Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 498 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Siedź cicho - Brad Parks

Sędzia Scott Sampson wiedzie idealne życie. Dowody mówią same za siebie: prestiżowa praca, kochająca rodzina, piękny dom. W środowe popołudnie dostaje SMS-a od żony, że tym razem ona odbierze dzieci ze szkoły. Kilka godzin później Alison zjawia się w domu. Bez dzieci. W dodatku twierdzi, że nie wysyłała żadnego SMS-a. Chwilę potem dzwoni telefon i zaczyna się najgorszy koszmar w życiu każdego rodzica. Sam i Emma zostali porwani. Dla Scotta i Alison telefon od porywacza to tylko początek zawiłej i koszmarnej historii ze śledzonym przez media procesem sądowym w tle. Ich małżeństwo zostaje poddane próbie, na powierzchnię wypływają podejrzenia i dawno zapomniana zazdrość. Z ust zaczynają padać kłamstwa. Scott i Alison nie cofną się przed niczym, żeby odzyskać dzieci, i gotowi są zapłacić każdą cenę.

Opinie o ebooku Siedź cicho - Brad Parks

Fragment ebooka Siedź cicho - Brad Parks

Rozdział 1

Pierwszy cios, jaki przeciwko nam wyprowadzili, był tak drobny i ledwo zauważalny w natłoku zwykłych spraw, że w ogóle nie zwróciłem na niego uwagi.

Miał formę SMS-a od mojej żony, Alison, i wyświetlił mi się o 15.28 w środę:

Hej, zapomniałam ci powiedzieć, że dzieciaki mają dziś lekarza. Zaraz je odbieram.

O ile wywołał we mnie jakąkolwiek reakcję, to najwyżej delikatny zawód. W środy był Basen z Tatą, cotygodniowy rytuał, nieprzypadkowo z wielkimi literami w nazwie. Bliźnięta i ja bierzemy w nim udział regularnie od jakichś trzech lat. Początki wyglądały katastrofalnie i więcej w nich było walki o to, by nie utonąć, niż pływania, ale później nasz środowy zwyczaj stał się dużo przyjemniejszy. Dzisiaj nasze sześciolatki, Sam i Emma, są już zagorzałymi pływakami.

Przez czterdzieści pięć minut, aż do momentu, kiedy jedno z nich zaczynało z zimna klekotać zębami, bawiliśmy się w najlepsze. Ochlapywaliśmy się, ścigaliśmy od jednego końca basenu do drugiego, wymyślaliśmy nasze własne gry wodne, na przykład ukochanego przez wszystkich Małego Hipcia. Prawdziwa, radosna zabawa z dziećmi jest jak balsam dla duszy, nawet jeśli jest się wiecznie obsadzanym w roli Mamy Hipopotamowej.

Cieszyłem się na środowe pływanie tak samo jak na wszystkie inne rytuały, które wypełniały nasz rodzinny wszechświat. Na przykład w piątki były gry planszowe, a w niedziele mieliśmy Dzień Naleśnika. W poniedziałki – Tańce w Czapkach, czyli dużo… tańca. W czapkach.

Może nie brzmi to jakoś supersexy; „Cosmopolitan” na pewno nie wrzuciłby na okładkę tematu: „Jak dać swojemu facetowi naleśniki, o jakich marzył”. Ale z biegiem lat uświadomiłem sobie, że dobra rutyna to podstawa szczęśliwej rodziny, szczęśliwego małżeństwa i szczęśliwego życia w ogóle.

Dlatego byłem niepocieszony, kiedy w to środowe popołudnie pozbawiono mnie przyjemności, jaką dawały mi nasze stałe wypady na basen. Jedną z korzyści bycia sędzią jest spora doza kontroli nad własnym grafikiem. Moi podwładni wiedzą, że choćby w środę po południu miała miejsce cała fala nieludzkich przestępstw, czcigodny Scott A. Sampson o czwartej opuści swój gabinet, żeby odebrać dzieci ze szkoły i pojechać z nimi na basen YMCA.

Przyszło mi do głowy, żeby i tak iść popływać. Czterdziestoczterolatkowie o bladej cerze, prowadzący siedzący tryb życia, powinni korzystać z każdej okazji do ćwiczeń. Ale im dłużej o tym myślałem, tym bardziej nie na miejscu wydawało mi się przebywanie na pływalni bez Sama i Emmy, dlatego wróciłem do domu.

Od czterech lat mieszkamy w starym domu na dawnej farmie nad brzegiem rzeki York. Nazywamy go Zagrodą, takie już mamy twórcze podejście. Leży na wsi, w części stanu Wirginia określanej mianem Środkowego Półwyspu, a konkretnie w niemunicypalnej części hrabstwa Gloucester, jakieś trzy godziny drogi na południe od Waszyngtonu i z dala od jakiejkolwiek cywilizacji.

Nasza droga w to miejsce zaczęła się w stolicy, gdzie byłem głównym doradcą wpływowego senatora. Kolejnym etapem był incydent – właściwie mogę go nazwać Incydentem, pisanym wielką literą – po którym wylądowałem w szpitalu, gdzie, jak to bywa, przemyślałem sobie dogłębnie swoje życiowe priorytety. Ostatnim przystankiem w tej podróży na wieś było przyznanie mi tytułu sędziego federalnego dla Dystryktu Wschodniego Wirginii, z siedzibą w Norfolk.

Nie do końca tak to sobie wyobrażałem, kiedy jako szóstoklasista brałem do ręki „Kwartalnik Kongresu”, ale też nie była to taka znowu polityczna emerytura. Pod względem intensywności pracy sędziowie federalni przypominają pływające po wodzie kaczki: pod powierzchnią dzieje się więcej, niż się może wydawać.

Na pewno jednak wolałem tę ciężką pracę od odpoczynku w kostnicy, czym Incydent też bardzo łatwo mógł się zakończyć.

Biorąc to wszystko pod uwagę, pewnie powiedziałbym, że spadłem na cztery łapy. Miałem dwójkę zdrowych dzieci, kochającą żonę, wymagającą, ale satysfakcjonującą pracę, no i cały zestaw niezmiennych rodzinnych rytuałów.

A przynajmniej powiedziałbym tak do 17.52 tamtej środy.

Bo wtedy właśnie do domu wróciła Alison.

Bez dzieci.

Stałem w kuchni i kroiłem owoce na szkolne śniadania dla bliźniaków na następny dzień.

Powrotowi do domu Alison towarzyszył zestaw tradycyjnych dźwięków: otwieranie drzwi, kładzenie torby na podłodze, przeglądanie listów. Codziennie od dziewiątej do wpół do szóstej pracuje z niepełnosprawnymi umysłowo dziećmi, z którymi nie poradziłyby sobie ich rejonowe szkoły. To do cna wyczerpująca praca, która mnie każdego dnia zwalałaby z nóg, ale ona zawsze wraca do domu w dobrym nastroju. Alison jest prawdziwym żywiołem.

Byliśmy ze sobą od drugiego roku studiów. Zakochałem się w niej, bo była piękna, a mimo to widziała coś urzekającego w tym, że byłem w stanie wymienić z imienia i nazwiska każdego z czterystu trzydzieściorga pięciorga członków Kongresu, razem z nazwą stanu, z którego pochodził, i jego przynależnością partyjną. Kiedy ktoś taki jak ja znajduje kobietę taką jak ona, nie wypuszcza jej z rąk.

– Cześć, kochanie! – zawołałem.

– Hej, hej – odpowiedziała.

Od razu zdałem sobie sprawę, że nie słyszę bliźniąt. Sześcioletni człowiek to hałaśliwe zwierzę. Dwoje sześciolatków tym bardziej. Kiedy Sam i Emma wbiegają z dworu, zazwyczaj dudnią, pokrzykują i nucą. Tworzą swoją własną, przypadkową kakofonię.

Od zgiełku, jaki ze sobą przynoszą, bardziej kłuje w uszy tylko jego brak. Wysuszyłem dłonie, mokre po obieraniu jabłek, i poszedłem do przedpokoju, żeby sprawdzić, co się święci.

Alison stała tam, pochylona nad wyjętym z koperty rachunkiem.

– Gdzie dzieciaki? – zapytałem.

Podniosła znad kartki zdziwiony wzrok.

– Jak to? Przecież jest środa.

– No wiem, ale wysłałaś mi esemesa.

– Jakiego esemesa?

– O wizycie lekarskiej – powiedziałem i włożyłem rękę do kieszeni, żeby go przeczytać. – Mam go jeszcze.

Nie patrząc nawet na mój telefon, odparła:

– Nie wysyłałam ci żadnego esemesa o lekarzu.

Nagle poczułem, jakie to musi być uczucie, kiedy człowiek siedzi na plaży, z której nagle tajemniczo odpływa cała woda, jak to ma miejsce tuż przed tsunami. Po prostu nie sposób sobie wyobrazić tego, co nadciąga.

– Czekaj. Czyli nie odebrałeś ich ze szkoły? – spytała Alison.

– Nie.

– A nie są z Justiną?

Justina Kemal jest Turczynką, studentką, która mieszka w naszym domku dla gości i zamiast płacić nam czynsz, opiekuje się bliźniętami.

– Wątpię – powiedziałem. – Jest środa, więc…

Zadzwonił mój telefon.

– To pewnie ze szkoły – odgadła Alison. – Powiedz, że zaraz przyjadę. Chryste, Scott.

Sięgała już po kluczyki do miski przy drzwiach. Numer przychodzący był zastrzeżony. Nacisnąłem zieloną słuchawkę.

– Scott Sampson – powiedziałem.

– Witaj, panie sędzio – odezwał się czyjś niski, tubalny głos, którego nie dało się rozpoznać, bo brzmiał, jakby dobiegał przez gruby filtr. – Cieszysz się, że żona wróciła?

– Kto mówi? – zapytałem głupio.

– Pewnie się zastanawiacie, gdzie jest Sam i Emma – powiedział głos.

Przez moje ciało przebiegła fala zwierzęcych dreszczy. Serce zaczęło mi walić o żebra, a krew napłynęła do twarzy i zaszumiała w uszach.

– Gdzie? – zapytałem, znów niezbyt mądrze.

Alison zatrzymała się w drzwiach. Ja stałem napięty, jakbym się szykował do walki na pięści.

– Skavron – powiedział głos.

– Skavron – powtórzyłem. – I co?

USA kontra Skavron – tak brzmiała oficjalna nazwa sprawy sądowej, którą miałem rozpatrywać następnego dnia. Przygotowywałem się do niej od początku tygodnia.

– Jutro dostaniesz esemesem instrukcje co do werdyktu – usłyszałem. – Jeśli chcesz jeszcze kiedyś zobaczyć swoje dzieci, radzę się do tych poleceń zastosować.

– Jakie instrukcje? Co to ma…

– Nie pójdziesz na policję – ciągnął obcy głos. – Nie zgłosisz się do FBI ani do żadnych innych władz. Wasze dzieci przeżyją i zostaną wam zwrócone tylko pod warunkiem, że będziecie funkcjonować dalej, jakby nic się nie stało. Nic nie zrobicie, nic nie powiecie. Czy to jest jasne?

