Siedem minut w niebie - Eloisa James - ebook
Opis

Eugenia Snowe kochała raz – wielką gorącą miłością. Jest przekonana, że już więcej nikogo nie pokocha. Całkowicie poświęciła się pracy, choć to zajęcie nietypowe dla damy z jej sfery. Eugenia prowadzi bowiem renomowaną agencję guwernantek.
Lecz oto w drzwiach jej gabinetu staje Edward Reeve, arogancki syn hrabiego i genialny wynalazca. Chce mieć guwernantkę dla swego rodzeństwa i… chce mieć Eugenię dla siebie….

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 385

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta

Hanna ‌Lachowska

Barbara Cywińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata ‌Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Oleksandr ‌Kolesnyk/Shutterstock

Tytuł oryginału

Seven Minutes in ‌Heaven

Copyright © 2017 by ‌Eloisa James, Inc.

All rights ‌reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część ‌tej ‌publikacji nie może być ‌reprodukowana

ani ‌przekazywana ‌w jakiejkolwiek ‌formie ‌zapisu

bez zgody właściciela ‌praw ‌autorskich.

For ‌the Polish edition

Copyright ‌© 2018 by Wydawnictwo ‌Amber Sp. z o.o.

ISBN ‌978-83-241-6731-9

Warszawa 2018. ‌Wydanie ‌I

Wydawnictwo AMBER Sp. z ‌o.o.

1

Środa, 15 ‌kwietnia 1801Agencja Pierwszorzędnych ‌Guwernantek pani SnoweCavendish Square ‌14, ‌Londyn

Nic nie ‌potrafi tak zepsuć ‌przyjęcia jak ‌eksperci. ‌Dama, która wysłuchała ‌czternastu wykładów o ‌chińskiej porcelanie, będzie przez ‌cały ‌wieczór ględzić o ‌Ming i Tsing. Baron, ‌który opublikował ‌w zoologicznym ‌piśmie ‌artykuł ‌o sępach, z ‌pewnością będzie ‌wszystkich raczył ‌opowieściami o nieeleganckich zwyczajach ‌padlinożerców.

Dla ‌odmiany ‌doświadczenia zawodowe Eugenii ‌Snowe niewątpliwie wywołałyby ‌salwy śmiechu ‌całego ‌towarzystwa, gdyby ‌tylko mogła ‌się nimi ‌podzielić. Na ‌przykład świetnie wiedziała, ‌jak to ‌się stało, że najlepsza ‌peruka hrabiny ‌Ardmore ‌wylądowała na głowie przerażonego ‌prosiaka, ‌który przebiegł ‌przez werandę ‌właśnie w ‌chwili, ‌gdy ‌pastor raczył ‌się ‌tam ‌herbatą. Wiedziała, który z ‌potomków księcia ‌Fletcher ‌podwędził złotą ‌wykałaczkę i emaliowany ‌nocnik. Co więcej, wiedziała też, co winowajca zrobił ze swoim łupem.

Nie tylko musiała zachowywać takie smakowite szczegóły dla siebie; nie mogła się z nich śmiać nawet wtedy, gdy za jej klientami zamknęły się drzwi. Jako właścicielka najbardziej renomowanej agencji guwernantek na całych Wyspach Brytyjskich musiała obowiązkowo zachowywać godność i powagę.

Żadnego śmiechu! Nawet gdy pokojówka wprowadziła do gabinetu chłopca odzianego w brokatową zasłonę upiętą na wzór rzymskiej togi; z tym godnym senatora strojem nieco kłóciła się jaskrawoniebieska barwa ramion i twarzy.

Za chłopcem wsunęła się jego matka, lady Pibble. Eugenia niezbyt często widywała niebieskie dzieci, ale doskonale znała zdesperowaną minę kobiet, kiepsko przygotowanych do udomawiania gatunku dzikich stworzeń potocznie określanych jako ośmioletni chłopcy.

– Lady Pibble i Marmaduke, lord Pibble – zaanonsowała pokojówka.

– Witaj, Winnie – powiedziała Eugenia ze szczerą radością i wyszła zza biurka, by powitać gościa. Jej szkolna przyjaciółka Winifreda była urocza, a do tego słodka i delikatna jak suflet.

Niestety, te cechy niezbyt się przydawały przy wychowywaniu dzieci. W dodatku natura przewrotnie dała Winnie potomka, który był jej przeciwieństwem: Marmaduke był ze wszech miar dzieckiem z piekła rodem; Eugenia dobrze się na tym znała.

– Już nie mogę! – jęknęła Winifreda na powitanie, powlokła się w stronę sofy i opadła na nią bezwładnie. – Ja chyba zwariuję, Eugenio. Naprawdę zwariuję! Jeśli nie dasz mi guwernantki, zostawię go u ciebie. Mówię serio! – Jej głos, przechodzący w falset, sprawił, że groźba zabrzmiała bardzo poważnie.

Marmaduke wyraźnie się nie przejął perspektywą pozostania w agencji guwernantek.

– Dzień dobry, pani Snowe – powiedział pogodnie i nawet się w miarę zgrabnie ukłonił, zważywszy, że w jednej ręce dzierżył garść strzał, a w drugiej wyjątkowo tłustą żabę. – Jestem starożytnym Piktem i przemytnikiem – oświadczył.

– Dzień dobry, Marmaduke. Nie wiedziałam, że przemytnicy byli tacy kolorowi.

– Przemytnicy nie, tylko Piktowie. To tacy celtyccy wojownicy, którzy malowali się przed bitwą. Tata mi opowiadał – wyjaśnił Marmaduke, pokazując jej żabę. – Zacząłem też malować Freda, ale mu się nie spodobało.

– Fred wyraźnie przytył, od kiedy go ostatnio widziałam – zauważyła Eugenia.

– Miała pani rację z tymi robalami z kapusty. – Chłopiec wyszczerzył żeby. – Uwielbia je.

– Ten zapach wosku… to pewnie farba, którą się pomalowałeś. A rzeczny muł? Czy to Freda tak czuć?

Marmaduke solidnie pociągnął nosem i skinął głową.

– Fred śmierdzi.

– Nie mów „śmierdzi”, kochanie – upomniała go matka spomiędzy poduszek kanapy. Oczy miała zasłonięte chusteczką. – Możesz powiedzieć, że coś brzydko pachnie, ale tylko w ostateczności.

– Pachnie jak zgniłe jajko – rozwinął temat Marmaduke. – Ale lady Hubert cuchnęła gorzej, jak wyszłaz rzeki.

Winnie wydała zduszony jęk, jaki zwykle wymyka się kobietom przy skurczach porodowych.

– Udało mi się prawie zapomnieć o tej rzece, Eugenio. Nie wyjdę stąd, dopóki nie dasz mi guwernantki.

