Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 382 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Siedem życzeń - Opracowanie zbiorowe

Jeden pensjonat, jeden wieczór, kilka opowieści.

Babcia Agnieszka wraz z wnukiem przygotowują mazurski pensjonat do Bożego Narodzenia. Chociaż tego roku żaden z gość nie zapowiedział swojej wizyty, oni chcą stworzyć idealne święta.

Śnieg ciągle pada, zaspy uniemożliwiają jazdę samochodom, a telefony komórkowe milkną, zamiast przekazywać gorące życzenia. W małym pensjonacie koło Pięknej Góry tej nocy, wbrew swojej woli, spotka się kilka rodzin. Okna pensjonatu rozświetlą się, a jego pokoje wypełni gwar rozmów. Niespiesznych, przypadkowych, pełnych nadziei na lepsze jutro.

Ludzie, którzy mieli już nigdy się nie spotkać, znów padną sobie w ramiona.

Niemożliwe stanie się możliwe. A wszystko przez śnieg, czarną kurę i Najlepsze Radio Świata.

Tego roku kilku bohaterów Cichej 5 powróci.

W zupełnie innych okolicznościach będą musieli stawić czoło kolejnym świętom Bożego Narodzenia.

Bo czasem los musi nieustannie przypominać o tym, co ważne.

Rozświetla niebo i wskazuje nam drogę. A czasem zsyła noc taką jak ta. Noc prawdziwych cudów.

Opinie o ebooku Siedem życzeń - Opracowanie zbiorowe

Fragment ebooka Siedem życzeń - Opracowanie zbiorowe

Jeden pensjonat, jeden wieczór, kilka opowieści…

NATASZA SOCHA

Niebieskie buty

Nazwa „Pod Aniołem” jest okrutnie pretensjonalna, ale tochyba jedyna, jaka pasuje domiejsca, w którym właśnie się znalazłam. Popierwsze nadrzwiach ktoś wymalował siedem aniołków, z których każdy został udokumentowany w sposób dosłowny, czyli z siusiakiem. Podrugie krzesła w tym domu mają… skrzydła. Efekt jest zachwycający, zwłaszcza kiedy się nanich usiądzie.

– Babciu… Tyzaraz odfruniesz – zauważył mój wnuk Kola.

– Usiądź nadrugim, tooboje polatamy.

No i tak posiedzieliśmy sobie nadwóch końcach ogromnego stołu, każde z drewnianymi skrzydłami, misternie wyrzeźbionymi i pomalowanymi nabiały kolor. Dzisiaj wyglądają podwójnie uroczyście. Bodzisiaj jest Wigilia.

Ale jajednak jeszcze pomyślę nad inną nazwą tego pensjonatu. Pogłowie michodzi kura… Toznaczy nie naprawdę, ale kiedy tuprzyjechaliśmy poraz pierwszy, zobaczyłam nadrodze czarną kurę, która łypała namnie swoim kurzym okiem, jakby kontrolowała, czy aby napewno nadaję się nanową właścicielkę pensjonatu. Jasama nie dokońca byłam przekonana, czy todobry pomysł. Popierwsze – jestem z miasta. Całe życie mieszkałam wśród hałasu, wyjących syren karetek pogotowia i straży pożarnej, ścigających się motorów oraz weekendowych kozich śpiewów stałych bywalców restauracji, pubów i knajp. Pośmierci męża przeprowadziłam się naCichą, która cicha była tylko z nazwy. Naprzeciwko naszej kamienicy znajdowała się tylko teoretycznie maleńka kafejka, w której w piątkowe i sobotnie wieczory mieściło się pół Stadionu Narodowego. Okrzyki wydobywające się z wnętrz tego lokalu przypominały darcie się marcowych kotów połączone z gulgotaniem kopulujących alpak. W tym temacie jestem podszkolona dzięki stacji Planete, więc wiem, o czym mówię. Czasem dochodziło również dodramatycznych dialogów, w których on najczęściej okazywał się podłą szują, a ona przeżutą przez niego niewinną koniczynką.

– Znowu tosamo, znowu – łkało dziewczę.

– Nie przesadzaj – broniła się męska szuja.

– Nienawidzę cię! – rozlegał się okrzyk rozdzierający serce.

– Spier…

W tym momencie zazwyczaj zamykałam okno, gdyż nadmiar romantyzmu mógłby mizaszkodzić.

W takich oto miejskich okolicznościach przyrody upływało dotąd moje życie. A teraz siedzę nadrewnianym krześle zeskrzydłami i wsłuchuję się w ciszę, która staje się coraz głośniejsza. Tosyndrom nieprzystosowanych ludzi z miasta. Ogłuszenie ciszą.

Wyjrzałam przez okno. Kura! Znowu ona! Czarna kura wydeptuje jakieś ślady naśniegu. Może daje miznaki alfabetem Morse’a? Oczywiście, kiedy wyszłam przed dom, kury już nie było.

– No dobrze, jeszcze się spotkamy i wtedy wyjaśnimy sobie ewentualne nieporozumienia – mruknęłam pod nosem.

Usiadłam przed kominkiem. A może pensjonat „Pod Kurą”? I zamaluję te aniołki albo przerobię nakury z anielskimi skrzydłami. Dziobate anioły. Anielskie kury.

Mam nadzieję, żepiec nie wygaśnie dowieczora. Bostrzelanie ognia w kominku, choć banalne, maswój niepowtarzalny urok. Coś jak zachód słońca. Kicz przepotworny, a jednak zakażdym razem zachwyca. Kola próbował napalić w piecu z samego rana, żeby ogrzać świątecznego ducha i podkręcić atmosferę, ale marnie mu towyszło. Naszczęście dorwał jakiegoś Marka, który uporał się z tym błyskawicznie i teraz możemy cieszyć się trzaskającym ogniem. Zaoknem leży masa śniegu, wczoraj sypało wściekle, ale teraz nie pada, nic a nic. W sumie szkoda, bojalubię jak sypie puchem z nieba i doprawia wigilijną scenerię srebrzystymi śnieżynkami. Ale jest jeszcze wcześnie. Może coś się zmieni… W radiu odświtu zapowiadają solidne opady. Czy można im wierzyć? Złapaliśmy tylko jedną lokalną stację. Najlepsze Radio Świata czy jakoś tak… Uwierzylibyście w prognozy radia o takiej nazwie?

Kola wyszedł z domu owinięty pomarańczowym szalikiem, który mu osobiście wydziergałam chyba naosiemnaste urodziny, dokończyć odśnieżanie. Samochód bowiem zniknął pod śniegową czapą i choć pewnie dzisiaj nie będzie nam potrzebny, tojednak mój wnuk uparł się, żeby go odkopać, póki jeszcze widać dach.

– Wezmę rękawiczki. – Wrócił namoment. – Zimno! Ale cudnie jest, babciu! – Rumieńce najego policzkach z delikatnie różowych zaczynały robić się malinowe. Śliczny jest ten mój wnuk. Założył ciepłe rękawice z jednym palcem, równie pomarańczowe jak szalik, i zniknął.

