Siedmiopiętrowa pagoda. Antologia opowiadań współczesnych pisarzy chińskich - Opracowanie zbiorowe - ebook
Opis

Kiedy ojczulek Tang opuszczał mieszkanie, jego żona karmiła akurat kury na podwórzu. Wyszedłszy przed bramę, natknął się na Ahu – sąsiada z pierwszego piętra, który jak zwykle majstrował coś przy swojej furgonetce. […] Na widok Tanga uśmiechnął się od ucha do ucha i zawołał: Drugi wujaszku! Choć właśnie tak nakazywały reguły starszeństwa, choć w przeszłości Ahu zwracał się już do niego w ten sposób, Tang wyraźnie przestraszył się tego okrzyku. […] Z początku sądził, że to zakłopotanie było powodem nietypowej dla Ahu grzeczności, […] ale kiedy w parę godzin później wrócił do mieszkania, zrozumiał jak bardzo się mylił. Któż by pomyślał, że pod jego nieobecność w domu zdarzy się taka tragedia?

Siedmiopiętrowa pagoda – fragment opowiadania

Samotna, stara pagoda – jedyna pozostałość po dawnych czasach, wypełniająca nieznośną ciszę melodyjnym dźwiękiem dzwonków – do czasu… Tajemnicze zgony gołębi w zasnutym smogiem Pekinie. Niezwykła przyjaźń starej śpiewaczki operowej i ubogiego chłopca, doniosła rola zupy z kiszonki na zachodniochińskiej wsi, codzienne bolączki nocnej zmiany komisariatu policji oraz rozwiązanie zagadki, jak też można zasłużyć sobie na przydomek „Zdechł Ptak”. Te i inne, niezwykle różnorodne wątki znajdziemy w niniejszym tomiku, zawierającym perełki spośród współczesnych opowiadań chińskich, stworzone przez czołowych pisarzy Kraju Środka. To niezwykła podróż przez różne zakątki Chin – nowoczesnych, a jednak wciąż tak tradycyjnych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 436

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Anthology of Chinese Modern Writers
Redakcja i korekta: ANNA ZIELIŃSKA-HOŞAF
Skład i łamanie: ROCH Wojciech Ochocki
Projekt okładki: SERVET HOŞAF
© China Writers Association 2019 © 中国作家协会 2019 Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Akademickie DIALOG, 2019
ISBN e-pub 978-83-8002-817-3
ISBN mobi 978-83-8002-816-6
Wydanie elektroniczne, Warszawa 2019
Wydawnictwo Akademickie DIALOG Spółka z o.o. 00-112 Warszawa, ul. Bagno 3/218 tel./faks (+48 22) 620 87 03 e-mail:[email protected] WWW:www.wydawnictwodialog.pl
Konwersja:eLitera s.c.
.

Zespół tłumaczy języka chińskiego:

Marcin Jacoby

Maria Jarosz

Kacper Kamiński

Katarzyna Sarek

Andrzej Swoboda

Agnieszka Walulik

Nota transkrypcyjna

Wszystkie imiona oraz terminy chińskie zapisane są zgodnie z obowiązującą obecnie transkrypcją pinyin:

sh, ch, zh

czytamy jak polskie sz, cz, dż

x, q, j

czytamy jak polskie ś, ć, dź

w

czytamy jak polskie ł

r

czytamy jak polskie ż

-ui

czytamy jak polskie -łej (nazwisko Kui należy wymawiać „Kłej”)

-ong

czytamy jak polskie -ung (nazwę dynastii Song należy wymawiać „Sung”)

-iu

czytamy jak polskie -oł (nazwisko Liu wymawiać należy „Lioł”).

Yan Jingming

Bogactwo i rozmaitość chińskich opowieści

przełożyła M. Kosakowska

Wprowadzenie

Literacka Nagroda im. Lu Xuna, nazwana tak na cześć jednego z najwybitniejszych pisarzy Kraju Środka (żył w latach 1881–1936), to prestiżowe wyróżnienie przyznawane przez Stowarzyszenie Pisarzy Chińskich. Po wprowadzeniu polityki otwarcia Chin na świat oraz licznych reform dokonanych w różnych dziedzinach, Literacka Nagroda Lu Xuna, a także kolejne jej podobne, znacząco wsparły rozwój literatury oraz odegrały istotną rolę zarówno w kreowaniu nowych trendów literackich, jak i w promowaniu klasycyzacji współczesnej literatury chińskiej. Do dziś odbyło się siedem edycji przyznania Literackiej Nagrody im. Lu Xuna, a wyróżnienie to otrzymały łącznie 264 dzieła literackie. Dotychczasowi laureaci oraz ich utwory to absolutna czołówka literatury chińskiej. Nagroda cieszy się ogromnym prestiżem zarówno w chińskich kręgach literackich, jak i wśród rzesz czytelników. To najlepsze świadectwo rozkwitu i bogactwa współczesnej literatury Kraju Środka.

Dziesięć spośród opowiadań zebranych w niniejszym tomie uhonorowanych zostało Literacką Nagrodą im. Lu Xuna – trudno o lepsze świadectwo osiągnięć twórczych współczesnej literatury chińskiej ostatniego dziesięciolecia oraz poziomu artystycznego chińskich opowiadań. Te utwory o bardzo różnej tematyce mają wspólny mianownik – ilustrują olbrzymie przemiany, jakie obecnie zachodzą w Chinach, ukazują życie przeciętnego człowieka w obliczu tychże przemian, proces przeobrażania się ludzkich uczuć i poglądów, ale także dążenie do oddania prawdziwego piękna przy pomocy sztuki słowa. Dla czytelników dzieła te mogą stanowić umysłowy pokarm, pozwalający pogłębić oraz poszerzyć wiedzę o życiu codziennym w Chinach.

Opowiadania te pochylają się nad światem przeżyć wewnętrznych zwyczajnych ludzi. „Na wstecznym biegu” autorstwa Huang Yongmei to utwór pisany z perspektywy lusterka wstecznego kierowcy ciężarówki – ojca rodziny, bohatera opowiadania. Odzwierciedla specyfikę pracy i drogę zawodową kierowcy na tle zachodzących w ogromnym tempie przemian. Z kolei motywem przewodnim opowiadania Ma Jianlian „Rok 1987: zupa jiangshui i kiszone warzywa”, są dwie pozornie proste, tradycyjne domowe potrawy. Utwór ten bardzo blisko wiąże się z ziemią, uchwytuje, opisuje i doskonale ilustruje obraz życia prostych ludzi zamieszkujących wiejskie tereny zachodnich Chin; wyraża zarówno ich codzienny trud przetrwania, jak i blask i ciepło głębi ludzkiej natury.

Opowiadania te napisane zostały w nurcie realizmu. „Siedmiopiętrowa pagoda” autorstwa Zhu Hui wyraziście nakreśla ekonomiczne, kulturowe i etyczne nurty przedstawione poprzez sąsiedzkie konflikty na chińskiej wsi, widziane z perspektywy siedemdziesięcioletniego literata. Feng Jicai w „Niezwykłych ludziach codziennego życia” powraca do tradycji opowiadań traktujących o chińskich legendach, lokalnej wiedzy i zwyczajach. Opowiada o relacjach międzyludzkich oraz mądrości ludowej. „Pasy rosyjskich żołnierzy” autorstwa Ma Xiaoli opisuje z kolei, jak to różnice dotyczące bagażu kulturowego, obyczajów oraz tradycji wojskowych prowadziły do nieporozumień w kontaktach pomiędzy żołnierzami armii chińskiej i rosyjskiej podczas wspólnych ćwiczeń. Świetnie ukazuje dylematy moralne w sytuacji, gdy sztywne wojskowe zasady stają w sprzeczności ze zwykłą ludzką etyką.

Opowiadania te stawiają kluczowe pytania dotyczące natury ludzkiej. „Patrol” Yan Zhou wprowadza nas w codzienne ludzkie zmagania przedstawione z perspektywy policjanta, który nie unikając tematu mroku oraz pustki w sercu człowieka, z uporem i cierpliwością posługuje się każdym przejawem życia do wyjaśnienia własnej natury, aby całościowo ocenić nasz świat. Uczy się wiele na temat odpowiedzialności, ocalenia duszy... oraz że nie wszystko jest wyłącznie czarne lub białe. „Kadzielnica” Ye Mi jest natomiast zupełnie innym w swym wyrazie, poetyckim, trafiającym prosto do serca dziełem. Odkrywa bogaty, głęboki świat kobiecego wnętrza, subtelnie dryfując po emocjach; pyta o tajemnicę ukrytą na dnie ludzkich serc. W opowiadaniu zawarta jest nadzieja autorki, że natura ludzka ukaże w końcu swe ciepłe i piękne oblicze. „Piękna noc” autorstwa Zhang Chu w skrupulatny i jednocześnie prosty sposób opisuje z kolei poruszającą, głęboką więź pomiędzy pewną znużoną wzlotami i upadkami życia staruszką ze sporym bagażem doświadczeń a chorującym na AIDS chłopcem, który stracił rodziców. W relację między samotnymi bohaterami stopniowo wkrada się coraz silniejsze uczucie, wyłania się też coraz rzadziej okazywana dziś szlachetność.

