Wydawca: Wydawnictwo M Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 259 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Single - Meredith Goldstein

Komiczna i przenikliwa powieść obyczajowa o grupie kilku trzydziestolatków, dawnych przyjaciół z nowojorskiego college’u, którzy spotykają się po kilku latach na weselu jednej z przyjaciółek.

Większość singli się zna (a nawet ze sobą romansowało!), ale jest też dwóch obcych – i nie wiadomo, jak się zachowają.

Już przed samym ślubem jest gorąco od emocji, a podczas nocy weselnej dochodzi – jak to często bywa i w życiu – do nieoczekiwanych konfrontacji, które przynoszą w sumie oczyszczające skutki. Każdy z singli odpowiada sobie podczas tej nocy kogo (lub czego) najbardziej potrzebuje w życiu – i próbuje to zrealizować.

Opinie o ebooku Single - Meredith Goldstein

Fragment ebooka Single - Meredith Goldstein

Strony tytułowe

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału:

The Singles

Przekład:

Agnieszka Kisiel

Redaktor prowadzący:

Magdalena Moskal

Redakcja:

Anna Milewska

Korekta:

Barbara Turnau

Łamanie:

Edycja

Copyright © Meredith Goldstein, 2012

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo M, Kraków 2012

Copyright © for the translation by Agnieszka Kisiel 2012

ISBN 978-83-7595-570-5

Wydawnictwo M

ul. Kanonicza 11, 31-002 Kraków

tel. 12-431-25-50; fax 12-431-25-75

e-mail:mwydawnictwo@mwydawnictwo.pl

www.mwydawnictwo.pl

www.ksiegarniakatolicka.pl

Publikację elektroniczną przygotował

Dedykacja

Dla Lorraine Goldstein, mola książkowego

Wstęp

Dwudziestodziewięcioletnia panna młoda, Beth Eleanor Evans, szczupła, piegowata, rudawa blondynka, którą przyjaciele — z racji inicjałów — nazywali Bee, stała przed białą tablicą, świeżo zakupioną w sklepie sieci Target przy drodze nr 103.

Takiej białej tablicy można by się raczej spodziewać w sali wykładowej lub na ścianie sali konferencyjnej udostępnionej przez hotel Hampton. Ale w ten parny późnowrześniowy poranek w historycznym Ellicott City w Maryland, w domu swoich rodziców, Bee używała tablicy i markerów, by ostatecznie dopieścić plan swojego wesela — najbardziej kosztownego wydarzenia, jakie miał tej jesieni oglądać Tower Gardens Country Club.

Bee spędziła ponad godzinę na zarysowywaniu powierzchni tablicy mozaiką kół, kwadratów, nazwisk i liczb. W rezultacie powstało coś, co przypominało rozrysowaną taktykę meczu piłki nożnej albo równanie zostawione dla Matta Damona w Buntowniku z wyboru; był to jednak diagram obrazujący sposób usadzenia gości — ostatnie zadanie dla Bee, zanim jej dalsza rodzina zjedzie na wesele, do którego zostało już mniej niż czterdzieści osiem godzin.

Bee zatknęła za ucho niesforny kosmyk włosów i pochyliła się z troską nad tablicą. Widniało na niej trzydzieści okręgów, każdy oznaczony numerem. Od środka okręgu, niczym szprychy koła, rozchodziły się niebieskie linie, na których zapisała nazwiska zaproszonych par.

„Kuzyn Wesley i jego żona Katie” — głosiła jedna linia. „Pan Barocas, od taty z pracy, z żoną Yvonne” — widniało na następnej. „Jimmy Fee i osoba towarzysząca”. „Pan i pani Rodman (sąsiedzi)”. „Ed i Elaine Ryanowie (księgowi)”. „Dr Weihong Zheng z mężem (pediatra)”.

W prawym górnym rogu tablicy dużymi czerwonymi literami wypisane były nazwiska: Hannah Martin, Rob Nutley, Nancy MacGowan, Vicki Clifford, Joe Evans.

Nad nimi tymi samymi krwistymi literami Bee napisała: „SINGLE”.

Byli oni jedynymi gośćmi na jej przyjęciu weselnym, którzy nie zapowiedzieli się z osobą towarzyszącą, a teraz jedynymi, którzy nie zostali jeszcze naniesieni na diagram.

Ostatecznie Bee mogłaby zaprosić singli pojedynczo, ale chciała, by każdy gość miał możliwość przyprowadzenia osoby towarzyszącej. A jednak single postanowili przyjść samotnie i tego Bee po prostu nie potrafiła zrozumieć.

Kiedy sama była singielką, miała żal do koleżanek, które przewidywały dla niej pojedyncze zaproszenie tylko dlatego, że nie miała stałego partnera. Bee przyrzekła sobie, że gdy sama będzie wychodzić za mąż, wszystkim da podwójne zaproszenia. Nikt nie będzie musiał przychodzić sam.

I prawie wszyscy goście z tego skorzystali. Oprócz tych singli, którzy zdaniem Bee byli niedopasowani nie tylko do schematu na jej tablicy, ale także do życia. Dwoje z nich było osobami konfliktowymi, dwojgu następnym zdarzyło się ją publicznie skompromitować, ostatnia zaś była kobietą zupełnie Bee nieznaną — przyjaciółką rodziny pana młodego, powszechnie uważaną za odludka.

Zatrudniona przez Bee organizatorka wesel, która wsławiła się urządzeniem ekstrawaganckiego przyjęcia dla córki byłego prezydenta, powiedziała od razu, gdy spojrzała na listę:

— Wszystko jedno, kogo zaprosisz, zawsze będą single. Musisz przewidzieć nieparzystą liczbę. Wszystko jedno, co zaplanujesz, single zawsze namieszają.