– Nie mogę – odpowiedziała cierpliwie Eugenia. – Winnie, tłumaczyłam ci już, że…

Winnie usiadła, mnąc w dłoniach chusteczkę, i wymierzyła palec w swego syna.

– Powiedz jej! – zażądała łamiącym się głosem. – Powtórz, co powiedziałeś do lady Hubert! Doprawdy nie przyprowadziłabym go tutaj, gdyby chodziło tylko o tę farbę. Jestem uodporniona na brud.

Marmaduke wreszcie się trochę stropił. Przestąpił z nogi na nogę, a potem stanął na jednej, przypominając niebieską czaplę.

– Lady Hubert kazała mi zawsze mówić prawdę, no to jej powiedziałem.

– To brzmi złowieszczo – odparła Eugenia, zagryzając wargi, by ukryć uśmiech. – Gdzie odbyła się ta rozmowa?

– Zrobiliśmy sobie piknik nad Tamizą, na końcu naszego trawnika – wyjaśniła Winnie. – Czy już wspominałam, że lady Hubert jest matką chrzestną Marmaduke’a i nie ma własnych dzieci? Mieliśmy nadzieję… ale nic z tego. Nie po tym, co się dzisiaj stało.

– Zrobiła mi kazanie jak w kościele, tylko że ona jest kobietą – odezwał się Marmaduke, wyraźnie chcąc to już mieć za sobą. – Że przez oszukaństwa i hipogryfię nie można żyć w świętości.

– Hipokryzję – poprawiła go Eugenia. – I co dalej?

– Zrobiłem to, co chciała.

– Co takiego?

– Najpierw zabawiałem ją tańcem Piktów. To były prawdziwe dzikusy. Strasznie wyli. Chcesz posłuchać, jak? – Posłał Eugenii spojrzenie pełne nadziei.

Pokręciła głową.

– Wyobrażę to sobie. Czy twój taniec jej się spodobał?

– Nie za bardzo – przyznał Marmaduke. – Ale się za dużo nie czepiała. Spytała tylko, co myślę o książce o historii Kościoła, którą dała mi na urodziny, i czy już ją przeczytałem.

– Ojej – mruknęła Eugenia.

– Byłem szczery, tak jak chciała. Powiedziałem jej, że mi się nie podobała, bo była nudna i długa na trzysta stron. Mama się zdenerwowała, ale zaraz się uspokoiła i potem lady Hubert zapytała mnie, co myślę o jej nowej sukni. Ja na to, że lepiej by wyglądała, gdyby się nie obżerała jak krowa. Ojciec zawsze tak o niej mówił.

– Niegrzecznie jest powtarzać prywatne uwagi taty – odpowiedziała Eugenia. Lata praktyki przekonały ją, że dzieci najlepiej się uczą, kiedy słyszą proste stwierdzenia.

Marmaduke się skrzywił.

– Byłem szczery. A poza tym, jak skończyłem taniec wojowników, ona powiedziała, że mój ojciec umarł, bo pewnie potrzebował wreszcie odpocząć.

Teraz z kolei Eugenia się skrzywiła.

– To było bardzo niegrzeczne, a poza tym to nieprawda, Marmaduke. Twój ojciec był bohaterem wojennym i zrobiłby wszystko, żeby zostać z tobą i z twoją mamą.

Rzuciła okiem w stronę Winnie, która leżała na plecach, zasłaniając oczy ramieniem. Jej mąż był kapitanem okrętu i służył pod admirałem Nelsonem. Stracił życie podczas oblężenia Malty.

Marmaduke wzruszył ramieniem.

– Czy wrzuciłeś, wepchnąłeś albo w inny sposób sprawiłeś, że lady Hubert znalazła się w Tamizie? – spytała Eugenia, czując, jak ogarnia ją niechęć do tej damy.

– Nie! Sama wpadła.

– Kiedy chrząszcz jelonek, którego mój syn nosił przy sobie, przeniósł się na jej rękę i dostał do rękawa – wyjaśniła Winnie.

– Nie przypuszczałem, że ona potrafi tak skakać – dodał Marmaduke z miną naukowca. – Jest przecież taka gruba i w ogóle. Ale skoczyła. Prosto do wody.

– Na główkę – dodała Winnie głosem bez wyrazu.

– Szkoda, że tego nie widziałam – przyznała Eugenia, pociągając taśmę dzwonka, by przywołać pokojówkę.

– Fajnie było – zwierzył się Marmaduke. – Bo pod suknią miała pełno różowych koronek. I jeszcze musiałem lecieć po lokajów, a potem po stajennych, bo brzeg był okropnie błotnisty i śliski. Majordomo mówił potem, że wyciągali ją jak krowę z bagna.

– To niezmiernie wulgarny opis – stwierdziła jego matka znużonym głosem pastora, wygłaszającego po łacinie kazanie do rozbrykanych dzieciaków.

W drzwiach stanęła pokojówka.

– Ruby – poleciła Eugenia. – Zabierz lorda Pibble do ogrodu i wylej na niego parę wiader wody.

– Pani Snowe! – wykrzyknął Marmaduke, otwierając szeroko oczy i cofając się o krok.

– Nie tylko Fred brzydko pachnie. Z czym pomieszałeś wosk, żeby uzyskać ten kolor?

– Z proszkiem indygo, z pudełka z farbami.

– Pachnie bardzo mocno, to znaczy brzydko. Indygo zejdzie od wody, ale nie jestem pewna co do wosku – dodała Eugenia, zwracając się do Ruby.

– Nie chcę! – zawył Marmaduke. – Mama powiedziała, że mogę tak zostać do wieczora.

– Fredowi jest zdecydowanie za sucho – stwierdziła stanowczo Eugenia. – On też potrzebuje kąpieli.

Po czterech latach na tej posadzie Ruby mistrzowsko radziła sobie z nieposłusznymi dziećmi. Wzięła Marmaduke’a za rękę i wyprowadziła z pokoju.

Winnie usiadła, żeby popatrzeć.

– Ze mną by tak nie wyszedł. Z nianią też nie. Możesz mi wypożyczyć swoją pokojówkę?

Eugenia usiadła obok przyjaciółki.

– Marmaduke powinien pójść do szkoły, moja miła.

– To jeszcze dziecko. – Oczy Winnie znowu napełniły się łzami. – Wystarczy mu guwernantka, Eugenio. Dlaczego nie chcesz mi jej dać?

– Bo Marmaduke powinien przebywać z innymi chłopcami. Ojciec zapisał go do Eton, prawda?

– Nie mogę go tam puścić.

– Musisz.

– Nic nie rozumiesz – zapłakała Winnie. – Po Johnie pozostał mi tylko Marmaduke. Nie masz pojęcia jak ciężko jest być samotną wdową!