Każde z opowiadań ukazuje, że człowiek skrycie dąży nie tylko do spełnienia swych codziennych potrzeb, ale także zaspokojenia potrzeb duchowych. Xu Zechen w „Jeśli śnieg zasypie drzwi”, posługując się szczegółowym, ozdobnym językiem oraz nieprzeciętną wyobraźnią, opowiada historię o przeplatających się wzajemnie snach i rzeczywistości, ciepłych uczuciach i krzywdzie, wolności i ograniczeniach. Z przedstawionej rzeczywistości wyłania się silne pragnienie przemian, tak jak wybrakowana, zabałaganiona ulica oczekująca na przykrycie białym śniegiem, tak jak wyciągnięte na ziemi, martwe ciała gołębi, niby oczekujące ponownie na rozwinięcie skrzydeł... Na opowiadanie „W moim namiocie zamieszka pokój” autorstwa Ye Zhou składają się natomiast wzajemnie uzupełniające się, drobiazgowe opisy krajobrazu płaskowyżu oraz wyrafinowane portrety mentalności opisanych postaci, pełne dziecięcych, ale coraz to bardziej dojrzałych uczuć oraz niezwykle uduchowionego świata, gdzie wędrówka dusz to po prostu kolejna droga w życiu. Każde z opowiadań zgromadzonych w tym zbiorze jest swoistą wizytówką literatury chińskiej. Obecnie znajduje się ona na etapie prężnego rozwoju. Pisarze pragną tworzyć coś nowego, coś wyjątkowego. Współczesna literatura chińska jest nieustannie otwarta na czerpanie z esencji obcych kultur, nowe koncepcje literackie czy metody tworzenia. Jednocześnie jednak chińscy pisarze coraz bardziej zagłębiają się w klasykę rodzimej literatury, doceniają wagę jej charakterystycznych cech i wyjątkowych motywów. Dzisiejsze czasy obfitują w błyskawiczne zmiany. Czytając te opowiadania, uświadamiamy sobie, jak olbrzymie przemiany zachodzą we współczesnych Chinach, i to w zaskakującym tempie. Wprowadzane są śmiało, często z rozmachem. Jednocześnie można dzięki nim odczuć, jaką otwartością cechują się umysły współczesnych chińskich autorów, jaki podniosły i wyrafinowany charakter mają ich opisy codziennych chińskich doświadczeń. Utwory te pozwolą także uświadomić sobie, jak olbrzymi wkład w dzieje i losy ludzkości mają duchowe dążenia Chińczyków. Tłumaczenie literatury jest ważnym kanałem wymiany literackiej. Przekład tych wybitnych chińskich opowiadań, dzięki któremu Czytelnik w odległej Polsce będzie miał okazję posmakować naszych perełek literackich, jest przedsięwzięciem budzącym radość. Sam Lu Xun z zaangażowaniem tłumaczył wiele wspaniałych europejskich dzieł; wyjątkowo uwielbiał polską literaturę, osobiście tłumaczył dzieła znanych polskich pisarzy, takich jak Henryk Sienkiewicz czy Adam Mickiewicz, a także przedstawił ówczesnym chińskim czytelnikom dzieła Władysława Reymonta, Adama Asnyka, Marii Konopnickiej, Juliusza Słowackiego, Zygmunta Krasińskiego, Bolesława Prusa, Stefana Żeromskiego i innych polskich autorów. Jednocześnie opowiadania Lu Xuna są najwcześniej przetłumaczonymi i zaprezentowanymi w Europie dziełami współczesnej literatury chińskiej. Nakładem Wydawnictwa Dialog ukazały się m.in. dwujęzyczne, polsko-chińskie, zbiory opowiadań tego wybitnego twórcy.

Wierzę, że z biegiem czasu chińscy autorzy z pewnością będą tworzyć jeszcze bardziej treściwą, wieloaspektową, pełną wyrazu, wybitną literaturę, chiński głos będzie jeszcze wyraźniej słyszany, a chiński system wartości – lepiej wyjaśniony. Mamy nadzieję, że dzięki pomostowi, jakim są tłumaczenia, coraz więcej wybitnych dzieł literatury chińskiej będzie znanych na świecie, oraz że przypadną one do gustu polskim czytelnikom.

Niech zaprezentowane w niniejszym tomie opowiadania przybliżą Polakom dalekie Chiny – zwłaszcza w przypadającą właśnie 70. rocznicę nawiązania polsko-chińskich stosunków dyplomatycznych, z okazji której pragnę złożyć Polakom wyrazy szacunku!

Adnotacja: Yan Jingming jest wiceprzewodniczącym oraz sekretarzem Stowarzyszenia Pisarzy Chińskich, a także znanym krytykiem literackim.

Huang Yongmei

Na wstecznym biegu

tłumaczenie A. Walulik

Mój ojciec urodził się w 1949 roku. Dawniej powtarzał wszem wobec, że jest równolatkiem Chińskiej Republiki Ludowej. Ale od dawna już nie słyszałam tych słów z jego ust. Przed emeryturą pracował jako kierowca ciężarówki, ciągle jeździł w długie trasy. Zawód kierowcy cieszył się wtedy dużą popularnością; określano go mianem jednego z „trzech skarbów” – pozostałymi były stanowiska ekspedienta w sklepie spożywczym oraz tkacza. Opowiadając o tamtych złotych czasach, ojciec zawsze się przechwalał, że zajechał aż po Tybet – zaraz potem obowiązkowo zaczynał śpiewać: „Yalasuo, hej tam, na wyżynie...”. Bóg jeden wie, kiedy dokładnie tam był. Ale jeśli ktoś zaczynał wypytywać, jak właściwie wygląda autostrada tybetańska, ojciec od razu milkł i tylko raz po raz mruczał pod nosem: „Yalasuo”, jakby drogi jego pamięci ciągnęły się w nieskończoność, on zaś jeszcze dociskał pedał gazu i pędził, pozostawiając rozmówcę daleko w tyle, za jakimś zakrętem, tak że nie widać go było nawet we wstecznym lusterku.

Kierowcy ciężarówek dostawczych jeździli zwykle ze spuszczonymi szybami, podwiniętymi rękawami i przepoconymi ręcznikami zarzuconymi na ramiona; kręcili kierownicami, charcząc przez okna albo ciskając przekleństwami, które zaraz porywał wiatr. Ojciec w niczym ich nie przypominał. Nawet jadąc w najdłuższą trasę, zawsze dbał o schludny ubiór, co najwyżej rozpinał pierwszy guzik koszuli. Drugi jednak koniecznie musiał być zapięty, żeby kołnierzyk prosto się układał. Pasek spodni zaciągnięty był na drugie lub trzecie oczko i ojciec nigdy go nie rozpinał, nawet jeśli przez długie godziny nie wstawał zza kierownicy. Na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy rozpoczynała się moda na pianki do włosów, zawsze miał jedno opakowanie w pogotowiu, żeby nie groziło mu rozwianie fryzury przez wiatr. Ludzie mówili, że wygląda raczej jak kierowca na paradzie, a jego furgonetka była niczym gwardia honorowa, którą wiódł szosami i autostradami przez góry. Pamiętam doskonale, że w jego szoferce wisiała mała ramka, lecz nie znajdowały się w niej typowe amuleciki na szczęście ani portret przewodniczącego Mao, tylko jego własne czterocalowe zdjęcie, wykonane w latach osiemdziesiątych przez profesjonalny artystyczny zakład fotograficzny o nazwie „Tęcza”. Artyzm krył się w tym, że podbarwiali czarno-białe fotografie i retuszowali je, przyczerniając brwi, dodając czerwieni na wargach i malując koszule na błękit. Ojciec siedział w telepiącej się szoferce i obserwował rozciągającą się przed nim drogę, zerkając co chwilę na artystyczne zdjęcie tuż przed swoim nosem – nie wiem, o czym wtedy myślał, ale na jego twarzy malował się taki sam uśmiech jak na fotografii – i dalej mknął do celu, wielce zadowolony z siebie. Nie prowadził szybko. Mawiał, że jak by nie pędził, i tak nie przegoni chmur na horyzoncie; w jednej chwili wyglądają tak, a w drugiej zupełnie inaczej, więc po co się spieszyć? I faktycznie się nie spieszył. W trasie zdawał się nie odczuwać upływu czasu i za każdym razem, kiedy po powrocie do domu spoglądał w kalendarz, drapał się po głowie, dziwiąc się, jak szybko zleciał mu miesiąc. Później na lekcjach fizyki w szkole nauczyłam się o ruchu względnym: czas płynął, ale i ojciec nie tkwił w jednym miejscu, a więc upływ godzin był dla niego niezauważalny.

Matka tymczasem siedziała w domu i zajmowała się mną i moim starszym bratem, a jej życie toczyło się w takim samym rytmie, jak życie rodziny mieszkającego po sąsiedzku pana Wanga, który pracował w drukarni – tutaj czas stawał się odwrotnie proporcjonalny, wydawał się jednocześnie i pędzić, i przeciągać. Matka często wzdychała z niepokojem:

– A co, jeśli ojciec miał w drodze jakiś wypadek?

W tamtych czasach nie było jeszcze telefonów komórkowych, więc skazani byliśmy na czekanie, aż ojciec zadzwoni z jakiejś przydrożnej stacji benzynowej i da znać, że nic mu nie jest – czasami miało to miejsce bladym świtem, czasami w środku nocy. Dopiero potem zdałam sobie sprawę, że matka najbardziej obawiała się tego, że ojciec pozna w trasie jakąś kobietę. Po namyśle musiałam przyznać, że kiedy ruszał w drogę wyszorowanym na błysk samochodem, w swoim porządnym ubraniu, faktycznie bardziej przypominał amanta wybierającego się na randkę. Poza tym obawy matki nie były bezpodstawne. Gdy ojciec miał czterdzieści lat, naprawdę zdarzyło mu się wykoleić. Mogę mówić o tym otwarcie, bo na naszej ulicy każdy, kto tylko przemieszkał tam jakiś czas, i tak doskonale pamięta ten incydent. Było to pewnej śnieżnej nocy. Nagle rozległ się nieprzerwany, przeciągły odgłos klaksonu, jakby wycie szaleńca albo syrena policyjna – cała okolica się obudziła i podobno sporo osób wyskoczyło nawet z łóżek, chcąc pędzić do schronów przeciwlotniczych. Dopiero po chwili stało się jasne, że to tylko jakaś ciężarówka zatrzymała się pod naszym domem na samym środku ulicy, na włączonych światłach, i trąbiła przeraźliwie. Można było odnieść wrażenie, że to właśnie ten klakson przyzywa z nieba płatki śniegu, które opadały delikatnie i z drżeniem na ziemię. Ludzie wpatrywali się w ogromny pojazd, który pojawił się nie wiadomo skąd, i ze zdumienia nawet nie uskarżali się na hałas, tylko wyciągali głowy i gapili się na niego jak na ranne i wyjące z bólu dzikie zwierzę.

Ciężarówka trąbiła tak nie wiadomo ile czasu, aż nagle niespodziewanie ucichła i zgasiła światła. Dopiero wtedy gapie zorientowali się, że od przodu podjechała do niej furgonetka ojca. Wszyscy wpatrywali się jak zahipnotyzowani w zwrócone maskami do siebie pojazdy. Wreszcie furgonetka ojca zapaliła, wydała z siebie westchnienie i podpełzła odrobinę do przodu, a ciężarówka zaczęła powoli się cofać, aż w końcu wyjechała z ulicy, zawróciła na rondzie i pomknęła na północ miasta. Furgonetka ojca spokojnie podążyła za nią na zapalonych światłach, które oświetlały jej drogę. I tak obie wyjechały, jedna za drugą, aż na autostradę.

