Singielka w Londynie - Marta Matulewicz - ebook + audiobook
Opis

Tytułowa singielka Ewa decyduje się na wyjazd do Londynu, w którym czeka na nią przyjaciółka, aby podjąć pracę i nawiązać nowe znajomości. Rezolutna i śmiała Polka w nowym, nieznanym środowisku traci pewność siebie, czuje się zagubiona i z zadziwiającą łatwością – ale i wdziękiem – wpada w kolejne tarapaty. Za każdym razem udaje jej się jednak wyjść z nich obronną ręką.

Ewa musi na nowo zdefiniować samą siebie i swoje oczekiwania, znaleźć własne miejsce w obcym mieście. Bohaterka poznaje mieszkańców Londynu, szuka pracy, miłości, odkrywa też nieznane dotąd fascynujące smaki życia – a wszystko to z uśmiechem, entuzjazmem, wiarą w siebie i otwartością na to, co przyniesie przyszłość.

Singielka w Londynie” to ciepła i zabawna opowieść o tym, że wszelkie przeciwności losu warto pokonywać z uśmiechem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 306

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 44 min

Lektor: Ilona Chojnowska

Popularność


Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2018

ISBN (ePub): 978-83-65838-59-9

ISBN (Mobi): 978-83-65838-60-5

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

Przeszłam pomyślnie kontrolę paszportową i stwierdziłam, że potrafię sobie poradzić ze wszystkim. Na dodatek bramka, którą potem musiałam przekroczyć, nie piszczała. Nie musiałam więc zdejmować butów i nie miałam przeszukiwanego bagażu. Wspaniale, nie ma to jak szczęśliwa wróżba na początek nowej drogi życiowej.

Potrafię to zrobić — powtarzałam sobie w myślach jak mantrę. Potrafię z dnia na dzień zostawić pracę recepcjonistki w modnej siłowni, potrafię, bez uronienia jednej łzy, rozstać się ze zdradzającym mnie facetem, potrafię przytyć (cóż, nie można mieć wszystkiego) dowolną liczbę kilogramów w bardzo krótkim czasie i potrafię wyssać z powietrza cały cellulit. Taka jestem zdolna. Nie będę na razie myślała o rzeczach, których nie potrafię robić, nie po to kupiłam sobie tusz do rzęs za całe dwadzieścia pięć złotych, aby teraz, na lotnisku w Goleniowie, wyglądać jak panda.

Lecę do Wielkiej Brytanii i mam zamiar być tam szczęśliwa, bogata i szczupła. Wybrałam Londyn, bo skoro już mam żyć w innym państwie, w wielomilionowej społeczności, to chcę mieszkać ze swoją przyjaciółką Zosią, która z dobroci serca zaprosiła mnie do swojego domu. Zawsze podobała mi się stolica Anglii — na zdjęciach i filmach. W opowieściach Zosi również wypadała intrygująco, do tego ludzie posługiwali się językiem, który w znacznym stopniu rozumiałam. Będzie to dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie. Różne języki, różne kultury… Ach, może tam czeka na mnie książę z bajki! W Polsce książęta z nieznanej mi przyczyny omijali mnie szerokim łukiem. Przecież nie wymagam aż tak dużo. W swoim dwudziestopięcioletnim życiu miałam dość mężczyzn, którzy udawali, że mnie kochali, udawali, że są singlami (choć biały pasek na serdecznym palcu mówił sam za siebie), lub udawali, że mają pieniędzy w nadmiarze (potem okazywało się, że w nadmiarze to mieli długów komorniczych). Ech, ale dość już tych smutnych rozmyślań — pora na nowe doświadczenia!

Rozejrzałam się po poczekalni, w której przyszło mi czekać na samolot. Znajdowały się tu rodziny z dziećmi, pary szczęśliwe, pary skłócone, małżeństwa z długim stażem i oczywiście single. Ci interesowali mnie najbardziej. Przemyślenia przerwał komunikat wydobywający się z głośników umieszczonych nad głowami czekających. Miły damski głos poinformował czekających, że odprawa na lot do Londynu Stansted właśnie się rozpoczęła. Wstałam z plastikowego, niewygodnego krzesła i wyjrzałam przed siebie. Przede mną już formowała się kolejka, a na samym jej początku stała kobieta ubrana w mundurek i z uśmiechem prosiła o pokazanie karty wstępu na pokład (dlaczego nie może powiedzieć, że chce zobaczyć bilet!) oraz karty priority (o matko, co to za karta?! dlaczego ja jej nie mam?!). Już po chwili pracownica lotniska ze zdenerwowaną miną oraz głupim i nienaturalnym grymasem, który miał być uśmiechem, powtórzyła w moją stronę:

— A gdzie pani karta priority?

— Eeee… nie mam — wymamrotałam. W tym momencie pasażerowie mieli już niezły ubaw, a moja twarz przybrała odcień buraka.

— To proszę przejść do kolejki obok.

Spojrzałam w bok, gdzie kłębił się tłum. Posłusznie wyszłam z ogonka, żeby nie narobić sobie jeszcze większego wstydu. O co chodzi z tą kartą pierwszeństwa? Przecież każdy pierwszy nie będzie. Znalazłam koniec drugiej kolejki, który wydawał mi się tak odległy od mojego poprzedniego miejsca, że postanowiłam pójść jeszcze na małą kawę do kawiarni obok. A co mi tam. Po co stać tyle czasu, skoro mogę sobie usiąść, wypić espresso i poczekać. Spokojnie zatem piłam, obserwując pasażerów znikających w korytarzu prowadzącym na płytę lotniskową. Nagle mój telefon w kieszeni marynarki zaczął dzwonić. Miałam nastawiony najgłośniejszy dzwonek i wibracje. Trzęsącymi się rękoma chwyciłam komórkę, potrącając przy okazji filiżankę z kawą, która wylała się na moje nowe, białe dżinsy. Wstałam szybko od stolika, żeby ratować sytuację i spodnie. Tymczasem kolejka do kontroli zrobiła się wyjątkowo krótka i już teraz powinnam się ustawić. Co zrobić? Lecieć do łazienki i czyścić spodnie? Ustawić się do wejścia na pokład z dość widoczną, brązową plamą na białej odzieży?! Co za wstyd. Jak ja się ludziom pokażę! To oczywiście moja wina, kto mądry na podróż zakłada białe dżinsy. Chciałam wyglądać stylowo, z klasą, jak Jackie Kennedy Onassis. Oczywiście ona nigdy nie oblałaby się kawą (pewnie przezornie zamówiłaby wodę albo oblałby ją jakiś przystojny milioner i w ramach zadośćuczynienia zaprosił na pokład swojego prywatnego odrzutowca), a co najważniejsze — nie musiałaby stać w długim ogonku do samolotu. I tak stałam przy stoliku, w jednej ręce trzymając filiżankę z kawą, a w drugiej telefon. Spojrzałam w kierunku kolejki, która jak na złość bardzo szybko się zmniejszała i już tylko dwie osoby czekały na kontrolę.

