Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 521 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Siódma Plaga - James Rollins

KOKTAJL KRYMINAŁU, THRILLERA HISTORYCZNEGO I POWIEŚCI PRZYGODOWEJ

James Rollins, odkrywa zapisane na kartach Biblii pradawne zagrożenie dla współczesnego świata.

JEŚLI BIBLIJNE PLAGI RZECZYWIŚCIE SPADŁY NA EGIPT, CZY ÓWCZESNY KATAKLIZM MÓGŁBY SIĘ POWTÓRZYĆ WSPÓŁCZEŚNIE, NA GLOBALNA SKALĘ?

Dwa lata po swoim zniknięciu na sudańskiej pustyni profesor Harold McCabe, lider brytyjskiej ekspedycji archeologicznej, odnajduje się nieoczekiwanie. Pogrążony jest jednak w szaleństwie i umiera zanim zdoła opowiedzieć, co go spotkało. Sprawa robi się jeszcze bardziej tajemnicza, gdy sekcja zwłok ujawnia, że ktoś zaczął mumifikować ciało profesora, kiedy ten jeszcze żył.

Zwłoki McCabe’a zostają wysłane do Londynu w celu dalszych badań, tymczasem niepokojące wieści nadciągają z Egiptu. Zespół medyczny, który badał ciało profesora, zapadł na nieznaną chorobę, która szybko rozprzestrzenia się w Kairze. Obawiając się najgorszego, współpracownik profesora zwraca się o pomoc do swojego długoletniego przyjaciela: Paintera Crowe'a, dyrektora Sigma Force. Rzecz jest poważna, ponieważ profesor McCabe wyruszył na pustynię, szukając dowodu na prawdziwość opowieści o dziesięciu plagach Mojżesza. W miarę narastania pandemii pojawia się coraz więcej pytań.

Czy biblijna historia znów się powtarza?

Zanim jednak dyrektor Crowe zdoła podjąć jakiekolwiek działania, pojawia się tajemnicza grupa zabójców, która zaciera wszelkie ślady. Ciało procesora zostaje wykradzione, a jego dom spalony. Sigma Force musi zwrócić się o pomoc do jedynej córki archeologa. Przeszukując pozostałości po badaniach ojca, Jane McCabe odkrywa zagadkowe związki pomiędzy, ostatnimi niepokojącymi wydarzeniami, a tajemniczą podróżą Marka Twaina, genialnymi wynalazkami Nikoli Tesli i przygodami słynnego podróżnika, Henry'ego Morgana Stanleya.

Aby rozwikłać tajemnicę sprzed tysiącleci, dyrektor Crowe i komandor Grayson Pierce wyruszają na przeciwległe krańce globu. Jeden z nich rozpocznie wyprawę na zadżumionych ulicach Kairu by dotrzeć do starożytnego grobowca pogrzebanego pod rozgrzanymi piaskami Sudanu; drugi zaryzykuje życie wszystkich, których kocha, aby powstrzymać szalonego geniusza zamkniętego w odległym arktycznym kompleksie inżynieryjnym. Zagrożenie ze starożytności nabiera realnych kształtów dzięki współczesnej nauce; w miarę jak pogłębia się globalny chaos, agenci Sigma Force zdają sobie sprawę, że ostatnia plaga zdziesiątkuje ludzkość.

Opinie o ebooku Siódma Plaga - James Rollins

Fragment ebooka Siódma Plaga - James Rollins

Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona redakcyjna

Dedykacja

Podziękowania

DORZECZE NILU

Ze źródeł historycznych

Zapiski naukowe

text

text

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

O książce

Czy dziesięć biblijnych plag rzeczywiście dotknęło starożytny Egipt?

A jeśli tak, to czy dziś mogą się powtórzyć podobne klęski?

Na globalną skalę?

Zaginieni naukowcy

Grupa brytyjskich archeologów znika bez śladu w Sudanie. Po dwóch latach nomadowie znajdują na pustyni wycieńczonego szefa wyprawy. Profesor McCabe umiera, zanim ma okazję rzucić światło na to, co się wydarzyło.

Odkrycie w prosektorium

Kairscy patolodzy, wykonując sekcję zwłok McCabe’a, trafiają na ślady, z których wynika, że profesor jeszcze za życia był poddawany mumifikacji. Tymczasem osoby, które miały z nim kontakt, zapadają na śmiertelną chorobę. Światu grozi epidemia o niespotykanych dotąd rozmiarach.

Stacja Aurora

W tym samym czasie na arktycznej wyspie szalony miliarder, zafascynowany wynalazkami Nikoli Tesli, szykuje się do eksperymentu, który może być zgubny w skutkach dla całej planety.

Ostatnia deska ratunku

I znów przyszłość ludzkości zależy od agentów Sigma Force. Painter Crowe, Gray Pierce, Seichan, Joe Kowalski, Monk Kokkalis i Kate Bryant muszą się rozdzielić. Jedni ruszą do Afryki, inni za koło podbiegunowe. Bo jeśli oni nie znajdą antidotum na szerzącą się chorobę i nie powstrzymają szaleńca, to nie uda się to nikomu.

James Rollins

Amerykański pisarz, z zawodu weterynarz, z zamiłowania płetwonurek i grotołaz. Absolwent University of Missouri, karierę literacką rozpoczął w 1999 r. powieścią o wyprawie do wnętrza Ziemi, Podziemny labirynt. Kolejne – m.in. Ekspedycja, Amazonia oraz książki z cyklu SIGMA FORCE zapoczątkowanego w 2004 r. Burzą piaskową – których akcja toczy się często w niedostępnych rejonach świata – dżunglach, głębinach oceanów, podziemnych grotach oraz na pustyniach i lodowcach – odniosły międzynarodowe sukcesy. Obecnie trwają przygotowania do ekranizacji Mapy Trzech Mędrców.

jamesrollins.com

Tego autora

LODOWA PUŁAPKA

AMAZONIA

OŁTARZ EDENU

EKSPEDYCJA

PODZIEMNY LABIRYNT

Cykl SIGMA FORCE

BURZA PIASKOWA

MAPA TRZECH MĘDRCÓW

CZARNY ZAKON

WIRUS JUDASZA

KLUCZ ZAGŁADY

OSTATNIA WYROCZNIA

KOLONIA DIABŁA

LINIA KRWI

OKO BOGA

SZÓSTA APOKALIPSA

LABIRYNT KOŚCI

SIÓDMA PLAGA

James Rollins, Grant BlackwoodCykl z Tuckerem Wayne’em

WYŁĄCZNIK AWARYJNY

James Rollins, Rebecca CantrellCykl ZAKON SANGWINISTÓW

EWANGELIA KRWI

NIEWINNA KREW

DIABELSKA KREW

Tytuł oryginału:

THE SEVENTH PLAGUE

Copyright © James Czajkowski 2016

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2018

Polish translation copyright © Maria Gębicka-Frąc 2018

Redakcja: Katarzyna Kumaszewska

Projekt graficzny okładki i serii: Mariusz Banachowicz

ISBN 978-83-8125-197-6

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dziękuję mamie i tacie,Ronaldowi i Mary Ann,za inspirację, bezwarunkowe wsparciei dawany przez całe życie przykład, jak kochać…Teraz znów są razem, w pokoju wiecznym.