Pensjonat „Pod Aniołem” vel „Pod Kurą” jest moim prezentem odlosu. Coprawda, kiedy tuprzyjechałam dziesięć dni temu, żeby zobaczyć, nacosię porwałam, dość szybko straciłam cały rezon. Popierwsze: dom cuchnął stęchlizną wymieszaną z zapachem zepsutych ogórków. Podrugie: w kuchni natknęłam się napająka pokaźnych rozmiarów, który łypał namnie nieprzyjacielsko. A janienawidzę pająków. Toleruję wyłącznie te chude nacienkich nóżkach, gdyż wydają się być bardziej przerażone niż ja. Każdy inny pająk, zwłaszcza czarny i tłusty, powoduje u mnie atak histerii połączony z tańcem epileptycznym.

Kiedy Kola zobaczył, jak wymachuję nogami i rękami, jednocześnie falując brzuchem i trzęsąc pupą niczym tancerka hula, spytał:

– Pająk?

Pochwili insekt został unieszkodliwiony (poniósł śmierć z buta), a jaostrożnie zajrzałam dokuchni. Duża, przestronna, z ogromnym stołem pośrodku i wymalowanymi aniołkami nadrzwiczkach szafek. Poprzedni właściciel musiał być mocno uduchowiony, możliwe też, żeregularnie spotykał się z aniołami i wspólnie dobijali jakiegoś targu. Szkoda, żenie zamówił u nich nowej lodówki, bonatej widniał napis „Mewa”, a z tego, cokojarzę, pierwsza „Mewa” została wyprodukowana w 1956 roku i tonajwyraźniej był jej prototyp. Cud, żedrzwiczki nie zostały miw ręku.

– Spokojnie, babciu, lodówkę kupimy nową – Kola najwyraźniej czytał w moich myślach. – Tajest zdecydowanie zbyt hipsterska, nawet jak namnie – roześmiał się.

W szafce pod zlewem odkryłam centrum smrodu. Stare słoiki z ogórkami, którym wybiło zakrętki, wskutek czego napodłogę kapała ogórkowa woda, kolorem przypominająca siniejącego trupa. Naetykietach widniał napis: „Spożyć domaja 1996”.

Moim zdaniem czas minął.

Najbardziej z całej kuchni spodobały misię naczynia. Kremowa porcelana w miniaturowe gruszki i jabłuszka. Serwis chyba naczterdzieści osób! Salaterki, miseczki, talerze duże, średnie i małe, kubeczki, filiżanki, a nawet ogromna waza dozupy. Idealna nabarszcz wigilijny.

– I comyślisz? – spytał Kola, obserwując mnie z zaciekawieniem.

– Tochyba jest to, czego podświadomie chciałam oddawna, ale jak narazie z moją podświadomością wygrywa strach. Nie wiem, czy podołam, nie wiem, czy kiedykolwiek ktoś nas tuodwiedzi. Mam wrażenie, żeoblazły mnie pająki niepokoju i chichoczą podle w mojej głowie.

Kola roześmiał się.

– Doskonale cię rozumiem. Każdy nowy pomysł ubrany jest nie tylko w euforię i stan podekscytowania, ale również w strach. Ale babciu, kto jak nie ty? Oczywiście z moją pomocą!

Najwyraźniej jateż mam swojego anioła. Naszczęście żywego, a nie wymalowanego nakuchennych szafkach. Odetchnęłam głęboko i raz jeszcze rozejrzałam się poswoim nowym domu. Zważywszy nato,ile mam lat, topewnie będzie moje docelowe miejsce podróży. Trzeba zrobić wszystko, bybyło przytulne i pełne uroku, żeby pomojej śmierci nie napisali, żeodnaleziono zgrzybiałą staruszkę w zapleśniałym domu, w którym główne skrzypce grały czarne pająki.

W końcu ten pensjonat tomoje marzenie!

W ubiegłym roku miałam inne i ono się spełniło, choć dodzisiaj trudno miw touwierzyć. Trochę bałam się głośno wypowiedzieć następne, ale najwyraźniej nie malimitu marzeń. Zwłaszcza w grudniu. Istnieje też duże prawdopodobieństwo, żeponieważ wcześniej o nic nie prosiłam, nastarość dostaję hurtem wszystko to, czego chcę. A jeśli pojawią się też niebieskie buty…?

* * *

Zachłysnęłam się życiem. Kiedy okazało się, żemój rak jest tylko niewinnym skorupiakiem o paskudnej nazwie tłuszczak wewnątrzoskrzelowy, poczułam się tak, jakby ktoś podarował misukienkę baletnicy, o której marzyłam jako dziecko i jednocześnie zabrał kilka dekad z mojego życia.

Poczułam się lekka i szczęśliwa.Poczułam się młoda, choć moja metryka zdecydowanie biegła w kierunku osiemdziesiątki. Dla mnie jednak wiek nie miał żadnego znaczenia, wiedziałam bowiem, żejestem zdrowa i nadal mogę robić wszystko, nacomam ochotę. Mogę naprzykład wydepilować nogi woskiem, bozawsze mnie tociekawiło, ale jakoś nigdy nie miałam odwagi, żeby skusić się naten tajemniczy zabieg.

– Ale jest pani pewna? Chodzi o usuwanie włosów? Woskiem? – spytała dziewczyna, naoko dwudziestoletnia, choć równie dobrze mogła mieć czterdzieści. Kiedy jest się w moim wieku, każdy w przedziale 20–50 lat wygląda tak samo.

– Tak – uśmiechnęłam się. – Chciałabym zamówić woskowanie nóg. I proszę się nie stresować, depilacji strefy bikini pani zaoszczędzę – zachichotałam.

Natwarzy dziewczyny pojawił się grymas w stylu „wykonam każdą usługę, choć przyznam, żemnie zatkało”, ale koniec końców zapisała mnie w swoim czerwonym kalendarzu. Wtorek, godzina piętnasta.

Jeszcze kilka miesięcy temu miałam raka. Siedziałam naprzeciwko pomarszczonego lekarza w musztardowym golfie i czułam podskórne zdenerwowanie. Nie polubiliśmy się. Z lekarzem oczywiście, golf nie miał tunic dorzeczy. Obok komputera leżał napoczęty pączek, poktórym spacerowała mucha i zacierała swoje odnóża, zapewne z radości, żewczoraj gówno, a dzisiaj ciastko.

Takie myśli kołatały się wtedy w mojej głowie, jakby chciały zagłuszyć to, cozachwilę miało wyskoczyć z ust tego nieprzyjemnego doktora.

– Taaa… – mruknął pod nosem, przeglądając moje wyniki. – Powiem szybko, bonie macoowijać w bawełnę. Bardzo nieciekawy guz lewego płuca.

– Rak? – wyszeptałam.

– No… rak – potwierdził.

Nie muszę chyba mówić, jak się poczułam. Gdyby nie mój wnuk, który wymyślił całą tęhistorię z Instagramem, naktórym zamieszczałam swoje zdjęcia z wywalonym niebieskim językiem albo fryzurą irokeza, pewnie umarłabym z przygnębienia i tym samym popsuła rakowi jego robotę. Ale Kola postanowił zatłuc guza dobrym humorem. Pokazać mu, żetonie on rządzi moim życiem, a jamam jeszcze ciągle coś dopowiedzenia. Broniłam się, chciałam gdzieś uciec i chlipać w samotności z rozpaczy, ale zamiast tego przebierałam się w kolorowe ciuchy, eksperymentowałam z włosami i wrzucałam swoje fotki naInstagram. Chyba nigdy w życiu nie miałam tylu znajomych, tylu ludzi, którzy mnie wspierali i trzymali kciuki.

