Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2006

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 740 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sienkiewicz. Żywot pisarza - Józef Szczublewski

Natura stworzyła go w chwili bardzo dobrego humoru. Piękny jest, wymowny, genialny, a w oczach ma jakiś ogień posępny, świadczący o cierpieniach, które zapewne miarą swą dosięgają miary człowieka, w którym mieszkają – w 1880 roku pisała o Sienkiewiczu Eliza Orzeszkowa.

Książka wybitnego monografisty to tworzona szczególną metodą, w formie łączącej cechy biografii, zbioru anegdot i kronikarskich zapisków, opowieść o jednym z najbardziej ukochanych przez czytelników i najbardziej znanych na świecie polskich pisarzy. Z zebranych w układzie chronologicznym dokumentów, listów, fragmentów pamiętników, relacji współczesnych wyłania się sylwetka niedoszłego lekarza, który wybrał karierę dziennikarską, by w końcu oddać się w służbę literaturze, patrioty, podróżnika i dandysa, przyjaciela wielu wybitnych postaci swego czasu, a przede wszystkim – autora powieści, które w 1905 roku przyniosły mu literacką Nagrodę Nobla. Hołubiony przez naród „krzepiciel serc”, bożyszcze kobiet, przez jednych uznany za geniusza, przez innych nazywany złośliwie „pierwszorzędnym autorem drugorzędnym”, okazuje się człowiekiem wielowymiarowym, często rozdartym wewnętrznie, pełnym namiętności.

Józef Szczublewski w sposób wnikliwy i błyskotliwy ukazuje na nowo postać pisarza, który mimo osobistych dramatów nie ustawał w pracy twórczej, przekonany o szczególnej misji literatury, i którego dzieła, choć od jego śmierci mija dziewięćdziesiąt lat, wciąż kształtują wyobraźnię kolejnych pokoleń Polaków.

Opinie o ebooku Sienkiewicz. Żywot pisarza - Józef Szczublewski

Cytaty z ebooka Sienkiewicz. Żywot pisarza - Józef Szczublewski

Stefania z domu Cieciszowska – wywodzi się z ziemi podlaskiej, z rodu herbowego i zamożnego o rozległych w Polsce koligacjach; jednym z jej antenatów był w XVII wieku kapelan króla Jana Kazimierza, innym – możny biskup; wśród krewnych był pamiętny dziejopisarz Lelewel, hrabia i literat Kiciński, a wśród współczesnych Stefanii
Stefania poślubiła Józefa Sienkiewicza, przystojnego i niebogatego potomka spolszczonego rodu tatarsko-białoruskiego, chyba dopiero od lat osiemdziesięciu uszlachconego za zasługi żołnierskie. Stefania urodzi sześcioro dzieci, ułoży trochę wierszy, w warszawskim tygodniku ogłosi dwie swoje powiastki.
Ojciec Henryka przez długie życie będzie jednym z tysięcy szlachciców „wysadzonych z siodła”; niezaradny w administrowanych lub za posag żony nabywanych mająteczkach, bezradny w Warszawie, dokąd przeniesie się z rodziną, wróci na wieś jako dzierżawca, po śmierci żony osiądzie przy zamężnej córce w Lublinie.
dzieckiem będąc, „prawie uczył się czytać” na pisarzach polskich XVI i XVII wieku, gdy dorwał się na strychu do kufra z książkami. Samotność, strych, stare sztychy, tajemnicze słowa sylabizowane ze starych książek zauroczą go mocniej niż późniejsze pochłanianie przygód Robinsona

Fragment ebooka Sienkiewicz. Żywot pisarza - Józef Szczublewski

JÓZEFSZCZUBLEWSKI

Sienkiewicz

Żywot pisarza

dotychczas w serii:

RobertHarvey

Libertadores. Bohaterowie Ameryki Łacińskiej

HenryGidelPicasso. Biografia

JuliaFrey

Toulouse-Lautrec. Biografia

PeterGreenAleksander Wielki. Biografia

JackieWullschlAgerAndersen. Zycie baśniopisarza

FrancisWheenKarol Marks. Biografia

VictorBockrisAndy Warhol. Zycie i śmierć

MyraFriedmanJanis Joplin. Zywcem pogrzebana

w przygotowaniu:

NorbertEliasMozart. Portret geniusza

PatriciaBosworthDiane Arbus. Biografia

Patronat medialny:

Copyright © by Wydawnictwo WA.B., 2006 Wydanie II Warszawa 2006

Profesorowi Julianowi Krzyżanowskiemu

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

1846-1868

Matka -

Stefania z domu Cieciszowska – wywodzi się z ziemi podlaskiej, z rodu herbowego i zamożnego o rozległych w Polsce koligacjach; jednym z jej antenatów był w XVII wieku kapelan króla Jana Kazimierza, innym – możny biskup; wśród krewnych był pamiętny dziejopisarz Lelewel, hrabia i literat Kiciński, a wśród współczesnych Stefanii upozowała się na wieszczkę narodową panna Łuszczewska pod pseudonimem Deotymy. W czerwcu 1843, lat dwadzieścia pięć mając, we wsi Okrzeja na Podlasiu Stefania poślubiła Józefa Sienkiewicza, przystojnego i niebogatego potomka spolszczonego rodu tatarsko-białoruskiego, chyba dopiero od lat osiemdziesięciu uszlachconego za zasługi żołnierskie. Stefania urodzi sześcioro dzieci, ułoży trochę wierszy, w warszawskim tygodniku ogłosi dwie swoje powiastki.

Ojciec -

Józef Sienkiewicz, herbu Oszyk-Łabędź, tytułowany dziedzicem wsi Grotki – urodził się w roku 1813, syn Józefa Sienkiewicza, oficera napoleońskiego, później nadleśniczego w Puszczy Kozienickiej, właściciela wsi Grotki pod Kozienicami; tego oficera rodzicem był Michał, wojskowy polski z rodu tatarsko-białoruskiego osadzonego na Litwie może w końcu XVI wieku i „sługującego wojskowo”; Michał, Tatar, piętnastoletni przyjął chrzest katolicki, przeniósł się na ziemię radomską, tam w 1770 roku doczekał nobilitacji (lub nowego jej potwierdzenia), zmarł w 1795, w roku trzeciego rozbioru Polski. Ojciec Henryka przez długie życie będzie jednym z tysięcy szlachciców „wysadzonych z siodła”; niezaradny w administrowanych lub za posag żony nabywanych mająteczkach, bezradny w Warszawie, dokąd przeniesie się z rodziną, wróci na wieś jako dzierżawca, po śmierci żony osiądzie przy zamężnej córce w Lublinie.

Dom w Woli Okrzejskiej, miejsce urodzin pisarza.

Henryk -

urodził się 5 maja 1846 we wsi Wola Okrzejska na Podlasiu, ponad sto kilometrów na południowy wschód od Warszawy, w dworku wuja Adama Cieciszowskiego, dziedzica tej wsi; chrzest katolicki otrzymał w kościele w sąsiedniej wsi, gdzie rodzice brali ślub; Henryk jest drugim synem po dwa lata starszym pierworodnym Kazimierzu. Urodzony w Polsce podbitej, w państwie rozerwanym przed pół wiekiem na Polskę pruską, Polskę austriacką i Polskę rosyjską, zarejestrowany został jako poddany rosyjski narodowości polskiej i takim przetrwa do zgonu. Dzieciństwo przeżyje w krainie obłudnie mianowanej Królestwem Polskim, w jego wschodniej guberni graniczącej z „właściwymi ziemiami” Cesarstwa Rosyjskiego, w powiecie lichych piasków i lasków.

Rodzice i wujowie

każą mu wierzyć – kiedy jeszcze nie umie czytać – iż Polska była kiedyś potężnym krajem, co sięgał daleko od ich domu na zachód i na wschód, za jakąś wielką rzekę zwaną Dnieprem i ku Morzu Czarnemu. Matka wbija mu w pamięć wiersze barwniejsze niż pacierz wieczorny,Śpiewy historyczneo rycerskiej przeszłości ojczyzny, on musi je deklamować przed gośćmi.

Dzieciństwo

spędza nieprzerwanie na wsi, do lat dwunastu. W kilku wsiach, w niebogatych dworkach podrasta Henryk, starszy brat Kazimierz i trzy młodsze siostry (Aniela, Zofia, Helena; siostra Maria zmarła wcześnie). Dopiero pięćdziesięcioczteroletni wyzna, jak dzieckiem będąc, „prawie uczył się czytać” na pisarzach polskich XVI i XVII wieku, gdy dorwał się na strychu do kufra z książkami. Samotność, strych, stare sztychy, tajemnicze słowa sylabizowane ze starych książek zauroczą go mocniej niż późniejsze pochłanianie przygód Robinsona Crusoe czy awantur wojennych Napoleona. Może nie wiodło mu się w zabawach chłopięcych, gdzie hersztem był starszy brat, dość że przedwcześnie polubił dźwięk staropolszczyzny i wcześnie – wzorem matki, domowej literatki – coś tam zaczął pisywać. Mniejsza o inne domniemania, skoro sam w późnych latach streści siebie: „Największy wpływ wywarło na mnie to, że całe dzieciństwo spędziłem na wsi”. (5 grudnia 1900) Streści siebie, lecz nie opisze krajobrazu i scenek dzieciństwa, zlekceważy zwyczaje ludzi pióra, zwykle późno komponujących własne dzieciństwo i w nim rodowód talentu; dopiero ze szczytu żywota – z nawyku omijając carską cenzurę – poda domyślnym czytelnikom odpowiedź ważniejszą na pytanie, skąd wywodzi się jego wyobraźnia pisarska: z małej wsi w zniewolonym kraju, z dużego kufra z książkami wielkich Polaków pisanymi, gdy Polska była największa.

Ze wsi do miasta

przybywa po raz pierwszy, od razu do Warszawy, we wrześniu 1858; rozpoczyna naukę w gimnazjum realnym w historycznym Pałacu Kazimierzowskim, gdzie ongiś słynęła Szkoła Rycerska, założona przez ostatniego króla Polski. Nagle przerzucony z wioski w środek nerwowego miasta, w gromadę o wiele sprytniejszych uczniów – i samotnie osadzony na stancji przy Rynku Starego Miasta – musi życia uczyć się jakby na nowo, czuje się głupszym od chłopców z klasy, choć starszy jest od nich o dwa i trzy lata. Tęskni za wsią. Dopiero w roku 1916 pojawi się w druku wyznanie: „Chodziłem wówczas do klasy pierwszej i stałem na stancji na Starym Mieście, w pierwszym z brzegu domu za Świętojańską. Przez tę też ulicę wiodła najprostsza droga do gimnazjum, które mieściło się tam, gdzie dziś uniwersytet. Ale wolałem chodzić przez Piwną z powodu sklepów z ptakami. Istniało tych sklepów kilka obok siebie, po lewym boku ulicy. Na zewnątrz wisiały klatki, a w nich czyże, zięby, szczygły, słowiki i gile, niekiedy nawet sowy, sójki i kraski. Byli to dobrzy moi znajomi, których widok przypominał mi wieś”. „Wystawałem nieraz przed tymi klatkami tak długo, że spóźniałem się na lekcje”. (d 40)

U ciotki w Warszawie

trzynastoletni słucha opowiadań Polaka, co odbył długą przymusową służbę w wojsku carskim na Kaukazie. Henryk wyłoży mu własny plan ratowania ojczyzny: niech wszyscy Polacy uciekną do Ameryki, tam stworzą potężną armię, która wróci i wyzwoli Polskę.

Matka z dziećmi

sprowadzi się do Warszawy (może w roku 1859), osiądą w wynajętym mieszkaniu przy godnej ulicy Nowy Świat, przy dawnym trakcie królewskim. Henryk z cichej stancji niechętnie zawinął do rodzinnej przystani ciasnej i pełnej rygoru. Ojciec – jeszcze do 1861 pozostający na wsi – machnie ręką na chudy tytuł dziedzica, spadnie do kasty drobnych kamieniczników na Pradze, na wschodnim za Wisłą przedmieściu Warszawy, czyli w „gorszej” Warszawie: sprzeda posiadłość wiejską, kupi mały dom czynszowy na Pradze; mieszkać tam nie będą, atoli ów „domek na Pradze” zawsze będzie cieszył kpiarzy podrywających wiarę w arystokratyczne powiązania rodowe Henryka.

