Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 438

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Siedem dni - Deon Meyer

"Hanneke Sloet młoda ambitna prawniczka została zmordowana w swoim luksusowym apartamencie. Dochodzenie nie ujawniło niczego poza paroma roznegliżowanymi fotografiami, byłym przyjacielem o porządnym alibi oraz gromady kolegów po fachu zżeranych przez chciwość i egoizm. Sprawa zostaje ponownie otwarta, kiedy południowoafrykańska policja dostaje e-mail przerażającej treści: „Zastrzelę jednego funkcjonariusza dziennie, dopóki nie zamkniecie mordercy Hanneke Sloet”. I faktycznie ginie policjant… Tym razem sprawę przejmuje alkoholik na odwyku, kapitan Benny Griessel. Benny musi sobie radzić z potężnymi naciskami wywieranymi na niego przez przełożonych, dziennikarzami oraz nieznanym strzelcem wyborowym, który nie ma zamiaru złożyć broni. Do współpracy przydzielono mu porywczą Mbali Kaleni, która tropi snajpera, usiłując odkryć, co takiego łączyło go z Hanneke Sloet. Oboje – Benny’ego i Mbali – czeka Siedem dni piekła."

Opinie o ebooku Siedem dni - Deon Meyer

Fragment ebooka Siedem dni - Deon Meyer

Dedykuję Anicie.

DZIEŃ PIERWSZY
Sobota
1

Nie chciał wyjść na durnia, cokolwiek by się działo.

Kapitan Benny Griessel miał na sobie nowiusieńkie rzeczy, najdroższe, na jakie było go stać. Na fotelu pasażera leżał bukiet kwiatów, dłoń, którą trzymał kierownicę, była lepka od potu, ale zaparł się, że nie weźmie do ust kropli uzdrawiającego, kojącego nerwy alkoholu. Tego wieczora nie mógł zrobić z siebie idioty. Nie ośmieszy się na oczach Alexy Barnard i jej znajomych. Nie zniweczy tygodnia żmudnych przygotowań do spotkania z tłumem gwiazd estrady.

Zaczął w poniedziałek od pójścia do fryzjera. Następnego dnia Margaret, żona Mata Jouberta, została jego stylistką, gdy wstąpił do centrum handlowego Tyger Valley, by zrobić zakupy w butiku Romensa.

– Nierzucający się w oczy, ale zarazem bardzo szykowny strój, Benny. Powinieneś mieć na sobie parę spodni z porządnego materiału i elegancką koszulę – tłumaczyła mu cierpliwie z tym uroczym brytyjskim akcentem.

– Nie. Chcę też marynarkę. – Griessel nie umiał dokonać wyboru, przerażała go myśl, że będzie zbyt „nierzucający się w oczy”, a za mało „szykowny”. Idzie między ludzi, którzy doskonale znają się na modzie.

Chciał dołożyć też krawat, ale Margaret była nieprzejednana.

– Przesada jest gorsza od niedociągnięć. Żadnych krawatów.

Ograniczyli się więc do zakupu spodni w kolorze khaki, bladoniebieskiej bawełnianej koszuli, skórzanego paska, butów i czarnej marynarki, ale rachunek za te sprawunki i tak przyprawił go o palpitację serca.

Od środy zaczął się przygotowywać emocjonalnie. Zdawał sobie sprawę z tego, że to spotkanie może go przytłoczyć. Najbardziej obawiał się nadmiernego pocenia, tak bowiem reagował, gdy dopadał go stres. Przez cały wieczór będzie też musiał zważać na słowa. Żadnej policyjnej gadki, żadnych wulgaryzmów, tylko uprzejmość i pełen luz. Przećwiczył to wszystko wielokrotnie, wizualizując przebieg spotkania w myślach, jak radził mu doktor Barkhuizen, jego sponsor z klubu Anonimowych Alkoholików.