A potem w Wigilię zadzwonił mój nowy lekarz. Marek. Miał długie włosy i plan, byzatłuc raka dwoma sprytnymi lekami – niejakim bewacyzumabem oraz erlotynibem. Pamiętam, żezachwyciły mnie te nazwy. Tyle żeleki okazały się niepotrzebne. Dodzisiaj widzę siebie stojącą w kuchni i wsłuchującą się w radosny głos doktora Marka:

– Tonie jest guz złośliwy, babciu Agnieszko! Totłuszczak wewnątrzoskrzelowy, który nam się trochę zamaskował lub raczej przebrał zamordercę. Wredny typ, przyznaję… Ale, powzięciu pod lupę, bezbronny niczym pisklę wróbla. Załatwimy go sterydami, ale tojuż poświętach. Wracaj dopierogów, a jawracam dożony, która zagroziła, żejeśli dzisiaj będę pracował, odejdzie z pierwszym lepszym hydraulikiem nakoniec świata. Szczęśliwej Wigilii, babciu z niebieskim językiem! Proszę pozdrowić syna!

Zaklęłam wtedy kuchwale narodzin Jezusa; wiem, żetonieładnie, ale radość dosłownie rozsadziła migardło.

Z wiadomością chciałam odczekać dosernika, ale już przy barszczu, kiedy zobaczyłam smętne miny Koli oraz mojego syna i synowej, uznałam, żenie będę psuć im Wigilii.

– Nie mam raka – oznajmiłam między jednym uszkiem z grzybami a drugim. Uszka nota bene wyszły mi doskonale. Myślę, żetosprawa podgrzybków delikatnie podsmażonych namaśle.

Trzy głowy synchronicznie uniosły się znad talerzy, przy czym Kola, mój ukochany wnuk (wcale nie dlatego, żejedyny), doskoczył domnie tak gwałtownie, żełyżka z barszczem wywinęła potrójne salto, a sama zupa pozostawiła efektowny wzór naobrusie. O, dziwo – moja synowa nie syknęła, tylko wpatrywała się wemnie z takim napięciem, żepoczułam podskórne mrowienie.

Pocałowałam Kolę w czoło i roześmiałam się.

– Dzwonił doktor Marek. Tonie rak. Tojakiś tłuszczak, który się pod raka podszywał. Zdaje się, żenie umrę tak szybko.

– Babciu! – Kola niemal mnie zadusił. A dotego zakwilił niemowlęco, choć majuż dwadzieścia kilka lat. Mój syn z kolei zachrząkał uroczyście i nawet uronił łzy. Sztuk trzy. W jego przypadku można uznać, żetoprawie powódź. Mój syn bowiem należy do osób niezbyt wylewnych, za to bardzo racjonalnych, które każdą życiową decyzję muszą skomentować przydługawą oracją. Tym razem jednak nic nie powiedział, zatkał się tylko śledziem w śmietanie i wpatrywał wemnie czule. Synowa zaś nałożyła mitaką porcję ciasta, poktórej teoretycznie powinnam zostać odwieziona napłukanie żołądka. Tobyła naprawdę rodzinna wigilia.

Kolejną spędzę jednak zupełnie inaczej niż sobie wyobrażałam. Piękna Góra. Podobno znajduje się tutaj Szlak Łabędzi, ale ponieważ mamy zimę, prędzej zobaczę pingwina, mimo żejesteśmy naMazurach. Albo kurę. Najbardziej cieszy mnie fakt, żebędę mogła do woli nakleić pierogów. Bojauwielbiam klejenie pierogów i wcale mnie tozajęcie nie męczy. Mam tajny przepis, zdaje się jeszcze pomojej prababci, a jego prostota zawsze mnie zachywca. Mąka i gorąca woda. Tojedyne składniki ciasta. Żadne jajka, żółtka, śmietany. Nic. A potem farsz: cebulę podsmażam namaśle, pieczarki podsmażam namaśle, suszonych grzybów nie podsmażam namaśle, tylko gotuję i kroję w drobną kosteczkę. Wszystko wrzucam dopodduszonej kiszonej kapusty i całość duszę jeszcze jakieś pół godziny. Jak przestygnie, tosiadam przy stole i wykrawam szklanką kółka, nakładam farsz i sama robię pierogom urokliwą falbankę z ciasta. Odsynowej dostałam kiedyś jakiś dziwny kawałek plastiku, który miał mnie rzekomo wyręczyć w robieniu falbanki. Wrzuciłam topaskudztwo rybkom doakwarium i chyba im się spodobało, boregularnie toobwąchują. Fajnie bybyło, gdybym tymi pierogami mogła się z kimś podzielić… Toznaczy, jabardzo dokładnie wiem z kim… Ale pokolei.

* * *

Nigdy nie wiadomo, kiedy tak zwyczajne wydarzenie, jak regulacja brwi może okazać się przełomowe w naszym życiu.

Jest wtorek, godzina piętnasta, piękny, choć chłodny majowy dzień, a jasiedzę właśnie w gabinecie kosmetycznym nawoskowaniu nóg.

– Robiła tojuż pani kiedyś? – spytała dziewczyna (Kalina M., kosmetolog, tak manapisane naplakietce).

– Robiłam różne rzeczy, ale tego akurat nie – przyznałam uczciwie. – Ale zawsze korciło mnie, żeby w swoim kalendarzu wpisać: „depilowanie woskiem”.

Kalina M. chyba chciała się zaśmiać, ale nie wiedziała, czy jej wolno.

– Może się pani roześmiać – poradziłam jej.

Zmieszała się.

– Pierwszy raz mam taką klientkę.

– Taką starą?

– Taką fajną.

Nie muszę chyba mówić, żepolubiłam jąnatychmiast i bez konieczności zjedzenia beczki soli.

Depilowanie mnie zachwyciło. Wosk był niebieski (a tomój ulubiony kolor), niemal natychmiast zastygał nanodze, a potem jednym wprawnym ruchem moja nowa przyjaciółka Kalina M. zrywała go szybko i prawie bezboleśnie. Inna sprawa, żenie miałam zbyt wielu włosów nanogach. Ale nigdy wcześniej nie miałam też tak gładkich i zadbanych łydek, które nazakończenie zostały wysmarowane olejkiem z delikatnie błyszczącymi opiłkami czegośtam.

– Ach – oznajmiłam szczerze uradowana.

Kalina M. zerknęła nazegarek i spytała:

– A może chciałaby pani wydepilować brwi?

– A jamam jeszcze brwi? – zdziwiłam się.

Dziewczyna, najwyraźniej rozluźniona powoskowaniu i naszej małej pogawędce, roześmiała się szczerze.

– No, mapani. Ale jakieś takie bezkształtne. Potargane.

Zdumiałam się. Mam potargane brwi?

– Tocorobimy? – spytałam zaciekawiona.

