiał ordynator Kłos po swych weekendowych pijaństwach. – Jak tak dalej pójdzie, to sam siebie będę musiał przyjąć do szpitala – chichotał. Jeżeli bomba była rzeczywiście duża, znikał za parawanem, by zaaplikować sobie kroplówkę z glukozy.

Izaura zawsze chciała spróbować tego legendarnego sushi, którym zajadają się bohaterowie reportaży z kolorowych pism, lecz teraz, kiedy mogła już kosztować do woli, jej doznania smakowe przytłumiała refleksja na inny temat. Nie mogła wyjść z podziwu nad wysokością marży. Przypomniał jej się kulinarny felieton przeczytany w jednej z darmowych gazet. „Ile trzeba zapłacić za kulkę ryżu? – pytał recenzent podpisany jako Smakosz. – Dziesięć groszy? No, niechby dwadzieścia. A za skrawek łososia? Pięćdziesiąt groszy?

Złotówkę? A tutaj połączenie tych dwóch składników kosztuje dwadzieścia złotych!" Izaura policzyła gości przy barze, przemnożyła przez liczbę stojących przed nimi talerzyków, następnie przez cenę porcji i gdy uzyskała wynik, pomyślała z podziwem, że niektórzy ludzie potrafią się w życiu doskonale urządzić.

Wróciła pamięcią do dnia, w którym założyła sobie rachunek w biurze maklerskim. Od tamtego czasu w miejscu, gdzie wcześniej miała serce, szumiała cicho maszynka do liczenia pieniędzy. Izaura niejasno przeczuwała, że właśnie zaczyna się realizować jej osobiste „jeszcze kiedyś”. To słynne „jeszcze kiedyś”, które milionom ludzi pozwala jako tako znosić skandal życia: jeszcze kiedyś będę chodził; jeszcze kiedyś będę miał dom; jeszcze kiedyś znajdę męża, kogoś pokocham, najem się do syta. W jej wypadku to zdanie brzmiało: jeszcze kiedyś będę bogata!

Decyzja sprzed tygodnia zaskoczyła ją samą. Ale nie aż tak bardzo: w końcu od tamtej chwili, kiedy Lewicki wypłacił Izaurze jej szympansią prowizję, nieomal codziennie myślała o łatwych i wielkich pieniądzach, które przynosi gra na giełdzie. Na temat rabunku, jakiego dopuścił się ordynator Kłos, nie pisnęła nikomu słowa.

W tym czasie Lewickiego odtruto, przepłukano, wzmocniono witaminami i przeniesiono piętro wyżej – na ośmiotygodniową terapię. Mieszkał w pokoju „dla szyszek”, jak ujmował to personel, co znaczyło, że sala była pięcio-, a nie dziesięcioosobowa i miała umywalkę. Mógł już chodzić po parku, złapał nawet trochę opalenizny, a piżamę zamienił na eleganckie wełny w różnych odcieniach beżu, który go odmładzał, co Izaura odnotowała z niemałą satysfakcją. Pomiędzy kuracjuszami ubranymi na ogół w dresy wyglądał jak gil w stadzie wróbli. Poprosił ją, aby w drodze do pracy kupowała mu świeże gazety. – „Koszerek” i „Rzepa” – zażyczył sobie, a widząc jej uniesione brwi, wyjaśnił: – „Wyborcza” i „Rzeczpospolita”. I może być jeszcze „Puls”.

Gdy po raz pierwszy położyła mu gazety na łóżku, parsknął śmiechem:

– „Puls Biznesu”, a nie „Puls Salonów”, pani Izauro! – Stukał palcem w lakierowaną okładkę, na której krajowy gwiazdor rocka prezentował na plaży w Międzyzdrojach niezłą muskulaturę. „Czekoladka pana Radka” – wabił rymem tytuł, co odnosiło się do regularnej rzeźby mięśni brzucha.

– Znam go – powiedziała Izaura. Gdy dwa lata temu robiła zastrzyk z uspokajaczem w piegowaty tyłek rockmana, jego ciało było obłe i galaretowate, a on sam prosił gorączkowo, by nie pozwolić mu umrzeć. Trzeźwość najwyraźniej mu służyła. – Był naszym pacjentem, chyba ze trzy razy. Ale gazety jakoś mało o tym pisały.