Na moment zapadła cisza.

– Nie tak chciałam powiedzieć – poprawiła się pośpiesznie Winnie. – Oczywiście, że wiesz, bo sama jesteś wdową.

– Ale ty jesteś w innej sytuacji – stwierdziła Eugenia. – U mnie to trwa już siedem lat.

– Właśnie o to mi chodziło – przyznała Winnie, wycierając nos. – Po prostu chcę, żeby mój syn był ze mną w domu, tam gdzie jest jego miejsce.

– Jego miejsce jest wśród innych chłopców. Przychodzisz do mnie co tydzień, już trzeci raz, prawda?

Winnie skinęła głową.

– Po tym, co zrobił kotu… na szczęście futerko mu już odrasta. I po tej sprawie ze stronami tytułowymi kościelnych śpiewników. Pastor bardzo chłodno mnie wczoraj przywitał. A mój wuj Teodor wciąż jest przekonany, że trzymamy w domu oswojoną małpkę. Nie miałam odwagi powiedzieć mu, co się stało z jego gorsetem.

Eugenia otoczyła Winnie ramieniem.

– Eton – powiedziała twardo. – Napisz do nich list z informacją, że Marmaduke zacznie naukę w jesiennym semestrze. Przyślę ci prywatnego wychowawcę, młodego człowieka, który będzie zabierał twojego syna na ryby po lekcjach.

– Ojciec chciał go nauczyć wędkowania po powrocie z Malty… – zająknęła się Winnie i znowu zalała łzami.

– Tak mi przykro – szepnęła Eugenia, opierając jej głowę na swoim ramieniu. Kiedy sześć lat temu otwierała swoją agencję, nie miała pojęcia, że będzie świadkiem tylu osobistych tragedii. Mogłaby napisać książkę o dramatach, jakie kryją się za elegancką fasadą arystokratycznych rodów.

Choć wdowieństwo było zawsze takie samo, niezależnie od pochodzenia i pozycji społecznej.

Na jej biurku piętrzyły się listy, w salonie pewnie czekało kilka matek poumawianych na spotkanie. Eugenia kołysała Winnie w ramionach, patrząc, jak Marmaduke biega po ogrodzie.

– Chyba powinnam zabrać go do domu – powiedziała żałośnie Winnie i usiadła wyprostowana. – Niania nie będzie zadowolona z tego, co przytrafiło się zasłonom z dziecinnego pokoju.

– Myślę, że należy wam się przedtem herbata i ciasto – odparła Eugenia. – Ośmiolatki są ciągle głodne.

– W żadnym razie! Za nic nie posadzę go na jednym z tych ślicznych foteli.

Miała rację.

– W takim razie chodźcie do altanki, gdzie zwykle pijam herbatę – zaproponowała Eugenia. – Posiedzicie sobie na powietrzu, a poza tym Fred nie będzie tam nikomu przeszkadzał.

– Dobrze, ale pod warunkiem że pójdziesz razemz nami.

– Niestety nie mogę. Mam kilka spotkań dziś po południu.

Winnie otworzyła szerzej oczy.

– Och, nie! Tak mi przykro! – Skoczyła na równe nogi i złapała torebkę. – Kochana, jesteś dla mnie taką pociechą! Przyślij mi nauczycielkę! – wykrzyknęła, wybiegając z gabinetu.

Eugenia powinna usiąść za biurkiem, ale zamiast tego stanęła przy oknie i patrzyła, jak Winnie goni swego synka, w dalszym ciągu trochę niebieskiego na twarzy, wokół fontanny, w której Fred właśnie brał kąpiel.

Nawet przez grubą szybę słyszała piski Marmaduke’a i śmiech Winnie.

Pomyślała, że łatwiej byłoby znosić wdowieństwo, gdyby po mężu zostało jej dziecko, będące jakby jego częścią.

Z tyłu otworzyły się drzwi.

– Proszę pani, czy mogę już wprowadzić panią Seaton-Rollsby?

– Tak – odpowiedziała, odwracając się od okna. – Jak najbardziej.

2

Nieco później, tego samego dnia

Theodore Edward Braxton Reeve dla bliskich przyjaciół Ward wspinał się po schodach prowadzących do Agencji Snowe i zastanawiał się, ilu guwernantkom zalazł w dzieciństwie za skórę.

Doskonale pamiętał babsztyle, które z kwaśną miną wmaszerowywały do jego domu. Pamiętał też, jak wyglądały ich plecy, kiedy opuszczały posadę.

Gdyby nie to, że jego ojciec i macocha bawili właśnie w Szwecji, pewnie by do nich zaszedł, żeby przeprosić za to, co było. Wyczyny jego młodych podopiecznych znacznie przerosły jego własne. Przekonał się też, jaki to koszmar znaleźć się nagle po drugiej stronie.

Szczerze mówiąc, Lizzie i Otis – o których istnieniu dowiedział się ledwie kilka tygodni temu – byli szatańskimi bachorami. Diabelskim pomiotem, który niesie ze sobą same kłopoty.

Ich guwernantka, ta z Agencji Snowe, wytrzymała z nimi zaledwie czterdzieści osiem godzin, co stanowiło swego rodzaju rekord.

Agencja wyglądała zupełnie inaczej, niż się spodziewał – poczynając od krzepkiego lokaja przy drzwiach, a kończąc na pustej poczekalni. Spodziewał się, że spotka w niej grupkę kobiet, czekających na swoje przydziały, i planował wybrać tę, która będzie najbardziej przypominała kaprala z królewskiej piechoty morskiej.

Poczekalnia wyglądała jak salon jakiejś wykwintnej damy. Elegancja biła z każdego szczegółu, poczynając od sznurów przytrzymujących pasiaste jedwabne zasłony, a kończąc na pozłacanych krzesłach. Szczerze mówiąc, wystrój dorównywał pokojom w różnych rezydencjach jego ojca.

A lord Gryffyn był przecież hrabią.

No cóż, Snowe pewnie musiał zadawać szyku, żeby ludzie godzili się na te astronomiczne ceny, jakich żądał za swoje usługi.

Ward był gotów zapłacić każdą cenę za usługi elitarnej guwernantki, bo musiał zrobić wrażenie na Izbie Lordów i oszołomić ją poziomem ojcowskiej troski, by przyznano mu opiekę nad dziećmi. Poza tym trzeba było uporządkować wiedzę Otisa, który jesienią miał rozpocząć naukę w Eton.

Z bocznych drzwi wyszła młoda pokojówka.

– Chciałbym zobaczyć się z panem Snowe’em – poinformował ją Ward.

Po kilku minutach nieco chaotycznej rozmowy okazało się, że pan Snowe zmarł dawno temu, a agencję prowadzi pani Snowe, z którą należy umawiać się z wyprzedzeniem.