Antonowi L’Amourowi powie: „Kouevuur to świetny kawałek”. Tylko tyle, zero smędzenia i wciskania kitu. Theuns Jordaan usłyszy: „Uwielbiam twoje teksty”. W tym zdaniu jest wszystko, co trzeba, szacunek, uznanie i powaga. Boże, a jeśli trafi na Schalka Jouberta, zaczerpnie głęboko tchu, uściśnie mu rękę i rzuci: „To dla mnie wielki zaszczyt”. Potem musi szybko odejść, zanim utraci kontrolę nad sobą i zaleje największego mistrza gitary basowej niekończącymi się potokami pochwał.

Koniec końców stanie przed największym problemem: Lize Beekman.

Gdyby tak mógł wypić choć jednego drinka, zanim przed nią stanie. To by mu pomogło utrzymać nerwy na wodzy. Będzie też musiał wytrzeć rękę o nowe spodnie, nie może jej przecież powitać lepiącą się od potu dłonią. „Panno Beekman, to dla mnie wyjątkowy zaszczyt. Uwielbiam słuchać pani nagrań”. Ona zapewne rzuci zdawkowe „dziękuję”, a wtedy on wycofa się, kończąc na tym rozmowę, i ruszy na poszukiwanie Alexy. Musi to zrobić, aby nie wyjść przed tymi ludźmi na kompletnego idiotę.

Biała furgonetka marki Chana zatrzymała się pod drzewami na Drugiej Alei, pomiędzy Livingstone High School a tyłami posterunku Claremont.

Pojazd niczym się nie wyróżniał, model z rocznika 2009, mocno już podniszczony – na przednim zderzaku widać było spore wgniecenie, burty i drzwi zdobiły w wielu miejscach otarcia i rysy. Okna w środkowej i tylnej części zamalowano tanią białą farbą. Odcień lakieru na bokach odbiegał nieco od barwy reszty elementów karoserii.

Siedzący za kierownicą mężczyzna wyłączył silnik, potem położył dłonie na kolanach i siedział tak przez chwilę, całkiem nieruchomy.

Miał na sobie niebieski, lekko już wyblakły kombinezon roboczy. Spod wciśniętej mocno na oczy czapeczki baseballowej wystawały długie blond włosy.

Spoglądał uważnie przez lewe okno, w kierunku opustoszałego placu szkolnego, potem przesunął wzrok na prawo, by przyjrzeć się biegnącemu wzdłuż ulicy wysokiemu ogrodzeniu, dwuskrzydłowej bramie i znajdującemu się za nią dziedzińcowi posterunku, skrytemu wciąż w porannym cieniu rzucanym przez pobliski masyw Góry Stołowej. Tu także było pusto i cicho.

Kierowca upewnił się, że drzwi po obu stronach wozu są zamknięte, a potem przeszedł pomiędzy fotelami na tył furgonetki. Paka była strasznie zagracona, wszędzie leżały skrzynki wypełnione kawałkami metalu, drewna i tektury. Snajper przysiadł na jednej z nich, by opuścić zasłonkę z wypłowiałego, żółtego płótna. Oddzielił nią tył wozu od kabiny, aby ukryć się przed wzrokiem ewentualnych przechodniów.

Zdjął czapkę i odłożył ją pod burtę, czując, że oddech mu przyspiesza, a ręce zaczynają lekko drżeć. Rozluźnił ramiona, potem odetchnął głęboko i pochylił się, by otworzyć długą, mocno poobijaną skrzynkę narzędziową. Wyjął z niej ruchomą półkę. Była ciężka, leżało na niej wiele narzędzi – młotki, komplet śrubokrętów, nożyce, obcęgi i kilka brzeszczotów. Odłożył to wszystko ostrożnie na gumową wykładzinę pokrywającą podłogę paki.

W dolnej części czerwonej skrzynki narzędziowej znajdowały się dwa przedmioty – karabin i składany kijek trekkingowy.

Mężczyzna wyjął najpierw kijek. Oparłszy go o ramię, sięgnął po broń. Wsunął lufę z tłumikiem w pętlę paska przytwierdzonego do rękojeści kijka, tak aby nic nie zasłaniało zamontowanej na broni lunety celowniczej, a następnie kilkakrotnie przekręcił kijek, likwidując luz.

Przyłożył kolbę do ramienia, sprawdzając, czy wysokość podpory jest odpowiednia, i skorygował ją.