Uprzejma pani przywołała mnie ruchem ręki, dając do zrozumienia, że jeśli chcę lecieć, mam do niej podejść natychmiast. Wydawało mi się, że wszyscy patrzą tylko na tę plamę, która przybrała rozmiary średniego jeziora. Jak na złość wszystkie moje ciuchy wysłałam wcześniej do Zosi, żeby nie płacić za nadbagaż. Dlaczego nie zabrałam zapasowych spodni?!

Podeszłam do stewardesy i oddałam jej moją kartę wstępu na pokład. Spojrzała na mnie, uśmiechnęła się (nie wiem, czy z grzeczności, czy ze współczucia) i oddała mi połowę mojego biletu (drugą połowę zatrzymała dla siebie), po czym mogłam już udać się do samolotu. Na filmach widziałam, jak wygląda cała procedura związana z lataniem, pokazywali, że jest podstawiany rękaw lotniczy, który ułatwia podróżnym znalezienie się w samolocie bez konieczności wyjścia z lotniska na płytę… Tutaj się zawiodłam, sama musiałam zejść po schodach, a na dodatek do samolotu stała znów długa kolejka pasażerów. Opornie to szło. Stałyśmy (ja i moja plama) na płycie lotniska, modliłam się, aby w tym momencie nie spadł deszcz. I tak obrazek był wystarczająco żałosny…

W końcu dotarłam na schody prowadzące do samolotu. Podałam swoją kartę pokładową i patrząc na cyferki oznaczające miejsca, zaczęłam szukać swojego. Uświadomiłam sobie z przerażeniem, że znajduje się ono prawie na środku samolotu. Cudem posuwałam się do przodu, musiałam czekać, aż pasażerowie usiądą, bym mogła przejść dalej. Jeszcze raz nerwowo spojrzałam na bilet, aby upewnić się, które miejsce jest moje. Z niedowierzaniem dostrzegłam, że siedzi na nim jakiś młody człowiek.

— Przepraszam pana, ale zajął pan chyba moje miejsce.

Mężczyzna spojrzał na mnie, jakbym właśnie powiedziała do niego coś po chińsku.

— Nie wydaje mi się. — Rozparł się wygodnie na swoim fotelu, uważając rozmowę za zakończoną. Oczywiście naszej wymianie zdań przyglądała i przysłuchiwała się połowa pasażerów. Nie ma to jak drobna awanturka na początek lotu.

— Ależ tak. — Starałam się, by mój głos brzmiał stanowczo.

Facet westchnął tylko i zapytał:

— Jaki ma pani numer siedzenia?

— Sześćdziesiąt osiem — odparłam, starając się, by zabrzmiało to wyniośle i pewnie. Byłam przekonana, że zajął moje miejsce, a na dodatek jeszcze się awanturuje.

— Prawa czy lewa strona?

W tym momencie poległam. Wiedziałam, że jak zwykle pomyliłam prawą stronę z lewą (oto jeden z powodów, dla których nigdy nie będę jeździć autem, choć mam prawo jazdy). Próbowałam jeszcze jakoś wybrnąć z tej głupiej sytuacji, mówiąc, że to właśnie jest lewa strona, czym z pewnością pogrążyłam się doszczętnie.

— Myli się pani, to jest prawa — powiedział i spojrzał na mnie z poirytowaniem i litością jednocześnie.

Chciałam go wywalić z siedzenia, które zajmował zgodnie ze swoim biletem! Czy to pasmo porażek dziś się skończy? Przecisnęłam się na właściwe miejsce z głupim uśmiechem na twarzy, usiadłam i zdjęłam kurtkę. Ale co mam zrobić z bagażem podręcznym? Inni pasażerowie ładowali swoje torby na specjalne plastikowe półki umieszczone nad siedzeniami. Stewardesa podeszła do mnie i zaproponowała, bym trzymała swoją torbę pod nogami. Wepchnęłam ją szybko pod siedzenie, zapięłam pas i otarłam pot z czoła… Udało się, teraz już będzie tylko lepiej.

Na szczęście miałam fotel przy oknie, więc mogłam obserwować kawałek lotniska. Po chwili zauważyłam, że stewardesa zamyka drzwi do samolotu, a jej koleżanka podchodzi do słuchawki telefonicznej zawieszonej na ścianie, podnosi ją i w tym momencie usłyszeliśmy komunikat:

— Witam państwa bardzo serdecznie na pokładzie samolotu lecącego z Goleniowa na lotnisko Londyn Stansted. Jest godzina ósma. Startujemy o czasie, pogoda jest idealna, temperatura powietrza wynosi dwadzieścia stopni Celsjusza, nie wieje wiatr. Lądujemy o dziesiątej czterdzieści pięć i mamy nadzieję, że uda nam się dotrzeć na czas.

Coś jeszcze mówiła, ale zaryczały silniki. Widziałam przez okno rozpędzające się koła samolotu, który nabierał coraz większej prędkości. Byłam oczarowana do momentu, w którym odbiliśmy się od ziemi i maszyna zaczęła się wznosić. Zakręciło mi się w głowie, w uszach zaczęło dzwonić… Na szczęście objawy ustały szybko. Samolot znalazł się w chmurach, w białej mlecznej mgle.

Mama czasami mi powtarzała, że mam głowę w obłokach, i teraz miałaby zupełną rację. Ujrzałam słońce i ten widok spowodował, że zupełnie zamarłam. Białe lekkie chmury pod moimi nogami, czy raczej pod samolotem, i piękne pomarańczowo-różowe słońce. Bezmiar błękitu i przestrzeń.

Chciałam zatrzymać tę chwilę na zawsze pod powiekami. Żałowałam, że maszyna wznosi się jeszcze, pragnęłam zostać w tym raju. Zapaliła się lampka sygnalizująca, że mogę rozpiąć pas bezpieczeństwa. Wreszcie. Stewardesa przez słuchawkę potwierdziła, że znajdujemy się na bezpiecznej wysokości, a za parę minut jej koleżanka Sylwia zacznie przyjmować zamówienia. Wspaniale, może napiję się jeszcze kawy? Poprzedniej przecież nie dopiłam. Tak, zdecydowanie należy mi się po tych wszystkich stresach odrobina przyjemności. Rozpięłam pas i zaczęłam przyglądać się swoim współpasażerom. Obok mnie siedział facet, który ważył chyba ze sto kilogramów — tajemnicą było dla mnie, jak wcisnął się w te wąskie siedzenia. Nie dość, że był gruby, to jeszcze wysoki. Nie wiem, jak ja się koło niego przecisnę do łazienki. Na ostatnim miejscu siedział chłopiec, mniej więcej siedmioletni, czytający komiks. Wymarzonego księcia ani śladu.