– Popierwsze, wyznaczamy długość. W tym celu przykładamy jeden ołówek pionowo przy wewnętrznym kąciku oka, drugi zaś prowadzimy odskrzydełka nosa dozewnętrznego kącika oka. W ten sposób określamy idealną długość brwi. – Dziewczę pomachało miprzed nosem ołówkami, byustalić odpowiednie wymiary.

– Niesamowite! Mapani idealną długość! Całkiem naturalnie!

Poczułam się piękna.

– Rozumiem, żetorzadkość?

– Żeby pani wiedziała! Większość kobiet mazdecydowanie zakrótkie łuki brwiowe. Dorabiamy wtedy odpowiednią długość henną, a czasem nawet tatuażem. Dobrze. Toteraz depilujemy zbędne włoski. Wyrywamy tylko te, które rosną w dolnej linii brwi. Wykonujemy ruchy w kierunku zgodnym zewzrostem włosków.

– Auuu… Aaa! – wrzasnęłam.

– Wiem, ale spokojnie. Tobardzo krótkotrwały ból.

Pytanie, czy konieczny.

Dziesięć minut później czułam się jak oskubana kura. Nad oczami trochę szczypało, ale pominie mojej kosmetyczki widziałam, żejest dobrze.

– To teraz kolorujemy. Metodę wybieramy według upodobań: henna, cienie, kredka?

– Chyba nie mam konkretnych upodobań dotyczących kolorowania brwi – oznajmiłam jej. – W tej kwestii zdaję się całkowicie napanią.

– Tohenna – rozjaśniła się. – Nadłużej starcza i daje bardzo ładny efekt. Zmieszam brąz z antracytem.

Mieszaj, słoneczko.

– Czerń bowiem jest idealna dla brunetek o ciemnej karnacji. Blondynki mogą spróbować szarości i beżów. A kolor brązowy jest najbezpieczniejszy.

Jestem w rękach anioła.

– No i nakoniec czesanie. Może jepani potem w domu sama uczesać albo grzebykiem, albo szczoteczką lub spiralką. I proszę pamiętać, żezawsze wykonujemy ruchy dogóry i nazewnątrz.

Oddzisiaj doporannej toalety dorzucam regularne rozczesywanie brwi spiralką.

Powyjściu z gabinetu poczułam chęć przespacerowania się pomieście, zjedzenia czegoś kwaśnego i zakończenia dnia w parku, naławce pod rozłożystym kasztanowcem. Czułam się piękna, zadbana, pełna energii i młoda. Tak. Młoda również. To,comówi mój dowód osobisty, w żaden sposób nie przekłada się nastan, w jakim obecnie się znajduję. A jest tostan gdzieś między pięćdziesiątką a sześćdziesiątką. Kupiłam kiszone ogórki i dwa niezwykle chude kabanosy. Okazały się nie tylko chude, ale też okrutnie twarde, comoje zęby skonstatowały z prawdziwym oburzeniem. Zgodziłam się z nimi, wskutek czego kabanosy wylądowały dyskretnie naziemi, a dwa spacerujące gołębie spojrzały namnie z wdzięcznością.

– Dokarmia pani gołębie kabanosami? – usłyszałam nagle męski głos. Dobiegał z góry, bowłaśnie nachylałam się, byzobaczyć, jak dwa ptaki poradzą sobie z kawałkiem suszonej kiełbasy.

Niebieskie buty. Przed moim nosem stały dwa niebieskie buty, dość masywne, sznurowane i zakończone żółtą skarpetką. Uznałam, żewarto spojrzeć w górę, bypoznać właściciela tego nietypowego zestawu odzieżowego.

Oj.

Wiek zbliżony domojego, tego z dowodu. Ale buty oraz radosne spojrzenie zielonych (agrestowych) oczu wskazywały dobitnie, żemam doczynienia z męskim porte-parole. Metryka urodzenia nie mabowiem żadnego znaczenia, jeśli nasz mózg nadal pamięta czasy liceum i śmieje się nasamo wspomnienie palonych potajemnie fajek. Podskórnie czułam, żektoś, kto nosi takie buty i figlarnie namnie łypie, musi być moją pokrewną duszą.

– Z badań upodobań gołębi można zestawić następującą listę przysmaków: białe orzeszki ziemne, żółty groch, wyka, biały ryż, pszenica, małe ziarna kukurydzy, białe sorgo, ziarna owsa i rzepaku, zielony groszek, proso, brązowy groch oraz mały bób – sposób, w jaki towypowiedział, tylko potwierdził moje wcześniejsze przypuszczenia.

Chyba się polubimy.

Spojrzałam nagołębie. Pokabanosach zostało tylko wspomnienie.

– Chyba będzie musiał pan doswojej listy dorzucić mięso – zachichotałam.

– Może były wegańskie? – spytał.

– Kabanosy? – zdziwiłam się.

Wzruszył ramionami. Ale fajna marynarka. Zielona, chyba z koca.

– Dzisiaj nawet tatar może być wegański.

Roześmiałam się.

– A czemu jepani wyrzuciła?

Hmm… Coprawda okres flirtu mam już zasobą, ale mimo wszystko jakoś niezręcznie przyznać przed obcym mężczyzną, żemoje zęby zbuntowały się przeciwko twardości kabanosa. W końcu jestem kobietą, a ten tuw niebieskich butach i zielonym kocu tofacet i nawet jeśli nie mamy już osiemnastu lat, nie będę przed nim obnażać wad sztucznej szczęki.

Połowicznie sztucznej, bociągle jeszcze mam sporo własnych zębów.

– Dziwnie smakował – oznajmiłam zatem.

– Widzi pani! Wegański!

Spojrzałam naniego z rozbawieniem i ucieszyłam się, żemam świeżo wyskubane i uhennowane brwi. Pokazałabym mu również moje wydepilowane nogi, ale schowane były pod spodniami, a jakoś tak głupio ściągać spodnie w parku przed obcym facetem. Minutę pozapoznaniu się.

– Agnieszka – wyciągnęłam rękę.

– Konstanty Władysław. Ale dla przyjaciół Jurek.

Przyznam, żetroszkę mnie zatkało.

– Nie bardzo wiem, jak z Konstantego Władysława doszedłeś doimienia Jurek – zastanowiłam się głośno.

– Toproste. Konstanty Władysław toimiona, które otrzymałem pomoich przodkach. Sprawdziłem ich. Byli nierobami i pijakami. Jeden nawet zhańbił bliźniaczki zewsi obok, choć podobno stało się tozaich zgodą. W tej sytuacji wybrałem imię przypadkowe.

– Jurek – stwierdziłam.

– Niech będzie, żepokrólu Jerzym Szóstym. Coprawda się jąkał, ale przynajmniej nie był nierobem. Rządził Anglią, a w czasie wojny podobno kąpał się w zimnej wodzie i wcale z tego powodu nie narzekał. Wyznaczał też linię – dwanaście centymetrów oddna wanny, powyżej której nie należało wlewać wody. W ramach oszczędności.

Zdumiałam się. Nie każdy mataką wiedzę, a już napewno nie każdy z taką wiedzą nosi tak fantastyczne buty.

A potem zadzwoniła jego komórka.