Bee przeciągnęła dłonią po brwiach — jak zawsze, gdy była zdenerwowana — i przyjrzała się okręgom i liniom przypominającym jej zadania, jakie lata temu rozwiązywała na egzaminie do szkoły prawniczej. Miała pięcioro nieposadzonych gości, z których każdy musiał gdzieś siedzieć. Jednak każdy miał też zestaw wymagań wykluczających posadzenie go przy większości stołów. Jedna singielka na przykład absolutnie nie mogła znajdować się w pobliżu swojego byłego. Inna osoba potrafiła być napastliwa i nie można jej było posadzić ze sztywnymi gośćmi — w tym z własną rodziną Bee.

Bee po raz kolejny analizowała w myślach wszelkie nazwiska i wykresy, kiedy usłyszała, że do pokoju wchodzi jej matka.

— Ciągle męczysz się z tą piątką? — Matka Bee, Donna Evans, westchnęła głęboko, podchodząc do córki, siedzącej przy stole jadalnym.

Donna miała na sobie szary top na ramiączkach z napisem „breathe” — „b” i „e” układały się dokładnie na jej sterczących sutkach. Spodnie fitness, pod kolor, kończyły się tuż za kolanem, a jej włosy, farbowane na odcień dokładnie ten sam, co córki, zebrane były w ciasny kok.

— Posadź ich po prostu na wolnych miejscach i już — powiedziała Donna, widząc bezradne spojrzenie córki i jej smętnie opuszczone ręce. — Słonko, przecież oni i tak spędzą więcej czasu na parkiecie niż przy stole.

Donna prychnęła gniewnie i podeszła bliżej, by przyjrzeć się liście singli. Patrzyła na nią przez chwilę, po czym złapała ze stołu marker i zaczęła pisać po tablicy. Wpisała Vicki Clifford i Roba Nutleya na wolnych miejscach przy braciach i kuzynach pana młodego. Potem, małymi literami, dopisała nazwisko Hannah Martin do stołu, przy którym wraz z małżonkami siedzieli przyjaciele Bee ze studiów prawniczych.

— Dołożymy jedno krzesło — powiedziała, zanim Bee zdążyła zaprotestować. — Dadzą przecież radę zmieścić dziewięć osób przy stole na osiem.

Po czym przesunęła się na drugą stronę tablicy i wpisała ostatnie dwa nazwiska, Joego Evansa i Nancy MacGowan, na wolnych miejscach przy stole z prawnikami — partnerami ojca Bee i ich małżonkami.

W tym momencie ojciec Bee, Richard Evans, odezwał się z drugiego pokoju:

— Jeśli za pięć minut zobaczę was przy tej tablicy, to przysięgam, wyrzucę ją z domu i każdy usiądzie, tam gdzie będzie chciał!

Bee odwróciła się od tablicy, pokonana.

— Dobrze — powiedziała do matki, która zdążyła już odłożyć marker i wrócić do kuchni; jej trampki wydawały piskliwy odgłos w zetknięciu z drewnianą podłogą. — Mamo?

— No?

— Jestem głodna — powiedziała Bee tak cicho, że matka ledwo dosłyszała.

— Zjedz coś lekkiego — zawołała Donna z drugiego pokoju. — Bez sodu. W tej sukience nie ma ani trochę luzu, słonko.

Bee rzuciła ostatnie spojrzenie na tablicę, szczęśliwa, że ma Matta i nigdy już nie znajdzie się nigdzie bez partnera. Przez chwilę zastanawiała się, czy jej single kiedykolwiek zmienią swoje życie — czy Hannah, Rob, Nancy, Vicki i Joe staną się kiedyś elementami łatwo rozmieszczalnymi na stołowym diagramie.

Zmarszczyła czoło, myśląc o kolejnym posiłku bez soli, po czym wyciągnęła rękę i starła z tablicy listę singli.

Hannah

Hannah

— Mogę być z tobą szczera? — Dawn zadała to pytanie głośnym szeptem; w prawej ręce trzymała dogorywającego papierosa, a w lewej paczkę wsuwek do włosów.

Hannah wiedziała dobrze, że to nie jest prawdziwe pytanie.

Spędziwszy kilka dni w towarzystwie pierwszej druhny, Hannah zorientowała się, że Dawn prawie każde zdanie zaczyna od słów: „czy mogę być z tobą szczera?”, wypowiadanych teatralnym szeptem.

Dalsza część wypowiedzi rzadko miała związek z tym wstępem. Dawn zaś rzadko bywała zainteresowana szczerością.

— To nic złego — ciągnęła Dawn, zauważając ostrożne spojrzenie Hannah i przeciągając słowo „złego”, jakby miało co najmniej trzy sylaby. — Po prostu myślę, że mogłabyś się zastanowić nad mocniejszym makijażem na dzisiaj. My wszystkie użyłyśmy konturówki. — Na potwierdzenie swoich słów szeroko otworzyła oczy. — Zauważyłam, że ty nigdy tego nie robisz, a nie wiem, czy widzisz, ale my wszystkie... no, oczy od tego praktycznie wyłażą na wierzch. Na zdjęciach też. Nie chciałabym, żebyś na fotografiach zeszła na drugi plan, kochana.

Mimo dzielącej je odległości Hannah wyczuwała ostry oddech Dawn: nikotyna i sałatka Cezar. Skrzywiła się, gdy tamta wypuściła kolejną porcję koszmarnej mieszanki parmezanu i papierosów. Hannah nie była przyzwyczajona do ich zapachu — większość jej przyjaciół rzuciła je lata temu, kiedy w Nowym Jorku przegłosowano zakaz palenia. Znała paru niedzielnych palaczy, ludzi, którzy czasami, latem, puszczali dymka na tarasach i dachach Brooklynu. Ale od listopada palenie na dworze stawało się mocno uciążliwe. Teraz, spędziwszy tyle czasu ze znajomymi Bee z południa, Hannah zdała sobie sprawę, jak dobrze jej było w mieście, w którym izolowano palaczy, jak tylko to możliwe. Wszyscy ci ludzie z Raleigh i Durham, którzy już niedługo mieli stać się rodziną Bee, palili nieustannie i bezwstydnie. Niektórzy nawet pracowali dla Phillipa Morrisa.