Usłyszałam wózek i zobaczyłam stewardesę. Poprosiłam o kawę, chociaż nie powinnam, bo wiedziałam, że po jej wypiciu na pewno będę biegać do łazienki. Moi współpasażerowie nie mieli na nic ochoty. Zrozumiałam dlaczego, gdy stewardesa poprosiła o należność za kawę. Myślałam, że jest za darmo, cena zwaliłaby mnie z nóg, gdybym nie siedziała. Za tyle mogłabym kupić całe opakowanie! Trudno, z bólem serca podałam jej należność. Uśmiechnęła się i powiedziała, że za pięć minut dostanę swoje zamówienie. Oparłam się o siedzenie, zamknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech. Miałam nadzieję, że uda mi się choć trochę rozluźnić. Ostatnie dni spędzone na pakowaniu, żegnaniu z rodziną, Robertem, były dość stresujące.

Robert — moja była niedoszła miłość — nie wiedział, czy ma być załamany, bo go zostawiam, czy cieszyć się z odzyskanej wolności. Wrażliwość norki, ale jaka uroda… Poznaliśmy się rok temu na domowym sylwestrze organizowanym przez wspólnego kolegę — Jacka. W sumie nie mogę powiedzieć, że była to miłość od pierwszego wejrzenia, choć starałam się to sobie wmówić. Może ja nie potrafię się tak zakochać albo to jeszcze jeden mit. Spędziliśmy ze sobą cały wieczór i noc, fajnie nam się rozmawiało i tańczyło. Robert zachowywał się szarmancko. Do tego był najprzystojniejszym facetem na imprezie. Nie miałam nic do stracenia. Związałam się z nim bardziej z nudów i lęku przed samotnością niż z miłości. Był zawsze miły, wypachniony, przystojny, przyciągał wzrok, fajnie było mieć go u swego boku na imprezach. Wydawało mi się, że jesteśmy szczęśliwi — do momentu, w którym dowiedziałam się, że mnie zdradza. Byliśmy na kolacji w nowo otwartej restauracji. W pewnym momencie podeszła do nas kelnerka i wylała na Roberta dzbanek zimnej wody… wykrzykując przy tym całą prawdę o ich znajomości. W sumie nie przysięgaliśmy sobie wierności, ale są sprawy, które powinny być oczywiste. Dotknęło mnie, że za moimi plecami umawiał się z inną lub innymi. To nawet nie była zazdrość, raczej mnie to wkurzyło. To tak, jakby ktoś bez pytania pożyczył twoją ulubioną torebkę. Robert przepraszał i mówił, że możemy być ze sobą na poważnie, ale czy mogłabym zaufać ponownie facetowi, który nie jest uczciwy od samego początku? Czy mogłabym być z tą samą torebką?

W tym właśnie momencie mojego życia zadzwoniła Zosia z zaproszeniem do Londynu. Nie opierałam się długo. W czerwcu skończyłam filologię angielską na Uniwersytecie Szczecińskim z bardzo dobrą oceną. Wakacje minęły, rozpoczął się wrzesień. W siłowni, w której pracowałam, miałam dostać cały etat wraz z podwyżką. Czułam się doceniona, ale czegoś brakowało…

— Bardzo proszę, pani kawa. — Moje myśli przerwała stewardesa. Rozłożyłam sobie małą tackę przymocowaną do siedzenia i ponownie pogrążyłam się w zadumie.

Praca w siłowni była ciekawa, lubiłam ruch, lubiłam klientów, szef był w porządku. Finansowo też nie mogłam narzekać. Znajomi mówili mi, że mam szczęście, udało mi się znaleźć tak fajną robotę. Doceniałam to, lecz… No właśnie, czegoś brakowało. Zaproszenie od Zosi spadło mi z nieba. Od razu postanowiłam z niego skorzystać. Rodzice nie byli do końca przekonani, czy powinnam jechać, ale po omówieniu wszystkich za i przeciw zgodzili się, a nawet dali swoje błogosławieństwo na ten wyjazd oraz pieniądze na pierwszy miesiąc życia. Spakowałam się, zrezygnowałam z pracy ku rozczarowaniu mojego szefa, pożegnałam bez żalu Roberta i oto jestem na pokładzie samolotu.

Z Zosią poznałam się na pierwszym roku studiów filologii angielskiej i już na samym początku naszej wspólnej nauki bardzo się polubiłyśmy. Zupełnie nie rozumiałam, po co Zosi te studia. Świetnie mówiła po angielsku, nauka przychodziła jej z wyjątkową łatwością, co mnie chwilami doprowadzało do szału. Kiedy ja wkuwałam wszystkie zasady, czasy, tryby, słówka, ona latała na randki. Zosia to moje totalne przeciwieństwo. Jest bardzo szczupłą, ognistorudą kobietą, ma duże zielone oczy i mnóstwo uroku osobistego. Doskonale wie, jak te atuty wykorzystywać, szczególnie w kontaktach z płcią przeciwną. Nasi wykładowcy wiele razy szli grupie na rękę pod wpływem Zosinej urody. Na dodatek natura nie poskąpiła jej intelektu — Zosia ukończyła licencjat celująco chyba ze wszystkich przedmiotów i postanowiła wyruszyć na podbój Wielkiej Brytanii. Tak jej się spodobało, że zdecydowała o pozostaniu na stałe w Londynie, ku wielkiej rozpaczy rodziców, którzy woleliby mieć ją na oku w Szczecinie. Od tego czasu utrzymywałyśmy telefoniczne i mailowe kontakty, planując, że kiedyś, w bardzo dalekiej przyszłości, do niej przyjadę.

Wypiłam kawę i poczułam, że mój pęcherz protestuje. Spojrzałam na zegarek i szybko policzyłam, ile jeszcze będziemy lecieć. O nie! Lot ma trwać jeszcze około czterdziestu minut. Dam radę. Wytrzymam. Kurczę, nie, jednak muszę iść do łazienki, tylko jak? Facet obok mnie śpi, a na dodatek totalnie zatarasował przejście. Może jednak uda mi się go przekroczyć. Tak, to jest myśl. Podniosłam nogę i przerzuciłam ją niezdarnie nad kolanami mojego sąsiada. Udało się, lecz gdy chciałam ten manewr powtórzyć z drugą kończyną, samolotem zatrzęsło. Nie potrafiłam utrzymać równowagi, nie miałam się czego złapać i oczywiście poleciałam na rozłożystego jegomościa, siadając na nim okrakiem całymi moimi pięćdziesięcioma pięcioma kilogramami. Obudził się, spojrzał na mnie z dziwnym błyskiem w oku. Chyba mu się spodobało, a może zrealizowałam jego senne fantazje?

— Przepraszam — wybąkałam, czerwona po koniuszki włosów.

— Nic się nie stało, zawsze do usług. — Uśmiechnął się do mnie szarmancko.