– I to kilkutygodniowym – powiedziała wprost pokojówka. – Może się pan umówić na dalszy termin, a my pana poinformujemy, jeśli coś się zwolni wcześniej.

– Nic z tego – odparł Ward, uśmiechając się, bo w głosie dziewczyny brzmiał szczery szacunek za każdym razem, gdy wspominała o swojej pani. – Właśnie wyrzuciłem z posady jedną z waszych guwernantek. Potrzebna mi nowa, ale mam parę uwag.

Pokojówka otworzyła usta ze zdziwienia, a jej głos przybrał piskliwy ton, gdy spytała:

– Wyrzucił pan naszą guwernantkę? Guwernantkę z Agencji Snowe?

Ward zakołysał się na piętach i czekał. W końcu przestała histeryzować i pobiegła, żeby poinformować kogoś tam o jego zbrodni na pannie Lumley.

Szczerze mówiąc, pomijając fakt, że panna Lumley ciągle popłakiwała jak przerdzewiały kran, i tak była lepsza od wielu guwernantek, które pamiętał z dzieciństwa.

Mimo to nie nadawała się do zadania, które przed nią stanęło. Jego niedawno osierocone, przyrodnie rodzeństwo było, łagodnie mówiąc, pyskate i udziwnione.

Trzeba było dla nich znaleźć naprawdę wyjątkową osobę. Kogoś niezwykłego.

Przez następne trzy godziny Eugenia na krok nie odeszła od biurka, ale mimo to stos korespondencji niewiele się zmniejszył.

Zdławiła cichy jęk, kiedy jej asystentka Susan stanęła w drzwiach, niosąc kolejny plik listów.

– Przyszły niedawno. Poza tym pan Reeve chce się z tobą widzieć.

Z pióra Eugenii spadła kropla atramentu i trafiła w sam środek odpowiedzi skierowanej do zdesperowanej damy, którą los pobłogosławił parką bliźniąt.

– Niech to szlag, to już trzeci list, który dziś spaskudziłam! Czy możesz powtórzyć to, co powiedziałaś?

– Przyszedł pan Reeve – obwieściła Susan. – Jak pewnie pamiętasz, tydzień temu posłałyśmy do niego Penelope Lumley. To była awaryjna sytuacja.

– Oczywiście, że pamiętam. To ten wykładowca z Oksfordu z dwójką osieroconego przyrodniego rodzeństwa, które chce sam wychowywać – odparła Eugenia.

– Pewnie też są z nieprawego łoża, tak samo jak on. – Susan oparła się o biurko, żeby chwilę poplotkować. – Ale to nie wszystko. Zeszłej jesieni jego narzeczona porzuciła go przed ołtarzem. Pewnie dotarło do niej w końcu, jak ten związek wpłynie na jej reputację.

– Jego ojciec to hrabia Gryffyn – odparła Eugenia. Nie musiała dodawać, że Reeve jest bogaty do obrzydliwości, ale miało to spore znaczenie. Agencja guwernantek to nie organizacja charytatywna.

– Jest tak arogancki, jakby sam był hrabią. Na wszystkich patrzy z góry, jakby uważał, że to naturalne.

Eugenia wzruszyła ramionami. Niestety, połączenie penisa z przywilejami wywierało fatalny wpływ na małych chłopców, ale nic się na to nie dało poradzić.

Bez odpowiedniej guwernantki nie mieli szans na normalność. Eugenia sama wyrosła w domu, który był dumny ze swej ekscentryczności, więc była gorącą zwolenniczką poprawności i konwenansu w życiu.

Zdecydowanie ułatwiały życie nie tylko jej podopiecznym, ale i wszystkim naokoło.

– Do tego jest nieprzytomnie przystojny, co też pewnie ma jakieś znaczenie – dodała Susan. – Podejrzewam, że zawsze dostaje to, czego chce. Od wszystkich z wyjątkiem tej damy, która go rzuciła – dodała z satysfakcją.

Bogaty, uprzywilejowany i przystojny, a do tego kawał drania: z punktu widzenia Eugenii była to recepta na katastrofę rodzinną. Zgniotła poplamiony list i wyrzuciła go do kosza.

– Nie mogę uwierzyć, że skarżył się na Penelope.

Niektóre z pracownic Eugenii były mocnymi, nawet nieco przerażającymi kobietami, które bez trudu radziły sobie z dziećmi zepsutymi jak ryba po tygodniu na słońcu. Można było na nie liczyć.

Inne promieniowały ciepłem i serdecznością, której tak potrzebowały sieroty. Penelope Lumley była słodka jak cukiereczek i równie mało ekscytująca. Ale Eugenia uznała, że pogrążone w żałobie dzieci potrzebują miłości, nie podniet, a oczy Penelopy zachodziły łzami na samą myśl o dwójce maluchów porzuconych na progu brata, którego nawet nie znały.

– Powiedział Ruby, że zwolnił ją z posady – wyjaśniła Susan. – Dosłownie w ten sposób. A Penelope przysłała liścik, w którym to potwierdza. Cały zalany łzami.

– Czy napisała, co się konkretnie zdarzyło?

– Przekreśliła kilka linijek, a potem rozmazała je łzami. Trudno coś odczytać, poza wzmianką o szarańczy. Może chodziło jej o coś w rodzaju plagi biblijnej.

Nic dziwnego, że panna Lumley odwoływała się do Biblii. Agencja pani Snowe specjalizowała się z wynajdowaniu guwernantek z rodzin pastorów, ponieważ damy te często miały doskonałe wykształcenie i maniery, a brakowało im jedynie posagu.

– Biblia chyba nie wspomina o pojedynczych owadach – stwierdziła Eugenia.

– Nie mam pojęcia – odparła Susan z przekornym uśmieszkiem. – Nauki ojca jakoś mi wyleciały z głowy.

Eugenia pochyliła się i wymierzyła jej kuksańca.

– Właśnie dlatego nigdy nie posyłam cię do pracy w charakterze guwernantki. Gdyby ktoś próbował ciebie wyrzucić z posady, to ty nasłałabyś na niego szarańczę. Pewnie będę musiała się z nim zobaczyć, ale nie dam mu kolejnej guwernantki.

– Podejrzewam, że Penelope nie wytrzymała nerwowo – stwierdziła Susan, wstając i wygładzając suknię. – Jest naprawdę wrażliwa, czasem aż za bardzo.

– Ale to nie powód, by ją odsyłać – odparła twardo Eugenia. – Jest świetną guwernantką, w sam raz dla tych dzieci.

Pan Reeve powinien podziękować swej szczęśliwej gwieździe, że w ogóle mu posłała jakąś guwernantkę – nieważne jak bardzo wrażliwą. Jego odwiedziny oznaczały jednak, że nie doceniał wartości guwernantek z Agencji Snowe.