Zdziwiło ją trochę, że taka perfekcjonistka jak Dawn nie martwi się zapachem, jakim może przesiąknąć jej sukienka. Ale przecież jeśli wszystko cuchnęło dymem, nie miało to znaczenia. Dym papierosowy był aromatem uniwersalnym i najwyraźniej tylko Hannah to przeszkadzało.

Dawn pociągnęła papierosa po raz ostatni i Hannah odsunęła się, oczekując nowej chmury dymu. Nawet w tym wysokim pomieszczeniu opary produkowane przez Dawn wydawały się wszechobecne — dryfowały w niewielkich chmurach pod lampami.

Ostatnie piętro należącej do klubu wieży, gdzie Hannah, Dawn i reszta orszaku Bee szykowała się właśnie do ślubu, składało się z dwóch obszernych, połączonych sal. Ceremonia miała mieć miejsce na dworze, na trawniku, gdzie rozstawiono już biały namiot na przyjęcie. Na wypadek deszczu przewidziano plan B, skróconą ceremonię w sali restauracyjnej klubu, ale niepotrzebnie: był piękny wrześniowy dzień, tak ciepły, że nie trzeba było nawet zakładać marynarki.

Historyczny zamek z brązowej cegły był najstarszą budowlą należącą do Country Clubu — instytucji otwartej jedynie dla członków i zajmującej ponad sto akrów ziemi wzdłuż zatoki Chesapeake, gdzie grano w golfa, strzelano do celu i co tam jeszcze bogaci ludzie lubią robić w weekendy. Neogotycka wieża, od której Tower Gardens Country Club wziął swoją nazwę, wydawała się Hannah żywcem wyjęta z bajki — wysoki biały walec z witrażowymi oknami i widokiem na wypielęgnowany trawnik, na który zaraz zaczną schodzić się goście, sprawił, że poczuła się jak Roszpunka. I słusznie, pomyślała Hannah, ponieważ ona też była w pułapce. Gdyby to był film, rozważała dalej z wprawą naturalną w przypadku specjalisty od castingów, taką uwięzioną druhnę grałaby niedoskonała, ale sympatyczna wschodząca gwiazdka. Albo, jeszcze lepiej, ktoś z czołówki, ale znany z solidnej, ponurej miny. Kristen Stewart, stwierdziła Hannah, kiedy po raz pierwszy wyjrzała przez okno swojego więzienia. Potem zmieniła zdanie: Emily Blunt. Musiała przyznać, że w wieku dwudziestu dziewięciu lat ta pierwsza była już za stara na gwiazdę Zmierzchu.

Pierwszą druhnę, Dawn, grałaby oczywiście Reese Witherspoon. Bez dwóch zdań. Jej twarz cherubinka okalała chmura blond włosów, a w głosie miała solidny południowy akcent, zauważalny zwłaszcza wtedy, gdy wydawała polecenia. Przez chwilę Hannah zastanawiała się, czy Reese Witherspoon zgodziłaby się palić przed kamerą.

Takie rozdawanie ról w ramach wyimaginowanego budżetu było ulubioną zabawą Hannah. W życiu miała do czynienia jedynie z niszowymi filmami, które nie przekraczały nigdy dwustu tysięcy dolarów. Mały budżet wymagał od niej kreatywności i otwartości na nowe talenty, ale Hannah marzyła, żeby mieć okazję zatrudnić kiedyś wszystkie te gwiazdy, w których przez lata zdążyła się zakochać, i taka szansa właśnie miała się nadarzyć.

Przez cały ranek bezustannie sprawdzała telefon, gdyż czekała na jakąkolwiek wiadomość od agenta Natalie Portman, który trzymał dziś w rękach całą zawodową przyszłość Hannah. Od jakiegoś czasu Hannah zabiegała bowiem o udział gwiazdy w niezależnym filmie, którego marny budżet rekompensowany był przez scenariusz, zdaniem Hannah — godny Oscara. Udział Natalie Portman w projekcie zmieniłby karierę Hannah: film, a zatem i ona, stałby się przedmiotem międzynarodowego zainteresowania, znaleźliby się inwestorzy gotowi zapewnić tak potrzebną gotówkę, a Portman byłaby w stanie zrobić z tego filmu drugą Małą Miss — dobry, niedrogi film, który przyniósłby ogromny zysk.

W dodatku istniała realna szansa, że gwiazda się zgodzi. Agent wyrażał się przychylnie: Natalie przeczytała scenariusz, podobał jej się, podobało jej się też, że reżyserować będzie kobieta. W mailu, który agent przekazał Hannah, gwiazda nawet nazwała scenariusz „czarującym”. Problem stanowił jednak kalendarz. „Całe cztery miesiące mamy zarezerwowane na ten sequel”, powiedziała jej asystentka agenta, zanim Hannah wyruszyła do Baltimore na wesele Bee. Młoda asystentka odbierała natrętne telefony od Hannah i stała się wręcz jej szpiegiem, jako że wysyłała SMS-y za każdym razem, gdy szef wspominał o sprawie.

— Wystarczy mi dwadzieścia dni — błagała Hannah, jakby asystentka miała cokolwiek do powiedzenia w tej sprawie. — Przez cztery miesiące musi się znaleźć dwadzieścia wolnych dni. Przecież przez pół filmu jej postać jest na innej planecie. Nie będzie miała żadnego przestoju? — Wielkobudżetowa produkcja o superbohaterach wydawała się Hannah słabym filmem, a teraz nie dość, że miała sequel, to jeszcze dławiła jej niezależne, artystyczne przedsięwzięcie.

— Słuchaj, ona naprawdę chce to zrobić i wiem, że nad tym pracują — powiedziała asystentka.