Po czwartej klasie

gimnazjum realnego przenosi się do pobliskiego gimnazjum w Pałacu Staszica, świadectwa po piątej i szóstej klasie obfitują w stopnie dostateczne, wyróżnią go celująco jedynie w języku polskim oraz w przedmiocie nazwanym „historią powszechną i rosyjską”. Pozyska uznanie jako najsprawniej w klasie po polsku piszący. Przyjaźni się z Konradem Dobrskim, chłopcem z tych samych klas, tyle że młodszym o trzy lata i obrotnym warszawiakiem. Wcześnie musi zacząć dorabianie na życie korepetycjami, w siódmej klasie po siedem rubli miesięcznie.

Lata dojrzewania

zbiegły się z dojrzewaniem Warszawy i kraju do wybuchu Powstania Styczniowego w roku 1863. Był w drugiej klasie, gdy w stolicy zaczęły się pierwsze manifestacje uliczne, jako trzecioklasista patrzył codziennie na harde objawy żałoby narodowej upamiętniające Powstanie Listopadowe sprzed lat trzydziestu, widział ogromny pochód za trumnami zabitych manifestantów; siedemnastoletnim wstrząsnął polski zamach na brata cara przed Teatrem Wielkim w Warszawie. Żyje wśród chłopców wciąganych do drobnych zadań coraz powszechniejszej konspiracji. W styczniu 1863 roku koledzy z jego klasy byli zbyt młodzi, by włączyć się w szeregi ochotników wymykających się z Warszawy ku powstańczym zgrupowaniom na prowincji, zatem Henryk – chociaż już siedemnastoletni – nie porzucił gimnazjum. Powstanie ogarnęło kraj. W pełnej wojsk carskich Warszawie walk zbrojnych nie toczono. Henryk miał lat osiemnaście, gdy w sierpniu 1864 w cytadeli warszawskiej rosyjski pogromca kazał powiesić członków powstańczego Rządu Narodowego, wśród nich ostatniego dyktatora polskiego buntu, Traugutta. Nad wyobraźnią narodową na całą epokę zawiśnie martwy Traugutt. We wrześniu Henryk zaczął nie tylko siódmą klasę: wszedł w nowy czas narodu, w czas klęski i nowej konspiracji.

Brat Kazimierz

walczył w Powstaniu. Po pogromie ucieknie do Francji. Cioteczny brat Henryka, młody Dmochowski, poległ w Powstaniu.

Przez siódmą klasę

brnie w trzecim z kolei gimnazjum, ma blisko do Ogrodu Saskiego, spacerowego forum Warszawy, gdzie można do woli podziwiać najładniejsze dziewczęta. Jakieś pierwsze czy nie pierwsze zakochanie, zawód miłosny, bunty w szkole i w domu, fantazje, desperacje. W najwcześniejszym zeznanych listów jest już rytm i porywczość; w drugiej połowie 1864 błaga kolegę Konrada o pożyczkę kilkurublową: „Opuszczam szkołę, będę chodził do przygotowawczej, a do wszystkiego tego zmuszają mnie nagłe okoliczności”. „Nie będę także mieszkał więcej u rodziców – ciasno!! przeprowadzam się – jeszcze nie wiem gdzie, ale może u Antka będę mieszkał, a tylko stołował się w domu”. „Jedno z dwojga, albo wchodzę do przygotowawczej, potem do Głównej – albo wyjeżdżam za granicę; w każdym razie opuszczam Gimnazjum”. (l listopad 1864) Czyżby do brata we Francji chciał uciec? Poryw minął, Henryk dalej jest uczniem w siódmej.

Henryk Sienkiewicz (pierwszy z lewej) jako siedemnastolatek w gronie kolegów szkolnych.

Zmuszony biedą -

po siódmej klasie przerywa naukę w gimnazjum, od sierpnia 1865 przez rok zarabia na siebie guwernerstwem w domu ziemiańskim pod Płońskiem, sześćdziesiąt kilometrów od Warszawy, uczy ziemiańskiego chłopca, sam uczy się, by zdać za rok eksternistyczną maturę i po niej dostać się na studia wyższe w warszawskiej Szkole Głównej. Wolne godziny w nudnym wiejskim dworze wypełnia pisaniem noweli, nazywa ją powieścią, już piątą, jaką zaczął. O tej robocie, tudzież ciekawostkach miejscowych donosi w rozlewnych listach Konradowi w Warszawie:

„Piszę zaciekle powieść,

ale śmiać mi się chce z tych głupstw, które tam się w niej mieszczą. Wystaw sobie, piszę jaki kawałek tkliwy, czuły a ognisty, wyrzekający na losy i ustawy świata; pióro skrzypi, ja mam minę niezmiernie przejętą własną wielkością i słowo daję, zdaje mi się, że nie wiem, jakie arcydzieła tworzę – ósmy cud świata! Piszę zwykle wieczorem; na drugi dzień z rana wstaję i pierwszą moją myślą jest przeczytać słowa, które mnie mają postawić w liczbie pierwszorzędnych talentów autorskich – czytam więc i po przeczytaniu nieraz śmiechem parskam i sam sobie się dziwię, jak coś podobnie głupiego mogło wyjść z mojej głowy. Doświadczysz tego, ręczę, jeżeli kiedyś weźmiesz się do pisania. Zresztą takie są tam trudności, że człowiek mało nie zwariuje. Nie wiem, co moi bohaterowie i moje bohaterki mają do siebie mówić, jak trzymać ręce, głowy, nogi i «inne organiczne członki». Nie wiem, jak przejść z dialogu do opisu, z opisu do rozumowania, słowem, jestem czasami jak tabaka w rogu". (l 24 września 1865) Tytuł powieści:Ofiara.Pisał trzy miesiące, skończył ją i rozczarowany zniszczył.

Co go czeka?

„Z domu nie będę miał ani grosza złamanego – bo niewiele jest! A co jest, to wezmą siostry – ja bym sam nie chciał, bo ja sobie prędzej dam rady”.

– Jeszcze w Szkole Głównej „muszę własną pracą zdobyć” taki stały dochód, by zaraz po dyplomie móc założyć własną rodzinę. (l bd)

W marcu 1866

wpadł w popłoch. Wkrótce ukończy dwadzieścia lat, ciągle jest niczym, koledzy rówieśnicy skończą wkrótce drugi rok studiów, zaś przed nim dopiero niepewny los matury i egzaminu wstępnego do Szkoły Głównej. Histeryzuje 3 marca w liście do Konrada: „Do lat 20 próżnowałem, więc została czczość – miłość mnie trochę zawiodła (jak to wiesz), wiarę straciłem. – Oto moje nieszczęścia wymienione lapidarnym stylem”. „Pozwól, że rzucę nawiasem pytanie, co by się stało, gdybym mimo całej usilności obecnej nie zdał egzaminu: – To bardzo być może – o wypadek nietrudno

– a w takim razie?… Wojsko albo kula w łeb, i basta! Trochę to ostatnie za ryzykowne, jest jeszcze wiele innych środków, a mianowicie być ekonomem, pisarzem, guwernerem, wreszcie kamerdynerem, lokajem, świniopasem itp., ale to wszystko nie przypada zupełnie do mego gustu, tak że między wyborem pierwszym a ostatnim ani chwili bym się nie wahał".

W kwietniu 1866,

wyjechawszy na święta do Warszawy, znowu się zakochał. Dla tej ledwie poznanej Zosi rozchwiany eksternista zrywa się do przykładnych przygotowań przedmaturalnych. „Nie mogę pisać długo, bo mam nawał roboty, do której zabrałem się prawie z radością – i nic dziwnego – za lat cztery mam skończyć Szkołę, a jak nie, to Zosia przepadnie”. (l 19 kwietnia)

Matura

w październiku 1866. Trzy oceny bardzo dobre: język polski, historia Rosji i Polski, geografia powszechna; reszta – trzynaście dostatecznych, w tym język rosyjski, łaciński, grecki; i nawet z religii dostatecznie.

Szkoła Główna

w Warszawie zastępuje od niedawna Uniwersytet Warszawski, zamknięty przez władze carskie w roku 1831 w odwecie za Powstanie Listopadowe. Egzamin wstępny zdał 25 października 1866. Zapisał się na wydział prawny – ku rozpaczy matki. Przeszedł na wydział lekarski, wytrwa tam trzy miesiące. W lutym po cichu przeniósł się na wydział filologiczny – ku rozpaczy matki. Matka, zgniewana, bo nawet nie raczył jej o tym powiadomić, pisze 3 lutego 1867 ze wsi do Konrada Dobrskiego, studenta wydziału lekarskiego i nadal najbliższego przyjaciela syna: „Zmartwiłam się bardzo, że porzucił zawód lekarski, i tę zmianę przypisuję więcej niestałości i lekkości charakteru aniżeli wrodzonym zdolnościom i popędom, które pan tak pięknie tłumaczy. Te porywy fantazji i bujności wyobraźni, którym, jak pan twierdzi, nie mógłby się oddawać studiując medycynę, nie dadzą mu niestety pewnego, niezawisłego chleba, na który pracować przeznaczony – z postępem lat i doświadczeniem przejdą same z siebie, wynikiem ich będzie kilkanaście arkuszy zabazgranych uczonymi rozprawami, których nikt czytać nie zechce, a stanowisko jego w świecie pozostanie zawsze na stopniu tak niskim, że mu ani sławy, ani szczęścia dobrego bytu nie zapewni”. „W dzisiejszym położeniu kraju, gdzie wszystko zależy tylko od chwili fantazji, gdzie nikt pewnym jutra być nie może, jeden tylko zawód lekarski jest niezawisłym od nikogo, zatem zapewniający byt dobry, własną pracą pozyskany, którego ani ogień nie spali, ani woda nie zaleje, ani złodziej nie ukradnie”.

Los zdarzył,

że w tym samym październiku 1866 studia w Szkole Głównej rozpoczynają trzej w przyszłości rywale na wierzchołku polskiej prozy: Sienkiewicz, Prus, Świętochowski.

Ułożył wierszem

Sielankę młodości; wierzący w jego talent Konrad posłał to do redakcji warszawskiego „Tygodnika Ilustrowanego”, nie wydrukowano, przeto w październiku 1867 roku student Henryk postanawia nigdy więcej nie składać rymów. Szkoda czasu, trud beznadziejny, po wieszczu Słowackim wierszowanie straciło sens, trzeba skupić się na prozie i dopracować się w niej kiedyś zdań tak giętkich i nieomylnych, jak Słowacki w poezji.

Rok 1868.

Studiuje, bieduje, często bywa głodny, póki nie zostanie guwernerem młodych książąt Woronieckich w Warszawie. Z Woronieckimi bawi kilka tygodni na wakacjach w górskiej Szczawnicy, tam zetknął się z najświetniejszym poetą tego pokolenia, Asnykiem, przedpowstaniowym konspiratorem warszawskim.

Debiut w druku

– przypadkowy: w warszawskim „Przeglądzie Tygodniowym” 18 kwietnia niepodpisana recenzja teatralna ze sztuki SardouNasi najserdeczniejsi,wykonana w zastępstwie za stałego krytyka; po marnym jednym groszu od wiersza, atoli w końcu pierwszy zarobek autorski; tak zresztą płaci pomysłowy redaktor naczelny zawadiackim piórom studentów ze Szkoły Głównej, a oni mu wkrótce za tanią wierszówkę wzniosą jego tygodnik jak proporzec ruchu umysłowego, zwanego pozytywizmem warszawskim.

