Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 357 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sierpniowe kumaki - Violetta Sajkiewicz, Robert Ostaszewski

 

Nadmorski kryminał śląsko-krakowskiego duetu. Trochę szaleństwa, ponętne plażowiczki, lokalne tajemnice i szemrane interesy. A dla miłośników kryminałów smaczna niespodzianka!

Nie tak miał wyglądać schyłek sierpnia. Nadkomisarz Edmund Polański - jeden z najlepszych śledczych w kraju - pędzi na Półwysep Helski, poważnie narażając się energicznej małżonce. Jego podwładny, trochę niesforny, lecz sympatyczny podkomisarz Adam Tyszka, podczas kilkudniowego urlopu wpakował się w nie lada kabałę i siedzi w areszcie oskarżony o... morderstwo. W tym samym czasie ktoś taranuje samochód wszędobylskiej ekolożki, zostaje porwana córka miejscowego krezusa, a pewna turystka znika bez śladu. Coś niedobrego dzieje się z rybami, ale o tym rybacy milczą jak zaklęci.

Lokalni policjanci niechętnie patrzą na Polańskiego, który postanawia pomóc nieudolnym kolegom rozwikłać mnożące się zagadki. Oczywiście, gdyby ktoś pytał - nigdy go tam nie było!

W „Sierpniowych kumakach” kaszubskie klechdy, fakty historyczne i sensacje z pierwszych stron gazet splatają się w wielowątkową, czasami komiczną, innym razem mroczną niczym toń Bałtyku opowieść. Podążając tropami jej bohaterów, przemierzaliśmy złociste plaże i sosnowe lasy, penetrowaliśmy wojskowe bunkry i nadmorskie trzcinowiska, aż wpadliśmy na trop historii kryminalnej, która sprawi, że Hel nie będzie już dla czytelników tym, czym był wcześniej.

Violetta Sajkiewicz, Robert Ostaszewski

Opinie o ebooku Sierpniowe kumaki - Violetta Sajkiewicz, Robert Ostaszewski

Fragment ebooka Sierpniowe kumaki - Violetta Sajkiewicz, Robert Ostaszewski

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Wydanie I

Warszawa 2012

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

PółwyspowiHelskiemudedykujemy

Prolog

Piątek, 29 sierpnia 2008

Złe, źlejsze i najźlejsze – bywają dni, wobec których gramatyka jest bezradna. Zaczęło się przy śniadaniu, kiedy Beata, żona nadkomisarza Edmunda Polańskiego, tonem niedopuszczającym sprzeciwu orzekła, że skoro jej małżonek ma jeszcze kilka dni urlopu, powinien wykazać większą troskę o synów. Rok szkolny zbliżał się nieubłaganie, a pierwszoklasista Bartek nie miał wyprawki. Tu nadkomisarzowa wyciągnęła z torebki kartkę i z zatroskaną miną wręczyła mężowi.

– Trzeba to wszystko kupić. – Pomalowanym na kolor ciemnowiśniowy, krótko przyciętym paznokciem wskazała na listę. – Najlepiej, jak pójdziecie do centrum handlowego, tylko proszę cię, nie wtrącaj się w zakupy. Jak Bartuś będzie chciał piórnik z Tomem i Jerrym albo Franklinem czy innym szkaradztwem, weź go. Musimy szanować jego wybory. Przecież wiesz – perorowała – że pierwsze dni w szkole są kluczowe dla dalszej edukacji, jeden mały błąd z naszej strony i trauma na całe życie gotowa. Chłopak straci pewność siebie i będzie miał trudności z zaaklimatyzowaniem się w grupie rówieśników, a tego przecież nie chcemy, prawda, kocurku?

Polański dyplomatycznie przytaknął. Nie wierzył w nowomodne teorie psychologiczne, ale nie zamierzał spierać się z małżonką; jego protest, o czym przekonały go doświadczenia ośmiu lat małżeństwa, i tak na niewiele by się zdał. Wątpliwości zachował więc dla siebie. Proszę bardzo, jeśli dalsze losy ich syna mają zależeć od jakiejś chińskiej tandety, nie będzie się wtrącał. Nie zamierza unieszczęśliwiać pierworodnego ani tym bardziej psuć sobie dobrego humoru sprzeczką.

– Zapomniałabym, podjedźcie po drodze do Zabrza – kontynuowała Beata. – Mama prosiła, żebyśmy zabrali na zakupy Julkę. Zapłacisz za wszystko, potem rozliczymy się z Kupichami. A Kacprowi, żeby nie było mu przykro, kup kredki ołówkowe, wiesz, takie wykręcane, w trzydziestu sześciu kolorach. No to pa – cmoknęła męża w policzek – muszę pędzić.

Wykręcane kredki? Co to jest?, zastanawiał się Mundek. Gubił się w świecie dziecięcych gadżetów, a jego dyskomfort był tym większy, że po raz kolejny miał „ojcować” Julii. Czy szwagier nie może zająć się córką? Znaleźć dla niej czasu między jednym wyjazdem a drugim?, myślał. Jednak nie podzielił się swoimi wątpliwościami z Beatą, kobietą bujną i energiczną, która, kultywując śląską tradycję, uważała, że rzeczą kobiecą jest rządzić w domu, męską – przynosić wypłatę. Ponieważ pensja, jaką co miesiąc wypłacała mu Komenda Miejska Policji w Katowicach, nie powalała na kolana, nie miał zbyt mocnych argumentów w sprzeczkach z żoną. No i nade wszystko cenił sobie spokój. Zacisnął więc zęby i nawet nie próbował oponować. Wszelkie próby dyskusji skończyłyby się, jak zwykle, na reprymendzie, że on w ogóle nie interesuje się dziećmi i ich potrzebami, że wszystko jest na jej głowie. A on, mężczyzna rozmiaru raczej małe M, stałby wtedy przed swoją żoną jak Bercik obsztorcowywany przez Andzię w Świętejwojnie. Potrzebne mu to?

Dokończyli śniadanie we trójkę. Właściwie zrobił to sam, bo Kacper i Bartek byli tak podekscytowani, że nawet nie zainteresowali się słodkimi bułeczkami z nadzieniem czekoladowym, które kupił specjalnie dla nich w piekarni na rogu. Potem było jeszcze gorzej. Już sama wyprawa do sklepu przypominała tor przeszkód. Najpierw musiał odebrać od teściów Julię, dziesięcioletnią siostrzenicę Beaty, co wiązało się z wysłuchaniem długiej listy tego, co powinien nabyć, i jeszcze dłuższej rzeczy absolutnie niewskazanych. Po sforsowaniu tej przeszkody zmagał się z korkami, tradycyjnie zapychającymi Mikołowską i aleję Roździeńskiego, tak że udało mu się dotrzeć na miejsce dopiero około wpół do jedenastej.

Przy wejściu do hipermarketu wziął koszyk i nie ociągając się, pomknął z dzieciakami w kierunku kuszącego z daleka działu z artykułami szkolnymi. Pomknął to może zbyt wiele powiedziane, bo już na starcie bieg w kierunku stert mieniących się wszystkimi kolorami tęczy zeszytów, piramid kredek i rzędów flamastrów został spowolniony przez Kacpra, który właśnie teraz, przechodząc w pobliżu półek wypełnionych słodkościami, przypomniał sobie, że nic jeszcze nie jadł.

– Tato, kup mi żelki. – Nie czekając na reakcję ojca, wrzucił paczkę do koszyka, po czym dorzucił jeszcze opakowanie ptasiego mleczka i mieszanki wedlowskiej. – Zjem sobie parę – dodał, rozrywając woreczek ze słodyczami.

– Dobrze, ale tylko kilka. Jak uporamy się z zakupami, zabiorę was na lody, zgoda?

– Wujku, daj spokój. – Julia, nastoletnia modnisia, z obrzydzeniem wydęła wargi. – Lepiej fundnij mi jagodowy błyszczyk – zaproponowała.

