Siła dawnej miłości - Catherine Mann - ebook
Opis

Zemsta jest słodka. Rafe Cameron zbił fortunę i wreszcie może wyrównać porachunki z rodziną Worthów, doprowadzając do bankructwa największą firmę w mieście. Nie przewidział, że przeszkodzi mu w tym Sarah Richards, dawna ukochana. Aby położyć kres prywatnej wojnie Rafe’a, Sarah zrobi wszystko, nawet go uwiedzie...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 158

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Catherine Mann

Siła dawnej miłości

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Sarah Richards wystarczająco długo była kelnerką w klubie tenisowym Vista del Mar, by pamiętać o przykazaniu numer jeden: nie wylewaj gorącej kawy na kolana gościa, choćby nie wiem jak cię zirytował. A jednak po raz pierwszy od czternastu lat miała ochotę z rozmysłem wylać facetowi kawę na kolana, wiedząc, że ryzykuje utratę pracy.

Wetknęła zapłacony rachunek do szufladki w kasie, ale kątem oka wciąż zerkała na stolik pod oknem, przy którym siedział mężczyzna. Nieprawdopodobny dupek. Jej pierwsza miłość, jeszcze z liceum.

Rafe Cameron. Pochłonięty rozmową ze swoim przyrodnim bratem, Chase’em Larsonem, zdawał się ignorować ukradkowe spojrzenia i przyciszone rozmowy przy innych stolikach. Pięć miesięcy po powrocie do rodzinnego miasteczka nadal stanowił lokalną sensację i był obiektem plotek. Czas obszedł się z nim łaskawie, wyglądał jeszcze lepiej niż wtedy, gdy umawiali się na potajemne randki. A trzeba przyznać, że już jako siedemnastolatek był niezłym ciachem. Niewielu chłopaków mogło się z nim równać.

Teraz jego jasne włosy pociemniały i straciły słoneczny odcień. Oczy przypominały kawałki jasnoniebieskiego lodu. Nie był tym chudym wyrostkiem, z którym obściskiwała się na tylnym siedzeniu samochodu. Wraz z wiekiem przybyło mu mięśni i męskości. Jedno się nie zmieniło: nadal wzbudzał w niej podniecenie.

Najwyraźniej dla niego była tylko epizodem. Po powrocie do Vista del Mar Rafe ani razu nie próbował się z nią skontaktować, choć mógłby z uprzejmości zapytać, jak się miewa dawna ukochana. Podejrzewała, że zwyczajnie w świecie jej unika. Stała się wspomnieniem. Dlatego Rafe zasługuje na prysznic z gorącej kawy.

Nawet jeśli mogłaby mu wybaczyć, że zadziera nosa, to nie daruje zniszczenia nadziei, jakie pokładali w nim mieszkańcy miasteczka. Kiedy Rafe – w młodości biedny jak mysz kościelna – wrócił z milionami w kieszeni, wszyscy spodziewali się, że zainwestuje je w fabrykę produkującą mikroprocesory i w ten sposób uratuje miejsca pracy. Tymczasem w zeszłym miesiącu „Seaside Gazette” opublikowała demaskatorski artykuł, z którego wynikało jasno, że nowy zarząd przygotowuje się do zamknięcia produkcji. Pierwsi w kolejce do zwolnienia będą najstarsi robotnicy, tacy jak jej rodzice. Na tę myśl ogarnął ją gniew. Z rozmachem zatrzasnęła szufladkę. Wygarnie wszystko temu Judaszowi, skoro los postawił go na jej drodze.

Opanuj się i ręce precz od kawy, dźwięczało jej w głowie, choć rozsądek nie był jej ulubionym doradcą. Potrzebuje pracy w klubie. Nie odziedziczyła rodzinnej fortuny, jak większość bywalców.

Ktoś za nią odchrząknął znacząco. Kierownik? Inna kelnerka? Nie daj Boże, aby ją przyłapano na gapieniu się na Camerona. Zaczną się plotki, że stara miłość nie rdzewieje. Odwróciła się, ale ku swemu zaskoczeniu zobaczyła babcię Kat.

Kathleen Richards znana była z bystrego oka i ciętego języka. Teraz wbijała we wnuczkę badawczy wzrok. Jej oczy mimo upływu lat miały ten sam intensywnie zielony kolor co oczy Sarah, a włosy ognisty odcień, choć od pewnego czasu starsza pani musiała się wspomagać farbą. Za to temperament miały ten sam, równie płomienny co włosy. Sarah uwielbiała babcię. Była jej pokrewną duszą, jedyną osobą, która rozumiała, że wnuczka jako mała dziewczynka wolała rozbijać sobie kolana na wrotkach, niż bawić się lalkami.