Przypadkowa recenzja

ma wartość jedynego zastępstwa za brak listów Henryka od czerwca 1866 do września 1869 i wydobywa go na chwilę z trzyletniej o nim niewiedzy. Student dwudziestotrzyletni ma coś własnego do powiedzenia o starciu dwóch pokoleń aktorskich rozgrywającym się właśnie w gmachu Teatru Wielkiego w Warszawie, na głównej scenie narodowej. Ten majestatyczny gmach opery, baletu, dramatu i komedii, otwarty w 1833, spadkobierca poprzednich scen narodowych, w samym środku miasta panujący jedyną w swoim rodzaju fasadą nad placem Teatralnym, sam sobą gra główną rolę w wyobraźni warszawiaków namiętnie zapatrzonych w to, co w ich stolicy wytrzymuje porównanie z bogatszymi i wolnymi stolicami w Europie, i to w ich stolicy zimno spychanej do rzędu miasta gubernialnego. Ten gmach nie może nie budzić polskich emocji studentów. Przed rokiem władzę nad nim objął po raz pierwszy Rosjanin, niedawny oberpolicmajster warszawski, Muchanow, co zrozumiano jako początek rusyfikacji teatru. Jednak Muchanow zaczął urzędowanie od gestów przyjaznych dla polskości sceny, od pomysłu skupienia na niej najlepszych aktorów z trzech zaborów i podniesienia jej z popowstaniowego marazmu do rangi europejskiej, godnej także ambicji żony Muchanowa, pani Kalergis, jednej ze światłych dam kulturalnej Europy, propagatorki Wagnera i protektorki biedującego Moniuszki, twórcy polskiej opery narodowej. Muchanow zaczął naprawę w teatrze od postawienia Modrzejewskiej, fenomenalnej artystki z Krakowa, na czele zespołu dramatycznego, podwyższeniem honorariów za nowe sztuki zachęcił autorów polskich, zaś ostatnio sprowadził na serię gościnnych występów znów aktora z Krakowa, młodego a wszechstronnego Rapackiego, licząc na pozyskanie go na stałe od nowego sezonu. Właśnie jego pierwszy występ upamiętnił dytyrambem student Henryk w pierwszym swym druku: „Raz w imię młodości, drugi w imię sztuki, trzeci w imię jej przyszłych ideałów – z radością witamy p. Rapackiego na naszej scenie”. Witał go w imieniu młodych, w imieniu tych swoich kolegów, co zamierzają pisać sztuki, by z czasem wyprowadzić warszawską scenę z długoletniej niewoli francuskiego repertuaru. Rapacki w prapremierach w Krakowie zasłużył się polskim autorom. Sam Henryk, często bywając na widowni warszawskiego sanktuarium teatralnego, też nieraz podnieca się wiarą, że nie tylko powieść, może i dramat potrafiłby ułożyć.

PowieśćNa marne

wysiadywana jest w Poświętnem, majątku wiejskim książąt Woronieckich pod Sochaczewem, i w ich pałacyku w Warszawie. Ze wsi wysyła przyjaciołom warszawskim części rękopisu, 26 września odpowiada na ich epistołę z uwagami o tworzonych figurach z powieści, wśród nich o postaci studenta Szwarca. „Piszę powieść także co dzień, ale powoli idzie, bo masami skreślam”. „Chcę ten charakter zrobić ujemnym, na tym nawet oparłem osnowę powieści, nie myślę także robić z niego szlachcica; w Kijowie posłałem go na wydział medycyny. W tej chwili właśnie siedzi nad anatomią i w przyszłości będzie doskonałym d o k t o r e m”. „Koniec mam gotowy. W opisie studenckiego życia rozwinąłem pewien przepych razem prawdy i fantazji. Wprowadziłem kilkanaście nowych figur”. „Drżę do tego, żeby się z Wami tym wszystkim podzielić! Za świetną i zupełnie oryginalną postać uważam jedną z kobiet wprowadzonych; nazywa się ona wdowa. Zarysowałem ją z gruba w fazie czarnej melancholii, podobnej prawie do obłąkania, a przynajmniej apatii”. „Niestety, miewam pomimo tego wszystkiego chwile takiego zwątpienia, że cała praca wydaje mi się najnędzniejszą ramotą, niewartą nawet ognia, ale już ją ciągnę mimo tego, rozmyślając jednak, czym by poważniejszym zająć się na przyszłość, a po powrocie do Warszawy… ”

„Teraz właśnie

uciszyłem ruch, gwar i wrzawę, jaka panowała w poprzednim rozdziale; ten, który teraz piszę, mógłby się nazywać historią rozumu, gdybym miał zamiar nazywać swoje rozdziały. Dotykam w nich wielu kwestii – mianowicie nauki, latam myślą na wszystkie strony koło przedmiotu, zalatuję, oddalam się, dotykam go niby jaskółka wody i znów lecę dalej. Rozdział ten, może lepszy od innych, podoba się Wam, ale mniej w nim interesu. Już to nie opłaca się w powieści traktować przedmiot poważny; nie powiadam, że nie warto, tylko że się nie opłaci".

Ważne wyznanie

w tym liście o obmyślaniu figur i ruchu, wyznanie, jakie nieraz w życiu jeszcze powtórzy, wszakże nigdy tak jasno i zwięźle: „Tak mam wszystko gotowe, że pisząc nie komponuję, ale spisuję tylko to, co mi w głowie poprzednio dojrzało”.

1870

Rok bez dokumentów.

Po likwidacji Szkoły Głównej trafił na Cesarski Uniwersytet Warszawski, zarabia na życie korepetycjami, mozoli się nad tą powieścią z życia studentów polskich w Kijowie. W lipcu warszawski „Tygodnik Ilustrowany” wydrukował mu studium o staropolskim literacie Miaskowskim; rok wcześniej student Sienkiewicz umieścił tamże rozprawę o staropolskim poecie Sępie-Szarzyńskim.

1871

Nareszcie w lutym

skończy powieśćNa marne.Ofiarny kolega Konrad chce sam wyłożyć gotówkę na wydanie książkowe. Henryk rozważa: „Z obawy krytyki wolałbym może pseudonim, zwłaszcza że i moje nazwisko znaczy tyle co pseudonim, ale nie upieram się przy tym…” W marcu poprawia, przerabia, zakończenie zmienia zupełnie, w kwietniu Konrad dostarcza rękopis największemu od lat i najpłodniejszemu polskiemu powieściopisarzowi, przebywającemu po Powstaniu na emigracji w Dreźnie, Kraszewskiemu, który ma tam własną drukarnię. Henryk wymyślił sobie pseudonim: Litwos.

Rówieśnik Henryka,

też „chudy literat”, Walery Przyborowski, zapamięta go z tego czasu i opisze w swoich wspominkach wydanych w roku 1897 w rozprawceStara i młoda prasa (1868-1872).„Był to wtedy bardzo sympatyczny i bardzo przystojny młody człowiek, o dystyngowanej fizjognomii, dużych, ciemnych, rozmarzonych i głębokich oczach, o wesołym i nieco sarkastycznym usposobieniu. W rozmowie był dowcipny, a dowcip jego miał charakter szlachetny, choć zjadliwy”. Dziewczęta zwały go Cyganem, potrafił je czarować, miał głos sugestywny, udatnie deklamował i w ogóle byłby bardziej z życia zadowolony, gdyby był choć o pół głowy wyższy.

Druga powieść

„chodzi mi już po głowie” – „zupełnie inna, do której parę sytuacji mam napisanych. Od początku do końca z rzeczywistości – powieść tendencji – satyra, jeżeli chcesz porównać – coś, coś jakMartwe duszeGogola – tytuł byłby:Wędrówki po naszych drogach".(l 8 marca) Skończy i to; w druku osobnym oweHumoreski z teki Worszyłłyzobaczy w roku następnym.

Na sto koni

wsadził Kraszewski radość debiutanta, wyrokując 29 maja z Drezna w liście do Dobrskiego: „PowieśćNa marnepisana jest wybornie. Czytałem ją z wielkim zajęciem i jednym, szczerym słowem mogę powiedzieć to tylko, że rzadko pierwsza praca tak jest dojrzałą. Winien to autor i talentowi, i tej wielkiej trafności, z jaką obrał sobie przedmiot – z własnego lub widzianego i znanego życia, a mógł malować z natury". Następne zdanie zrzuci debiutanta na ziemię: „Z przyjemnością bym ją drukował, ale, niestety! drukarnia sprzedana!”

W czerwcu

kończy Wydział Filologiczny Cesarskiego Uniwersytetu w Warszawie. Kończył, nie dokończył. Do dyplomu zabrakło mu tylko końcowego egzaminu z języka greckiego. Zawziął się i bez dyplomu porzuca uczelnię. Cztery lata na marne? Nie, uznał, że do pisania powieści nie jest konieczny patent uniwersytecki.

Stracił brata.

Kazimierz Sienkiewicz w wojnie prusko-francuskiej padł w boju pod Orleanem.

Ostry portrecik

studenta Henryka skreśli w trzynaście lat później Świętochowski, kolega z fakultetu, wspaniały polemista „młodej prasy” warszawskiej. „Śród bogatego roju młodzieży dojrzewającej w ulu Szkoły Głównej wcześnie wyróżniały się rozmaite gatunki pszczół: widziałeś leniwe trutnie, widziałeś pracownice, widziałeś matki, które kiedyś królować miały. Rozwój umysłowy biegł szybko – zdolności też zarysowały się wyraźnie”. „Był wszakże w szczupłym gronie wydziału historyczno-filologicznego student, który niczym nie zapowiadał wysokiego talentu i żył zupełnie poza tym wyborowym kołem. Pamiętam tylko, że idąc raz z nim przez ulicę, zdumiałem się nad jego biegłością w rozpoznawaniu herbów na arystokratycznych gmachach i karetach oraz nad znacznym zasobem wiedzy z historii rodzin szlacheckich. Była to wszakże jedyna niezwykła w nim cecha. Wątły, chorowity, w audytorium rzadko widzialny, w życiu studenckim nie przyjmujący żadnego udziału, przed egzaminami mocno zakłopotany i na uboczu trzymający się, zwracał na siebie tak słabą uwagę kolegów, że gdy po skończeniu uniwersytetu Kotarbiński upewniał nas kilku, iż Sienkiewicz napisał piękną powieśćNa marne,rozśmieliśmy się serdecznie i zapisali tę wiadomość na rachunek złudzeń powiatowej sympatii jednego Podlasiaka do drugiego". (pd 5 lipca 1884)

1872

PowieśćNa marne,

drukowana w warszawskim dwutygodniku „Wieniec” od 7 maja do lipca, jest w końcu debiutem pisarskim. Autor wystąpił pod pseudonimem: Litwos. Raczej duża nowela niż powieść. Ani dobra, ani zła, pełna migotliwego ruchu.

Henryk Sienkiewicz

figuruje z pełnym imieniem i nazwiskiem jako autor na osobnym druku wydanym nakładem redakcji „Przeglądu Tygodniowego”:Humoreski z teki Worszyłły.Tomik pierwszy nosi datę cenzury 4 maja. Drugi tomik ukaże się jesienią z datą cenzury 19 października. Dodrukowując jesienią czytelnikom także tomik pierwszy, popełniono na karcie tytułowej błąd w nazwisku autora: Henryk Stankiewicz.

1873

Jako felietonista

zaczął istnieć 24 marca, w odcinku warszawskiego dziennika „Gazeta Polska” wydrukowano pierwszy z czternastu do końca roku felietonów Litwosa o wspólnym tytule:Bez tytułu.Postrada to zajęcie w grudniu. Szorstki redaktor naczelny, Sikorski, wyrzucał mu z tych kronik warszawskich kolory i polot, wołał ciągle o fakty, opisy zdarzeń. Trudno było felietoniście wynaleźć i dobrać je w mieście skazanym na milczenie, a jeszcze trudniej wyrazić je w dzienniku prowadzonym na smyczy cenzury nie tylko rosyjskiej, bo i kościelnej, i towarzyskiej, i przy tym pisać tak, by dziennik zdobywał coraz więcej prenumeratorów ziemiańskich na wsi.