– Nie ma mowy, twoja mama nie pozwala...

– Ale teraz jestem z tobą, nie?

– Bez dyskusji, najpierw zajmijmy się zakupami.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Mundek wyciągnął z kieszeni kartki, które dostał od żony i teściowej. Jedną wręczył Julce, licząc na to, że poradzi sobie sama, z Bartkiem jednak nie pójdzie tak łatwo, był o tym przekonany. Po pierwsze, miał kupić tytę, a wobec tego, że pochodził z Krakowa, nie bardzo widział sens obdarowywania pierwszoklasisty rogiem obfitości. Rozsądniej byłoby założyć synowi konto oszczędnościowe, aby zabezpieczyć jego przyszłą edukację, jak czynili to Edmunda ojciec, dziad i pradziad. Nic, że w połowie lat osiemdziesiątych, kiedy sam zaczynał studia, za pieniądze odkładane latami przez rodziciela niewiele mógł kupić. Ale przecież to dzięki nim zapoczątkował swoją kolekcję starych pocztówek. Śląski zwyczaj nakazywał osłodzić dziecku pierwszy dzień w szkole cukierkami. Z tradycją trudno walczyć – Edmund, choć przyszło mu do głowy, by kupić pusty rożek i tylko z wierzchu wypełnić go czekoladkami, skapitulował, zdając się na wybór trójki małoletnich ekspertów. Po chwili w koszyku pojawiła się kolorowa tyta niemal dorównująca wielkością Bartkowi. Potem, gdy syn wybierał piórnik, wylądowały w nim jeszcze dwa opakowania farb plakatowych, kilka płaskich i okrągłych pędzli, akwarele, zeszyty w kratkę i trzy linie, bloki rysunkowe, mały i duży, blok techniczny, kolorowy papier, kredki świecowe i ołówkowe, pudełko plasteliny, nożyczki, klej w sztyfcie, komplet ołówków, gumka i trzy rolki kolorowej bibułki. Wreszcie chłopczyk pokazał rączką na trzyskrzydłowy piórnik ozdobiony podobizną Spidermana.

– Tato, chcę ten.

– Zgoda, to poszukaj jeszcze teczki z gumką z takim samym obrazkiem do kompletu.

– Tu jest – odezwał się milczący dotąd Kacper. – A czy ja też coś dostanę? – zapytał nieśmiało.

– Tak, kredki wykręcane, tylko nigdzie ich nie widzę – skłamał Mundek.

– To ja zaraz przyniosę. Są z drugiej strony półek.

Po chwili zawartość koszyka wzbogaciła się o kredki Kacpra i zeszyty wybrane przez Julię.

– Potrzebuję jeszcze nowego plecaka – oznajmiła rezolutna czwartoklasistka. – Tam z boku widziałam taki z Robertem Pattinsonem. – Nie czekając na odpowiedź wuja, pobiegła do stoiska z torbami szkolnymi. Po chwili była z powrotem. – Zobacz sam, jaki fajny! – Machnęła mu przed nosem czarnym jak smoła kawałkiem brezentowego płótna.

Polański, zerknąwszy na cenę, nie zamierzał łatwo oddać pola.

– Ale babcia nic nie wspominała o plecaczku – bronił się. – Zdaje się, że dostałaś nowy w ubiegłym roku.

– No wiesz co, wujku?! Mam chodzić do szkoły ze starym? Wszystkie dziewczyny będą trendy, a ja... – Głos Julki załamał się, w oczach stanęły łzy.

Mundek dobrze wiedział, że lepiej z nią nie dyskutować, bo zacznie łkać tak, że zaraz zbiegnie się pół supermarketu.

– Dobrze, niech będzie, choć nie wiem, co na to powiedzą babcia i rodzice.

– Ja też chcę! Ja też! – Bartek gwałtownie zaczął domagać się swoich praw.

Chwilę potem kolekcję chłopca uzupełnił tornister ozdobiony, a jakże, czerwoną maską Spidermana. Polański obiecał sobie, że już nigdy nie da się wrobić w zakupy z Julką. Z rezygnacją spojrzał na listę. Musiał jeszcze kupić strój gimnastyczny dla Bartka. No właśnie, ale gdzie go znaleźć? Czy bawełnianej koszulki i spodenek dla syna ma szukać w dziale dziecięcym, czy sportowym? W dodatku nie miał pojęcia, jaki rozmiar nosi jego pierworodny, a to oznaczało, że czeka go jeszcze katorga przymierzalni. Najchętniej odwróciłby się na pięcie i uciekł ze sklepu, ale przecież nie mógł zdezerterować i okazać słabości dzieciom. No i co powiedziałaby na takie zachowanie Beata? Miał ją zawieść? Znowu? Jak wtedy, gdy zaaferowany powikłaną sprawą gwałciciela z Giszowca zapomniał o geburstagu Kacpra? I co gorsza, narazić się na ironiczne komentarze teściowej? Teść, emerytowany górnik, na pewno by go zrozumiał.

Właśnie rozglądał się za kimś z obsługi, gdy zadzwonił telefon.

– Tak, szefie... Morderstwo?... To chyba jakieś nieporozumienie, pewno chodzi o kogoś innego... Oczywiście... Zaraz będę...

– Tato, co się stało? – Bartek szarpnął ojca za rękaw.

– Nic takiego synku. Wracamy, tatuś musi jechać do pracy.

Nie myślał już, o jaką sumę zakupy uszczupliły jego konto. Zapomniał nawet poprosić o odrębny paragon za sprawunki Julii. Nie miał chwili do stracenia. Wciskając gaz do dechy, czego jako mężczyzna rozważny i stateczny nie zwykł robić, odwiózł dzieci do dziadków, a sam czym prędzej pognał do fabryki. Cokolwiek myślał w tej chwili o Adamie Tyszce, jednego był pewien: natychmiast musi jechać na Hel.

czwartek, 21 sierpnia 2008

Tomasz Cieślak wędrował dróżkami wiodącymi przez podmokłe łąki leżące u podnóża Kępy Ostrowskiej. Z Jastrzębiej Góry wyszedł przed godziną i czuł już dotkliwy głód. Przysiadł na niewielkim kamieniu i rozpakował prowiant: kanapki z ogórkiem oraz termos z aromatyczną kawą. Posiliwszy się, ruszył w kierunku leśniczówki Ostrowo i dalej do Bielawskich Błot. Od znajomego ornitologa słyszał, że do rezerwatu zleciały właśnie ze Skandynawii – dwa tygodnie wcześniej niż zwykle – pierwsze żurawie, by odpocząć i dziobnąć małe co nieco przed dalszą podróżą na południe. Cieszył się, że pojawiły się już teraz, bo dla niego była to być może ostatnia szansa, by zobaczyć je w tym miejscu. Za dwa tygodnie wracał do Warszawy, a niedaleko rezerwatu, na trasie przelotu tych majestatycznych ptaków, wkrótce miała powstać farma wiatrowa. Niby ekologiczna, produkująca czystą energię, ale przecież stanowiąca zagrożenie dla wędrownego ptactwa. Jednak przede wszystkim zależało mu na tym, by zweryfikować opowieści miejscowych o pojawieniu się na bielawskich torfowiskach niewidzianych tu od lat żółwi błotnych. Co prawda Ewka Chojnacka, znajoma z World Wildlife Fund, nie dawała im wiary, twierdziła, że najpewniej jest to zabłąkany uciekinier z jakiegoś terrarium, ale Tomek wierzył, że ten rzadki gad wrócił w te strony.

