Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 302 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Siedem dni w lipcu - Jordi Sierra i Fabra

Miquel Mascarell, ostatni policjant w republikańskiej Barcelonie, aresztowany w 1939 i skazany przez reżim generała Franco na karę śmierci, wychodzi na wolność po ośmiu i pół latach spędzonych w więzieniu i obozie pracy.

Jest rok 1947. Miquel powraca do rodzinnego miasta, które teraz stało się dla niego miejscem obcym, smutnym i groźnym. W Barcelonie królują bieda, czarny rynek i ciemne interesy. Były inspektor policji nie ma pracy, jakiegokolwiek dobytku ani nawet mieszkania, które podczas jego nieobecności przejęła rodzina falangistów.

Żona zmarła tuż przed aresztowaniem. Miquel nie wie, co stało się z jego przyjaciółmi – i nikt też nie wie, czy on sam pozostał przy życiu. Kilka godzin po zatrzymaniu się w przypadkowo wybranym pensjonacie, otrzymuje kopertę z zagadkową zawartością: fotografią pięknej dziewczyny, paczką nowiutkich banknotów oraz dwoma kartkami. Na pierwszej jest nazwa hotelu, na drugiej ręcznie wypisane pytanie: „Czy chce pan znowu poczuć się policjantem?”. Instynkt detektywa oraz ciekawość, a także kiepska sytuacja finansowa nie pozwalają mu zignorować tej przesyłki. Rozpoczyna śledztwo, zdając sobie jednocześnie sprawę, że teraz jest praktycznie nikim, że zadając pytania naraża się sam na niebezpieczeństwo.

Los stawia na jego drodze Patro – dziewczynę, której kiedyś uratował życie. Dzięki niej znajduje dojście do ważnego źródła informacji, środowiska barcelońskich prostytutek. Przez kilka następnych dni Mascarell będzie starał się odkryć, czy śmierć młodej kobiety pod kołami pociągu metra była tragicznym wypadkiem, czy zaplanowanym morderstwem. I jak się okaże – nie ostatnim...

Opinie o ebooku Siedem dni w lipcu - Jordi Sierra i Fabra

Fragment ebooka Siedem dni w lipcu - Jordi Sierra i Fabra

Wydanie elektroniczne

JOR­DI SIER­RA I FA­BRA (ur. 1947)

Je­den z naj­bar­dziej ce­nio­nych i za­ra­zem naj­po­czyt­niej­szych współ­cze­snych pi­sa­rzy hisz­pań­skich (10 mi­lio­nów sprze­da­nych eg­zem­pla­rzy we wła­snym kra­ju!), lau­re­at 30 na­gród li­te­rac­kich. De­biu­to­wał w 1975. W do­rob­ku ma kil­ka­dzie­siąt po­wie­ści (w tym czte­ry ty­tu­ły z by­łym in­spek­to­rem po­li­cji Mi­qu­elem Ma­sca­rel­lem), bio­gra­fie gwiazd mu­zy­ki roc­ko­wej oraz pra­wie 400 ksią­żek dla dzie­ci i mło­dzie­ży. Pi­sze po hisz­pań­sku i ka­ta­loń­sku; jego twór­czość zo­sta­ła prze­ło­żo­na na 25 ję­zy­ków.

www.sier­ra­ifa­bra.com

Tego au­to­ra

CIE­NIE W CZA­SIE

Mi­qu­el Ma­sca­rell

CZTE­RY DNI W STYCZ­NIU

SIE­DEM DNI W LIP­CU

PIĘĆ DNI W PAŹ­DZIER­NI­KU

DWA DNI W MAJU

Ty­tuł ory­gi­na­łu: SIE­TE DÍAS DE JU­LIO

Co­py­ri­ght © Jor­di Sier­ra i Fa­bra 2010

All ri­ghts re­se­rved

First pu­bli­shed by Ran­dom Ho­use Mon­da­do­ri S.A. in 2010

Trans­la­tion ri­ghts ar­ran­ged by IMC Agen­cia Li­te­ra­ria SL

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Elż­bie­ta So­snow­ska 2013

Co­ver pho­to © Pho­to­gra­phic Ar­chi­ve Fran­cesc Ca­ta­la-Roca Arxiu Fo­to­gra­fic de l’Arxiu Hi­sto­ric del Col­le­gi d’Arqu­itec­tes de Ca­ta­lu­nya Fran­cesc Ca­ta­la-Roca „The Gi­ta­ne­ta”, Bar­ce­lo­na, 1953

Re­dak­cja: Agniesz­ka Ło­dziń­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

Skład: La­gu­na

ISBN 978-83-7885-153-0

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Wszyst­kim, któ­rzy­śmy się wów­czas uro­dzi­li. I tym, któ­rzy, po­mi­mo wszyst­ko, prze­ży­li.

DZIEŃ PIERWSZYNiedziela, 20 lipca 1947 roku

1

Stu­kot kół był tak re­gu­lar­ny, tak mo­no­ton­ny, że po wie­lu go­dzi­nach za­mie­nił się w je­den nie­usta­ją­cy, nie­prze­rwa­ny rytm.

Po­ciąg, me­ta­fo­ra ży­cia.

Mi­qu­el Ma­sca­rell ock­nął się z pół­drzem­ki i otwo­rzył oczy. Po­wie­ki mu cią­ży­ły. Bo­la­ło go całe cia­ło, ko­ści, kark mu ze­sztyw­niał, nogi miał oło­wia­ne, gło­wa… Na­wet myśl, że wra­ca do domu, czy do miej­sca, któ­re w jego po­ję­ciu cią­gle było do­mem, w ni­czym nie po­mo­gła mu prze­zwy­cię­żyć po­czu­cia ocię­ża­ło­ści, nie pod­dać się usy­pia­ją­ce­mu tem­pu po­dró­ży.

Czas za­mie­nio­ny w pust­kę.

Do­jeż­dża­li do Bar­ce­lo­ny, lecz wy­da­wa­ło się, że wy­ru­szy­li z Ma­dry­tu wiek temu.

Pal­ca­mi do­tknął po­wiek, a po­tem moc­no na­ci­skał gał­ki oczne, aż roz­bły­sły mi­go­tli­we świa­teł­ka. Wte­dy od­jął pal­ce i za­mru­gał, wra­ca­jąc do świa­ta, któ­ry go ota­czał. Świa­ta in­ne­go niż wte­dy, gdy ostat­nio za­pa­dał w drzem­kę.

W prze­dzia­le zo­ba­czył no­wych to­wa­rzy­szy po­dró­ży. Na­prze­ciw­ko sie­dział ksiądz w błysz­czą­cej su­tan­nie; miał po­dwój­ny pod­bró­dek, małe oczka i był zu­peł­nie łysy, a pulch­ne kształ­ty świad­czy­ły o do­stat­nim ży­ciu i do­brym od­ży­wia­niu. Skrzy­żo­wa­ne dło­nie trzy­mał na po­doł­ku, a z ca­łej jego po­sta­ci ema­no­wa­ły spo­kój i po­wścią­gli­wość. Z bło­gim wy­ra­zem twa­rzy pa­trzył w okno, być może dla­te­go, by nie oglą­dać po­zo­sta­łych po­dróż­nych w prze­dzia­le. Sie­dzą­ca obok nie­go ko­bie­ta ma­cha­ła ener­gicz­nie wa­chla­rzem, dy­sząc przy tym cięż­ko i wzdy­cha­jąc prze­cią­gle. W dru­giej ręce ści­ska­ła chu­s­tecz­kę, któ­rą od cza­su do cza­su ocie­ra­ła czo­ło i spo­ry de­kolt. Mia­ła na so­bie suk­nię ni­ja­kie­go ko­lo­ru, ro­dzaj spło­wia­łe­go beżu, pod­da­wa­ne­mu wi­dać czę­ste­mu pra­niu, a rów­nie znisz­czo­ną wiel­ką tor­bę trzy­ma­ła na ko­la­nach, bo na upcha­nych wa­liz­ka­mi i to­bo­ła­mi pół­kach za­bra­kło dla niej miej­sca. Trze­ci po­dróż­ny sie­dzą­cy po jej dru­giej stro­nie był mi­zer­nym męż­czy­zną, sama skó­ra i ko­ści, z ocza­mi tak za­pad­nię­ty­mi, że pra­wie nie­wi­docz­ny­mi. Per­fek­cyj­nie za­wią­za­ny kra­wat i za­pię­ta – mimo obez­wład­nia­ją­ce­go upa­łu – ma­ry­nar­ka świad­czy­ły o tym, że chciał wy­glą­dać ele­ganc­ko. Choć za­rów­no kra­wat, jak i ko­szu­la, gar­ni­tur i buty po­cho­dzi­ły z cza­sów od­le­głych, nie­mal pre­hi­sto­rycz­nych, ura­to­wa­ne z wie­lu bi­tew, męż­czy­zna no­sił je z god­no­ścią jak ktoś, kto za wszel­ką cenę pra­gnie utrzy­mać rów­no­wa­gę i spo­kój, w ten spo­sób sta­wia­jąc opór prze­ciw­no­ściom. Są­sia­dom z boku, męż­czyź­nie i ko­bie­cie, Ma­sca­rell nie mógł się przyj­rzeć bez na­tręt­ne­go od­wró­ce­nia gło­wy. Też wy­glą­da­li na dwo­je sa­mot­ni­ków. Jak po­zo­sta­li po­dróż­ni, nie wy­łą­cza­jąc księ­dza. Nikt z nich nie wsiadł do po­cią­gu w Ma­dry­cie. Mu­sie­li się do­siąść na ostat­nim od­cin­ku po­dró­ży.

Do­jeż­dża­li do Bar­ce­lo­ny.