Śnieg jaśniejący w ich światłach miał własną pamięć i kiedy zamarzł, zamknął w sobie ich wspomnienie. Ślady opon obu pojazdów a to na siebie nachodziły, a to się rozdzielały. Lśniły wyjątkowo jasno, a matka deptała je, chodząc w tę i z powrotem. Kiedy nadszedł świt, ojciec wrócił. Tak samo jak po powrocie z długiej trasy, obmył się gorącą wodą, zaczesał włosy do tyłu, po czym padł na łóżko i spał przez wiele godzin.

To był jedyny raz, kiedy widziano u nas tamtą ciężarówkę, i potem wszyscy powtarzali w kółko nie bez żalu, jaka to szkoda, że światła samochodu tak jasno świeciły, bo na ich tle nie było widać tej Syczuanki w szoferce.

– Ładna była? – pytała często matka, lecz ojciec nigdy nie odpowiedział wprost. Dla niego to pytanie było jak przeszkoda na jezdni: ściskał wtedy kierownicę i objeżdżał ją bokiem.

– Po co ciągle wypytywać o takie drobiazgi, w końcu mamy teraz nowe czasy, a ja urodziłem się w tym samym roku, co Nowe Chiny – mówił pewnym i zdecydowanym głosem, wymigując się od odpowiedzi.

– A co, w nowych czasach wolno niby robić takie świństwa? – pytała matka i oczy jej czerwieniały.

– No dobrze już, dobrze. Było, minęło. To było osiemnaście zakrętów temu, przecież to wszystko już przeszłość, prawda? – próbował ją ułagodzić ojciec.

Nikt z nas nigdy nie widział „Syczuanki”, czyli jego kochanki z dalekich stron.

Matka też miała w życiu jednego kochanka, ale był to związek na odległość. Kiedy ojciec wyjeżdżał w dalekie strony na siedem czy dziesięć dni, rozkładała na poduszce jego stary szary sweter i wsuwała dłonie w rękawy. W ten sposób miała wrażenie, jakby tuliła się do piersi ojca i trzymała go za rękę. Jednak kiedy ojciec wracał, ów daleki kochanek dziwnym sposobem nagle znikał, ona zaś zaczynała w kółko narzekać i po jej serdecznej tęsknocie nie zostawał nawet ślad. Często po posiłku odsyłała nas od stołu i kazała siadać do lekcji, a sama robiła ojcu wyrzuty nad pustymi talerzami i brudnymi miseczkami. Wszystko sprowadzało się zasadniczo do tego, że jej zdaniem ojciec nie dbał o rodzinę: jeździł sobie po kraju, wolny jak ptak, a ona tkwiła w domu sama jedna i zajmowała się dziećmi. Ojciec nie unikał tych rozmów: siedział przy niej spokojnie, zapalał papierosa, a po chwili brał zużytą zapałkę i kciukiem oraz palcem wskazującym odłamywał zwęgloną główkę – tym sposobem powstawała wykałaczka, którą dłubał sobie w zębach. Narzekania matki wpadały mu do głowy jednym uchem i wypadały drugim, równie nieznaczące jak to, co wydłubał z zębów.

Od czasu do czasu postanawiał jednak zmierzyć się z którąś z tych „przeszkód na jezdni” i zaczynał się bronić.

– Jaki tam wolny ptak? Myślisz, że to takie przyjemne siedzieć całymi dniami za kierownicą? Może sama spróbujesz?

Matka milkła na chwilę, w duchu przyznając mu rację, lecz potem uparcie brnęła dalej:

– Może i nieprzyjemne, ale na pewno nie męczysz się tak jak ja: sama jedna, a tu trzeba i do pracy pójść, i dwójką dzieci się zająć. Ty w trasie o nic nie musisz się martwić, sam i się najesz, i ubierzesz ciepło, rodzina nie głoduje...

– Jakie „nie muszę się martwić”! Co, że niby nie mam za sobą żadnego ogona?

Matka nie widziała bowiem nic poza mężem pędzącym w siną dal w swojej wspaniałej szoferce – zupełnie zapominała, że ma on przecież pod opieką cały ładunek furgonetki. To zamykało jej usta. Wtedy zaś ojciec wstawał, klepał ją po ramieniu i dodawał łagodnie:

– No i jakie tam „sam”? Przecież ciągnę za sobą cały traktor.

Matka milkła zupełnie i jej ramiona powoli się rozluźniały.

Bo tym traktorem była nasza rodzina; ojciec często powtarzał, że matka jest maską, mój starszy brat – lewym kołem, a ja – prawym.

Kiedy dorastaliśmy, ojca często nie było w domu. Ani razu nie wziął udziału w żadnym zebraniu rodziców, pod żadną naszą pracą domową nie widniał jego podpis. Mimo to poniósł ogromne wyrzeczenia, abyśmy mogli zaspokoić swój głód wiedzy. Któregoś roku, kiedy mój brat był w trzeciej klasie gimnazjum, a ja w pierwszej, przestały nam wystarczać przywożone przez ojca pamiątki z nazwami dalekich miejsc, o których czytaliśmy w podręcznikach – teraz zmuszaliśmy go, żeby nam o nich opowiadał. Lecz ojciec zawsze sprawiał nam zawód. Tłumaczył przepraszająco, że całe dnie spędza w swoim metalowym pudle, rzadko w ogóle dotyka stopą ziemi i większość miejsc ogląda tylko w lusterku samochodu – a wiadomo, że we wstecznym lusterku wszystko wydaje się jeszcze mniejsze i bardziej odległe niż uniesiony wiatrem latawiec wujka Wanga. Wujek Wang to był nasz sąsiad: często przynosił z zakładu resztki kolorowych papierów i sklejał je w przeróżne latawce, które w niedziele puszczał ze swoimi trzema córkami nad kanałem – chodziliśmy wtedy razem z nimi. Nad kanałem było mnóstwo miejsca, wiały tam wiatry z północy i południa; kiedy latawiec wpadał w podmuch takiego silnego wiatru, zaraz traciliśmy nad nim kontrolę, a on ulatywał pod niebo, ciągnąc za sobą zerwany sznurek, i zmieniał się w maleńką kropeczkę. Więc jeśli wszystko, co widział w trasie ojciec, też było tylko taką kropeczką, to o czym mógł nam opowiadać? My jednak nie rezygnowaliśmy. Opieraliśmy się o koła jego furgonetki i dotykaliśmy wielkich opon, jakby szukając w grubych, wklęsłych wzorach na gumie śladów miejsc, przez które ojciec przejeżdżał: Zhangjiajie, Guilin, wielki most na Yangtzy w Nankinie, przełęcz Jiayuguan... Wreszcie wciskaliśmy się do szoferki i głośno domagaliśmy się, żeby ojciec wyjechał z nami na szosę, zawiózł nas gdziekolwiek, byle poza nasze małe miasteczko. On jednak nigdy się na to nie zgodził. W jego firmie transportowej panowały bardzo surowe przepisy i nie tylko my, ale nawet matka nigdy nie pojechała z nim dalej niż pięć kilometrów od domu, na targowisko na przedmieściach, żeby kupić trochę czarnej herbaty. Straszyła nas, żebyśmy nie zamęczali o to ojca, bo jeśli straci pracę, wtedy cały nasz rodzinny traktor pójdzie na złom i nas – oba koła – trzeba będzie odkręcić i sprzedać. Od razu przestawaliśmy wariować i wychodziliśmy z szoferki.

Któregoś dnia po kolacji ojciec poszedł do pokoju i wrócił z jakimiś fotografiami, które podał nam z tajemniczą miną. Spojrzeliśmy – były to zdjęcia zrobione przez niego w trasie. Okazało się, że pożyczył aparat od przewodniczącego związku robotniczego w fabryce. Większość zdjęć przedstawiała tablice drogowe. O wielu miejscach nigdy przedtem nawet nie słyszeliśmy: Huaiji, Baisha, Lecong, Liyang... Ale były też takie, które znaliśmy: Guilin, Changsha, Wuchang... jejku, były nawet góry Helan. Mój brat popisał się wtedy znajomością starego poematu, którego wyuczył się na pamięć do szkoły:

– „Pędźmy rydwanami aż po przełęcz gór Helan, niechaj głodni wojownicy pożywią się mięsem wrogów, radośnie piją barbarzyńską krew. Zacznijmy od nowa, odzyskajmy dawne ziemie, aby powrócić w chwale i oddać hołd cesarzowi!”.

Ojciec spojrzał na niego z takim podziwem, że zzieleniałam z zazdrości. Matka też podeszła popatrzeć i przyglądała się nazwom na tablicach. Nagle dotarła do znaku z napisem: „Serdecznie witamy w Ningxia!”, co niebywale ją ucieszyło.

– A więc to właśnie jest Ningxia!

Okazało się, że w szkole miała koleżankę z ławki, która po roku przeniosła się tam z rodzicami i od tamtej pory straciły ze sobą kontakt, choć Ningxia to przecież nie daleka Syberia. Dlatego też nazwa tego miasta miała dla niej duże znaczenie i matka cieszyła się tak, jakby nagle odnalazła tę koleżankę. Jakiś czas później wpadłam w książce na ów poemat, który wyrecytował wtedy mój brat – nosił on tytuł „Czerwone kwiecie na rzece” – i ogarnęło mnie przygnębienie, bo okazało się, że Helan z wiersza to zupełnie inne miejsce niż to, do którego dojechał ojciec, choć wtedy nikt z nas o tym nie wiedział, nawet sam ojciec. Ale w takim razie czy to się liczyło, czy nie?

Z wolna tablice drogowe przestały nas zadowalać i zaczęliśmy prosić ojca, żeby robił zdjęcia krajobrazów. Pstrykał więc fotki mijanych w drodze pejzaży: a to jakaś góra o dziwnym kształcie, a to rząd rosłych topoli lombardzkich, a to ciekawa rzeka, a to słońce schodzące za górskie pasmo... Nie był zbyt dobrym fotografem i nie potrafił uchwycić w obiektywie piękna tych miejsc i momentów, więc kiedy oglądaliśmy, siadał przy nas i opisywał wszystko słowami, z czym radził sobie o wiele lepiej – zdjęcia zaś służyły tylko jako ilustracje poglądowe.