Podziękowania

Wielu ludzi pomogło mi przy pisaniu tej książki – dzięki ich pomocy, radom, uwagom, słowom zachęty i, co najważniejsze, niezachwianej przyjaźni, jest lepsza. Muszę podziękować grupie krytyków, zżytej gromadce czytelników, którzy pełnią rolę moich pierwszych redaktorów i są gotowi przypiekać mnie żywym ogniem, żebym parł dalej i kopał głębiej: Sally Ann Barnes, Chrisowi Crowe’owi, Lee Garrettowi, Jane O’Rivie, Denny’emu Graysonowi, Leonardowi Little’owi, Judy Prey, Caroline Williams, Christianowi Rileyowi, Todowi Toddowi, Chrisowi Smithowi i Amy Rogers. I, jak zawsze, specjalne podziękowania dla Steve’a Preya za świetne mapy… i Davida Sylviana za pilnowanie, żebym przez cały czas dokładał wszelkich starań… i dla Cherei McCarter za wiele wspaniałych smacznych kąsków zawartych na tych stronach. I, oczywiście, wszystkim w HarperCollins za poparcie, szczególnie Michaelowi Morrisonowi, Liate Stehlik, Danielle Bartlett, Kait­lin Harri, Joshowi Marwellowi, Lynn Grady, Jeanne Reinie, Richardowi Aquanowi, Tomowi Egnerowi, Shawnowi Nichollsowi i Anie Marii Allessi. Na koniec, oczywiście, podziękowania dla ludzi, którzy odegrali znaczącą rolę na każdym etapie produkcji: mojej redaktorce Lyssie Keusch i jej koleżance Priyance Krishnan, a także moim agentom, Russowi Galenowi i Danny’emu Barorowi (również jego córce, Heather Baror). Jak zawsze, muszę zaznaczyć, że wina za każdy błąd dotyczący faktów w tej książce – mam nadzieję, że nie ma ich zbyt wiele – spada na moją głowę.

DORZECZE NILU

Ze źródeł historycznych

Mojżesz powiedział do ludu: „Pamiętajcie o dniu tym, gdyście wyszli z Egiptu, z domu niewoli, gdyż potężną ręką wywiódł was Pan stamtąd”1.

Księga Wyjścia 13,3

Niewiele historii w Biblii jest równie wstrząsających i równie często opowiadanych na nowo – w druku i na ekranie – jak dzieje Mojżesza. Poczynając od brzemiennego w skutki ocalenia, gdy córka faraona wyłowiła noworodka spuszczonego na rzekę w trzcinowym koszyku, po ostatnią konfrontację z synem tegoż faraona, Mojżesz stał się postacią legendarną. Chcąc wyzwolić Żydów z niewoli, zesłał na Egipt dziesięć plag, rozdzielił wody morza i wiele lat prowadził przez pustynię swój lud, dając mu dziesięć przykazań jako podstawę nowego systemu prawa.

Ale czy to zdarzyło się naprawdę? Większość historyków, nawet wielu przywódców religijnych, uważa historię wyjścia Żydów z Egiptu za mit, bardziej moralną lekcję niż fakt historyczny. Na poparcie tego stanowiska sceptyczni archeolodzy wskazują brak źródeł egipskich dokumentujących jakąkolwiek serię plag czy masowy exodus niewolników, zwłaszcza w okresie wskazanym w Biblii.

Obecne odkrycia wzdłuż Nilu sugerują jednak, że sceptycy mogą się mylić. Czy rzeczywiście mogą istnieć dowody, że opisane w Biblii dzieje Mojżesza – wielka ucieczka z Egiptu, cuda i klątwy – zdarzyły się naprawdę? Czy dziesięć plag egipskich rzeczywiście się pojawiło? Niepokojące odpowiedzi znalezione na tych stronach są oparte na faktach tak solidnych, jak nazwa Izrael wyrzeźbiona na steli syna Ramzesa Wielkiego.

A jeśli plagi egipskie pojawiły się naprawdę – to czy mogą się powtórzyć, i to na skalę światową?

Odpowiedź brzmi przerażająco – tak.

Zapiski naukowe

Klimat jest tym, czego się spodziewamy, a pogoda tym, co dostajemy.

przypisywane Markowi Twainowi

Ostatnio robi się coraz cieplej – rośnie nie tylko średnia temperatura globalna, ale też temperatura debaty o zmianie klimatu. W ciągu ostatnich kilku lat pytanie „Czy klimat naprawdę się zmienia?” ustąpiło innemu: „Co powoduje zmiany i czy można cokolwiek z tym zrobić?”. Wielu byłych sceptyków dziś uznaje, że z naszą planetą dzieje się coś złego, następuje regresja lodowców, grenlandzki pak lodowy znika w zawrotnym tempie, oceany się ocieplają. Pogoda staje się bardziej ekstremalna – od długotrwałych susz po potężne powodzie. Jak doniesiono w lutym 2016 roku, Alaska doświadczyła drugiej najcieplejszej zimy w całej historii pomiarów meteorologicznych – z temperaturą ponad pięć stopni Celsjusza powyżej średniej – a w maju tego samego roku pomiary satelitarne ujawniły, że arktyczna pokrywa lodowa skurczyła się do rekordowo małych rozmiarów.

Jeszcze bardziej przerażające pytanie poruszone w tej powieści brzmi: „Co będzie dalej?”. Niewiele się mówi o odpowiedzi, która jest zaskakująca, ale oparta na konkretnych dowodach i nauce – i, co najbardziej szokujące, to już się kiedyś stało. Niezależnie od tego, czy ktoś wierzy w historie z Biblii, czy też nie, zawsze lepiej wiedzieć, co nas czeka. Czas poznać zdumiewającą prawdę o przyszłości naszej planety.

Pan powiedział do Mojżesza: „Mów do Aarona: Weź laskę swoją i wyciągnij rękę na wody Egiptu, na jego rzeki i na jego kanały, i na jego stawy, i na wszelkie jego zbiorowiska wód, a zamienią się w krew. I będzie krew w całej ziemi egipskiej, w naczyniach drewnianych i kamiennych”.

Księga Wyjścia 7,19

Zaprzeczenie to nie tylko rzeka w Egipcie2.

Mark Twain

Wiosna, 1324 r. p.n.e.Pustynia Nubijska, południowy Egipt

Najwyższa kapłanka klęczała naga na piasku. Wiedziała, że nadszedł czas. Znaki stawały się coraz wyraźniejsze, liczniejsze i coraz bardziej złowróżbne. Na zachodzie burza piaskowa pięła się ku słońcu, trzaskając błyskawicami i obracając błękitne niebo w pylistą ciemność.

Wróg prawie do nich dotarł.

Przygotowując się, Saba zgoliła wszystkie włosy, nawet brwi nad umalowanymi oczami. Wykąpała się w wodach dwóch rzek, które płynęły na północ z głębi pustyni i łączyły się w tej świętej konfluencji, by utworzyć potężną rzekę, przez starożytnych królów heqa chaset zwaną Nahal. Wyobraziła sobie jej kręty bieg, gdy płynęła obok Luksoru, Teb i Memfis w drodze do wielkiego błękitnego morza za żyzną deltą.

Nigdy nie widziała tamtych stron, ale słyszała opowieści.

O naszym starym domu, o miejscu zielonych pól i palm i o życiu rządzonym przez regularne wylewy Nahalu…

Lud Saby porzucił tamte ziemie przed ponad stu laty, uciekając przed plagami, głodem i śmiercią, ścigany przez już od dawna nieżyjącego faraona. Większość innych plemion zamieszkujących deltę szukała schronienia na wschodnich pustyniach, podbijając tamtejsze ziemie i tworząc własne królestwo – ale plemię Saby zasiedliło tereny leżące dalej na południe wzdłuż rzeki, w pobliżu wioski Dżeba w Thes-Hor, drugiej nomie Górnego Egiptu zwanej Tronem Horusa.

W czasie ciemności i śmierci jej plemię przeniosło się poza zasięg egipskiego królestwa, na Pustynię Nubijską. Byli ludem uczonych i skrybów, kapłanów i kapłanek, strażnikami wielkiej wiedzy. Uciekli na pustkowia Nubii, żeby chronić tę wiedzę podczas burzliwych czasów, które nastały po plagach, kiedy Egipt został najechany i opanowany przez cudzoziemców ze wschodu, dzikich ludzi z szybszymi ryd­wanami i silniejszą bronią z brązu, podbijających osłabione egipskie miasta ledwie jedną wypuszczoną strzałą.

Ale mroczny czas dobiegał końca.

Egipt powstawał; wypędził najeźdźców, zbudował pomniki swoich licznych zwycięstw i przesunął granicę w kierunku Nubii.

– Hemet neczer – szepnął za nią młody mężczyzna o imieniu Tabor, wyczuwając jej rozpacz albo tylko próbując jej przypomnieć o roli hemet neczer, boskiej dziewicy. – Musimy już iść.

Zrozumiała i wstała z klęczek.