Mie­siąc wcze­śniej, ty­dzień wcze­śniej, a na­wet trzy dni temu ta po­dróż mo­gła wy­dać się je­dy­nie go­rą­cym pra­gnie­niem. Bar­ce­lo­na. Sama na­zwa brzmia­ła nie­re­al­nie. Czy Bar­ce­lo­na jesz­cze ist­nia­ła? Któ­ra Bar­ce­lo­na? Ta ostat­nia, ze stycz­nia 1939 roku nie była ni­czym in­nym jak tyl­ko wspo­mnie­niem. Po­dob­na do pięk­nej ko­bie­ty, któ­ra choć prze­ży­ła wy­pa­dek, jed­nak wy­szła z nie­go z oszpe­co­ną twa­rzą. To cią­gle ona, lecz zmie­nio­na nie do po­zna­nia. Ko­bie­ta, któ­ra, być może, wo­la­ła­by umrzeć.

Mie­siąc wcze­śniej, ty­dzień wcze­śniej, a na­wet trzy dni wcze­śniej.

Wes­tchnął cięż­ko.

Czy ro­zum mógł za­paść w le­targ, nie re­ago­wać przez osiem i pół roku, a po­tem na­gle się obu­dzić, wró­cić do ży­cia?

Czy war­to było?

Ja­kie siły skła­nia­ją do po­wro­tu do ży­cia?

Chu­dy męż­czy­zna rzu­cił da­rem­ne spoj­rze­nie na pier­si ko­bie­ty, kie­dy ta po raz ko­lej­ny do­tknę­ła chu­s­tecz­ką de­kol­tu. Nie była ład­na. Ale mia­ła krą­głe kształ­ty, któ­re – zwłasz­cza la­tem – mo­gły dzia­łać na męż­czyzn. Tak­że twarz mia­ła pulch­ną, sym­pa­tycz­ną, w prze­ci­wień­stwie do twa­rzy mi­ze­ro­ty, sza­rej i wy­chu­dłej. Two­rzy­li nie­praw­do­po­dob­ną parę.

– Któ­ra go­dzi­na? – ci­chym gło­sem za­py­ta­ła sie­dzą­ca obok Ma­sca­rel­la ko­bie­ta, ta, któ­rej nie mógł do­brze wi­dzieć.

Od­po­wie­dzia­no jej ge­stem. Jed­na z osób, któ­re z bra­ku miej­sca sta­ły w prze­dzia­le, wy­cią­gnę­ła rękę z ze­gar­kiem na prze­gu­bie, żeby ko­bie­ta sama zo­ba­czy­ła.

Wte­dy na­stą­pi­ło pierw­sze nie­ocze­ki­wa­ne wy­da­rze­nie; krót­kie py­ta­nie, któ­re wy­dźwi­gnę­ło pa­sa­że­rów ze sta­nu apa­tii.

Męż­czy­zna sie­dzą­cy obok Ma­sca­rel­la zwró­cił się do nie­go:

– Może by mi pan dał pa­pie­ro­sa?

– Przy­kro mi. Nie palę.

Nie uwie­rzył mu. Spoj­rzał na nie­go zim­nym wzro­kiem.

– Ro­zu­miem, że nie chce się pan po­dzie­lić, ta­kie mamy cza­sy. Ale nie musi pan kła­mać.

– Nie okła­ma­łem pana. Nie palę pa­pie­ro­sów.

Męż­czy­zna wy­glą­dał na po­iry­to­wa­ne­go. Może nie jest przy zdro­wych zmy­słach, po­my­ślał Ma­sca­rell, ale spe­cjal­nie się tym nie prze­jął. Na wol­no­ści było peł­no sza­leń­ców, ro­zum­nych trzy­ma­no w za­mknię­ciu. Te­raz mógł mu się le­piej przyj­rzeć. Trzy­dzie­ści kil­ka lat, z wy­glą­du ro­bot­nik, czap­ka wy­dzier­ga­na szy­deł­kiem, sztruk­so­we spodnie i ce­ro­wa­na ko­szu­la.

– Jak to pan nie pali?

– Nig­dy nie pa­li­łem. Dla mnie to bar­dziej bez­sen­sow­na sła­bost­ka niż po­trze­ba albo taki znak no­wo­cze­sno­ści.

– Aja uwa­żam, że ten, co nie pali, nie jest męż­czy­zną.

– Fran­co nie pali.

Pew­nie na­wet ksiądz się uśmiech­nął. Ma­sca­rell nie wi­dział po­wo­du, żeby się o tym prze­ko­ny­wać. Nie­ru­cho­mym wzro­kiem pa­trzył na na­tręt­ne­go że­bra­czy­nę.

Twarz tam­te­go po­bla­dła.

I za­milkł.

Po kil­ku se­kun­dach wstał, wy­cią­gnął spod sie­dze­nia zwią­za­ną sznur­kiem tor­bę i szyb­ko znik­nął.

Na wszel­ki wy­pa­dek. Za­nim ko­muś wpa­dło­by do gło­wy oskar­żyć go o na­ru­sze­nie ja­kie­goś obo­wią­zu­ją­ce­go pra­wa.

Je­den ze sto­ją­cych pa­sa­że­rów za­jął jego miej­sce.

Mi­qu­el Ma­sca­rell nie chciał na­po­ty­kać wzro­ku współ­pa­sa­że­rów. Nie szu­kał sprzy­mie­rzeń­ców. Tak jak ksiądz pa­trzył na wi­do­ki za oknem. Sie­dział twa­rzą do kie­run­ku jaz­dy i na­gle zo­ba­czył wy­ła­nia­ją­ce się z da­le­ka kon­tu­ry mia­sta.

Sta­rał się za­cho­wać spo­kój – nie oka­zać żad­nych emo­cji.

Mi­nę­ła chwi­la. I za­raz na­stą­pi­ło dru­gie zdu­mie­wa­ją­ce wy­da­rze­nie, a ra­czej ich ciąg.

Naj­pierw, wjeż­dża­jąc na tory kie­ru­ją­ce go na sta­cję, po­ciąg zwol­nił tuż przy pla­cu de las Glo­rias, u wy­lo­tu uli­cy Ara­gón. Po­tem ksiądz pod­niósł się i cał­kiem otwo­rzył okno. Po chwi­li z obu stron po­cią­gu po­ja­wił się tłum lu­dzi: męż­czyzn i ko­biet, chłop­ców i dziew­czy­nek, któ­rzy bie­gli wzdłuż wa­go­nów i z nie­po­ko­jem wy­pa­try­wa­li bli­skich po­śród wy­chy­la­ją­cych się już przez okna pa­sa­że­rów. W prze­dzia­le Ma­sca­rel­la za­pa­no­wał amok. I nie tyl­ko tam. W ca­łym jego wa­go­nie, a tak­że w po­zo­sta­łych lu­dzi ogar­nę­ła go­rącz­ka.

Przez okna le­cia­ły wa­liz­ki, tor­by, mniej­sze i więk­sze to­bo­ły.

Po­wie­trze prze­peł­ni­ło się krzy­kiem, na­wo­ła­nia­mi, po­le­ce­nia­mi.

W po­cią­gu i na to­rach.

– Tu­taj!

– Lu­isa, uwa­żaj!

– Łap, łap!

– Mamo!

– Żeby się nie po­rwa­ła!

– Leć do domu, nig­dzie się nie za­trzy­muj!

– Zdo­by­łem ryż i ziem­nia­ki!

Nie­któ­rzy po pro­stu wy­rzu­ca­li to­boł­ki na ze­wnątrz. Inni usi­ło­wa­li po­dać je cze­ka­ją­cym, bo­jąc się, że od ude­rze­nia roz­sy­pie się za­war­tość. Ci, któ­rzy bie­gli wzdłuż po­cią­gu, wy­cią­ga­li ręce. Je­den nie­uważ­ny krok i upa­dek na tory mógł ozna­czać ko­niec. Oczy jed­nych i dru­gich się krzy­żo­wa­ły, ale nic nie wi­dzia­ły.

Oczy wy­stra­szo­ne.

Cia­ła wy­głod­nia­łe.

Mi­qu­el Ma­sca­rell i ksiądz spoj­rze­li na sie­bie, kie­dy ten dru­gi usiadł zno­wu na swo­im miej­scu z tym sa­mym co wcze­śniej wy­ra­zem spo­ko­ju i po­wścią­gli­wo­ści.

Ci­sza.

Kil­ka chwil i nic już nie było sły­chać.

Wró­ci­li na miej­sca jed­ni spo­ce­ni, inni bez tchu, ale wszy­scy za­do­wo­le­ni ze swej prze­zor­no­ści i za­po­bie­gli­wo­ści, bę­dą­cy do­brej my­śli, spo­koj­ni.

Wsłu­cha­ny w stu­kot kół Mi­qu­el Ma­sca­rell zbli­żał się do koń­ca po­dró­ży. Po­ciąg zwal­niał co­raz bar­dziej i po­wo­li wjeż­dżał na Dwo­rzec Fran­cu­ski. Gwizd lo­ko­mo­ty­wy za­brzmiał nie­mal jak przed­śmiert­ny jęk, jak gdy­by wy­mę­czo­na ma­szy­na wy­da­wa­ła z sie­bie ostat­nie tchnie­nie, za­nim za­milk­nie na za­wsze. Nie­wie­lu po­dróż­nych, któ­rzy mie­li jesz­cze ja­kieś ba­ga­że, zdję­ło je z pół­ek i ru­szy­ło do wyj­ścia. Naj­pierw wy­sko­czy­li z po­cią­gu ci, któ­rzy kil­ka mi­nut wcze­śniej wy­rzu­ca­li przez okna swój czar­no­ryn­ko­wy to­war.

Mi­qu­el Ma­sca­rell był ostat­ni.

Nie mu­siał nig­dzie biec.

Nie miał nic pil­ne­go do zro­bie­nia.

Lecz kie­dy po raz pierw­szy po­sta­wił sto­py na bar­ce­loń­skiej zie­mi, ser­ce za­bi­ło mu moc­niej.

Jak gdy­by na­gle znik­nę­ły lata jego nie­obec­no­ści.

Fi­gle pod­świa­do­mo­ści.

Nie było tych lat.

Dłu­gich lat, ze wszyst­ki­mi mie­sią­ca­mi, ty­go­dnia­mi, dnia­mi, go­dzi­na­mi, mi­nu­ta­mi, se­kun­da­mi…

Mu­siał się po­zbyć uczu­cia dła­wie­nia w gar­dle. Mu­siał ru­szyć przed sie­bie, po­dejść do punk­tu kon­tro­l­ne­go na pe­ro­nie.