W czwartym felietonie

musiał kolegów po piórze zaskoczyć krótki popis Henryka w streszczeniu tego, co mistrz Brandt przedstawił w obrazieOdsiecz Wiednia.Takiej brawury w opisie bitwy nie pamiętali z prozy polskiej i nie spodziewali się u debiutanta zNa marne.Pięć zdań wyrywających się z codzienności felietonu: „[malarz] wybrał tę chwilę, w której król, dostrzegłszy wahanie się Turków, dla ostatecznego ich złamania puścił w zamęt bojowy decydujące zawsze hufce strasznej husarii. Rozbite, jakby uderzeniem piorunu, na dwie połowy szeregi tureckie rozwarły się w szeroką ulicę, przez którą, niby huragan, biegną skrzydlate pułki z całą grozą i przerażającym majestatem, niszcząc, łamiąc i tratując wszystko po drodze. Ludzie, wielbłądy, konie albo padają pod uderzeniami wyciągniętych lasem kopii, albo w niepojętnym bezładzie na próżno szukają w ucieczce ratunku. Przewracające się namioty, furia zwycięzców, trwoga malująca się w rysach i ruchach pobitych, zamęt, dym, blaski wystrzałów – słowem, wszystko, co stanowi charakterystykę bitwy, uchwycone i oddane z niezrównanym mistrzostwem. Zda się, że słychać jęki, rżenie i tętent koni, huk strzelby, wrzaski bojowe”. (d 47)

Wysłany do Wiednia

na Wystawę Powszechną dorobku narodów świata, gniewnie wykpi w pawilonie Austrii pokaz z zaboru austriackiego: „Najlichszą, z najmniejszym staraniem i najgorsze wyobrażenie dającą o kraju, z którego pochodzi, jest chata galicyjskiego chłopka, umieszczona na placu wystawy. Zdaje się, że komisja wystawowa galicyjska chciała pochwalić się przed światem nędzą swego kraju. Wprawdzie większość naszych chałup jest do tej podobną; ależ jeżeli się na wystawie wszechświata coś chce pokazać, to się wybiera z najlepszego najlepsze. Jest to może jedyna fanfaronada, której nikt za złe brać nie może tam, gdzie świat cały do walki występuje, gdzie każden naród chce się przed innymi pochwalić cywilizacją i postępem w każdym zawodzie. Galicja wystawia chałupkę małą, niską, naturalnie, że słomą pokrytą, w której oprócz tapczanu z lichą pościelą, stołu, ławy i kilku jeszcze stołków nic prawie nie ma”. „Żeby choć byli napisali nade drzwiami, że to zabytek z XII lub XIII wieku! ale narażać na śmiech i drwiny kraj cały, to się już nie godzi”. (gp 7 lipca)

Matka zmarła

1 września we wsi Wola Gułowska, gdzie osiadła z mężem po niedolach pobytu w Warszawie. Syn Henryk nie mógł przyjechać na pogrzeb. Ojciec opuści Wolę Gułowską, gdzie był dzierżawcą, przeniesie się do Woli Okrzejskiej, by gospodarzyć tam u szwagra Cieciszowskiego. Henryk i trzy jego siostry przejdą teraz pod energiczne kierownictwo dwu warszawskich ciotek, jedna z nich jest ksienią u kanoniczek, czyli przełożoną cywilnego klasztorku dla dobrze urodzonych panien. Zakład Panien Kanoniczek ma siedzibę obok ratusza po północnej stronie placu Teatralnego, naprzeciwko Teatru Wielkiego zalegającego całą południową stronę placu. Gościnny salon u ksieni kanoniczek pozostanie odtąd dla Henryka jedynym niezmiennym miejscem rodzinnym przez trzydzieści lat, tu przetrwa kobiece centrum rodziny, centrum w tej rodzinie przywódcze. W jakiś czas przed śmiercią matki zamieszkał blisko tego miejsca, w domu numer 8 przy ulicy Niecałej, na stancji wspólnej z kolegą ze studiów, prawnikiem Mikulskim, „garbuskiem z anhelliczną twarzą”, niepozornym współtwórcą głośnego programu warszawskich pozytywistów, cichym później inspicjentem patriotycznych akcji w Warszawie. Przez kilka lat pomieszka w tym domu nad sklepem z atramentem i przyborami do pisania, stąd do ciotki Cieci-szowskiej ma czterysta kroków ulicą Wierzbową obok teatru i przez gwarny plac Teatralny, żywe centrum stolicy.

1874

Victor Hugo,

ów cesarz, arcykapłan i pierwszy niepokorny literackiej Europy, znów ekscytuje czytających w Warszawie, jego powieśćRok dziewięćdziesiąty trzecidrukują w odcinkach aż trzy pisma warszawskie. Od początku roku bezrobotny Henryk dla chleba wdał się w przekład zamówiony dla „Przeglądu Tygodniowego”, tłumaczy pospiesznie z Przyborowskim i Zglińskim, a może tylko ulepsza przekład, bo nie zna jeszcze francuskiego aż tak, by zgłębić brawurowy język oryginału. Z odcinka na odcinek powieści rośnie zaciekawienie czytelników jak żadną dotąd powieścią od wielu lat, podnieca się nią wąska „literacka Warszawa” przesiadująca w cukierni, podnieca się i Henryk tą mistrzowską prozą z taką barwą i mocą wskrzeszającą dawne lata.

Wyrzucony z felietonu

z „Gazety Polskiej” zarobkuje trochę w pierwszym półroczu w dwutygodniku „Niwa”, jeszcze jednym ambitnym piśmie, gdzie redaktorzy nie liczą się z tym, że Warszawa jest prawie w połowie miastem analfabetów, że pism w niej już za dużo, że w zbiedniałym i zacofanym Królestwie Polskim nie może rozszerzać się czytelnictwo postępowej prasy. „Niwa” chce być trybuną naukowego postępu, kierownictwo redakcji nie potrafi przyciągnąć czytelników, pismo jest w agonii, energiczna trójka kolegów ze Szkoły Głównej rozbija więc redakcję i za pięć tysięcy rubli wykupuje pismo pod swoją komendę. Pod starym tytułem w nowym piśmie literacka bojówka powtórzy kilka razy, że „z dniem 23 czerwca «Niwa» przeszła na własność i pod redakcję Godlewskiego Mścisława, magistra prawa i administracji, Sienkiewicza Henryka, kandydata nauk filologiczno-historycznych i Ochorowicza Juliana, doktora filozofii i kandydata nauk przyrodniczych”. Henryk desperacko się zadłuży na straszną dla niego sumę: półtora tysiąca rubli. Uwierzył, iż wreszcie ta „Niwa” zapewni mu stały dochód. Uwierzył, bo się zakochał.

Siedem kobiet

sprawiło, że zakochał się w Marii Kellerównie: dwie warszawskie jego ciotki, jedna ciotka Marii, trzy jego siostry i sama Maria, przyjaźniąca się z siostrami Henryka. Stało się to w marcu w saloniku u panien kanoniczek, u ciotki, gdzie go z pełnym rytuałem przedstawiono dziewiętnastoletniej czarnowłosej córce wysokiego urzędnika pocztowego. Nazajutrz siostry doniosą Marii, iż zrobiła na nim takie wrażenie, że on widzi w niej przyszłą swą żonę. W czerwcu kanoniczka Biedrzycka, siostra matki Marii, pożyczy mu półtora tysiąca rubli na procent, by mógł zająć stanowisko jednego z trzech właścicieli „Niwy” i zdobyć prawo awansu do rangi narzeczonego Marii. Na zaręczyny 29 lipca przybył ze wsi ojciec Henryka z wujem Cie-ciszowskim, narzeczonej na palec włożyli pierścionek ślubny matki Henryka, zaś Henryk dostał pierścień ze szmaragdem oplecionym w bratek brylancikami. Zgubi go we wrześniu.

W felietonie w „Niwie”

zachwala beton, nowy sztuczny kamień budowlany, pozostanie pierwszym w Polsce literatem, który uwierzył w mocną przyszłość tej znanej już gdzie indziej nowości. Był 22 czerwca na otwarciu pierwszej warszawskiej fabryki betonu, nadał temu wartość wydarzenia technicznego, zgrabnie opisał sposoby wytwarzania i zastosowania.

Maria Kellerówna.

Drugą recenzję teatralną

ogłosił dopiero w cztery lata po wstępnej, jednak jak ktoś, kto przez ten czas sporo rozmyślał nad układem akcji i figur dramatycznych. W lipcu w „Niwie” omawia komedię KorzeniowskiegoStary mąż,wyborną „w szczegółach i rzeczach pobocznych”, w głównym założeniu chybioną, ze starym mężem i osiemnastoletnią Józią, jego żoną. „Mimo psychologicznie fałszywych jej motywów, mimo moralnie niebezpiecznych środków, jakimi posługuje się stary Janikowski, wszystko tu, wedle woli autora, kończy się dziwnie pięknie i szlachetnie. – Gdyby tę sztukę napisał jaki francuski autor, dopieroż by osolił i opieprzył tak sam przebieg działania, jak i zakończenie! Na francuskim gruncie sztuka ta musiałaby być dramatem. Józia upadłaby niezawodnie i została heroiną a la Dumas-syn, heroiną, za której upadek, wedle tego autora, odpowiada społeczeństwo, prawo, mąż, mer miasta, Kain, małpy z krainy Nod, słowem: wszyscy – tylko nie ona sama”. Znów wypadł z rytmu recenzji, w zakończeniu wyskoczy z pochwałą drugorzędnych, za to rodzimych polskich figur: „Prawdziwe to typy. A takie swojskie, takie piękne, takie szlachetne, że dusza się raduje patrząc na nie, a myśl mimo woli na skrzydłach wspomnień ulatuje tam, gdzie wspomnienia ją prowadzą. Jest coś takiego szczerego, takiego zamaszystego w postaci np. owego szasera, że mimo woli radośnie, a z rozczuleniem chce mu się zawołać na scenę: Znamy cię, stary wyjadaczu! znamy cię z gawęd naszych starców, a czasem w snach cię widujemy, ale i w gawędach, i w snach widujemy cię zawsze takim, nie zaś innym”. (d 46) W zamiarach swoich pisarskich krąży wokół innych figur niż te zNa marnei te mniej mu bliskie zHumoresek.Jeszcze nie wie, czy zbierze je na scenę, czy rozprowadzi w nowelę lub powieść. Recenzję skończy pochwałą języka sztuki.

Język Korzeniowskiego:

„Cóż bo to i za język! co za swojskość a jędrność, a siła i zdrowie! Kto dziś pisze i kto dziś potrafi między młodszym pokoleniem tak pisać po polsku? Dziś zrobiliśmy z języka po trochu miejskiego paniczka w krótkim surduciku, obcisłych majteczkach, o długich paznokciach i szkiełku w oku. Wygadany jest, bo jest, ale szczebiocze z lada powodu jak białogłowa, i szczebiocze cienkim głosikiem, o lada czym i lada co – a papląc miesza wyrazy Bóg wie jakie i Bóg wie skąd rodem. Język Korzeniowskiego to pleczysty wieśniak – obywatel ze zdrowiem, czerstwością i siłą na obliczu – mówi tyle, ile potrzeba – nie więcej ani mniej – ale mówi jędrnie i słowa przepełnione wielmożną treścią ważne są – i czujesz je, kiedy ci w ucho wpadają”.