Matka, do której właśnie pisała – podobnie jak nieszczęsna Winnie – należała do licznej grupy klientek błagających o pomoc. Pan Reeve został potraktowany na specjalnych prawach ze względu na sieroctwo dzieci.

Agencja Snowe’s Registry była najbardziej elitarną ze wszystkich biur tego rodzaju. Wiedziano, że tamtejsze opiekunki zajmą się dzieckiem aż do zamążpójścia lub do osiągnięcia dojrzałości. Eugenia czuła się zobowiązana wobec „swoich” dzieci. Zdarzało się, że rodzina bankrutowała, ale guwernantka zostawała na swoim miejscu do końca; jej pensję wypłacała agencja.

Ale tym razem guwernantka po prostu nie spodobała się rodzinie. Co należało zrobić w takiej sytuacji? Eugenia nie mogła marnować czasu i zmuszać swoich pracownic do dodatkowych podróży po całej Anglii, bo jakiś kłopotliwy klient uznał, że jego podopieczni zasługują na kogoś lepszego niż Penelope Lumley.

– Zaproś go do środka – powiedziała, wstając zza biurka. Podeszła do okna, z którego roztaczał się widok na Cavendish Square.

Co roku zaklinała się, że zacznie częściej bywać na świeżym powietrzu i zażywać więcej ruchu. Ale w Agencji Snowe dzień pędził za dniem, jak na karuzeli. Mieszkała zaledwie kilka kroków od biura, co oznaczało, że często pracowała do późna w noc, a po powrocie do domu od razu padała na łóżko.

Susan wyszła, a w chwilę później drzwi otworzyły się znowu.

– Pan Reeve – zaanonsowała Ruby.

Do pokoju wszedł wysoki mężczyzna o gęstych włosach barwy brandy i nieco ciemniejszych, ciemnomiedzianych brwiach.

Był szczupły, ale surdut tak opinał jego ramiona, że na pewno kryły się pod nim mięśnie. W dodatku ktoś mu kiedyś złamał nos.

W niczym nie przypominał klientów, którzy zwykle pojawiali się w eleganckim salonie pani Snowe. Emanowała z niego zupełnie inna energia niż z matek, które zazwyczaj ją odwiedzały.

Eugenia nagle uświadomiła sobie, że gapi się na niego, a jej myśli wędrują w kierunku, którego od wielu lat nie obierały.

Od śmierci Andrew.

Co ją obchodzą kształtne uda tego człowieka!

Nie wolno jej o tym myśleć. Na litość boską, przecież to klient! Ale jak on…

Nieważne.

Wcale jej to nie interesowało.

3

Ward wszedł do gabinetu pani Snowe i zatrzymał się w pół kroku.

Nigdy w życiu nie widział guwernantki z taką burzą miedzianych drobnych loczków na głowie, uroczo zaokrągloną figurą i wargami o kilka tonów ciemniejszymi niż włosy. Wargi te były pełne i kuszące, pomimo że aktualnie zaciśnięte w cienką kreskę.

Ward nigdy nie zwracał szczególniej uwagi na suknie, ale pamiętał, że jego guwernantki ubierały się na szaro i czarno jak smętne wrony.

Pani Snowe miała na sobie jasnożółtą kreację, która podkreślała jej piersi. Tak fantastyczne, że aż trudno było uwierzyć.

Delikatny podbródek, prosty nos… w końcu spotkali się wzrokiem.

Spoglądała tak samo jak jego dawne guwernantki.

Była zła jak osa, pewnie dlatego, że zwolnił pannę Lumley. Pod opanowaną fasadą dosłownie kipiała z gniewu.

Pani Snowe niewątpliwie była kiedyś guwernantką. Przyjrzała mu się dokładnie i dopatrzyła się licznych wad.

Ukrył uśmiech. Guwernantki, które w dzieciństwie odchodziły z domu jedna po drugiej, z jego powodu oczywiście, również nie były zainteresowane jego problemami. Fakt, że istnieje typ kobiet, które z bezwzględną szczerością oceniają mężczyzn, był zaskakująco pocieszający.

Eugenia wzięła głęboki oddech i zmusiła się do uśmiechu. Wprawdzie pan Reeve okazał się kompletnym głupcem, zwalniając jedną z jej guwernantek, ale nie miał nic wspólnego z nieoczekiwaną falą pożądania, jaką w niej obudził.

Chciała ruszyć ku niemu, ale zanim zdążyła zrobić pierwszy krok, sam podszedł do niej sprężystym krokiem.

– Witam, pani Snowe. – Wyciągnął rękę niespiesznie, z pewnością siebie, którą doskonale znała.

Trudno, żeby było inaczej. Doskonale pamiętała ją z dzieciństwa. Krótko mówiąc, pan Reeve, podobnie jak jej ojciec, uważał się za najbardziej inteligentną osobę w tym gabinecie.

Dotknęła jego palców, planując, że natychmiast cofnie rękę i złoży elegancki dyg. Arystokratyczne pochodzenie właścicielki w dużej mierze stanowiło o popularności agencji pani Snowe. Nie sposób było o tym zapomnieć…

Zamknął jej dłoń w mocnym uścisku i potrząsnął.

…chyba że ktoś nie miał o niczym pojęcia.

Skinął jej głową z uprzejmością zarezerwowaną dla służby wyższego rzędu. Jak dla gospodyni domowej. Albo – na przykład – dla guwernantki.

Nie wpadło jej do głowy, że może nie wiedzieć o jej pochodzeniu. Wprawdzie nie znali się osobiście, ale ich ojcowie przyjaźnili się ze sobą. Chociaż teraz jej się przypomniało, że wiele lat spędził za granicą… może na studiach?

– Miło pana poznać – odparła, cofając rękę. Słysząc jej akcent, nawet najbardziej tępi tatusiowie orientowali się w końcu, że należy do śmietanki towarzyskiej.

Do pana Reeve’a wyraźnie to nie dotarło. Rozejrzał się po gabinecie z leniwym zainteresowaniem.

– Mnie również, dziękuję – odpowiedział i pochylił się, by obejrzeć z bliska niewielką statuetkę z brązu, która wyszła spod ręki Celliniego.

– Chciałbym od razu przejść do rzeczy, pani Snowe.

Wyprostował się i odwrócił, a czysta męska siła zawarta w tym ruchu przeszyła ją jak błyskawica. – Byłbym wdzięczny, gdybyśmy mogli pominąć formalności.

Bez dwóch zdań, stał przed nią jeden z tych nielicznych klientów, którzy nie mieli pojęcia, kim była.

W ogóle.

Co za fascynujące uczucie.