Tabor spoglądał na szalejącą na zachodzie burzę, która wyraźnie była źródłem jego zmartwienia. Saba popatrzyła na północ i zauważyła smużkę dymu, oznaczającą zniszczenie miasta leżącego przy piątej katarakcie Nahalu – najnowszego podboju egipskiej armii. Wkrótce te same siły dotrą tutaj.

Zanim to się stanie, Saba wraz z innymi ze swojej kasty musi ukryć to, co chronili od ponad wieku, cud niepodobny do innych: błogosławiony przez boga lek ukryty w sercu klątwy.

Widząc, jak Egipcjanie, zajmując miasto po mieście, prą na północ i zagarniają tereny leżące wzdłuż rzeki, już tysiąc dni temu podjęli przygotowania polegające głównie na aktach oczyszczania się przed ostatecznym przeobrażeniem w nieśmiertelne naczynia bożego błogosławieństwa.

Saba, poprowadziwszy wielu swoich braci i sióstr na obraną ścieżkę, jako ostatnia miała przejść przemianę. Jak oni, rok temu wyrzekła się prosa i wszelkich innych zbóż; jadła tylko orzechy, jagody i korę drzew i piła napar z żywicy dostarczonej tu z obcych krajów. Z biegiem czasu wychudła jak szkielet, miała ziemistą cerę, jej piersi i pośladki pomarszczyły się i obwisły. Choć miała tylko trzydzieści lat, potrzebowała silnych pleców i ramion Tabora, żeby pomógł jej wstać, a nawet włożyć płócienną szatę.

Gdy odchodzili od zbiegu rzek, Saba patrzyła, jak burza piaskowa niepowstrzymanie sunie w ich stronę, przeszywana błyskawicami zrodzonymi w kłębiącej się chmurze pyłu. Czuła energię płynącą przez pustynię. Wyczuwała ją węchem w powietrzu; czuła, jak porusza włos­kami na jej ramionach. Z wolą boską te same piaski pomogą ukryć ich dzieło, pogrzebią je pod naniesionymi przez wiatr wydmami.

Ale najpierw Saba i jej towarzysze muszą dotrzeć do dalekich wzgórz.

Skupiła się na stawianiu jednej stopy przed drugą. Obawiała się, że za długo zwlekała przy rzece. Zanim dotarli do głębokiego wąwozu pomiędzy dwoma wzgórzami, burza ich dopędziła, wyjąc i szorując palącym piaskiem nieosłoniętą skórę.

– Szybciej, pani – ponaglał Tabor, niemal ją niosąc.

Palce stóp Saby muskały ziemię, wypisując nieczytelne błagalne hieroglify.

Nie wolno mi upaść…

Zniknęli w ciemnym wejściu i pospieszyli na dół długim, stromym korytarzem do cudu wyciętego w piaskowcu. Pochodnie oświet­lały drogę, cienie tańczyły w ich blasku. Światło powoli ujawniało ukryte dzieło rzemieślników i uczonych, którzy ręka w rękę pracowali od ponad siedmiu dziesięcioleci.

Tabor pomógł jej przejść nad kamiennymi zębami i po języku wyrzeźbionym z nadzwyczajną dbałością o szczegóły. Komora przed nimi dzieliła się na dwa tunele: jeden prowadził w dół, w kierunku kamiennego brzucha, a drugi, z małymi półkolistymi wypukłościami, do ogromnej klatki piersiowej.

W wielkim pośpiechu obrali tę drugą trasę.

Wspierana przez Tabora Saba, idąc, wyobrażała sobie podziemny kompleks rozciągający się głęboko pod tymi wzgórzami. Nadano mu formę leżącej postaci. Rzeźba nie miała zewnętrznej strony – wewnątrz pieczołowicie wycięto z piaskowca wszystkie wewnętrzne narządy ludzkiego ciała, od wątroby i nerek po pęcherz i mózg.

Pod wzgórzami kasta Saby stworzyła swojego kamiennego boga, dość dużego, żeby urządzić w nim dom i użyć jego ciała jako naczynia do zachowania tego, co musiało być chronione.

Teraz ja muszę uczynić z mojego ciała świątynię wielkiego boskiego błogosławieństwa, pomyślała.

Tabor zaprowadził ją do miejsca, gdzie żebrowany korytarz rozdzielał się na dwa mniejsze tunele, jak tchawica w jej piersi. Gdy skręcili w lewo, lekko się pochylili, żeby nie uderzać głowami o rzeźbiony strop. Nie musieli jednak iść daleko.

Światło pochodni przed nimi pojaśniało, kiedy tunel doprowadził ich do rozleglej komory o stropie wspartym na kamiennych żebrach, które sięgały w górę do potężnego kręgosłupa. Pośrodku komory spoczywało kamienne serce, cztery razy wyższe od niej, oddane w idealnej symetrii, z wachlarzem wielkich wyrzeźbionych naczyń krwionośnych.

Spojrzała na garstkę nubijskich sług czekających na nią na klęczkach, a potem na kolumnadę wykutych w skale kamiennych żeber. Pomiędzy nimi znajdowały się zamurowane cegłami nisze. Były to groby jej braci i sióstr, którzy odeszli w przyszłość przed nią. Wyobraziła sobie, jak siedzą albo na wpół leżą na krzesłach, podczas gdy ich ciała powoli kończą akt przeobrażenia, stając się naczyniami błogosławieństwa.

Jestem ostatnia… wybrana dziewica Boga.

Odwróciła się ku kamiennemu sercu. Małe wejście prowadziło do jednej z komór, nadzwyczaj zaszczytnego miejsca.

Uwolniła się z ramion Tabora i zrobiła kilka kroków, o własnych siłach podchodząc do otworu. Nisko spuściła głowę i weszła do środka. Wyprostowała się i namacała zimną skałę. Wewnątrz czekał na nią srebrny tron; kiedy usiadła, poczuła, że też jest zimny. Z boku stała miska wyrzeźbiona z lapis-lazuli, aż po posrebrzany brzeg wypełniona wodą. Saba podniosła ją i postawiła na udach.

Tabor pochylił się w stronę otworu, zbyt zbolały, żeby przemówić, ale z łatwością odczytała wyraz jego twarzy, pełnej żalu, nadziei i strachu. Takie same emocje wezbrały w jej piersi – wraz z niemałymi wątpliwościami. Mimo to skinęła głową.

– Niechaj się dokona.

Po jego twarzy widać było, że Tabor toczy ze sobą bitwę, lecz odpowiedział skinieniem głowy i ukłonem.

Podeszli inni słudzy, żeby zamurować wejście cegłami z mułu i trawy. Zapadała ciemność, ale w resztkach światła pochodni spojrzała na misę i dostrzegła ciemny połysk. Woda miała głęboki szkarłatny kolor. Wiedziała, co trzyma w dłoniach. Misa zawierała wodę z Nahalu zaczerpniętą w czasach, kiedy rzeka została przeklęta i spłynęła krwią. Kasta Saby przechowywała tę pochodzącą sprzed wieków przeklętą wodę – wraz z zawartym w niej błogosławieństwem.

Gdy położono ostatnią cegłę, nagle zaschło jej w gardle. Słuchała, jak słudzy pokrywają cegły warstwą mułu. Słyszała też chrobot drewna piętrzonego wokół kamiennego serca.

Zamknęła oczy, wiedząc, co zaraz nastąpi.

W wyobraźni ujrzała pochodnie zapalające drewno.

Powoli nadeszło potwierdzenie – kamień pod stopami Saby się rozgrzał. Wkrótce powietrze w sercu – już i tak duszne – zrobiło się gorące. Wilgoć wyschła do ostatniej kropli, uciekając kominem wyrzeźbionych naczyń krwionośnych. Po chwili Saba odniosła wrażenie, że oddycha gorącym piaskiem. Syknęła, gdy kamień sparzył podeszwy jej stóp. Nawet srebrny tron był gorący jak krawędź grzbietu wydmy w letnim słońcu.

A jednak siedziała w milczeniu. Ci na zewnątrz z pewnością już wychodzili z podziemnego świata, szczelnie zamykając drogę za sobą. Opuszczą te tereny pod osłoną burzy, znikną na zawsze, a pustynia zatrze wszelkie dowody istnienia tego miejsca.