Czy on sobie pomyślał, że na niego lecę? A niech facet coś ma od życia. Czerwona jak burak (znów!) jeszcze raz przeprosiłam, a on ponownie powiedział, że naprawdę nic się nie stało i że mogę tak zostać do końca podróży. W tym momencie zorientowałam się, że cały czas siedzę na jego kolanach. Podskoczyłam jak oparzona i pospiesznie oddaliłam się do toalety. By otrząsnąć się z szoku, próbowałam sobie wyobrazić, jak wygląda pilot samolotu, może jest superprzystojnym brunetem o brązowych oczach i seksownym uśmiechu…

Miałam szczęście, łazienka była wolna. Z pewnością siebie — tak, jakbym całe życie korzystała z samolotowej toalety — otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Powiedzieć, że miałam miejsce na cokolwiek poza zdjęciem majtek, byłoby kłamstwem. Skorzystałam z niej szybko, modląc się, aby niczego nie obsikać. Po skończeniu zaczęłam szukać spłuczki. Znalazłam niebieski kwadracik w ścianie, który po naciśnięciu wydał taki huk, że uciekłam z toalety przestraszona, zapominając o umyciu rak. No trudno. Nie ja pierwsza, nie ostatnia. Powróciłam na swoje miejsce, modląc się, aby facet nie rozpoczął flirtu, jeszcze tego mi brakowało. Postanowiłam jedno: muszę wziąć się w garść, będę bardziej rozważna, pragmatyczna i zdecydowanie mniej romantyczna. Stewardesa przez mikrofon poinformowała, że za dwadzieścia minut będziemy lądować. I dobrze, bo latania to mi wystarczy na bardzo długo.

Poczułam, jak samolot się obniża, w sumie powoli, ale i tak kręciło mi się w głowie, a na dodatek było mi strasznie niedobrze. Odmówiłam chyba ze sto zdrowasiek, aby nie zwymiotować. Przecież nie mogę stanąć na ziemi brytyjskiej w zarzyganych spodniach, i tak mam już na nich plamę po kawie. W sumie plama na honorze byłaby ukoronowaniem całości… — pomyślałam smętnie. Modlitwy odniosły oczekiwany skutek. Samolot obniżył lot i wylądował dość płynnie. Wyjrzałam przez okno i nie mogłam uwierzyć, że nie widzę miasta, tylko pola. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno nie tego. Zosia namówiła mnie, bym wysłała wcześniej swoje ciuchy przez firmę kurierską i dlatego mogłam powitać moją najlepszą przyjaciółkę w brudnych dżinsach. Choć myśląc obiektywnie, z bagażem byłoby pewnie trudniej: na pewno musiałabym się teraz martwić o walizkę, która — znając moje szczęście — zaginęłaby gdzieś pomiędzy Goleniowem a Dublinem.

Po odprawie, którą przeszłam bez żadnego problemu, skierowałam się do wyjścia. Modliłam się, by Zosia czekała na mnie za rozsuwającymi się drzwiami. I rzeczywiście, stała tam: wysoka, piękna, elegancka, skupiająca na sobie uwagę podróżnych, szczególnie tych płci męskiej. Wyglądała świetnie, zresztą jak zwykle. Przy niej czułam się trochę jak kocmołuch. Podniosłam dumnie głowę. Nie ma mowy, bym opowiedziała o moich dzisiejszych przygodach, jestem Europejką, a nie prowincjuszką. Przysłoniłam niezdarnie plamę torebką i uśmiechnęłam się promiennie.

— Ewa! — zawołała z radością przyjaciółka, po czym szybko podeszła w moją stronę, wycałowała mnie w oba policzki, wyściskała, odeszła krok w tył, spojrzała na mnie uważnie bystrym wzrokiem, po czym stwierdziła: — Dobrze wyglądasz.

— Taa… Szczególnie z plamą po kawie. — Roześmiałam się.

— Co się stało? Musisz mi wszystko opowiedzieć. — Złapała mnie pod rękę.

— Mowy nie ma, będziesz się ze mnie śmiać do końca życia. — I na potwierdzenie tych słów moje policzki zapłonęły. W tej samej chwili ogromny towarzysz z samolotu pomachał mi wylewnie i zawołał:

— Może da mi pani swój numer?

Zignorowałam go, lecz Zosia szepnęła konspiracyjnie:

— Oj! Czuję, że na wysokości tysięcy kilometrów wydarzyło się coś gorącego.

Spojrzałam na swoje spodnie i powiedziałam:

— Czy oblanie kawą się liczy? Bo to jedyne, co mnie gorącego spotkało, i nie w samolocie, a jeszcze na lotnisku w Goleniowie. — W życiu nie pisnę słowa o moim upadku (na szczęście tylko fizycznym, a nie moralnym) na kolana sąsiada.

Zosia roześmiała się serdecznie.

— Tym bardziej musisz mi wszystko powiedzieć, a teraz chodźmy stąd, złapiemy autokar do Londynu — powiedziała, sprawdzając coś w swoim telefonie. Masz swój bagaż?

— Tak, mam. — Pokazałam torebkę.

W tym momencie moja przyjaciółka spojrzała na mnie, jakbym zupełnie zwariowała.

— Co udało ci się zmieścić do tak małej torby?

— Na pewno nie spodnie na zmianę — odpowiedziałam. Dlaczego wiecznie rozmawiamy o mojej plamie…?

— Nic się nie martw. — Zosia objęła mnie ponownie ramieniem. — Przebierzesz się w domu. Tu i tak nikt na nikogo nie patrzy.

— Jasne. — Dosłownie wszyscy na nas patrzyli, a raczej na nią, która w pięknej zielonej sukience podkreślającej kolor oczu wyglądała zjawiskowo. O swoim wyglądzie nawet wolę nie myśleć. To tyle z podróżowania w stylu Jackie Onassis.

Przeszłyśmy przez halę przylotów na dworzec. Na stanowisku numer siedemnaście stał już duży, czysty i nowoczesny autokar. Przed wejściem młody chłopak sprzedawał lub sprawdzał bilety. Wyglądał pięknie — o ile tak można powiedzieć o mężczyźnie. To chyba pierwszy Latynos, którego widziałam na żywo. Był niezwykle przystojny, taka młodsza wersja Antonio Banderasa. Będzie się działo w Londynie! Młodsza kopia hiszpańskiego gwiazdora sprawdziła bilety i z uśmiechem wpuściła nas do środka.

Usiadłyśmy z tyłu i zaczęłyśmy wymieniać się plotkami. Kto z kim zerwał, kto z kim się ożenił, kto zaszedł w ciążę, kogo zwolnili i tym podobne informacje przelatywały pomiędzy nami w zawrotnym tempie. Jednocześnie starałam się wyglądać przez okno, aby nie stracić ani chwili. Interesowało mnie wszystko: autostrada, auta i kierowcy, zielone tablice. W pewnym momencie autokar wjechał na duży most. Spojrzałam przed siebie i zobaczyłam panoramę Londynu, którą delikatnie rozświetlało poranne słońce. Byłam coraz bardziej podekscytowana. Widziałam oczywiście na zdjęciach główne atrakcje tego niezwykłego miasta, takie jak Big Ben, London Eye czy Tower Bridge, ale teraz tu byłam. Autokar mijał z dużą prędkością domy, sklepy, ulice, puby, targi, muzea, parki, zmierzając do centrum. Było tego tak dużo, że nie widziałam, gdzie mam patrzeć. Zosia przykleiła się na chwilę do swojego telefonu, dzięki czemu chłonęłam w ciszy wszystko to, co działo się za oknem.