– Ej, ty! Wa­liz­ka!

Sta­nął w ko­lej­ce. Ko­muś otwo­rzy­li dwie wa­liz­ki i je­den to­bo­łek. Spraw­dza­li do­kład­nie, bar­dzo do­kład­nie. Księ­dza już nie było w po­bli­żu. Czy ist­nie­li do­brzy księ­ża? Kie­dyś tak. Te­raz nie wie­dział. Za­wsze i wszę­dzie byli do­brzy i źli lu­dzie. Nor­mal­ka.

Cze­kał.

Było ich trzech. Je­den w mun­du­rze, dwaj po­zo­sta­li po cy­wil­ne­mu. Ten, któ­ry wy­da­wał roz­ka­zy, miał gę­ste, pro­ste wąsy, czar­ne kre­chy jak szra­my na środ­ku ka­mien­nej twa­rzy i lo­do­wa­ty wzrok. Ten, któ­ry re­wi­do­wał ba­ga­że w po­szu­ki­wa­niu nie­le­gal­nej żyw­no­ści, był w mun­du­rze. Nowa Hisz­pa­nia peł­na była no­wych mun­du­rów, to kar­li­stów, to fa­lan­gi­stów, czar­nych ko­szul, błę­kit­nych ko­szul.

– Ty!

– Słu­cham?

– Otwie­raj wa­liz­kę! Chy­ba nie mu­szę po­wta­rzać?! Po­sta­wił ją na sto­li­ku tym­cza­so­we­go punk­tu kon­tro­l­ne­go.

Pro­sto­kąt­na sta­ra wa­liz­ka z dyk­ty. Cie­ka­we, przez ile rąk prze­szła, za­nim tra­fi­ła do nie­go. Otwo­rzył ją i wy­sta­wił nędz­ną za­war­tość dra­pież­nym oczom żoł­nie­rza.

Czło­wiek z wą­sa­mi na­tych­miast zo­rien­to­wał się w sy­tu­acji. Spoj­rzał na nie­go twar­dym wzro­kiem.

– Do­ku­men­ty!

Mi­qu­el Ma­sca­rell wło­żył rękę do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki. Po­dał mu pa­pie­ry. Męż­czy­zna roz­ło­żył je i bar­dzo do­kład­nie prze­czy­tał.

– Uła­ska­wio­ny?

– Tak.

– Tak, pro­szę pana.

– Tak, pro­szę pana.

– Za bar­dzo się z ta­ki­mi jak ten cac­ka­my! – za­wo­łał po­li­cjant, wy­ma­chu­jąc za­świad­cze­niem o od­by­ciu kary.

– Jak nie znaj­dzie pra­cy, to go za parę dni zła­pie­my za zła­ma­nie Usta­wy o włó­czę­go­stwie, a w jego wie­ku… – Uśmiech­nął się dru­gi po­li­cjant w cy­wil­nym ubra­niu.

Wą­sa­ty od­dał do­ku­men­ty.

– Gów­nia­ni ko­mu­ni­ści… I co? Jak na tym wy­szli­ście, ech? Mi­qu­el Ma­sca­rell scho­wał do­ku­ment do kie­sze­ni. Sam za­mknął wa­liz­kę.

– Niech żyje Hisz­pa­nia!

Spoj­rzał na po­li­cjan­ta obo­jęt­nym wzro­kiem.

– Głu­chy je­steś, czy co! – wrza­snął, zbli­ża­jąc twarz do twa­rzy Ma­sca­rel­la.

– Tak, sła­bo sły­szę od cza­su eks­plo­zji w ska­łach w Do­li­nie – skła­mał z ka­mien­ną twa­rzą. – No i wiek, oczy­wi­ście.

– W do­li­nie? Ja­kiej do­li­nie?

– Po­le­głych.

– Pra­co­wa­łeś przy tym mo­nu­men­tal­nym dzie­le?

– Tak.

– Przy­najm­niej masz po­wód do dumy.

Nie od­po­wie­dział. Wa­liz­kę już trzy­mał w ręce.

– Mi­qu­elu Ma­sca­rel­lu Folch, le­piej się pil­nuj i uwa­żaj na to, co ro­bisz! – Znie­kształ­cił dru­gie na­zwi­sko, nie wy­ma­wia­jąc spół­gło­sek na koń­cu.

– Spró­bu­ję.

Krok do przo­du.

Ale jesz­cze się nie uwol­nił.

– Niech żyje Hisz­pa­nia!

– Niech żyje.

– Tro­chę wię­cej en­tu­zja­zmu, do cho­le­ry!

– Niech żyje Hisz­pa­nia.

– Ra­mię!

Prze­łknął śli­nę.

Pod­niósł pra­we ra­mię, pal­ce wy­pro­sto­wa­ne, dłoń ob­ró­co­na w dół.

Nie było war­to prze­trwać wszyst­kich tam lat, żeby pierw­sze­go dnia po po­wro­cie do Bar­ce­lo­ny upaść tak ni­sko.

Kie­dy szedł pe­ro­nem w kie­run­ku wyj­ścia, to­wa­rzy­szył mu śmiech tych, któ­rych zo­sta­wiał za sobą.

2

My­ślał, że ze­tknął się z rze­czy­wi­sto­ścią, kie­dy wy­siadł z po­cią­gu i po­sta­wił nogę na pe­ro­nie. Tak jed­nak nie było. Zro­zu­miał to na­tych­miast, jak tyl­ko wy­szedł z bu­dyn­ku dwor­ca na uli­cę. Do­pie­ro te­raz na­stą­pił ten mo­ment – pierw­sze kro­ki w mie­ście, jego mie­ście, w jego sta­rej i za­ra­zem no­wej Bar­ce­lo­nie, zbez­czesz­czo­nej, po­hań­bio­nej i znie­wo­lo­nej, ale nie­po­ko­na­nej.

Po­mi­mo wszyst­ko ży­cie to­czy­ło się tu da­lej.

Któ­re­goś dnia woj­na, cza­sy po­wo­jen­ne i wszyst­ko, co z nimi zwią­za­ne, na­le­żeć będą do prze­szło­ści.

Ka­ta­lo­nia trium­fu­ją­ca bę­dzie zno­wu bo­ga­ta i za­sob­na…1.

Jak lu­na­tyk do­szedł do pla­cu del Pa­la­cio i za­trzy­mał się przy ma­łej fon­tan­nie. Do­oko­ła wi­dział ro­we­ry i tram­wa­je, kil­ka sa­mo­cho­dów i dużo wię­cej wo­zów kon­nych, jed­nak naj­bar­dziej jego wzrok przy­ku­li pie­si: ro­bot­ni­cy, ma­ry­na­rze, ry­ba­cy, wszy­scy zwią­za­ni z mo­rzem, obec­ni tu z ra­cji nie­wiel­kiej od­le­gło­ści od por­tu i Bar­ce­lo­ne­ty. Na nie­któ­rych do­mach wid­nia­ły jesz­cze śla­dy woj­ny, śla­dy po ku­lach, sztu­ka­te­rie wy­rwa­ne wy­bu­chem bom­by. W stycz­niu 1939 roku pa­no­wa­ło ta­kie zim­no, że wszyst­kie okna były po­za­my­ka­ne, przy­najm­niej te, któ­re jesz­cze mia­ły szy­by. Tam­ten ob­raz moc­no utkwił w jego pa­mię­ci. Te­raz, w peł­ni go­rą­ce­go lata, były otwar­te na oścież, w kil­ku wi­sia­ło pra­nie, gdzie­nieg­dzie wi­dać było ko­bie­tę lub męż­czy­znę pod­pie­ra­ją­cych się łok­cia­mi o pa­ra­pet lub ba­rier­kę bal­ko­nu.

Naj­gor­sze wra­że­nie wy­wo­ły­wa­ła uli­ca, na po­zio­mie chod­ni­ka, na wy­so­ko­ści gło­wy i oczu.

Do­wo­dy zwy­cię­stwa fran­ki­stów ata­ko­wa­ły go ze wszyst­kich stron. Por­tre­ty Fran­co na­ma­lo­wa­ne czar­ną far­bą na fa­sa­dach do­mów, em­ble­mat fa­lan­gi­stów – jarz­mo i strza­ły – na każ­dym wol­nym miej­scu, nie­ustan­nie po­ja­wia­ją­ce się sło­wo „Hisz­pa­nia”, jak ban­de­ra zwy­cięz­cy, a na pew­no nie sztan­dar na­ro­do­wy, wresz­cie herb z or­łem świę­te­go Jana, dwo­ma Słu­pa­mi He­ra­kle­sa i czer­wie­nią­cą się de­wi­zą „Zjed­no­czo­na, Wol­na, Wiel­ka”.

I wszyst­ko to upstrzo­ne ko­lo­ra­mi: czer­wo­ne be­re­ty, błę­kit­ne ko­szu­le, czar­ne trój­gra­nia­ste ka­pe­lu­sze.

Mu­siał się oprzeć o ław­kę, bra­kło mu sił.

Tędy spa­ce­ro­wał z Qu­ime­tą. Tędy cho­dzi­li na pla­żę w pierw­szych la­tach mał­żeń­stwa, za­nim zo­stał in­spek­to­rem po­li­cji i nowe obo­wiąz­ki nie po­zwo­li­ły mu po­świę­cać wie­le cza­su ży­ciu ro­dzin­ne­mu. Tymi uli­ca­mi pro­wa­dzi­li za rącz­kę ma­łe­go Ro­ge­ra.

Tymi uli­ca­mi…

Nie pa­mię­tał, jak dłu­go tam stał za­my­ślo­ny ani kie­dy zno­wu ru­szył w dro­gę. Na­gle zna­lazł się na Pa­seo de Co­lón. Na przy­le­ga­ją­cym doń pla­cy­ku no­szą­cym imię An­to­nia Ló­pe­za wzno­sił się wiel­ki bu­dy­nek Pocz­ty Głów­nej, a obok cią­gnę­ła się w górę Vía Lay­eta­na. Te­raz wszyst­kie uli­ce no­si­ły hisz­pań­skie na­zwy.