Gdy Saba czekała na swój koniec, łzy płynęły jej z oczu i wysychały na policzkach. Świadoma, co ją czeka, szlochała z bólu, rozchylając spękane usta. Nagle ciemność rozproszył łagodny blask. Bił z miski spoczywającej na jej kolanach; wirował w szkarłatnej wodzie, delikatnie migocząc.

Pomyślała, że może to przywidzenie spowodowane bólem, ale znalazła pociechę w tym blasku. Dał jej siłę do wypełnienia ostatniego aktu.

Podniosła misę do ust i zaczęła łapczywie pić. Życiodajna woda spłynęła w głąb jej spieczonego gardła i wypełniła skurczony żołądek.

Gdy Saba opuściła pustą miskę, żar wewnątrz kamiennego serca stał się nie do zniesienia. Cierpiała katusze, a jednak się uśmiechała, wiedząc, czym się stała.

Jestem twoim naczyniem, Panie… teraz i na wieki.

Nowy Jork, Stany Zjednoczone2 marca 1895 r., godzina 21.34 czasu miejscowego

To mi się bardziej podoba…

Mając cel na oku, Samuel Clemens – bardziej znany pod pseudonimem literackim Mark Twain – prowadził opierającego się towarzysza przez park Gramercy. Światła gazowe przed nimi przyzywały ich na drugą stronę ulicy, oświetlając kolumny, portyk i żelazne balustrady Players Club. Obaj byli członkami tego ekskluzywnego przybytku.

Przyciągany obietnicą śmiechu, humoru i dobrego towarzystwa, Twain przyspieszył; stawiał długie zdecydowane kroki, wlokąc za sobą chmurę dymu z cygara w rześkim nocnym powietrzu.

– Co ty na to, Nikola?! – zawołał przez ramię do swojego towarzysza. – Wedle mojego zegarka i żołądka, w Players jeszcze podają kolację. A jeśli nawet nie, odrobina brandy będzie się komponować z moim cygarem.

Młodszy prawie o dwadzieścia lat, wąsaty Nikola Tesla był w znoszonym garniturze z marynarką wyświechtaną na łokciach. Rozglądając się, co chwilę odgarniał z czoła ciemne włosy. Kiedy był podenerwowany, jak teraz, mówił z wyraźnym serbskim akcentem.

– Samuelu, mój drogi, jest późno, a ja jeszcze nie skończyłem pracy w laboratorium. Jestem ci wdzięczny za bilety do teatru, ale powinienem już iść.

– Bzdura! Nadmiar pracy robi z człowieka nudziarza.

– W takim razie ty musisz być nad wyraz ekscytujący… bo wiedziesz skrajnie próżniacze życie.

Twain obejrzał się i fuknął.

– Może tego nie wiesz, ale pracuję nad następną książką – oznajmił.

– Niech zgadnę. – Nikola uśmiechnął się krzywo. – Huck Finn i Tom Sawyer pakują się w kolejne tarapaty.

– Gdyby tylko te huncwoty chciały! – Twain roześmiał się, przyciągając spojrzenie jakiegoś przechodnia. – Wtedy może mógłbym spłacić wierzycieli.

Starał się trzymać w tajemnicy fakt, że w ubiegłym roku ogłosił bankructwo i przekazał wszystkie prawa autorskie do swoich książek żonie, Olivii. Planował wyruszyć na roczne tournée z odczytami po Stanach i Europie, żeby spłacić długi.

Wzmianka o pieniądzach zepsuła nastrój. Pluł sobie w brodę, że wspomniał o finansach. Wiedział, że Nikola ma podobne problemy, mimo że był prawdziwym geniuszem, człowiekiem wszechstronnie utalentowanym, wynalazcą, inżynierem elektrykiem i fizykiem. Twain spędził wiele popołudni w jego laboratorium przy Piątej Alei i szybko zostali przyjaciółmi.

– No, może na jednego drinka – ustąpił z westchnieniem Nikola.

Ruszyli przez ulicę w kierunku portyku pod syczącymi lampami gazowymi. Zanim dotarli do wejścia, ktoś wyłonił się z cieni i zaszedł im drogę.

– Dzięki Bogu! – krzyknął. – Portier powiedział, że może przyjdziesz.

Twain, przez chwilę zaskoczony, w końcu rozpoznał mężczyznę. Zdziwiony i uradowany, poklepał po ramieniu starego przyjaciela.

– Miło cię widzieć, Stanley! Co tu porabiasz? Myślałem, że wciąż jesteś w Anglii.

– Wróciłem wczoraj.

– Cudownie! Zatem uczcijmy twój powrót zza Atlantyku, wychylając jedną czy dwie szklaneczki. Może nawet trzy.

Twain chciał pociągnąć ze sobą obu mężczyzn, ale Stanley zatrzymał go przed progiem.

– Jak rozumiem – zaczął – masz dojście do Thomasa Edisona.

– Ch… Chyba tak – odparł z wahaniem Twain, doskonale wiedząc o głęboko zakorzenionym konflikcie pomiędzy Edisonem i Nikolą Teslą.

– Mam pilną sprawę do przedyskutowania z wynalazcą i chcę mu coś pokazać. To zadanie zlecone mi przez Koronę.

– Naprawdę? Brzmisz bardzo tajemniczo!

– Może mógłbym pomóc – zaproponował Nikola.

Ponieważ on i Stanley się nie znali, Twain przedstawił ich sobie.

– Nikola, to Henry Morton Stanley, niebawem, jeśli pogłoska się sprawdzi, sir Stanley, sławny nie tylko jako badacz, ale również wychwalany za odnalezienie Davida Livingstone’a, podróżnika zaginionego w sercu Czarnej Afryki.

– Ach… – mruknął Nikola. – Teraz sobie przypominam, zwłaszcza słowa, jakimi pan go powitał: „Doktor Livingstone, jak mniemam?”.

Stanley jęknął.

– Nigdy tak nie powiedziałem.

Twain z uśmiechem obrócił się w stronę drugiego przyjaciela.

– A to Nikola Tesla, taki sam geniusz jak Edison, a może nawet większy.

Stanley szeroko otworzył oczy.

– Oczywiście, powinienem pana rozpoznać.

Blade policzki Nikoli lekko poróżowiały.

– Więc – zaczął Twain – jaką to ważną misję zleciła ci Korona Brytyjska?

Henry Morton Stanley wilgotną dłonią przegarnął rzedniejące siwe włosy.

– Jak wiesz, Livingstone zaginął w Afryce, szukając źródeł Nilu. Sam ich kiedyś szukałem.

– Tak, podobnie jak wielu innych Brytyjczyków. Najwyraźniej dla was wszystkich to cel dorównujący znalezieniu Świętego Graala.

Stanley zmarszczył brwi, lecz nie zaprzeczył.

Twain przypuszczał, że przyczyną tych poszukiwań była nie tyle ciekawość, ile brytyjskie ambicje kolonialne w Afryce, ale nie powiedział tego głośno, z obawy że może odstraszyć przyjaciela, zanim ten powie coś więcej o swojej tajemniczej misji.

– Skąd zainteresowanie Korony Brytyjskiej źródłami Nilu? – spytał.

Stanley przyciągnął go bliżej i wyjął z kieszeni niewielki przedmiot. Była to szklana fiolka zawierająca ciemną ciecz.

– Niedawno znaleziono to wśród rzeczy pozostałych w posiad­łości Davida Livingstone’a. Doktor uratował chorego syna nubijskiego wojownika, a ten w podzięce ofiarował mu starożytny amulet, zapieczętowane woskiem naczynko z wyrzeźbionymi hieroglifami. Ta fiolka zawiera próbkę znalezionej w talizmanie wody, która, jak twierdził wojownik, pochodzi z samego Nilu.

Twain wzruszył ramionami.

– Dlaczego to takie ważne?

Stanley odsunął się i podniósł fiolkę ku światłu latarni. W migot­liwym blasku płyn jarzył się głębokim szkarłatem.