— Zobacz, Ewa.

Odwróciłam głowę w tę stronę, którą wskazała mi Zosia. Moim oczom ukazał się Big Ben, potem opactwo Westminster i London Eye. Na żywo wyglądało wspaniale, już nie mogłam się doczekać, kiedy będę mogła zwiedzać to piękne, ogromne miasto. Autokar, nie zatrzymując się, jechał dalej.

Mijaliśmy wieżowce ze stali i szkła; wcześniej widywałam je w telewizji, a teraz były na wyciągnięcie ręki… W końcu, ku mojemu smutkowi, autokar zatrzymał się na przystanku autobusowym. Szarym, brzydkim i nijakim. Zosia wstała i skierowała się do wyjścia, a ja za nią, z nadzieją, że się nigdzie nie zgubię.

Dworzec Victoria zrobił na mnie wrażenie. Gdy weszłyśmy do ogromnego budynku, zobaczyłam wiele sklepów, duże kasy, mnóstwo maszyn biletowych, restauracje, małe puby — a nad tym wszystkim ogromną tablicę, na której widać było godzinę odjazdu pociągu, numer peronu oraz mijane stacje. Gdybym chciała, mogłabym pojechać w dowolnym kierunku: na północ do Szkocji, na południe, wschód, zachód. Mogłam skorzystać z metra, autobusów i dojechać w dowolne miejsce w Londynie. Mogłam właściwie pojechać wszędzie. Od tego szczęścia, wolności oraz możliwości zakręciło mi się w głowie.

Zosia płynnym ruchem przedzierała się pomiędzy pasażerami, którzy zdawali się podążać we wszystkich kierunkach. To była moja pierwsza podróż metrem, więc obserwowałam wszystko z wielkim zdziwieniem. Do tej pory wydawało mi się, że Szczecin to dość duże miasto, a tu proszę — dworzec Victoria jest ze trzy razy większy niż nasz dworzec główny.

— Ewa, to twoja karta na pociągi, autobusy i metro. Nie zgub jej. — Przyjaciółka przystanęła przy czarnych samoobsługowych maszynach ładujących pieniądze na karty i taką kartę właśnie mi dawała. — Masz na niej dziesięć funtów. Przed wejściem na każdą stację są maszyny, takie jak tutaj, do ładowania pieniędzy na kartę. Możesz płacić gotówką, kartą tutaj lub w małych sklepach. W maszynie masz taki plus, że możesz ustawić instrukcje w języku polskim. Dziesięć funtów powinno starczyć na podróż do domu. Później pokażę ci, jak ją uzupełniać. Na razie złapiemy niebieską linię, tak zwaną Victoria Lane, i pojedziemy na stację Green Park, a potem przesiądziemy się do linii Piccadilly i nią dotrzemy do domu. — Podała mi małą mapkę metra, z której nic nie rozumiałam. Mieszanina kolorów, stacji.

Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że Londyn jest aż tak duży. Schowałam swoją kartę do kieszeni torby, modląc się przy tym, bym jej nigdzie nie zgubiła. Byłam w totalnym szoku. Karta, pieniądze na niej, błękitna linia, niebieska linia, dom… Starałam się zapamiętać wszystko, co mówiła mi Zosia, ale wiedziałam, że pamięć mnie pewnie zawiedzie i za chwilę o wszystkim zapomnę. Podeszłyśmy do bramek i przyjaciółka powiedziała:

— Ewa, patrz, co robię, i zrób to samo. — Po czym wyjęła swoją kartę z torebki, przyłożyła ją do żółtego okrągłego czytnika. Maszyna wydała krótki dźwięk i drzwiczki się otworzyły. Wszystko trwało ze trzy sekundy.

Miałam nadzieję, że sobie poradzę. Podeszłam, przyłożyłam kartę, ale nic się nie działo…

— Musisz przyłożyć tylko na jedną, góra dwie sekundy.

— Teraz mi o tym mówisz! Dobrze.

Zrobiłam, jak kazała, i już po chwili drzwiczki się otworzyły. Przeszłam szybko, bałam się, że w nich utknę. Gdy zjeżdżałyśmy schodami, nie mogłam oderwać oczu od ruchomych reklam, które znajdowały się na ścianach, zawieszone jedna pod drugą. Na dole skręciłyśmy w prawo i tym sposobem pierwszy raz w życiu znalazłam się na stacji metra. Na ścianie wisiała duża mapa z zaznaczonymi przystankami. Jechałyśmy tylko jedną stację, po czym miałyśmy przesiąść się na inną linię metra. W tym momencie na stację wjechał pociąg i Zosia pociągnęła mnie za rękę, kierując sprawnie do drzwi. W wagonie fascynowało mnie wszystko. Przyglądałam się pasażerom, którzy byli w różnym wieku, różnej narodowości i wyglądali bardzo oryginalnie. I co najwspanialsze i najdziwniejsze zarazem, że nikt na nikogo nie zwracał uwagi.

— Ewa, przestań się patrzeć na ludzi, bo sobie kłopotów narobimy. Ja wiem, że to wszystko to dla ciebie nowość, ale musisz się opanować. Pomyślą, że cię wypuścili z domu wariatów. Albo że cierpisz na jakąś chorobę psychiczną.

— Dobrze, postaram się nie gapić tak bardzo. — Moja twarz przybrała po raz kolejny tego dnia buraczany kolor. Chyba zaczynałam się do tego przyzwyczajać…

Pociąg zatrzymał się na stacji, drzwi otworzyły się cicho i wyszłyśmy na peron. Zosia znów zgrabnie lawirowała między ludźmi. Jakimś cudem potrafiła połapać się w tych wszystkich zakamarkach i nie wpadać na innych, co dla mnie stanowiło nie lada wyzwanie. Starałam się patrzeć wszędzie: wokół, na mijających nas ludzi, do tego czytałam te wszystkie znaki, co owocowało tym, że co chwilę na kogoś wpadałam. Gdy już znalazłyśmy się na peronie niebieskiej linii, przyjaciółka wyjaśniła, że stacja nazywa się Green Park, a przynależne do niej tereny to jedna z najciekawszych i najładniejszych stacji i miejsc w Londynie.

— Gdy wyjdziesz z tyłu, zobaczysz piękny duży park, za nim jest Buckingham Palace. Kiedy przejdziesz przez kolejny park, wyjdziesz na Downing Street, a stamtąd już będziesz widzieć London Eye, parlament i Big Bena. Możesz także po wyjściu ze stacji iść w kierunku Piccadilly Circus i iść prosto na Covent Garden. Świetna dzielnica.