– Nie, zaczekaj. Nic nie rozumiem.

– W takim razie wyjaśnię. Przy najdrobniejszym podejrzeniu, że pisnęliście komuś choćby słowo, zaczniemy odcinać palce. A jeśli podejrzenie zamieni się w pewność, przejdziemy do uszu i nosów.

– Okej, okej, rozumiem. Nie róbcie im krzywdy, błagam. Zrobię, co chcecie. Błagam, nie…

– Nikomu ani słowa – padło ostrzeżenie.

Zaraz potem połączenie zostało zerwane.

Rozdział 2

Drzwi były nadal otwarte. Alison patrzyła na mnie wielkimi oczami.

– Co się dzieje? – spytała. – Kto to był? Komu ma nie robić krzywdy?

Nie byłem w stanie od razu odpowiedzieć. Nie mogłem nawet nabrać powietrza do płuc.

– Scott, odezwij się.

– Dzieci… Ktoś je… – musiałem się zmusić do wypowiedzenia ostatniego słowa – …porwał.

– Co?! – zawyła Alison.

– Jakiś głos… Ma mi powiedzieć, jaki wyrok mam wydać w sprawie, którą rozpatruję. Jeśli pójdziemy na policję, zaczną odcinać… – Mimowolnie zakryłem twarz dłońmi. Miałem przyspieszony oddech. – …zaczną odcinać palce. Zabronił nam komukolwiek o tym mówić, bo inaczej…

Moje serce szalało. Czułem się, jakby na całym świecie nie było dość dużo tlenu, mimo że wciągałem powietrze łapczywymi haustami. Klatkę piersiową miażdżyła mi czyjaś ciężka, niewidzialna dłoń.

O Chryste, pomyślałem. Chyba mam zawał.

Oddychać. Musiałem oddychać. Ale nie byłem w stanie napełnić płuc powietrzem, choć robiłem, co mogłem. Pociągnąłem za kołnierzyk, który był za ciasny. Nie, zaraz, to był krawat. Dusił mnie krawat.

Złapałem się drugą dłonią za szyję, żeby natychmiast zerwać wszystko, co tamowało dopływ krwi do mózgu. I właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że nie mam już na sobie krawata.

Moja twarz płonęła jak piec. Nagle zacząłem się obficie pocić. W stopach i na całej długości nóg czułem ostre ukłucia. Wiedziałem, że długo nie postoję. Alison krzyczała:

– Scott, co się dzieje?! Ktoś porwał Sama i Emmę?!

Z jakąś absurdalną obojętnością patrzyłem na pęczniejące żyły na jej szyi.

– Scott! – zawołała, chwyciła mnie za barki i zaczęła mną potrząsać. – Do cholery! Co się dzieje?!

Nie wiedziałem, co miałbym na to pytanie odpowiedzieć, ale Alison najwyraźniej oczekiwała ode mnie jakiejś reakcji, bo waliła mnie pięściami po piersi i wrzeszczała:

– Co się dzieje, do jasnej cholery?!

Po chwili wreszcie do mnie dotarło, że powinienem się osłonić przed jej ciosami. Gdy tylko uniosłem ręce, Alison padła na podłogę, objęła ramionami kolana i się rozpłakała. W jej pojękiwaniach brzmiało coś jak „o Boże” albo „moje małe”. Albo i to, i to.

Schyliłem się, żeby ją podnieść – nie wiem, co by to miało dać – ale mi się nie udało. Za to sam upadłem, najpierw na jedno kolano, potem na drugie. Straciłem ostrość widzenia, miałem wrażenie, że za chwilę zemdleję. Wydałem z siebie przeciągły jęk.

Jakaś ledwo tląca się część mojego mózgu podpowiadała mi, że jeśli mam teraz umrzeć, to lepiej, żebym leżał. Opadłem bezwładnie na bok i przetoczyłem się na plecy. Patrzyłem na sufit, ciężko dyszałem i czekałem, aż wszystko zniknie w ciemności.

Ale nic takiego się nie stało. Miałem wciąż rozpaloną twarz i mógłbym przysiąc, że czubek głowy zaraz mi wybuchnie z gorąca. Powoli zdałem sobie sprawę, co to znaczy: do głowy napływało mi teraz za dużo krwi, nie za mało.

Nie miałem ataku serca. To był atak lęku.

Panika nie grozi śmiercią. Musiałem zmusić swoje ciało do działania, nawet jeśli nie miało na to najmniejszej ochoty. Sam i Emma nigdy w życiu nie potrzebowali swojego taty bardziej niż teraz.

Ta myśl pomogła mi podnieść się na ręce i kolana. Doczołgałem się tak do ściany, oparłem o nią i w końcu wstałem na równe nogi. Zamknąłem drzwi wejściowe – nie wiem, po co – i spojrzałem na podłogę, tam gdzie upuściłem telefon.

Podniosłem aparat i zacząłem przeglądać listę kontaktów. Nagle poczułem pragnienie przyjścia z pomocą dzieciom – tak silne, jak jeszcze kilka chwil wcześniej silna była moja potrzeba złapania oddechu.

– Co robisz? – zapytała Alison.

– Dzwonię do marshali.

Agencja US Marshals odpowiada za moje bezpieczeństwo, kiedy przebywam w budynku sądu. Poza jego murami ochrania mnie FBI. Nie miałem w telefonie numerów do FBI, ale był tam numer do zastępcy szefa marshali. On mógł wezwać właściwych agentów.

– Co? – zdziwiła się Alison.

– Dzwonię do…

Z niesamowitą szybkością Alison poderwała się na równe nogi i wytrąciła mi aparat z dłoni. Patrzyłem, jak upada w rogu przedpokoju.

– Czyś ty oszalał?! – krzyknęła.

– Czemu mi wytrą…

– Nie wierzę, że naprawdę chcesz do nich zadzwonić.

– Owszem.

– Wykluczone – powiedziała, podnosząc głos.

– Posłuchaj, musimy wezwać kogoś na pomoc. Potrzebni są nam ludzie wyszkoleni w kontaktach z porywaczami. Ktoś z FBI. Oni mają środki, o których my możemy tyl…

– Absolutnie wykluczone! – powtórzyła na wypadek, gdybym za pierwszym razem nie usłyszał. – Co ci powiedział ten człowiek? Jak tylko kogoś wezwiemy, zaczną im ucinać palce?

I uszy. I nosy.

– Oni też mają swoje środki – ciągnęła. – Na przykład technologię, dzięki której wysłali do ciebie fałszywego esemesa. Znają twój numer telefonu. Wiedzieli, że dzwonią tuż po moim powrocie do domu. Co chcesz zrobić? Sprawdzić ich, czy nie blefują? Nie blefują. Musimy założyć, że są gdzieś niedaleko – pokazała palcem na niewielki las między naszym domem a drogą – i że jak tylko zobaczą samochód, oznakowany czy nie, zaczną kroić. Nie chcę dostać pocztą kawałków ciał moich dzieci.

Zrobiło mi się niedobrze.

– Nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdyby przez nas coś się… – powiedziała, ale nie była w stanie dokończyć myśli, a w każdym razie nie na głos. Zamiast tego dodała tylko: – Wyhodowałam te palce, są moje.

Tym zdaniem zamknęła kwestię. Uważamy się z Alison za nowoczesną parę, która dzieli się po równo obowiązkami wychowawczymi, i rzeczywiście tak jest. Aż do momentu, kiedy się w czymś nie zgadzamy. Wtedy staje się jasne, że w głębi duszy jesteśmy staromodni i w sprawach związanych z dziećmi to Alison gra pierwsze skrzypce.

– No dobrze. To co, twoim zdaniem, powinniśmy zrobić? – zapytałem.

– Mówiłeś coś o jakimś Skavronie. To nazwisko oskarżonego, który ich interesuje?

– Tak.

– Kiedy masz rozprawę?

– Jutro.

– No to dasz im to, czego zażądają. Dokładnie to, czego chcą. Cokolwiek by to miało być. Jutro o tej porze będzie po wszystkim.

– Wydam werdykt, który im pasuje, a dzieci wrócą całe i zdrowe.

– Zgadza się.

– Wierzysz im, bo porywacze to tacy uczciwi ludzie?

Alison wykrzywiła twarz.

– Przepraszam – powiedziałem.

Odwróciła ode mnie wzrok.

Mogłem dalej próbować ją przekonać, ale przypomniałem sobie coś, co kiedyś mi powiedziano na temat FBI. W przypadkach porwań agentom nie stawia się zarzutów dyscyplinarnych, jeśli ofiara zginie. Taki finał sprawy uważa się za niepożądany, ale możliwy. Kariera agenta ucierpi tylko wówczas, kiedy porywaczom uda się uciec.

To oznaczało, że w tej chwili FBI i rodzina Sampsonów mieli zupełnie inne priorytety.

– Okej – powiedziałem. – Nikomu ani słowa.

Rozdział 3

Jednopiętrowy drewniany dom zbudowany został przez człowieka, który cenił sobie w życiu przede wszystkim święty spokój. Budynek stał w hrabstwie o tak znikomej liczbie mieszkańców, że nie było tam ani jednego skrzyżowania z sygnalizacją świetlną. Dojeżdżało się do niego drogą, wzdłuż której stały dawno porzucone gospodarstwa wiejskie i zardzewiałe przyczepy. Teren dookoła był bagnisty, porośnięty gęstym sosnowym lasem z trującym bluszczem.

Oprócz linii elektrycznej miejsce to było połączone ze światem jedynie za pośrednictwem anteny satelitarnej, która ściągała z nieba sygnał telewizyjny i internet. Samochodem dostać się tam można było kiepską, bitą drogą z głębokimi koleinami. Teren ogrodzony był zardzewiałą siatką, na której w kilku miejscach wisiały duże tablice z napisem ZAKAZ WSTĘPU.

Może nie był to koniec świata, ale można było odnieść takie wrażenie.

Przed domem, na niewielkiej polance, która służyła za pętlę do zawracania dla samochodów, stała biała furgonetka z budą bez szyb. W kuchni przy okrągłym stole siedzieli dwaj mężczyźni. Obydwaj mieli niechlujne brody, wydatne nosy i oczy w kolorze mocnej kawy. Obaj byli barczyści i dobrze zbudowani. Na pierwszy rzut oka było widać, że są braćmi.

Starszy z nich był nieco wyższy. Czytał książkę z popękanym grzbietem. Młodszy, trochę szerszy w pasie, bawił się iPadem: grał w grę, w której walczyło się o dominację w kosmosie.

Rozmawiając ze sobą, nie używali angielskiego.

– Powinieneś je nakarmić – odezwał się starszy.

– Po co? – odparł młodszy, nie odrywając wzroku od iPada.

– To dzieci. Dzieci muszą jeść.

– Niech głodują.

– Jak nie chcesz, żeby się stawiały, to je nakarm.

– Jak nie chcesz, żeby się stawiały, to zwiąż je sznurem.

– Szef zabronił.