Coś ka­za­ło mu iść da­lej.

Zdał so­bie spra­wę, co to było, kie­dy kil­ka mi­nut póź­niej do­szedł do Ram­bli.

Ko­lumb stał w tym sa­mym miej­scu, wska­zu­jąc pal­cem nie­ist­nie­ją­cy świat za mo­rza­mi. Wie­le było dróg, lecz tyl­ko ta do­kądś pro­wa­dzi­ła. Po­my­ślał o bra­cie – może jest te­raz w kra­ju ką­pa­nym wo­da­mi tych mórz, w Mek­sy­ku, Ar­gen­ty­nie, na Ku­bie… A może zgi­nął w cza­sie tam­tej uciecz­ki w stycz­niu 1939 roku albo w ja­kimś obo­zie dla uchodź­ców, któ­re – jak mó­wio­no – Fran­cu­zi za­ło­ży­li po dru­giej stro­nie Pi­re­ne­jów po to tyl­ko, by za­mknąć i upo­ko­rzyć re­pu­bli­ka­nów. Trak­to­wa­li ich go­rzej niż psy, za­nim część z nich umar­ła, inni ska­za­li się na los wy­gnań­ca, a jesz­cze inni zde­cy­do­wa­li wziąć udział w II woj­nie świa­to­wej.

W dru­giej.

Trze­ba je już było nu­me­ro­wać.

A wiek XX jesz­cze na­wet w po­ło­wie nie mi­nął.

Mi­qu­el za­trzy­mał się, usły­szaw­szy dzwo­nek tram­wa­ju. Wa­gon mi­nął go z ostrym zgrzy­tem kół na to­rach. Lu­dzie zwi­sa­li ze stop­ni, ucze­pie­ni war­stwa­mi jed­ni dru­gich i cze­go się dało. Żywa kiść wi­no­gron. Nie­po­do­bień­stwem było wejść, wyjść zaś ty­ta­nicz­nym wy­sił­kiem. Wóz za­ła­do­wa­ny wę­glem, za­przę­żo­ny w osła ru­szył do przo­du, woź­ni­ca po­pę­dzał zwie­rzę krót­ki­mi cmok­nię­cia­mi. Bacz­nie spo­glą­dał, czy przy­pad­kiem na­wet mały ka­wa­łek wę­gla nie spadł na zie­mię, po któ­ry na­tych­miast ktoś by się schy­lił.

Zdzi­wił go tłum przy Pu­er­ta de la Paz, u wy­lo­tu Ram­bli.

I wte­dy zo­ba­czył mo­rze.

Nie mógł go wi­dzieć, gdy szedł z Moll de la Fu­sta2 wzdłuż Pa­seo de Co­lón. Za­sła­nia­ły je ma­ga­zy­ny i za­bu­do­wa­nia por­to­we, mur od­dzie­la­ją­cy mia­sto od cie­płych fal. A te­raz oto Mo­rze Śród­ziem­ne uka­za­ło przed nim swo­je sza­re i brud­ne, jak w każ­dym por­cie świa­ta, wody.

Ko­lej­ne wzru­sze­nie.

Bo prze­cież tyle, tyle razy tę­sk­nił za nim po­środ­ku ka­mien­nej pu­sty­ni, na któ­rą zo­stał ze­sła­ny…

Do­szedł do na­brze­ża Ata­ra­za­nas, skąd ło­dzie mo­to­ro­we za­bie­ra­ły ro­dzi­ców z dzieć­mi na prze­jażdż­ki do koń­ca fa­lo­chro­nu i z po­wro­tem. Usiadł na kra­wę­dzi, żeby od­po­cząć, ale i po to, żeby chło­nąć ten wi­dok, któ­ry przy­wra­cał mu dzie­ciń­stwo, prze­szłość, cza­sy, któ­re w jego pa­mię­ci bu­dzi­ły je­dy­nie zdzi­wie­nie.

– Nig­dy nam tego nie od­bie­rze­cie – wy­szep­tał jak mo­dli­twę.

Nie chciał bu­dzić w ser­cu tę­sk­no­ty, jed­nak ją zbu­dził. Nie chciał, aby go ogar­nę­ło zwąt­pie­nie, tak się jed­nak sta­ło. Nie chciał, aby za­wład­nę­ła nim de­pre­sja, mimo to był bli­ski za­ła­ma­nia. A prze­cież wró­cił do ży­cia. Do in­ne­go ży­cia, ale wró­cił. Koń­ce ner­wów wy­kry­wa­ły reszt­ki utra­co­nej ener­gii. Za­sty­głej na osiem i pół roku, by albo prze­paść na za­wsze, albo od­ro­dzić się za­strzy­kiem ad­re­na­li­ny, ja­kim stał się ten wi­dok. Jak cza­sem, kie­dy przy złej po­zy­cji drę­twie­je ręka albo noga, ale już po kil­ku se­kun­dach krew pły­ną­ca w ży­łach po­bu­dza ją do ży­cia. Tak i te­raz czuł przy­jem­ne ła­sko­ta­nie, gdy mię­śnie bu­dzi­ły się z odrę­twie­nia.

Qu­ime­ta lu­bi­ła po­wta­rzać mu, że wszyst­ko, co się zda­rza, ma zna­cze­nie, cza­sem nie­zbyt ja­sne, cza­sem wąt­pli­we, ale ja­kieś zna­cze­nie ma. Wie­rzy­ła w prze­zna­cze­nie.

Qu­ime­ta była opty­mist­ką, on zaś za­twar­dzia­łym prag­ma­ty­kiem.

Bo taką miał pra­cę, bo taki miał cha­rak­ter.

Cha­rak­ter do­świad­czo­ne­go po­li­cjan­ta.

Po­sie­dział jesz­cze chwi­lę, na­stęp­nie wstał, prze­szedł przez plac Pu­er­ta de la Paz i ru­szył w górę Ram­blą. Ruch, gwar oży­wio­nych roz­mów był za­raź­li­wy. Nie­mal dał się zwieść. Fa­sa­dy do­mów, sale ki­no­we, plac del Te­atro, plac Real… Pięk­ne ko­bie­ty, męż­czyź­ni wy­glą­da­ją­cy na za­do­wo­lo­nych, ba­wią­ce się dzie­ci. Ale nie wszyst­kie ko­bie­ty się uśmie­cha­ły i nie wszy­scy męż­czyź­ni cho­dzi­li z wy­so­ko pod­nie­sio­ny­mi gło­wa­mi, ani nie wszyst­kie dzie­ci try­ska­ły we­so­ło­ścią. W at­mos­fe­rze było coś tłu­mio­ne­go, wy­czu­wal­ne­go in­stynk­tem, co tyl­ko Mi­qu­el i tacy jak on umie­li do­strzec. Ży­cio­we wygi. Tacy, któ­rzy do­cie­ra­li do du­szy, pa­trząc lu­dziom w oczy. Tacy, któ­rzy chwy­ta­li ton gło­su, alu­zje, nie­do­po­wie­dze­nia. Tacy, któ­rzy wi­dzie­li nę­dzę i głód.

Nę­dza i głód.

Na wy­so­ko­ści uli­cy Ho­spi­tal po­czuł się zmę­czo­ny, nie tyle fi­zycz­nie – po­dró­żą i dłu­gim spa­ce­rem, ile psy­chicz­nie – na­pię­ciem wy­wo­ła­nym my­śla­mi. Po tylu la­tach men­tal­nej pust­ki nie miał już sił zde­rzać się z rze­czy­wi­sto­ścią. Z wa­li­zecz­ką cią­żą­cą mu, jak­by była wy­peł­nio­na ka­mie­nia­mi, skrę­cił w uli­cę, przy­pa­tru­jąc się do­mom po obu stro­nach.

Nie do­szedł da­le­ko.

Pen­sjo­nat o na­zwie Rosa nie wy­glą­dał na lep­szy ani gor­szy od in­nych, ja­kie zna­leźć moż­na było w tej oko­li­cy. Ra­czej skrom­ny, je­śli już z czym­kol­wiek go po­rów­ny­wać. Ale spodo­ba­ła mu się na­zwa. To za­de­cy­do­wa­ło – na­zwa. I in­stynkt po­li­cjan­ta. Ro­zej­rzał się jesz­cze wzdłuż uli­cy, są­dząc, że może inny pen­sjo­nat czy ho­tel wpad­nie mu w oko, i zde­cy­do­wał tu za­koń­czyć po­szu­ki­wa­nia. Po­ko­nał trzy stop­nie i sta­nął w re­cep­cji przed kon­tu­arem przy­kry­tym zie­lo­nym suk­nem jak sto­ły w sa­lo­nach gry. Nie mu­siał dzwo­nić. Zza za­sło­ny z mlecz­no­bia­łych ko­ra­li­ków wy­su­nę­ła się ko­bie­ta w śred­nim wie­ku, śred­nie­go wzro­stu i rów­nie śred­nio uro­dzi­wa. Mia­ła duże oczy i rzad­kie, cien­kie wło­sy. W pół­cie­niu wy­glą­da­ła jak cza­row­ni­ca, póki ru­mia­na twarz nie roz­ja­śni­ła się po­wi­tal­nym uśmie­chem.

Mi­qu­el Ma­sca­rell po­sta­wił wa­liz­kę na pod­ło­dze.

– Czy są wol­ne po­ko­je?

– Tak.

– Chcę wy­na­jąć.

– Ma pan do­ku­men­ty?

– Mam.

– Pro­szę po­ka­zać.

Wy­jął je z kie­sze­ni, po raz dru­gi tego dnia. Ko­bie­ta roz­ło­ży­ła do­ku­men­ty i czy­ta­ła je, nie zmie­nia­jąc na­wet na chwi­lę wy­ra­zu twa­rzy.

Być może nie­raz już ta­kie wi­dzia­ła.

Nie spie­szy­ła się.

– Chce pan po­kój od uli­cy? – spy­ta­ła, od­kła­da­jąc do­ku­ment na bok.