Jednak w miarę, jak robił coraz więcej fotografii, wychodziły mu one coraz lepiej, a przydrożne krajobrazy coraz bardziej go fascynowały. My z kolei dzięki tym fotkom czuliśmy się tak, jakbyśmy siedzieli w szoferce i razem z nim docierali w te wszystkie odległe miejsca, oglądali nieznajome krainy. Przestaliśmy mieć wrażenie, że ojciec jest tylko znikającą w oddali kropeczką.

Zaczęliśmy rozmyślać o nim, kiedy był w trasie, wyglądać jego furgonetki na drodze, zastanawiać się, jakie zdjęcia tym razem ze sobą przywiezie. W takich momentach czas straszliwie nam się dłużył, pełznął wolno jak ślimak.

Któregoś razu ojciec wrócił z poważną miną. Wszedł do domu i zaczął łapczywie pić wodę, ledwo się do nas odezwawszy. Atmosfera była tak napięta, że brat i ja nawet nie odważyliśmy się wypytywać o zdjęcia. Matka, jeszcze bardziej przejęta, powtarzała w kółko jedno zdanie:

– Kochanie! Nie możesz się tak zatrzymywać, następnym razem absolutnie się nie zatrzymuj!

Ojciec nawet nie próbował się tłumaczyć, tylko zwiesił głowę i potulnie powtarzał za nią:

– Zgadza się, nie powinienem się zatrzymywać, następnym razem absolutnie nie mogę się zatrzymać.

Okazało się, że kiedy przejeżdżał autostradą do Panshan pod Liupanshui w prowincji Guizhou, zobaczył po deszczu tęczę rozpiętą między dwoma szczytami górskimi, piękną jak malowidło. Bojąc się, że zaraz zniknie, pospiesznie zatrzymał ciężarówkę, złapał aparat i wybiegł na pobocze, żeby zrobić zdjęcie. Ale nie zwrócił uwagi na to, że stanął przed zakrętem. Nadjeżdżający z przeciwka kierowca samochodu ciężarowego za późno go zauważył i nie zdążył wcisnąć hamulca. Wjechał prosto w jego furgonetkę, tak że wszystkie towary rozsypały się po drodze. Całe szczęście, że przynajmniej nikomu nic się nie stało. Ojciec został ukarany przez fabrykę, a do tego musiał ponieść koszty utraty towaru.

Od tej pory już nigdy nie przystawał, żeby robić zdjęcia. A jego starsze fotografie, te ze znakami drogowymi, przez jakiś służyły mi jako zakładki do książek.

Ciągnięty przez ojca rodzinny traktor ledwo zdołał się wtelepać w nowy wiek. Na szczęście mnie ani bratu nie brakowało ambicji: on skończył studia na uczelni o profilu ścisłym i znalazł pracę w znanej spółce akcyjnej. Mawiał do ojca z dumą, że jest taki jak on – wystarczy, że zakręci akcjami jak kierownicą, a miliony yuanów zmieniają właścicieli. Stał się słynnym w branży maklerem i zarabiał ogromne pieniądze. Kupił ojcu mieszkanie nad kanałem.

Co do mnie, studiowałam nauki humanistyczne i dostałam stanowisko w pewnej gazecie. Nie było specjalnie czym się szczycić, ale też i czego się wstydzić. W dniu, kiedy kupiłam sobie pierwszy samochód, uroczyście zaprosiłam ojca, aby jako doświadczony kierowca zasiadł przy mnie na fotelu pasażera. Ojciec był już wtedy na emeryturze i siedział w domu, więc teraz to on z kolei doświadczał relatywizmu czasu: wydawało mu się, że płynie on o wiele szybciej niż kiedyś, jak auto, które po wymianie części osiąga większą prędkość. Ruszyliśmy na północ od miasta i wyjechaliśmy na nowo otwartą autostradę. Ojciec z początku trochę mi nie ufał; ciągle patrzył na moje nogi, jakby się bał, że pomylę hamulce z pedałem gazu. Dopiero kiedy ujechaliśmy kawałek, zaczął się ożywiać.

– Wiesz – powiedział – jak tak siedzisz za kierownicą, to przypominasz mi tamtą kobietę.

Przez chwilę milczałam, nie rozumiejąc, o kim mówi, ale potem uświadomiłam sobie, że ma na myśli „Syczuankę”.

– Ona też jeździła jak wariatka – ciągnął ojciec – zupełnie jak ty teraz, ciągle zmieniała pasy. Jak jechałem za jej autem, to tylko migało mi tyłkiem, a to w tę, a to we w tę – prowadziła normalnie jak szalona.

Poznali się, bo kiedy go wyprzedzała, o mało nie zahaczyła o maskę jego samochodu i ojciec stwierdził, że spróbuje ją dogonić, doradzić trochę, ostrzec, że nie wolno tak jeździć, że to niebezpieczne. Ale ona, ku jego zdumieniu, nie dała się doścignąć.

– Ten jej wielki samochód ciągle tylko migał mi gdzieś z przodu. – Ojciec roześmiał się serdecznie; nie wiem, czy na myśl o tej kobiecie, czy znikającym bagażniku jej samochodu. Zirytowany, nie rezygnował z pościgu, a ona, widząc, że nie może go zgubić, starała się przynajmniej utrzymać dzielący ich dystans. Jechali tak, aż wreszcie zatrzymali się oboje w jakimś motelu. Zjedli wspólnie posiłek – po tym sprawdzianie sił na drodze czuli się prawie jak dawni znajomi. Potem ojciec zaproponował, żeby się razem napili, więc zaczęli pić. Każda kolejka była jak zmiana biegu: pierwszy, drugi, trzeci... I tak coraz szybciej pędzili do mety.

Zgaduję, że połączyła ich szalona miłość. Matka mówiła, że tamtej śnieżnej nocy, kiedy Syczuanka przyjechała za ojcem na naszą ulicę i zaczęła trąbić jak wariatka, wyglądała jak wściekła tygrysica na pokrytym śniegiem pustkowiu.

Ojciec obiecał matce, że jeśli jeszcze raz będzie chciał się zobaczyć z Syczuanką, to poczeka, aż matka zejdzie z tego świata. Ale po jej śmierci nie usiłował się skontaktować z dawną kochanką. Mówił, że samochodu historii nie da się zawrócić.

Ojciec całe życie spędził za kierownicą, nie miał zainteresowań poza pracą. Po śmierci matki żył samotnie. Zachęcaliśmy go, żeby spróbował się nauczyć czegoś nowego, ale nic go nie ciekawiło. Aż wreszcie brat przypomniał sobie, że kiedyś ojciec lubił robić zdjęcia, i kupił mu prosty aparat Leiki. Ojciec chodził z nim nad kanał i zmieniał zoomem dalekie plany w bliskie, rozległe chmury dzielił na osobne kłąbki, pąki kwiatów na poszczególne płatki, wody kanału skręcał w jeden sznurek... Nie minęło jednak pół roku, a doszedł do wniosku, że świat w obiektywie niespecjalnie różni się od tego, który widzimy gołym okiem. Zabawka mu się znudziła i trafiła do szafy.

Kiedy skończył sześćdziesiąt lat, lekarze wykryli u niego jakąś deformację czy rozrost w kręgosłupie. Było to schorzenie zawodowe, efekt długotrwałego przesiadywania za kierownicą, który nasilił się na starość. W wyniku ucisku na nerwy wystąpiło dzwonienie w uszach i drętwienie nóg. Doktor poradził, żeby ojciec spróbował chodzić tyłem – wzmocniłoby to jego kręgosłup i ulżyło w bólu. Ojciec szybko polubił te ćwiczenia i nabrał w nich wprawy. Zaciskał dłonie w pięści i poruszał ramionami w przód i w tył, jakby kręcił kierownicą, a jednocześnie uginał kolana i krok po kroku szedł w tył: prawa, lewa, prawa, lewa. Robił to bardzo pewnie, nie wpadał ani na idących z naprzeciwka ludzi, ani na drzewa, zarośla czy ogrodzenia, zupełnie jakby po obu bokach miał zainstalowane wsteczne lusterka, a na plecach radar, i w dodatku wydawał z siebie ostrzegawczy dźwięk: „Uwaga, cofam samochód, uwaga, cofam samochód...”. Codziennie rano wytyczał sobie punkt początkowy i metę: wyruszał z osiedla Daoxiangyuan, szedł groblą aż pod most Gongchen i wracał wzdłuż płynącego na wschód kanału. Szedł więc raz z prądem rzeki, raz pod prąd, i jeszcze raz od początku, codziennie dwa kursy – ustalona dawka o ustalonej porze, jak lekarstwo. Te ćwiczenia, o ściśle wyznaczonym początku i końcu, pozwalały mu poczuć się znowu jak w pracy – gdyby je pominął, miałby wyrzuty sumienia.

Z dnia na dzień szło mu coraz lepiej, stopniowo nabierał takiej prędkości, że doganiał co wolniejszych biegaczy. Był jak auto jadące pod prąd, któremu inni często musieli ustępować z drogi. Wyprzedzając, spoglądał na nich z ukosa – do tych sympatycznych się uśmiechał, na tych, którzy się skarżyli, patrzył zmrużonymi oczami, aż wreszcie pozostawali daleko w tyle – choć dla niego był to oczywiście przód. Raz zdarzyło się, że za mocno machnął rękami i przypadkiem uderzył jakiegoś mężczyznę w plecy. Tamten zatrzymał się, wytrzeszczył na niego oczy i zaczął ciskać przekleństwami. Ojciec, wyprzedzając go, złożył ręce w przepraszającym geście, nie zwalniając kroku. Mężczyzna uznał ten widok za bardzo zabawny, jak w chaplinowskiej komedii, i jego gniew zmienił się w wesołość. Szturchnął łokciem towarzyszącą mu kobietę i oboje zaczęli się śmiać, pokazując ojca palcami. Ojciec patrzył na nich, kiedy powoli znikali w oddali, aż wreszcie zmienili się w dwie kropeczki.