Pociągając za zamontowaną przez siebie rączkę, odsunął zamalowaną boczną szybę furgonetki na trzy centymetry, by namierzyć znajdujący się na zewnątrz cel.

Przycisnął kolbę do ramienia, przez lunetę spojrzał na parking komisariatu i ustawił ostrość.

Griessel zatrzymał samochód przed frontonem wiktoriańskiego domu przy Brownlow Street, wziął bukiet i przez furtkę ruszył ku drzwiom.

Alexa Barnard przeprowadzała właśnie renowację swojej posiadłości. Kilka dni temu usunięto rosnącego przy ogrodzeniu wielkiego obrzydliwego kaktusa, a przy ścianach budynku malarze ustawili wysokie rusztowania.

To także część jej rekonwalescencji, pomyślał. Jej nowego życia.

Zatrzymał się przed głównym wejściem i zerknął na buty. Lśniły jak nigdy.

Zaczerpnął tchu. Co będzie, jeśli opacznie zrozumiał jej słowa i trafi na bardzo oficjalne przyjęcie z obowiązkowymi garniturami i krawatami, a ona sama otworzy mu drzwi ubrana w wieczorową suknię? Albo wręcz przeciwnie, wszyscy przyjdą na luzie, w jeansach i rozpiętych niedbale koszulach? Nigdy wcześniej nie zaproszono go na koktajl party branży muzycznej.

Gdy zadzwonił, usłyszał stukot obcasów na schodach.

Otworzyła drzwi. Stanęła przed nim.

– Jissis – jęknął Griessel.

Snajper zauważył przez szparę w oknie, że policyjna furgonetka przejeżdża obok jego samochodu, zwalniając, by skręcić w szeroką bramę.

Zaczekał, aż wóz wjedzie na parking. Nie odrywając policzka od kolby karabinu, śledził go przez lunetę.

Tylko jeden pasażer, mężczyzna w mundurze.

Furgonetka przejechała po asfalcie na sam środek placu. Zaparkowała za dwoma innymi pojazdami policyjnymi, znikając snajperowi z pola widzenia.

Będzie siedemdziesiąt albo osiemdziesiąt metrów, wyliczył.

Gdy wymierzył w drzwi jednego z widocznych wozów, czekając na pojawienie się policjanta, nagle dotarło do niego, że czuje przyspieszone bicie serca.

Zaczerpnął głęboko tchu.

W lunecie mignął mu mundur. To konstabl.

Trudny strzał. Ruchomy cel.

Wymierzył uważnie, nie spuszczając policjanta z oka. Musiał postępować zgodnie z procedurą: nie przechylać broni, utrzymywać krzyż lunety na celu, lekko naciskać spust, nie zamykać oczu.

Karabin kopnął go lekko w ramię, odgłos wystrzału w zamkniętej przestrzeni, pomimo tłumika, był głośniejszy niż się spodziewał.

Spudłował.

– Wyglądasz... – Griessel chciał powiedzieć befok, ale powstrzymał się w ostatniej chwili, szukając desperacko bardziej odpowiedniego określenia, takiego, które w pełni oddałoby jej boskość – ...fantastycznie.

Stała przed nim w sięgającej aż do kostek czarnej sukni bez ramiączek. Pod obfitym biustem spięła ją szerokim skórzanym pasem. Na stopach miała jasnobrązowe sandały.

A jej twarz... nigdy wcześniej nie widział jej takiej: delikatny makijaż zrobiony ręką profesjonalisty, pełne czerwone wargi, blond włosy przycięte i ufarbowane, w uszach srebrne kolczyki w kształcie serc, pod długimi rzęsami ciemnozielone oczy.

Przez dłuższą chwilę zastanawiał się, czy tej nocy nie powinien jej po raz pierwszy pocałować.

Roześmiała się, obrzuciwszy go aprobującym spojrzeniem.

– Ty też, Benny – rzuciła, dodając jeszcze: – Przyniosłeś mi kwiaty?

– Co? Ach, tak... – Podał jej nieręcznie bukiet.

Spłoniła się lekko; to znak, że doceniła jego gest.

– Bardzo ci dziękuję. – Zrobiła krok do przodu, by pocałować Griessela w policzek.