– Cholera – powiedział tylko, chwycił mnie zarękę, pocałował w nią i pobiegł szybko, choć miałam w planach conajmniej trzysta pytań.

– Cholera – powtórzyłam. – A nawet bardziej niż cholera. Kurwa mać. Nie mam jego telefonu!

Zgnębiona doczłapałam się naprzystanek i wsiadłam doautobusu. Jak zwykle chętnych, byustąpić mimiejsca, nie było zbyt wielu.

– Może byś tak wstał? – nie wytrzymałam w końcu i trąciłam torebką jakiegoś chłoptasia. Nie wiem, czy w ogóle był pełnoletni.

Wzruszył ramionami i niechętnie, ale jednak dźwignął swoją zmęczoną młodzieżową pupę.

– Brawo! – pogratulowałam mu.

Próbował zmiażdżyć mnie wzrokiem, ale jestem odporna, wobec czego mruknął tylko:

– Stare babsko.

Miałam ochotę zdzielić go torebką albo kopnąć w przyrodzenie, ale nagle jakoś misię odechciało. Spojrzałam naniego zimno i powiedziałam:

– Coś ci powiem chłoptasiu. Kiedyś byłam taka jak ty. Młoda. A tykiedyś będziesz taki jak ja. Stary. Pamiętaj o tym.

Nie wiem, czy dotarło. Wiem tylko, żenagle zrobiło misię jakoś smutno.

* * *

Siedemdziesiąt dwa uderzenia naminutę. Tak przeciętnie bije nasze serce. W tym czasie pewien Amerykanin rozpiął pięćdziesiąt sześć staników i trafił doKsięgi Rekordów Guinnessa, mieszkanka Słowacji wydoiła 3300ml mleka, a bułgarski bramkarz obronił dwa karne. Minuta wystarczy też, byśmy mogli się w kimś zakochać. Tak twierdzą naukowcy, a ponieważ przeszli długą drogę, byuzyskać tytuł naukowca, odczasu doczasu należy im wierzyć. Skłaniam się zatem kuteorii, żeminuta tosporo czasu, byodczuć coś dziwnego w okolicach serca. Coś w rodzaju szarpnięcia? Ukłucia? I nie, nie mówię tuo stanie przedzawałowym.

Według Stendhala istnieją cztery rodzaje miłości: miłość namiętna, miłość-upodobanie, miłość fizyczna oraz miłość wywodząca się z próżności. Tomnie nie dotyczy, w tej sytuacji zatem dorzucam piąty rodzaj: miłość w okolicach osiemdziesiątki. Niebieskie buty nie chcą miwyjść z głowy. Niby nic się nie wydarzyło, zwykła rozmowa o kabanosach, o przodkach nierobach i jąkającym się królu. Plus tamarynarka z zielonego koca. Kiedy jednak odtwarzam ten obraz w swojej głowie, odnoszę dziwne wrażenie, żeKonstanty Władysław, dla przyjaciół Jurek, mógłby stać się składowym elementem mojej rzeczywistości. Nie będę tuporuszała tematu chemii, byzbytnio się nie ośmieszać, nie powiem też, żejestem ogarnięta miłosnym szałem, ale dlaczego ciągle o nim myślę? Bozniknął tak szybko, a jawiem, żeprawdopodobieństwo drugiego spotkania jest bardzo małe? Bo w naszym wieku trochę śmiesznie jest powiedzieć: „Może kiedyś znowu się zobaczymy”. Możemy bowiem spotkać się nacmentarzu, ubrani w dębowe trumienki.

– Cojest, babciu? – spytał mnie Kola, mój osobisty barometr, psychoterapeuta i przyjaciel w jednym.

Nie powiem mu. Bonie wiem jak. „Wiesz, drogi wnuku, w parku poznałam starszego mężczyznę, który miał oczy jak agrest, marynarkę z koca i rozbawił mnie historią o wegańskich kabanosach”.

Ale głupie.

– W parku poznałam starszego mężczyznę, który miał oczy jak agrest, marynarkę z koca i rozbawił mnie historią o wegańskich kabanosach – wyrecytowałam trzy sekundy później.

Kola był zachwycony.

– Dałaś mu swój numer?

Pokręciłam smętnie głową.

– No właśnie nie. Ktoś doniego zadzwonił, on powiedział „cholera” i pognał w stronę wyjścia.

– Niedobrze.

– Wiem. Małe szanse, żego znajdę naFacebooku – zaśmiałam się, spuszczając głowę.

W tym przypadku nawet Kola minie pomoże, choćby uruchomił wszystkie portale społecznościowe, wytwittował pół świata i napuścił drony naokoliczne parki w naszym mieście. Niebieskie buty prawdopodobnie przepadły bez śladu…

* * *

Bardzo nie lubię, kiedy ktoś mówi mi, żeczegoś nie powinnam robić, bojestem natozastara. A w szczególności nie lubię, kiedy mówi tomój syn, chodzący sztywniak i erudyta. Wystarczyły mu dwa tygodnie, byzapomnieć o tym, żemiałam raka i żejednak go tozmartwiło. Szybko wrócił dodawnej formy i znowu nieustannie mnie poucza.

– Mamo. Każdy wiek maswoje prawa i obowiązki. Trzeba się z tym pogodzić.

Pokręciłam głową.

– Przynudzasz jak zwykle. I zupełnie nie wiem poco, skoro wiesz, żei tak postawię naswoim. Nie mam raka. Nie muszę nasiebie uważać. Nie muszę chuchać i dmuchać naswoje zdrowie i ostrożnie chodzić, żeby broń Boże nie złamać stawu biodrowego.

– A powinnaś! Sama ostatnio narzekałaś nastawy. Mam nadzieję, żewiesz, iż zwyrodnienie stawu biodrowego, czyli inaczej koksartroza, dotyka całkiem sporej liczby osób powyżej sześćdziesiątego roku życia. A tymasz znacznie więcej lat.

Przerwałam mu.

– Ale janie mam żadnego zwyrodnienia! Poza tym chcę tylko skoczyć zespadochronem. Z instruktorem!

Karolina, moja synowa, zastygła z żelazkiem w ręku. Wyglądała jak żona Lota, nawet usta miała otwarte, a w oczach dwa wielkie znaki zapytania.

– Comama chce zrobić? – wystękała w końcu, a japrzewróciłam białkami. Zachwilę usłyszę kolejny wykład o tym, żejestem zastara, moje kości kruszeją, a czasza spadochronu z pewnością się nie otworzy, zadziwiona faktem, żeprzytroczyli doniej stare próchno.

– Chcę. Sko-czyć. Ze. Spadochronem – wyrecytowałam wolno i wyraźnie.

Karolina znowu rozchyliła usta:

– A mogę… z mamą?

Nie muszę chyba mówić, żeatmosfera w domu mojego syna zrobiła się gęsta jak węgierskie leczo. Nie dość, żemagłupią matkę, tojeszcze okazało się, żejego własna żona zachowuje się jak skrzyżowanie niemowlaka zeszczeniakiem labradora. Piszczy i ślini się z radości.

– Podobno można nakręcić film w trakcie lotu! Sprawdzałam naich stronie internetowej i jest taka opcja – Karolina aż podskakiwała.