– Z zapisków Livingstone’a wynika, że woda pochodzi sprzed tysięcy lat. Podobno zaczerpnięto ją ze starożytnego Nilu, kiedy woda w rzece przemieniła się w krew.

– Przemieniła się w krew? – powtórzył Nikola. – Jak w Starym Testamencie?

Twain uśmiechnął się, podejrzewając, że Stanley, który dobrze wiedział o jego pogardzie dla religii, stroi z niego żarty. Mieli za sobą wiele gorących dyskusji na ten temat.

– Twierdzisz, że to pamiątka po biblijnej pladze, pierwszej z dziesięciu, które Mojżesz zesłał na Egipcjan?

Wyraz twarzy Stanleya wcale się nie zmienił.

– Wiem, jak to brzmi – powiedział.

– To niemożliwe…

– Nie żyje dwudziestu dwóch członków Królewskiego Towarzystwa Geograficznego. Zmarli, kiedy po raz pierwszy otworzono nubijski talizman i badano jego zawartość w laboratorium.

Zapadła pełna oszołomienia chwila ciszy.

– Jak zmarli? – zapytał w końcu Nikola. – To trucizna?

Stanley pobladł. Człowiek, który nieustraszenie stawiał czoło najgroźniejszym bestiom, wysysającej siły gorączce i dzikim kanibalom, teraz wyglądał na przerażonego.

– Nie trucizna.

– Zatem co? – dociekał Twain.

– Klątwa. Plaga z zamierzchłej przeszłości – odparł ze śmiertelną powagą Stanley, zaciskając fiolkę w dłoni. – Pozostałość po starożytnym gniewie, jaki Bóg wylał na Egipcjan… Ale to dopiero początek, jeśli nie powstrzymamy tego, co nadchodzi.

– Co można zrobić? – zapytał Twain.

Stanley zwrócił się do Nikoli:

– Musi pan popłynąć do Anglii.

– Po co? – chciał wiedzieć Twain.

– Żeby powstrzymać następną plagę.

CZĘŚĆ PIERWSZAMUMIFIKACJAΣ

1

TeraźniejszośćKair, Egipt28 maja, godzina 11.32 czasu miejscowego

Po nerwowym zachowaniu koronera Derek Rankin poznał, że coś jest nie w porządku.

Doktor Badawi lekko się ukłonił i wskazał ręką drzwi windy.

– Proszę ze mną.

Gdy ich prowadził, Derek zerknął na swoje dwie towarzyszki, niepewny, jak poradzą sobie na ostatnich etapach tej ponurej podróży. Starsza z nich, Safia al-Maaz, była o głowę wyższa od swojej koleżanki z pracy, Jane McCabe. Przylecieli tu dziś rano z Londynu prywatnym odrzutowcem; gdy tylko wylądowali na lotnisku w Kairze, błyskawicznie przewieziono ich do miejskiego prosektorium, nijakiego kompleksu niebieskich budynków o rzut kamieniem od Nilu.

Gdy szli za lekarzem, Safia opiekuńczo, po matczynemu obejmowała swoją dwudziestojednoletnią koleżankę.

Derek podchwycił jej spojrzenie i popatrzył na nią tak, jakby pytał, czy Jane to zniesie.

Safia odetchnęła głęboko i skinęła głową. Była jego szefową, starszym kustoszem w Muzeum Brytyjskim. Zaczął tam pracę cztery lata temu na skromnym stanowisku asystenta. Był bioarcheologiem koncentrującym się na badaniu stanu zdrowia ludzi w przeszłości. Na podstawie uzębienia, szkieletów i szczątków tkanki próbował dokonać bardziej kompleksowej oceny kondycji fizycznej starożytnych; czasami nawet udawało mu się ustalić przyczynę śmierci. Wcześniej, jako pracownik naukowo-dydaktyczny University College London, zajmował się epidemiami, łącznie z czarną śmiercią w Europie, a także klęską wielkiego głodu w Irlandii.

W ramach obecnego projektu prowadzonego w Muzeum Brytyjskim badał mumie znalezione na terenach wokół szóstej katarakty Nilu w Sudanie, gdzie budowano nową zaporę. W tej pustynnej strefie nieczęsto prowadzono badania naukowe, ale podczas budowy tamy Sudańskie Towarzystwo Archeologiczne zwróciło się do Muzeum Brytyjskiego z prośbą o pomoc w ratowaniu archeologicznych skarbów, zanim nadrzeczne tereny zostaną zalane. W ciągu kilku ostatnich miesięcy udało się ocalić wiele zabytków, łącznie ze złożoną z trzystu dziewięćdziesięciu bloków małą nubijską piramidą, którą rozłożono i przeniesiono w bezpieczne miejsce.

Do Kairu sprowadził ich właśnie ten projekt, przez wielu uważany za przeklęty, odkąd dwa lata temu szef ekspedycji wraz z całym zespołem badawczym zaginął bez śladu. Po miesiącach poszukiwań uznano, że przyczyną zaginięcia grupy były działania przestępcze, które w tym regionie nasiliły się w wyniku niepokojów politycznych po Arabskiej Wiośnie. Wprawdzie połowę zespołu stanowili Sudańczycy, ale dla cudzoziemców zapuszczanie się na odludzia, gdzie rządzili bandyci i rebelianci, było skrajnie niebezpieczne. Brano pod uwagę akt terrorystyczny, chociaż żadne ugrupowanie nie przyznało się do niego; nikt nie wysunął żądań okupu.

Ta strata wstrząsnęła całym muzeum. Szef zespołu, profesor Harold McCabe, z powodu trudnego charakteru może nie cieszył się sympatią, ale był szanowanym archeologiem. Derek postanowił wziąć udział w projekcie ratowania zabytków właśnie przez wzgląd na zaangażowanie McCabe’a. Profesor był jego wykładowcą i mentorem podczas pierwszych lat pracy w University College London, a nawet pomógł mu uzyskać stypendium.

Tak więc śmierć tego człowieka głęboko nim wstrząsnęła – chociaż nie tak głęboko jak najmłodszym członkiem ich grupy.

Gdy wsiedli do windy, Derek przyglądał się Jane McCabe. Dziewczyna stała z rękami skrzyżowanymi na piersi, z nieobecnym spojrzeniem. Była córką profesora. Derek zauważył kropelki potu na jej czole i nad górną wargą. Dzień był gorący i klimatyzacja w prosektorium w niewielkim stopniu łagodziła upał, ale Derek przypuszczał, że pot jest skutkiem nie tyle temperatury, ile strachu na myśl o czekającym ją zadaniu.

Safia dotknęła łokcia dziewczyny, zanim drzwi windy się zamknęły.

– Jane, możesz zaczekać tutaj. Znałam twojego ojca na tyle dobrze, że mogę go zidentyfikować.

Derek pokiwał głową na znak, że się z nią zgadza, i przytrzymał zamykające się drzwi.

Spojrzenie Jane stwardniało.

– Muszę to zrobić – rzuciła. – Po dwóch latach niepewności… czekania na wiadomości o losie ojca i brata… nie mam zamiaru… – Głos jej się załamał, co chyba tylko ją zirytowało. Jej starszy brat, Rory, towarzyszył ojcu podczas ekspedycji i zniknął wraz z pozostałymi, zostawiając ją samą na świecie. Matka zmarła sześć lat temu po długiej walce z rakiem jajników.

Jane strąciła z ramienia rękę Dereka i drzwi kabiny się zamknęły.

Safia cicho westchnęła, wyraźnie godząc się z decyzją dziewczyny.

Derek nie spodziewał się po córce profesora innej reakcji. Była bardzo podobna do ojca: uparta, samowolna i genialna. Znał ją tak długo, jak jej ojca. Kiedy się poznali, miała szesnaście lat i już studiowała na UCL. W wieku dziewiętnastu lat zrobiła doktorat z antropologii i obecnie uczestniczyła w programie podoktoranckim, zdecydowana pójść w ślady ojca.

Co, niestety, w końcu doprowadziło ją tutaj.