Dzięki tłumikowi i kawałkom dywanu, którymi wyłożono ściany i sufit paki, odgłosy wystrzałów nie powinny być słyszalne na zewnątrz. Wiedział to z doświadczenia. Mimo to pociły mu się dłonie, a serce waliło jak oszalałe. Przeładował broń. Łuska wyskoczyła z zamka, uderzając z brzękiem w jedną ze skrzynek narzędziowych. Włożył do komory kolejny nabój. Przesunął lekko broń. Zerknąwszy w lunetę, zrozumiał, że konstabl nie zdaje sobie sprawy z tego, iż ktoś do niego strzelił. Szedł spokojnie przez parking, spoglądając w stronę góry.

Wymierzył, tym razem w celowniku miał nogi policjanta.

Ustawił krzyż lunety trzy centymetry przed celem, na wysokości kolan, czując, że w głębi jego trzewi rodzi się atak paniki. Oddychaj, oddychaj, zrób wolny wydech... Nacisnął spust, zobaczył, że konstabl pada.

Ulżyło mu. Poczuł zapach kordytu w nozdrzach.

Zaraz jednak skupił się znowu, wiedział, że musi się teraz skoncentrować. Najbliższe sześćdziesiąt sekund zadecyduje o powodzeniu akcji, musi więc zrobić wszystko, by trzymać się ustalonego planu.

Pokręć kijkiem, by poluzować pętlę. Wysuń z niej lufę broni. Odłóż karabin na miejsce. Zakryj go tacką z narzędziami. Zamknij skrzynkę. Kijek może zostać tam, gdzie jest.

Podnieś zasłonę.

Czapka. Włóż czapkę.

Wgramol się na fotel kierowcy.

Nie patrz na cel... Niestety, niepokój był silniejszy od niego, więc odwrócił głowę w prawo. Konstabl leżał na ziemi, osiemdziesiąt metrów od niego. Spoglądał w dół, zapewne na nogi.

Patrz przed siebie.

Przekręć kluczyk w stacyjce, odpal wóz, ruszaj wolno, wystarczy, że przejedziesz dziesięć metrów, a znikniesz z pola widzenia tego człowieka, to potrwa kilka sekund, ranny policjant jest w szoku, nie zdąży cię zauważyć. Nie zwracaj na siebie uwagi. Rób wszystko spokojnie, jakby nic się nie stało.

Wrzucił bieg i odjechał.

2

Griessel zapatrzył się na plakat wiszący przy wejściu do Artscape Chandelier Foyer. Wielkimi literami wypisano na nim: „Urodzinowy koncert Antona Goosena, piątek, 4 marca, Grand Arena”. Poniżej znajdowały się fotosy artystów, którzy wystąpią w ciągu tygodnia. Alexa zajmowała poczesne miejsce w tej galerii, umieszczono ją na samym środku, pod zapowiedzią: „Powrót Xandry Barnard!”

Szedł pod rękę z żywą legendą estrady. Przełknął głośno ślinę, próbując wziąć się w garść.

Weszli. Tłum ludzi wokół. Benny mierzył ich wzrokiem, sprawdzając, jak są ubrani. Ulżyło mu, gdy zobaczył wiele marynarek. Odprężył się nieco, czując, że wszystko powinno być OK.

Ludzie odwracali głowy ku Aleksie, wykrzykiwali jej imię, nagle zrobił się straszny ścisk. Zabrała dłoń z jego przedramienia, by móc się przywitać z fanami. Griessel trzymał się z tyłu. Podejrzewał, że może dojść do podobnych scen. Żywiołowa reakcja gości na jej widok ucieszyła go niepomiernie. Wiedział, jak bardzo się niepokoiła, nie dalej niż tydzień temu powiedziała:

– Tak długo nie było mnie na scenie. No i ta afera ze śmiercią Adama... Nie wiem, czego powinnam się spodziewać.

Adam był jej mężem. Benny poznał ją, gdy prowadził dochodzenie w sprawie jego śmierci.

– Ty jesteś Paul Eilers, ten aktor – rzucił ktoś stojący tuż obok.

Moment później zrozumiał, że jakaś śliczna blondynka zwraca się do niego.