Młodszy brat tylko stęknął. Starszy wrócił do książki. Nie ruszył się ani w stronę lodówki, ani do szafek. Młodszy zapalił papierosa i głęboko się zaciągnął, patrząc na ekran iPada.

Między nimi na stole leżał telefon internetowy, narzędzie niezbędne na takim odludziu. Kiedy zadzwonił, starszy brat odebrał i włączył głośnik, żeby obydwaj słyszeli rozmówcę.

– Tak? – powiedział po angielsku z wyraźnym akcentem.

– Zadzwoniłem do sędziego.

– I co?

– Dobrze mnie zrozumiał. Raczej nie będzie robił problemów, ale i tak będziecie go obserwować, okej?

– Jasne.

– Pierwsza dostawa dzisiaj wieczorem?

– Tak.

– Świetnie. Niech się cały czas ma na baczności.

– Tak jest.

Po zakończeniu rozmowy starszy brat odstawił telefon na środek stołu. Z torby leżącej przy nogach wyjął nóż myśliwski z ząbkowanym ostrzem i długą rękojeścią i podał go bratu.

– No dobra – powiedział. – Do roboty.

Rozdział 4

Przez następną godzinę, kiedy koszmar coraz mocniej docierał do naszej świadomości, próbowaliśmy z Alison nawzajem się pocieszać, ale bez skutku. W końcu każde z nas poszło do swojego kąta, żeby pogrążyć się we własnym piekle.

Alison usiadła na kanapie w salonie, okryła się kocem, wlepiła wzrok w ścianę i zatopiła się w bólu. Od czasu do czasu dobiegały mnie odgłosy jej cierpienia: gwałtowne wdechy, wstrząsające jej ciałem dreszcze i ciche pojękiwania.

Ja też miałem ogromną potrzebę zrobienia tego samego. Gdybym tylko zastanowił się trochę dłużej nad naszym nowym położeniem, nad tym, że fundamenty naszego życia zostały zburzone i zastąpione kompletną pustką, gdybym głębiej to rozważył, z pewnością znalazłbym sobie jakieś ustronne miejsce, w którym mógłbym upaść na ziemię i pozwolić się obezwładnić bezbrzeżnej rozpaczy.

Jednak wciąż tliła się we mnie chęć zrobienia czegoś, co mogłoby pomóc moim dzieciom, bez względu na to, jak jałowe zdawały się wszystkie tego typu gesty. Nie przestawałem chodzić po domu jak opętany, ale w końcu usiadłem przy stole w kuchni, przy którym codziennie karmiliśmy nasze dzieci. Może wydawało mi się, że w ten sposób się do nich zbliżę. Odpychałem od siebie niepotrzebne i przerażające myśli i starałem się skupić na Skavronie. Ludzie, którzy porwali Sama i Emmę, musieli być z nim jakoś powiązani. Pozostawało tylko znaleźć ten związek.

Przed telefonem od porywaczy powiedziałbym, że w sprawie Skavrona nie było niczego szczególnego. Była wręcz pospolita. Orzeczenia w sprawach dotyczących narkotyków były zdecydowanie najczęstsze w całym federalnym systemie sądowniczym. Już ten fakt był dostatecznym dowodem na to, w jak spektakularną porażkę przerodziła się z czasem wojna z narkotykami. Ja sam mam do czynienia z co najmniej trzydziestoma takimi sprawami rocznie.

Moi podwładni przekazali mi akta Skavrona w poniedziałek. Rozmawiałem telefonicznie z kuratorem sądowym, który we wtorek sporządził wstępny raport. W środę większość dnia poświęciłem na lekturę jego sprawozdania, które było w gruncie rzeczy krótkim życiorysem oskarżonego.

Rayshaun Skavron urodził się w Danville, dość pechowym miasteczku w południowo-środkowej Wirginii. Ojciec dość szybko się zawinął, a matce odebrano prawo do opieki nad dzieckiem, kiedy Rayshaun miał sześć lat. Trafiła za kratki z zarzutami za narkotyki. Chłopca wychowywała ciotka. Pierwszy raz został aresztowany w wieku trzynastu lat, potem powtarzało się to jeszcze wiele razy. Narkotyki i broń, broń i narkotyki. Czasem swoje trzy grosze dorzucała drogówka. Przez resztę dzieciństwa notorycznie lądował w zakładach dla młodocianych przestępców, a później awansował na więźnia placówek stanowych.

Po jakimś czasie przeniósł się do Virginia Beach. Może chciał zacząć od nowa, a może szukał miejsca, w którym nie będzie dobrze znany każdemu policjantowi. Nastąpiły dwa lata bez aresztowania, ale potem przyszła główna wygrana. Korzystając z pomocy skruszonego świadka i członka rodziny, któremu znudziły się wyskoki Skavrona, policja przyskrzyniła Rayshauna w kryjówce z pięcioma kilogramami heroiny i mniejszą ilością kokainy i cracku.

Trzeba mu oddać, że oszczędził wymiarowi sprawiedliwości kosztownego procesu. Poszedł na współpracę z władzami i przyznał się do winy.

Sprawa trafiła na wokandę sądu federalnego ze względu na ilość znalezionych przy nim narkotyków. Przyznanie się do winy było wprawdzie okolicznością łagodzącą, ale wytyczne dotyczące wyroków w sprawach związanych z handlem narkotykami były jednoznaczne: w świetle przeszłych dokonań i ostatniej wpadki oczywiste było, że Skavrona czeka długa odsiadka.

Chyba że ktoś postanowiłby ją uniemożliwić.

Ale kto? I dlaczego?

Moja wiedza o światku dilerów ograniczała się do tego, co widziałem na swojej sali sądowej. Ale Skavron nawet na pierwszy rzut oka wyglądał co najwyżej na gościa ze średniego szczebla hierarchii organizacji przestępczej. Według aktu oskarżenia, dostawał towar od kogoś określonego w raporcie mianem „NW1”, czyli Nieoskarżonego Wspólnika Numer 1. Miał kilku własnych klientów, ale głównie zajmował się pośrednictwem. Pakował narkotyki i przekazywał je innym dilerom albo narkomanom, którzy prowadzili sprzedaż detaliczną.

Materiały dowodowe zgromadzone podczas śledztwa świadczyły o tym, że nie było to specjalnie dochodowe zajęcie. Przed aresztowaniem Skavron mieszkał w ciasnym mieszkaniu, jeździł rozklekotanym chryslerem i chwytał się dorywczych fuch jako kucharz, ostatnio w domu opieki społecznej, gdzie zarabiał płacę minimalną. Policja zajęła w jego mieszkaniu jakąś marną gotówkę – o ile dobrze pamiętam, było to dwieście trzydzieści osiem dolarów. Nie miał konta w banku. Nie było go stać na obrońcę ani na wpłacenie kaucji.

Jakim cudem ktoś taki jak on znalazł środki, żeby zza krat zorganizować porwanie dzieci sędziego? Taka operacja wymagała kilku niezwykle skomplikowanych kroków. Po pierwsze, fałszywy SMS. Porywacze musieli dopilnować, żebym nie odebrał bliźniąt ze szkoły i nie zaczął ich szukać. Jakimś sposobem włamali się do systemu telefonii komórkowej i wysłali mi wiadomość, podszywając się pod Alison.

Następny krok, czyli samo porwanie, był jeszcze trudniejszy. Sam i Emma chodzili do pierwszej klasy w malutkiej szkole Middle Peninsula Montessori. Pierwszoklasistów, oprócz nich, było jeszcze tylko troje. Dwójka uczniów nie mogła zniknąć niepostrzeżenie.

Pracownicy szkoły nie pozwalali dzieciom wychodzić z obcymi ludźmi. Personel miał listy osób uprawnionych do odbierania uczniów po lekcjach. Na naszej liście była Justina i rodzina Alison: jej matka, dwie siostry i ich mężowie. Ale być może nawet te zabezpieczenia udało się komuś obejść.

To wraz z fałszywą wiadomością od Alison uświadomiło mi, że mieliśmy do czynienia z kimś wyjątkowo sprytnym, zdyscyplinowanym i dobrze zorganizowanym.

Żadna z tych cech nie pasowała do Rayshauna Skavrona, o jakim czytałem w raporcie kuratora. Musiał mu pomagać ktoś znacznie bystrzejszy niż on. Ale kto?

Najoczywistszą odpowiedzią był ów Nieoskarżony Wspólnik Numer 1. Mógł to być ktoś stojący na wyższym szczeblu tej samej organizacji. Ktoś, kto chciał zapewnić Skavronowi wolność, żeby ten nie zeznawał przeciwko niemu.

Sęk w tym, że „Nieoskarżony” mogło też oznaczać „nieznany”. Gdyby faktycznie toczyło się postępowanie przeciwko NW1, Skavron nie trafiłby do mojej sali sądowej. Prokuratura wzięłaby na warsztat najpierw NW1, a Skavronem zajęłaby się jakiś czas później. Oni zawsze w pierwszej kolejności oskarżają grubsze ryby.

Poza tym Skavron raczej nie wiedział nic o NW1. Właśnie dlatego kartele narkotykowe zatrudniają setki i tysiące takich pośredników jak Rayshaun. Handel detaliczny to ryzykowny biznes. Na ulicy praktycznie nie sposób odróżnić klienta od gliniarza w cywilu albo policyjnej wtyczki. Aresztowania są wkalkulowane w koszty prowadzenia działalności. Z tego powodu prawdziwi bossowie nigdy nie wchodzą w kontakt z konsumentami. Odgradzają się od nich i od ulicznego chaosu grubą warstwą ochronną, zbudowaną z ludzi takich jak Skavron.

Te pionki nie mają pojęcia o tym, co się dzieje na wyższych szczeblach. Wątpliwe, by Skavron wiedział choćby tyle, dla którego kartelu pracuje.

Prokuratorzy nie mieli szans dotrzeć głębiej. Z punktu widzenia ich śledztwa Skavron był ślepym zaułkiem.

Parę godzin później wciąż grzebałem w swoich myślach, kiedy do kuchni weszła Alison i głośno pociągnęła nosem. Miała czerwone obwódki wokół oczu.

Nie zatrzymała się przy stole, nawet nie zwróciła na mnie uwagi. Poszła prosto do jednej z szafek i wyjęła szklankę.

Nawet w skrajnym napięciu poruszała się z imponującą płynnością. Alison też miała czterdzieści cztery lata, ale nie było tego po niej widać. Jej ciało zachowało ten sam kształt, jaki miało, kiedy ją poznałem dwadzieścia kilka lat temu, a wyprostowana sylwetka nadal robiła wrażenie. Jej barki – może zabrzmi to nieco dziwnie, ale moja żona ma wspaniałe barki – dzielnie opierały się grawitacji, nie oddając nawet kawałka pola.

Na jej głowie pojawiło się kilka siwych włosów, które jednak dobrze wkomponowały się w popielaty blond – jej naturalny kolor. Swojej własnej postępującej łysiny i zmarszczek jestem aż nadto świadom, ale Alison nie starzeje się ani trochę. A może po prostu tego nie zauważam. Miłość ma swoje metody.