Jej status społeczny przyciągał klientów: była córką arystokraty i wdową po arystokracie. Olbrzymi spadek, jakim dysponowała, też miał pewne znaczenie, ale głównie chodziło o ród. Tylko i wyłącznie dlatego uznano ją za ekscentryczkę, kiedy zaczęła prowadzić swoją agencję, zamiast wykluczyć ją z tego powodu z towarzystwa.

Choć szczerze mówiąc, kilka osób uważało, że hańbi swoje nazwisko. Jednak i oni musieli pogodzić się z tym faktem, bo jej ojciec był markizem, a zmarły mąż synem wicehrabiego.

Za to pan Reeve uznał ją chyba za zwykłą guwernantkę.

Eugenia z niesmakiem zauważyła, że ten człowiek ją drażni. Co za absurd. Przecież to tylko kolejny klient, którego należy ułagodzić albo unicestwić, w zależności od sytuacji. Raczej unicestwić, zważywszy na to, że zrezygnował z usług Penelope.

Będzie grzeczna lub stanowcza jak zwykle. Nie był przecież pierwszym rodzicem, któremu odmówiła guwernantki, i na pewno nie ostatnim.

Usiadła i skinęła głową.

– Może pan spocznie?

Opadł na krzesło naprzeciwko niej.

– Domyślam się, że już pani wie o zwolnieniu panny Lumley. Potrzebuję kogoś innego.

– Czy mógłby mi pan zdradzić powody swojego niezadowolenia?

– Nie ma sensu wdawać się w szczegóły – odpowiedział, postukując palcami o krzesło. – To miła kobieta, ale się nie nadaje.

– Panna Lumley to nie szklanka mleka, które można odesłać do kuchni, bo skwaśniało – zauważyła Eugenia.

– „Skwaśniało” pasuje do niej jak ulał. Przede wszystkim, nie winię pani za nic. Jej zresztą także nie. Winę za kwaśny charakter panny Lumley ponoszą wyłącznie jej rodzice.

Od kiedy to wykładowcy z Oksfordu mieli gardłowe głosy, które budziły w kobietach różne myśli? Oczywiście nie w Eugenii, była daleka od tego. Jednak nie zmieniało to faktu, że wszyscy jej nauczyciele mówili gładko i potoczyście, a Reeve gardłowo.

– Czy mógłby pan powiedzieć coś więcej o brakach, jakie pan dostrzegł w pracy panny Lumley?

– Brak jej siły woli, żeby poradzić sobie z moim rodzeństwem. – Na jego twarzy pojawił się cień zniecierpliwienia. – Pogodziłbym się z tym, gdyby Lizzie i Otis ją lubili, ale tak nie było. Na pewno ma pani jakąś inną guwernantkę, prawda? Mówiono mi, że pracują u pani najlepsze.

– Owszem – odparła. – Ale zasadniczo nie zmieniam pracownic na posadach. Ponieważ nie odpowiadała panu panna Lumley, sugeruję, żeby poszukał pan guwernantki gdzie indziej. Mogę pana skierować do kilku innych renomowanych agencji.

Zwykły klient po takim oświadczeniu wpadłby w panikę, ale Eugenia właśnie zrozumiała, że pan Reeve nie ma w repertuarze tego uczucia.

– Wolałbym, żeby pani dała mi kogoś nowego. – Jego wargi wygięły się w uśmiechu, od którego…

Eugenia przez sekundę walczyła z prostym faktem, że od tego uśmiechu jej serce zabiło szybciej.

– Proszę mi wybaczyć, panie Reeve, ale chyba nie rozumie pan, na jakich zasadach działa Agencja Snowe. – Wiedziała, że brzmi jak pompatyczna idiotka, ale co miała zrobić? Chyba nic nie wiedział ani o niej, ani o jej firmie.

– Obawiam się, że ma pani rację.

Błysk humoru w jego oczach był wyjątkowo irytujący, ale nie raz w życiu spotykała mężczyzn, którzy jej nie doceniali.

– Moje guwernantki są doskonale wyszkolone i bardzo poszukiwane – wyjaśniła. – Są nieodzowne w szanowanych domach.

Bywało tak, że rodzice, którym odmówiła guwernantki, ukrywali swoje dzieci na wsi i udawali, że nie istnieją. Zrobiła krótką przerwę, żeby podkreślić swoją decyzję.

– Nie mogę panu zaproponować innej guwernantki.

Pan Reeve nawet nie mrugnął okiem.

– Na pewno ma pani kogoś innego. Nie mieliśmy się okazji poznać osobiście, zanim przysłała nam pani Dziamdzię… to znaczy, pannę Lumley, ale…

Eugenia przerwała mu w pół słowa.

– Dziamdzię?!

– Dzieci jakoś jej nie polubiły – powiedział przepraszająco.

– „Dziamdzia” to bardzo pogardliwe przezwisko.

– Jestem prawie pewny, że nie zwracały się tak do niej bezpośrednio. Chyba myślał, że to wystarczy, bo dodał: – Jak już mówiłem, nie poznaliśmy się osobiście, zanim panna Lumley pojawiała się u nas w domu. Przyjechałem do Londynu, by się upewnić, że następna guwernantka będzie się lepiej nadawała na tę posadę. Szczerze mówiąc, potrzebuję połączenia tresera lwów z magiem.

– Po pierwsze, to niemożliwe. Po drugie, zdaje się, że pan chciałby zatrudnić kolejną guwernantkę z mojej agencji. Obawiam się jednak, że musi pan poszukać treserki lwów u kogoś innego.

W odpowiedzi posłał jej kolejny łobuzerski uśmiech – jeden z tych, które sprawiają, że kobieta zrobi wszystko.

– Czy mógłbym najpierw opowiedzieć pani trochę o tych dzieciach?

Eugenia była pełna podziwu dla tej kobiety, która porzuciła go przed ołtarzem. Musiała być cnotliwa i zimna jak lód, żeby wytrzymać do ślubu, nie ulegając temu uśmiechowi. Ewidentnie tak było, bo go zostawiła.

Taki człowiek nigdy nie zostawiłby w spokoju kobiety, z którą choć raz się kochał. Była o tym przekonana.

Westchnęła w duchu. Co w nią dziś, do licha, wstąpiło? To pewnie efekt nieruszania się z biura przez kilka ostatnich tygodni. Powinna się przewietrzyć.

– Lizzie ma dziewięć lat – opowiadał pan Reeve. – Stale dramatyzuje i zdradza nienaturalne zainteresowanie śmiercią.

– Jak to się objawia? – spytała Eugenia.

– Na przykład nosi czarną woalkę.

Eugenia przez długie lata wysłuchiwała opowieści o dziwactwach dzieci, ale to było coś nowego.