Był jeszcze jeden powód jego wyprawy: chciał sfotografować miejscowe żaby, głównie śmieszkę, której rozrodowi poświęcił swoją ciągle jeszcze niedokończoną magisterkę. Dlatego bardzo się zasępił, gdy na asfaltowej drodze zauważył szczątki trzech płazów o brązowo-zielonych, pokrytych brodawkami grzbietach. Wczesnym rankiem musiał przejechać je samochód, na wilgotnym jeszcze od rosy asfalcie widać było rozgniecione wnętrzności. Wyglądały jak młode ropuchy, ale Tomek nawet bez odwracania ich na grzbiet rozpoznał dość licznie żyjące w tych stronach kumaki nizinne, zwane też ognistymi z racji pokrytych pomarańczowymi plamkami brzuszków. Nie był przesądny, miał gdzieś kaszubskie gusła i niemieckie bajki, ale czuł, że taki widok nie wróży niczego dobrego.

Kiedy po kilku minutach marszu przedarł się przez brzeźniak i dotarł do platformy widokowej znajdującej się nad porosłym woskownicą i wrzoścem bagiennym grzbietem torfowiska, zrozumiał, skąd wzięła się jego nazwa. Nad torfami unosiła się cienka, tu i ówdzie już poprzerywana warstewka mgły. Po krótkiej lustracji terenu wybrał sobie za cel obserwacji doły po wykopanym torfie, będące, jak się okazało, prawdziwym rajem dla herpetologa. Zrobił kilka świetnych zdjęć, w tym zbliżenia grzebiuszki i śmieszki. Oczywiście Ewka miała rację, żółwia błotnego ani śladu, za to po południu udało się Tomkowi zaobserwować żurawie ciągnące na odpoczynek z okolicznych pól, gdzie szukały pozostawionych po żniwach ziaren.

Właśnie wtedy, gdy wpatrywał się w ich wyraźnie rysujące się na bezchmurnym niebie majestatyczne sylwetki, wśród bagiennych odgłosów, cykania pasikoników i szelestu skrzydeł ważek, usłyszał charakterystyczny zaśpiew kumaka. W pierwszej chwili pomyślał, że się przesłyszał, bo kumacze śpiewanie kończy się zwykle z nastaniem lata. Co prawda, zdarzało mu się je słyszeć jeszcze w lipcu, ale nigdy o tej porze roku. Żabie gody dawno się skończyły. Jakby w odpowiedzi na jego wątpliwości wołanie kumaka się powtórzyło. Brzmiało jak uderzenia w szklany klosz: krótko, długo, długo, krótko, długo, długo – zwiastujący nieszczęście lament. Ostrzeżenie? Zapowiedź nadciągającej tragedii? Tomek nie potrafił wytłumaczyć sobie dziwnego zachowania płazów ani irracjonalnego lęku, który go opanował, i przeczucia, że wkrótce czekają go poważne kłopoty.

*

sobota, 23 sierpnia 2008

To nie tak miało być, nie tak miał wyglądać początek wakacji Adama. Po pomyślnym zamknięciu sprawy morderstw meneli na katowickim dworcu PKP podinspektor Kazimierz Pietrusiński, pieszczotliwie nazywany przez podwładnych Pietruchą, obiecał całej ekipie katowickiej dochodzeniówki urlopy w pełnym wymiarze, więcej, powiedział, że teraz, w sierpniu, w szczycie sezonu urlopowego, będą mogli je wykorzystać. Prawdę powiedziawszy, podkomisarz Adam Tyszka w pierwszej chwili zupełnie nie wiedział, co począć z wolnym czasem, którego nagle miał w nadmiarze. Odwykły od takiej sytuacji, przez parę dni się obijał, spał do południa, a potem godzinami buszował w internecie, szukając ciekawostek na temat militariów. Przeczesując strony opisujące umocnienia z czasów II wojny światowej, wpadł na pomysł wypadu nad morze, jak najbardziej polskie, na Hel, gdzie nie był od lat. Zresztą od śmierci matki prawie w ogóle nie ruszał się ze Śląska. Nie chciał zostawiać schorowanego ojca samego, ale czuł, że choć na kilka dni musi wyrwać się z domu, że wreszcie powinien pomyśleć o sobie.

Druga połowa sierpnia tego roku nie była ani upalna, ani zimna. Ot, średnia wieloletnia. Adamowi to nie przeszkadzało. Na dwa dni przed wyjazdem zapakował do swojego nie pierwszej już młodości samochodu nieco zdezelowany parawan, który miał chronić go przed morską bryzą, i zgrzewkę taniego piwa na wypadek, gdyby pogoda nie dopisała. Był przygotowany na to, co miało nastąpić, przynajmniej tak mu się zdawało.

Ranek zaczął się jak wiele innych. Adam z trudem zwlókł się z łóżka i poczłapał do kuchni. Ojciec, jak co dzień, siedział przy stole, gapiąc się w okno. Adam przeczuwał, że kroi się kolejna sprzeczka, znał go przecież jak zły szeląg.

– Jednak jedziesz – powiedział rodziciel na powitanie.

– Przecież już to obgadaliśmy.

– Nic nie ustalaliśmy. – Staruszek mocno zaakcentował ostatnie słowo. – Po prostu poinformowałeś mnie, że jedziesz na wakacje, i tyle.

– A ty powiedziałeś: dobrze.

– Niby co miałem odpowiedzieć? – Ojciec zaczął z irytującym skupieniem gmerać łyżeczką w cukiernicy, jakby chciał pooddzielać białe kryształki. Wiedział, że natrętnie powtarzane czynności denerwują syna. Ot, niewinne tortury rodzinne.

Adam wzruszył ramionami, otworzył lodówkę i zlustrował jej zawartość. Półki zapełnione były równo ustawionymi kartonami mleka, twarożkami, puszkami konserw i wędlinami, które jednej osobie powinny wystarczyć na kilka dni. Skonstatowawszy z zadowoleniem, że fater przez najbliższy tydzień nie będzie musiał troszczyć się o zaopatrzenie, sięgnął po serek homogenizowany, swoje ulubione śniadanie. Na chwilę zapomniał o bożym świecie, delektując się smakiem zatopionych w słodkiej masie rodzynek, ale głos ojca natychmiast przywołał go do rzeczywistości. Rodziciel wyjął łyżeczkę z cukiernicy, uniósł ją, jakby była to broń przygotowywana do ciosu, i wyszeptał zmęczonym głosem:

– Matka nie byłaby zadowolona, że mnie zostawiasz samego jak palec na tyle czasu.

– Matki już nie ma – powiedział Adam i ugryzł się w język.

Staruszek nawet na niego nie spojrzał. Bardziej interesowało go to, co działo się przed blokiem. Adam podążył za jego wzrokiem z nadzieją, że znajdzie coś, jakiś drobiazg, wspólny temat, który ułatwi im rozmowę, pozwoli przejść na neutralny grunt pogaduszek o sąsiadach i ich źle wychowanych dzieciach. Nie miał ochoty na wdawanie się w jałowe dyskusje o synowskich obowiązkach ani tym bardziej na utwierdzanie rodziciela w przekonaniu, że doznaje samych krzywd. Nie chciał słuchać jego biadoleń i utyskiwań, ale nie zamierzał też wyjeżdżać nad morze z poczuciem niesmaku wobec samego siebie. Odczekał więc chwilę i gdy wydawało się, że uwagę ojca całkowicie pochłonęła obserwacja biegających po trawniku kundli, rzucił jakby od niechcenia:

– W razie czego dzwoń, przyjadę.

– Po co? Mnie już nie ma.

– Tato, przestań...

Adam chciał powiedzieć coś jeszcze, ale zmilczał. Wiedział, że źle rozegrał tę rozmowę. Mimo że od dawna ćwiczył kłótnie nie kłótnie, najpierw z obojgiem rodziców, a teraz z ojcem, ciągle wyprowadzały go z równowagi. Zatrzasnął drzwiczki lodówki z głuchym hukiem. Zrezygnował z dalszej części śniadania, nie chciał psuć sobie pierwszego dnia wakacji. Wziął torbę z ubraniami, rzucił „cześć” i poszedł do samochodu.