– Dzień dobry, babciu. Wpadłaś na lunch?

Przesunęły się, robiąc miejsce dla kelnerki z tacą. Przez rozsunięte szklane drzwi do środka wdzierał się zapach chlorowanej wody w basenie. Część gości jadła na dworze, przy stolikach pod czarnymi parasolami.

– Zapominasz, że jestem na emeryturze. To już nie na moją kieszeń. – Kathleen była częstą bywalczynią klubu, gdy jeszcze pracowała jako asystentka poprzedniego właściciela fabryki, Ronalda Wortha. Teraz znacząco poklepała różowo-czarną torebkę przypominającą kształtem damski gorset. – Przyszłam do ciebie, kochanie. Mam niemiłe wrażenie, że ignorujesz moje telefony. Jestem umówiona z Nildą w Bistro na bulwarze. Byłoby nam miło, gdybyś do nas dołączyła.

– A wy mi opowiecie o wszystkich singlach, których wypatrzyły wasze bystre oczka? – Jakie to szczęście, że babcia nie zorientowała się, kto przed chwilą był obiektem zainteresowania Sarah. – Marnujesz się. Może powinnaś założyć biuro matrymonialne?

– Byłabyś moją pierwszą klientką.

W zeszłym miesiącu minęła trzecia rocznica tragicznej śmierci Quentina, męża Sarah, i babcia postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce.

– Dziękuję, ale nie. – Uścisnęła starszą kobietę serdecznie. – Uwielbiam cię, ale nie potrzebuję pomocy. Teraz zmykaj. Mam dużo pracy.

Najwyższy czas podejść do stolika Rafe’a i przyjąć zamówienie. Im szybciej, tym lepiej. Byle mieć to już za sobą. Ociągała się nie ze względu na swój nieokiełznany temperament i awanturę wiszącą w powietrzu, a na wspomnienia, od których jeszcze dziś miękły jej kolana, choć najwyraźniej wywietrzały z głowy mężczyzny.

– Co w tym złego, że chcę wyciągnąć moją ulubioną wnuczkę na kawę podczas przerwy na lunch? – upierała się Kathleen.

– Jestem twoją jedyną wnuczką, a przerwę mam dopiero za godzinę. Nie przejmuj się mną, świetnie sobie radzę. – Z wdowieństwem i z duchem z przeszłości, który siedzi po drugiej stronie sali. – Martwię się tym co wszyscy, planowanym zamknięciem zakładów.

Rafe posunął swoją prywatną zemstę za daleko. Teraz zapłaci całe miasto. Kiedy byli nastolatkami, chciał zrujnować Ronalda Wortha, doprowadzić do bankructwa Worth Industries. Zniknął z jej życia po balu na zakończenie szkoły średniej. Nie spodziewała się, że go jeszcze zobaczy, a tym bardziej że on wcieli w życie swe szalone plany. Teraz rozpiera się przy stoliku, choć jeszcze tak niedawno oboje potępiali bogaczy, którzy na jeden posiłek w klubowej restauracji wyrzucali kwotę, za którą inni zrobiliby zakupy na cały tydzień.

– Dobrze już, dobrze. – Kathleen żartobliwie pociągnęła wnuczkę za koński ogon. – Dzisiaj ci odpuszczę, ale pamiętaj, że chcę z tobą pogadać. Jutro masz wolny dzień. Wpadnij na lunch, tym razem bez wykrętów. – Wyszła, zanim Sarah zdążyła zaprotestować.

Teraz nie było już powodu, by odwlekać konfrontację z Cameronem. Niestety, czekanie go nie zniechęciło. Nadal tkwił przy stoliku. Uzbrojona w długopis Sarah przemaszerowała przez salę niczym szarżująca Amazonka. Przed nią rozciągał się piękny widok na Pacyfik. Klub znajdował się na stromej skarpie tuż nad piaszczystą plażą, na którą prowadziły kamienne schodki. Okalała ona naturalną zatoczkę i stanowiła ulubiony cel romantycznych spacerów. Przychodziła tu jeszcze wtedy, gdy była dziewczyną Rafe’a.