Nie chcę jej stawiać na piedestale. Zdarza jej się obżerać czekoladą i czipsami, jednak dyscyplina w uprawianiu sportu i korzystny metabolizm pomagają jej uniknąć konsekwencji. W pracy ukradkiem popala papierosy i myśli, że o tym nie wiem. Do tego jest fatalnym kierowcą.

Nie twierdzę też, że nasze małżeństwo jest idealne, bo takie istnieją wyłącznie w wyobraźni autorów kart okolicznościowych i w fantazjach singli. Kłócimy się, owszem, aczkolwiek w naszym przypadku konflikty nie uzewnętrzniają się krzykiem, lecz wściekłym milczeniem. Zdarza się nam nawet przez kilka dni ze sobą nie rozmawiać i każde jest zbyt uparte, żeby przyznać się do błędu. Bywa, że w apogeum takich cichych dni pojawiają się w mojej głowie myśli o rozwodzie.

Jednak jedno z nas zawsze w końcu się łamie. I jeśli w czymś jesteśmy dobrzy, to w obracaniu takich sytuacji w żart. Mamy taki stały dowcip o tym, że Alison kiedyś w końcu wróci do Paula Dressera, jej chłopaka z liceum, który z każdym rokiem staje się w jej opowieściach coraz przystojniejszy, bardziej szarmancki i bogatszy. Jak już się pogodzimy, czasem usłyszę coś w stylu: „No dobra, prywatny odrzutowiec Paula i tak stoi uziemiony na Malediwach, więc zostanę jeszcze trochę z tobą”.

Poza tym z całą pewnością mogę powiedzieć, że pierwszy płomień, ta iskra, która przed laty rozpaliła moje uczucia do Alison, nadal się we mnie tli. Moja żona nie wierzy, kiedy jej to mówię, ale to prawda. Gdyby ktoś wyczyścił mi pamięć, a następnie pokazał Alison w pokoju pełnym kobiet, to znów właśnie ją zabrałbym do domu.

Więc przyznam, że mimo okoliczności patrzyłem na nią z podziwem, jak nalewała sobie wodę do szklanki. Robiłem to z przyzwyczajenia.

Obracając lekko głowę w moją stronę, zapytała:

– Napijesz się?

– Nie, dzięki.

Alison przyglądała się szklance w swojej dłoni.

– Jeszcze wczoraj wieczorem Emma stała dokładnie w tym miejscu – powiedziała smutnym głosem. – Tak się upierała, żeby pomóc mi zmywać naczynia, że przystawiłam jej taboret. Ja tylko wycierałam. Była taka dorosła.

Szklanka wyśliznęła się jej z dłoni. Jeszcze zanim rozbiła się o zlew, Alison już płakała.

– Hej, hej – powiedziałem i szybko do niej podszedłem.

Nie chciała na mnie spojrzeć ani się wyprostować, więc stanąłem za jej plecami i mocno ją przytuliłem. Przez chwilę tkwiłem nieruchomo w tej niezdarnej pozycji, żeby tylko dać jej wsparcie.

– Nie mogę przestać o nich myśleć – odezwała się. – Zastanawiam się, gdzie teraz są, co robią. Czy stała się im jakaś krzywda. Czy się boją.

– Wiem, mam tak samo.

Jedną z niespodziewanych konsekwencji rodzicielstwa było w moim przypadku to, że gdzieś w pierwszym trymestrze ciąży Alison w moim mózgu rozwinął się dodatkowy obszar, odpowiedzialny wyłącznie za martwienie się o dzieci. Nawet jeśli cała reszta zajęta jest w danej chwili czymś zupełnie innym, ta nowa część i tak delikatnie sobie szumi.

Teraz buzowała.

– Chyba jestem w szoku – stwierdziła Alison. – Gdybym myślała o tym na trzeźwo, rozpadłabym się na kawałki.

– Rozumiem.

Chcąc utrzymać swoje ciało w stanie równowagi, brała tak głębokie wdechy, że cała się kołysała. Głaskałem ją po plecach, żeby ją ukoić.

– Jutro o tej porze będzie po wszystkim – powiedziałem. – Musimy się jakoś trzymać, wykonywać ich polecenia, i będzie okej.

– Wiem, wiem. Bez tego…

Nie dokończyła zdania, a ja nie wypuszczałem jej z rąk.

– Scott, jeśli je stracimy…

– Ćśś. Nie możemy tak myśleć. To nam nie pomoże.

– Wiem, ale…

– Ćśś – powtórzyłem, jakbym się bał, że samo wypowiedzenie tej myśli może ją urzeczywistnić.

Staliśmy w milczeniu, aż Alison znalazła w sobie siłę, żeby się ode mnie odepchnąć.

– Przepraszam – powiedziała.

– Daj spokój.

Chciała wrócić do zlewu i posprzątać rozbitą szklankę, ale zagrodziłem jej drogę.

– Ja to zrobię. Serio. Nie przejmuj się.

– Okej. Chyba się położę.

– Słusznie.

– Czy to… Czy to będzie dziwne, jeśli pójdę do pokoju któregoś z nich?

– Ani trochę – odparłem.

Alison kiwnęła głową. Pocałowałem ją w mokry od łez policzek. Wyszła z kuchni bez słowa.

Wyjmując delikatnie ze zlewu rozbitą szklankę, czekałem, aż wzbierze we mnie furia. Myślałem, że ogarnie mnie nagła chęć zemsty na ludziach, którzy nam to zrobili, że pogrążę się w krwawych fantazjach.

Tymczasem biorąc do rąk potłuczone szkło, czułem tylko całkowitą bezsilność.

Jako sędzia nie przywykłem do takiego stanu. W naszej demokracji federalny wymiar sprawiedliwości to jedyna sfera, w której tolerujemy dyktaturę. Sędziowie są mianowani dożywotnio. Nie musimy się przejmować zdobywaniem głosów ani wkupywać w łaski wyborców. Posady może nas pozbawić tylko Kongres. W codziennej pracy nie jesteśmy kontrolowani przez przełożonych i odpowiadamy wyłącznie przed własnym sumieniem.

Niektórzy prawnicy nazywają sędziów cesarzami i nie jest to tylko żart. Faktycznie dysponujemy ogromną władzą. Owszem, niektóre z moich decyzji mogą zostać unieważnione przez sądy wyższej instancji. Jednak zadziwiająco często okazują się niepodważalne.

Kierując się głównie intuicją, regularnie wydaję wyroki, które określają bieg ludzkiego życia. Najzamożniejsi adwokaci w kraju kłaniają mi się w pas. Gigantyczne instytucje muszą stosować się do moich nakazów. Nawet najszlachetniejszych obywateli od wylądowania na mojej sali sądowej dzieli tylko jedna zła decyzja, po której będą błagać mnie o łaskę, a czasem dosłownie drżeć przede mną ze strachu.

Zdaję sobie sprawę, że tak ogromne poważanie wzbudza w ludziach nie moja osoba, lecz majestat pełnionej przeze mnie funkcji. Sam nie robię nic specjalnego, żeby wywołać u innych to uniżenie. Można by mnie nazwać niechętnym cesarzem. Nieustanne zabieganie o moje względy bywa dla mnie wręcz krępujące.

Ale jest częścią mojej pracy.

Czy tego chcę, czy nie, jestem ucieleśnieniem władzy.

Czy tego chcę, czy nie, mam w rękach ogromną władzę.

A przynajmniej kiedyś ją miałem.

Rozdział 5

Około północy poszedłem do naszej sypialni i zacząłem nierówną walkę z bezsennością. Bardzo szybko skończyła się tym, że leżałem z otwartymi oczami, a ten mój dodatkowy obszar w mózgu – ten od dzieci – wirował na zwiększonych obrotach.

Myślałem o Samie. Odważnym, kochanym Samie. Alison i ja robiliśmy, co w naszej mocy, żeby wychowywać dzieci bez odwoływania się do stereotypów płciowych, ale Sam to jednak stuprocentowy chłopak. Każdego dnia po prostu musi spalić pewną ilość energii. A jeśli nie może? Biada meblom, ścianom i ludziom, którzy staną mu na drodze. Zdarza się, że kiedy przestajemy sobie radzić z jego łobuzerstwem, wysyłamy go za drzwi i każemy biegać wokół domu.

Potem pomyślałem o Emmie. Słodkiej, rozważnej Emmie. Ona też ma w sobie sporo energii, ale wyraża ją nie fizycznie, a emocjonalnie. Jest niesamowicie spostrzegawcza. Kiedy tylko zaczynamy z Alison głośniej rozmawiać – nawet jeśli się nie kłócimy, tylko o czymś donośnie rozprawiamy – prosi nas, żebyśmy się pogodzili. Szybko też zrozumiałem, że wszelkie reprymendy pod jej adresem muszę kierować delikatnie, zaczynając od zapewnień, że ją kocham i nigdy kochać nie przestanę. W przeciwnym razie nawet jedno krzywe spojrzenie rzucone w jej stronę kończy się płaczem i pryska nadzieja na zrozumienie.

Zastanawiałem się nad pytaniami Alison – Gdzie są nasze dzieci? Co robią? – i ułożyłem w głowie scenariusz, w którym były całe i zdrowe.

W tej fantazji ich porywacze wymyślili jakieś niewinne kłamstwo, żeby Sam i Emma myśleli, że biorą udział w zabawie. Nie karmili ich masłem orzechowym ani innymi orzechami (Emma miała na nie alergię), za to dawali naszym skarbom wszystkie trzy składniki najwspanialszej diety każdego sześciolatka: pizzę, makaron i nuggetsy. No i oczywiście pozwalali im oglądać telewizję bez ograniczeń.

Maluchy wiedziały, że coś jest nie tak, ale nie działo się im nic złego. W końcu Sam miał Emmę, a Emma miała Sama. Pod pewnym względem bliźnięta zawsze sobie poradzą, o ile tylko są blisko siebie.

To był najlepszy z możliwych filmów.

Najgorszy starałem się ze wszystkich sił od siebie odpychać.

Czas szedł do przodu małymi krokami. Około drugiej w nocy do sypialni weszła Alison. Uchyliła kołdrę i wsunęła się pod nią. Leżeliśmy obok siebie, każde zatopione we własnej rozpaczy.

Dom był pogrążony w ciemności i jak zwykle wydawał swoje domowe odgłosy, ale pod nieobecność naszych dzieci wszystkie one brzmiały jakoś nie tak. To dla bliźniąt się tu przeprowadziliśmy. Wiedzieliśmy, że pokochają rzekę, jej biały, piaszczysty i lekko wznoszący się brzeg, i że latem będą mogły się chronić przed słońcem w cieniu tysiąca drzew, które rosły na naszej ogromnej posesji. To rozległe dawne gospodarstwo aż prosiło się o to, żeby zapełnić je milionem wspomnień. Alison często mówiła, jakie to cudowne, że zapewniamy naszym szkrabom dzieciństwo tak różne od zwyczajnej, podmiejskiej egzystencji większości dzieciaków z zamożnych rodzin.