Przykurzone, poobijane tu i ówdzie audi A4 we wściekle czerwonym kolorze wciąż stało na parkingu – i wcale nie dlatego, że był to samochód policjanta, o czym wszyscy na osiedlu wiedzieli. Nawet najbardziej zdesperowany złodziej nie połaszczyłby się na nie. Przed wyprawą nad morze Adam zastanawiał się, czy ryzykować tak długą jazdę wozem, który niby nie zawodził, ale też nie był ostatnio wystawiany na zbyt ciężkie próby. Ostatecznie przeważyło jedno: nie uśmiechała mu się perspektywa spędzenia prawie całego dnia w ekspresie, w którym obowiązuje zakaz palenia. Przecież nie będzie jak gówniarz chował się w ubikacji.

Pogoda była wymarzona do podróży. Adam rozsiadł się za kierownicą, poprawił fotel; zanim ruszył, przez chwilę wsłuchiwał się w odgłos silnika, żeby upewnić się, że wszystko jest z nim w porządku. Wprawdzie dzień był jeszcze długi, ale postanowił, że dojedzie na miejsce przed zmrokiem, aby z fasonem i przytupem zainaugurować helskie wywczasy.

Chciał zapomnieć o ostatnich tygodniach, o nerwówce w pracy, marudzeniu ojca i Mundku, który coraz bardziej krzywym wzrokiem patrzył na jego niekonwencjonalne, oparte na improwizacji metody śledcze. To prawda, nie był święty, ale z drugiej strony, w robocie raczej nie nawalał. Przecież gdyby nie jego wariacka akcja, nie zakończyliby tak szybko sprawy z dworca. No dobrze, prędzej czy później i tak dopadliby mordercę, niezależnie od tego, jak by się starał. Mniejsza o to, Adam chciał przecież tak niewiele – robić swoje i mieć spokój. Czasami myślał, że urodził się w złej rodzinie, w niewłaściwym miejscu i czasie. Nie da się ukryć, był krojcokiem, mieszańcem, którego zawsze gdzieś nosiło i choć nie chciał przyznać się do tego, chyba miał to po fatrze. Dobrze pamiętał opowieść o tym, jak rodziciel spakował do kartonowego pudła niewielki dobytek i wyruszył z biednej mazowieckiej wsi na Śląsk, szukać szczęścia z dala od braterskich sporów o lichą ojcowiznę.

Wydostawszy się na krajową jedynkę, wreszcie mógł trochę przycisnąć, choć bez przesady, bo szybkość ograniczały fotoradary i duży w sobotni ranek ruch ciężarówek. Drogę zapychały dostawczaki, pędzące slalomem między innymi użytkownikami dróg, i dostojnie sunące tiry. Rozluźniło się dopiero za Częstochową, zaczął się inny, słabo mu znany kraj. Dawno tędy nie jechał i trochę go zaskoczyło, że gierkówka tak mało się zmieniła: pojawiło się, owszem, trochę wysepek na skrzyżowaniach, w kilku miejscach poszerzono pobocza, lecz była to nadal ta sama pełna kolein kiepska droga dla kierowców lubiących mocne wrażenia.

Włączył radio. Wraz z przejechanymi kilometrami zmieniały się lokalne rozgłośnie, kiczowata muzyka przeplatała się z programami informacyjnymi, ale krajobraz ciągle pozostawał ten sam. Przyjemnie było tak jechać, o niczym nie myśląc, mijając mniej lub bardziej tandetne zajazdy, przycupniętych na poboczach sprzedawców owoców i zblazowane tirówki. Adam był w swoim żywiole. Przeskakiwał między stacjami, aż wreszcie natrafił na rozgłośnię ojca dyrektora. Snute śmiertelnie poważnymi głosami opowieści o żydowskich spiskach niszczących udręczoną Polskę zawsze bawiły go do łez. Jednak gdy usłyszał, w jaki sposób najsławniejszy redemptorysta przeprosił czarnoskórego księdza, omal nie umarł ze śmiechu.

– „To nie tak. Ja sobie żartowałem!” – powtarzał, a jego głośny śmiech zagłuszył warkot silników przejeżdżających obok samochodów.

W Piotrkowie skręcił na Łódź, korzystając z dobrodziejstw autostrady A1, która skończyła się, nim zdążył się do niej przyzwyczaić. Na szczęście im bardziej przesuwał się na północ, tym ruch był mniejszy, mógł więc spokojnie sunąć przed siebie, wystukując na kierownicy rytm kolejnych piosenek i podziwiając krajobrazy. Ze zdziwieniem przypatrywał się nowym, paskudnym kościołom, górującym nad zapuszczonymi wioskami. Proszę, proszę, wszyscy narzekają na kryzys, jęczą, że na wszystko brakuje pieniędzy, ale zawsze znajdą parę złotych dla proboszcza z ambicjami.

Potem nie było już tak wesoło. Za Krośniewicami zagapił się na objeździe, co skończyło się tym, że przez blisko godzinę błądził po okolicznych wsiach i mieścinach, życząc wszystkim odpowiedzialnym za stawianie drogowskazów długiej i bolesnej śmierci. W końcu jednak szczęśliwie wyjechał na trasę gdańską. Miał przed sobą ponad dwieście kilometrów niezłej drogi. Wcisnął pedał gazu i odprężył się. Nie na długo. Ledwie zdążył pomyśleć, że teraz ma z górki, że już za parę godzin siądzie w przyjemnej knajpce na plaży, wpatrując się w liżące brzeg fale, gdy zobaczył dym wydobywający się spod maski. Zjechał na pobocze. Rozejrzał się wokoło; nieznana mu okolica, późne popołudnie, jeszcze tego mu brakowało! Podniósł klapę i zaczął kląć. Długo i wymyślnie. Płynu w zbiorniku chłodnicy prawie nie było, a przecież mechanik ponoć sprawdził wszystko, co dało się sprawdzić. Nawet nie musiał zaglądać do bagażnika, wiedział, że nie ma ze sobą zapasu. Jeszcze raz spojrzał wokoło: z lewej rósł rachityczny lasek, z prawej ciągnęły się zagony ziemniaków, daleko na horyzoncie majaczyły samotne zabudowania. Z góry odrzucił pomysł, aby wlec się poboczem do najbliższej stacji benzynowej, piesze wędrówki to nie było to, co tygrysy lubią najbardziej. Oparł się o samochód i zapalił. Przez chwilę rozważał, czy nie zadzwonić po pomoc drogową, jednak szybko uznał to za wyjątkowo kiepski pomysł. Środki na wakacyjne przyjemności miał przecież dosyć ograniczone.

– Chrzanić to! – powiedział głośno, rozdeptując niedopałek na asfalcie. Otworzył tylne drzwi, sięgnął po dwie puszki piwa. – Co go nie zabije, to go wzmocni – mantrował, wlewając złocisty płyn do zbiornika chłodnicy.

Ruszył powoli, mając nadzieję, że uda mu się dowlec do najbliższej stacji, a potem się zobaczy. Jechał tempem zawianego rowerzysty, ignorując klaksony i ironiczne spojrzenia kierowców mijających go bryk. Przybrawszy minę pokerzysty, udawał, podobnie jak wtedy, gdy koledzy kpili z kolejnej przegranej GKS-u, że ma to gdzieś. Kwestia przyzwyczajenia. Jakoś dojechał do stacji pod Włocławkiem. Zlekceważył bazyliszkowe spojrzenia obsługi, spuścił piwo z chłodnicy, kupił płyn i wlał. Teraz już nie może być źle, pomyślał. Ruszył delikatnie, nie szarżował, starał się jechać płynnie. Wyglądało, że to koniec nieprzyjemnych niespodzianek.

Przez ponad godzinę nie działo się nic. Polskie drogi. Z prawej ciągnęły się łąki, z lewej rżyska, na których piętrzyły się bele sprasowanej słomy. Nagle rozdzwoniła się komórka.