Słowa, które wypowiadała Zosia, za Chiny nie chciały zapisać się w mojej pamięci. Zarejestrowałam tylko nazwy atrakcji, które wcześniej znałam. Zosia, czytając w moich myślach, a może po prostu patrząc na moją przerażoną minę, powiedziała, że zapisze mi wszystko na kartce, żebym się nie zgubiła. Pociąg metra pędził i zanim się spostrzegłam, dotarłyśmy do stacji Turnpike Lane. Przy wyjściu zostały ustawione bramki, znałam to z poprzedniego etapu podróży, więc czułam się pewniej. Do czasu… Zosia przyłożyła swoją kartę do czytnika, zapiszczało, drzwiczki się otworzyły i mogła wyjść. Naśladując przyjaciółkę, przyłożyłam plastikowy prostokąt do czytnika, ale maszyna nie zabuczała. Nic się nie działo. Ludzie za mną się zatrzymali i cierpliwie czekali na swoją kolej. Zdziwiłam się, że nikt nie okazał złości z powodu przymusowego przystanku.

— Ewa, odwróć kartę, przyłóż ją do czytnika i poczekaj chwilę.

Postąpiłam zgodnie z instrukcjami, modląc się, by ta durna maszyna mnie wypuściła. Coś zapiszczało i drzwi się otworzyły, lecz gdy jedną stroną ciała byłam już po drugiej stronie, chciały się ponownie zamknąć. Spełniły się obawy, które miałam, gdy przechodziłam przez bramki na poprzedniej stacji, nieufność do wynalazków wzrosła (czy ci Anglicy nie mogą instalować normalnych drzwi?). Nagle poczułam, że Zosia łapie mnie za kurtkę i ciągnie do przodu. Na szczęście udało się mnie wydostać i drzwiczki zamknęły się za mną z hukiem. Wyszłam ze stacji zażenowana całą sytuacją, niemile zaskoczona i… oniemiała, bo tylu ludzi różnych narodowości, takich tłumów, tylu różnych sklepów nigdy nie widziałam! Musiałam przystanąć, nie wiedziałam, w którą stronę mam patrzeć. Wszystko wydawało mi się tak ciekawe, wspaniałe, że najchętniej od razu rozpoczęłabym zwiedzanie. Po obu stronach ulicy znajdował się sklep przy sklepie. Od razu zauważyłam butiki z ciuchami, butami, okularami, drogerię, perfumerię, sklep z rzeczami za jednego funta, piekarnię z grecką flagą na szybie, a do tego dentystę, psychiatrę, pralnię… Wspaniale! Już widziałam w myślach, jak robię zakupy. Obładowana torbami, z rozwianymi włosami, w letniej sukience, w moich ulubionych szpilkach. Widziałam, jak płynę po londyńskich ulicach, a przechodnie pochłaniają mnie wzrokiem — mężczyźni z pożądaniem, a kobiety z zawiścią. Oczywiście w tej wspaniałej chwili nie wzięłam pod uwagę nierówności chodnika i gdyby nie Zosia, zaliczyłabym upadek. Cóż, nie pierwszy raz ideał sięgnąłby bruku.

— Ewa, chodź! Będziesz jeszcze miała mnóstwo czasu, żeby wszystko dokładnie obejrzeć.

Wyszłyśmy ze stacji, po czym skręciłyśmy w prawo, wchodząc w cichą ulicę, wzdłuż której ciągnęły się domy takiej samej wielkości i koloru. Już po chwili byłyśmy pod budynkiem z numerem dwadzieścia cztery. Zosia wyjęła z torebki klucze, otworzyła drzwi i weszłyśmy do środka.

— Witaj w domu, Ewa. Czuj się jak u siebie.

Moim oczom ukazał się mały, wąski korytarz. Po jego lewej stronie znajdowały się przestronny, jasny pokój gościnny, duża kuchnia z tarasem, a na wprost — schody, które prowadziły na górę.

— Rozbierz się, rozgość, za chwilę pokażę ci twój pokój.

— Zosia, gdzie jest łazienka? Muszę pilnie skorzystać.

— Po schodach w górę i prosto.

Z radością pognałam do łazienki. Gdy myłam ręce, rozglądałam się z zaciekawieniem i wtedy ujrzałam, że po podłodze maszeruje obrzydliwy robal! Duży, czarny — fuj! Nie znoszę robali. Złapałam stojący w kącie mop i z całej siły zaczęłam walić nim w podłogę, rozpoczynając, z determinacją godną lepszej sprawy, polowanie na tego stwora. Zagrzewałam się do walki, wydając głośne, bojowe okrzyki.

Zosia wpadła do łazienki, nie zważając na intymność tego miejsca, zapominając o delikatności, i wrzasnęła:

— Ewka, co ty wyrabiasz?!

— Co to było? Takie małe, czarne, włochate! — Pokazałam jej palcem pustą podłogę.

— Robal jakiś, a co ma być? — powiedziała ze stoickim spokojem.

— Jak to co? I ty to mówisz tak spokojnie!!! — Nie mogłam się opanować i nie mogłam uwierzyć, że Zosia patrzy na mnie jak na idiotkę. Dlaczego tylko ja panikuję?!

—A co, mam walić mopem w podłogę za każdym razem, jak jestem w kiblu? — powiedziała z wyraźnym sarkazmem. — Sąsiedzi dopiero by mieli o czym rozmawiać. Chodź, pokażę ci twój pokój.

Przeszłyśmy korytarzem i moim oczom ukazał się ładny kwadratowy pokój. Na podłodze leżała beżowa wykładzina, po lewej stało łóżko, obok wygodny brązowy fotel. Oprócz nich znajdowały się też spora szafa i piękny biały kominek. Okno wychodziło na ulicę. Wspaniale! Oczami wyobraźni widziałam siebie w fotelu, z kubkiem kawy, wpatrującą się w migoczący ogień.

— Czy tego kominka można używać?

Spojrzałam na Zosię, ale ona tylko się uśmiechnęła i popatrzyła na mnie swoimi pięknymi zielonymi oczami, wysoko unosząc brwi. Nie do końca zrozumiałam, nie chciałam ponownie pytać, by nie zrobić z siebie totalnej idiotki, ale postanowiłam, że muszę jak najszybciej go wypróbować.

— Zostawię cię na chwilę, możesz się rozpakować, odpocząć. Ja będę kręcić się po mieszkaniu.

— Dobry pomysł. Dziękuję.

Pomyślałam, że położę się na chwilę, zamknę oczy i odpocznę. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam.

Obudziła mnie muzyka dobiegająca z wnętrza domu. Wstałam z łóżka i zaciekawiona wyszłam z pokoju. Muzyka zdecydowanie grała na dole. Zeszłam po schodach i w salonie znalazłam moją przyjaciółkę w towarzystwie młodego, przystojnego mężczyzny.

— O, już wstałaś? — zapytała Zosia po angielsku.

— Tak. — Dlaczego mówi do mnie po angielsku?

— Wypoczęłaś? — Znów po angielsku. Co jej się stało?

— Tak.

I tu wtrącił się przystojniak:

— Czy umiesz powiedzieć po angielsku coś więcej niż „tak”?

— Tak.

Co za burak — pomyślałam i wysiliłam się na mizerny uśmiech.

— Jestem Jean-Marc. — Przystojniak wstał z kanapy i podał mi rękę. Nie znoszę, kiedy mężczyzna ściska dłoń delikatnie jak kobieta. To w sumie daje jakieś pojęcie na temat faceta.