Ale tak naprawdę kupiliśmy ten dom głównie ze względu na Incydent. Wcześniej byłem beztroskim optymistą, który wierzył, że ludzie są z gruntu dobrzy. Potem, stanąwszy twarzą w twarz z ludzkim potencjałem do czynienia zła, zapragnąłem wychować swoje dzieci w miejscu, w którym będę im mógł zapewnić maksymalne bezpieczeństwo. We wszystkich tych drzewach i akrach widziałem coś na kształt fortecy. Nasz ponadpółkilometrowy podjazd z bitej ziemi skutecznie oddalał nas od zagrożeń świata zewnętrznego.

Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, jak bardzo się myliłem. Bezpieczeństwo było iluzją, wielkim kłamstwem, którym się karmiliśmy, żeby nie myśleć o ponurym stanie ludzkiej duszy. Umowa społeczna była bardziej zamkiem na piasku niż kamienną budowlą. W dowolnej chwili mógł go zdmuchnąć z powierzchni ziemi każdy, kto miał dostatecznie silne płuca.

Takie oto myśli krążyły bez chwili przerwy w mojej głowie, kiedy leżałem w łóżku, a noc nie chciała dobiec końca. Próbowałem przekierować uwagę na szczęśliwsze czasy, które jeszcze nas czekały. Wkrótce ten koszmar minie. Już niedługo. Musiałem w to wierzyć.

Moje ciało powoli wsiąkało w materac. Oddech Alison stał się bardziej miarowy i już myślałem, że za parę minut i mnie uda się zasnąć.

Ale właśnie wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi.

Skoczyłem na równe nogi, zanim jeszcze melodia dzwonka wybrzmiała do ostatniej nuty. Alison usiadła na łóżku. Widziałem białka jej oczu, przebijające się dziko przez panującą w sypialni ciemność. Zegar pokazywał siedemnaście po trzeciej.

Półprzytomny, ruszyłem w kierunku drzwi sypialni.

– Czekaj, gdzie idziesz? – spytała Alison głośnym szeptem.

– Jak to gdzie? Może to nasze dzieci.

– Dzieci? Tak po prostu? Podeszły do drzwi i zadzwoniły?

– No to zastępca szeryfa z naszymi dziećmi.

Nie czekałem, aż Alison zajmie stanowisko w sporze. Poszedłem dalej i wyciągnąłem dłoń do klamki.

– Poczekaj – powiedziała, wyskakując z łóżka, i złapała mnie za przegub. – Nie sądzisz, że zastępca szeryfa najpierw by do nas zadzwonił? A jeśli to porywacze? I jeśli są uzbrojeni?

– Zostań tutaj – odparłem i wyrwałem jej swoją dłoń.

Mamy w domu pistolet, dziewięciomilimetrówkę smitha & wessona, który kupiliśmy, kiedy Alison była w ciąży, a mnie często nie było w domu. Mówiła wtedy pół żartem, pół serio, że jej matczyne hormony podpowiadają, że powinna mieć broń palną. Biada każdemu, kto spróbowałby zmierzyć się z moją żoną. Alison dorastała pod okiem żołnierza, który więź z córką najbardziej lubił budować na strzelnicy. Jeszcze jako dziecko zdobyła mnóstwo nagród w konkursach strzeleckich. Widząc, jak radzi sobie z nowym smithem & wessonem w dniu, w którym go kupiliśmy, nie miałem wątpliwości, że jej dawny talent ani trochę nie pokrył się kurzem.

Niestety, broń była teraz rozłożona na części. Połowę trzymaliśmy na strychu, a reszta leżała pod umywalką w naszej łazience. To ja tak zarządziłem po tym, kiedy przygotowując projekt ustawy, zapoznałem się ze statystykami dotyczącymi zgonów od przypadkowych postrzałów z broni palnej. Liczby nie kłamały: sprawny pistolet w domu stanowił znacznie większe zagrożenie dla dzieci niż wszystko, co mogło na nie czyhać za drzwiami.

Tego dnia pierwszy raz pożałowałem swojej decyzji. Szybko sporządziłem w myślach listę potencjalnych narzędzi obrony: noże kuchenne, śrubokręty, pogrzebacz do kominka. W końcu zdecydowałem się na kij golfowy, który stał w szafie w przedpokoju.

W tamtej chwili nie dostrzegałem jeszcze, jak absurdalna była moja wiara, że ja, podtatusiały mężczyzna w średnim wieku uzbrojony w żelazną szóstkę, będę w stanie stawić czoła groźnym napastnikom. Nacisnąłem pstryczek zawiadujący światłem na werandzie i zakradłem się do salonu, żeby wyjrzeć przez okno i zorientować się, z czym mam do czynienia.

Jak wiele wiejskich domów na Południu, nasz też ma obszerną werandę, która otacza go od frontu i z dwóch boków. Stoją na niej wiklinowe meble i wiszą karmniki dla ptaków, które dzieciaki pomalowały zeszłego lata, kiedy Justina dostała hopla na punkcie rękodzieła artystycznego. Dalej ciągnie się podwórko, na którym rosną magnolie i sosny. No i nasz długi podjazd.

Wyjrzałem przez okno, ale niewiele udało mi się zobaczyć. Weranda i oświetlony fragment podwórka wyglądały na puste. Rosnące dalej drzewa i biegnąca za nimi droga były tylko domysłem w głębokim mroku.

Zacisnąłem dłoń mocniej na rękojeści kija i wróciłem pod drzwi, stare i ciężkie. Odpiąłem łańcuch i lekko je uchyliłem, chowając się za nimi na wypadek, gdyby ktoś chciał mnie zaskoczyć.

Niepotrzebnie. Nikt na mnie nie czekał. Słyszałem tylko skowyt półdzikich psów, które czasami włóczą się po tutejszym lesie.

Potem spojrzałem pod nogi i zobaczyłem pudło z kartonu, sięgające mi pod kolano. Od góry zamykał je pas srebrnej taśmy izolacyjnej.

Trąciłem pudło nogą, żeby ocenić jego wagę. Cokolwiek było w środku, zawartość ważyła niewiele więcej niż opakowanie. Przez chwilę nasłuchiwałem – Czego się spodziewałem? Tykającej bomby? – ale z wewnątrz nie dobiegały żadne dźwięki.

Dotarło do mnie, że zaczynam się zachowywać jak paranoik. Przecież byłem tym ludziom potrzebny żywy, przynajmniej do jutra po jedenastej, kiedy to usłyszą z moich ust pożądany werdykt. Upuściłem kij do golfa i otworzyłem pudło.

W środku leżały dwie plastikowe torebki kanapkowe wypełnione kosmykami włosów. A konkretnie kosmykami włosów moich dzieci. Te Sama były proste i rozjaśnione od słońca; Emma miała bardziej kręcone, też w kolorze blond, ale trochę ciemniejsze.

Mimowolnie położyłem dłoń na gardle – typowy gest sygnalizujący bezbronność. Sędzia przez całe swoje życie zawodowe zajmuje się głównie oceną dowodów rzeczowych. To, na co patrzyłem, w zupełności wystarczało, żebym uwierzył w realność naszego koszmaru. Musiałem złapać się framugi, bo aż się zachwiałem.

Kiedy już odzyskałem równowagę i zrobiłem kilka głębszych wdechów, zobaczyłem, że w pudle jest też koperta. Była mała, podobna do tych, które dołącza się do bukietów. Otworzyłem ją i wyjąłem złożoną na pół kartkę papieru. Wiadomość była zapisana wielkimi literami.

CZCIGODNY SĘDZIO,

POSTĘPUJ ZGODNIE Z INSTRUKCJAMI ALBO NASTĘPNYM RAZEM OBETNIEMY WIĘCEJ NIŻ TYLKO WŁOSY.

ZNAJOMI RAYSHAUNA SKAVRONA

Jeszcze raz spojrzałem w ciemność otaczającą nasz dom. Nic się w niej nie zmieniło, ale kiedy mój wzrok wrócił do werandy, zauważyłem coś dziwnego w stropie tuż obok schodów.

Brakowało jednego z karmników.

Rozdział 6

Sygnał dobiegający z czujnika ruchu był dość głośny, żeby wybudzić młodszego brata z drzemki na rozkładanym fotelu. Wstał, wziął do ręki karabin, który upadł na podłogę, i podszedł do okna.

Polanę przed domem rozświetliła para samochodowych reflektorów. Chwilę później światła zamrugały.

Znak, że wszystko w porządku. Młodszy brat odszedł od okna i rozbroił system alarmowy, stary, zainstalowany jeszcze przez oszołoma, który zbudował ten dom, i niepodłączony już do żadnej centrali. Ale wciąż wył bardzo głośno, kiedy tylko ktoś otworzył okno albo drzwi. Młodszy brat odwiesił karabin na haczyk w ścianie, gdzie było jego miejsce, po czym usiadł przy stole kuchennym i wziął do ręki iPada, akurat kiedy starszy wchodził do domu.

– Jak poszło? – zapytał młodszy.

– Dobrze – odparł jego brat i ponownie uzbroił system.

– Żadnych problemów z przesyłką?

– Żadnych. A tutaj?

– W miarę spokojnie. Chłopak narzekał, że chce jeść. Nakarmiłem go, żeby się zamknął.

– Mówiłem ci, że najedzone będą spokojniejsze. Co im dałeś?

– Kanapki z masłem orzechowym i dżemem. Powiedziałeś, że to ulubione żarcie amerykańskich dzieci.

– I zjadły?

– On tak. Jego siostra nawet ich nie tknęła.

– Zje, jak zgłodnieje.

Młodszy brat skinął w stronę jednej z sypialni.

– Chłopiec dużo płacze. Ciągle woła, że chce do mamy i taty. Coraz bardziej mnie wkurza.

– Czyli już wiemy.

– Co?

– Którego z nich się pozbyć.

Rozdział 7

Do rana nie było już snu, tylko sterta rozkopanej pościeli.

O świcie słońce wzeszło nad Gloucester w stanie Wirginia, okrutne w swojej nieświadomości dwóch zbolałych istnień, które oświetlało. Alison wstała już wcześniej. Słyszałem ją pod prysznicem i możliwe, że lekko przysnąłem, ukołysany dźwiękiem płynącej wody.

Kiedy się obudziłem, była znów w sypialni i się ubierała.

– Idziesz do pracy? – spytałem.

– Nie, co ty. Już dzwoniłam, że mnie nie będzie. Jadę do szkoły.

Wsparłem się na łokciach.

– Mieliśmy nic nikomu nie mówić.

– Pamiętam. Ale muszę zadać im kilka pytań. Całą noc o tym myślałam. Bo co, ktoś po prostu przyjechał i zabrał nasze dzieci? Muszę to zrozumieć. A przynajmniej spróbować. Inaczej zwariuję. Zresztą na pewno będą się zastanawiali, dlaczego dzieci nie ma w szkole. Musimy im coś powiedzieć.

– Pojadę z tobą.

Zsunąłem nogi z łóżka.

– Wolałabym nie. Jesteś sędzią, niektórych to bardzo mocno krępuje.

– W takim razie ty będziesz mówiła – odparłem. – Ale chcę usłyszeć ich odpowiedzi.

– Nie wiem… – zaczęła, ale się powstrzymała. – Okej.