— A kiedy mogę liczyć na jakąś konkretną odpowiedź? — Hannah zwinęła cztery pary majtek i spakowała do kieszeni w walizce.

— Ostatecznie dowiesz się dopiero w przyszłym tygodniu, ale w sobotę powinnam coś wiedzieć. W domu szefa odbędzie się wielka impreza i jeśli Natalie zgodzi się na ten film, szef będzie się wszystkim chwalił. Jak coś usłyszę, napiszę do ciebie.

— Dzięki, dzięki, dzięki! W sobotę jadę na wesele i jeśli uda mi się zaangażować Natalie Portman do mojego filmu, chcę o tym opowiedzieć wszystkim przyjaciołom. I paru byłym.

— Absolutnie cię rozumiem — powiedziała asystentka z głębokim przekonaniem.

A teraz było późne sobotnie popołudnie i nikt się nie odzywał. Nawet Vicki, najlepsza przyjaciółka Hannah, która obiecała dać znać, gdy tylko dotrze do Annapolis.

Organizatorka wesel wynajęta przez Bee — w tej roli Hannah obsadziła w myślach Bonnie Hunt z Jerry’ego Maguire’ai Fałszywej dwunastki — oznajmiła stanowczo, że kiedy już Bee i druhny przebiorą się w suknie, będą musiały zostać w wieży aż do rozpoczęcia wesela. — W większej sali stoi telewizor oraz komplet welurowych mebli w szaroniebieskim kolorze i jest wydzielona obszerna łazienka z dwoma wielkimi lustrami, więc nie ma powodu, by wychodzić — ciągnęła organizatorka, patrząc na Hannah, jakby czytała w jej myślach.

Potem wyjaśniła, że kiedy zegar wybije piątą, a goście usiądą, każda z nich ma zejść po spiralnych schodach i wziąć pod rękę drużbę lub — w przypadku Bee — ojca. Do ołtarza prowadzi kręta, kamienna ścieżka, równie historyczna i nieskazitelnie utrzymana jak reszta ogrodu.

Została im zatem jeszcze godzina, ale Dawn już rozstawiała w większej sali swoje kosmetyki. Jej metodyczna precyzja kojarzyła się Hannah z działaniami pomocy dentystycznej w gabinecie stomatologa: Dawn układała kosmetyki od najmniejszego do największego, od wąskiej kredki do oczu, przez tusz do rzęs i pudełko z pudrem, po paletę cieni do powiek.

Hannah zastanawiała się, czy da radę odwlec całe to malowanie i pęsetowanie chociaż o pół godziny. Wcisnęła się już w sukienkę, ale chciała jak najdalej odsunąć w czasie moment, kiedy zostanie wyfiokowana jak królowa balu maturalnego. Podeszła do okna, przeciągając ręką po karku tak mocno, że perły wbiły jej się w skórę. Potem szarpnęła za przezroczysty pasek biustonosza, niewygodnie wrzynający się w szyję. Był to najbardziej skomplikowany element bielizny, jaki kiedykolwiek miała na sobie: watowana uprząż robiona na zamówienie dla każdej druhny. Wszystkie pozostałe poradziły z nim sobie bez pomocy, ale Hannah nie miała pojęcia, jak się w to ubrać, i gdy tylko weszły do wieży, Bee i Dawn opadły ją, by omotać jej ciało długimi pasami tego ustrojstwa — dwa razy wokół talii — i spiąć metalową klamrą gdzieś w okolicach krzyża.

— Czy to musi być takie ciasne? — narzekała Hannah. Dawn odparła, zanim Bee zdążyła się odezwać:

— Jak poluzujesz, wszystko wypadnie ci z sukienki, kochana — oznajmiła twardo, spoglądając z dezaprobatą na biust Hannah. — I tak ci się będzie wylewać.

Już dwa razy Hannah dzwoniła do Roba ze swojego tymczasowego więzienia, w nadziei, że uspokoi ją jakoś w kwestii stanika, przejścia do ołtarza i Natalie Portman, w związku z którą z każdą godziną spodziewała się coraz mniej pomyślnych wieści. Rob Nutley miał się pojawić na weselu, powiedział Bee, że z przyjemnością będzie jej towarzyszył, ale teraz swoją nieobecnością potwierdzał opinię o sobie jako nieodpowiedzialnym lekkoduchu. Hannah liczyła na jego wsparcie w ten weekend, a teraz została jej tylko Vicki, która ostatnio nie nadawała się na wsparcie dla kogokolwiek.

Hannah spojrzała na telefon, który ściskała w ręce, i zobaczyła nieodebrane połączenie. Rob.

Oddzwoniła do niego i poczuła lekki ucisk w żołądku, kiedy po drugiej stronie rozległ się jego głos — śmiał się, odbierając telefon.

— Nie śmiej się. Jesteś mi potrzebny — szepnęła Hannah, inkasując srogie spojrzenie Dawn. — Błagam. Tu są kobiety, które atakują mnie eye-linerem. Naprawdę nie możesz przylecieć na ostatnią chwilę? Zdążysz przed końcem przyjęcia. Zapłacę połowę.

— Uwielbiam, kiedy błagasz, ale niestety. Muszę zostać w Austin. — Rob zawahał się na chwilę. — Nie chodzi o pieniądze, po prostu Liz jest jakaś dziwna. Nie mogę zostawić jej samej w domu.

— Dobrze. Może zadzwonię później — odparła Hannah i się rozłączyła. Ręce jej opadły.

Odeszła od okna i wróciła do Dawn, która właśnie pokryła twarz pudrem dwa tony ciemniejszym niż skóra. Hannah usiadła obok, nerwowo gładząc klawisze telefonu, na którym wciąż wypatrywała wiadomości od Roba lub asystentki agenta Natalie Portman.