– Dopiero teraz – powiedział mi potem – dotarło do mnie, że te kropki, które widziałem kiedyś we wstecznym lusterku, składały się właśnie z takich scenek. Ciekawe.

W ogóle podczas tych spacerów tyłem oglądał sporo ciekawych rzeczy. Raz zobaczył ładną młodą kobietę, która wciągnęła swoje dziecko za rękę w krzaki i po chwili rozległ się z nich płacz chłopczyka: ojciec widział doskonale, jak kobieta poucza malca, targa go za ucho i wpycha mu do rąk zeszyt z zadaniami domowymi – idąc potem w ślad za zagniewaną matką, chłopiec kilka razy uniósł dłoń takim ruchem, jakby chciał stuknąć pięścią w jej głowę, a na jego twarzy malowały się zniecierpliwienie i złość, które próbował w ten sposób wyładować. Była też para staruszków, którzy chodzili rano na grupowe ćwiczenia i celowo stawali z tyłu, aby ukradkiem potrzymać się za ręce; i jeszcze młody chłopak z walizką, a za nim mężczyzna w średnim wieku – podążał przez jakiś czas z tyłu, po czym otarł policzki wierzchem dłoni i zapatrzył się za młodzieńcem... Spacery tyłem były nie tylko interesujące, ale też przynosiły ojcu dużą ulgę w bólu pleców – mówił mi przez telefon, że czuje się, jakby ktoś go ciągnął, a on sam zupełnie się nie wysila. Śmiał się, że nawet idąc pod górkę nie musi zmieniać biegów. Cieszyłam się, że jest w dobrym nastroju – łagodziło to moje wyrzuty sumienia wywołane tym, że już od dwóch miesięcy nie zajrzałam do niego z wizytą.

Pewnego jesiennego wieczoru, kiedy ojciec doszedł tyłem do niskiego wału przy moście Desheng, przydarzyła mu się mała „kolizja drogowa”. Uderzył o coś plecami, potknął się, poleciał w tył i gdyby natychmiast nie wyhamował, klapnąłby pupą na ziemię. Rozległ się przenikliwy krzyk – „Oj!” – a zaraz potem wybuch dźwięcznego śmiechu. Ojciec wykręcił „samochód” do przodu, spojrzał na „miejsce zdarzenia” i ujrzał kobietę, która też dopiero co zdążyła się odwrócić przodem do niego. Kiedy zrozumiał, co było powodem wypadku, również się roześmiał. Kobieta wykonywała właśnie dokładnie takie same ćwiczenia jak on, dlatego nie usłyszała jego ostrzegawczego sygnału i zderzyli się grzbietami.

Ojciec przystanął, ona także. Przeprosili się nawzajem. Żadne nie próbowało zrzucać winy na to drugie. I on, i ona – miała na nazwisko Zhao – w drodze wyjątku przerwali ćwiczenia w połowie, usiedli na ławce nad kanałem i zaczęli wymieniać się „doświadczeniami z trasy”. Rozmawiało im się bardzo dobrze. Od tamtej pory umawiali się zawsze na tej samej ławce pod mostem Desheng i wspólnie szli tyłem do Bramy Wulin albo mostu Gongchen. Pani Zhao w żartach nazywała ojca swoim „towarzyszem podróży”. Kiedy ojciec po raz pierwszy mi o niej wspomniał, odgadłam, że to pewnie jakaś modna kobietka w średnim wieku. Mówiąc szczerze, nie przeszkadzało mi, że znalazł sobie koleżankę, która mogła ulżyć jego samotności.

Od kiedy poznał panią Zhao, jego życie nabrało kolorytu, zwłaszcza wieczorami – w ręce nie ściskał już pilota od telewizora, tylko jej dłoń. Na kanale pod filarami mostu Chaowang otworzono dancing o nazwie Kryształowy Pałac – ze wszystkich miejsc rozrywki przy całym kanale to było najbardziej nakierowane na „starszą klientelę”: staruszkowie, którzy za dnia ćwiczyli nad wodą, wieczorami przychodzili tam potańczyć. Pani Zhao lubiła zabierać tam ojca na cza-czę. Z początku nie miał on na to ochoty, bo nigdy w życiu nie tańczył i była to dla niego całkowita nowość; jego nogi nie wiedziały, co ma znaczyć „i do przodu cza-cza-cza, i do tyłu cza-cza-cza, cza-cza-cza, cza-cza-cza”, jego ręce nigdy nie ściskały talii kobiety, „i na prawo, i na lewo, cza-cza-cza, cza-cza-cza”. Pani Zhao uczyła go, powtarzając te instrukcje, jakby śpiewała piosenkę.

– Przecież to nic trudnego. Po prostu cza-cza-cza, cza-cza-cza! – mówiła, prowadząc ojca w tańcu w przód i w tył, w przód i w tył. Ojciec wyznał mi, że kiedy sama tańczyła, nie można było oderwać od niej oczu.

Zgodnie z jej własnymi słowami miała pięćdziesiąt sześć lat. Jej syn i córka mieszkali teraz daleko, więc należała do grupy rodziców o „pustych gniazdach” – ona i jej mąż. Ojciec miał wrażenie, że za każdym razem, kiedy wspominała o mężu, ogarniał ją wielki smutek. Z początku nie bardzo miał ochotę słuchać o jej małżeństwie; on i pani Zhao byli dla siebie tylko „towarzyszami podróży”, więc choć tańczył z nią cza-czę, trzymając ją za rękę i w talii, to łączyła ich czysto platoniczna przyjaźń. Pani Zhao jednak jak na złość najbardziej lubiła opowiadać właśnie o swoim mężu, jakby był on chroniczną chorobą, która pętała jej ciało, a ciągłe mówienie o nim z wolna pomagało jej dojść do zdrowia. Czas płynął i ojciec stopniowo zdał sobie sprawę, że pani Zhao chciałaby opuścić męża, tylko nie potrafiła wybrać odpowiedniego momentu, żeby to zrobić. Kiedy to zrozumiał, poczuł się tak, jakby jego serce zmiażdżono niczym kamień – aż nim szarpnęło. W ogóle w tej drodze, jaką była znajomość z panią Zhao, często natykał się na wyboje i co raz to rzucało nim na boki. Wreszcie coś w jego duszy drgnęło i z początku poczuł wobec swojej towarzyszki współczucie, a potem się w niej zakochał.

Któregoś wieczoru znowu umówił się z nią w Kryształowym Pałacu. Kupił dwa bilety wstępu po dziesięć yuanów – herbata w cenie. Ściskał dłoń pani Zhao i tańczył: „cza-cza-cza, cza-cza-cza”. Tego dnia szło mu wyjątkowo dobrze, sam był z siebie bardzo zadowolony. W Kryształowym Pałacu zdawał się przystojnieć; włosy co prawda miał przerzedzone, ale po dawnemu lśniące od pomady, głowę trzymał prosto, pasek w spodniach nadal bez trudu zapinał na drugą dziurkę, w tańcu wyciągał szyję. W niebieskim, migoczącym świetle lamp wyglądał jak piękna, dorodna ryba, a pani Zhao zdawała mu się być podobna do uwodzicielskiej syreny.

Po kilku tańcach usiedli z boku przy okrągłym stoliku, żeby napić się herbaty i odpocząć. Sklepieniem Kryształowego Pałacu były wygięte filary mostu i kiedy muzyka na chwilę przycichła, można było usłyszeć szum przejeżdżających górą samochodów, wyczuć drżenie konstrukcji pod wpływem napierających na nią opon. Ojciec, zainspirowany tymi znajomymi doznaniami, docisnął gaz do dechy i nagle wyrzucił z siebie:

– Zostaw męża, żyj ze mną!

Gdy tylko te słowa uleciały z jego ust, wyczuł, jak po moście nad jego głową przetacza się wielka ciężarówka, i odniósł wrażenie, że jej ciężar go przygniata. Pani Zhao nie odpowiedziała, tylko wstała, wyciągnęła dłoń pełnym gracji gestem i poprosiła go do walca wiedeńskiego. Dopiero kiedy ojciec wziął ją w ramiona, nagle jakby się speszyła. Oparła się o niego i w ślad za nim zrobiła krok w przód, dwa kroki w tył... Pląsali radośnie i czule jak dwa pełne gracji podwodne stworzenia, pływające w przyciemnionym Kryształowym Pałacu to w jedną, to w drugą stronę.

Po jakimś czasie pani Zhao stwierdziła, że zamieszka razem z ojcem. Jego z początku to krępowało, ale nie chciał jej odmawiać. Sposób bycia tryskającej energią pani Zhao – posługując się jego słowami – bardzo mu odpowiadał. Od kiedy pojawiła się w jego domu, zmieniła smak jego życia – owszem, na smaczniejszy... Ale kiedy ojciec zaczynał się nad nim zastanawiać, wyczuwał też jakby coś dziwnego; takie życie na kocią łapę wydawało mu się mimo wszystko niewłaściwe i obawiał się (tak mi opowiadał), że któregoś dnia mąż pani Zhao przyjdzie do nich i zatłucze ich na śmierć. Co prawda nigdy go nie widział i nie wiedział nawet, gdzie on mieszka, lecz z rozległych opisów pani Zhao wnosił, że gdzieś w okolicy. Ona jednak nie przejmowała się tymi obawami i powtarzała, że jej mąż jest schorowany, nie zdołałby nawet zacisnąć pięści, czego tu się bać? A poza tym od dawna sypiali osobno i po chińskim Nowym Roku, kiedy dzieci przyjadą w odwiedziny, poprosi go o rozwód. Wątpliwości ojca zbyła stanowczą uwagą:

– Ha, co ty taki staroświecki? Przecież mamy teraz nowe czasy, jesteśmy ludźmi nowej epoki!

I ojciec przypomniał sobie, że jako człowiek urodzony w 1949 roku jest równolatkiem Chińskiej Republiki Ludowej.

Patrząc na to z tej perspektywy, pani Zhao była po prostu liberalną, odważną, postępową osobą, idącą z duchem czasu. Jednak w kwestii zapoznania się z rodziną pozostawała nieugiętą tradycjonalistką. Kiedy ojciec chciał ją przedstawić bratu i mnie, uparcie odmawiała, powtarzając, że na to za wcześnie: prezentacja dzieciom oznaczałaby, że są w stałym związku, a w tej chwili było to „jeszcze niemożliwe”. Kiedy ojciec przekazał nam jej słowa, brat i ja stwierdziliśmy, że pani Zhao jest może bardzo miła, ale też twardo stąpa po ziemi i na pewno doskonale umie zarządzać domem. W pewnym sensie nawet liczyliśmy na to, że ojciec faktycznie „wejdzie z nią w stały związek”, i cieszyliśmy się, że w ostatnim etapie życia będzie miał u boku taką „towarzyszkę podróży”.