Gdy winda zjeżdżała, Derek przyglądał się kobietom. Łączyło je zamiłowanie do historii starożytnej, ale nie mogłyby bardziej się różnić. Safia miała skórę w kolorze jasnej mokki i długie ciemne włosy wskazujące na bliskowschodnie pochodzenie. Była skromnie ubrana, w ciemne spodnie i jasnoniebieską bluzkę z długimi rękawami; na głowę luźno zarzuciła chustę. Mówiła łagodnym głosem i wykazywała się niezwykłym spokojem, mimo to z łatwością potrafiła przykuć uwagę. W zielonych jak szmaragdy oczach miała coś, co w razie potrzeby mogło wymusić bezwzględne posłuszeństwo.

Jane natomiast była bardzo podobna do swojego ojca, Szkota. Miała ogniście rude włosy, ścięte po męsku, i równie ognisty temperament. Derek słyszał opowieści o tym, jak rozstawiała po kątach studentów, a czasami nawet wykładowców, gdy się z nią nie zgadzali. W oczywisty sposób była nieodrodną córką ojca, chociaż po latach spędzonych pod pustynnym słońcem Harold McCabe miał pomar­szczoną, ogorzałą twarz, podczas gdy gładka cera Jane, która przesiadywała w uniwersyteckich bibliotekach, była wyjątkowo blada. Drobne piegi na nosie i policzkach dodawały jej dziewczęcego uroku, co wiele osób błędnie brało za naiwność.

Derek wiedział swoje.

Winda się zatrzymała. Gdy drzwi się otworzyły, do kabiny wpłynął gryzący zapach wybielacza, który niezupełnie maskował woń rozkładu. Doktor Badawi, w długim do kolan białym fartuchu laboratoryjnym, poprowadził ich korytarzem o pobielonych wapnem betonowych ścianach, z podniszczonym linoleum na podłodze. Szedł pospiesznie – wyraźnie chciał załatwić tę sprawę jak najszybciej – widać było, że coś go martwi.

Na końcu korytarza rozchylił grubą foliową zasłonę i wszedł do niewielkiego pomieszczenia. Derek i jego towarzyszki podążyli za nim. Pośrodku stał stół ze stali nierdzewnej, na którym pod wykroch­malonym prześcieradłem leżały zwłoki.

Jane upierała się, żeby tu przyjść, ale teraz przystanęła niepewnie tuż za progiem. Safia z nią została, a Derek podszedł za koronerem do stołu. Usłyszał, jak dziewczyna niewyraźnie mówi, że nic jej nie jest.

Badawi zerknął na kobiety, nerwowo stukając w stalową wagę wiszącą obok stołu.

– Wydaje mi się, że pan powinien zobaczyć pierwszy – szepnął. – Może nie wypada, żeby panie przebywały tu w tej chwili.

Jane go usłyszała i natychmiast zareagowała na zawoalowaną mizoginię.

– Nie. – Podeszła z Safią do stołu. – Muszę wiedzieć, czy to na pewno mój ojciec.

Derek z jej miny wyczytał coś więcej. Po latach niepewności i złudnych nadziei chciała odpowiedzi, wyjaśnienia. Ale przede wszystkim chciała pozwolić odejść duchowi ojca.

– Miejmy to już za sobą – ponagliła ich Safia.

Badawi lekko skłonił głowę i podniósł prześcieradło, odsłaniając głowę i nagi tors.

Derek wciągnął ze świstem powietrze i cofnął się o krok. Jego pierwszą reakcją było zaprzeczenie. To nie może być Harold McCabe. Ciało przywodziło na myśl szczątki wykopane z piasków, w których spoczywały przez stulecia. Skóra na twarzy i żebrach wyglądała jak zassana od środka. Co dziwniejsze, miała kolor ciemnego orzecha ze lśniącą powierzchnią, jakby została polakierowana. Po chwilowym szoku zwrócił uwagę na siwiejące rude włosy, na taki sam zarost na brodzie i policzkach i zdał sobie sprawę, że to profesor.

Jane też go rozpoznała.

– Tato…

Derek się obejrzał. Rozpacz i cierpienie wykrzywiały rysy dziewczyny. Odwróciła się i przytuliła do Safii. Ta była niemal tak samo zrozpaczona jak ona. Znała Harolda McCabe’a znacznie dłużej niż Derek. Ale oprócz bólu dostrzegł zmarszczkę na jej czole znamionującą zaskoczenie.

Wiedział, co ją tak zdziwiło.

– Myślałem, że profesor McCabe żył, gdy odnaleziono go dziesięć dni temu – zwrócił się do koronera.

Badawi przytaknął ruchem głowy.

– Znalazła go rodzina nomadów, gdy brnął przez pustynię, jakiś kilometr od miasteczka Rufaa. – Spojrzał ze współczuciem na Jane. – Zabrali go tam na wózku, ale umarł w drodze, zanim otrzymał jakąkolwiek pomoc medyczną.

– To nie ma sensu – rzuciła Safia. – Zwłoki wyglądają tak, jakby zgon nastąpił znacznie wcześniej.

Derek w duchu przyznał jej rację. Skierował uwagę z powrotem na stół, zaintrygowany kolejną zagadką.

– Mówi pan, że ciało przywieziono tu ciężarówką dwa dni temu i że nikt go nie balsamował, tylko owinięto je w folię. Czy to była ciężarówka chłodnia?

– Nie, ale zwłoki zostały umieszczone w chłodni natychmiast po dostarczeniu do kostnicy.

– Osiem dni w wysokiej temperaturze… – Derek spojrzał na Safię – a nie widzę wielu śladów rozkładu. Ani znaczącego wzdęcia, ani pęknięć skóry. Zwłoki wyglądają niemal na zakonserwowane.

Jedynym uszkodzeniem było nacięcie w kształcie litery Y, zrobione podczas autopsji. W drodze z Londynu Derek przeczytał raport koronera. Nie stwierdzono przyczyny śmierci, ale najbardziej prawdopodobne wydawało się odwodnienie połączone z oddziaływaniem słońca i upału. Co niewiele mówiło o wcześniejszych losach profesora.

Gdzie był przez cały ten czas?

Safię nurtowało to samo pytanie.

– Czy ta rodzina nomadów udzieliła jeszcze jakichś informacji? – zapytała. – Czy profesor wyjaśnił im, gdzie przebywał, zanim znaleźli go na pustyni? Powiedział coś o losie swojego syna i innych członków ekspedycji?

Badawi spuścił wzrok, gdy jej odpowiadał.

– Nic, co miałoby sens. Był osłabiony i majaczył, a ludzie, na których się natknął, znają tylko sudański dialekt arabskiego.

– Mój ojciec biegle władał wieloma arabskimi dialektami – wtrąciła Jane.

– To prawda – przytaknęła Safia. – Z pewnością był w stanie porozumieć się przed śmiercią…

Koroner westchnął.

– Nie napisałem tego w raporcie, ale jeden z nomadów twierdził, że profesor McCabe mówił o tym, że został połknięty przez olbrzyma.

Safia uniosła brwi.

– Połknięty przez olbrzyma?

Badawi wzruszył ramionami.

– Jak wspomniałem, był poważnie odwodniony, prawdopodobnie majaczył.

– I nic więcej? – zapytała Safia.

– Tylko jedno słowo, mamrotane bez końca, gdy wieziono go do Rufaa.

– Jakie to słowo?

Spojrzał na młodą kobietę stojącą obok Safii.

– Jane.

Dziewczyna zesztywniała, zbolała i zagubiona.

Gdy Safia ją pocieszała, Derek wykorzystał chwilę na ostrożne zbadanie ciała. Ścisnął w palcach skórę i sprawdził jej elastyczność. Wydawała się nienaturalnie zgrubiała, prawie twarda. Podniósł kościstą rękę i obejrzał paznokcie, które miały dziwny żółty odcień.

– W raporcie napisał pan, że żołądek zawierał kamyki, wszystkie tej samej wielkości i w tym samym kształcie – zwrócił się do Badawiego.

– Tak. Mniej więcej wielkości przepiórczych jaj.

– Znalazł pan również kawałki czegoś, co uznał za korę drzewa.

– Owszem. Podejrzewam, że z głodu jadł wszystko, co znalazł na pustyni, być może chcąc zmniejszyć skurcze głodowe żołądka.