Kątem oka widziała, jak w drugiej sali Bee wygładza suknię, wciąż jeszcze na wieszaku. Obcisła, idealnie biała suknia bez ramion, z gorsetem w łuskowaty wzór i małym trenem, otwierającym się jak wachlarz, kojarzyła się Hannah z ciałem syreny. Parę miesięcy temu Bee powiedziała jej, że miała nadzieję założyć suknię ślubną swojej matki — prostą, szyfonową kreację o linii litery A, starannie przechowywaną w szafie Donny prawie trzy dekady — ale nie mogła jej na sobie dopiąć. Donna zawsze nosiła rozmiar trzydzieści osiem i choć Bee przez całe studia starała się nie przytyć, teraz satysfakcjonowała ją figura w rozmiarze czterdzieści.

Chwilowo miała więc na sobie jedynie białą koronkową bieliznę, stanik bez ramiączek i wyszczuplające rajstopy, sięgające wysoko nad talię i ściskające jej ciało o jakiś cal. Włosy miała zebrane w kok, upleciony z warkoczy, który Hannah wydawał się bardzo niewygodny i przesadnie surowy. Hannah uwielbiała rudawe loki Bee, zwłaszcza rozpuszczone swobodnie na ramiona. Nie mogła zrozumieć, dlaczego panny młode zawsze spinają włosy w ciasne, skomplikowane konstrukcje. Kojarzyło jej się to ze zmarłymi ułożonymi w trumnie: przesadnie ustrojeni, stawali się nierozpoznawalni dla tych, którzy znali ich najlepiej.

Z Bee stały dwie druhny, Jackie i Lisa, również ubrane już w długie, czarne suknie, z włosami wygładzonymi prostownicą. Dyskutowały właśnie, jak ubrać pannę młodą, tak aby nie zniszczyć ani sukni, ani królewskiej fryzury.

— Może ubierzemy ją od dołu — zaproponowała Lisa, ta łagodna.

— Nie — odparła Jackie, ta agresywna. — Mogłaby podeptać suknię, albo ubrudzić. Trzeba wciągnąć ją przez głowę.

— Krawcowa poleciła, żeby wkładać od dołu — powiedziała niepewnie Bee. — A podłoga wygląda na idealnie czystą. Ale niech będzie. Jackie ma rację, wciągamy przez głowę, tylko powoli.

Podczas gdy Bee była ubierana — do czego potrzebowała pomocy dwóch osób — Hannah postanowiła zostać z Dawn. Przypuszczała bowiem, że ona też będzie wymagała pomocnicy.

Suknia Dawn różniła się od ubrań pozostałych druhen. Owszem, była tak samo spięta na szyi, z głębokim dekoltem i talią w stylu empire, ale miała też ozdobną kokardę w talii i niewielki tren. Hannah nie widziała nigdy, by pierwsza druhna była inaczej ubrana, i zastanawiała się, czy to południowy zwyczaj, czy też jakaś nowa moda. Ponieważ nie miała nic do roboty, zdecydowała się zapytać.

— Nie wiedziałam, że pierwsza druhna ubiera się inaczej. Czy tak się robi na południu? Nigdy się z tym nie spotkałam — powiedziała.

— Tam, skąd pochodzę — odparła Dawn, wzmacniając swój południowy akcent — zachęca się druhny, by różniły się od siebie.

— A skąd pochodzisz? — spytała nerwowo Hannah.

— Z Roanoke.

— Gdzie to jest? — spytała jeszcze Hannah i natychmiast tego pożałowała. Takie pytanie zawsze zostaje poczytane za obelgę.

— W Virginii, jakieś dwie godziny od Richmond. Wagarowałaś na geografii, kochana? — Dawn zaprezentowała swój uśmiech debiutantki.

— Jestem słaba z geografii — Hannah użyła najłagodniejszego, najdelikatniejszego tonu, na jaki było ją stać. Raz jeszcze spojrzała na telefon, sprawdzając jednocześnie wiadomości i godzinę. Do ślubu zostało trzydzieści minut. Westchnęła i znowu spojrzała na Dawn. — Je... jestem też słaba z makijażu, więc jeśli chcesz mnie umalować, to proszę bardzo. Ty jesteś specjalistką.

— Nie jestem byle specjalistką, kochana. Jestem najlepszą specjalistką — Dawn poprawiła cielisty gorset, który ściskał ją od połowy uda aż do stanika. Chwilowo miała na nim jedynie koszulkę z napisem Lady Tar Heel. — Kiedy z tobą skończę, Tom padnie na kolana i będzie błagał o przebaczenie.

Hannah skrzywiła się, słysząc to imię.

— Nie chcę Toma na kolanach — odpowiedziała, ale nieprzekonywająco. — Nie chcę, żeby do mnie wracał i nie obchodzi mnie, co myśli. Bee robi za dużo szumu wokół całej sprawy.

Było to kłamstwem jedynie częściowo. Kiedy Hannah myślała o weselu Bee, na którym spotka Toma po raz pierwszy od ich rozstania dwa i pół roku temu, nie brała pod uwagę, że wrócą do siebie; w każdym razie nie od razu.

Przez pierwszy rok, czy coś koło tego, Hannah rzeczywiście pragnęła, by Tom do niej wrócił. Potem to marzenie ewoluowało w fantazję na temat zemsty i odrzucenia, która — kiedy okazało się, że spotkają się na ślubie Bee — stała się niemal możliwa do zrealizowania.

Hannah układała w myślach scenariusz: jest piękna i elegancka, pewna siebie i otoczona wspólnymi przyjaciółmi, którzy pamiętają ich jako parę. Wyobrażała sobie, jak Tom zauważa ją w tłumie podczas przyjęcia i ciągnie go do niej tak samo jak wtedy, gdy poznali się na studiach. Dostrzega, że Hannah przestała rozjaśniać włosy i ich czekoladowy brąz wreszcie pasuje do brwi. Zauważa też, że zgubiła te dziesięć kilo, które przytyła po studiach i które — była tego pewna — stanowiły prawdziwy powód jego odejścia, pomimo solennego zaprzeczania. Jest zdumiony jej pewnością siebie, zauroczony sposobem bycia i dowiaduje się, że przestała obgryzać paznokcie — to nawyk, który najbardziej go u niej denerwował. Bee albo Vicki wspomina mu, że Hannah została zatrudniona przez znaną agencję castingową, zajmującą się reklamami o krajowym zasięgu i prawdziwymi, dojrzałymi filmami; koniec z niskobudżetowym teatrem, koniec z poszukiwaniem aktorów, którzy zgodziliby się zagrać w filmach instruktażowych dla diabetyków.