– Tak, je­śli moż­na.

– Cza­sem do­cho­dzą ha­ła­sy z uli­cy. Dla­te­go py­tam.

– Lu­bię ha­łas.

W Do­li­nie noce były bar­dzo ci­che.

Dni nie, ale noce tak.

– Obej­rzy pan naj­pierw po­kój?

– Nie trze­ba. Wiem, że bę­dzie w nim łóż­ko i sza­fa, że bę­dzie czy­sto i wy­god­nie.

– To na pew­no… – od­par­ła z dumą i spoj­rza­ła na do­ku­ment. – Pa­nie Ma­sca­rell. Bar­dziej czy­ste­go pen­sjo­na­tu nie znaj­dzie pan na ca­łej Ram­bli. Może mi pan wie­rzyć.

– To do­brze. Dzię­ku­ję.

– Mu­szę za­pi­sać pana dane – po­wie­dzia­ła.

– Na­tu­ral­nie. Wiem o tym.

– I mu­szę za­wia­do­mić o pana przy­jeź­dzie.

– O tym też wiem. Ta­kie jest za­rzą­dze­nie.

Ho­te­le i pen­sjo­na­ty mia­ły obo­wią­zek in­for­mo­wać po­li­cję o oso­bach wy­naj­mu­ją­cych w nich po­ko­je.

Peł­na kon­tro­la.

Ko­bie­ta spoj­rza­ła na nie­go uważ­nie.

– Nie spra­wi pan pro­ble­mów?

– Słu­cham?

– Le­piej, żeby się tu żad­ne bre­we­rie nie od­by­wa­ły.

– Wy­glą­dam na ta­kie­go, któ­ry urzą­dza bre­we­rie? W moim wie­ku?

– Tyl­ko mó­wię.

– Niech się pani nie oba­wia.

– Ile dni pan zo­sta­nie?

Za­sta­no­wił się, sły­sząc te sło­wa. „Ile” od­no­si­ło się do okre­ślo­nej lub nie­okre­ślo­nej licz­by nocy, któ­re za­mie­rzał tam spę­dzić. „Dni” to licz­ba mno­ga peł­na nie­wia­do­mych. „Zo­stać” su­ge­ro­wa­ło za­pusz­cze­nie choć­by i płyt­kich ko­rze­ni.

Na żad­ne nie miał od­po­wie­dzi.

– Nie wiem – przy­znał.

– Ty­dzień, mie­siąc…?

– Nie wiem, pro­szę pani. Na­praw­dę. Do­pie­ro… przy­je­cha­łem i nie wiem…

Omal nie po­wie­dział „do­pie­ro wy­sze­dłem”.

– Na­zy­wam się Rosa. – I na­gle wy­cią­gnę­ła dłoń.

Mi­qu­el Ma­sca­rell po­dał swo­ją.

– Czy nie prze­szka­dza panu, że za­pi­szę dane póź­niej i od­nio­sę panu do­ku­men­ty? Nie chcę pana za­trzy­my­wać. Bar­dzo po­wo­li pi­szę.

– W po­rząd­ku. Ale niech się pani z nimi ostroż­nie ob­cho­dzi.

– Na­tu­ral­nie. Jak­że­by in­a­czej.

Wy­ję­ła klucz spod kon­tu­aru i wy­szła zza nie­go, by za­pro­wa­dzić go do po­ko­ju. Idąc, ko­ły­sa­ła cia­łem na pra­wo i lewo jak żywy ka­mer­ton. Ma­sca­rell pod­niósł wa­liz­kę i po­szedł za nią. Po scho­dach wą­skich jak i drzwi wej­ścio­we we­szli na pierw­sze pię­tro. Na drzwiach po­ko­ju przy­bi­ty był nu­mer.

Dzie­więć.

Pani Rosa je otwo­rzy­ła.

Jak wę­dro­wiec na dru­gim koń­cu świa­ta Mi­qu­el Ma­sca­rell prze­kro­czył próg po­ko­ju, któ­ry miał stać się jego no­wym do­mem. W mie­ście, któ­re lata temu było świad­kiem jego na­ro­dzin.

DZIEŃ DRUGIPoniedziałek, 21 lipca 1947 roku

3

Na szczę­ście znaj­do­wa­ła się na dru­gim po­zio­mie. Była na wy­so­ko­ści jego oczu, więc mógł jej do­tknąć, po­czuć. Je­śli bli­scy byli po­cho­wa­ni na wyż­szych po­zio­mach, trze­ba było wcho­dzić po dra­bi­nach z sze­ro­ki­mi stop­nia­mi u góry. Za drob­ną opła­tą przy­sta­wia­li je pra­cow­ni­cy cmen­ta­rza. Wie­le osób z oba­wy przed upad­kiem albo utra­tą rów­no­wa­gi wo­la­ło tego nie ro­bić i pro­si­ło ko­goś z ob­słu­gi, aby po­ło­żył tam kwia­ty. Ale nie on. Kie­dy po­cho­wał Qu­ime­tę, dzie­więć dni po wej­ściu wojsk Fran­co do Bar­ce­lo­ny i tuż przed aresz­to­wa­niem, nie wy­obra­żał so­bie, że kie­dy­kol­wiek tu wró­ci. Wte­dy się z nią po­że­gnał. Po­wie­dział jej, że nie wie, jaki bę­dzie jego los, że naj­praw­do­po­dob­niej skoń­czy we wspól­nym gro­bie, strza­łem w gło­wę.

Ro­ger gdzieś nad Ebro, Qu­ime­ta w swo­jej ni­szy i on…

Mi­qu­el Ma­sca­rell po­ło­żył rękę na zim­nym ka­mie­niu.

– Dzień do­bry.

Głos żony do­bie­ga­ją­cy z głę­bi du­szy.

– Jak się czu­jesz?

– Do­brze. Bar­dziej sta­ro.

– Uro­dzi­łeś się sta­ry.

– Nie za­czy­naj.

– To kom­ple­ment.

– Ta two­ja iro­nia…

Czę­sto z nią roz­ma­wiał. Naj­pierw w wię­zie­niu, żeby na­brać od­wa­gi; póź­niej, już z wy­ro­kiem śmier­ci ocze­ki­wał chwi­li spo­tka­nia z nią na tam­tym świe­cie, za­kła­da­jąc, że taki ist­nie­je. A jesz­cze póź­niej, w ci­che noce w Do­li­nie Po­le­głych, nie ma­jąc nic in­ne­go do ro­bo­ty i nie wie­dząc, czy na­dej­dzie ra­nek, opo­wia­dał jej o dniach, któ­re mi­ja­ły.

Zno­sił prze­ciw­no­ści, nie wie­dząc po co.

Od­wró­cił gło­wę i spo­glą­dał na mo­rze, na port.

Dzień był pięk­ny, nie­bo bez­chmur­ne, ośle­pia­ją­ce słoń­ce.

– Ład­ny masz stąd wi­dok.

– I co mi z tego.

– Za­wsze lu­bi­łaś mo­rze.

– Lu­bi­łam się w nim ką­pać, a nie mieć je przed ocza­mi u stóp cmen­ta­rza.

– Nie na­rze­kaj.

– Nie na­rze­kam.

– Gdy­byś wi­dzia­ła, co zo­sta­ło z Bar­ce­lo­ny…

– Na­wet uko­cha­nej zda­rza­ją się złe dni.

– Trud­no uwie­rzyć, że kie­dyś bę­dzie in­a­czej.

– Mi­qu­el.

– Co?

– Cie­szę się, że tu je­steś.

Skrył gło­wę w ra­mio­nach.

– Każ­dy żyje tak dłu­go, jak dłu­go po­zo­sta­je po nim pa­mięć, wspo­mnie­nie – szep­nął głos Qu­ime­ty.

Stał przez chwi­lę w mil­cze­niu. Nie był pierw­szą ani je­dy­ną oso­bą, któ­ra mó­wi­ła coś przed gro­bem. Kie­dy wcze­śniej z tru­dem wspi­nał się stro­my­mi alej­ka­mi cmen­ta­rza na Mon­tju­ic, na­po­tkał przy­najm­niej kil­ku ta­kich roz­mów­ców ze świa­tem zmar­łych. Nie­któ­rzy pła­ka­li, inni przy­tu­la­li się do pły­ty na­grob­nej, szu­ka­li kon­tak­tu ze swy­mi bli­ski­mi, któ­rych ko­ści spo­czy­wa­ły po dru­giej stro­nie.

Pa­no­wa­ła ni­czym nie­zmą­co­na ci­sza.

W cza­sie woj­ny la­ta­ły tędy sa­mo­lo­ty, naj­pierw w kie­run­ku celu, z bom­ba­mi na po­kła­dzie, po­tem wra­ca­ją­ce po ko­lej­ny ła­du­nek. Jesz­cze te­raz roz­brzmie­wał mu w uszach war­kot sil­ni­ków i świst spa­da­ją­cych bomb, za­nim wy­bu­chły i po­żar­ły cały bu­dy­nek ra­zem z ja­kimś in­nym nie­for­tun­nie sto­ją­cym w po­bli­żu.

– Po co pa­mię­tać? – wy­szep­tał.

– Żeby móc żyć.

– To boli.

– Ode­bra­li nam kraj, ale nie god­ność. Na­dej­dą lep­sze dni.

– Ja ich nie zo­ba­czę.

– Nie mów tak.

– Je­stem zmę­czo­ny.

– Prze­cież to ty za­wsze mó­wi­łeś, że trze­ba wy­trwać.

– Nie, to były two­je sło­wa.

– Le­piej nie przy­chodź w ta­kim na­stro­ju.

– Coś ta­kie­go.

– Opo­wiedz o przy­jem­niej­szych spra­wach.

Nie wie­dział, co ma po­wie­dzieć. Pa­trzył na pły­tę, tak skrom­ną, że na­wet nie mia­ła wy­ry­te­go na niej na­zwi­ska. Wte­dy nie było na nic cza­su, tym bar­dziej na ta­kie szcze­gó­ły. Kwa­drat z ce­men­tu czy ja­kiejś mie­szan­ki, któ­rą za­my­ka­no ni­sze. Pa­mię­tał nu­mer i na­zwi­sko ro­dzi­ny le­żą­cej obok. Bo było ta­kie pom­pa­tycz­ne: Al­si­na Ca­da­falch i Gra­ells Puig de Mon­tor­nes. Wy­star­czy­ło, żeby ją od­na­leźć.