– A może obecność kamyków i kory ma inny powód.

– Jaki? – wtrąciła się Safia, obejmując Jane.

Derek się cofnął.

– Trzeba będzie przeprowadzić więcej testów, żebym mógł potwierdzić moje podejrzenia. Biopsja skóry, na pewno badanie toksykologiczne treści żołądka… – W myśli przebiegał wszystko, co chciał zrobić. – Ale najważniejsze jest skanowanie mózgu.

– Co myślisz? – spytała Safia.

– Stan zwłok, ich starożytny wygląd, osobliwe zakonserwowanie szczątków… Myślę, że profesor McCabe został zmumifikowany.

Badawi wzdrygnął się, zarówno zaskoczony, jak i dotknięty.

– Mogę pana zapewnić, że nikt nie balsamował zwłok tego człowieka po śmierci. Nikt by się nie ośmielił.

– Źle mnie pan zrozumiał, doktorze Badawi. Wcale nie uważam, że profesor McCabe został zmumifikowany po śmierci. – Spojrzał na Safię. – Zrobiono to, kiedy jeszcze żył.

Godzina 16.32

Pięć godzin później Derek pochylał się nad szeregiem ekranów komputerowych. Okna nad jego głową wychodziły na salę, w której stał długi stół i wielki biały aparat do rezonansu magnetycznego.

Z powodu biurokratycznych opóźnień zwłoki profesora McCabe’a mogli zabrać do Anglii dopiero następnego dnia, chciał więc uzyskać jak najwięcej informacji, zanim nastąpi dalszy rozkład ciała. Już miał wycinki skóry i próbki włosów, kazał też koronerowi zapakować do hermetycznego pojemnika dziwną zawartość żołądka: kamienie wielkości przepiórczych jaj i kawałki czegoś, co wyglądało na niestrawioną korę. Dzięki Badawiemu mógł skorzystać z aparatu MRI w pobliskim szpitalu.

Właśnie przeglądał wyniki drugiego badania. Na ekranie widniało zdjęcie głowy McCabe’a zrobione w płaszczyźnie przystrzałkowej, ukazujące przekrój boczny. Łuk czaszki, kość nosowa i oczodoły były wyraźnie zarysowane przez siły magnetyczne i fale radiowe, ale sam mózg wyglądał jak jednorodna szara maź. Nie tego Derek się spodziewał.

– Te wyniki są jeszcze mniej jasne niż po pierwszym badaniu – zauważyła Safia przy jego ramieniu.

Skinął głową. Pierwsze badanie ukazało przynajmniej pewne szczegóły powierzchni mózgu, wypukłości i wgłębienia. Niezadowolony z braku czegoś więcej, poprosił o drugie skanowanie przed zwróceniem zwłok do prosektorium. Te zdjęcia ukazywały jeszcze mniej szczegółów.

Wyprostował się.

– Nie wiem, czy to kwestia kalibracji tego urządzenia, czy może rozkład pośmiertny zupełnie zniszczył strukturę mózgu.

– Co sądzisz o kolejnym badaniu?

Patrząc na pusty skaner MRI, pokręcił głową. Ciało profesora już wróciło do prosektorium.

– Teraz możemy już tylko mieć nadzieję na zakonserwowanie tego, co się da, zanim nastąpi dalszy rozkład. Poprosiłem koronera o pobranie próbki płynu mózgowo-rdzeniowego, a także o wyjęcie mózgu i zakonserwowanie go w formalinie, żebyśmy po powrocie do Londynu mogli przeprowadzić badania na naszym sprzęcie.

Zmartwiona Safia ściągnęła brwi.

– Czy Jane wie o tym wszystkim?

– Zanim wróciła do hotelu, powiedziała, żebym robił to, co konieczne.

Po zidentyfikowaniu ciała ojca i wypełnieniu odpowiednich dokumentów Jane jeszcze bardziej zbladła. Derek wyjaśnił jej, co chce zrobić przed przewiezieniem ciała do Anglii na pogrzeb. Zgodziła się, ponieważ tak samo jak jemu – a prawdopodobnie bardziej – zależało jej na uzyskaniu odpowiedzi. Nie miała jednak chęci przyglądać się tym zabiegom. Nawet jej stoicka determinacja miała swoje granice.

Safia westchnęła.

– W takim razie to chyba wszystko, co możemy teraz zrobić.

Przeciągnął się, bo strzyknęło mu w plecach, i pokiwał głową.

– Mam zamiar wrócić do prosektorium i dopilnować, żeby wszystko zostało zrobione jak należy. Może zajrzysz do Jane i zobaczysz, jak…

Przerwał mu dzwonek telefonu. Jedyny technik w pokoju odebrał i po krótkiej rozmowie zwrócił się do Dereka:

– Koroner. Prosi o rozmowę.

Derek ściągnął brwi, biorąc słuchawkę.

– Doktor Rankin, słucham.

– Musi pan natychmiast tu przyjść. – W głosie Badawiego słychać było desperację. – Musi pan sam to zobaczyć.

Kiedy Derek próbował dopytać, o co chodzi, niczego nie wyjaś­nił, tylko nalegał, by Anglik bezzwłocznie pojawił się w prosektorium.

– Idę z tobą – rzuciła Safia, gdy jej kolega odłożył słuchawkę i powtórzył słowa koronera.

Opuścili szpital i skręcili w stronę znajdującego się dwie przecz­nice dalej prosektorium. Po godzinach spędzonych w zamkniętym pomieszczeniu słońce oślepiało, a upał był nie do zniesienia. Każdy oddech zdawał się grozić poparzeniem płuc.

Idąc zatłoczonymi ulicami, Safia stawiała lekkie kroki, jakby była odporna na żar lejący się z nieba.

– Wspomniałeś – odezwała się – że, twoim zdaniem, Haroldowi coś zrobiono, że poddano go jakiemuś procesowi, który mógłby wyjaśniać ten dziwny stan zwłok. Co miałeś na myśli, mówiąc, że został zmumifikowany przed śmiercią?

Derek wolałby uniknąć tej rozmowy i w duchu zganił się za to, że podzielił się swoimi domysłami; jego słowa tylko pogłębiły niepokój Jane. Powinien trzymać język za zębami, dopóki jego przypuszczenia się nie potwierdzą.

Czuł, że twarz mu czerwienieje, wcale nie z gorąca.

– To tylko domysły. Postąpiłem nierozważnie, wyrażając je nie w porę.

– Mimo to chciałabym wiedzieć, o co ci chodziło.

Westchnął.

– O tak zwaną automumifikację, czyli rozmyślne przygotowywanie swojego ciała w taki sposób, żeby je zakonserwować po śmierci. To dawna praktyka spotykana wśród mnichów na Dalekim Wschodzie, zwłaszcza w Japonii i Chinach. Podobny rytuał odnotowano również w pewnych indyjskich grupach wyznaniowych i w ascetycznych sektach Bliskiego Wschodu.

– Ale dlaczego ktoś miałby robić coś takiego? To swego rodzaju forma samobójstwa.

– Przeciwnie. Dla większości tych ludzi to akt duchowy, droga do nieśmiertelności. Zakonserwowane szczątki osób, które poddały się takiej przemianie, są obiektami kultu. Wyznawcy wierzą, że zmumifikowane ciała są naczyniami zsyłającymi na nich wyjątkowe moce.

Safia prychnęła lekceważąco.

Derek wzruszył ramionami.

– Chodzi nie tylko o sekty blisko- czy dalekowschodnie – dodał. – Nawet katolicy wierzą, że nierozkładające się zwłoki są jednym z dowodów świętości.

– No dobrze, ale jak można samemu się zmumifikować?

– Sposoby różnią się w zależności od części świata, ale są pewne elementy wspólne. Przede wszystkim to długotrwały proces, wymagający lat. Zaczyna się od zmiany nawyków żywieniowych, wyeliminowania produktów zbożowych, stosowania specyficznej diety złożonej z orzechów, sosnowych igieł, jagód i bogatej w żywicę kory drzew. Starożytni praktycy tej sztuki w Japonii, znani jako sokushinbutsu, czyli Budda w ciele, nazywali swoją dietę mokuji-kyo, czyli „zjadanie drzewa”.