Do jej uszu dobiegały strzępy cudzych rozmów. Dwaj biznesmeni omawiali interesy nad sałatką szefa kuchni, ich anorektyczne żony plotkowały o wypadach na Hawaje, dzieląc owoce na coraz mniejsze cząstki.

Nie rozpraszaj się, powtarzała sobie Sarah.

Boleśnie przeżyła niespodziewany wyjazd Rafe’a i całkowity brak kontaktu. Teraz była tylko wściekła – za przeszłość i za jego obecne zachowanie. Wyciągnęła notesik z kieszonki z szybkością, jakiej nie powstydziłby się rewolwerowiec z Dzikiego Zachodu. Koniec rozważań, co by było, gdyby… Jest gotowa do pojedynku z Cameronem. Już on ją popamięta.

Rafe starał się zapomnieć o Sarah Richards przez czternaście lat. Bezskutecznie. Nosił ją w sercu, jakby wypaliła w nim swój znak, choć nie traciła czasu i błyskawicznie wyszła za mąż za innego. Nie to, żeby żywił do niej śmiertelną urazę. Ot, malutką.

Na widok Sarah zmierzającej w ich kierunku przestał słuchać wywodu przyrodniego brata i stracił wątek. Jego uwagę skupiła na sobie ta rudowłosa kobieta w czarnych spodniach i białej koszulowej bluzce. Cały personel nosił identyczny strój, ale Sarah jak zwykle wyróżniała się. Jej szczupła talia, ładne piersi i zgrabne pośladki nieodmiennie przyciągały wzrok.

Gdy znalazła się bliżej, dostrzegł, że zielone oczy rzucają błyskawice. Był przyzwyczajony do wrogich reakcji otoczenia od momentu, gdy zapowiedział zamiar zamknięcia zakładów odkupionych niedawno od Wortha. Szczerze mówiąc, dziwił się, że Sarah nie dopadła go wcześniej, by mu wygarnąć, co o nim myśli. Zawsze była odważna i miała niewyparzony język. Pewne rzeczy się nie zmieniają.

Nie zmieniła się też reakcja jego ciała. Wystarczyło jedno spojrzenie na twarz i piersi Sarah, a zrobiło mu się gorąco. Wcale tego nie planował. W końcu wrócił do Vista del Mar w jednym celu – chciał się porachować z Ronaldem Worthem, sprawcą wszystkich nieszczęść jego rodziny. Sarah mu w tym nie przeszkodzi.

– Mogę przyjąć zamówienie, panie Cameron?

– Oczywiście, panno Richards – wycedził. – O, przepraszam. Powinienem powiedzieć, pani Dobbs.

– Wróciłam do panieńskiego nazwiska – oznajmiła sucho.

– A więc Sarah Richards… – Zamrugał powieką, tego nerwowego tiku nie potrafił się pozbyć.

– Przepraszam bardzo. – Chase Larson wstał. – Miło cię widzieć, Sarah. Proszę o mrożoną herbatę i zapiekankę wegetariańską. Darujcie, ale muszę zadzwonić.

Rafe został sam.

– Miło cię widzieć, Sarah – powtórzył bezmyślnie.

– A jednak mnie poznajesz – zauważyła ironicznie. – Bo już myślałam, że uważasz się za kogoś lepszego. Nie odezwałeś się do mnie po powrocie, choć to już pięć miesięcy.

Na to nie był przygotowany. Spodziewał się, że będzie wściekła z powodu zamknięcia fabryki.

Z niewytłumaczalnego powodu sprawiło mu przyjemność, że potrafił ją zirytować. To znaczy, że nadal jej trochę zależy.

– Strasznie jesteś na mnie cięta. Po tylu latach?

– Nie chodzi o przeszłość – odparła i stuknęła w stół długopisem – tylko o to, jak się teraz zachowujesz. A w ogóle to się dziwię, że po tym wszystkim masz czelność popijać tu koktajle.

– To pora lunchu, Kiciu. Każdy musi jeść.

Zacisnęła usta i zachmurzyła się jeszcze bardziej. Nazywał ją Kicią w liceum, gdy z sobą chodzili. Oficjalna wersja brzmiała, że to przezwisko wzięło się z jej podobieństwa do babci – duża Kat i jej wnuczka Kicia. Prawda była inna. Nadał jej to imię, bo chociaż nigdy nie poszli na całość, zachowywała się niezwykle zmysłowo. Drapała go do krwi, gdy rozpalił ją pieszczotami, a potem mruczała w jego ramionach jak kotka. Nerwowo poprawił się na krześle. Nie odebrał jej dziewictwa, ale na tylnym siedzeniu samochodu wypróbowali różne sposoby rozładowania napięcia seksualnego. Nie brakowało im fantazji i zapału. Jeszcze teraz czuł jej smak i jedwabisty dotyk skóry.