Czuł strasz­ną pust­kę.

Dzień spo­tkań.

Naj­pierw cmen­tarz. Po­tem…

– Mi­qu­elu, co bę­dziesz ro­bić? – wró­cił głos Qu­ime­ty.

– Nie wiem.

– Coś znaj­dziesz.

– Trzy dni temu tam by­łem, pra­co­wa­łem dla nich przy tym od­ra­ża­ją­cym po­mni­ku prze­ba­cze­nia so­bie swo­ich win i utrwa­le­nia sie­bie w ka­mie­niu, jak au­to­mat. Kie­dy mi karę śmier­ci za­mie­ni­li na wię­zie­nie, za­da­łem so­bie py­ta­nie: po co? Te­raz też za­da­ję so­bie to py­ta­nie. Po co? Nie mogę się przy­zwy­cza­ić do tej my­śli. Je­stem tu­taj, ale nie wiem po co. To jest jak sen­ny kosz­mar.

– Nig­dy nie umia­łeś sie­dzieć bez­czyn­nie.

– To było w lep­szych cza­sach.

– By­łeś po­li­cjan­tem i za­wsze nim bę­dziesz.

– Już nie.

– Kogo chcesz oszu­kać?

– O co ci cho­dzi? Mam ich pro­sić, żeby mi dali szan­sę? W moim wie­ku? A oni? Na­wet mi nie po­wie­dzą dzień do­bry. Z pięt­nem czer­wo­ne­go będą mnie omi­jać z da­le­ka, a poza tym lu­dzie w moim wie­ku idą na eme­ry­tu­rę. A ja tyl­ko chcia­łem wró­cić do Bar­ce­lo­ny.

– Po­szu­kasz ja­kiejś pra­cy?

– Może.

– Ja­kiej?

– Qu­ime­to, nie wiem. – Zi­ry­to­wał się.

– Je­śli nic nie znaj­dziesz, za­trzy­ma­ją cię za zła­ma­nie Usta­wy o włó­czę­go­stwie i zno­wu wsa­dzą do wię­zie­nia.

– Ten na sta­cji tak po­wie­dział. Aż trud­no uwie­rzyć, że to pra­wo wpro­wa­dził Ji­ménez de Asi­la, re­pu­bli­ka­nin. Taki sam, jak ci prze­klę­ci fa­szy­ści.

– Uwa­żaj, co mó­wisz.

– Nikt nas nie sły­szy.

– W ta­kim na­stro­ju chy­ba dłu­go nie wy­trzy­masz.

– Też tak my­ślę.

– Któ­re­goś dnia za­żą­da­ją, że­byś za­sa­lu­to­wał, dumę scho­wał do kie­sze­ni, od­mó­wisz i wte­dy…

– Kur­wa.

– W po­rząd­ku. – Uśmiech Qu­ime­ty.

Przy­po­mniał so­bie sta­cję, ten okrzyk „Niech żyje Hisz­pa­nia!” i wła­sną rękę pod­nie­sio­ną w fa­szy­stow­skim po­zdro­wie­niu. I po­my­ślał, ile razy bę­dzie mu­siał po­wtó­rzyć ten gest z uczu­ciem mdło­ści, wstrę­tu, wście­kło­ści. Zro­bił­by to ze stra­chu czy na wszel­ki wy­pa­dek? In­stynkt prze­ży­cia czy bez­wa­run­ko­wa ka­pi­tu­la­cja? „Niech żyje Hisz­pa­nia” jesz­cze może prze­łknąć. Ale po­wi­ta­nie… Hi­tler ze swo­im na­zi­zmem nie żył, usu­nię­ty z nie­miec­kich kart hi­sto­rii. Więc dla­cze­go świat po­zwo­lił, aby Hisz­pa­nia po­zo­sta­ła ba­stio­nem fa­szy­zmu? Dla­cze­go dużo bar­dziej oba­wia­no się ko­mu­ni­zmu?

– To słoń­ce… – Był wy­koń­czo­ny.

– Po­szu­kaj cie­nia.

– Będę czę­sto przy­cho­dził.

– Ja się stąd na pew­no nie ru­szę.

Za­wsze ten spe­cy­ficz­ny hu­mor, cza­sem wi­siel­czy.

– Je­steś nie­moż­li­wa, Qu­ime­to.

– Chy­ba ci kij w ty­łek we­tknę­li, ru­szać ci się nie chce.

– Bo we­tknę­li.

– To się go po­zbądź i wróć.

– Ko­cham cię.

– Ja też, wiesz o tym, ale ja je­stem tu w środ­ku, a ty tam, więc po­wi­nie­neś to wy­ko­rzy­stać.

Nie za­mie­rzał za­py­tać jak.

Jesz­cze by mu po­wie­dzia­ła.

Po­ło­żył dłoń na pły­cie, lek­ko ją przy­ci­snął, a po­tem czu­łym ge­stem prze­su­nął po zim­nym ka­mie­niu. Zim­nym mimo sil­ne­go słoń­ca. Ostat­ni do­tyk. Prze­słał ci­chy po­ca­łu­nek i od­da­lił się od ka­ta­kumb, od la­bi­ryn­tu śmier­ci z dzie­siąt­ka­mi nie­ru­cho­mych oczu na zdo­bio­nych pły­tach, nie­któ­rych z su­chy­mi kwia­ta­mi, in­nych z fo­to­gra­fia­mi…

On na­wet tego nie miał: żad­nej fo­to­gra­fii.

Z opusz­czo­ny­mi ra­mio­na­mi ru­szył w dro­gę do mia­sta.

4

Bu­dy­nek, cała uli­ca Cór­ce­ga, mię­dzy uli­ca­mi Bal­mes i En­ri­que Gra­na­dos wy­glą­da­ły tak samo.

Na­wet woj­na ni­cze­go tu nie zmie­ni­ła.

Mi­qu­el sta­nął na prze­ciw­le­głym chod­ni­ku, po pół­noc­nej stro­nie, i pod­niósł gło­wę. Po­szu­kał swo­je­go pię­tra, swo­ich bal­ko­nów, jak­by wie­rzył, że Qu­ime­ta sta­nie na jed­nym i po­ma­cha mu ręką. Po­przez ga­łę­zie drzew roz­po­zna­wał ich kształt, wi­dział na pół uchy­lo­ne drzwi, z no­wy­mi drew­nia­ny­mi li­stwa­mi ża­lu­zji. Sta­re spa­li­li z Qu­ime­tą, żeby się ogrzać.

Nie po­my­ślał o tym z go­ry­czą, ra­czej ze smut­kiem.

Od cza­su ślu­bu miesz­kał tam przez całe ży­cie.

Całe ży­cie. Do 1939 roku.

Mi­ja­ła go tak­sów­ka z czer­wo­nym świa­tłem ozna­cza­ją­cym, że jest wol­na. Z pew­no­ścią je­dy­ny czer­wo­ny ko­lor, na jaki było w tym mie­ście przy­zwo­le­nie. W cza­sie woj­ny tak­sów­ki były tak­że czer­wo­ne. Te­raz żół­te i czar­ne. Kie­row­ca spoj­rzał na nie­go, bo wy­da­wa­ło się, że na nią cze­ka. Po chwi­li przy­spie­szył i uli­ca zno­wu opu­sto­sza­ła, uci­chła. Ma­sca­rell zo­ba­czył tyl­ko dwie czy trzy oso­by po­grą­żo­ne we wła­snych my­ślach.

Czy Bar­ce­lo­na za­wsze była ta­kim ci­chym mia­stem, czy może te­raz sta­ła się mia­stem smut­nym?

Spoj­rzał w pra­wo – skład z wę­glem, po­tem w lewo – fry­zjer. Za nim – sklep z na­bia­łem, ten sam, co kie­dyś, te­raz na nowo otwar­ty.

Na­gle prze­szedł przez jezd­nię i sta­nął na swo­im chod­ni­ku, przed do­mem z nu­me­rem 256.

Ob­szer­ny hol.

W głę­bi po pra­wej ma­leń­ka por­tier­nia z trze­ma pro­wa­dzą­cy­mi w dół schod­ka­mi.

I jak zja­wa wy­nu­rza­ją­ca się z cie­ni ona, pani Re­me­dios, por­tier­ka.

Jak onie­mia­li sta­nę­li na­prze­ciw sie­bie.

– Pan Ma­sca­rell!

– Dzień do­bry, Re­me­dios.

– Pan… żyje! – W zdu­mie­niu za­kry­ła dło­nią usta. Oczy jej nie­mal z or­bit wy­szły. – Dzię­ki Bogu!

Nie po­wie­dział, że sta­ło się to ra­czej z przy­czyn nie­zna­nych, może miał szczę­ście, może to było prze­zna­cze­nie. Nie­mniej ten utar­ty zwrot, to „dzię­ki Bogu”, też miał swo­je zna­cze­nie.

– Jak pani wi­dzi.

Re­me­dios była por­tier­ką od za­wsze. Tak jak kie­dyś jej mat­ka. Czas nie po­trak­to­wał jej do­brze. Wy­glą­da­ła na dużo wię­cej niż pięć­dzie­siąt lat, na pew­no na wię­cej, niż mia­ła. Siwe wło­sy upię­te w wę­zeł z tyłu gło­wy, czar­na suk­nia wiecz­nej wdo­wy, drob­ne cia­ło, spo­koj­ne rysy.

– Gdzie pan był?

– Tu i ów­dzie – skła­mał. – Ale w koń­cu za­wsze się wra­ca.

– Nie ma to jak w domu! – Za­gry­zła war­gę, zda­jąc so­bie spra­wę, co po­wie­dzia­ła.

Mi­qu­el Ma­sca­rell uniósł gło­wę, oczy.

– Miesz­ka ktoś…? – za­wa­hał się.