W listach do narzeczonej

raporty z wyjazdu do Ostendy. Z hotelu nad Renem: „Cudne miasto! W chwili, gdy to piszę, ciemno już i za kwadrans ruszam. Noc już. Ren szumi pod oknami, a z drugiej strony wieże miasta rozpływają się we mgle. Szeregi świateł odbijają się w wodzie. Od czasu do czasu zaszumi statek parowy i dolecą śpiewy lub muzyka. Ale powoli wszystko zapada w ciszę – trochę senną, a bardzo romantyczną. Czuję się swobodny, szczęśliwy i gdybyś Ty jeszcze, moja ukochana Pani, była przy mnie, nie brakłoby mi niczego. Teraz stanęlibyśmy w oknie i poglądali na Ren i na leżącą z drugiej strony Kolonię, na szeregi świateł, wreszcie na ciche, gwiazdami zasypane niebo”. „Z Ostendy natychmiast napiszę i oznaczę adres mieszkania”. (l 18 sierpnia)

„Przespałem Akwizgran

i obudziłem się dopiero na granicy Belgii w Verviers, gdzie rewizja rzeczy. Tu dopiero po raz pierwszy od czasu wyjazdu ze Skierniewic, a raczej z Polski, usłyszałem język francuski. Wydostałem się więc już z Niemiec! Ucieszyło mnie to tak, jakbym się dostał między swoich". „Noc była pochmurna i ciemna; drobny deszczyk mżył od czasu mego wyjazdu z Kolonii i przejmował wilgocią odzież i włosy. W ogóle niewiele mogłem dojrzeć, a miasto i wsie uciekały po obu stronach drogi prawie nie dostrzeżone. Co chwila tylko na ciemnym i chmurnym tle nocy rysowały się buchające dymem i skrami kominy fabryczne, których tu taka mnogość, jak u nas sosen w borach – i wielkie piece hut czy giserni, dzień i noc rozpalone do białości. Piece te, zwłaszcza w nocy, przedstawiają wspaniały widok. Krwawe blaski płomieni, huk młotów, zgrzyt żelaza i łoskot wszelkiego rodzaju machin parowych, sylwetki ludzkie, czerwono oświetlone, kręcące się z jakimś gorączkowym pośpiechem na wszystkie strony – słupy iskier, kłęby dymu, szczególniejszy jakiś zapach węgla i saletry, który przejmuje w tych okolicach całą atmosferę, wszystko to ma w sobie coś chaotycznego, dzikiego, ale i wspaniałego zarazem”. (l 21 sierpnia)

Bruksela.

„Miasto schludne, wesołe, w niektórych nawet miejscach, mianowicie na placu Leopolda, piękne – ale zresztą nie przedstawiające nic szczególnego i bez przedmieść o połowę przynajmniej od Warszawy mniejsze. Najpiękniejszą rzeczą jest park położony w samym środku, a pełen ogromnych drzew nie znanego mi gatunku. Pałac królewski za to niewiele piękniejszy niż u nas dom Kronenberga”. Odjazd pociągiem ku Ostendzie. „Przez drogę przyglądałem się okolicy. Bogato wszędzie, ludno wszędzie, znać, że kwitnie przemysł i handel, znać dostatek. Kraj cały wygląda literalnie jak najstaranniej uprawny ogród. Jak okiem dojrzeć, rozciąga się bujna płaszczyzna, a na niej tysiące wiosek, miast, miasteczek, fabryk i pieców hutniczych. Między szeregami drzew i całymi lasami chmielników żółcieją tu i ówdzie niewielkie łany zboża – po części pszenicy, jęczmienia, owsa. Z tym wszystkim ziemia nie tylko nie żyźniejsza niż u nas, ale nawet mniej żyzna”. „Takiej błogosławionej ziemi jak nasza nie ma prawie nigdzie i gdyby tylko pracy przyłożyć, gdyby skrzętności więcej i wytrwania – zmienilibyśmy nasze pola na bujniejsze jeszcze ogrody”. Narzeczona zachwycona odczyta wiele razy wielostronicowy list z Ostendy i zapisze w swoim dzienniczku: „Jak on ślicznie opisuje cały przejazd przez kraj bogaty, rządzony własnym rządem, a nie ręką wroga. Boże Wielki, kiedyż to Polska nasza wolną będzie, kiedyż wróg nas szarpać przestanie”. Narzeczona przeczyta opis morza w Ostendzie i zapisze: „Morza nie widziałam nigdy i myślałam, że i wyobrazić sobie go nie potrafię, a jednak teraz po słowach pana Henryka odczuwam to jego wrażenie, utrwalam je sobie i razem z nim patrzę w ową nieskończoność”. Narzeczona wyzna w zapisie jeszcze więcej: „Wspomina mi, że podróż swą opisuje jak drugą Odyseę. Ale czy Homer był tak wielbiony jak On – chyba nie”. (bw) Drażni go i żenuje egzaltacją.

W Paryżu

trzynaście dni. „Droga z Ostendy niewiele więcej mnie kosztowała niż do Aleksandrowa ze Skierniewic, jechałem bowiem trzecią klasą. Tu, w Paryżu, wszystko wydaje mi się po Ostendzie tak tanio, że nie mogę wyjść z podzi-wienia. Mieszkania nie płacę wcale, stoję bowiem u Zglińskiego, którego widziała Pani w Skierniewicach, obiad kosztuje mnie franka i dziesięć centimów, słowem, dziennie nie wydaję nigdy trzech franków, licząc w to i omnibusy. Paryż przepychem, ogromem, szaloną wesołością, oryginalnym charakterem i ciekawościami przeszedł wszelkie moje oczekiwania. Widziałem już mnóstwo rzeczy, a mnóstwo jeszcze pozostaje mi obejrzeć. Cały dzień biegam, zwiedzam, oglądam, przypatruję się i staram się każdy szczegół zanotować dobrze w pamięci”. (l 30 września)

Siedem kobiet

i ósmy Henryk nie przemogli jednej trzeźwej głowy ojca Marii. Po prostu obliczył szanse przyszłego męża córki i nowej rodziny: ten literat nie zarobi nawet na długi, jego „Niwa” traci prenumeratorów, wkopie właścicieli w nowe długi; ów goły ojciec Henryka nadrabia miną, lecz nic synowi pomóc nie może. Ojciec Marii zimno obliczył – i w listopadzie zerwał zaręczyny. Miał o tyle rację, że „goły literat” dopiero po dwunastu latach wypłaci się z długu u kanoniczki Biedrzyckiej. To narzeczeństwo rozkwitnie w legendzie, wszakże nie było powodu doszukiwać się innych przyczyn zerwania niż brutalna trzeźwość niedoszłego teścia. Najczęściej wśród winnych zmyślano Modrzejewską, że narzeczony Marii zakochał się w pięknej aktorce, że całe miasto o tym mówiło, więc rodzice narzeczonej zerwali; nie bywał jeszcze wtedy w salonie aktorki. Znajdą się i tacy, co powód zerwania zmyślą w pierścionku, jakoby narzeczony nie zgubił go, a najzwyklej z biedy lekkomyślnie i po cichu sprzedał, co jakoś się wydało, zatem ojciec musiał zerwać. Narzeczeni nawet się nie pożegnali. Nieszczęsna swój pamiętnik wypełni rozpaczą.

1875

Pracowity rok.

Czterdzieści felietonów, kronik życia warszawskiego w „Gazecie Polskiej”, tutaj redaktor naczelny, Edward Leo – od stycznia jego nowy chlebodawca – nie krępuje mu pióra; w „Niwie” kilka omówień sztuk teatralnych; w listopadzie w odcinkach gazety druk noweliStary sługa;przez grudzień napisze dużą nowelę:Hania.Wydobył się z biedy, stać go na godziwe posiłki i lepsze ubranie, jednak długu zmniejszyć nie może. Mieszka dalej przy ulicy Niecałej z pozytywizującym kolegą.

Do salonu Modrzejewskiej

wystarczy Henrykowi przejść z ulicy Niecałej przez Ogród Saski do ulicy Granicznej. Wspaniała aktorka rezyduje w kosztownym, siedmiopokojo-wym mieszkaniu. Sławne „wtorki u pani Heleny” od paru lat doborem zaproszonych gości budzą zazdrość domów starszych w tradycji artystycznych salonów. Pan Henryk – tak go Modrzejewska będzie tytułować od chwili bliższego poznania – spotykał ją w gościnnym domu Leów, najpóźniej od lutego zaczął bywać w jej domu, zatem w okresie gdy najsłynniejsza w kraju artystka miała już Warszawy po uszy i rzadko przyjmowała większą ilość osób, częściej ograniczając wtorkowe wieczory do rozmów z niewielu wybranymi. Od roku żyła szalonym zamiarem grania Szekspira w języku oryginału w Ameryce i Anglii, od siedmiu miesięcy uczyła się angielskiego, z końcem następnego sezonu teatralnego chce pożegnać

Warszawę. Sienkiewicz ciekawi ją jako gorące pióro, wolny kawaler i ktoś na tyle młody, by mógł poddać się jej woli jako członek grupy artystów (lecz bez aktorów!), z którą wyruszy za ocean. Pani Helena tego roku wybierze i przekona do wyprawy jeszcze trzech młodych malarzy: Chmielowskiego, Witkiewicza i Chełmońskiego, też kawalerów nieobciążonych balastem żon i dzieci, z czym byłby kłopot w nieznanych, na pewno trudnych z początku warunkach. W panu Henryku przewiduje swego nadwornego reportera w wysokim stylu i – a nuż się uda – może autora sztuk dla niej; kilkunastu bowiem pisze o niej od dziesięciu lat, a wszystko to albo niemrawe, albo zbyt pochwalne; tylu autorów obiecało stworzyć sztuki dla niej, żaden nie wzniósł się nad przeciętność. Powołała pana Henryka do grona mężczyzn, co bywać u niej będą w grupie, nigdy pojedynczo. Nie chce stwarzać nawet pozorów do nowych plotek i głupich posądzeń piękna kobieta, o której powszechnie plotą, że każdy mężczyzna dłużej z nią rozmawiający – był, jest lub będzie jej kochankiem.

Rok w kręgu Heleny.

Nie bywał w jej domu za często, za to bywał wysoko, na najwyższym piętrze warszawskich rozmów o artyzmie. Miała dar skupiania wokół siebie ludzi wybitnych. Przedtem w Krakowie w jej saloniku młody poeta Asnyk spotykał się z Polem, starym bardem narodowym, „czerwony książę” Sapieha z wielkopolskim filozofem Libeltem, wschodzący świetnie historyk Kubala z odnowicielem teatru Koźmianem i wesołym hrabią Fredrą, synem wielkiego komediopisarza; zachodzili tam do niej malarze, politycy, literaci, niedawni powstańcy, w przyszłości współwładcy Galicji i Uniwersytetu Jagiellońskiego. Teraz – znudzona gromadzeniem wokół siebie zbyt skłóconych i nie najtęższych stołecznych wielkości – z rzadką intuicją, jaka w miarę upływu lat będzie coraz bardziej zdumiewać, dobierze sobie gromadkę początkujących malarzy, przyszłych odnowicieli sztuki polskiej, na razie jeszcze zabiedzonych buntowników. Henryk, znudzony paroletnim w cukierniach gadaniem o pozytywizmie, o małej i wielkiej polityce, odnajdzie siebie w tej grupie fanatyków artyzmu.