Tamtego roku zapowiadał się wyjątkowy Nowy Rok. Nawet mój brat, który zawsze lubił być na wszystko przygotowany, tym razem nie do końca wiedział, czego się spodziewać.

– Zdaje się, że na święto w domu czekać na nas będzie nowa... mama? – zapytał mnie przez telefon. Miał tak samo mieszane uczucia jak ja. Choć mnie bardziej doskwierała pamięć matki, która przez tyle lat sypiała samotnie, wtulona w sweter ojca, i wiodła trudne, nużące życie, takie jak nasi sąsiedzi, państwo Wang. Ona nie zdołała wkroczyć w tę piękną nową erę, była przestarzałym traktorem, który na zawsze utknął w epoce, kiedy należało tylko skupiać się na znojnej pracy i nie wychylać przed szereg. Nie zaznała wiele szczęścia. Żyła na przełomie starych i nowych czasów, ale nie umiała się przestawić. Pod wpływem takich myśli w moich oczach stawały łzy. Z drugiej strony pocieszałam się, że jeśli ojciec ożeni się z panią Zhao, to nie będę musiała tak często go odwiedzać. Nie miałam wyrzutów sumienia z powodu dzielącego nas dystansu: to, co odległe, zawsze wydaje się piękniejsze, napełnia nas tęsknotą, wzbudza serdeczne uczucia. Wolałam postrzegać swoich rodziców niczym stare fotografie, które przechowywałam niczym skarby z odległej przeszłości.

Pięć dni przed chińskim Nowym Rokiem pani Zhao wpadła do domu ojca z nową miotłą, płynem do mycia szyb, emulsją do zmywania i innymi środkami czyszczącymi. Oświadczyła, że zrobi mu „świąteczne porządki” z lekkim wyprzedzeniem, bo za dwa dni przyjeżdżają jej dzieci, więc nie będzie miała czasu się nim zająć, w końcu będzie musiała ogarnąć wszystkie sprawy rozwodowe. Ojciec poczuł przypływ czułości: ta kobieta, która właśnie wymiatała z jego mieszkania pajęczyny, osłoniwszy włosy chustką, była mu jak żona – i zamierzał dożyć z nią swoich dni.

Pani Zhao obawiała się, że kurz podrażni mu gardło, więc wygoniła go z domu i kazała iść poćwiczyć nad kanał. Ojciec przed wyjściem napił się mocnej zielonej herbaty, a kiedy zamykał za sobą drzwi, dobiegło go ciche nucenie pani Zhao. Zszedł z uśmiechem po schodach i ruszył spacerowym krokiem nad kanał.

– Uwaga, zaczynamy! – I wesoło zrobił pierwszy krok do tyłu. Północny wiatr szeleścił i poruszał liśćmi na drzewach, prawie jakby kibicował wodzie w kanale, ona zaś, zachęcona dopingiem, płynęła szybciej niż zwykle, niczym zawodnik walczący o tytuł mistrzowski. Ojciec zaparł się i ruszył pod wiatr, zaciskając pięści i kręcąc w górę i w dół swoją „kierownicą”. Szedł zdecydowanie, jakby pędził przed siebie przy sprzyjającej bryzie, a nie wręcz przeciwnie. Wydawało mu się, że to nie on krok po kroku oddala się od rzeki, tylko ona sama znika mu z horyzontu. Rozmyślał o tym, że wkrótce smutek i samotność, które wypełniały jesień jego życia, oddalą się od niego tak samo jak wody kanału. Targały nim sprzeczne uczucia, jego myśli błądziły to w jedną, to w drugą stronę.

Kiedy zaliczył trasę w tę i z powrotem, wrócił żwawym krokiem do domu – a tam przywitały go czyste okna, powycierane stoliki... i kompletna cisza. Zimowe słońce oświetlało jego szklankę zielonej herbaty, którą czyjaś ręka znowu napełniła wrzątkiem. Lecz pani Zhao rozwiała się jak kurz, który uprzątnęła. Zupełnie jakby odleciała na swojej miotle niczym jakaś czarownica... zabierając ze sobą wszystkie co bardziej wartościowe przedmioty z szafek ojca, w tym dwie stare monety przekazywane sobie w rodzinie z pokolenia na pokolenie, nefrytowe bransoletki matki, szwajcarski zegarek oraz starą Leicę, w której nadal tkwiła klisza z niewywołanymi zdjęciami pejzaży. Ojciec przeszukał wszystkie kuchenne schowki, szafy z ubraniami, zajrzał pod łóżko, a nawet do szuflad – ale pani Zhao zniknęła.

Ojciec nie chciał przyznać, że trafił na oszustkę, i ciągle szukał dla niej usprawiedliwienia. Jego zdaniem najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie brzmiało tak, że panią Zhao porwał mąż, a potem zabrał jej telefon i zamknął w domu. Tylko gdzie on w takim razie był? Ów człowiek, który mieszkał rzekomo gdzieś po sąsiedzku, a którego ojciec mimo to nigdy nie widział? Wraz ze zniknięciem pani Zhao on również zniknął w oddali i zmienił się w bezkształtny czarny punkcik, czy raczej w ogóle w nic, w kłębek białej pary, która stopniowo się rozwiała. Radziliśmy ojcu, żeby zgłosił wszystko na policję, ale on kategorycznie odmawiał. Twierdził, że sprawa absolutnie nie kwalifikuje się jako włamanie i rabunek. Bo czy kto kiedy słyszał, żeby złodziej najpierw pomógł właścicielowi wysprzątać mieszkanie, które zamierza okraść? Nie, pani Zhao nie mogła być złodziejką. Całe szczęście, że straty nie były zbyt poważne: łącznie tylko kilkadziesiąt tysięcy juanów. Pani Zhao nie zabrała książeczki oszczędnościowej – wiedziała, że i tak nie mogłaby wyjąć pieniędzy z konta, bo to już uznano by za poważne przestępstwo.

Ojciec nie poszedł więc na policję, za to przez wiele wieczorów czekał pod wejściem do Kryształowego Pałacu i wciąż kręcił się w okolicach kanału, licząc na to, że znowu wpadnie na swoją „towarzyszkę podróży”. Ale te próby nie przyniosły żadnych rezultatów. Minęła zima, nadeszła wiosna i w końcu, kiedy wszystko dookoła wypuszczało pączki, ojciec zebrał swoje zawiedzione nadzieje, rozgniótł je jak liście herbaty, zaparzył we wrzątku i połknął. Gdy zaczęło się zbliżać lato, wreszcie pogodził się z porażką i wyznał, że kiedy spotykał się z panią Zhao, dał jej czterdzieści tysięcy yuanów na zakup jakichś akcji giełdowych, ale nie wie, czy w końcu je kupiła, czy nie. Razem z bratem odetchnęliśmy głęboko, żeby się uspokoić: czuliśmy się tak, jakby dano nam do rozwiązania wielką kryminalną sprawę. Ojciec zaczął wyjawiać nam kolejne szczegóły i wreszcie poskładaliśmy wszystko w całość. Brat doszedł do wniosku, że tak duże oszustwo musiało być dziełem jakiejś zorganizowanej szajki zawodowych wyłudzaczy. Z perspektywy czasu stało się jasne, że tamten „wypadek samochodowy”, kiedy ojciec wpadł na panią Zhao pod mostem Desheng, musiał być zaplanowany, zupełnie jak te oszustwa na tak zwaną „zbitą porcelanę”, kiedy ktoś udaje, że został potrącony, aby wyłudzić od kierowcy odszkodowanie. Ludzie, którzy dużo czasu spędzają za kierownicą, potrafią rozpoznać takie przypadki na pierwszy rzut oka, więc dlaczego ojciec tak łatwo dał się nabrać? Nie potrafił tego wyjaśnić. Spuścił głowę, wolno potarł ręką przerzedzone włosy na potylicy i zaczął powtarzać:

– W tym miejscu nie wolno się zatrzymywać, nie wolno się zatrzymywać, ale ze mnie głupi osioł...

Widząc go w takim stanie, brat powiedział do mnie ukradkiem, że ojciec naprawdę się zestarzał, nie rozumie dzisiejszego świata. A mnie żal ścisnął serce.

Ojciec stracił zapał do chodzenia na wstecznym biegu. Stał się taki jak większość staruszków – spacerował sobie nad kanałem, przysiadał na ławkach i grzał się w słońcu. Ale coś go jednak od nich różniło – nie przyłączał się do grupek, żeby porozmawiać, wydawał się odrętwiały, wyszukiwał sobie odosobnione miejsca na odpoczynek, siadał i wpatrywał się w wodę płynącą niecałe dziesięć metrów od niego oraz nieliczne przepływające po niej barki towarowe, odprowadzając je wzrokiem, dopóki stopniowo nie znikały za zakrętem. Rozmyślał o różnych dawnych wypadkach, tak jakby w jego głowie obracały się niezliczone lusterka; wszystkie minione sprawy związane z naszą matką albo moim bratem i mną odbijały się w nich wyraźnie, a on przyglądał im się i wzdychał ciężko pod wpływem emocji. Często też sięgał po telefon i dzwonił do mnie albo do brata, nie zwracając uwagi na to, czy nie przerywa nam pracy albo popołudniowej drzemki: „Xiaofeng, a jak byliście mali, to zabiliście kamieniem tę świnię za fabryką samochodów, i potem wszyscy twoi koledzy uciekli, a ty jeden stałeś tam jak głupi i potem przez ciebie straciłem cały wieczór na tym spotkaniu edukacyjnym dla rodziców...”. „Xiaomei, a ty to ciągle męczyłaś matkę, żeby kupowała ci naklejki z gwiazdami filmowymi. Jak się nie zgadzała, to szłaś do tej mojej kurtki, co to wisiała na drzwiach, i szperałaś po kieszeniach, i za każdym razem było w niej pięć mao, prawda? Specjalnie je tam zostawiałem...”. „Ech, wasza mama nigdy nie pojechała ze mną samochodem na żadną porządną wycieczkę. Ciągle powtarzała, że pojechałaby do Ningxia, obejrzałaby sobie miasto, i gdzie najdalej dotarła...? Oj, biedna była ta wasza mama, nie zaznała w życiu szczęścia...”. Te skrawki wspomnień wprawiały go w smutek, wręcz wpędzały w depresję. Pocieszałam go więc bez przerwy:

– Tato, przestań tak w kółko rozpamiętywać przeszłość, powinieneś spoglądać przed siebie. Masz co jeść, masz w co się ubrać, żyjesz sobie spokojnie. Przecież teraz jest znacznie lepiej niż dawniej, można sobie kupić, co tylko się zechce, ja ci wszystko załatwię... – A on przytakiwał grzecznie jak pacjent, który zaczął wychodzić z ciężkiej choroby.