– Co macie dziś w menu? – zapytał nieswoim głosem.

– Zamierzasz udawać, że nic się nie stało? Nie powinno mnie to dziwić. Podobno zjadasz niewiniątka na śniadanie. – Podniosła głos, aż dwie damy w strojach tenisowych przy sąsiednim stoliku zaczęły im się przyglądać podejrzliwie. – Masz szczęście, że do tej pory nikt nie dosypał ci trucizny do jedzenia.

– Mam zatrudnić jakiegoś nieszczęśnika jako testera? – Jej ostry język stanowił przyjemną odmianę po pochlebstwach lizusów, którzy chcieli zasłużyć na jego przychylność.

I nagle zaczerwienił się, bo przypomniał sobie, jakie jeszcze cuda ten języczek potrafił wyprawiać. Wariował kiedyś na punkcie jej ust.

– Niedługo większość ludzi dzięki tobie znajdzie się na bruku, więc bez trudu znajdziesz jakiegoś desperata gotowego nadstawiać karku. Mam pomysł. – Pstryknęła palcami. – Może masz przy sobie zwolnienia, przekażę je rodzicom. Z pewnością pierwsi pójdą pod nóż.

Przesadziła. Pracował jak galernik, by dorobić się majątku. Wszystko zawdzięczał sobie. I przez cały czas przyświecało mu marzenie, że pewnego dnia niczym rycerz na białym koniu wyzwoli Sarah z ubóstwa. Tymczasem ona nie traciła czasu i przeniosła swój dozgonny afekt na innego faceta – w dodatku wyszła za niego na mąż. To prawda, gość zginął w wypadku samochodowym trzy lata temu, ale to nic nie zmienia.

Dlatego właśnie nie próbował się z nią skontaktować po powrocie. Co jeszcze mieliby sobie do powiedzenia?

– Zatkało cię? – Sarah nie odpuszczała. – Są ludzie, którzy się nabrali na twoją rzekomą dobroczynność. Nadzieja Hannah, kupa śmiechu. Przejrzałam cię od razu. Chodziło ci o odpis od podatku i pozytywny szum wokół twojej osoby. Ludzie tracą czujność, a wtedy łatwo ich owinąć wokół małego palca. Czy twoja nienawiść do Ronalda Wortha naprawdę daje ci prawo do niszczenia innym życia?

W pierwszej chwili był zbyt oszołomiony, by się bronić. W dodatku przyznawał jej rację – zasłużył na większość gorzkich słów. Wrócił, bo chciał się zemścić. Niedługo zamknie fabrykę, a to oznacza katastrofę dla całego miasta.

Oczywiście plan restrukturyzacji zakładów jest całkiem realny, ale wymagałby dużych nakładów i ogromnego wysiłku organizacyjnego. Nie po to rozpychał się łokciami w świecie biznesu, by teraz ulegać sentymentom. Poza tym miło jest napawać się ruiną życiowego dorobku Ronalda Wortha.

Na jedno nie pozwoli nikomu, nawet Sarah. Nikt nie będzie kpił z fundacji, która nosi imię jego matki.

– Nie znasz się na interesach, Kiciu – wycedził.

– Nie nazywaj mnie tak – warknęła.

– Dlaczego? – Jego gniew sycił się jej furią. – Mam tyle miłych wspomnień związanych z tym imieniem. A pamiętasz…

– Przestań! – Tupnęła nogą. – Kto by pomyślał, że wyrośnie z ciebie taki wredny bufon.

– Głośniej! Przy stoliku numer dziesięć jeszcze cię nie słyszeli.

– Guzik cię obchodzi, kto słyszał i co myśli. I masz w nosie, czy stracę przez ciebie pracę. – Teraz już się nie hamowała, a dwie kobiety przy sąsiednim stoliku słuchały ich otwarcie. – Pamiętasz jeszcze, jak się pracuje za minimalną stawkę? Albo jak się żyje od wypłaty do wypłaty, modląc się, żeby przypadkiem nie złapać grypy, bo kilka dni nieobecności w pracy oznacza długi, a bank na dzień dobry zabierze ci samochód?