Zlustrowałam go od góry do dołu w miarę dyskretnie. Pomimo że był bardzo przystojny i elegancko ubrany, dawało się wyczuć w nim coś prostackiego. Cóż, człowiek ze wsi wyjdzie, ale wieś z człowieka nigdy — przypomniało mi się powiedzenie mojej babci.

— Ewa jestem. — Jakoś nie miałam ochoty na dalsze pogaduchy z tym typem.

— Miło cię poznać, Ewa — odrzekł Jean-Marc i usiadł na kanapie. — Jak ci się podoba w Londynie?

— Na razie mało widziałam, przyjechałam parę godzin temu, ale jest okej.

— Bardzo chętnie pokażę ci więcej. — Rozparł się zadowolony, obejmując jedną ręką Zosię.

Co tu się dzieje? Facet wyrywa mnie na oczach swojej dziewczyny, a zarazem mojej najlepszej przyjaciółki w jej domu…

— Dziękuję, ale na razie chcę się rozpakować, wykąpać… — powiedziałam z rezerwą.

— W tym też mogę ci pomóc. — Uśmiechnięty Jean-Marc nie dawał za wygraną. — Będę stał z mopem i bronił cię przed robalami.

No ładnie! A zatem Zosia musiała się już pochwalić moją miłością do pełzających, czarnych, ohydnych robali. Spojrzałam na nią z wyrzutem, a ona spuściła wzrok na swoje idealne paznokcie.

— Nie trzeba, poradzę sobie. — Mój głos był bardzo stanowczy, choć nie wiem, czy to trafiło do tego typka.

Zosia posmutniała pod wpływem naszej rozmowy. Było to dość dziwne, bo ona zawsze kipiała pozytywną energią. Domyślałam się, że między nimi to klasyczny przypadek miłości w jedną stronę. Przechodziłam przez to tyle razy, że mogłabym napisać podręcznik na ten temat. Co tam podręcznik, co najmniej doktorat. Zrobiło mi się żal przyjaciółki, szkoda, że nie mogła ulokować uczuć w innym obiekcie. Dlaczego najlepsze dziewczyny zawsze trafiają na dupków…? Osoba, która wynalazłaby tabletkę na odkochanie się, zarobiłaby fortunę, że nie wspomnę o Nagrodzie Nobla i wdzięczności milionów — co tam, miliardów! — kobiet na całym świecie.

Poszłam do pokoju i postanowiłam się rozpakować. Teraz miałam okazję dokładnie i powoli się rozejrzeć. Podobał mi się. Nie był duży, ale miał urok dzięki kominkowi. Położyłam na łóżku moją podręczną torbę i nagle dostałam olśnienia — moje walizki! Gdzie są moje trzy walizki, które wysłałam trzy tygodnie temu?

Pobiegłam do salonu, a tam Zosia i Jean-Marc w uściskach. Na mój widok odkleili się od siebie i Jean-Marc z drwiącym uśmiechem zapytał:

— Co mogę dla ciebie zrobić?

Zignorowałam go i zwróciłam się do przyjaciółki:

— Zosiu, wysłałam kurierem moje trzy walizki z ciuchami. Przyszły?

— Eee… nie, nic nie przyszło.

— Jak to? Nie żartuj. — Ogarnęła mnie panika na myśl, że moje najlepsze ciuchy gdzieś zaginęły.

— Na serio. — Jej odpowiedź rozwiała resztki moich złudzeń.

— Dziewczyny, spokojnie. Zadzwońcie do kuriera i zapytajcie, co się stało — po raz pierwszy Jean-Marc powiedział coś sensownego.

— Dobry pomysł — odrzekłam i pobiegłam do swojego pokoju po teczkę z dokumentami. Znalazłam numer do kuriera i już po chwili dzwoniłam. — Dzień dobry, mam na imię Ewa. Trzy tygodnie temu wysłałam przez pańską firmę trzy walizki. Jestem w Londynie, a bagażu nie ma… — Rozpacz w moim głosie była głęboka jak ocean.

— Spokojnie. Proszę mi powiedzieć, skąd były wysyłane walizki. — Dobrze, że głos mężczyzny, z którym przyszło mi rozmawiać, brzmiał spokojnie i rzeczowo.

— Ze Szczecina.

— Ile ich było?

— Mówiłam już: trzy.

— Dokąd pani je wysyłała?

— To moja mama je wysyłała, nie ja. Do Londynu.

— Proszę pani, proszę podać dokładne miejsce docelowe — tłumaczył jak osobie upośledzonej.

— Londyn.

— Więcej danych proszę. Jaki kod pocztowy?

— Zaraz panu podam. Chwilę, sprawdzę w dokumentach.

Podałam go przez telefon i rozmówca poprosił mnie o pozostanie na linii. Po paru chwilach czekania, które doprowadzały mnie do szału, dowiedziałam się, że walizki zostały dostarczone. Pan spokojnie przeczytał adres, który się zgadzał, i numer domu, który się nie zgadzał. Okazało się, że mama się pomyliła i walizki zostały dostarczone pod numer dwadzieścia sześć, a nie, jak powinny, pod dwadzieścia cztery.

Totalnie się załamałam.

— Nie martw się, załóż buty i pojedziemy poszukać twojego bagażu — zarządziła Zosia, gdy zeszłam na dół i opowiedziałam o pomyłce. — Pod numerem dwadzieścia sześć mieszka Maria, ona jest bardzo miła, więc jeśli twoje torby tam są, to nic im się nie powinno stać.

Poderwałam się i skierowałam od razu do przedpokoju.

— Mon chéri, teraz będziesz miał możliwość, by się wykazać. — Zosia spojrzała wymownie na Jeana-Marca.

— Hm, nie o taką pomoc mi chodziło…

— Jasne. Idziesz czy nie? — Dobrze go wyczułam: cwaniak, prostak i leń.

— Spokojnie, już idę, po co zaraz te nerwy?

Wsunęłam stopy w buty, otworzyłam drzwi i wyszliśmy na ulicę. Po chwili Zosia zapukała do drzwi z numerem dwadzieścia sześć. Otworzyła nam niska, pulchna kobieta w okularach i z dużym krzyżykiem zawieszonym na szyi.

— Dzień dobry. — Zosia przywitała się, przywołując swój urok.

— Aa, Sophia, witam, w czym mogę ci pomóc?

— Mam pytanie. Czy ze dwa, trzy tygodnie temu był u ciebie kurier i zostawił walizki?

— Tak. — Maria bardzo miło się uśmiechnęła, a ja czułam, jak całe napięcie ze mnie schodzi.

— Są u pani?

— Tak, ale muszę powiedzieć, że byłam zaskoczona, na walizkach nie było adresu nadawcy.

Zabiję moją mamę — pomyślałam.

— Było tylko twoje imię, Sophia, oraz imię Ewa. Postanowiłam, że je wezmę, bo wiedziałam, że twoja koleżanka Ewa ma przyjechać, i domyśliłam się, że to mogą być jej rzeczy.