Powtarzałam mu to wszystko, aż w gardle mi zasychało, ale w głębi serca miałam poczucie, że to na nic, bo jak ja właściwie mogę mu pomóc? A kiedy kończyliśmy rozmowę, ojciec rzucał jedno zdanie:

– Dziwne, bo ja się czuję, jakby to wszystko było zaledwie wczoraj...

Któregoś dnia przed południem odebrałam telefon od niego. Oświadczył mi radośnie, że postanowił zabrać się za pływactwo i wybiera się nad kanał, żeby trochę popływać. Przerażona zaczęłam go zaklinać, żeby absolutnie tego nie robił, bo woda w kanale tylko pozornie wydaje się taka spokojna, a w rzeczywistości jest bardzo niebezpieczna. O ile wiedziałam, ojciec nawet nie umiał pływać. On jednak jakby mnie nie słyszał. Zaczął opowiadać o rzece, która płynęła przez jego rodzinną wioskę, kiedy był mały – podobno praktycznie się w niej wychował, choć pływał tylko żabką. Kiedy był niegrzeczny i babcia goniła go, żeby sprawić mu lanie, wskakiwał do wody, a ona stała na brzegu i na przemian to się gniewała, to o niego zamartwiała...

– Przypomnę sobie, jak to się robi – powiedział – i tego lata popływam sobie w kanale.

Usłyszałam w telefonie wyraźny odgłos syreny i domyśliłam się, że ojciec stoi właśnie nad wodą i patrzy z zazdrością na jakąś przepływającą barkę, zupełnie jakby kanał był kolejną szosą, po której aż chciałoby się ruszyć w trasę.

Ojciec bardzo rzetelnie przygotował się do tego przedsięwzięcia. Poszedł na miejscowy basen i za osiemset yuanów wynajął osobistego trenera, który nauczył go pływać na plecach. Ojciec uważał, że to najbardziej elegancki styl. Człowiek sprawiał wtedy wrażenie, jakby drzemał na powierzchni wody, opierając głowę na fali. Przebierał na zmianę ramionami, machał nogami – jedno strzepnięcie stopy i wszyscy pozostawali nagle o kilka metrów w tyle. Było to o wiele bardziej dystyngowane niż chód tyłem na brzegu kanału.

Trenował z poświęceniem. Poza codziennymi sesjami z trenerem na basenie w trakcie popołudniowej przerwy, dużo czasu spędzał też na samodzielnych ćwiczeniach w domu. Ubierał się w grubą kurtkę puchówkę i watowane spodnie, kładł na plecach na drewnianej podłodze salonu, układał ręce wzdłuż ciała i przebierał nimi po parkiecie, machając jednocześnie stopami. Z początku robił to w miejscu, ale po pewnym czasie spróbował pływać po podłodze. Przesuwał się w tę i z powrotem długim, prostym korytarzem wiodącym z salonu do sypialni. Potem opanował skręcanie biodrami i zaczął wpływać z korytarza do pokoju i z pokoju do gabinetu... Miał bardzo dobrą orientację, jego głowa była jak radar, za pomocą którego precyzyjnie wyczuwał, że za sobą na godzinie dziesiątej ma drzwi, po lewej na dziewiątej – stolik do herbaty, a po prawej na czwartej – kapcie; przesuwał lekko ster i zręcznie omijał wszystkie przeszkody.

Zanim lato zdążyło się na dobre rozpocząć, był w stanie opłynąć dookoła cały basen. Nawet kiedy panował tłok, ojciec nigdy na nikogo nie wpadał. Gdy raz z przodu płynął na niego pieskiem jakiś grubas, nie patrząc dookoła, ojciec tylko zmienił lekko kurs, strzepnął stopą i zwinnie usunął się na bok, bezszelestnie i swobodnie jak ryba. A stojący na brzegu basenu trener, który obserwował ze skrzyżowanymi ramionami swojego sześćdziesięcioczteroletniego ucznia, rzucił z satysfakcją do kolegi:

– Widzisz? Wiek to żaden problem; ważne, kto uczy i jakimi metodami.

Pewnego popołudnia ojciec obudził się ze smacznej drzemki i wziął się do działania. Założył koszulkę, na kąpielówki wciągnął luźne krótkie spodenki, stopy wsunął w klapki, do plastikowej reklamówki wrzucił ręcznik, wreszcie radośnie udał się nad kanał. Przy Placu Kultury znalazł stopnie, które schodziły prosto do wody. Stanął na czwartym (licząc od tyłu) schodku, zdjął ubranie i klapki, schował je do torebki, odłożył ją na ziemię, zawahał się przez chwilę, po czym wrócił na górę i znalazł w zaroślach jakiś kamień, żeby przygnieść nim swoje rzeczy. Wreszcie spokojnie zszedł na ostatni stopień.

Jego stopa wysunęła się do przodu i zdecydowanie zanurzyła się w kanale, nad którym od kilkudziesięciu lat toczyło się jego życie.

Wszystko poszło dokładnie tak, jak sobie wymarzył. Położył się na powierzchni, głową w kierunku prądu, i zaczął miarowo, z gracją przebierać ramionami i stopami. Jego potylica spoczywała na wodzie, włosy zanurzyły się i oblepiły czaszkę jak pnącza. Ojciec płynął i płynął, ze zdumieniem przekonując się, że nie wymaga to od niego żadnego wysiłku, idzie o wiele łatwiej niż na podłodze czy nawet w basenie. Zaczął się rozluźniać i beztrosko dryfować z wodą, rozglądając się co chwilę po obu brzegach, patrząc na latarnie, ławki, rabaty z kwiatami, altanki, wierzby, pomarańczowe urządzenia do ćwiczeń... Zobaczył groblę, którą niezliczone razy przemierzał, i pomachał ręką w stronę brzegu niczym oficer dokonujący przeglądu oddziałów. Od czasu do czasu zatrzymywał się na wodzie i z lubością wzdychał ku niebu. Z daleka rzeczywiście wyglądał, jakby spał.

Stopniowo zaczął zwracać na siebie uwagę przechodniów, którzy przystawali w cieniu drzew i opierali się o barierki. Niektórzy nawet podążali w ślad z nim, żeby nie stracić go z oczu. Po jakimś czasie zobaczyli nadpływającą z daleka barkę z transportem węgla. Kadłub pod ciężarem ładunku zanurzał się aż po samą burtę, rozcinał powierzchnię wody i przesuwał się do przodu sztywno wyprostowany, jakby najmniejszy przechył wymagał ogromnego wysiłku. Już z odległości kilkuset metrów ktoś na pokładzie zauważył przeszkodę w postaci ojca i rozległ się kilkakrotny sygnał. Gapie na brzegu poderwali się zaskoczeni.

Ojciec zdawał się w ogóle nie zauważać zamieszania i dalej niespiesznie płynął przed siebie, jakby do stóp miał przymocowane dwa wsteczne lusterka, i dostrzegł barkę na długo przed ostrzegawczą syreną – co więcej, doskonale wiedział, jaki dystans ich dzieli.

Barka, na której burcie wypisany był napis „Huzhou 007”, zbliżała się coraz bardziej; nie mogła już zmienić kursu, żeby ominąć ojca. Należała do małżeństwa w średnim wieku. I mąż, i żona wyszli zaniepokojeni z kabiny, podparli się rękami w pasie i poczęli głośno krzyczeć. Również ich wilczur stanął na dziobie i zaczął szczekać ostrzegawczo. Widzowie na brzegu wpadli w panikę – bali się, że ojciec zaraz zostanie wciągnięty pod kadłub, niektórzy nawet nawoływali do niego i dawali znaki rękami, obawiając się, że ojciec jest głuchy.

Kiedy barka znalazła się niecałe sto metrów od niego, on wreszcie przygiął nogi, przechylił się na bok, zanurzył w wodzie i po kilku sekundach znowu wynurzył się na powierzchnię z twarzą skierowaną w dół, grzbietem do góry, rozkładając kończyny jak żaba, po czym szybko ruszył do brzegu, ustępując miejsca.

Kiedy barka go mijała, właściciele, którzy nie zdążyli jeszcze dojść do siebie po przeżytym stresie, zaczęli krzyczeć na niego i przeklinać. Wilczur z kolei zupełnie się uspokoił i tylko patrzył z oddali na ojca, nastawiając uszu, jakby w wodzie kryło się jakieś wielkie, nieznane a groźne stworzenie.

Ciężka barka z wysiłkiem parła przed siebie, aż wreszcie woda w kanale uspokoiła się i wygładziła. Ojciec znowu wypłynął na środek nurtu i przekręcił się spokojnie na plecy, przymykając oczy. Nie obchodził go kierunek, po prostu sunął przed siebie. Każde machnięcie stopą odpychało go dalej po kanale, każde następne – dalej od miasta.

Ma Jinlian z ludu Hui[1]

Rok 1987: zupa jiangshui[2] i kiszone warzywa

tłumaczenie A. Swoboda

„Twarz czerwona jak piwonia,jiangshui woła z miską w dłoniach, twarz czerwona jak piwonia,jiangshui woła z miską w dłoniach!”

Taki właśnie ułożyłyśmy wierszyk.