– O, tak, na­tu­ral­nie. – Twarz jej spo­waż­nia­ła, po­smut­nia­ła. – Do­brzy lu­dzie, może mi pan wie­rzyć, ale to nie to samo, co pani Qu­ime­ta i pan. Pana syn…?

– Zgi­nął nad Ebro, pa­mię­ta pani?

– Ro­ger.! – Zno­wu unio­sła dłoń do ust. – To wszyst­ko było ta­kie prze­ra­ża­ją­ce, praw­da?

Po co przy­zna­wać jej ra­cję.

Nie war­to.

– Mogę… wejść na górę?

– Tak, ale…

– Niech pani się nie mar­twi. To tyl­ko no­stal­gia.

– Na­zy­wa­ją się Ar­gu­mí. Pe­dro i Mont­ser­rat Ar­gu­mi. Ale nie wiem, czy są w domu, bo rano by­łam u le­ka­rza i do­pie­ro te­raz wró­ci­łam. Może pani jest.

– Dzię­ku­ję.

Prze­szedł przez hol. Kro­ki roz­brzmia­ły na po­sadz­ce z uko­śnie uło­żo­nych czar­nych i bia­łych płyt. Scho­dy sła­bo oświe­tlo­ne jak za­wsze. Stop­nie z bia­łe­go mar­mu­ru jesz­cze bar­dziej w środ­ku wy­tar­te. Za­pach też był ten sam. Nic się nie zmie­nił. Wcią­gnął go z me­lan­cho­lij­ną lu­bo­ścią. Wszedł na pierw­szy po­dest, dru­gi i z cięż­kim od­de­chem wcho­dził na trze­ci. Tu po raz ostat­ni wi­dział swo­je­go bra­ta Vi­cen­ta, w dniu, kie­dy przy­szedł go prze­ko­ny­wać, aby ra­zem po­szli na wy­gna­nie. Tu się po­kłó­ci­li i po­że­gna­li, pew­nie na za­wsze. Vi­cenc i Ama­lia być może żyli lep­szym ży­ciem gdzieś da­le­ko.

Jesz­cze jed­no pię­tro.

I za­trzy­mał się przed drzwia­mi.

Omal nie się­gnął do kie­sze­ni po klucz.

Na­brał po­wie­trza.

Naj­pierw cmen­tarz, te­raz jego miesz­ka­nie.

Chciał jak naj­szyb­ciej do­ko­nać roz­ra­chun­ku z prze­szło­ścią, wy­zwo­lić się.

Za­stu­kał ko­łat­ką.

Cze­kał na ja­ki­kol­wiek ruch za drzwia­mi. Wresz­cie usły­szał stłu­mio­ne kro­ki i brzęk od­su­wa­nej me­ta­lo­wej klap­ki wi­zje­ra. Wie­dział, że w pa­nu­ją­cym na po­de­ście mro­ku ni­ko­go nie moż­na było roz­po­znać. Cof­nął się więc, da­jąc ob­ser­wu­ją­cej go oso­bie szan­sę przyj­rze­nia się mu do­kład­niej. Po chwi­li zgrzyt­nę­ła za­su­wa.

Drzwi się otwar­ły.

– Słu­cham.

Sta­ła przed nim ko­bie­ta oko­ło czter­dzie­sto­let­nia, z su­ro­wą twa­rzą, or­lim no­sem, mi­ster­ną fry­zu­rą. Mia­ła na so­bie bia­łą bluz­kę z krót­ki­mi rę­ka­wa­mi, czar­ną spód­ni­cę i buty na pła­skim ob­ca­sie. Była wy­so­ka, sil­nie zbu­do­wa­na.

Na­gle Mi­qu­el od­krył, że bra­ku­je mu słów.

– Prze­pra­szam…

– Cze­go pan chce?

– Ja… – Po­ru­szył ręką. Wzru­sze­nie chwy­ci­ło go za gar­dło.

– Coś się sta­ło? – Ko­bie­ta zmarsz­czy­ła brwi.

– Miesz­ka­łem tu­taj – wy­krztu­sił.

– Słu­cham?

– Ja… miesz­ka­łem tu­taj. W tym miesz­ka­niu.

– Kie­dy?

– Do trzy­dzie­ste­go dzie­wią­te­go.

Za ple­ca­mi ko­bie­ty znaj­do­wał się dłu­gi przed­po­kój. Część miesz­ka­nia po pra­wej stro­nie – z kuch­nią i ga­le­ryj­ką – wy­cho­dzi­ła na we­wnętrz­ne pa­tio. Dru­ga część, po le­wej – na uli­cę. Ko­ry­tarz dzie­lił miesz­ka­nie na dwie rów­ne czę­ści. Z Qu­ime­tą mie­li tam nie­wiel­ki sto­lik, tuż pod oknem wy­cho­dzą­cym na szyb świetl­ny. Nowi lo­ka­to­rzy też; i też ze zdję­cia­mi w ram­kach. To samo miej­sce. Inne twa­rze. Męż­czy­zna miał na so­bie mun­dur fa­lan­gi­sty.

Mi­qu­el Ma­sca­rell się uspo­ko­ił.

– Czy po­zwo­li mi pani wejść?

– Nie, nie. – Ko­bie­ta in­stynk­tow­nie przy­mknę­ła drzwi. – Ro­zu­mie pan…

– Tyl­ko na chwi­lę.

– Przy­kro mi, ale nie. – Rysy jej stward­nia­ły. – Je­stem sama i nie wy­da­je mi się, żeby to było roz­sąd­ne. To zna­czy…

– Pro­szę.

– Niech pan odej­dzie.

– Moja żona tu zmar­ła, czwar­te­go lu­te­go, w trzy­dzie­stym dzie­wią­tym. Nie wy­trzy­ma­ła, ro­zu­mie pani? Ja tyl­ko chcę…

– Przy­kro mi.

– Pro­szę za­cze­kać…

– Do wi­dze­nia panu.

Drzwi za­my­ka­ły się już od „przy­kro mi”. Ci­che „panu” za­koń­czy­ło przy­kry dia­log.

Wy­da­ło mu się, że po­dest, cała klat­ka scho­do­wa wi­ru­ją wo­kół nie­go.

– Pro­szę odejść, bo za­dzwo­nię na po­li­cję – usły­szał zza drzwi.

Cof­nął się, bar­dziej pod cię­ża­rem nie­po­wo­dze­nia niż z oba­wy, że ko­bie­ta speł­ni swo­ją groź­bę. Scho­dził po scho­dach po­wo­li, krok po kro­ku, chciał nie czuć nic, mieć w gło­wie pust­kę, nie my­śleć.

W ja­kiś spo­sób do­tarł do holu.

W ja­kiś spo­sób zna­lazł się na uli­cy. Zo­ba­czył pa­nią Re­me­dios.

– Pa­nie Ma­sca­rell…

– Dzię­ku­ję pani. – Zmu­sił się do uśmie­chu.

– Niech Bóg ma pana w swo­jej opie­ce.

– Już nie ma ta­kiej po­trze­by, ale dzię­ku­ję.

Po­szedł w stro­nę En­ri­que Gra­na­dos, mi­nął skład z wę­glem, za­trzy­mał się na rogu. I zwy­mio­to­wał.

Wy­rzu­cił z sie­bie wszyst­ko: nędz­ne śnia­da­nie, lęk, wście­kłość, cały ból tłu­mio­ny przez osiem i pół roku.

Stra­co­ne ży­cie.

Nie chciał ni­czy­jej po­mo­cy. Od­zy­skał rów­no­wa­gę, po­czu­cie pew­no­ści i ru­szył bez celu, śla­dem miejsc utra­co­nych, pro­wa­dzo­ny pod­świa­do­mo­ścią. Pew­nie dla­te­go nie zwra­cał uwa­gi na uli­ce ani bu­dyn­ki. Mu­siał iść przed sie­bie, nie mógł się za­trzy­mać. Wo­kół nie­go to­czy­ło się ży­cie mia­sta. In­ne­go mia­sta, ob­ce­go mia­sta, już nie jego mia­sta. Ktoś przy­odział je w inny strój. Sa­mo­cho­dy, tram­wa­je, wozy, ro­we­ry, lu­dzie. Inna Bar­ce­lo­na, mgli­ście tyl­ko po­dob­na do jego Bar­ce­lo­ny. Słoń­ce pra­ży­ło nie­mi­ło­sier­nie, cie­pło prze­ni­ka­ło do ko­ści. Cie­pło, któ­re­go nie za­zna­li zimą 1939 roku.

Nie­mal pę­dził.

Pisk ha­mul­ców.

– Idio­ta! Patrz, gdzie idziesz!

Sa­mo­chód, fiat 500, zwa­ny To­po­li­no, z błysz­czą­cą ka­ro­se­rią, jak­by do­pie­ro z fa­bry­ki wy­je­chał. Wście­kły kie­row­ca. Mi­qu­el prze­pro­sił. Kie­dyś uli­ce na­le­ża­ły do nich, do pie­szych. Te­raz, od razu to za­uwa­żył, za­czy­na­ły na­le­żeć do tych, któ­rzy rzą­dzi­li jezd­nia­mi. To pew­nie znak cza­sów. No­wych cza­sów. Szedł da­lej z uczu­ciem, że dąży do­ni­kąd, nie zwa­ża­jąc na nic, nie sły­sząc gło­sów, ostrze­gaw­czych krzy­ków, któ­re wy­da­wa­ły mu się echem jego we­wnętrz­ne­go nie­po­ko­ju i za­gu­bie­nia.

Mi­nu­ta, kwa­drans, pół go­dzi­ny.

Zro­zu­miał wszyst­ko, kie­dy za­trzy­mał się zmę­czo­ny. I zdu­mio­ny.

Wstrząs zła­mał reszt­ki od­por­no­ści.

Stał przed swo­im daw­nym ko­mi­sa­ria­tem.