Krótko przed zerwaniem Tom powiedział Hannah, że sprzedaje się, biorąc te korporacyjne zlecenia, i że nie ma sensu robić castingów do projektów, które nie służą nawet rozrywce.

— Nie jesteś szczęśliwa — powiedział podczas tej czterodniowej kłótni, która zakończyła ich związek. — Sama tak powiedziałaś. To bezmózga robota.

Tyle że po latach ta robota się opłaciła. Młodzi reżyserzy, ci, którzy zaczynali w fatalnych teatrach od musicali o Scooby Doo, ci, dzięki którym zarobiła pierwsze pieniądze, produkując dla firm materiały informacyjne o molestowaniu seksualnym w miejscu pracy, robili teraz prawdziwe filmy. I pamiętali o niej, i zatrudniali ją, kierując się lojalnością, tak jak obiecywali lata temu przy pierwszym spotkaniu.

Właśnie w taki sposób Hannah trafiła na nowy projekt, ten, który miała uświetnić Natalie Portman. Reżyserka tego filmu pracowała z nią kiedyś przy regionalnej reklamie bezmarkowych samochodów, a teraz kręciła film z sześciomilionowym budżetem.

Tom się mylił — te bezmózgie roboty ustawiły Hannah dokładnie tam, gdzie chciała teraz być. To Rob miał rację; to Rob wysyłał jej motywujące maile, radząc, by została w Nowym Jorku i stawiła wszystkiemu czoła. Kiedy zobaczył jej pierwszą ogólnokrajową reklamę z aktorami z Gildii Aktorów Ekranowych, przysłał jej nawet zabawną wiadomość: „Doskonały wybór, jeśli chodzi o reklamę tamponów. Naprawdę uwierzyłem, że ta kobieta obawia się wycieku. Boję się o nią. Poważnie. Gratulacje”.

W fantazjach Hannah na temat wesela ona i Tom nie rozmawiają podczas przyjęcia. Patrzą jedynie na siebie przez salę, jasno okazując, że zauważyli się nawzajem. Ale nie nawiązują kontaktu; dopiero po przyjęciu Tom przychodzi do jej pokoju i prosi o wybaczenie. Odwołuje wszystko, co powiedział podczas wyprowadzki — że ona nigdy nie mogłaby zostać niczyją żoną. Mówi, że opuszczenie Nowego Jorku było błędem, że mieszkanie blisko rodziny w Bostonie nie wydaje mu się już takie ważne. Mówi, że Nowa Anglia jest za ciasna i zbyt purytańska i że brakuje mu kolacji w pretensjonalnych restauracjach oraz wizyt w niszowych teatrach Broadwayu, w których występują przyjaciele Hannah; kiedy byli razem, Tom zawsze narzekał na te eskapady.

Mówi, że ta najgorsza noc w jej życiu — noc, kiedy odszedł — była także najgorszą nocą w jego życiu i że kiedy tylko jego siostra przygnała z Bostonu, by załadować jego rzeczy do swojego auta, zrozumiał, że stracił oparcie w życiu i najlepszą przyjaciółkę. Mówi, że myślał o niej codziennie, zwłaszcza wieczorem, kiedy zasypiał.

W tym wyimaginowanym filmie postać Toma gra Paul Rudd. Co prawda jest jakieś dziesięć lat starszy od Toma, ale wciąż może uchodzić za dwudziestoparolatka. Zresztą obsadzenie go w tej roli przyciągnęłoby do kin wszystkie kobiety, które tak jak ja stanowiły nastoletnią widownię Słodkich zmartwień — myślała Hannah, podliczając w myślach ewentualne zyski z produkcji.

Potem Tom — albo Paul Rudd, zależnie od wersji — wsuwa głowę przez półotwarte drzwi, żeby ją pocałować, ale Hannah go zatrzymuje.

— Za późno — mówi stanowczo Hannah. Albo Emily Blunt, albo Kristen Stewart.

— Nie mów tak — jęczy Tom. Albo Paul Rudd.

Jeśli miała dobry dzień, Hannah kończyła opowieść w tym miejscu, zamykając Tomowi przed nosem hotelowe drzwi. Czasem nawet wyobrażała sobie nowego partnera, który czeka na nią w fikcyjnym hotelowym łóżku. Co ciekawe, tego nowego partnera też zazwyczaj grał Paul Rudd — nad tym Hannah musiała się jeszcze zastanowić.

Czasem oczywiście trudno było utrzymać w ryzach swoje fantazje. Czasem nie kończyło się na bezpiecznym, zwyczajnym odrzuceniu chłopaka ze studiów, który zostawił ją z niczym. Czasem ta scena kończyła się wciągnięciem Toma do pokoju i namiętnym seksem na hotelowym łóżku, z jękami i szarpaniem poduszek... W tych chwilach Tom zazwyczaj był sobą — Paul Rudd nie wydawał się typem faceta, który jęczy i szarpie.

Obydwa zakończenia ją satysfakcjonowały; wizualizowanie jednego lub drugiego pomagało Hannah zasnąć w ostatnich miesiącach. Pomagało też trzymać się diety i ćwiczeń w ramach przygotowań do ślubu.