Jej mąż, a mój syn stanął przed nami w rozkroku i oznajmił:

– W ubiegłym roku zostało zgłoszonych w sumie pięćdziesiąt sześć śmiertelnych wypadków z całego świata. Najwięcej, boaż dwadzieścia dwa wypadki wydarzyły się podczas lądowania. Im ktoś mniej doświadczony, tym większe zagrożenie. Jeden zeskoczków z USA zginął posplątaniu z innym skoczkiem, zaraz pootwarciu spadochronów.

Spojrzałyśmy nasiebie z Karoliną.

– Mój drogi synu, obiecuję, żenie zawyżymy tych statystyk. Nie splączemy się i nie roztrzaskamy o ziemię – powiedziałam spokojnie – ale przestań w końcu truć, bo ciężko z tobą wytrzymać.

Karolina nic nie powiedziała, ale widziałam, żemyśli podobnie. Swoją drogą, tozaskakujące. Dotej pory wydawała misię równie sztywna jak mój syn, a już z pewnością nie podejrzewałabym jej o pragnienie szybowania w powietrzu na czymś, co teoretycznie może się nie otworzyć lub splątać. Jamiałam prawie osiemdziesiąt lat i mogłam zaryzykować, ale ona?

Najwyraźniej nie znałam swojej synowej tak dobrze, jak myślałam.

W dniu skoku byłam zadziwiająco spokojna. Nawet bardziej niż mój instruktor, który dwadzieścia siedem razy upewniał się, czy aby wiem, corobię.

– W każdej chwili może pani zrezygnować.

– Nie mogę, chłopcze. Bojeśli teraz zrezygnuję, tojuż nigdy nie skoczę. I będę tego żałować nawet pośmierci.

– Rozumiem – oznajmił, choć jego wzrok całkowicie temu przeczył.

Ale skoczyliśmy. Karolina darła się tak głośno, żeusłyszeli jąjakieś tysiąc kilometrów dalej. Jazamknęłam namoment oczy i pomyślałam o… Platonie.

Może dlatego, żestworzył teorię człowieka-kuli. Jego zdaniem człowiek nasamym początku był istotą kulistą, posiadającą cztery nogi, cztery ramiona i dwie twarze, kobiety i mężczyzny jednocześnie. Stworzenie tookazało się jednak zbyt dumne i pełne pychy, dlatego Zeus zakarę postanowił jeprzepołowić. W ten właśnie sposób doszło dorozdziału płci. Według Platona odtamtej pory dążymy nieustannie doosiągnięcia stanu pierwotnej jedności. Jedna połówka szuka drugiej. Podczas spadania z prędkością dwustu kilometrów nagodzinę poczułam zestuprocentową pewnością, żeciągle mam ochotę nadrugą połówkę. I kto wie, czy moja nie manaimię Konstanty Władysław, dla przyjaciół Jurek…

* * *

Po jakimś czasie wrzuciłam fotki ze skoku ze spadochronem na Instagram. Tak z ciekawości, co na ten pomysł powiedzą moi wirtualni znajomi. Karolina niemal każdego dnia chwaliła się na Facebooku swoim wyczynem i nawet zastanawiała, czy tego nie powtórzyć. Nie muszę chyba mówić, że mój syn poczuł się „zniepewniony”. Nie zaglądałam na swój Instagram zbyt często, chociaż Kola twierdzi, że powinnam. Że moja popularność nie minęła wraz z końcem choroby, a ludzi nadal interesuje, co u mnie słychać i jak sobie radzę.

Możliwe.

Choć wydaje misię, żewiększość automatycznie zareagowała współczuciem nasłowo „rak”. A kiedy rak zniknął, zniknęło też zainteresowanie. Tonaturalne. Liczba obserwujących mnie zmalała odgrudnia ubiegłego roku, choć muszę przyznać, żemam pewną stałą grupę fanów.

„Babciu, w tych okularach i kasku wyglądasz zjawiskowo!”

„Mam dwadzieścia sześć lat i nigdy nie odważyłabym się skoczyć zespadochronem”.

„Przywracasz miwiarę w radosną starość”.

Zamknęłam oczy. Z dołu i z góry dobiegały mnie różne odgłosy z mieszkań. Mikser, telewizor, chyba nawet czyjeś sikanie.

Klik.

„Babciu, widziałaś toogłoszenie?”

Zerknęłam nazałącznik doczepiony dowiadomości.

Casting namodelki.

Tojakiś żart?

„Jeśli masz poniżej sześćdziesięciu lat, toogłoszenie nie jest dla Ciebie. Myszukamy bowiem zajebistych siedemdziesiątek, osiemdziesiątek, a nawet zadziornych dziewięćdziesiątek! Skoro Richard Avedon może mieć swoją Chinę Maachado, dlaczego Tynie miałabyś zostać naszą muzą?”

No właśnie, dlaczego?

Podobno przyczyną zatracenia się w ponownym smakowaniu życia jest strach związany z poczuciem, żetojuż ostatni moment nazabawę, że„jeśli nie teraz, tonigdy”. Nie wiadomo, czy kieruje nami wewnętrzna potrzeba, czy raczej rodzaj nakazu, pewien przymus, żemusimy tozrobić.

Nie wiem. Nieważne. Narazie zabrałam się zawywiad z Chiną Maachado.

„Nie możesz martwić się swoim wiekiem, botonajgorsze, comożesz zrobić. Jak tylko zaczniesz, odrazu znajdziesz rzeczy, których w sobie nie lubisz, a wtedy jesteś skończona. I jeszcze jedno. Bądź sobą. Janigdy nie byłam nadiecie, nie ćwiczyłam, jem jak świnia i dużo piję – głównie wódkę. W dodatku wciąż palę”.

Lubię ją. Zostanę polską Chiną Maachado.

Zanim poszłam nacasting, odwiedziłam mojego męża nacmentarzu, bonie manic gorszego niż samotność pod ziemią.

– Cześć. Przepraszam, żenie byłam pierwszego listopada, ale wiesz, żejanie lubię tłumów. Wszyscy się pchają, mamroczą coś pod nosem i taranują ludzi tymi wieńcami zesztucznym anturium. No, ale dzisiaj jestem. Przynajmniej mamy spokój. Pewnie byś się natonigdy nie zgodził, ale właśnie zamierzam zostać modelką.

Chwila ciszy, całkowicie jednak uzasadniona. Mój mąż nigdy nie należał dowylewnych osób, a pośmierci tylko się tonasiliło.

– Nie wiem, czy słyszałeś o Chinie Maachado. Jest ode mnie kilka lat starsza, a ciągle pracuje w modelingu. Widziałam jątylko nazdjęciach, wygląda fantastycznie. I tak sobie pomyślałam, żejateż chcę…

Odsunęłam nabok suche liście, które zasłoniły nazwisko mojego męża i zapaliłam zwykłą świeczkę. Nie znoszę tych sztucznych, plastikowych zniczy, kiczowatych aż dobólu śledziony. No dobrze, płomień mojej świeczki odrazu zdmuchnął wiatr, ale tuprzecież chodzi o symbol. Paliła się jakieś dwadzieścia sekund. Ale mój mąż z pewnością tozauważył.