– Budzisz, witam. Wynajął pan u mnie pokój.

– No i... – Adam nie bardzo wiedział, o co mu chodzi.

– Miał pan już być.

– Miałem. I będę. Jeszcze chwila.

– Bo gdyby pan zmienił plany, to są już chętni na to miejsce.

– Spokojnie, będę.

– To czekam.

Wcisnął pedał gazu, modląc się w duchu, żeby auto wytrzymało. Powoli zmierzchało. Po dwóch godzinach zobaczył tablicę: Władysławowo. Zbliżał się do celu. Pod pensjonat Błękitny Żagiel w Kuźnicy zajechał dobrze po jedenastej. Wygramolił się z samochodu, przeciągnął. Znalazł umieszczoną na budynku strzałkę, kierującą do recepcji. Pukał długo. Nadaremno. Sprawdził w komórce – na szczęście Budzisz nie miał zastrzeżonego numeru. Właściciel interesu nie był zadowolony z telefonu, ale jednak przyszedł, dał mu klucz i pokazał pokój. Rzucając niewielką torbę na łóżko, Adam czuł, że musi odreagować dzień, chce zatopić się w tłumie, ogłuszyć głośną muzyką i znieczulić alkoholem. Wybiegł z pokoju. Gospodarz stał przed pensjonatem, paląc.

– Jest tu jeszcze czynna jakaś knajpa? – spytał policjant.

Budzisz spojrzał na niego z politowaniem.

– To jest spokojna rybacka wioska...

– Jaka tam rybacka, przecież wczasowa.

– To jest spokojna rybacka wioska właściwie już po sezonie – powtórzył właściciel pensjonatu z naciskiem. – Jak chce się pan bawić, to trzeba się kopnąć do Chałup, Jastarni albo Władysławowa. – Zdeptał niedopałek, rzucił warkliwie „dobranoc” i poszedł.

Adam wzruszył ramionami. Był przecież przygotowany na – prawie – wszystko. Poszedł do samochodu, otworzył bagażnik i wyjął z niego to, co zostało ze zgrzewki piwa. Rozejrzał się, kilkanaście metrów przed pensjonatem dostrzegł ławkę. Poszedł w jej kierunku. Syknęła otwierana puszka, zgrzytnął pocierany kamień zapalniczki. Popijając i paląc, patrzył na bliki księżycowego światła na falach Zatoki Puckiej. Wreszcie zaczął wakacje. Najdziwniejsze, jakie kiedykolwiek mu się przytrafiły.

niedziela, 24 sierpnia 2008

Tomek Cieślak obudził się wcześniej niż zwykle, dochodziła piąta. Zamknął oczy, przekręcił się na drugi bok, próbował przykryć głowę poduszką, ale nic nie pomagało, nie mógł spać. Ciągle myślał o tym, co zobaczył poprzedniego dnia, o wyrzuconych przez morze owrzodzonych flądrach, nad którymi unosiły się stadka mew.

We Władysławowie, choć zbliżał się koniec sierpnia, ciągle nie brakowało turystów, toteż na reakcję służb odpowiedzialnych za sprzątanie plaży nie trzeba było długo czekać. Kilku uzbrojonych w specjalne chwytaki jegomości uporało się z cuchnącym problemem raz-dwa, zanim ktokolwiek zainteresował się ich działaniami. Większość młodocianych plażowiczów była tak zajęta opróżnianiem kolejnych puszek piwa, grą w siatkówkę lub karty, że najprawdopodobniej nawet nie zwróciła uwagi na to, co działo się nad brzegiem morza. Większość, ale nie Tomek! Musiał dowiedzieć się, jakie były przyczyny śnięcia ryb. Zachęcony przez Karolinę, kobietę jego życia, która wietrzyła jakąś sensację, podbiegł do jednego ze sprzątających.

– Co się stało, jakiś wyciek ze statku? – spytał.

– Wyciek? Eee, gdzie tam, przyducha.

– Można zobaczyć?

– A niby po co? Zdechłej flądry nie widziałeś?

– Widziałem czy nie widziałem to moja rzecz. Ciekawi mnie tylko, jakim cudem się udusiły, przecież w tym roku nie ma sinic.

– A ty co? – Mężczyzna splunął do kosza. – Ekolog jakiś? Lepiej trzymaj się od tych rybek z daleka, bo możesz oberwać. Chyba że winszujesz sobie, żebym straż miejską zawołał, oni chętnie z tobą pogadają.

Tomek może i chciał coś dodać, zaprotestować, przecież miał prawo wiedzieć, co się wydarzyło, ale do mężczyzny zaczęli zbliżać się koledzy. Ich miny nie wróżyły niczego dobrego, więc dał sobie spokój. Nie ma co wszczynać rozróby, od nich i tak niczego się nie dowie. Trzeba będzie porozmawiać z rybakami. Może coś mu powiedzą. Żałował tylko, że nie miał przy sobie aparatu fotograficznego czy choćby komórki. Jak pech, to pech. Ewka znów mu nie uwierzy. Co więcej, także Karolina, gdy okazało się, że powodem zamieszania, jakie obserwowali, może być zakwit sinic, straciła zainteresowanie tym, co działo się na plaży. Zajęta wertowaniem najnowszego numeru detektywistycznego pisemka pełnego taniej sensacji, ponoć prosto z życia wziętej, nawet nie raczyła podnieść się z koca i spojrzeć w kierunku odchodzących porządkowych.

Skoro sen nie chciał przyjść, Tomek postanowił przejść się trochę i sprawdzić, czy morze znów nie wyrzuciło ryb. Przemknął cicho obok pogrążonej w głębokim śnie narzeczonej, zbiegł po schodach – recepcja była pusta, pani Terenia jeszcze spała – i zatrzymał się na progu pensjonatu. Przeszył go poranny chłód. Nie spodziewał się, że będzie tak zimno. Czuło się już nadchodzącą jesień. Wrócił po kurtkę i tym razem nie zapomniał o aparacie i komórce. Po kilku minutach szybkiego marszu dotarł do miejsca, w którym poprzedniego dnia widział śnięte flądry. Po rybach nie było śladu. Przeszedł jeszcze kilkaset metrów wymarłą o tej porze dnia plażą. Nie ma co, trzeba wracać, zadecydował i już miał zawrócić, gdy na piasku daleko przed sobą dostrzegł jakieś kształty. Na pewno nie rybie. Podszedł. Tuż obok siebie leżało pięć martwych mew. Musiały paść stosunkowo niedawno, bo na ptakach nie widać było jeszcze najmniejszych śladów rozkładu. Zrobił kilka fotek, tak, by można było ustalić, gdzie je znalazł, i z pewnym wahaniem sięgnął do kieszeni po płócienną siatkę na zakupy. Położył ją na mokrym piasku, a potem ostrożnie, przytrzymując truchło ptaka przez poły kurtki, włożył do wnętrza. Jeśli zdarzyło się to, co podejrzewał, nie miał chwili do stracenia. Musiał szybko poszukać jakiejś lodówki i zawiadomić o wszystkim Ewę.

*

Adamowi Tyszce śniło się... Coś mu się śniło, ale nie zapamiętał co, zbyt nagle obudzony. Wyrwał go ze snu warkot samochodowego silnika. I podejrzane trzaski, których tuż po przebudzeniu nie potrafił zidentyfikować. Ziewając szeroko, wygramolił się z łóżka i spojrzał na zegarek. Dochodziło wpół do dziewiątej. Podszedł do okna. Wczoraj wieczorem tego nie zarejestrował: ledwie dwa metry od okna jego kwatery była ściana, na oko z blachy. W tej ścianie były też drzwi, w których teraz stał gość w drelichu, przekładający drewniane skrzynki.