– Wiem, że takie welony noszą tylko wdowy w żałobie – kontynuował – ale większość dziewięciolatek nie doprowadza swoich guwernantek do omdlenia, robiąc sekcję królika na stole w pokoju dziecinnym.

– Czy to znaczy, że pokroiła go na kawałki?

– Właśnie. Choć obawiam się, że panna Lumley bardziej zaniepokoiła się próbą wywołania ducha królika – dodał pan Reeve, jakby to ostatnie nie było niczym dziwnym.

– Oczywiście – stwierdziła Eugenia. – Rozumiem, że próba się nie powiodła?

Błysk uśmiechu pana Reeve sprawił, że w jej brzuchu zapłonął żar.

– Nie odnotowano zjawy królika, jeśli o to pani pyta. Otis, brat Lizzie, ma osiem lat i zachowuje się o wiele normalniej. Jesienią pójdzie do Eton, ale ponieważ żadne z dzieci nie pobierało do tej pory edukacji, musi najpierw nadrobić braki.

Eugenia bujała myślami wśród króliczych duchów, ale jego słowa przywróciły ją do rzeczywistości.

– Nie pobierało edukacji?

Jak to, czy te dzieci wychowywały się wśród wilków? W liście Reeve napisał, że potrzebuje guwernantki, a nie cudotwórcy.

– Formalnej edukacji – poprawił. – Oboje potrafią czytać. Otis jest chyba niezły z matematyki. Kilka dni temu zorganizował w stajni zakłady, prawidłowo obliczając stawki.

– O co były?

– O to, który koń wyprodukuje najwięcej kup. Zbierał półpensówki od wszystkich stajennych.

Prawdziwy dżentelmen nigdy nie wspominał o odchodach w obecności damy, ale naturalnie pan Reeve nie uważał jej za damę.

– Trwało to do chwili, gdy odkryli, że Otis fundował wybranemu przez siebie wierzchowcowi porcję marchwi w środku nocy. Pieniądze zostały zwrócone – dokończył pan Reeve.

– Mój wuj należy do policji rzecznej. Mogę go poprosić, żeby przemówił Otisowi do rozsądku. Czy pański brat został poinformowany, że dżentelmen nie może przyjmować pieniędzy od stajennych, choćby zakłady były najbardziej pasjonujące na świecie?

– Słuszna uwaga – zgodził się pan Reeve. – Może powinienem wyjaśnić, że nasza matka przez ostatnich dziesięć lat należała do wędrownej trupy teatralnej.

Na litość boską…

Eugenia wiedziała, podobnie jak cała śmietanka towarzyska, że pan Reeve był synem hrabiego z nieprawego łoża. Ale informacja o tym, że jego matka została aktorką, nie była publicznie znana.

Kiedy wyjdzie to na światło dzienne, pan Reeve zostanie usunięty z towarzystwa i nikt go nie będzie nigdzie zapraszał. Zresztą raczej mu na tym nie zależało. Pewnie dlatego nigdy się nie spotkali, a do niego nie dotarły plotki o owdowiałej arystokratce, która otworzyła agencję.

Pewnie był tak arogancki, że nie dbał o to, co o nim myślą w towarzystwie.

Nie. Arogancja oznacza, że ktoś przesadnie ocenia swoją wartość. A Eugenia była przekonana, że Reeve po prostu uczciwie porównuje się z innymi.

– Czy guwernantki z Agencji Snowe pracują wyłącznie dla bogatych, utytułowanych rodzin? – zapytał. W jego męskim głosie zabrzmiała nuta, od której nerwy Eugenii zapłonęły pierwotną reakcją… poczuła się jak królik przydybany przez lisa.

Tylko że ona nie była królikiem.

Rzuciła mu lodowate spojrzenie.

– Oczywiście, że nie. Moje guwernantki pracują w niejednym nietypowym domu. Na przykład trzy z nich wychowują pięcioro dzieci księcia Clarence w Bushy Park.

W jego oczach błysnęło rozbawienie i niebezpieczeństwo minęło.

– Jestem o wiele przyzwoitszym człowiekiem od Clarence’a. W moim domu nie ma odpowiednika jego uroczej Dorothei.

Serce zabiło jej szybciej na tę swobodną, prowokacyjną wzmiankę o kochance księcia krwi.

– Spodziewa się pan współczucia z powodu tego niedostatku? – To była kiepska riposta, ale tylko na taką było ją stać.

Ward nie powinien się droczyć z ogólnie szanowaną, byłą guwernantką, ale pani Snowe nie sposób było się oprzeć. Jej policzki, różowe jak płatki peonii, były najpiękniejszą rzeczą, jaką widział od wielu tygodni.

Poza tym była wdową. Nigdy nie flirtował z mężatkami ani ze swoimi pracownicami, ale ona przecież nie należała do służby, nawet jeśli jej słono płacił za łzawe usługi Dziamdzi.

– Pewnie nie powinienem wspominać o swojej samotności – mruknął przepraszająco. Pachniała słodko i ulotnie… chyba jeżynami. Leśnymi owocami o słodkim zapachu, ale kwaśnym smaku, gdy się je rozgryzło.

– Dżentelmeni nie roztkliwiają się nad brakiem towarzystwa. A nadto nie wspominają o odchodach w obecności dam.

Wybuchnął śmiechem. Faktycznie, była kwaśna i słodka zarazem.

– Niech zgadnę. Myśli pani, że przydałaby mi się porządna guwernantka.

– Dla pana jest już za późno – odparowała gładko. – A co więcej, obawiam się, że dla pańskiego rodzeństwa również. Jak pana brat da sobie radę w Eton, jeśli wcześniej niczego się nie uczył?

– Otis nauczy się wszystkiego błyskawicznie – wyjaśnił. – Oboje są nieprzeciętnie inteligentni. – Po przerwie dodał niechętnie. – Choć w zasadzie nie znam żadnych dzieci w ich wieku.

Uśmiechnęła się do niego, chyba po raz pierwszy.

Cała jej twarz zmieniła się od tego uśmiechu.

Całe jego ciało, włącznie z najbardziej intymnymi częściami, zapłonęło żarem. Pani Snowe miała oczy, nos, podbródek… tak samo jak każda inna kobieta. Ale kiedy się uśmiechała, jej twarz była najpiękniejsza na świecie.

Może wcale nie była taka jak inne.

Czerwone wargi. Cera jak z porcelany. Włosy koloru płonących jesiennych liści. Właśnie coś mówiła. Powinien jej słuchać, ale zamiast tego…

Co on właściwie, do diabła, wyprawiał?

Płonął z namiętności do guwernantki… a raczej byłej guwernantki. Chyba zwariował. Przynajmniej była wdową; gdyby pożądał mężatki, spaliłby się ze wstydu przed samym sobą.