Druga Babcia przyszła, gdy akurat mieliśmy robić kolację. Była niskiego wzrostu, miała krótkie nogi i chodziła powoli, nieco koślawo stawiając stopy. Nigdy porządnie nie wkładała butów. Bez względu na to, czy były już znoszone, czy dopiero przed chwilą po raz pierwszy znalazły się na jej stopach, przydeptywała ich zapiętki, spłaszczając je tak bardzo, że przypominały klapki. O dziwo jednak, chodząc w ten sposób, ani trochę nie szurała po ziemi, lecz stąpała lekko jak kot. Gdy kiedyś, na próbę, ja też specjalnie włożyłam tak swoje buty, już przy pierwszym kroku podeszwa stuknęła głośno o piętę. Pewnego razu Druga Babcia siedziała na naszym domowym kangu[3] i rozmawiała z mamą. Zdjęła przedtem buty, więc, korzystając z okazji, włożyłam je i spróbowałam iść. Wtedy jednak rozległ się ten sam stukot, zupełnie jakby tuż za mną kroczyła gadatliwa, hałaśliwa kobieta. Najwyraźniej Druga Babcia nabrała już wprawy w chodzeniu w przydeptanych butach, lecz inni ludzie nie mogli jej w tym dorównać. Przyczepiała też u dołu nogawki spodni koniec splątanej nici lub trochę ścinków trawy. Nieustannie powiewały, lekkie jak piórko, gdy Druga Babcia ciągnęła je za sobą. Tuż za nią wlokła się jak ogon Lingzi[4], jej najmłodsza córka.

Druga Babcia na pewno chciała coś pożyczyć, bo przecież nie przyszłaby w innej sprawie. Odruchowo spojrzeliśmy w stronę jej ramienia i zobaczyliśmy, że ściska pod pachą glinianą misę. A więc zgadliśmy – Druga Babcia znów przyszła po jiangshui.

Tę zupę przyrządzaliśmy w wielkim garnku.

Jesienią należało wykopać rzodkiew, poodcinać wszystkie liście, zebrać je, powiązać w pęki i wysuszyć na słońcu, aby później ugotować na nich jiangshui.

Zawsze zajmowała się tym babcia.

Staruszka siedziała w białej czapce na głowie wśród wielkiej, zielonej sterty i wiązała liście w pęki za pomocą sznurka. Musiał on być upleciony z perzu[5], najlepiej pozbawionego liści i korzeni. Miał wtedy dużą wytrzymałość i nie przerywał się pod ciężarem dużej wiązki suszu.

Perz był pospolitym chwastem. Rósł wszędzie na lessowych glebach, wciskał się w każdą szczelinę i nie dawał się wyplenić.

Na początku babcia sama zebrała naręcze perzu i uplotła z niego dwa sznurki. Ale później nie musiała się już tym zajmować. Razem ze starszą siostrą poszłyśmy za nią, zerwałyśmy dwa wielkie naręcza perzu, przyniosłyśmy je na stertę rzodkwi, a potem usiadłyśmy i zabrałyśmy się do plecenia sznurków. Robota paliła nam się w rękach: już po chwili ukręciłyśmy pierwszy z nich i podałyśmy go babci. Staruszka brała garściami nać rzodkwi i równo układała na perzowych sznurkach. Potem wiązała ich końce, mocno ściskając wielkie pęki liści. Gdy tylko ułożyła kolejną garść naci na sznurku, zaciągała kolejny węzeł. Już po niedługim czasie odkładane przez babcię na bok pęki spiętrzyły się w wielki i ciągle rosnący stos zieleni, ułożony z ciemnych liści rzodkwi i perzowych linek o barwie trawy. Babcia wstała z ziemi, po rękach spływał jej roślinny sok. Podniosła koniec sznurka i pociągnęła za niego, nagłym szarpnięciem dźwigając pęk większy, niż mogłyśmy się spodziewać. Był jednak bardzo ciężki, więc matka przyszła jej pomóc. Razem z babcią dźwignęły wielki pęk liści i zaniosły go na przygotowany wcześniej prosty, drewniany stojak, zrobiony z dwóch wielkich, ustawionych pionowo ławek, na których leżał mocny, wiązowy kij o spłaszczonych końcach.

Matka spędziła połowę popołudnia na obieraniu rzodkwi z liści. Przenosiła też bulwy do znajdującej się na tyłach podwórka ziemianki, w której przechowywaliśmy zapasy. Babcia związała kilkanaście pęków liści rzodkwi. Nazywaliśmy je suszonymi, choć w rzeczywistości były jeszcze świeże. Zdawało się, że gdy tylko zielone liście trafiały na sznurek, stawały się wyjątkowe i w jakiś sposób inne niż te, które leżały na ziemi w bezładnej stercie.

Babcia chciała wiązać dalej, ale matka zawołała:

– Starczy już, starczy! Jak będzie więcej, to jak my to wszystko zjemy?

Staruszka odparła cicho:

– Wy, młodzi, uwielbiacie się lenić i boicie się ciężkiej pracy! Nawiążemy jeszcze parę pęków, a jak przyjdzie zima, zrobimy wielki gar kiszonych warzyw i zobaczymy, jak je zjecie!

W głosie babci brzmiało zdecydowanie. Miała na myśli, że zjemy je tak, jak będziemy chcieli: każdy weźmie, ile dusza zapragnie, i nikt nie będzie mu żałował.

Jesień była sucha i rześka, a słońce świeciło wysoko na niebie, więc pęki liści rzodkwi wyschły bardzo szybko i wyraźnie się skurczyły. Babcia zdjęła je po kolei i powiesiła na drewnianych kołkach wbitych w ścianę ziemianki.

Ta głęboka i przestronna ziemianka, w której dawniej wciąż było cicho, w jednej chwili stała się gwarna i tłoczna. Jej wnętrze wyglądało dostatnio: pęki suszonych warzyw wisiały na ścianie jeden przy drugim. Na podłodze piętrzyły się narzędzia rolnicze. Leżało tam też kilka starych i zniszczonych przedmiotów, których szkoda nam było wyrzucić. Na niektórych kołkach wisiały jeszcze suszone warzywa z poprzedniego roku. W porównaniu z nowymi pękami, stare jeszcze bardziej przypominały sterty brudnych szmat. Pokrywał je kurz, który nagromadził się, gdy przez cały rok tkwiły jak wisielcy na ścianie ziemianki. Krótko mówiąc, wyglądały tak źle, że aż przykro było na nie patrzeć. Podeszłam do jednego ze starych pęków, dotknęłam go, a potem lekko szarpnęłam. Zwiędłe, wyschnięte na wiór liście natychmiast się rozsypały i zmieniły w proch i strzępy, które z szelestem opadły na ziemię. Gdy tylko dotykałam dłonią kolejnych wiązek, od razu się rozpadały. Liście w mgnieniu oka obracały się w proch, aż wreszcie na kołku wisiała tylko uschła łodyga, naga i osamotniona. Powietrze stało się mętne i nieco duszące, tak że trudno było złapać oddech. Uniosłam głowę ponad tuman kurzu i strzępów liści.

– Babciu – zawołałam – babciu, czy to są jeszcze te suszone warzywa, które powiesiliśmy w zeszłym roku? Jak to się stało, że tak się zmieniły?

Babcia była zajęta, więc nie odezwała się do mnie. Lecz właściwie nie bardzo zależało mi na jej odpowiedzi. Pamiętałam przecież wyraźnie. Gdybyśmy wtedy, rok temu, nie powiesili tych suszonych warzyw, to chyba same by się tam nie pojawiły?

Liczba drewnianych kołków była ograniczona. Dlatego zawieszenie wszystkich pęków suszonych warzyw sprawiło nam wielką trudność. Babcia przekrzywiła głowę w zamyśleniu. Przypominała psotne dziecko, które stanęło przed trudnym wyborem, nie mając pewności, jaką odpowiedź należy wskazać na sprawdzianie. Wreszcie podjęła decyzję i wyciągnęła rękę w kierunku suszonych warzyw. Zdejmowała stare pęki i umieszczała na ich miejscu nowe, aż wreszcie obwiesiła świeżym suszem wszystkie drewniane kołki.

Wiązki suszonych warzyw piętrzyły się przy wejściu jak martwe ciała, gorączkowo kładzione jedno przy drugim. Babcia posmutniała trochę na ich widok. „Szkoda wyrzucać” – pomyślała. – „To co, pozbierać je znowu? Przecież nie mam ich gdzie dać...”. Podjęcie tej decyzji było dla niej naprawdę trudne. Stare suszone warzywa leżały w poprzek na ziemi, zagradzając babci drogę. Rok wcześniej własnoręcznie wybierała liście jeden po drugim, a potem kolejno wiązała je w pęki. A teraz miała je wyrzucić... Poczuła wielki smutek, zupełnie jakby kazano jej się pozbyć jakichś drogocennych przedmiotów.

Kopnęłam pęk suszonych warzyw. Były naprawdę bardzo stare. Wydawało się, że gdy liście straciły wilgoć, razem z nią wyblakł i ulotnił się ich kolor.

Babcia schyliła się i zaczęła zbierać susz z ziemi. Zobaczyłam, jak podnosi naraz dwa pęki warzyw, jakby wcale nie były dla niej ciężkie. Podeszłam bliżej i spróbowałam pomóc jej w zbieraniu. Wiązka suszu była większa ode mnie, ale potrafiłam unieść ją bez trudu, bo zwiędłe liście były lekkie jak piórko. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, mogłam z łatwością stanąć na czubkach palców, podnosząc pęk jeszcze wyżej. Gdzie się podział jego dawny ciężar? Zaraz po związaniu liści babcia nie potrafiła dźwignąć samodzielnie nawet jednego pęku. A teraz bez trudu podniosła aż trzy naraz, a potem lewą ręką chwyciła kolejny.

Babcia westchnęła i powiedziała z żalem:

– Zabierzcie je i nakarmcie nimi bawołu.

Włożyłyśmy więc pęki suszu do koryta.

Świeże liście warzyw wisiały na drewnianych kołkach, z dnia na dzień więdnąc coraz bardziej. Pomyślałam, że kiedyś w końcu uschną jak nać rzodkwi zerwana w poprzednim roku, a ja sama stanę się pewnego dnia tak stara i słaba jak babcia. Czas był nożem, który wisiał nad czubkami naszych głów, nieustannie odcinając kolejne skrawki życia. Choć ostrze kryło się bardzo głęboko, wszyscy mogliśmy zobaczyć jak na dłoni wyrządzone przez nie szkody.