– Rozumiem, że to wzmianka koronera o znalezieniu kory w żołądku Harolda naprowadziła cię na ten trop?

– Owszem, a także to, że były w nim również kamyki. Przeświet­lenia mumii sokushinbutsu też ujawniały drobne otoczaki w układzie pokarmowym.

– Dalej jednak nie wiem, w jaki sposób następuje wtedy proces konserwowania ciała po śmierci?

– Uważa się, że spożywanie pewnych ziół, toksyn i żywicy, które pozostają w tkankach, działa antyseptycznie, hamując rozwój bakterii po śmierci. W ten sposób tworzy się coś w rodzaju naturalnego płynu balsamującego.

Safia miała taką minę, jakby zrobiło się jej niedobrze.

– Ostatni etap procesu zwykle polegał na zamknięciu się w komorze grobowej z małym otworem, przez który dostawało się powietrze. W Japonii mnisi poddający się automumifikacji śpiewali i dzwonili, dopóki nie umarli. Gdy odgłosy cichły, pieczętowano grób, czekano trzy lata i go otwierali, żeby zobaczyć, czy mnichowi udało się osiągnąć cel.

– Sprawdzali, czy ciało nie uległo rozkładowi?

Derek skinął głową.

– Jeśli tak było, okadzali zwłoki, żeby zapewnić dodatkową konserwację.

– I myślisz, że Harold sam sobie to zrobił?

– Albo został do tego zmuszony przez porywaczy. Tak czy inaczej, rytuał nie został zakończony. Oceniam, że w przypadku Harolda rozpoczął się zaledwie dwa, trzy miesiące temu.

– Jeśli masz rację i zostanie potwierdzone, że rzeczywiście mamy do czynienia z mumifikacją, może to da nam jakąś wskazówkę, kto uprowadził Harolda i jego ekipę.

– I nadzieję, że inni jeszcze żyją, również brat Jane, Rory. Może są przetrzymywani i przechodzą tę samą powolną procedurę. Gdyby udało nam się ich znaleźć, mogliby zostać poddani kuracji i z czasem wrócić do zdrowia.

Safia przez chwilę milczała.

– Jak sądzisz – odezwała się w końcu – dałoby się zidentyfikować korę? Gdybyśmy wiedzieli, z jakiego drzewa pochodzi, mogłoby nam to pomóc określić miejsce, gdzie są przetrzymywani.

– Nawet o tym nie pomyślałem. Ale tak, to możliwe.

Dotarli do prosektorium i weszli po schodach do głównych drzwi. Powietrze wewnątrz wydawało się chłodniejsze o pięćdziesiąt stopni. Podeszła do nich niska kobieta w zielonym stroju chirurgicznym.

Najwyraźniej ich rozpoznała; skinęła głową Derekowi, potem Safii.

– Doktor Badawi prosił, żebym zabrała was prosto do niego.

Zanim się odwróciła, Derek dostrzegł w jej oczach strach. Może bała się szefa, ale podejrzewał, że chodzi o coś innego. Pospieszył za nią, zachodząc w głowę, co się stało.

Poprowadziła ich korytarzami i schodami do innej części budynku. Weszli do pokoju obserwacyjnego z ławkami, z oknem wychodzącym na salę sekcyjną. Środek pomieszczenia zajmował stół ze stali nierdzewnej z wiszącą nad nim halogenową lampą operacyjną. Prosektorium i pobliski szpital współpracowały z wydziałem medycyny Uniwersytetu Kairskiego.

W tej chwili jedynymi widzami byli Derek i Safia. W sali sekcyjnej kilka osób kręciło się wokół stołu, wszyscy w strojach chirurgicznych, z papierowymi maskami na twarzach. Badawi zauważył Dereka i Safię. Uniósł rękę i przysunął mikrofon bezprzewodowy do zasłoniętych ust. Jego słowa docierały do nich przez mały głośnik nad oknem.

– Nie wiem, co to oznacza, ale zanim przystąpię do wyjmowania i konserwacji mózgu, chcę, żebyście zobaczyli, co znaleźliśmy. Pozwoliłem sobie to sfilmować.

– Co pan znalazł? – zapytał Derek, niemal krzycząc. Towarzysząca im kobieta wskazała interkom przy oknie. Podszedł do niego i powtórzył pytanie.

Badawi machnął ręką, każąc swojemu zespołowi odejść od stołu. Ciało sześćdziesięcioletniego archeologa leżało nagie w blasku halogenów, z zasłoniętymi dla przyzwoitości narządami płciowymi. Druga wilgotna serweta chirurgiczna zakrywała czaszkę. Stół był ustawiony w taki sposób, że głowa znajdowała się od strony okna.

– Już pobraliśmy próbki płynu mózgowo-rdzeniowego, tak jak pan prosił – wyjaśnił Badawi. – Przeprowadziliśmy kraniotomię, żeby uzyskać dostęp do mózgu.

Usunął serwetę, odsłaniając głowę z już zdjętą skórą i kolistym śladem cięcia na kości, po czym zdjął pokrywę czaszki, która wcześ­niej została starannie umieszczona na swoim miejscu.

Derek zerknął na Safię, żeby sprawdzić, czy dobrze się czuje. Stała nieco za sztywno, ściskając złożone dłonie, ale panowała nad sobą.

Koroner odłożył wyciętą część czaszki i odsunął się. W świetle lamp połyskiwały dwa odsłonięte szaroróżowe płaty mózgu, otoczone fałdami tkanki oponowej. Derekowi trudno było pojąć, że oto patrzy na źródło geniuszu swojego mentora. Pamiętał długie, ciągnące się do późnej nocy rozmowy z nim, dotyczące wszystkiego – od najnowszych artykułów naukowych do szans tej czy tamtej drużyny piłkarskiej na zwycięstwo w Pucharze Świata. Śmiech profesora przypominał ryk rannego niedźwiedzia, a jego charakter pasował do tego zwierzęcia. Potrafił być jednak również niezwykle miłym człowiekiem, który bezgranicznie, bezwarunkowo kochał żonę i dwójkę dzieci.

Teraz to wszystko przepadło…

Głos Badawiego płynący z maleńkiego głośnika przywołał Dereka do rzeczywistości, ale umknęły mu pierwsze słowa.

– …spojrzeć na to. Zauważyliśmy ten fenomen tylko dzięki przypadkowi.

Jaki fenomen?

Badawi skinął na jednego z towarzyszących mu mężczyzn. Ten zgasił lampę operacyjną, a następnie inne światła w pomieszczeniu. Minęło kilka sekund, zanim Derek uwierzył własnym oczom.

Safia ze świstem wciągnęła powietrze, potwierdzając, że ona też to widzi.

Mózg i rozcięte opony delikatnie jarzyły się w ciemności, różowawo, jak pierwszy blask jutrzenki.

– Wcześniej blask był jaśniejszy – wyjaśnił Badawi. – Efekt jest coraz słabszy.

– Co jest przyczyną tego blasku? – zapytała Safia, wyrażając na głos pytanie tłukące się w głowie jej kolegi.

Derek próbował to zrozumieć. Przypomniał sobie, jak wcześniej w rozmowie z nią tłumaczył, że jednym z celów automumifikacji było stworzenie niezniszczalnego naczynia, nieśmiertelnego kielicha zdolnego do przechowywania cudowności.

Czy właśnie na to patrzę? – zastanawiał się.

– Koniec badań – rzuciła Safia. – Ciało ma zostać zapakowane do worka i zapieczętowane. Natychmiast przygotować wszystko do transportu do Londynu.

Kilka razy zamrugał, zaskoczony zachowaniem kobiety – wyraźną nutą niecierpliwości w jej głosie.

– Przecież możemy wysłać zwłoki nie wcześniej niż jutro.

– Pociągnę za kilka sznurków – oświadczyła z pewnością siebie.

– Nigdy nie widziałem czegoś podobnego. Będę potrzebować pomocy.

Odwróciła się ku drzwiom.

– Znam kogoś – powiedziała.

– Kogo?

– Starego przyjaciela, który jest mi winien przysługę.