W towarzystwie Mii nigdy nie ogarniało go takie szaleństwo…

Na tę myśl westchnął z ulgą.

To wszystko wina jego byłej narzeczonej. Czuł się odrzucony. Ta niezwykła fala pożądania była reakcją na tamto nieoczekiwane, przykre zdarzenie.

Pewnie dlatego tak mocno biło mu serce, którego uderzenia rozprzestrzeniały się po całym ciele, docierając aż do…

Logiczna reakcja.

Mniej więcej.

Lubił się kochać, więc tych kilka miesięcy abstynencji w okresie narzeczeństwa wpłynęło na jego reakcje. Powinien wziąć sobie kochankę.

Albo umówić się z jakąś wesołą, miłą trzpiotką. Taką, która zrobiłaby to wyłącznie dla pieniędzy i byłaby zaskoczona przyjemnością, jaką by jej dał.

Z trudem skupił się na chwili obecnej.

– Panna Lumley jest w stanie nauczyć oboje wszystkiego, co powinni wiedzieć – mówiła pani Snowe. – Świetnie uczy łaciny, historii oraz etykiety, jak również niezwykle ważnych umiejętności praktycznych, jak prowadzenie domu, gra w tenisa i pieczenie ciast.

– Pieczenie ciast! – wykrzyknął. – Dlaczego, u licha, uczyć dzieci akurat tego?

Obserwowała, jak na twarzy pana Warda pojawia się urażony grymas. Susan miała rację. Rzeczywiście trochę przypominał hrabiego.

– Zapewniam panią – oświadczył – że moje rodzeństwo nie potrzebuje umiejętności kucharskich. Jako dziecko miałem liczne guwernantki, ale żadna z nich nie zapuszczała się do kuchni.

– Wszystkie dzieci wychowywane przez moje guwernantki uczą się piec ciasta – wyjaśniła. – Wymaga to koncentracji, precyzji oraz grozi poważnymi urazami. Dzieci to uwielbiają.

– Uczy pani małych arystokratów gotowania dla przyjemności?

– Owszem, ponieważ pewnego dnia będą zarządzać własnymi posiadłościami.

Uśmiechnął się przekornie.

– Noże. Ogień. Podejrzewam, że to by mi się spodobało.

– Podejrzewam, że był pan wyjątkowo psotny – stwierdziła, nie mogąc się powstrzymać.

– Zwykle mówiono, że jestem nieznośny – przytaknął. Ten błysk w jego oczach powinien być karalny. Przeszywał ją dreszczem od głów do stóp.

Oczywiście, od czasu do czasu spotykała różnych mężczyzn. Czasem coś w układzie ich ramion i refleksy słońca na włosach przypomniały jej emocje, jakie przeżywała, gdy po raz pierwszy zobaczyła swojego męża.

Tym razem nie było żadnych lśniących loków. PanReeve wyraźnie nie dbał o swoje brązowe kędziory. Pewnie nie miał nawet lokaja.

Z całą pewnością nie, skonstatowała, spoglądając na jego fular zawiązany na zwykły dziecinny supeł, a nie w węzeł godny dżentelmena.

– Ciasta pani Snowe to coś w rodzaju znaku rozpoznawczego – dodała pośpiesznie. – Mogą się przydać, gdy Lizzie i Otis będą chcieli się dogadać z kolegami w szkole.

Pan Reeve wzruszył ramionami.

– Oni nie mają pojęcia o manierach i są bardzo zdziwieni, kiedy ktoś nie chce przebywać w ich towarzystwie. Obawiam się, że umiejętność upieczenia biszkoptu nie zadziała jak magiczny talizman.

– Więzi społeczne to rezultat wspólnych doświadczeń – wyjaśniła. – W normalnych układach żadne z tych dzieci nie będzie musiało nigdy więcej w życiu brać do ręki kuchennych przyborów, choć być może dzięki swoim umiejętnościom zyskają szacunek służby. Chcę przez to powiedzieć, panie Reeve, że powinien pan z powrotem przyjąć pannę Lumley, jeśli zgodzi się do was wrócić.

Wyglądał, jakby zaraz miał się jej sprzeciwić.

– Na moje guwernantki czeka w tej chwili dwadzieścia rodzin – dodała. – I chyba oboje zdajemy sobie sprawę, że jest pan w awaryjnej sytuacji.

– Panna Lumley się nie nadaje.

– Wymieniam guwernantki jedynie w skrajnych przypadkach – odparła i widząc, że uniósł brew, dodała: – Na przykład, kiedy jedna z nich w czasie wolnym wysłuchała niezwykle porywającego kazania i następnie ślubowała zrezygnować z tańców i posługiwania się językiem francuskim, przeniosłam ją do rodziny kwakrów.

– Taka akurat by mi nie przeszkadzała – stwierdził pan Reeve. – Lizzie i Otisowi przydałaby się powtórka z dziesięciu przykazań, szczególnie tego, które nakazuje by szanować brata swego, szczególnie starszego.

– I które do tego nie istnieje – uzupełniła Eugenia. – Ale mnie chodzi o to, że nikt nie odsyła guwernantki z mojej agencji tylko dlatego, że mu się nie spodobała. Kwestia gustu nie wchodzi tu w grę.

– Zalewa się łzami jak zepsuta fontanna – odparł chłodno pan Reeve.

Eugenia zmrużyła oczy.

– Takich porównań nie należy stosować do moich guwernantek. W żadnym wypadku.

– Moje rodzeństwo niedawno straciło matkę. – Posłał jej proszące spojrzenie, które nie oszukało jej nawet przez moment. Susan miała rację. Ten człowiek był przyzwyczajony, że zawsze dostaje to, czego chce, i nie miał żadnych skrupułów co do sposobu, w jaki to uzyskiwał.

– Łkająca ciągle guwernantka, która mdleje przy najmniejszym stresie, to łagodnie mówiąc, kłopotliwa osoba.

Eugenia poczuła się nieco nieswojo.

– Wiem, że panna Lumley ma słabe nerwy, ale nie spodziewałam się, że przejawia się to nieustannym płaczem.

– Proszę uwierzyć mi na słowo. To nie jest dobry przykład dla Lizzie. Moja siostra i tak za bardzo fascynuje się śmiercią.

– Nie może pan winić panny Lumley, że zemdlała na widok patroszonego królika. To raczej brudna robota.

Wzruszył ramionami.

– Wszyscy pozostali jakoś się utrzymali na nogach.

Mówił to wyzywająco, jakby spodziewał się, że Eugenia od razu potępi jego siostrę, ale ona nawet nie próbowała ukryć uśmiechu.

– Mam wrażenie, że Lizzie to niezwykła i bardzo interesująca osóbka. Materiał na przyrodniczkę.