Aleksander Gierymski:

przychodzi tu od lutego do kwietnia tego roku. Brat młodo na gruźlicę zmarłego Maksymiliana, powstańca, mistrza polskiego pejzażu i krajobrazów z powstańcami. Twórca głośnejOsteriiwystawionej teraz w Warszawie, dwudziestoczteroletni fanatyk palety. Porwany urokiem pani Heleny – zakochał się w niej i zamierzył kompozycję z jej postacią w środku salonu wypełnionego pięknymi kobietami. Szkicował, rozważał, bał się zacząć, nic nie wykonawszy, wyjechał, chce ukończyć ten obraz za granicą. Z Rzymu we wrześniu w liście do przyjaciela w Warszawie wyzna, iż ta miłość zgasła, a właśnie „ona mi przez długi czas nie pozwoliła nic robić i pomieszała mi zupełnie moje szyki malarskie. Zacząłem czegoś innego żądać od sztuki, takich szalonych finezji, takich myśli, jakich by się nie podjął najpierwszy artysta w świecie, a nie autor ordynarnejOsterii.To za gwałtowny skok z karczmy do najpoetyczniejszego, sto myśli zawierającego obrazu z kobietami najdystyngowańszymi". „Ile takich rozmaitych obrazów przeszło przez moją mózgownicę. Utknęły wszystkie na początku drogi i nie mogło być inaczej”. „Teraz dopiero powróciłem do tego, od czego zacząć powinienem. Tak, ale ile mi żalu, ile goryczy zostało za tym czasem utraconym. Z ustępującą gorączką miłości, ustępowała i sztuki. Artysta zakochany szczerze musi bardzo głupie rzeczy robić, bo robi obrazy tak, jak widzi swoją kochankę”. (ag 16 września) Podobne rozterki przeżyje wkrótce Sienkiewicz, rozmyślający nad kompozycją dramatu z rolą główną dla pani Heleny. Wreszcie – Gierymski w tym liście dziwi się: „Czego ten głupi mąż tak się na mnie srożył? Tak on, jak i drudzy mogli widzieć w całym tym stosunku pierwszą miłość studencką, nie ubraną jeszcze w żadną formę i do formy nie doprowadziłoby mnie to wszystko i za rok; zupełnie było niewinne”. Otóż Karol Chłapowski, mąż Heleny, zwyczajnie skazany był na istnienie wśród adorujących piękną aktorkę i – jak nerwus i raptus – niekiedy tracił spokój, gdy w rozmowach artystycznych ktoś lekceważył jego smak i znawstwo, a klękał jednocześnie przed intelektem żony, jak to zdarzało się Gierymskiemu.

Adam Chmielowski:

jest w wieku Henryka, a przeżył już za dwóch. Dzieciństwo na granicy Królestwa i Galicji, koniec dzieciństwa w Petersburgu, gimnazjum w Warszawie, młodość w Powstaniu, w austriackim więzieniu, znowu w Powstaniu, gdzie rannemu amputowano nogę powyżej kolana. Potem Gandawa, Paryż, pięć lat Monachium i przyjaźni z Maksymilianem Gierymskim (ów zmarł na jego rękach w Reichenhallu) – i powrót do Warszawy. Jak symbol, który go wyraża, idzie za nim niesamowite opowiadanie, jakoby sam w nocy przy tej prymitywnej amputacji musiał trzymać świecę. Fanatycznie odrębny, metafizyk na co dzień, w płótnach swoich zapowiadający impresjonizm, teoretyk granic malowanej fantazji. Pani Helena odwiedzi kiedyś jego pracownię, zobaczy początek swego portretu, nadnaturalnej wielkości swą postać – dla przyszłego muzeum narodowego. Długo będzie próbował wyrazić tę dziwną kombinację damy i śmiałej konkwistadorki w jednym pięknym ciele o wdzięku greckiego posągu, w końcu spali niedokończony portret.

Witkiewicz:

całe sześć lat młodszy od Henryka – zdążył przetrwać Syberię z ojcem zesłanym po Powstaniu, do kraju stamtąd wrócić, studiować malarstwo w Petersburgu, Warszawie, Monachium i założyć pracownię na poddaszu Hotelu Europejskiego w Warszawie; dzieli ją z Chmielowskim i Chełmoń-skim. Zapaleniec adorujący panią Helenę. Zaraża nienawiścią do Warszawy. Co rusz powtarza słowa Maksymiliana Gierymskiego, że Warszawa wyżej ceni rasowe konie niż rasowych artystów.

Chełmoński:

z tej trójki malarzy najbarwniejszy oryginał w mowie, geście, ubiorze, choć w sumie i tak są „najbardziej niezwykłą trójką pod słońcem”, jak wspomni Modrzejewska, trzydzieści lat później pamiętająca jego „dar ujmowania w trzech słowach tego, na co kto inny musiałby użyć długiej oracji”. Biedował z Chmielowskim i Witkiewiczem przez rok w Monachium, uciekł na Ukrainę, jego opisów krajobrazu Ukrainy może Henryk słuchać jak nikogo innego. Chełmoński widział w krajobrazie Mazowsza to, czego Henryk nie dostrzegł; ma dopiero dwadzieścia cztery lata, fantastyczne pomysły i samorodny humor, jest pierwszym z grupy, którego obraz kupiła Modrzejewska, pomysłowa protektorka.

A mąż pani Heleny?

Karol Chłapowski, odszczepieniec z kilkunastego pokolenia ziemiańskiego rodu Chłapowskich, bratanek słynnego generała, ongiś adiutanta Bona-partego, poślubił przed siedmiu laty aktorkę, której wcześniej jej kochanek wymyślił nazwisko teatralne Modrzejewska i obdarzył ją dwojgiem nieślubnych dzieci; młodsze z nich zmarło, syna Karol wykupił za dużą sumę z rąk ojca po ślubie z Heleną. Pan Karol był w Powstaniu adiutantem Langiewicza, za patriotyzm przesiedział dwadzieścia miesięcy w niemieckim więzieniu wraz z ziemianinem Sypniewskim, w Krakowie został naczelnym redaktorem demokratycznej gazety, przeniósłszy się za żoną do Warszawy, długo nie mógł uzyskać żadnej posady, próbował tu zakładać ambitne pismo „Figaro”, nie dostał zezwolenia z Petersburga, zaplątany w koszta dużo stracił, znalazł mniej ambitną posadę, teraz resztki swego rodowego mienia rzuca na jedną kartę własnej farmy w Ameryce. Marzy o życiu w kraju wolnym, ufa amerykańskiej demokracji, wierzy w dolarową i szekspirowską karierę Heleny, i w to, że bez mocnej farmy Helena nie przetrwa trudnego początku nowej kariery. Razem z Sypniewskim chce stworzyć kwitnące gospodarstwo, młodzi artyści mają pomóc w tej pracy, czym zarobią na utrzymanie, zaś wolny czas poświęcą malarstwu i pisaniu. Farma Karola ma być domem sztuki polskiej za oceanem. Sztuki wolnej, niepodległej.

Kończąc felieton,

15 marca Litwos ogłasza: „Dobra nowina. Będziemy mieli na pewno konkurs dramatyczny, i to konkurs nie lada”. „Najdzielniejsze siły staną oczywiście do walki, i walka pójdzie na gorąco”. „Nie licząc kilku zdolniejszych, poziom naszego komediopisarstwa stoi bardzo nisko – krzyczą wprawdzie na krytyków wniebogłosy, że zabijają każdą sztukę oryginalną, ale to przesada. Nie krytycy zabijają, ale sztuka sama rozbija się o deski sceny jak żółw, który chcąc latać, uniesiony w powietrze, spadł i rozbił się o skałę”. „Konkurs nie da wprawdzie talentu tym, którzy go nie mają, ale poruszy do pisania tych, którzy mają, a pisać nie chcą”. (gp)

Na początku kwietnia

otwarto w Warszawie konkurs i powołano skład jurorów, w nim – co niezwykłe – wśród czworga artystów dramatycznych dwie panie: Modrzejewską i Popielównę. Ponaglany przez panią Helenę przyrzeka stanąć do współzawodnictwa. Termin – do końca roku, pierwsza nagroda aż sześćset rubli. – To kusi, po nagrodzie wpadłoby i za druk co najmniej sto rubli, za wystawienia w Krakowie i Lwowie też jakieś guldeny, krótko mówiąc, jedyna okazja większego zarobku, bowiem konkursu na powieść długo w tym kraju nie będzie. I warto by wygrać z szybkim jak tygrys Świętochowskim, on też pewno do konkursu stanie; napisał niedawno dramat dla pani Heleny, posłał na konkurs w Krakowie pod pseudonimem, nagrody nie dostał, jednak zalecono rzecz do grania i oto wkrótce w Krakowie prapremiera dramatuNiewinni,zaś pani Helena wspaniałą grą zapewni Świętochowskiemu sukces w Warszawie.

Osiemnastoletnia

ozdoba sceny lwowskiej, Maria Derynżanka, przyjechała do Warszawy na jeden gościnny występ w piątym akcie tragediiFaust.Sienkiewicz chyba jeszcze nie wie, że Modrzejewska widzi w niej swą następczynię na scenie warszawskiej. W finale felietonu 21 lipca powita ją tak, że artystka rytm i słowa zapamięta do grobu. „Spodziewaliśmy się więc ujrzeć artystkę dobrą, jeżeli nie znakomitą, to przynajmniej wyrobioną. Tymczasem cóż ujrzeliśmy w istocie? Oto młode dziewczę, z potężną skalą głosu dźwięcznego jak srebro – grające z werwą i zapałem przechodzącym niemal w egzaltację, poetyczne w swoich uniesieniach i posiadające wszelkie dane na genialną w przyszłości artystkę. Publiczność nie spodziewała się po prostu tyle, dlatego na twarzach wszystkich czytałeś pewne zdumienie. Cały teatr zdziwił się tym zdziwieniem prawdziwie artystycznym, połączonym z odcieniem zachwytu, a przechodzącym z szybkością błyskawicy w burzę oklasków, która, niby dobra wróżba, długo huczała nad młodocianą głową dziewicy artystki”. (gp) Gdy za trzy miesiące Henryk odwiedzi Lwów, zazdrosne koleżanki powiedzą, że przyjechał do Marysi po wypłatę w naturze.

Reporter „Gazety Polskiej”

pognał w lipcu do płonącego miasteczka w dalekiej okolicy Warszawy. Następny felieton z 27 lipca wypełni opisem tej katastrofy. Przejmujące mistrzostwo pisarskie reportażu zaskoczy nawet panią Helenę, która przeczyta to na wakacjach w Szczawnicy, urządzi tam 4 sierpnia koncert na dochód pogorzelców, wesprze koncert swymi deklamacjami i da jakiemuś zdolnemu amatorowi recytację całego felietonu. Uwierzyła, że Sienkiewicz jest już najświetniejszym polskim piórem tego pokolenia.

Genialny komediant,

aktor Żółkowski, jest od lat tym dla niego, czym dla Warszawy i reszty polskich widzów: promieniem słońca nad smutkiem stolicy. W Teatrze Letnim 20 sierpnia półbóg sceny wrócił w jednoaktowej komediooperze francuskiej do roli pociesznego barona; wszedł w nią dziewięć lat przed rokiem urodzin tego felietonisty „Niwy”, co teraz na widowni skręcał się ze śmiechu: „Całe to przedstawienieZachodu słońcajest jedną łaźnią śmiechu dla warszawiaków, którzy zachwycają się sztuką dla artysty, a artystą dla niego samego". Może Henryk byłby już zabrał się do pisania sztuki na konkurs, gdyby nie zawrotne zamierzenie, że Żółkowskiemu nie może dać w niej słabszej roli niż Modrzejewskiej. Jak ich razem zmieścić w jednej akcji, jak zrównoważyć powagę czarodziejki z żywym bożkiem komizmu? Może jest pewny, że gdyby znalazł parę tygodni wolnych od wysilania się co tydzień w gazecie, ułożyłby sztukę trochę lepszą niż kolega Lubowski, kolega Świętochowski lub nadęty redaktor Zalewski, jakąś panoramkę społeczną z ruchem i morałem takim jak u nich, lecz jeśli zasiąść do dramatu, to trzeba wyżej próbować, gdzieś między wzorem z Szekspira a sztukami Słowackiego, który nie wstydząc się naśladować Szekspira, zrównoważył wBalladyniepopis tragiczki i popis błazna.