Adam podciągnął T-shirt i podrapał się po brzuchu. Sięgnął po leżącą na nocnym stoliku paczkę papierosów, ale zobaczył umieszczoną tuż przy drzwiach tabliczkę: „Palenie w pokojach wzbronione”.

– Peereliada – mruknął, próbując wbić się w spodnie. – Nie łaska napisać: Proszę nie palić w pokoju?!

Wyszedł na zewnątrz, skręcił w lewo, chcąc pójść nad zatokę. Drogę tarasowała półciężarówka. Poczuł ostry zapach świeżych ryb. Podszedł do mężczyzny w gumowym fartuchu.

– Co tu się dzieje?

– A co ma się dziać... – Pracownik chłodni przeczesał dłonią rzadkie włosy. – Przyjmujem nocny połów.

– Że co?

– Ryby mrozim.

Adam rozejrzał się. Tak, to wyglądało na hurtownię ryb. Szkoda tylko, że była tak blisko. Jak pierwszy naiwny kupiłem tekst o pięknym pensjonacie w cichym, spokojnym miejscu, a było sprawdzić ofertę, pomyślał. Westchnął ciężko i wrócił do pokoju. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie zalec znowu w pościeli, ale nie chciało mu się już spać. Rozebrał się i wszedł pod prysznic. Strugi zimnej wody przyniosły mu ulgę.

Świeży i rześki ruszył w miasto. To znaczy w wieś. Najpierw dotarł do pustego o tej porze niewielkiego portu, w którym cumowało kilka wyglądających jak zabawki kolorowych kutrów. He, he, wioska rybacka, zaśmiał się w duchu, a rybaka ani widu, ani słychu. Pokręcił się chwilę między starymi, wybudowanymi z czerwonej cegły domami i niegrzeszącymi urodą willami w stylu schyłkowego PRL-u, mocno na wyrost nazywanymi pensjonatami, aż wreszcie, podążając śladem zmierzających w kierunku morza wczasowiczów, dotarł do położonego przy głównej drodze ogromnego w porównaniu z resztą zabudowań neogotyckiego kościoła. Tuż obok znalazł sklep spożywczy, w którym zaopatrzył się w pieczywo, paczkę krojonego ementalera i puszkę sprite’a. Z reklamówką w dłoni przeszedł na drugą stronę ulicy, gdzie obok niewielkiej smażalni ryb wypatrzył przejście na plażę.

Za biegnącymi równolegle do szosy torami przystanął. Przed nim rozciągała się szeroka piaszczysta plaża, której brzegi obmywały stalowogranatowe wody Bałtyku. Głęboko nabrał w płuca zimniejszego i bardziej rześkiego niż od strony zatoki powietrza. Tego było mu trzeba! Uśmiechnął się na myśl o dwóch tygodniach czekającej go laby, niezmąconej gderaniem Pietruchy i żalami ojca. Wreszcie zapomni o kłopotach, zabawi się, odpocznie. Będzie plażował, pojadał ryby i korzystał z wszelkich możliwych w tym miejscu atrakcji. Postanowił, nie zwlekając, wprowadzić ten plan w życie. Nie chciało mu się wracać na kwaterę po ręcznik i parawan. Usiadł na stojącej na szczycie wydmy ławce, skąd miał doskonały widok na morze. Chwilami mocno wiało, ale w zamian za to mógł obserwować to, co się działo na plaży. Wypalił papierosa, a potem zabrał się do bułki z serem.

Jedząc, rozglądał się dokoła, trochę z nudów, trochę z zawodowego przyzwyczajenia. Gospodarz miał rację: Kuźnica była nadzwyczaj spokojną miejscowością. Na niezbyt szczelnie wypełnionej letnikami plaży dominowały matki z dziećmi w różnym wieku. Tu i ówdzie między parawanami stały spacerówki, nie brakowało też już nieco większych berbeci, które wykorzystując to, że ich rodzicielki skupiły się na metodycznym przypiekaniu swych mocno roznegliżowanych ciał, dokazywały w najlepsze. Jedna z watah maluchów z zapałem obsypywała się piaskiem, inna goniła za biszkoptowym labradorem, raz po raz oddalającym się od przeciwwiatrowego namiotu rozbitego przez jego pana, strzaskanego na hebanowy brąz, atletycznego faceta.

Większość plażowiczów, starannie okopanych za ścianami płóciennych fortec, nie zwracała na ich ekscesy najmniejszej uwagi; wyjątkiem był tęgi mężczyzna, który wraz z równie korpulentną niewiastą dopiero co rozlokował się nieco na prawo od stanowiska obserwacyjnego Tyszki. Brzuchacz najwyraźniej nie mógł zdecydować się, od czego zacząć: czy najpierw ogrodzić wybrany przez siebie teren, czy rozłożyć parasol przeciwsłoneczny, i pewnie długo by tak dumał, gdyby nie ostra reprymenda jego towarzyszki. Z braku ciekawszego obiektu Adam przyglądał się ich poczynaniom. W czasie gdy mąż dwoił się i troił przy rozkładaniu dobytku, żona zdjęła workowatą suknię i na czarny jednoczęściowy kostium zarzuciła upstrzone motywem czerwonych róż pareo. Poprawiła nieco rozwichrzony na wietrze hiszpański kok i tak przygotowana już miała spocząć w wymoszczonym dla niej gniazdku, gdy parawan z trzaskiem runął pod naporem dwójki podekscytowanych dzieciaków, które w pogoni za latawcem nie zauważyły przeszkody. Kobieta wrzasnęła i próbując poderwać się z piachu, tak niefortunnie złapała za nogę parasola, że ten widowiskowo przewrócił się, dopełniając dzieła zniszczenia. Korzystając z ogólnego zamieszania, sprawcy tej małej plażowej katastrofy podnieśli z piachu to, co zostało z latawca, i nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń, czmychnęli.

Adam poczuł senność, przymknął oczy. Wrzaski i biadolenia jeszcze przez chwilę dochodziły do jego uszu, ale gdy ocknął się z krótkiej drzemki, dokoła panował błogi spokój. Nawet dzieciaki najwyraźniej znudziły się dokazywaniem i postanowiły skupić się na budowaniu z piasku zamków, fos i kanałów. Mąż dorodnej seniory zdołał w międzyczasie odbudować ich plażowe dominium i para już bez przeszkód mogła wylegiwać się na leżakach, urozmaicając sobie czas przeglądaniem prasy i słuchaniem przenośnego radyjka. Nuda, pomyślał Adam. O wiele bardziej interesujące było to, co działo się tuż przy wejściu na plażę, gdzie rozłożyła swoje kocyki dwójka cyklistów, bladolicy chłopak w bejsbolówce, spod której wystawały kosmyki rudych włosów, i drobna brunetka z zadartym noskiem. Do Tyszki docierały strzępy ich rozmowy.

– Przestań się wylegiwać, musimy ruszać, inaczej wszystko przepadnie! – przekonywał chłopak.

Dziewczyna, niewzruszona jego słowami, parsknęła śmiechem i ze zdwojoną energią kontynuowała wcieranie olejku do opalania w mocno przybrązowioną skórę.

– Daj spokój, może na nas poczekać. Zresztą jeśli ci się spieszy, droga wolna. Możecie sobie razem biegać za żabami czy innymi robalami, ja się na to nie piszę.