– Bo dziś pospolitym alkoholizmem nie zrobi się już furory na salonach – zaśmiał się Lewicki. – Dziś, żeby zaistnieć, nie wystarczy nałóg, sprawa karna o obrazę obyczajności albo AIDS. Dziś VIP albo celebryta musi mieć co najmniej raka. I relacjonować publicznie walkę z nim. Raka albo takie mięśnie jak pan Radek.

Izaura przyznała w duchu, że Lewicki zgrabnie ubrał w słowa jej odczucia, z których jako wierna czytelniczka „Pulsu Salonów” mgliście zdawała sobie sprawę, lecz nie próbowała ich dotąd formułować, bo i dla kogo? W ciągu najbliższych miesięcy wiele razy miała się przyłapywać na podobnym spostrzeżeniu, nie tylko w kwestiach salonowo-plotkarskich.

Wróciła do kiosku po „Puls Biznesu”, ale kioskarz odesłał ją na rynek. – Może tam pani dostanie, bo ja nie prowadzę, tu nikt tego nie kupuje. – Jednak wyprawa do centrum miasteczka byłaby, jak uznała, zbyt dużym ustępstwem wobec Lewickiego. Nawet nie spostrzegła, jak zaczęła prowadzić z nim wewnętrzną grę.

Kiedyś z ciekawości wzięła do ręki zieloną wkładkę do „Rzeczpospolitej”, upstrzoną ptaszkami i podkreśleniami zrobionymi parkerem Lewickiego. Jakby weszła do wnętrza maszyny cyfrowej. Obligacje, certyfikaty inwestycyjne, kontrakty terminowe… Akcje, notowania jednolite, indeksy branżowe… Złotowe depozyty międzybankowe, fundusze kapitałowe, fundusze inwestycyjne… Papiery komercyjne, bony skarbowe, kursy terminowe…

To wszystko brzmiało obco i odpychająco. Kto się w tym potrafi rozeznać? – myślała. Jak długo trzeba się uczyć, żeby pojąć te czary-mary? Lewicki to musi mieć łeb… Ale z drugiej strony, co warte te kombinacje, skoro na ślepo, „na szympansa”, można zarobić w kilka dni grube tysiące? Może pogadać z Lewickim? Może spróbować?

Kilka dni później wyjęła ze schowka pod kaloryferem trzy tysiące złotych, pojechała szpitalnym furgonem do centrum i po dwóch kwadransach rozmowy z pracownikiem jedynego w miasteczku banku stała się właścicielką rachunku inwestycyjnego.

Kupiła akcje, które po długim namyśle polecił jej Lewicki. Na początku robił uniki, bronił się, ale w końcu uległ. Odniosła wrażenie, że trochę dla świętego spokoju, a trochę rozczulony jej dziecięcym zauroczeniem giełdą. A może w nadziei na łatwy romans, bo ciążył mu już pewnie szpitalny celibat?

– Należy mi się to od pana, i to podwójnie – przekonywała z uśmiechem, który na pewno wywoływał mrowienie. Wyczuwała to swoim kobiecym szóstym zmysłem nie bez satysfakcji.

– Podwójnie? – zdziwił się.

A ona wyjaśniła: Po pierwsze – za zastrzyk, którym wyciągnęła go z padaczki, a po drugie – za te szympansie trafienia, którymi napełniła mu konto. Podchodziła go jeszcze kilka razy, aż przekonała.

Przybliżył jej zasady kupowania akcji w krótkim i przystępnym wykładzie, okraszonym anegdotami o giełdowych fuksiarzach i pechowcach; z zamglonym wzrokiem opowiedział o pionierskim okresie giełdy w Warszawie, która na początku lat dziewięćdziesiątych była sezamem otwartym nawet dla głupców.

– Zeby wyjąć, trzeba najpierw włożyć, ale pamiętaj: nigdy nie graj pożyczonymi – przestrzegł, choć bez większego przekonania do tego banału, którym rozpoczyna się każdy poradnik inwestowania. – Ani pieniędzmi na życie i rachunki – dodał, choć wiedział, że brzmi to jak smęcenie belfra.