Do Lwowa

przybył w połowie października. Nie do Derynżanki. Do przyjaciółki Modrzejewskiej, panny Wolskiej i jej ojca, bo on w 1855 roku zakładał w Teksasie komunę utopistów, wzorowaną na pomysłach Fouriera, marzyciela i socjalisty. Wolska urodziła się podobno na statku w drodze z Europy do Nowego Orleanu, wychowała się w Ameryce, wraz z ojcem przewidziana jest przez panią Helenę do załogi jej farmy artystów na ziemi amerykańskiej. W domu Modrzejewskiej w Warszawie namiętny spór o miejsce osiedlenia: Teksas czy Kalifornia? Henryk wymyślił Kalifornię, do niej chce przekonać Wolskiego, nadto omówić z pionierem i praktykiem kształt farmy, podział pracy, regulamin, statut. Taka jest jego tajna misja lwowska, zaś jawnie chodzi do teatru, także na próby, bo drugą cichą misją zleconą przez panią Helenę jest dyskretne upewnienie Derynżanki (- tylko niech jej pan prywatnie nie zbałamuci, panie Henryku!), że Modrzejewska przekona w końcu prezesa Muchanowa, by zaangażował Derynżankę na scenę warszawską do postaci młodocianych, jakich Modrzejewska grać nie powinna, więc Modrzejewskiej ona do pomocy (- błagam, nie wygadać się, że wyjeżdżam!), na złość artystkom, które Derynżanki do Warszawy wpuścić nie chcą, no i na złość reżyserowi, co to w lipcu poszachrował i zaproszona na występy Derynżanka nie miała w czym i z kim pokazać swego talentu. Ponadto w felietonie o teatrze lwowskim pan Henryk ma ciepło przedstawić paru dobrych tamtejszych aktorów, którzy – zdaniem pani Heleny – powinni wzmocnić warszawski zespół, gdzie zaraz za znakomitościami zaczyna się aktorskie dno.

Zamówiony felieton

potrząśnie teatralną Warszawą. Mniejsza w nim o opinie o aktorach, trwałe pozostają inne fragmenty. „Była może godzina dziesiąta rano, gdy idąc Hetmańskimi Wałami od Mariackiego placu ku ulicy Teatralnej ujrzałem przed sobą po raz pierwszy wyniosłe mury Skarbkowskiego teatru we Lwowie. Gmach to ogromny, mało co mniejszy, a może i nie mniejszy od naszego teatru w Warszawie, a jakkolwiek styl jego nie odznacza się niczym osobliwym, całość jednak imponuje ogromem i powagą. Zabudowany w czworokąt, bokami wychodzi na cztery ulice, wewnątrz zaś obejmuje dwa wielkie dziedzińce, salę przedstawień prawie większą, a przynajmniej pakowniejszą od naszej, scenę, garderoby, kancelarię zarządu teatralnego, olbrzymią kawiarnię i mnóstwo mieszkań rozrzuconych po dwóch piętrach w dziedzińcach. Gdym wszedł do wnętrza, owiała mnie chłodna atmosfera, jaka zwykle panuje w wielkich gmachach i ogarnął półmrok, półświatło”. (gp 23 listopada)

We Lwowie

trafił na próbęNiewinnychŚwiętochowskiego. „Dyrektor odsunął z cicha drzwi loży, do której weszliśmy obaj, po chwili jednak opuścił mnie i udał się na scenę”. „Artyści byli już zgromadzeni. Właśnie próba rozpoczęła się przed chwilą. Jakiż to dziwny, a zarazem i uroczysty charakter ma każda próba poważnej sztuki!… Przed sceną migotało posępnie kilkanaście lamp, których światło, osłonięte od strony sali, nie mogło rozproszyć panującego w niej mroku. Nie masz nic bardziej ponurego, jak sala teatralna widziana w czasie dnia. Ta poważna cisza, zalegająca mroczne głębie, te puste rzędy krzeseł, czerwonawy mrok walczący z bladym, wdzierającym się tu i ówdzie światłem dziennym, ten ogrom posępny i martwy, od którego wieje chłodem i pustką, wszystko to dziwnie przejmujące sprawia wrażenie. Na oświetlonych czerwonym światłem deskach sceny stali lub siedzieli artyści, recytując półgłosem swe role. Twarze ich zaledwie można było rozróżnić. Echo, drzemiące w głębiach sali, donosiło do uszu moich słowa zaledwie dosłyszalne, stłumione, ale dźwięczące dziwnym akcentem prawdy. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek doznał tak silnego złudzenia rzeczywistości”. „Nie widzisz tego, co się nazywa aktorstwem. Spoglądasz na zwyczajnych ludzi, ubranych jak wszyscy, czujących i okazujących uczucia tak, jak się je wypowiada, czuje i okazuje w życiu. Wieczorem muszą pamiętać, że gra ich ma zrobić wrażenie z odległości, i dlatego uwydatnianie jaskrawsze jest wtedy tak potrzebne, jak róż i bielidło na twarzy. Odległość i światło gazowe mają swe prawa, o których trzeba pamiętać. Na próbie względy te nikną. Artyści grają tylko dla siebie. Chodzi im więcej o umocnienie roli w pamięci, oszczędzają się więc, zachowując siły na później. Próba nie ma nigdy tej precyzji, jaką musi posiadać przedstawienie, ale właśnie ten brak dokładności, ten pewien nieład życiowy i oszczędzanie efektów – na człowieku obytym z teatrem sprawia większe wrażenie rzeczywistości. Cisza panująca w sali, pustka, migotliwe światła lamp, echa wiszące pod ciemnym sklepieniem, powiększają jeszcze moc tego wrażenia. Przysiągłbyś, że między tymi ludźmi zaszło coś istotnego, że jakieś prawdziwie bolesne a tajemnicze złudzenie powikłało ich stosunki i otoczyło niby siecią pajęczą, z której wszelkimi siłami usiłują, a nie mogą się wyplątać. Takie wrażenie zrobiła na mnie próbaNiewinnych".

W zamówionym felietonie

porówna lwowską i warszawską publiczność teatralną. – Widownia teatru w Warszawie „nie zaciekawia mnie już; znam ją na wylot, nie tylko w ogólności, ale nawet i w szczegółach. Wiem z góry, kto w jakiej loży usiądzie. Wiem, że dwie najbliższe sceny zajmą dżentelmenowie o przeogromnych białych gorsach – nasze gogątka, przezywające się między sobą Zizi, Pipi, Bibi, Trutra, Joujou. Widzę z góry te fizjonomie, wyrażające wiecznie nie-wysłowioną radość z tego, że przyszły na świat, dziękujące każdym drgnieniem Bogu Ojcu, że je stworzył, Synowi Bożemu, że je odkupił, a nie mające najmniejszej pretensji do Ducha Świętego, że ich nie oświecił. Widzę je już przykładające lornetki do oczu, ukazujące zdumionemu światu guzy u rękawów wielkości deserowych talerzyków. Zdaje mi się, że słyszę pięknego kawalera Malgretout, jak w najgłupszych miejscach sztuki gładzi swą piękną czarną brodę i powtarza: Comme idee – c'est sublime! Słyszę zarówno, jak niskim arystokratycznym basem śmieje się comte Łyku-Łyku, z jakim zachwycającym hałasem wchodzą do lóż panie N., X., Z., jak szeleszczą sukniami, wachlarzami; widzę, jak wdzięcznie zwraca się ku mamie powszechnie uwielbiana niewinność, panna Funia, i w miejscach dwuznacznych pyta naiwnie: «Z czego się śmieją? je n'y comprends rien»; słyszę, jak w tychże dwuznacznych miejscach pierwsze rzędy krzeseł z iście marsową werwą stukają o podłogę, wołając nieco ochrypłymi głosami: brao! brao! Wiem, że na dole spotkam opartego o filar młodego lorda Havelock o niesłychanych kołnierzykach, niewidzianych faworytach, bladej twarzy i bajronicznej czuprynie, który wiele cierpiał w życiu… na odciski i który ujrzawszy mnie, uściśnie dłoń moją i wykrzyknąwszy: «Ol rajt!» (all right!), znowu potem zapadnie w zadumę; wiem na koniec, że w krzesłach zaczepi mnie znany polityk, publicysta, ekonomista, estetyk, felietonista, doktor – co chcecie wreszcie, i musnąwszy iście przedpotopowe wąsy, powie: – Wiesz pan, wzywają mnie koniecznie na dyrektora do wiedeńskiego Burgu”.

Przewidujący Leo

zmniejszy Chłapowskiemu koszta wyprawy, wyśle Henryka do Ameryki na koszt „Gazety” jako jej korespondenta. Ma dosyłać stamtądListy z Amerykii po trochu zwracać poważną zaliczkę. Będzie drugim amerykańskim korespondentem „Gazety”, obok obieżyświata Horaina; ów przeniósł się do San Francisco na stałe i tam może zaopiekować się Sypniewskim i Litwosem. Roztropny Leo radzi wyprawie osiąść w Kalifornii, skorzystać z pomocy Horaina. Drugiego takiego w żadnym Teksasie nie znajdą.

Stary sługa.

Henryk zasiadł do niedużego obrazka pod takim tytułem – wrócił w nim na wieś, jakby w swe rodzinne strony. Koledzy z młodej literatury oczekiwali, że poNa marnei poHumoreskachwystąpi mocniej „na polu walki nowego ze starym” i zbuduje barwną postać wzorowego pozytywisty, a on tu rejteruje w konserwatywne bajdy szlacheckie. Kolega Świętochowski, chorąży pozytywistów, drukStarego sługinazwie zdradą. Pani Helena zmartwi się, bo jej faworyt Henryk nie zdąży z dramatem, zatem wpłynie na przedłużenie terminu konkursowego o trzy miesiące. Oto początek obrazka: „Obok starych ekonomów, karbowych i leśników drugim typem niknącym coraz bardziej z powierzchni ziemi jest stary sługa. Pamiętam, za czasów mego dzieciństwa służył u rodziców moich jeden z tych mamutów, po których wkrótce tylko kości po starych cmentarzyskach w pokładach grubo zasypanych niepamięcią, od czasu do czasu będą badacze odgrzebywali. Nazywał się Mikołaj Suchowolski, był zaś szlachcicem ze wsi szlacheckiej Suchej Woli, którą często w gawędach swych wspominał. Ojciec mój odziedziczył go po śp. rodzicu swoim, przy którym za czasów napoleońskich wojen był ordynansem. Kiedy w służbę do dziada mojego nastał, sam nie pamiętał ściśle, a zapytany o datę, zażywał tabaki i odpowiadał: -Ta, byłem jeszcze gołowąsem, a i pan pułkownik, Panie świeć nad jego duszą, jeszcze koszulę w zębach nosił”. (d 4)

Spodobał się

czytelnikom gazety tenStary sługa,początek cyklu obrazków pod tytułemZ natury i życia.Naczelny „Gazety” zachęcił, by w następnym obrazku zajął się wnuczką starego sługi, Hanią, sam może wpłynął na zmianę zakończeniaStarego sługi,tak aby po śmierci starego sługi z góry zaciekawić czytelników ową Hanią. Uradowany pochwałami od razu wziął się do roboty i w grudniu skończyHanię,rzecz dziewięć razy dłuższą niż początek cyklu, już nie obrazek, a dużą nowelę, prawie powieść, prawie tak dużą jakNa marne,a z nim się męczył przez dwa lata.

W grudniu,

pisząc tak żwawo, mało czasu stracił na obrady sztabu wyprawy w domu Modrzejewskiej. Szef sztabu, Karol Chłapowski, zamęcza swoich cyganów malarskich drobiazgami statutu przyszłej farmy i martwi się pierwszą dezercją: rzeźbiarz Godebski w grudniu wyjeżdża na stałe do Paryża z rodziną oraz własną grupą młodych – i wykradnie Chełmońskiego, ulubieńca wszystkich w grupie pani Heleny. Szef sztabu wyznacza kalendarz wyprawy: zasadnicza grupa wyjedzie na początku lipca, reszta grupy dwa-trzy miesiące po niej, zaś w połowie lutego na rozpoznanie terenu i stanowczy wybór miejsca wypłyną Sypniewski z Sienkiewiczem, przy czym Sypniewski wróci do Europy w maju, pan Henryk zostanie tam, przygotuje wszystko na przyjazd grupy. Ba! obydwaj nie znają angielskiego! Jako trzeci wyruszy więc z nimi weteran Teksasu, pan Wolski. Nie, on bez córki się nie ruszy, on dopiero z grupą. Napisze zatem Karol do swego niedawnego kompana z redakcji krakowskiej, do Sewera, on siedzi obecnie w Londynie jako korespondent, on zna angielski i w ogóle to szlachcic z fantazją, on pojedzie z Sypniewskim i panem Henrykiem, i tam z Henrykiem poczeka na grupę. Sewer wypyta się w Londynie, co korzystniejsze: Teksas czy Kalifornia. On też wyjaśni, czy brać parobków do ciężkich prac z Europy, czy angażować tam na miejscu. I co w końcu z hodowlą jedwabników na farmie?