Zła jak osa, ale niezła laska, pomyślał Adam. Trzeba by tylko pozbyć się tego namolnego chłopaka i kto wie... Tyszka znany był wśród kolegów z tego, że nieustannie snuł plany miłosnych podbojów. Rzadko który wprowadzał w życie, podrywanie szło mu raczej kiepsko. Jednak ani kolejne porażki, ani złośliwostki Mundka wcale go nie zniechęcały. Już zaczął wyobrażać sobie, jak mógłby potoczyć się jego wakacyjny romans z temperamentną plażowiczką, gdy rudzielec rozwiał jego nadzieje. Pochylił się nad swoją towarzyszką i zaczął tłumaczyć jej coś ściszonym głosem; gestykulował przy tym zamaszyście, jakby chciał odstraszyć stado mew. Jego perswazje okazały się na tyle skuteczne, że dziewczyna po krótkim wahaniu podniosła się z koca i zaczęła ubierać. Chwilę później oboje przeszli obok Tyszki, prowadząc swoje dwukołowce w kierunku ciągnącej się wzdłuż zatoki ścieżki rowerowej. Policjant westchnął. Poczuł, że czas ruszać w poszukiwaniu przygody. Zdjął sandały i podwinąwszy nogawki, zatopił stopy w ciągle jeszcze wilgotnym piasku.

*

Mimo że słońce mocno prażyło, w cieniu rzucanym przez stare, powykręcane przez morskie wiatry sosny było przyjemnie, rozleniwiająco. Na obszernym tarasie niewielkiego apartamentowca przy ulicy Kasztanowej w Juracie siedziało dwóch mężczyzn. Milczeli. Starszy z nich, szpakowaty, bezwiednie kręcił trzymaną w ręku szklanką, na której dnie połyskiwał bursztynowozłoty płyn. Wpatrywał się w wody zatoki, migoczące między pniami drzew i kępami wypielęgnowanych krzewów. Młodszy, raz po raz odgarniając niesforną, asymetryczną grzywkę, zawzięcie przeglądał coś na iPhonie. Starszy ocknął się, odstawił szkło i spojrzał na kumpla.

– Czy ty ciągle musisz bawić się komórką?

Młody wymruczał coś niezrozumiale.

– Co mówisz?

– To nie komórka.

– Jeden pies. Za mało masz na co dzień roboty?

Tamten tylko wzruszył ramionami, ale odłożył gadżet na stół z tekowego drewna.

– Jak ci się nudzi, to się rozbierz i ubrania pilnuj.

– Co?

– Tak mawiała moja babka.

– Sam to wymyślasz czy masz jakąś książkę z takimi powiedzonkami?

Starszy mężczyzna roześmiał się. Od dawna prowadzili grę, w której chodziło o sprowokowanie młodego do wypowiedzenia więcej niż jednego czy dwóch słów naraz. Lubił go, choć nie rozumiał, zresztą jak większości młodziaków, którzy, jak wiele razy się o tym przekonał, żyli w zupełnie innym świecie niż on. Czyżby był już tak stary, czy po prostu rzeczywistość zmieniała się nazbyt gwałtownie? Co on właściwie wiedział o młodym? Niewiele więcej, niż powiedział mu Kulawiec, obaj raczej nie rozmawiali o przeszłości. Młody jaki był, taki był, ale robił swoje. Irek mu ufał – i to było najważniejsze. Młody szukał adrenaliny, zgłosił się na ochotnika do komandosów, zaliczył jedną turę na zagranicznej misji, zdaje się, że w Iraku, i to mu wystarczyło, żeby przestać myśleć o karierze trepa. Irka to nie dziwiło. Kiedyś miał tak samo. Fakt, czasy były inne. Środek lat osiemdziesiątych, przede wszystkim nie chciał odbyć zaszczytnej służby w Ludowym Wojsku Polskim, poza tym jakoś nie widział siebie w realiach schyłkowego PRL-u. Uciekł z wycieczki do Francji i znalazł się w Legii Cudzoziemskiej. Bardzo szybko dotarło do niego, że dryl u najemników niespecjalnie mu leży. Wrócił do kraju. Na szczęście nikt nie czepiał się jego służby w obcym wojsku. Może dlatego, że szybko związał się z czyniącym cuda Kulawcem. W armii, w której obecnie był, nikt nie pytał o przeszłość. I to mu pasowało. Mógł spokojnie wypełniać rozkazy.

Wychylił zawartość szklanki jednym haustem. Dwunastoletnia whisky spływała do żołądka przyjemnie drażniącym strumieniem. Znowu zapatrzył się na zatokę. Z wnętrza apartamentowca dobiegł dźwięk dzwonka. Po chwili się urwał, ale zaraz znowu wybrzmiał długo, natarczywie.

– Rusz się, Patryk. Ktoś dobija się do bramy.

– Co ja, cieć?

– Nie pierdol! – Szpakowaty wiedział, że czasami trzeba ustawić kumpla do pionu. – Wiesz, że Justyna skończyła dzisiaj wcześniej. Jakieś imieniny koleżanki czy coś. Sami pilnujemy interesu. To i tak lepsze niż ganianie za jakimiś cieniasami po półwyspie.

To on tu teraz rządził, mógł więc trochę powysługiwać się młodym, przecież nie zawsze musieli wszystko załatwiać we dwóch. Patryk niechętnie podniósł się z ogrodowego fotela i zniknął w głębi budynku. Oby to nie było nic ważnego, pomyślał Irek. Chciał spędzić leniwy wieczór, popijać whisky, pozwalając, by godziny mijały niespiesznie.

Młody wrócił po pięciu minutach. Widząc uniesione brwi kompana, rzucił tylko:

– Spoko.

– Ja cię kiedyś zastrzelę! Spoko co?

– Irek, wyluzuj, bo ci żyłka pęknie. – Patryk wyszczerzył zęby. – Jakaś warszawska pańcia myślała, że znajdzie u nas nocleg za dwie stówy.

Szpakowaty zarechotał. Ludzie to jednak mają pomysły: szukać w wypasionym apartamentowcu taniego pokoju? Alarm odwołany. Sięgnął po butelkę i nalał sobie do pełna.

– Za tych co na morzu. – Upił spory łyk.

– Że co?

– Nic. Kolejny, jak to mówisz – przeciągał głoski – oldskulowy tekst.

Powoli zmierzchało, czerwonawa poświata spowijała ogród. Patryk poszedł pogapić się na telewizję, Irek został na tarasie. Po trzeciej solidnej szklaneczce miał już dosyć alkoholu. Pomyślał, że powinien coś zjeść, ale nie chciało mu się ruszać z miejsca. Czuł, że ogarnia go błoga senność. Z odrętwienia wyrwało go zawodzenie telefonu. Już chciał zawołać kolegę, by odebrał, ale zorientował się, że bezprzewodowy aparat leży tuż obok flaszki. Spojrzał na wyświetlacz – dzwonił ich pracodawca, prezes Andrzej Maślana, w niektórych kręgach bardziej znany jako Kulawiec.

– Dzień dobry, szefie.

– Dla kogo dobry, to dobry. Jak tam, wszystko okej?

– Spoko w pueblo.

Głos Kulawca zawsze brzmiał nieprzyjemnie. Nawet gdy się śmiał.

– I za to cię lubię.

– Za powiedzonka?

– Za to, że zawsze przekazujesz dobre wieści. Prawie zawsze.

Szpakowaty dobrze wiedział, że szef pije do sprawy sprzed kilku miesięcy, kiedy dali się przyłapać na śledzeniu szemranego biznesmena. Cudem udało im się wtedy wywinąć ze śmierdzącej sprawy. Ten cud sprawił, jakżeby inaczej, Kulawiec. Jeśli chodzi o cuda, Jezus mógłby sporo się od niego nauczyć.

– Dobra, koniec pieszczot. – Maślana nie lubił pustej gadki. – Jest robota. Słuchaj...

Przez kilka minut Irek rzucał do słuchawki tylko pojedyncze słowa: tak, dobrze, wiem. Rozłączył się i zawołał:

– Patryk!

Zero reakcji. Nie chciało mu się ruszać z miejsca. Bardzo. Ale Kulawiec każe, sługa musi. Próbował przypomnieć sobie, kto pierwszy tak nazwał prezesa. Nie pamiętał. Niby oczywista sprawa, wyraźnie utykał. Wersja oficjalna brzmiała, że poturbował się, gdy spadł z konia. Mogło to być prawdą, bo pod Warszawą miał stadninę arabów i lubił jeździć konno. Ale może kiedyś, gdy szef nie był jeszcze powszechnie szanowanym biznesmenem, ktoś przestrzelił mu kolano? Irek wolał nie dociekać. Zdawał sobie sprawę, że o niektórych rzeczach nie należy wiedzieć zbyt wiele.