– Jest jeszcze coś – odchrząknęłam cicho. – Tocoś manaimię Konstanty Władysław, dla przyjaciół Jurek i nosi niebieskie buty. Widziałam go tylko raz. W maju. Ale jakoś nie chce miwyjść z głowy, zupełnie nie wiem, dlaczego. Może toprzez te buty? Wiem tylko, żegdybym go spotkała raz jeszcze, tobyłabym bardzo szczęśliwa. Nie gniewaj się. Typrzecież umarłeś i teoretycznie nie powinieneś być zazdrosny, ale mimo wszystko poczułam, żemuszę ci o tym powiedzieć. Aha! Jeszcze jedno. Skoczyłam zespadochronem! Ale nie pytaj, jak było. Kiedyś ciopowiem.

Poklepałam zimną płytę i raz jeszcze zapaliłam świeczkę. O dziwo, kiedy odwróciłam się przy bramie wejściowej, żeby pomachać mojemu mężowi nadowidzenia, płomyk nadal świecił jasnym blaskiem. Uśmiechnęłam się i pełna optymistycznego nastroju poszłam nacasting.

Czułam się tam jak ptak dziwak.

Jedną powiekę miałam różową, a nadrugiej wymalowany został żółty prostokąt, sięgający połowy policzka. Naczubku głowy skręcono miwłosy i owinięto jesrebrną folią. Podobną przyklejono minapiersiach. Spodnie zostawili moje, bostwierdzili, żebędą mnie fotografować odpasa w górę. Wiadomo, próbne zdjęcia.

Kiedy tylko zobaczyłam zbliżający się obiektyw i łypiące namnie czarne oko kamery, natychmiast wystawiłam język.

– Niezła jest – dobiegło mnie z tyłu.

Zmarszczyłam nos i przewróciłam oczami. Nauczyłam się tego w dzieciństwie i zawsze wtedy obrywałam odmamy ścierką pogłowie.

– Boci tak zostanie!

Nie zostało, zatoteraz się przydało. Widziałam pominach tych ludzi z agencji, żeim się spodobałam i żeinne babcie raczej nie mają większych szans. Zresztą nie było nas zbyt wiele. Dwie w kapelutkach pamiętających chyba czasy Napoleona, jedna tak pomarszczona, żemogłaby reklamować wyłącznie rodzynki, i trzy trusie w szarych paltocikach. Żadna się domnie nie odezwała, może dlatego, żeprzyszłam w wełnianych szarawarach z naszytą naprawej nogawce wielką złotą papugą?

Hej, przecież jesteśmy w podobnym wieku! Bawiłyśmy się takim samym serso, grałyśmy w klasy, przerabiałyśmy stare ciuchy naszych rodziców nanowe modne stroje i zwisałyśmy głowami w dół z trzepaków. Słuchałyśmy Paula Anki i Neila Sedaki. Cojest dziewczyny? Oblała was lawa zażycia i zastygłyście pod tymi zmarszczkami? Halo!

Babcie cholerne.

Nawet nie powiedzieli, żezadzwonią, tylko odrazu umówili się zemną napoczątek stycznia nasesję. Wyszłam zestudia i przez ponad godzinę włóczyłam się pomieście. Wiatr beztrosko zaczepiał moje policzki, ale jakoś nie czułam zimna. Snułam się bez celu uliczkami, oglądając wystawy sklepowe. Jakieś drobne dziewczę szamotało się z choinką i kolorowymi girlandami.

Zapukałam w szybę.

– Jest połowa listopada, nie zawcześnie nachoinkę? – Zwinęłam dłoń w trąbkę i przyłożyłam doust, żeby mnie lepiej słyszała.

Wzruszyła ramionami.

– Szef mikazał – odkrzyknęła.

– Pomóc? – spytałam jakoś tak spontanicznie.

Zastanowiła się przez chwilę, ale pochwili zdecydowanie kiwnęła głową. Fajnie. Chyba pierwszy raz w życiu mogę wejść nawystawę sklepową i obejrzeć ludzi oddrugiej strony. Śmiesznie tuptają. Tak jakby chcieli, żeby wiatr ich nie zauważył, choć oczywiście on jest o wiele sprytniejszy, niż nam się wydaje. Wlatuje im w nosy, napełnia oczy łzami, flirtuje z policzkami i nie pozwala zadużo mówić.

– Lubi pani święta? – dobiegło mnie z prawej strony.

– Bardzo – ożywiłam się. – Lubię kleić pierogi i piec ciasta. Najbardziej taki klasyczny piernik, który potem nasączam wódką. Choinkę też lubię ubierać, ale niekoniecznie półtora miesiąca wcześniej, tylko w samą Wigilię.

– Moja babcia też zawsze czekała doWigilii. Ale w sklepach trzeba wcześniej, botopodobno fiksuje klientów nawzmożone zakupy.

Pokiwałam głową, żerozumiem. Coś w tym jest. Im wcześniej ulice ubiorą się w święta, tym chętniej wydajemy pieniądze.

– Odkąd nie mababci, nie jest już tak bajkowo. Mama jest wiecznie zmęczona, tata pewnie w ogóle bynie zauważył, żeWigilia tojednak nieco inny dzień odpozostałych, a dla mojego młodszego brata Mikołaj matwarz Spongeboba.

– Kogo? – zdziwiłam się.

– Takiej rysunkowej gąbki.

Dziewczyna podwiesiła girlandę pod sufit i ustawiła w prawym rogu srebrzystą choinkę. A potem usiadła nawystawie obok mnie.

– Babcia była taka… babciowa. Nosiła wełniane skarpety, które jąniemiłosiernie gryzły w stopy, ale była przekonana, żedzięki temu malepsze krążenie i dlatego chodzi bez pomocy laski.

Roześmiałam się. Nie lubię takich skarpet, ale też kiedyś przeszło miprzez myśl, żeich szorstkość zmusza doszybszego chodzenia. Tak, jakby się chciało uciec przed każdym kolejnym ugryzieniem.

– Wstawała codziennie o szóstej rano i piła mleko z miodem. Niektórzy piją nanoc, ale ona wolała rano. Mówiła, żetojąrozgrzewa nacały dzień. Wigilię tak naprawdę toona przygotowywała, a mama tylko powtarzała: „No i kto towszystko zje?”.

– Ale zjadali?

– Zawsze. A teraz kupujemy sernik i pierogi, a barszcz jest z kartonika. Czasem mam wrażenie, żebabcia zabrała święta dogrobu…

Posiedziałyśmy tak jeszcze z pół godziny, jajej opowiedziałam historię o niebieskim języku, ona wyznała, żepodkochuje się w swoim szefie. A potem wzięłam gazetę, naktórej siedziałam, ona zamknęła sklep i – zupełnie jak nafilmach – rozeszłyśmy się każda w swoją stronę.

Siedzę teraz w autobusie i przeglądam topismo, naktórym siedziałam.

„Zimą nie ma nic lepszego niż lampka dobrego czerwonego wina i smaczna czekolada. Nie tylko dlatego, żewyśmienicie smakują, ale również z powodu antyutleniaczy, które wzmacniają nasz system immunologiczny i naprawiają zniszczone komórki. Im bardziej wytrawne wino i im bardziej gorzka czekolada, tym lepsze efekty. Dodatkowy atut: gorzka czekolada (a także kakao) zawiera teobrominę, alkaloid skutecznie przeciwdziałającym.in. przeziębieniom”.