1876

RzewnaHania,

od 2 stycznia do 9 lutego w odcinkach gazety codziennej drukowana, zdobyła autorowi więcej serc kobiecych, niż mógł sobie wyobrazić, i to od matron po podlotki, w mieście i w szlacheckich siedzibach na wsi. Uznały, że tak porywająco i tak prawie dotykalnie nikt jeszcze w prozie polskiej nie wyśpiewał miłosnych powikłań dwu szlacheckich młodzieńców i jednego dziewczęcia wśród wioskowego krajobrazu.

W rzewnejHani

wśród sercowych awantur przemycił fragment manifestu o powrocie do rycerskiego wychowania młodzieńców. W popowstaniowej atmosferze musiało się to spodobać większości czytelników, zatem wojujący o inny model wychowania Świętochowski nie mógł nie wykpić programowej sceny zHani.Bohater noweli, przyszły dziedzic majątku po ojcu ziemianinie, tak opowiada o przekazaniu mu symboli rodowych: „Surowa, lwia twarz mego ojca rozjaśniona była jak nigdy. Obsypał mnie tego jeszcze dnia darami; darował mi parę pistoletów, z których strzelał się niedawno z p. Zollem i na których zakarbowanych było kilka innych pojedynków, jakie odbywał za młodych swych lat służąc wojskowo. Następnie otrzymałem pysznego konia wschodniej krwi i starą szablę po ojcach, z rękojeścią sadzoną kamieniami, z klingą szeroką damasceńską, z obrazem Matki Boskiej wycyzelowanym złotem na stali i z napisem: Jezus, Maria! Szabla ta stanowiła jedną z najcenniejszych naszych pamiątek rodzinnych, a przy tym wieczny od lat dawnych przedmiot westchnień moich i Kazia, bo cięła żelazo jak wióry. Ojciec dając mi ją, wydobył ją z pochwy, machnął nią parę razy, aż zawarczało powietrze i blask się zrobił w pokoju; potem nakreślił nią krzyż nad moją głową, ucałował obraz Matki Boskiej i wręczając mi ją rzekł: «W godne ręce! ja nie zrobiłem jej wstydu, nie zrób i ty!» Potem rzuciliśmy się sobie w objęcia”. (d 4)

W sztabie wyprawy

wśród gorączkowych narad załoga farmy wzrosła w styczniu do dwudziestu dwu osób, w tym jedno małe dziecko Sypniewskich już urodzone, plus to, co pani Sypniewska ma urodzić w czerwcu. Henryk ma na karku trzy swoje siostry kwilące, że samolubnie ucieka, że zginą bez niego. Jak w tym rwetesie układać sztukę na konkurs, jak oddać rzecz przepisaną na czysto przed terminem konkursowym, 1 kwietnia?

Sewer z Londynu

w styczniu odpowiada podnieconym listem: „List Twój, kochany Karolu, nie tylko że mnie zdziwił, ale nawet przeraził. A więc nasze społeczeństwo już jest do tego stopnia ogłupiałe i zdemoralizowane, że tak szlachetne jednostki jak Twoja żona, Ty, Sypniewski i Sienkiewicz czują do niego odrazę i z rozkoszą radzi uciekają na koniec świata!” „Z dala od głupich lub podłych, a za to w towarzystwie garstki szlachetnych, dobrze wychowanych, pracowitych i znających życie ludzi, ze spokojem o jutro, wśród łagodnego klimatu, przy swobodnej pracy na kawałek chleba!” „Zgoda – i – zgoda, lecz termin dajesz zbyt krótki, polecając mi za dwa tygodnie zabrać się z Sypniewskim i Sienkiewiczem. Człowiek wybierający się na drugi koniec świata powinien skończyć ostatecznie wszystkie swoje interesy i zobowiązania, po wtóre, mieć czas do zebrania swego kapitaliku”. „Napisałem komedię w zamiarze przetłumaczenia jej na język angielski i wprowadzenia do teatrów Londynu i Anglii. Entuzjastyczne pochwały Anglików i nalegania znajomych zniewoliły mnie posłać ją na konkurs warszawski”. „Zatem, jeżeli pani Helena zechce, a Ty o to się postarasz, komedię tę w opinii tak wyforytujecie naprzód, tak ją głośną zrobicie, tak ią zaintrygujecie zdziecinniałą opinię Warszawy, że nie ulega wątpliwości:Pojedynek szlachetnychotrzyma pierwszą nagrodę – to znaczy majątek podniesie się o tysiąc minimum rubli, nie licząc dobrej sprzedaży w Londynie". (km)

Opadły ręce

Henrykowi, gdy to przeczytał. Trudno, nie stanie do konkursu. Byłby łobuzem, gdyby panią Helenę narażał na popieranie debiutującego Sienkiewicza kosztem dawnego jej kompana. Ach! jeszcze i ten dopisek w liście Sewera: „Napisałem i posłałem do «Niwy» powieśćWydziedziczone.Sienkiewicz może zręcznie na redakcję wpłynąć, aby kupiła". Taki jest Sewer, szlachcic idący na przebój.

Na przebój.

Taki właśnie tytuł ma mieć dramat, jaki Henryk nosi w sobie od kilkunastu miesięcy i nie może go urodzić.

Wybrali Kalifornię.

Na początku lutego. W ostatniej chwili, gdyż wyjazd Sypniewskiego i Sienkiewicza wcześniej ustalili na 19 lutego. Sewer w liście z Londynu 11 lutego wita wybór miejsca w Ameryce i zawiązanie spółki (o nazwie „Kotwica”) w mieszkaniu Modrzejewskiej: „Niech żyją Chłapowscy! – niech żyją Chłapowski, Sienkiewicz, Sypniewski, założyciele współki! Kalifornia hurra! (albowiem jestem przeciw Texasowi). Koledzy, towarzysze, koleżanki, towarzyszki, witam Was! Towarzysze przy obrabianiu winnej macicy i towarzyszki przy zwijaniu cienkich nici jedwabiu, pozdrawiam Was! Kochany Karolu, co do podobnego projektu i zawartych w nim 14 punktów – zupełnie się na niego w ogólnych zarysach zgadzam. Co do szczegółowego obrobienia i unormowania trudnego stosunku między kapitałem a pracą, ten tylko na miejscu może być praktycznie rozstrzygnięty”. (km)

Żegnany jak straceniec

przez kolegów 19 lutego w ich stałej knajpce na rogu Niecałej i Wierzbowej – Henryk dość pijany trafił na dworzec kolei żelaznej, tam czekała pani Helena z pożegnaniem. Gdy wagon ruszył, zobaczył w jej oczach łzy.

W Londynie

podróżnicy spotkali Sewera. Ten wyznał, że teraz z nimi nie może jeszcze odpłynąć na drugą półkulę. Z Liverpoolu statek „Germanik” dowiózł Sypniewskiego i Henryka bez przygód do Nowego Jorku.

Trasę do San Francisco,

przebytą z Nowego Jorku Koleją Dwu Oceanów, opowie czytelnikom „Gazety Polskiej” dopiero jesienią. Na Atlantyku postanowił zerwać z cotygodniowym reporterstwem, pospiesznym kręceniem biczy z piasku. Nie po to wyrwał się w taką drogę, aby znowu się spieszyć. Widok wodospadów Niagary obudził w nim pisarza: powinien zdobyć się na więcej niż ów chwalony raport ze spalonej mieściny na Mazowszu. Zaliczkę podjął, Leo będzie się wściekał, czekając długo na początek felietonów z podróży, trudno: Leo i tak nic mu nie zrobi, a on tu ma pierwszą szansę, by napisać powieść z podróży złożoną wprawdzie z kolejno dosyłanych odcinków, atoli komponowaną z artystyczną rozwagą. W połowie trasy, 12 marca, przymilnie w liściku prywatnym do żony naczelnego redaktora podziękuje za ostatni kęs warszawskiej od niej czekolady, jaki właśnie schrupał, przy tym niewinnie zaznaczy, iż wagon okrutnie trzęsie, zaś na Atlantyku trzęsło „sto razy gorzej, oto więc powód, dla którego nie napisałem dotąd korespondencji”, lecz poczekacie nie na próżno, „cuda będę opisywał”. Poczekają do maja. Pierwszy odcinek wydrukują 9 maja, z pełną humoru i zmyśleń narracją o warszawskim dopiero wstępie do podróży. Jesienią w początek wrażeń z Kalifornii wdrukuje odezwę pisarską nie do usunięcia bez szkody dla tekstu, ultimatum dla redaktora, odezwę do czytelników: „Nie chcę być niczym krępowany w przesyłaniu wam moich listów; ani czasem, ani porządkiem wrażeń. Pozwólcie mi być swobodnym; pozwólcie mi pisać o tym, o czym mi się podoba; przeskakiwać wypadki i zdarzenia, odłożyć np. opis mego pobytu w San Francisco”. Stać go na to. W Polsce wyrywają sobie z rąk te numery gazety, w których pojawi się dalszy ciąg przygód Litwosa za oceanem.

Wodospad Niagara.

„Widok to, na wspomnienie którego mdleje i zwija skrzydła wyobraźnia, a pióro wypada z ręki. Olbrzymia masa wód jeziora Erie spływając potężną gardzielą ku Ontario traci nagle grunt pod sobą i spada w dwóch miejscach w otchłań. Na pierwszy rzut oka zdaje się, że ziemia nie wytrzyma tego ciężaru i uderzenia wód rozszalałych i dzikich, które same wydają się być przerażone. Jest w tym wszystkim jakieś przedpotopowe barbarzyństwo, jakaś niepojęta siła, a zarazem i okropność nie spotykana nigdzie, bijąca w oczy jakby straszliwym gwałtem zadawanym naturze. Mimo woli przychodzi ci na myśl, że stało się tu coś okropnego, że to jakiś kataklizm natury, i nie możesz oswoić się z myślą, że ten kataklizm nie kończy i nie skończy się nigdy. Niebo tu pochmurne i poszarpane. Gnane wichrem obłoki zbiegają się i rozbiegają jak stada dzikich koni. Naokoło czarne, ponure skały połupane w demoniczne zręby. Huk wody ogłusza cię. Ostry wiatr tnie kroplami wodnymi po twarzy. Czasem mgła wybucha nagle u stóp wodospadu i zasłania oku wszystko; to znów niknie, a wtedy widzisz kłęby piany i cały wodospad jak na dłoni. Chwile te jednak trwają krótko. Zwykle mgła, piana, woda i powietrze, zmieszane ze sobą, tworzą taki chaos, że gubisz w nim wzrok i słuch, a nareszcie i świadomość, co się dzieje z tobą samym. Zdaje ci się, że się tu wszystko wściekło”. (d 41)

Chicago.

„Wszystko tu ogromne; rzekłbyś: miasto zbudowane przez olbrzymów i dla olbrzymów. Ma ono swoje cechy oryginalne. Znać, że jest nowe, budowane według najnowszych wymagań. Czytałem kiedyś opis fantastyczny miast, tak jak one będą wyglądać w wieku XX. Otóż Chicago przypominało mi ten opis. Wszystko tu prawidłowe, prostopadłe, prostokątne, wszystko pod sznur; wszędzie nie znane jeszcze gdzie indziej ulepszenia”. Podnieca go nowy świat; nawet nie zauważa, iż nadmiernie powtarza słowa: ogromny, ogromnie.

W San Francisco

16