Znowu zawołał młodego. Bez odzewu. Wzdychając, podniósł się z fotela. Patryk spał na skórzanej kanapie przed telewizorem. Na ekranie dwóch bokserów okładało się bez litości. Po co on to ogląda, pomyślał. Potrząsnął go za ramię. Patryk od razu poderwał się na równe nogi. Prawidłowo.

– Robota jest.

– Teraz? – W jego głosie nie brzmiało zdziwienie.

– Nie, w środę wybierzemy się do lasu.

– Na łowy?

– Żebyś wiedział.

*

Adam oddalał się od górującej nad Kuźnicą niczym latarnia morska wieży kościoła. Przeszedł w pobliżu stacji kolejowej, a kawałek dalej, już poza zabudowaniami wsi, natknął się na plaży na duży biały namiot. Może nie jest aż tak źle, najwyraźniej toczy się tu jakieś rozrywkowe życie, pomyślał. Na razie był starannie zasznurowany, a o jego przeznaczeniu zaświadczały szczególnie liczne w najbliższych koszach puszki po piwie i pety powtykane w piasek. Na plaży było niemal pusto, niewiele osób tutaj leżakowało, więcej było spacerowiczów takich jak on. Szedł skrajem morza, gdzie piasek był najtwardszy, na zachód, w kierunku Chałup, mijając dwu- i trzyosobowe grupki żywo rozprawiających ze sobą emerytów, psiarzy i ojców, którzy mając już dość leżenia plackiem, postanowili zażyć ze swymi pociechami nieco ruchu. Mniejsze i większe czworonogi aportowały rzucane im patyki, dzieciaki karnie stąpały u boku rodzicieli, gdzieniegdzie ktoś przysiadł na piachu. Po półgodzinnym marszu Adam pożałował, że dał się ponieść impulsowi i nie pomyślał o tym, by zabrać ze sobą jakiś płyn. Przydałoby się czymś przepłukać gardło, ale trudno, cofać się nie było sensu, musiał brnąć przez piach z nadzieją, że wkrótce dotrze do bardziej cywilizowanych rejonów, gdzie nie tylko zaspokoi pragnienie, lecz i przeżyje coś niezwykłego.

Przyspieszył kroku, zobaczywszy dziwne poruszenie na plaży. Policyjny instynkt podpowiadał mu, że oczekiwane „coś” właśnie nastąpiło. Daleko, jakieś czterysta metrów przed nim, zgromadził się tłumek wyraźnie czymś zaaferowanych osób. Wcześniej kątem oka zauważył padłe mewy, ale przecież kto zwracałby uwagę na parę strutych odpadkami ptaków? Chyba że – zastanawiał się nad przyczyną zbiegowiska – morze wyrzuciło na brzeg martwego morświna lub fokę. Albo jakieś pamiętające jeszcze czasy wojny żelastwo, którego ciągle sporo – wiedział to jako miłośnik militariów – spoczywało w wodach Bałtyku. Jednak coś w zachowaniu ludzi było nie tak. Nim do nich dotarł, wiedział już, co się stało. Widział to nieraz. Właściwie nie musiał nawet patrzeć – kiedy podszedł bliżej, wiatr gwałtownie zmienił kierunek i Adam poczuł charakterystyczny zapaszek. Na piasku leżał topielec. Tak w każdym razie mu się wtedy wydawało.

– Proszę odsunąć się od ciała – zakomenderował. – Kto znalazł zwłoki? Czy ktoś ich dotykał albo przewracał?

– A pan co taki ważny? – obruszył się stojący najbliżej ciała łysy facet.

– No właśnie, śledztwo chce pan prowadzić? – zawtórował mu zażywny jegomość z wyżłem u nogi.

– Od razu śledztwo... Z ciekawości pytam. – Adam porzucił oficjalny ton. Chyba zgłupiałem, pomyślał. Co mnie to wszystko obchodzi, przecież jestem na urlopie, niech martwią się inni.

– Ciekawość to jeszcze nie powód, żeby zachowywał się pan jak jakiś pieprzony glina – ciągnął właściciel psa.

– Poza tym – dodał stojący obok niepozorny okularnik – co pan sobie wyobraża, że zboczeńcy jesteśmy, czy co? Trupa nikt nie ruszał, zresztą odpowiednie służby zaraz powinny się zjawić, ten pan – wskazał na mężczyznę z wyżłem – zadzwonił gdzie trzeba.

– Typowe – wtrącił się łysol. – Jak trzeba, to ich nie ma. Tędy chodzą kobiety i dzieci... Jeszcze ktoś na taki widok zawału dostanie albo i wylewu, za co płacimy klimatyczne, bo chyba nie za ten syf na plaży?

– Święta prawda, jak są potrzebni, to ich nie ma – dodał ktoś inny.

Adam zignorował utyskiwania. Przyglądał się nieboszczykowi. Ciało leżało na brzuchu. Denat ubrany był w białą koszulę z krótkim rękawem i długie spodnie, które, podobnie jak częściowo przekręcona na bok twarz, pokryte były glonami i piaskiem. Wystające spod mułu siwe włosy zaświadczały, że nie był młodzikiem, ale trudno było określić dokładnie, w jakim był wieku. On, bo nie ulegało wątpliwości, że to mężczyzna. Musiał umrzeć z tydzień temu, inaczej sam by nie wypłynął, kalkulował Adam. Tymczasem zwłoki nie miały znamion tak daleko posuniętego rozkładu. Co prawda obrzęk był już widoczny, ale skóra na przedramionach była ledwo zmacerowana. No i ten zapach! Wyrazisty, ale nieporównywalnie słabszy od fetoru topielca wyłowionego z jednego z katowickich stawów, którego kiedyś kazał mu oglądać Mundek. Wzdrygnął się na wspomnienie tamtej wizyty w prosektorium, żołądek podszedł mu do gardła i pewnie jak ostatni mięczak zwymiotowałby na oczach zgromadzonych gapiów, przynosząc hańbę wydziałowi zabójstw, gdyby nie orzeźwiająca morska bryza. Opanowawszy odruch wymiotny, przetarł chusteczką czoło i zaczął analizować sytuację. Stan ciała wskazywał na to, że śmierć nastąpiła raczej przed trzema, najwyżej czterema dniami. Oczywiście trzeba by jeszcze wziąć poprawkę na temperaturę wody, jej zasolenie i przybrzeżne prądy. Adam nie był najlepszy w te klocki, zresztą od czego byli patolodzy? Jednak coś mu nie pasowało. Mężczyzna nie utopił się przypadkiem; był w ubraniu, więc albo popełnił samobójstwo, albo ktoś mu w tym pomógł.

Zostawił te rozmyślania na później, bo zauważył skrywającą się za plecami łysego dwójkę chłopców, braci, jak się okazało, tych samych, których obserwował przed południem. Podszedł do nich, by wypytać o okoliczności znalezienia topielca. Niewiele na ten temat wiedzieli, za to barwnie opowiedzieli o podobnym wypadku, jaki miał miejsce przed dwoma laty na wysokości Kuźnickiej Jamy. Wówczas utopił się początkujący surfer. Obu spraw najwyraźniej nic nie łączyło. Adamowi nie pozostawało więc nic innego, jak zawiesić prywatne śledztwo i pomyśleć o bardziej przyziemnych rzeczach. Pomachał na pożegnanie braciom i nie bacząc na tablice zakazujące niszczenia płotów faszynowych na wydmach, poszedł skrótem ku wiosce. Był już najwyższy czas, by zjeść smażoną rybkę.

*

Karolina