— Mario, kochana jesteś. To jest właśnie Ewa, przyleciała parę godzin temu. — Zosia wskazała na mnie ręką.

— Witaj, jestem Maria. Jest pewien problem z twoim bagażem, Ewa. — Kobieta miała zakłopotaną minę. — Wejdźcie, to wam wszystko wyjaśnię…

Weszliśmy do domu, który był lustrzanym odbiciem mieszkania Zosi. Maria zaprosiła nas do salonu.

— Co się stało? — Byłam przygotowana na wszystko.

— Mój czteroletni wnuczek Daniel otworzył jedną z twoich walizek i powyjmował wszystko na dywan. Pech chciał, że miał nożyczki w dłoni. Pociął pani bieliznę…

— Och nie…

— Bardzo za niego przepraszam. Zapłacę za szkody. Bardzo mi przykro. Wiedziałam, że coś kombinuje, bo za długo siedział cicho.

— Nie trzeba. Kupię sobie nowe rzeczy. Nic się nie stało. Trudno, nie ma co się złościć. — Byłam załamana, bo dużo czasu spędziłam na poszukiwaniu ładnej bielizny, która nie powaliłaby mnie ceną, ale starałam się robić dobrą minę.

Maria podeszła do komody i wyjęła z niej trzy banknoty po dwadzieścia funtów.

— Tyle chyba wystarczy na zakupy… — Po jej minie wiedziałam, że jest jej bardzo przykro i niezręcznie.

— Ja… — Otworzyłam usta i nie wiedziałam, co powiedzieć.

Na szczęście Zosia, widząc moje zakłopotanie, pospieszyła z pomocą.

— Sześćdziesiąt funtów w zupełności wystarczy. Myślę, że całkowicie pokryje straty.

— Jeszcze raz bardzo przepraszam za mojego wnuczka.

— Nic się nie stało — odparłam.

Przecież nie zrobię jej awantury za pocięte gacie. Dobrze, że mi zapłaciła, bo w przeciwnym wypadku musiałabym chodzić po Londynie z gołą pupą. Miałam pieniądze od rodziców na życie, ale one nie uwzględniały kupowania bielizny już na wstępie.

— Zostaniecie na dłużej? Może zrobię herbaty?

— Nie, dziękujemy. Ewa miała dzień pełen wrażeń, weźmiemy jej bagaże i wracamy do siebie. Przy następnej okazji zajdziemy do pani na dłużej. Może ja podrzucę swoją torbę do pocięcia, też przydałaby mi się nowa bielizna. — Zosia niezdarnym żartem próbowała ratować sytuację, po czym złapała za jedną z walizek, żwawo wyszła z salonu i skierowała się długim korytarzem do drzwi.

Za nią posłusznie dreptał Jean-Marc z najmniejszą torbą. Wcale mnie to nie zdziwiło. Od początku mi wyglądał na cwaniaka. Nasz mały pochód zamykała moja skromna osoba. Taszczyłam największą i zarazem najcięższą walizę.

Maria jeszcze ze dwadzieścia razy mnie przepraszała i kolejne dziesięć razy ponowiła zaproszenie na kawę.

Uśmiechałam się miło, ale wcale jej nie słuchałam, bo już w myślach rozpakowywałam swoje walizki. Poza tym marzyłam, aby znaleźć się jak najdalej od przytłaczająco miłej osobowości starszej kobiety i widma wnuka z nożyczkami, ukrytego gdzieś w zakamarkach tego domu.

W tych trzech walizkach znajdują się moje ciuchy, które przynoszą mi szczęście i wyszczuplają moją sylwetkę (za nic na świecie nie powiem które to). Poza nimi była tam moja — pocięta teraz — bielizna na randki. Do tego wrzuciłam około dwudziestu par butów i tyle samo torebek.

Wróciliśmy i ze zdwojoną energią wtargałam walizkę na górę; za mną szła Zosia, tylko Jeana-Marca nie było nigdzie widać. Pewnie się zmęczył, biedaczek. Być może przestraszył się, że będę go prosiła o kolejną przysługę wymagającą wysiłku fizycznego. Zosia, jakby czytając w moich myślach, powiedziała, że Jean-Marc nie może podnosić takich ciężarów, bo to nie jest dobre dla jego chorych pleców. Hm.

Weszłam do swojego pokoju i nim zabrałam się do rozpakowywania, pomyślałam, że przyda mi się świeże powietrze. Podeszłam do okna, otworzyłam je szybkim ruchem i od razu usłyszałam podniesiony głos Zosi. Oczywiście swoje żale i pretensje kierowała do Jeana-Marca. Nie chciałam podsłuchiwać, zamknęłam więc okno, podeszłam do walizek i zabrałam się do pracy. Szło mi to wszystko bardzo sprawnie i już po godzinie wszystko było rozpakowane. Nie mam pojęcia, wszystko pomieściłam, bo wydawało mi się, że miejsca mam mało, a tu proszę, prawie wszystko weszło. Miałam rację, gdy mówiłam mamie, że nie przesadzam z rzeczami. Wystarczy mi ubrań i butów, nie muszę kupować nic nowego przez długi czas. Co prawda będzie to dla mnie duże wyzwanie, szczególnie w Londynie, ale obiecałam sobie być nową, rozsądną Ewą.

Podeszłam do kominka, zdmuchnęłam warstwę kurzu z drewna i wzięłam do ręki zapałki, które leżały na jednej z półek. Odpaliłam jedną, przyłożyłam do polana i… Nagły wybuch totalnie mnie ogłuszył, do tego czułam ogień na twarzy i we włosach. Zaczęłam wrzeszczeć jak szalona. Do pokoju wpadła Zosia. Spojrzała na mnie i poleciała na korytarz po gaśnicę. Uruchomiła ją i zręcznie ugasiła ogień, zajmujący już większą część ściany, a na moją głowę zarzuciła lodowaty ręcznik. Nie wiem, jak zdołała to wszystko wykonać równocześnie. Gdzieś w oddali zaczęły wyć syreny straży pożarnej i pogotowia. Uświadomiłam sobie, że oba te pojazdy jadą do nas… O matko jedyna, ale wstyd. W tym momencie zapadła ciemność.

Obudziłam się w karetce, spojrzałam do góry, na boki i przez szybę zobaczyłam, że karetka stoi pod naszym domem. Domem, do którego wprowadziłam się kilka godzin temu, a który już próbowałam spalić. Teraz to już na sto procent Zosia mnie zabije, a potem odeśle moje nadpalone zwłoki do Polski.

— Ewa, Ewa?! Ja cię uduszę!

Ha, wiedziałam, że tak będzie. Usłyszałam ją, zanim zobaczyłam. Zosia wpadła do wnętrza karetki z krzykiem. Coś mi się wydaje, że lepiej by było, gdybym w tym momencie zemdlała. Hm, umiem płakać na zawołanie, umiem śmiać się jak szalona, umiem zarumienić się na kolor buraczkowy na poczekaniu, ale mdleć nie umiem — jeszcze. A szkoda, bo teraz byłaby doskonała okazja, by taką umiejętność wykorzystać.