Uzyskawszy jej zgodę, ja też zmusiłem się do kąpieli. Kiedy tylko się ubrałem, szybko wyszliśmy z domu. Bez bliźniąt było w nim nieznośnie cicho.

Pojechaliśmy dwoma samochodami i piętnaście minut później parkowaliśmy przed Middle Peninsula Montessori. Gloucester nie było specjalnie zamożnym hrabstwem, co dawało się wyraźnie dostrzec, patrząc na szkołę Sama i Emmy. Był to niewielki, stalowy budynek stojący na skraju żwirowego parkingu. Zewnętrzne mury pokryte były malowidłami uczniów. Zawsze uważałem, że nadawały szkole wygląd radosnego, ciepłego miejsca, przepełnionego miłością i nauką raju, do którego posyłałem codziennie swoje dzieci.

Dzisiaj wydały mi się groteskowe.

Było kilka minut po ósmej, lekcje miały się zacząć za niecałe pół godziny.

– Pamiętaj, że to ja mówię – przypomniała mi Alison, kiedy do niej dołączyłem.

– Jasne – odparłem.

Minęliśmy parking, zgrzytając stopami na żwirze. Drzwi były zamknięte na klucz, zgodnie z regulaminem szkoły, więc Alison nacisnęła guzik dzwonka.

Po chwili zjawiła się Suzanne Fridley. Panna Suzanne, jak ją tu wszyscy nazywali, była jedną z tych ponadnaturalnie opanowanych osób, które wydawały się wręcz stworzone do pracy w środowisku szkolnym. Miała godne podziwu podejście do dzieci.

– O, dzień dobry, pani Sampson, panie sędzio – powiedziała, otwierając drzwi. – Proszę wejść. Czemu zawdzięczamy tę miłą wizytę?

Staliśmy w niewielkim holu, który służył też za bibliotekę. Spojrzałem na Alison, żeby dać jasno do zrozumienia, kto będzie grał pierwsze skrzypce.

– To pewnie dziwnie zabrzmi – powiedziała – ale kto wczoraj odebrał bliźnięta ze szkoły?

Panna Suzanne wcale się nie zdziwiła, wzięła tylko do ręki podkładkę z klipsem, która leżała na małym stoliku przy wejściu. Na doczepionej do niej kartce zapisywane były wszystkie wyjścia dzieci ze szkoły. Odwróciła kartkę i zmarszczyła brwi.

– Jak to? Pani je odebrała.

Odwróciła podkładkę, żeby Alison sama zobaczyła. I faktycznie: Sam i Emma zostały odebrane o 15.57 przez „mamę”. Tak zostało to odnotowane we właściwej kolumnie, a niżej widniał podpis pracownika szkoły.

Gdybym był na miejscu Alison, pewnie opadłaby mi szczęka, ale ona powiedziała tylko:

– To podpis Pam, prawda?

– Tak.

– Jest dzisiaj w szkole? – spytała Alison.

– Chwileczkę.

Panna Suzanne weszła spokojnym krokiem do sąsiedniego pokoju i piętnaście sekund później zjawiła się w towarzystwie Pam, starszej kobiety w typie dobrej babci, która pracowała jako asystentka nauczycieli.

– Państwo Sampson pytają o wczorajszy koniec lekcji – powiedziała Panna Suzanne. – Pamiętasz, komu wydawałaś bliźnięta?

– Tak – odparła szybko Pam.

– Komu?

– Pani Sampson – powiedziała staruszka, patrząc na Alison, która oblała się rumieńcem.

Postanowiłem interweniować.

– Zaszło jakieś nieporozumienie. Ktoś odebrał wczoraj nasze dzieci i nie wiemy kto. Wiem, że to dziwnie zabrzmi, ale czy jest pani pewna, że to była moja żona?

Pam spojrzała na mnie, potem przeniosła wzrok na Alison.

– No… tak. Tak mi się zdaje – powiedziała. – Miała pani… czapkę z daszkiem i okulary słoneczne, zgadza się?

Alison nie nosiła czapki z daszkiem od czasu studiów.

– Widziała pani jej twarz? – zapytałem.

– Nie. Tylko… tył głowy. Miała włosy zebrane w kucyk.

– Mówiła coś?

– Nie wydaje mi się. Nie.

Wtedy już byłem pewien, że to nie była Alison, która zawsze ma coś miłego do powiedzenia. Jakaś inna szczupła blondynka podszyła się pod moją żonę, dla niepoznaki używając czapki i okularów słonecznych.

– A samochód się zgadzał? – spytałem.

– Tak, oczywiście – odparła Pam i spojrzała na Pannę Suzanne, jakby wzrokiem szukała u niej ratunku.

Ta powiedziała wreszcie:

– W zeszłym roku zainstalowaliśmy kamerę. Jeśli chcecie, możemy obejrzeć nagranie z wczoraj.

– To świetny pomysł – rzuciłem.

– Chodźcie za mną.

Weszliśmy za nią do ciasnego pokoju, znajdującego się tuż przy wejściu do szkoły. Usiadła przed monitorem komputerowym, na którym pojawił się aktualny obraz z kamery. Obiektyw skierowany był na drzwi wejściowe, ale w kadrze mieścił się też fragment parkingu.

– Muszę tylko przewinąć – powiedziała Panna Suzanne.

Kliknęła kilka razy i zegar w prawym górnym rogu ekranu zaczął się cofać. Poranek zmienił się w noc, potem we wczorajszy zmrok i wreszcie w coraz bardziej słoneczne popołudnie.

Wkrótce kadr wypełnił korowód cofających się samochodów. Nie widziałem niczego wartego odnotowania, ale Alison w którymś momencie zawołała:

– Jest!

– Okej – powiedziała Panna Suzanne.

Puściła nagranie z normalną prędkością. Zegar w rogu pokazywał 15:55:06. Przez następne siedemdziesiąt dwie sekundy nic się nie działo, ale o 15:56:18 od lewej strony w kadr wjechała szara honda odyssey, która po chwili zaparkowała.

My mamy szarego minivana Hondy. Kupiliśmy go kilka lat temu z drugiej ręki, żeby Justina miała czym odbierać dzieci ze szkoły.

Nie byłem pewien, czy ta szara honda odyssey była naszą szarą hondą odyssey, ale wydawała się identyczna. Nie dało się odczytać numerów na tablicy rejestracyjnej, bo na ekranie widać było tylko prawy bok auta. Ale rozpoznałem naklejkę z nazwą szkoły z prawej strony tylnej szyby, czyli dokładnie w tym miejscu, w którym nakleiliśmy swoją.

To był albo nasz samochód – skradziony z naszego podjazdu i może później zwrócony – albo jego doskonała kopia.

Kobieta za kierownicą miała okulary słoneczne i różową czapkę, spod której wystawał jasny kucyk. Patrzyła prosto przed siebie. Mogła to być Alison, ale równie dobrze ktoś, kto się pod nią podszywał. Obraz był zbyt ziarnisty, żeby to stwierdzić.

O 15:57:13 w kadrze pojawiła się Pam i w tej samej chwili otworzyły się boczne drzwi minivana.

Musiałem stłumić jęk, widząc, jak moje dzieci, moje piękne bliźnięta, wsiadają do auta. Najpierw Sam, Emma za nim. Mało brakowało, a poprosiłbym Pannę Suzanne, żeby zatrzymała nagranie – tak bardzo chciałem dłużej je widzieć.

Jednak trzymałem język za zębami i w milczeniu patrzyłem, jak samochód wyjeżdża poza kadr. Spojrzałem na zegar. Pokazywał 15:59:45.

Dwie minuty i trzydzieści dwie sekundy – tyle czasu zajęło zrównanie naszego życia z ziemią.

– Puścić jeszcze raz? – spytała Panna Suzanne.

Jeszcze w trakcie oglądania nagrania Alison zakryła usta dłonią. Teraz ją opuściła, wyprostowała plecy i spróbowała nad sobą zapanować.

– Nie, nie trzeba – odpowiedziała. – Już i tak zajęliśmy wam dużo czasu.

– To żaden problem – zapewniła ją Panna Suzanne, chyba jeszcze bardziej zakłopotana niż wcześniej.

– Dzisiaj naszych dzieci nie będzie w szkole – powiedziała Alison.

– Nie? – zdziwiła się Suzanne.

– Oboje wczoraj dostali gorączki. Moja mama się nimi opiekuje.

– No to mam nadzieję, że szybko wyzdrowieją – odparła Suzanne.

– Dziękuję. Pójdziemy już.

Uciekliśmy na parking i dopiero tam Alison wybuchnęła płaczem, który od dawna w niej wzbierał. Podszedłem do niej, żeby ją objąć, ale ona spojrzała na mnie wielkimi oczami.

– Nie zatrzymuj się – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Nie rób scen.

Przez cały czas stała zwrócona plecami do drzwi szkoły, więc nawet gdyby Panna Suzanne patrzyła na nas przez okno swojego gabinetu, niewiele by zobaczyła.

Zresztą nie miałoby to większego znaczenia. I tak daliśmy pokaz, do jakiego zdolni mogli być tylko ludzie, którzy postradali zmysły.

Rozdział 8

Alison zadzwoniła do mnie niedługo po tym, jak wyjechaliśmy ze szkolnego parkingu.

– To nie byłam ja – powiedziała. – Nie odebrałam ich wczoraj.

– Wiem.

– Nie mogę uwierzyć, że tak po prostu wsiadły do samochodu z obcym człowiekiem. Naprawdę niczego nie zauważyły?

– Nie miały powodów do podejrzeń. Wszystko działo się tak samo jak zwykle.

– To jakiś obłęd. Już… – przerwała sobie głębokim wydechem. – Nie wiem, jak długo wytrzymam.

Miałem ten sam problem, ale to nie był dobry moment, żeby się do tego przyznawać. Jedną z niepisanych zasad rodzicielstwa jest to, że tylko jedno z dorosłych ma w danej chwili prawo zwariować.

– Wyobrażasz sobie, co muszą o nas teraz myśleć? – powiedziała Alison. – „Słuchajcie, kto odebrał nasze dzieci? Tacy z nas beznadziejni rodzice, że sami nie wiemy”. „Jak to kto? Ty, wariatko”.

– Fakt, pewnie wyszliśmy na stukniętych – przyznałem jej rację. – Ale jeśli mam być szczery, to nie jest to teraz nasz największy problem.

– Wiem – odparła cicho. – Wiem.

Właśnie skręciłem w lewo, żeby pojechać na południe drogą numer 17, czteropasmówką, wzdłuż której reklamowały się ordynarnie fast foody i hotele sieciowe, centra handlowe i banki, warsztaty samochodowe i stacje benzynowe, a wszystko to w niekończącej się pętli.

– No dobra, już cię nie trzymam – powiedziała Alison. – Odezwij się, jak tylko je odzyskasz, okej?

– Oczywiście. Nic się nie martw. Niedługo będzie po wszystkim.

Rozłączyliśmy się. Przejechałem rzekę York mostem Colemana i wjechałem na międzystanówkę numer 64. Kiedy zadzwonił mój telefon, pomyślałem, że to znów Alison, ale na ekranie wyświetliło się słowo FRANKLIN.