W restauracji zapanowała cisza. Ludzie przestali rozmawiać. Tylko z kuchni dochodził szczęk naczyń.

– Porozmawiajmy gdzieś, gdzie będziemy mieli odrobinę prywatności.

– Teraz nagle chcesz ze mną rozmawiać? Po pięciu miesiącach udawania, że nie istnieję? Po czternastu latach, kiedy nie stać cię było na głupią kartkę pocztową z pozdrowieniami z L.A.? Wal się, draniu. Przepraszam, jeśli odrobina prawdy staje ci kością w gardle.

Otworzył usta, by jej odpowiedzieć w podobnym tonie, gdy nagle zdał sobie sprawę z absurdalności całej sytuacji. Korporacyjne grube ryby w garniturach od Armaniego trzęsły się w jego obecności, tymczasem nieustraszona Sarah powaliła go na łopatki bez mrugnięcia okiem.

Zaczął chichotać, a potem już bezwstydnie zaśmiał się na cały głos.

– Ani się waż wyśmiewać się ze mnie! – Sarah poczerwieniała ze złości.

A on nie mógł się opanować.

Mężczyzna z identyfikatorem „kierownik” w marynarce podbiegł do nich, wyraźnie zaniepokojony.

– Jakieś problemy, panie Cameron?

– Żadnych – zapewnił, z wysiłkiem opanowując kolejny wybuch śmiechu. – Pani Richards i ja jesteśmy starymi znajomymi. Próbujemy nadrobić miniony czas.

– Pani Richards – kierownik zwrócił się do Sarah – proszę odnawiać znajomości po pracy.

– Oczywiście, to się nie powtórzy – obiecała. – Przepraszam, jeśli zbyt głośno wyrażałam entuzjazm. Co mogę podać do picia?

Miała minę dzieciaka przyłapanego na wyjadaniu lodów, gdy pojemnik jest niemal pusty. Co powiedziałam, to moje, mówiły jej oczy.

– Przeprosiny nie są potrzebne – zapewnił Rafe i dodał, bo nie mógł się powstrzymać: – Kiciu.

Odetchnęła głęboko, by się opanować. Jej piersi zafalowały, a on przypomniał sobie, jak w świetle księżyca pieścili się na tylnym siedzeniu jego wysłużonego samochodu, a przed nimi był ocean. To było tuż po balu. Rafe nie miał pieniędzy, więc nie dołączyli do grupy przyjaciół, którzy całą paczką wybrali się na dalszą balangę do klubu. Gryzło go, że zawiódł Sarah, ale ona oznajmiła, że nie zależy jej na dalszych tańcach.

Zanim się obejrzał, zsunęła ramiączka balowej sukni i obnażyła piersi. Pamiętał jeszcze słodki zapach bukiecika kwiatów i to, że podrapała mu plecy swoimi kocimi pazurkami. Noc skończyła się inaczej, niż zaplanowali. Zorientował się, że Sarah jest pijana, bo ktoś dolał jej alkoholu do ponczu. Zachował się jak dżentelmen, zabrał ją na kawę i czekał, aż wytrzeźwieje.

– Na razie proszę o coś zimnego. Poczekam na Chase’a. – Rozluźnił kołnierzyk, bo nagle zrobiło mu się za gorąco.

Sarah uśmiechnęła się, a on, otumaniony wspomnieniem jej twardych sutków, zapomniał o czujności.

– Mrożona herbata? A może jednak kawa?

– Proszę o herbatę. I dużo lodu.

– Już się robi. – Z błyskiem w oku złapała dzbanek wypełniony bursztynowym płynem i kostkami lodu.

– Dziękuję. – Wyciągnął do niej szklankę.

– Cała przyjemność po mojej stronie.

Dopiero teraz dostrzegł iskry w zielonych oczach i przypomniał sobie, że rozgniewana Sarah przed niczym się nie cofnie. Nie tylko w miłości nie zna ograniczeń.

I właśnie wtedy chlusnęła w niego lodowatym płynem.

Tytuł oryginału: Acquired: The CEO’s Small-Town Bride

Pierwsze wydanie: Harlequin Desire, 2011

Redaktor serii: Ewa Godycka

Korekta: Urszula Gołębiewska

© 2011 by Harlequin Books S.A.

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2013, 2017

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Gorący Romans są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-3001-8

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.