– Nie – odparł. – Nazywam się Benny Griessel.

– A ja byłam święcie przekonana, że zaraz poznam Paula Eilersa – stwierdziła zawiedziona i natychmiast odeszła.

Rozpoznawał kolejne gwiazdy estrady. Laurika Rauch ściskała dłoń Alexy, przemawiając do niej czule. Opodal rozmawiali Karen Zoid i Gian Groen. Emo Adams rozśmieszył do łez Sonję Herholdt.

Gdzie jest Lize Beekman?

Kelner przepychający się przez tłum gości przyniósł tacę pełną kieliszków szampana – jeden z nich zaoferował Benny’emu, a ten spojrzawszy na złotawy płyn i buzujące w nim bąbelki, poczuł nagle narastające pragnienie. Zaraz jednak otrząsnął się z myśli o piciu i pokręcił głową. Nie, dziękuję.

Nie tknął alkoholu od dwustu dwudziestu siedmiu dni.

Powinien załatwić sobie jakiś napój, coś, co będzie mógł sączyć wolno, zamiast sterczeć jak kołek w samym środku tłumu celebrytów. Spójrzcie tylko na Alexę, jak promienieje, czuje się tu jak ryba w wodzie, to jest jej świat.

Jissis, pomyślał. Co ja tutaj robię?

Gdy spotkali Jouberta, mało brakowało, a sytuacja by go przerosła.

– Schalk, poznaj Benny’ego Griessela, on także brzdęka na basie... – Poczuł, że twarz mu czerwienieje, gdy Aleksa przedstawiała go mistrzowi gitary.

– Miło mi poznać – wybąkał, wyciągając drżącą z emocji dłoń. – To cholerny zaszczyt dla mnie.

Głos miał ochrypły, poczuł też przerażenie, słysząc, że wypsnął mu się wulgaryzm.

– Daj spokój, brachu. Cała przyjemność po mojej stronie – rzucił Schalk Joubert z takim luzem i spokojem, że natychmiast ukoił nerwy Benny’ego.

Komplement, jakim było nazwanie go „brachem”, wypełnił serce Griessela tak wielką pewnością siebie, że w blasku uśmiechu Alexy odważył się odezwać do Theunsa Jordaana i Antona L’Amoura. Zapytał ich o pracę przy Kouevuur, a potem, ośmielony szczerą odpowiedzią, zagadnął:

– Kiedy wreszcie nagracie pełną wersję Hexriviervallei? To naprawdę zacny kawałek.

Już całkiem odprężony pogadał z tym, pożartował z tamtym, nie przestając się zastanawiać, czego właściwie tak się bał. Powoli zaczynała go rozpierać duma, gdy nagle poczuł na ramieniu dłoń Alexy. Odwrócił głowę i zobaczył Antona Goosena i Lize Beekman. Stali ramię w ramię tuż przed nim. To było zbyt wiele jak na ten wieczór. Mózg wyłączył mu się natychmiast, a serce zaczęło walić jak oszalałe, kiedy ujmował dłoń wysokiej, prześlicznej blond gwiazdy. Kompletnie otumaniony wybąkał jedno jedyne słowo, którego tak się lękał, a które wszyscy wyraźnie usłyszeli w przeciągającej się ciszy.

– Fok.

Moment później zadzwonił telefon spoczywający w kieszeni jego marynarki.

Zamarł, nie mogąc poruszyć nawet palcem.

W głowie rozbrzmiewały syreny alarmowe: Zróbże coś, człowieku!

Puścił dłoń Lize Beekman.

– Wybaczcie – wybąkał, czując wstyd i upokorzenie.

Z trudem wydobył komórkę z kieszeni, odwrócił się, przykładając ją do ucha.

– Halo... – W tym momencie nawet jego własny głos wydawał mu się dziwnie nieznajomy.

– Potrzebuję cię, Benny – powiedział brygadier Musad Manie, dowódca Sokołów. – Natychmiast.

Jechał zbyt szybko, zły na siebie, wściekły na Alexę. Jak ona mogła mu to zrobić?