Oczywiście nawet po miesiącach diety i z nową, słono przepłaconą fryzurą oraz fachowym manikiurem Hannah czuła się niechlujnie, kiedy stała obok pierwszej druhny, wyszykowanej pod kamerę. W zasadzie Dawn była tylko żoną kolegi ze studiów Bee, ale należała do paczki, która od tychże studiów tworzyła drugą rodzinę Bee.

A Bee była teraz prawniczką. I obywatelką Południa. Najpilniejsza, najcichsza ze znajomych Hannah na Syracuse University, dotrzymała niepisanej obietnicy złożonej rodzinie: została prawnikiem, tak jak ojciec, i wyszła za mąż przed trzydziestką. Jedynym zaskoczeniem był dla rodziny wybranek Bee, w przeciwieństwie do nich — hałaśliwy, niesforny, niedoskonały i dość emocjonalny.

Bee zakochała się w Matcie Fee już na pierwszym roku studiów na Uniwersytecie Północnej Karoliny w Chapel Hill. Zamierzała zostać specjalistką od nieruchomości, on zaś zaraz po egzaminach miał objąć posadę prawnika w rodzinnej firmie. Po wyjściu za niego za mąż i zmianie nazwiska — a zamierzała je zmienić — będzie się nazywała Bee Fee. Jakoś nie wydawało się, by ją to martwiło.

— Przecież ja nie mam na imię Bee — powiedziała Bee do Hannah krótko po ogłoszeniu zaręczyn. — Może pamiętasz, że mam na imię Beth? Teraz będę się nazywała Beth Fee.

— Nikt nie mówi do ciebie Beth, Bee — odparła Hannah sucho. — Bee Fee? Kto wynajmie prawnika z takim nazwiskiem? Bee Fee? Brzmi jak nazwa proszku do prania. Proszę cię, zostań przy panieńskim nazwisku.

— Zostawię je sobie. Beth Evans Fee. W ten sposób ciągle będzie Bee, tylko Evans zamiast Eleanor.

— Ale to tak głupio brzmi. „Szanowna Pani Bee Fee”.

— Hannah, naprawdę chcesz mi wszystko zepsuć?

— No dobrze, dobrze — poddała się w końcu Hannah, mrucząc pod nosem: „Bee Fee”.

W ciągu ostatniego roku Bee wspominała o Dawn tylko kilka razy, więc Hannah była dość zaskoczona, że bardzo młoda żona jakiegoś kolegi ze studiów błyskawicznie wskoczyła na stanowisko pierwszej druhny. Bee wyczuła chyba przez telefon jej wątpliwości, bo starała się wytłumaczyć.

— To nie jest tak naprawdę kwestia przyjaźni, Hannah. Przecież wiesz, że jesteś dla mnie bardzo ważna. Ale tutaj potrzebny jest ktoś, kto pomoże w organizacji tego wszystkiego, tych zakupów i spotkań. Ty przecież tego nie znosisz, a Dawn to kocha. Dla tego żyje.

— Mnie to nie przeszkadza, Bee. Nie muszę być pierwszą druhną i owszem, szczerze nienawidzę takich rzeczy. Ale co z Jackie? Znasz ją od urodzenia, czy ona nie poczuje się dotknięta?

— Jackie też tego nie cierpi, a w każdym razie teraz, kiedy jest sama. Nie mogłabym prosić jej o zajmowanie się moim weselem, to by było takie... nieczułe. Zmuszać ją, żeby siadła i planowała czyjeś święto, po tym jak sama przeżyła taki wielki zawód... Zresztą zobaczysz, Dawn jest w tym świetna. Na tym polega jej praca.

I Hannah przekonała się niebawem, że sukienki, eye-liner oraz szczegóły ceremonii istotnie były elementami zawodu Dawn. Dumna dwudziestotrzyletnia obywatelka Roanoke pracowała jako trener konkursowy: przygotowywała dziewczyny do występów w konkursach piękności. Rodzice, którzy chcieli zwiększyć szanse swych córek, płacili Dawn tysiące dolarów, by mogła uczyć dziewczyny pielęgnować urodę i odpowiednio się przechadzać. Pomagała im wybierać ubrania, od wieczorowych sukien po gustowne, ale wiele odsłaniające kostiumy kąpielowe. Opracowywała materiały na pokaz talentów, nawet jeśli nie miały żadnych talentów. Egzaminowała je z marzeń i planów, bo wiedziała, że będą o to pytane.

— Żadnej polityki — radziła. — Żadnego pokoju na świecie. Znajdź sobie jedną prawdziwą sprawę i trzymaj się jej, najlepiej coś związanego ze zwierzętami albo rodzinami weteranów, zwłaszcza tu, w Virginii.

Dawn nigdy nie skończyła żadnych studiów. Zaczęła swój jednoosobowy biznes, gdy tylko stała się za stara, by sama startować w tego rodzaju konkursach. W wieku lat dwudziestu stać ją już było na kremowego forda expedition ze spersonalizowaną tablicą rejestracyjną: „PIEKNO”.

— Mogę być z tobą szczera? — zaczęła Dawn, gdy tylko się poznały, dwa miesiące temu, na wieczorze panieńskim Bee.

Bee i jej druhny zjechały właśnie ze swoich domów na wschodnim wybrzeżu i zebrały się w barze Hiltona w Atlantic City, gdzie miały spędzić noc. Hannah, która nie przestawała myśleć o zawodzie Dawn, odkąd pierwszy raz o niej usłyszała, nie mogła się powstrzymać. Zapytała, dlaczego występy w konkursach piękności miałyby wymagać profesjonalnej pomocy — to znaczy pomocy innej niż psychiatryczna.

— To nie jest tak jak myślisz — odparła Dawn, udając, że nie rozumie aluzji. — Jesteś z tymi dziewczynami cały czas, miesiącami, od początku do końca. Poważnie, jesteś dla nich jak matka. Planujesz. Pomagasz w zakupach, chudnięciu, z obcasami i włosami. Uczysz je, jak mówić. Jesteś jak wróżka chrzestna, poważnie. A potem, kiedy wygrają, nie chcą nic więcej, tylko rzucić ci się na szyję.