Przez trzynaście lat senator Blake Franklin był moim szefem. A właściwie kimś więcej. Był moim mentorem, pochlebcą, kibicem, dręczycielem, obiektem moich obsesji. Należał do tego wąskiego grona osób, które zawsze mogły mi powiedzieć, jak świetnie sobie radzę, dodając zarazem, że mógłbym sobie radzić jeszcze lepiej, a ja bezwarunkowo mu wierzyłem. Im wyżej piąłem się po szczeblach kariery i im większa odpowiedzialność spoczywała na moich barkach, tym więcej czasu spędzałem w jego biurze. Zazwyczaj zjawiałem się o szóstej rano, rzadko kiedy wychodziłem przed ósmą wieczorem, i było mi z tym dobrze. Ponad wszystko zależało mi na zdobyciu jego uznania.

A potem, jakieś pięć lat temu, nadszedł dzień Incydentu. Blake organizował konferencję prasową, na której zamierzał ogłosić założenia głośnego projektu legislacyjnego, który nazywaliśmy Ustawą o prawach i obowiązkach posiadaczy broni.

Było to, naszym zdaniem, bardzo rozsądne rozwiązanie odwołujące się do interesów obu stron sporu. Ustawa w bardzo mocnych słowach uznawała nienaruszalność drugiej poprawki do konstytucji, dającej obywatelom prawo do posiadania broni palnej, i kodyfikowała ostatnie postanowienia Sądu Najwyższego, co było poważnym ustępstwem na rzecz lobby posiadaczy broni. Zawierała też przepisy zakazujące ograniczania ilości broni przypadającej na jedną osobę; był to kolejny ukłon w stronę praworządnych obywateli, którzy chcieli po prostu żyć wolni od tyranii rządu. Ale z drugiej strony bardzo wzmacniała procedury weryfikacyjne i inne zdroworozsądkowe metody ograniczania dostępu do broni przestępcom, osobnikom stosującym przemoc wobec członków rodziny i osobom chorym umysłowo.

Pracowałem nad nią jak opętany, bo chciałem, żeby była doskonała i dzięki temu odporna na krytykę. Różne jej wersje krążyły po korytarzach Kapitolu i wszystko wskazywało na to, że cieszy się niezbędnym poparciem obu izb. Byłem dumny, że stoję ramię w ramię z Blakiem, kiedy ten przedstawiał publicznie główne założenia nowego prawa.

I właśnie wtedy jakiś wariat – czyli dokładnie ten typ, któremu chcieliśmy uniemożliwić dostęp do broni palnej – otworzył ogień.

Zanim policjanci go unieszkodliwili, zdążył oddać osiem strzałów. Blake’a jakimś cudem nie trafił ani razu. Siedem kul odbiło się od schodów budynku Senatu. Jedna uderzyła mnie w klatkę piersiową.

Lekarz powiedział mi później, że miałem niesamowity fart. Kula weszła w moje ciało pod kątem, odbiła się od żebra i wyleciała pod lewą pachą. Gdyby przeszyła mnie na wprost, miałbym poważne kłopoty. Gdyby skręciła w prawo, na pewno bym nie przeżył.

Tymczasem zabrała mi tylko kawałek mięsa i jakiekolwiek złudzenia o życiu wiecznym. Być może banałem jest stwierdzenie, że otarcie się o śmierć każe człowiekowi na nowo zweryfikować życiowe priorytety, ale w tym przypadku banał jest prawdą. Kula zamachowca zostawiła we mnie dużo więcej niż tylko blizny.

A na pewno przypomniała mi słowa mojego nieżyjącego już wtedy ojca, który mawiał, że jeszcze żaden człowiek na łożu śmierci nie żałował, że poświęcił za mało czasu na pracę. Bliźnięta właśnie skończyły roczek i w ostrym świetle szpitalnej sali zobaczyłem, że cały ten rok praktycznie przepłynął mi przez palce, bo pracowałem po czternaście godzin dziennie. Kula zamachowca mogła trafić mnie pod innym kątem i odebrać dzieciom ojca na zawsze, ale prawda była taka, że ja sam pozbawiałem ich kontaktu z drugim rodzicem na długo przed strzelaniną pod budynkiem Senatu.

Wiedziałem, że dopóki będę członkiem gabinetu senatora Franklina, nic się nie zmieni. Kiedy powiedziałem Alison, że rozważam odejście z pracy – a muszę dodać, że podjąłem tę decyzję, jeszcze zanim na dobre ocknąłem się z narkozy – rozpłakała się z radości.

Dwa dni później, wciąż leżąc na szpitalnym łóżku, wręczyłem senatorowi swoją rezygnację na piśmie. Zachował się honorowo, w czym niewątpliwie sporą rolę odegrało poczucie winy, wiedział bowiem, że kula, która mnie trafiła, była przeznaczona dla niego. Pewnie pomógł też fakt, że Franklin był ojcem chrzestnym Emmy. Wyższa instancja podpowiadała mu, że tak będzie lepiej dla mnie i mojej rodziny.

Sędziostwo było zresztą jego pomysłem. Mniej więcej w tym samym czasie zwolniło się miejsce w Norfolk, należącym do Dystryktu Wschodniego Wirginii. Byłem, mówiąc delikatnie, nietypowym kandydatem. Mało kto pamiętał, kiedy ostatni raz szeregowy pracownik gabinetu senatora został mianowany na sędziego federalnego. Od czasu stażu w Sądzie Apelacyjnym dla Czwartego Okręgu, który odbyłem, będąc świeżo po studiach, rzadko kiedy bywałem w jakimkolwiek sądzie. Ale ponieważ miałem w Senacie liczne kontakty, a dodatkowo po strzelaninie byłem obdarzony sporą dozą współczucia, moja kandydatura została zatwierdzona w głosowaniu, w którym osiemdziesięcioro ośmioro senatorów głosowało za i nikt nie oddał głosu przeciw.

Dwunastu przeciwników mianowania mnie sędzią nie odważyło się stawić w Kapitolu w dniu głosowania. Za to później robili, co mogli, żeby w zakulisowych grach storpedować ustawę, za którą niemal oddałem życie.

Od tamtej pory Blake i ja pozostawaliśmy w bliskich kontaktach. Wspólne doświadczenie zetknięcia się ze śmiercią związało nas ze sobą, jakbyśmy byli towarzyszami broni, którzy wrócili z wojny. Ale byliśmy też po prostu przyjaciółmi, lubiącymi rozmawiać o polityce i plotkować o życiu w Kapitolu.

Przez chwilę rozważałem możliwość, żeby nie odbierać telefonu, ale zbyt długo trwał w moim życiu czas, kiedy zignorowanie połączenia przychodzącego od senatora Franklina zwyczajnie nie wchodziło w grę, bym teraz mógł nie nacisnąć zielonej słuchawki; z tak głęboko zakorzenionymi przyzwyczajeniami niełatwo jest się rozstać.

– Czołem, Blake.

– Witam, panie sędzio – odpowiedział z delikatnym, południowym zaśpiewem, który od lat gwarantował mu tysiące głosów wyborców. – Nie przeszkadzam?

– Jadę samochodem. Co tam? – rzuciłem z wymuszonym luzem.

– Moi podwładni zafundowali mi właśnie wywiad z reporterem z „Wall Street Journal”.

– Na temat kampanii? – zapytałem, wiedząc, że Blake był w trakcie ostrej walki o reelekcję.

– Nie, mój drogi. Na temat ciebie. Podobno masz na wokandzie jakąś dużą sprawę.

Ledwo udało mi się utrzymać samochód na jezdni. „Wall Street Journal” interesuje się sprawą Skavrona? Czyżbym o czymś nie wiedział? Co takiego było w osobie Rayshauna Skavrona, że przyciągnęło uwagę jednej z najważniejszych gazet w Ameryce?

– Tak? – odparłem z rezerwą. – I co im powiedziałeś?

– No wiesz, to co zwykle: że w każde święta obdarowujesz znajomych dziecięcą pornografią, ale że ci to wybaczamy, bo zazwyczaj robisz to na haju heroinowym.

To był senator Franklin, którego większość wyborców nie miała szansy poznać. W normalnych okolicznościach wymyśliłbym równie sprośną ripostę, ale nie dzisiaj.

– Mam tylko nadzieję, że nie dowiedzą się o tych wszystkich łapówkach, które brałeś, bo… – Senator zamilkł, wyczuwając, że nie biorę udziału w zabawie. – Co tam? Wszystko w porządku? – zapytał.

Momentalnie zebrało mi się na płacz. Blake miał swój sposób na ludzi. Na tym między innymi polegał jego polityczny geniusz. Potrafił być prawdziwym despotą, który od swoich podwładnych wymaga bezgranicznego oddania i maksymalnego wysiłku, aż do momentu, kiedy widział, że ktoś jest bliski wyczerpania. W takich chwilach zachodziła w nim całkowita przemiana i nagle zachowywał się tak, jakby na niczym nie zależało mu bardziej niż na komforcie tej czy innej wyzutej z sił osoby.

I oczywiście zapragnąłem mu się wyżalić, jak to już wiele razy w życiu robiłem. Moi rodzice zmarli w rocznym odstępie, kiedy oboje mieli po sześćdziesiąt kilka lat, a ja byłem trzydziestoparolatkiem. Blake się mną wtedy zaopiekował i od tamtej pory właściwie zastępował mi ojca.

Udało mi się jednak opanować to silne pragnienie podzielenia się z nim naszymi problemami.

– Tak, tak. Przepraszam – odparłem. – Mam mały zamęt w głowie przez tę rozprawę.

– No cóż, powiedziałbym, że rozumiem, tyle że oczywiście nie rozumiem. Chyba nie dałbym rady w twoim fachu. Dużo łatwiej jest podejmować decyzje, kiedy się wie, że odpowiedzialność za ewentualną wpadkę rozłoży się na co najmniej pięćdziesiąt innych osób.

– Wielkie dzięki – powiedziałem i żeby zmienić temat, dodałem: – U was wszystko dobrze?

Rozgadał się przez chwilę o żonie i dzieciach (miał dwie córki, obydwie szczęśliwie wprowadzone w dorosłość). Ale zaraz potem skierował rozmowę z powrotem na swój wywiad dla „Wall Street Journal”, żeby mnie zapewnić, że powiedział dziennikarzowi wyłącznie dobre rzeczy na mój temat. Potem zapytał:

– A jak tam moja chrześnica?

Głos utknął mi w krtani, ale udało mi się wydusić z siebie:

– Wspaniale. Dziękuję.

– No dobra – rzucił na zakończenie. – Pozdrów Alison i bliźniaki.

Rozdział 9

W dniu ogłaszania wyroku w moim biurze, które mieści się w zachodnim skrzydle czwartego piętra Sądu imienia Waltera E. Hoffmana, panuje zawsze charakterystyczna atmosfera.