No dobrze. W sklepiku niedaleko Cichej kupiłam butelkę czerwonego wina i dwie tabliczki czekolady. W coś trzeba wierzyć.

* * *

Tobył chyba wtorek. Przeglądałam jakieś stare gazety, zastanawiałam się, czy już zacząć robić piernik, bow końcu im dłużej poleżakuje, tym jest lepszy, i nagle doznałam wewnętrznego oświecenia. Jakby ktoś zapalił lampkę, spojrzał miprosto w oczy i spytał, czy jestem szczęśliwa.

– Corobisz babciu? – zapytał Kola, który wpadł domnie popołudniu, zapewne zwabiony samymi myślami o pierniku.

Westchnęłam.

– Natknęłam się natakie dziwne świąteczne opowiadanie i teraz tak sobie myślę, żejest o mnie. I żemusiałam jeprzeczytać.

Kola spojrzał namnie z zainteresowaniem.

– O miłości?

– Sam posłuchaj…

August przysiadł naławce w parku i zeskupieniem przypatrywał się krukom łażącym bez celu pobiałym trawniku.

– Osiem – doliczył się w końcu i zapisał numerek nakarteczce. Następnie przeniósł się nadrugą ławkę, zdecydowanie mniej wygodną, bobez oparcia, ale zatostanowiącą doskonały punkt doobserwacji wiewiórek, które zaciekle poszukiwały smakołyków w pobliskim koszu naśmieci. W końcu znalazły resztki batonika orzechowego i starą bułkę, dość twardą, cojednak nie jest żadną przeszkodą dla wygłodniałej wiewiórki.

– Dwie – podsumował August i znowu zapisał cyfrę nakarteczce.

W końcu uznał, żejest mu paskudnie zimno i lekkim truchtem pobiegł dodomu.

August odpewnego czasu chodził i liczył. Czekał bowiem nieustannie naobjawienie liczbowe, które pozwoliłoby mu skreślić sześć idealnych cyfr i wygrać wreszcie szóstkę w totolotka. Był tojego plan nategoroczną Gwiazdkę.

– Najwyższa pora czerpać z życia pełnymi garściami, nażreć się go, nałykać i cieszyć każdym dniem – oznajmił lekko osłupiałej żonie i dwójce niewiele rozumiejących dzieci, a następnie pokazał im notesik w kratkę, miniaturowy ołówek i pierwszą stronę zapisaną różnymi cyferkami.

– Aha – zgodziła się z nim rodzina, a żona o zielonych oczach i lekko rudziejących włosach spytała, czy nie wybraliby się raczej naświąteczne zakupy lub choćby naspacer.

August tylko się skrzywił.

– Prawdziwe zakupy zrobisz dopiero wtedy, kiedy przyniosę ci dodomu wór pieniędzy. Ale najpierw muszę mieć wizję. I będę jąmiał – obiecał uroczyście. O wspólnym spacerze nie wspomniał.

W połowie grudnia całe miasto pachniało już świętami. Wszędzie unosił się zapach pierników, korzennej przyprawy i miodu, goździków, grzanego wina, a także lekko zestresowanych karpi, oczywiście tych, które jeszcze żyły. Natargach zieleniało w oczach odchoinek i mieniło tęczą odróżnokolorowych bombek i światełek. August niewiele z tego widział, uwagę jego zwracały jednak poszczególne ceny, liczba ozdób nawystawach lub też napotkanych świętych mikołajów, którzy spacerowali poulicach i zaczepiali przerażone dzieciaki.

– Siedem, osiemnaście, dwadzieścia sześć – szeptał pod nosem i zagryzał wargi. – A może raczej dwanaście, trzydzieści dwa i czterdzieści jeden?

Tobył niezwykle pracowity grudzień dla Augusta, choć jego żona była zupełnie innego zdania. Nie dość, żemusiała sama przytaszczyć dodomu ogromną choinkę, wielokilogramowe siaty z zakupami i paczki z prezentami, tojeszcze większość prac domowych spadła najej głowę. Wyszorowała więc okna, wypucowała podłogi, a nawet wyczyściła srebrne sztućce, bypięknie zalśniły podczas wigilii. Z dziećmi robiła ozdoby choinkowe i malowała lukrem pierniczki, a nawet wycięła z papieru całą szopkę i wykąpała psa.

Tymczasem jej mąż chodził i liczył.

Krótko przed Wigilią wypadała kumulacja w totolotku. Ponad czterdzieści milionów złotych. August czuł, żetojego jedyna szansa i żepowinien wzmocnić podświadomość, byw końcu ujrzeć sześć cudownych liczb, które odmienią jego przyszłość i wreszcie uszczęśliwią rodzinę. Liczył dosłownie wszystko. Napotkanych mężczyzn w okularach w drodze z domu doparku, liście pozostałe nakasztanowcu w pobliżu sklepu, a nawet szczekanie bezdomnego psa, który ujadał naosiedlowym śmietniku. Doszło nawet dotego, żepoliczył kopnięcia, które otrzymał pewien wyrostek oddwóch innych wyrostków, zanim mu w końcu dali spokój, zabierając kurtkę i komórkę. Pod swoim blokiem policzył, ile razy zawyła karetka, nim zaparkowała pod klatką numer osiemdziesiąt sześć, z której wyniesiono nanoszach starszą panią z maską tlenową natwarzy. Wszystkie te liczby nie przekonywały jednak Augusta.

W dniu kumulacji, a dzień przed Wigilią, August miotał się w swoim pokoju. Zostały dwie godziny dozamknięcia najbliższego punktu Lotto, a on nadal nie posiadał swoich liczb.

– Corobić? – pytał, biegając w kółko i gryząc opuszki palców.

– Podam ci te liczby – jego żona stanęła w drzwiach i spojrzała namęża zielonymi oczami. – Jeden, dwa, trzydzieści pięć, czterdzieści, czterdzieści pięć, czterdzieści dziewięć.

– Tocoś oznacza? – spytał zrezygnowany.

I zapisał liczby nakartce, bez najmniejszego przekonania.

1, 2, 35, 40, 45, 49.

– Masz jedną żonę, dwoje dzieci, trzydzieści pięć lat. Odczterdziestu dni praktycznie z nami nie rozmawiasz. Dokładnie czterdzieści pięć razy wzdychasz każdej nocy i przewracasz się z boku nabok. A czterdzieści dziewięć dni temu rozpocząłeś liczenie.

August klasnął w dłonie.

– Tomoże mieć sens – krzyknął, a ponieważ niewiele czasu mu zostało, wybiegł z domu jak oparzony, prosto w białą scenerię.

Tego samego dnia wieczorem, kiedy żona z dziećmi dawno już poszli spać, telewizja wyświetliła naniebiesko wyniki losowania.

1, 2, 35, 40, 45, 49.

Następnego dnia wstał już o szóstej rano, wykąpał się, ogolił i założył najlepsze ubranie. Z radia sączyło się „W żłobie leży”, zaoknem