— Znaczy jesteś wróżką chrzestną, która żąda, żeby chudły? — Hannah czuła w głowie dwa kieliszki rieslinga, a na sobie ostrzegawcze spojrzenie Bee.

— Nie żądam, żeby chudły — odpowiedziała spokojnie Dawn, biorąc łyk fluorescencyjnego martini. — Większość dziewczyn chce wyglądać jak najlepiej. Niektóre nie muszą w tym celu chudnąć. A niektóre muszą.

Hannah skinęła tylko głową i spojrzała na drzwi. Niecierpliwie czekała na Jackie, najlepszą przyjaciółkę Bee ze szkoły średniej w Maryland.

Nie żeby tak świetnie się znały. Po prostu odkąd pierwszy raz spojrzała na Dawn, nieznaną jej wcześniej pierwszą druhnę, która była tak bardzo blond, tak bardzo z Południa i tak bardzo wypacykowana cieniami i różami, Hannah pragnęła popatrzeć na ciemne loki i bladą twarz Jackie.

Po raz ostatni widziała ją na dwudziestych piątych urodzinach Bee i większość czasu spędziły, robiąc sobie żarty ze wszystkich w barze. Towarzystwo Jackie, przynajmniej wtedy, kiedy miały pod dostatkiem alkoholu, bardzo Hannah odpowiadało. W jej roli obsadziłaby Julię Stiles — choć była blondynką, miała ten sam szelmowski uśmiech i aksamitny głos.

Bee i Jackie znały się od małego. Dzieliły piętrowe łóżko na koloniach w Maine przez sześć kolejnych lat, grały razem debla w liceum, poszły na bal maturalny z bliźniakami Chrisem i Edem Shanahanami i pierwsze, co zrobiła jedna, kiedy na studiach przeżyła swój pierwszy raz, był telefon do tej drugiej. Ale z czasem zaczęły się od siebie odsuwać i w końcu Jackie nie została nawet pierwszą druhną. Jej długoletni partner, Kevin, pozwolił sobie na kilka ostentacyjnych skoków w bok, a w zeszłym roku odszedł na dobre. Wtedy Jackie zamknęła się w sobie i czasami zdarzało jej się być przykrą dla przyjaciół — dla Bee — którzy mieli szczęście w miłości.

Tamtego wieczoru, w barze w Atlantic City, Bee opowiedziała druhnom o Jackie i Kevinie, by wiedziały, czego się spodziewać po tej najstarszej, najbliższej, lecz nieco odsuniętej przyjaciółce, która miała dopiero przyjść.

Jackie była specjalistką od finansów i obecnie zajmowała się przypadkami defraudacji środków firmowych. Jej firma, z siedzibą w finasowym centrum Nowego Jorku, sprawdzała dla klientów, czy pracownicy nie używają służbowych kart kredytowych do celów prywatnych; dzięki Jackie prezesi oszczędzali miliony dolarów, gdyż wykrywała biznesmenów, którzy używali służbowych kart, by płacić za naprawy swoich samochodów i drogie obiady. Raz przyłapała dyrektora na pobieraniu ogromnych sum w gotówce, którą opłacał czesne w prywatnej szkole swojego dziecka — trzydzieści tysięcy dolarów.

Kevin był partnerem Jackie jeszcze ze studiów, przeprowadził się z nią do Nowego Jorku i byli bardzo szczęśliwi, z widokiem na ślub. Do momentu kiedy okazało się, że Kevin nie tylko zdradzał ją z koleżanką z pracy, ale też za plecami Jackie założył na jej nazwisko kartę kredytową.

Bee mówiła, że Jackie wciąż spłaca gigantyczny dług, jaki zaciągnął Kevin, aby spłacić studenckie pożyczki, kupować sobie bezsensowne gadżety i zabierać kochankę na kolacje. Dowiedziała się o nim w najprostszy możliwy sposób — kiedy pracownik banku, z którym zresztą często współpracowała, zadzwonił, by poinformować ją, że spóźnia się ze spłatą. Wyjaśniła, że nie zakładała u nich konta i że to musi być pomyłka. Pracownik odczytał jej datę urodzenia i numer ubezpieczenia, po czym podał szczegóły olbrzymiego długu; Jackie była przekonana, że ma do czynienia z kradzieżą tożsamości... dopóki urzędnik nie przeczytał jej listy dokonanych zakupów. W tym Xboxa, który leżał na podłodze w dużym pokoju, i zielonych, „aerodynamicznych” trampek, które Kevin nabył w zeszłym miesiącu.

Zmuszony do wyjaśnień, Kevin wytłumaczył, że depresja doprowadziła go do zakupoholizmu, i obiecał udać się na terapię. Wszystko, co złe, mówił, jest kwestią wrodzonego rozchwiania hormonalnego, wszyscy w jego rodzinie to mają.

Po szóstym spotkaniu z terapeutą Kevin wpadł do domu i oznajmił, że Jackie — przez pobłażanie — jest współwinna jego uzależnienia oraz że dla dobra własnej psychiki musi się wyprowadzić. Obiecał spłacić dług na karcie kredytowej, ale nigdy tego nie zrobił. Nie zadał sobie nawet trudu, by poinformować pocztę o zmianie adresu. Jackie zdecydowała się wziąć spłatę na siebie i nie kontaktowała się z nim, wychodząc z założenia, że skoro sama padła ofiarą zachowania, które zawodowo ścigała, wypadałoby ponieść konsekwencje.

Rok po tych wydarzeniach Jackie była jeszcze bardziej zdystansowana i cyniczna, twierdziła Bee. W hotelowym barze Bee snuła tę historię jak opowieść o duchach, dramatycznym szeptem i z szeroko otwartymi oczami. Hannah wyobrażała sobie, że Bee trzyma pod brodą latarkę, przerażająco oświetlającą jej twarz.

Potem