Nie­świa­do­mie, a może i świa­do­mie, szedł tą samą dro­gą, któ­rą po­ko­ny­wał co­dzien­nie po wyj­ściu z domu, tą samą, któ­rą szedł za­wsze, od po­cząt­ku, od­kąd zo­stał po­li­cjan­tem do owe­go ostat­nie­go ran­ka 20 stycz­nia 1939 roku, ostat­nie­go dnia przed nie­uchron­nym upad­kiem Bar­ce­lo­ny.

Wów­czas był męż­czy­zną. Sil­nym, zde­cy­do­wa­nym.

Czuł się męż­czy­zną.

Tym ra­zem nie za­mie­rzał ku­sić szczę­ścia. Nie po­wtó­rzył tego, co zro­bił w swo­im daw­nym domu. Nie prze­szedł przez uli­cę, żeby po­wie­dzieć sto­ją­ce­mu na war­cie po­li­cjan­to­wi w sza­rym mun­du­rze, że kie­dyś tam pra­co­wał, uczci­wie, z od­da­niem re­pre­zen­tu­jąc pra­wo i po­rzą­dek, kie­dy pa­no­wa­ła wol­ność.

Po cóż miał­by to ro­bić?

Nie miał już czym zwy­mio­to­wać, od­wró­cił się ty­łem do ko­mi­sa­ria­tu i po raz pierw­szy od ośmiu i pół roku, od śmier­ci Qu­ime­ty, za­pła­kał.

5

A je­śli to on zmie­nił się tak, że trud­no go roz­po­znać?

W Do­li­nie Po­le­głych czas to­czył się mo­no­ton­nie, po­nie­waż isto­ta ludz­ka na­wet do hor­ro­ru może się przy­zwy­cza­ić. Je­dy­nym, co od­mie­nia­ło eg­zy­sten­cję, je­śli tak moż­na na­zwać to, co sta­ło się ich udzia­łem w tym miej­scu, były strzęp­ki wia­do­mo­ści z ze­wnątrz i po­czu­cie nie­pew­no­ści, ile­kroć wy­wo­żo­no zmar­łych lub kie­dy po­ja­wia­li się nowi więź­nio­wie. Wia­do­mo­ści da­wa­ły na­dzie­ję po klę­sce na­zi­stów w II woj­nie świa­to­wej i za­raz ją ode­bra­ły, gdy oka­za­ło się, że Hisz­pa­nia się izo­lu­je i po­zo­sta­nie od­izo­lo­wa­na, jak­by ni­ko­go nie ob­cho­dzi­ło, co się z nimi sta­nie. Do­wo­dem było wy­co­fa­nie czter­dzie­stu sze­ściu am­ba­sa­do­rów. Tyl­ko Ar­gen­ty­na ze­chcia­ła ła­ska­wie przy­słać zbo­że. Zaś nie­zmie­rzo­na licz­ba zmar­łych i no­wych więź­niów nie­ustan­nie przy­wo­żo­nych do pra­cy utkwi­ła w jego pa­mię­ci jak bez­kształt­na masa.

Jego, z po­wo­du wie­ku, ode­sła­no do pra­cy ad­mi­ni­stra­cyj­nej.

Z Ni­ca­no­rem Bu­en­dią.

Pro­sty ro­bot­nik, anar­chi­sta, ener­gicz­ny. Też do­stał wy­rok śmier­ci i też go „wiel­ko­dusz­nie” uła­ska­wio­no. Pod­czas woj­ny stra­cił lewą rękę, więc umie­ści­li go w biu­rze. Pra­wa mu wy­star­czy­ła do pa­pier­ko­wej ro­bo­ty. Ki­piał ener­gią, wszę­dzie go było peł­no i miał cię­ty ję­zyk. Z pew­no­ścią nie był głu­pi, wręcz prze­ciw­nie.

Cho­ciaż cza­sem wy­da­wa­ło się, że jest pie­prz­nię­ty.

– Ma­sca­rell, co byś zro­bił, gdy­byś wró­cił do domu?

– Nie mam po­ję­cia.

– Ja bym za­bił jesz­cze kil­ku tych mą­ci­cie­li, a po­tem…

– A po­tem co?

– A po­tem, do wi­dze­nia. Tu bym na pew­no nie wró­cił.

– Zwa­rio­wa­łeś, Bu­en­dia.

– Ja zwa­rio­wa­łem? A ty zo­sta­łeś w Bar­ce­lo­nie z cho­rą żoną i cze­ka­łeś, aż cię do­pad­ną, za­miast rzu­cić wszyst­ko w dia­bły. Umar­ła nie­dłu­go po­tem, praw­da?

– Tak, ale w mo­ich ra­mio­nach.

– Umar­ła­by spo­koj­niej­sza, gdy­by wie­dzia­ła, że się ura­to­wa­łeś. Po­słu­chaj, ta­kich jak ja jest dużo. Za dużo. Nie mamy wy­kształ­ce­nia i nic nie zna­czy­my. Ale tacy jak ty… Ta­kich po­trze­ba, do cho­le­ry. Kie­dy Fran­co pad­nie, to kto ten pie­przo­ny kraj bę­dzie na­pra­wiał?

– Ktoś się znaj­dzie.

– Niech to dia­bli! Wszyst­kich nas tu wy­koń­czą. Żywi nie wyj­dzie­my, a je­śli wyj­dzie­my, to się bę­dzie­my nada­wać tyl­ko na śmiet­nik.

Dwaj funk­cyj­ni w Do­li­nie byli jak dwie stro­ny me­da­lu. Po­rucz­nik San­tos był spo­koj­ny, uni­kał pro­ble­mów, któ­re by go przy­pra­wia­ły o ból gło­wy. Sier­żant Pe­la­ez na­to­miast wrzesz­czał z byle po­wo­du, nie­mal wci­ska­jąc twarz w twarz tego, któ­ry po­peł­nił ja­kieś rze­czy­wi­ste lub uro­jo­ne prze­wi­nie­nie. Z San­to­sem moż­na było roz­ma­wiać, z Pe­la­ezem nie. Wstręt­ny typ. Skur­wy­syn. Ktoś mó­wił, że w cza­sie woj­ny w Te­ru­elu za­bi­to mu wuja księ­dza i młod­sze­go bra­ta. Nie­na­wi­dził więź­niów. Cią­gle mó­wił o nie­skoń­czo­nej szczo­dro­bli­wo­ści cau­dil­la­Cau­dil­lo (hiszp.), wódz, dyk­ta­tor. Ty­tuł ge­ne­ra­ła Fran­ci­sca Fran­co.

i o wspa­nia­łym suk­ce­sie kru­cja­ty. Prze­ści­gnął na­wet księ­ży, któ­rzy tak się sta­ra­li przy­wró­cić im wia­rę. W nie­dzie­le, zwłasz­cza w nie­dzie­le, w cza­sie mszy Pe­la­ez pil­no­wał, czy wszy­scy się mo­dlą, śpie­wa­ją i swo­ją po­sta­wą po­twier­dza­ją, iż są gor­li­wy­mi wy­znaw­ca­mi. Nie wy­star­czy­ło po­ru­szać usta­mi. On mu­siał sły­szeć śpiew i mo­dli­twy. A Mi­qu­el Ma­sca­rell, no cóż… Dali mu prze­zwi­sko „gli­na”. Na do­bre czy na złe, tu­taj wszy­scy o wszyst­kim wie­dzie­li. W ta­kim miej­scu se­kre­tów nie było. Któ­re­goś dnia zgi­nę­ło kil­ka­na­ście ołów­ków. Mo­gły ko­muś po­słu­żyć do pi­sa­nia wia­do­mo­ści, ale też i do zra­nie­nia ko­goś, więc San­tos po­le­cił Ma­sca­rel­lo­wi, żeby się do­wie­dział, kto je ukradł. Dużo cza­su mu to nie za­ję­ło. Zna­lazł win­ne­go i po­szedł z nim na układ. Czło­wiek zo­sta­wił so­bie dwa ołów­ki, a resz­tę od­dał, mó­wiąc San­to­so­wi, że zna­lazł je ukry­te w la­try­nie, i było po spra­wie.

Nie chciał o ni­czym my­śleć. Ni­ca­nor Bu­en­dia ro­bił to za nie­go.

– Je­ste­śmy nie­wol­ni­ka­mi, ro­zu­miesz? Współ­cze­sny­mi nie­wol­ni­ka­mi.

– Pła­cą nam. – Cza­sem lu­bił po­zwo­lić mu mó­wić, lu­bił po­cią­gnąć go za ję­zyk. – I za każ­de dwa dni pra­cy odej­mu­ją je­den z wy­ro­ku.

– A ty po czy­jej stro­nie je­steś? Ja­kieś gów­no nam pła­cą, dwa re­ale! Bo, za­raz… jed­na pe­se­ta pięć­dzie­siąt, mó­wią, że jest na „na­sze utrzy­ma­nie” i dla ro­dzi­ny… Dają nam może co­dzien­nie szyn­kę i kieł­ba­sę? A ro­dzi­na? My nie mamy ni­ko­go, ale więk­szość ma ro­dzi­ny, któ­re nie mają co jeść. Do kur­wy nę­dzy! Poza tym, my­ślisz, że je­ste­śmy je­dy­ny­mi nie­wol­ni­ka­mi w ca­łym kra­ju?

– Nie, wiem, że jest ich wię­cej.

– Bu­du­ją w ca­łej Hisz­pa­nii. W ca­łej. I nas do tego uży­wa­ją. Mo­sty, dro­gi, ko­ścio­ły, ka­na­ły… Z na­sze­go potu i z na­szej krwi. A kie­dyś po­wie­dzą, że nie tyl­ko „oca­li­li” Hisz­pa­nię, ale i ją zbu­do­wa­li. Ob­sy­pią się me­da­la­mi. A my, co? Da­je­my dupy, ha, ha, uśmiech i dzię­ku­ję. Ja to pier­do­lę!

1 Po­czą­tek hym­nu Ka­ta­lo­nii.

2 Moll de la Fu­sta, na­zwa czę­ści na­brze­ża wzdłuż Pa­seo de Co­lón.

3 Por.: Jor­di Sier­ra i Fa­bra, Czte­ry dni w stycz­niu, Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz, 2011.

4 J. de La­Fon­ta­ine, Dzban z mle­kiem.