Moi podwładni są cichsi, nastrój jest poważniejszy. Jest to zrozumiałe dla każdego, kto choć raz widział, jak wygląda więzienie federalne. Są to koszmarne instytucje, mające na celu odczłowieczenie przebywających w nich osób. A jeśli się spojrzy na nasz wskaźnik inkarceracji, który jest średnio siedem razy wyższy niż w innych krajach, wyższy nawet niż w Związku Radzieckim za Stalina, to trudno nie uznać, że coś jest nie tak ze społeczeństwem wysyłającym tak wielu swoich obywateli za kratki.

Jednak moja praca polega również na tym. Nie jest to mój ulubiony aspekt bycia sędzią i moi podwładni o tym wiedzą. W dni takie jak ten zazwyczaj dostaję od nich trochę więcej przestrzeni dla siebie.

Dlatego też, kiedy szedłem do naszej niewielkiej kuchni, żeby nalać sobie kawy, zdziwiłem się, gdy usłyszałem, że Jeremy Freeland woła mnie ze swojego pokoju.

– Panie sędzio, ma pan chwilę?

Jeremy był mężczyzną prawie czterdziestoletnim, przystojnym i zawsze nienagannie wypielęgnowanym, o włosach w kolorze piaskowego blond i błękitnych oczach. Biegał co najmniej trzydzieści kilometrów tygodniowo i był dzięki temu idealnie szczupły. Nosił garnitury szyte na miarę i kolorowe krawaty, które doskonale pasowały do reszty jego stroju.

Wszystko to, łącznie z jego lekko zniewieściałym usposobieniem i wiecznym statusem kawalera, kazało mi podejrzewać, że jest gejem, choć nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Pozew, który unieważnił zakaz małżeństw homoseksualnych w Wirginii, tak zwana sprawa Bostica, był rozpatrywany w naszym sądzie. Powiedziałem wtedy Jeremy’emu, że moim zdaniem sędzia wydał sprawiedliwy wyrok, który był od dawna wyczekiwanym tryumfem w walce o prawa obywatelskie w Ameryce. Jeremy odpowiedział zupełnie beznamiętną analizą czternastej poprawki do konstytucji.

Oficjalnie w moim gabinecie pełnił obowiązki „sekretarza sądu”, ale to pierwsze słowo było w jego przypadku mylące. Jeremy był adwokatem, którego wieloletnie doświadczenie nie raz ratowało mnie przed utratą twarzy. Wiele zasad rządzących pracą sądu federalnego ma charakter nieformalny. Są one owocem rozwijającej się przez dekady powszechnej praktyki sądowej i kiedy odchodziłem z Senatu, większości z nich nie pamiętałem. Jeremy był moją tajną bronią i często to dzięki niemu robiłem na ludziach wrażenie dużo bardziej obeznanego w procedurach, niż w rzeczywistości byłem.

Wcześniej pracował dla sędziego Sądu Apelacyjnego dla Czwartego Okręgu, a kiedy ten przeszedł na emeryturę, zgodził się wrócić na niższy szczebel sądu dystryktowego, bo widział ciekawe wyzwanie w pracy dla nowicjusza, który nie poradziłby sobie bez jego pomocy. Robił dla mnie kwerendy, organizował pracę młodszych asystentów, pisał niektóre z co bardziej rutynowych werdyktów i doradzał przy tych bardziej złożonych. Wielokrotnie mu mówiłem, że jest najlepszym sekretarzem w historii Dystryktu Wschodniego Wirginii, i wcale nie przesadzałem.

Stanąłem w progu jego pokoju, o który Jeremy dbał z takim samym pietyzmem jak o swój wygląd. Rośliny doniczkowe traktował jak zwierzęta domowe, a prawdziwe zwierzęta – dwie rybki o imionach Thurgood i Marshall, na cześć jego ulubionego sędziego Sądu Najwyższego – traktował jak własne dzieci.

– Przepraszam, że przeszkadzam – powiedział – ale powinien sędzia wiedzieć, że dziś rano dzwonił reporter z „New York Timesa”. Powiedziałem mu, że nie zamierza sędzia komentować sprawy, mimo to zapytał, czy może porozmawiać nieoficjalnie. Odmówiłem mu, ale chciałem tylko, żeby sędzia o tym wiedział.

Najpierw „Journal”, teraz „Times”? Najwyraźniej było w Skavronie coś, o czym nie wiedziałem.

– Słusznie – odparłem. – Dziękuję.

– Dzwonił też niejaki Steve Politi z portalu PulsMinus.com. To jakiś blog finansowy prowadzony przez tego Politiego. Puls, nie plus, niby że śledzą sytuację na rynkach. Zajrzałem tam i z tego, co się zorientowałem, to najwięcej tam plotek i insynuacji. Taki trochę brukowiec dla finansistów. Facet twierdzi, że ma ponad dwa miliony unikalnych kliknięć w miesiącu.

Ale co go obchodził Skavron?

– Okej. Nie będziemy komentować – powiedziałem.

– Oczywiście.

Przez chwilę patrzyłem na stojący na jego biurku monitor wyświetlający obraz z kamery zainstalowanej na korytarzu. Przypadkowy gość nie byłby w stanie tego zauważyć, ale gmach naszego sądu, wybudowany w czasach Wielkiego Kryzysu i sprawiający wrażenie nietkniętego od tamtych lat, był w rzeczywistości naszpikowany kamerami. Dzięki nim sędziowie mieli doskonały podgląd wszystkich korytarzy w budynku. Dzięki temu, jeśli ktoś chciał do nas wejść, nie mógł tego zrobić, nie zostawszy uprzednio dokładnie zlustrowany od stóp do głów. Monitor stał u Jeremy’ego, bo moja sekretarka Joan Smith nie chciała go mieć na swoim biurku.

W tym konkretnym momencie – jak zresztą przez większość czasu – korytarz był pusty. Ale i tak gapiłem się w monitor. W mojej głowie też było pusto.

Podziękowałem Jeremy’emu pod nosem i poszedłem po kawę, po czym wróciłem do swojego gabinetu i spróbowałem zrobić to, co zwykle robiłem przed wydaniem wyroku: punkt po punkcie przejrzeć jeszcze raz akta sprawy i kolejny raz upewnić się co do słuszności kary, jaką zamierzałem wymierzyć.

Ale tego ranka nie potrafiłem się skupić. Gapiłem się na szczerbaty budynkami horyzont centrum Norfolk, co było moim nawykiem, ilekroć się nad czymś zastanawiałem. Tyle że tego dnia byłem w stanie myśleć tylko o moich dzieciach.

Odsunąłem od siebie przykre obrazy i skoncentrowałem się na czymś przyjemniejszym: porannym rytuale, jaki Sam i Emma wypracowali sobie w ostatnich miesiącach. Sam wstawał jako pierwszy, ale nigdy nie schodził na dół bez siostry. Bawił się w swoim pokoju i czekał, aż Emma go zawoła.

Był to dla niego sygnał, że może wejść do jej sypialni. Zazwyczaj trochę się przytulali – dawniej spali w jednej kołysce, więc przywykli do bliskości – dopóki Emma nie oznajmiła, że jest gotowa zejść, a wtedy Sam, który był od swojej siostry wyższy o kilka centymetrów i o jakieś pięć kilo cięższy, brał Emmę na plecy i schodził na czworaka do salonu na parterze.

Było to takie urocze, że musieliśmy z Alison powstrzymywać się przed pianiem z zachwytu. Czasem zostawaliśmy w łóżku trochę dłużej, żeby słuchać ich rozmów, albo skradaliśmy się do drzwi naszej sypialni i stamtąd ich podglądaliśmy.

Właśnie upajałem się tym wspomnieniem, kiedy zawibrowała moja komórka. Wyjąłem aparat z kieszeni i zobaczyłem na ekranie imię Alison.

– Cześć – powiedziałem.

– Justina ma perukę.

– Słucham?

– Justina ma blond perukę – powtórzyła, podkreślając dwa ostatnie słowa, jakby ich znaczenie było oczywiste. – Znalazłam ją w domu gościnnym. W jej szafie.

– Czekaj, nie rozumiem. Justina ma w szafie perukę. I co w związku z tym?

– Po co jej blond peruka?

Justina była brunetką. Innych szczegółów jej wyglądu celowo starałem się nie zauważać. Jeśli jest się żonatym mężczyzną w średnim wieku i mieszka się niemalże pod jednym dachem ze studentką, najlepiej jest nie zwracać na nią większej uwagi.

– Nie mam pojęcia – powiedziałem. – A ty myślisz, że…

– Założyła ją, żeby się pode mnie podszyć przy odbieraniu dzieci ze szkoły? Tak.

Zastanowiłem się, na ile faktycznie mogłaby w ten sposób kogoś oszukać. Od szyi w dół Justina była bez wątpienia podobna do mojej żony. Są mniej więcej tego samego wzrostu i mają podobną, smukłą sylwetkę. Justina pochodziła z kraju leżącego na granicy dwóch kontynentów, ale jej uroda miała zdecydowanie więcej akcentów europejskich niż azjatyckich. Czy peruka, czapka i ciemne okulary mogły wystarczyć, żeby Pam wzięła ją za Alison przez te parę sekund, kiedy drzwi hondy były otwarte?

– Ale zaraz, po co miałaby udawać ciebie? – zapytałem. – Przecież jest na liście. Odbiera Sama i Emmę częściej niż ty i ja razem wzięci.

– Tak, ale wiedziała, że musiałaby się podpisać, i gdybyśmy zobaczyli jej nazwisko przy wczorajszej rozpisce, podejrzenie padłoby na nią.

– No dobra, i co dalej? Dlaczego Justina miałaby pomagać dilerowi, którego prawie na pewno nigdy nie widziała na oczy?

– Nie możesz być tego pewien. Tak naprawdę jej nie znamy, nie wiemy, co robi i z kim się zadaje, kiedy nie opiekuje się dziećmi.

– W sumie racja.

– Przyszły mi do głowy dwa scenariusze – powiedziała Alison. – Pierwszy: jest narkomanką i tak poznała tego… bandziora.

Błyskawicznie przebiegłem w myślach przez wszystkie swoje kontakty z Justiną. Nic w nich nie wydało mi się podejrzane, ale na sali sądowej widziałem nieraz, jak przebiegli potrafią być narkomani.

– Drugi, bardziej prawdopodobny scenariusz jest taki – ciągnęła Alison – że ktoś ją zmusił do współpracy. Nie wiem, może grożąc jej albo jej rodzicom. Nie myślałam o tym aż tak szczegółowo. Ale zastanów się, kto inny ma kluczyki od hondy?

Wstałem i podszedłem do okna. Rodzice Justiny mieszkali w Turcji, ale międzynarodowe kartele narkotykowe mają długie macki. Ktoś, komu zależało na Skavronie, mógł się do nich dobrać.

– Okej, to co chcesz zrobić? – spytałem.

– Wysłałam jej esemesa, że nie musi dzisiaj odbierać dzieci. Pomyślałam, że się tym zajmiemy, jak już odzyskamy Sama i Emmę. Tymczasem przejrzę resztę jej rzeczy, może znajdę coś jeszcze. Jakąś gotówkę albo prochy.

– Dobra. Dawaj znać, jakby co.