Wkurzał się na komórkę, która zadzwoniła, zanim zdołał naprawić popełniony błąd. Zanim wypowiedział słowa, które z pewnością rozładowałyby niezręczną sytuację. Rzuciłby: „To dla mnie wyjątkowy zaszczyt” i byłoby po problemie. Wściekał się na brygadiera żądającego, aby stawił się w sobotę wieczorem, w czasie urlopu. Pieklił się, ponieważ nie potrafił pozbyć się myśli o tym, że wyszedł przed tymi wszystkimi gwiazdami na dupka. Ta chwila, to słowo wypowiedziane nie w porę, spoczęło pomiędzy nim i Lize Beekman jak truchło czarnego ptaka. Świat wokół zamarł, istniał tylko natarczywy dźwięk wydobywający się z komórki i przygniatające go jak ołów poczucie: pomimo całego tygodnia planowania, przygotowań i postanowień, zrobił z siebie durnia na oczach wszystkich tych ludzi.

To wszystko wina Alexy. Już od dwóch tygodni wypytywała go, kogo chciałby poznać najbardziej. Z początku twierdził, że nikogo nie musi mu przedstawiać, że chce być po prostu blisko niej, aby służyć pomocą, jeśli zajdzie taka potrzeba. Mówił tak, ponieważ bał się, że nie podoła temu wyzwaniu. Ona jednak nie ustępowała i wyciągała z niego nazwisko po nazwisku, zapewniając: „Chcę to zrobić dla ciebie”, a on protestował, cicho i nieprzekonująco, ponieważ wbrew obawom zaczynało mu się to podobać. W końcu, ze względu na nią, zgodził się na wszystko, lecz od samego początku czuł to charakterystyczne mrowienie, ten ulotny smak obawy, nie, przeczucia, że sytuacja go przerośnie.

To była jego wina. Jego wielka, pieprzona wina.

Gdy zobaczył generała Johna Afrikę, dowódcę policji Prowincji Przylądkowej Zachodniej i trzech wyższych oficerów DPDK – Dyrektoriatu Priorytetowych Dochodzeń Kryminalnych – zrozumiał, że ma do czynienia z wielkim problemem.

Przysadzisty brygadier Musad Manie, dowódca Sokołów, z kamienną twarzą siedział w samym środku. Miejsca po jego bokach zajmowali: przełożony Griessela, pułkownik Zola Nyathi, szef Grupy Zwalczania Przestępstw z Użyciem Broni Palnej, oraz pułkownik Werner du Preez, dowódca Kotów, Grupy do Walki z Przestępstwami Przeciwko Państwu. Afrika zajmował miejsce po przeciwnej stronie stołu.

Po krótkim powitaniu Manie wskazał mu wolne krzesło. Siadając, Benny zauważył, że przed każdym oficerem leży stos dokumentów.

– Wybacz, że przerwaliśmy ci zabawę – zagaił brygadier – ale mamy tu problem.

– I to poważny – dodał Afrika.

Pułkownik Nyathi przytaknął.

Brygadier zawahał się, wstrzymał też oddech, jakby miał o wiele więcej do powiedzenia. W końcu, po głębszym zastanowieniu, pchnął w kierunku Griessela jedną z kartek.

– Zacznijmy od tego.

Benny przysunął dokument i zaczął czytać, obserwowany uważnie przez pozostałą czwórkę.

762a89z012@anonimail.com

Wysłane: Sobota, 26 lutego, 06:51

Do: j.afrika@saps.gov.za

Temat: Hanneke Sloet – zostaliście ostrzeżeni

Dzisiaj mija dokładnie czterdzieści dni od zamordowania Hanneke Sloet, a raczej czterdzieści dni ukrywania prawdy. Wiecie doskonale, dlaczego zginęła.

Nie odpowiedzieliście na poprzednie pięć maili. Nie zostawiliście mi wyboru. Postrzelę dzisiaj policjanta. W nogę. Od jutra będę strzelał do kolejnych funkcjonariuszy, dopóki nie oskarżycie mordercy.

Jeśli w jutrzejszych gazetach nie zobaczę wzmianki o tym, że otworzyliście ponownie sprawę Sloet, następna ofiara zostanie postrzelona w nogi.

Żadnego podpisu. Griessel podniósł wzrok.

– Jak widzisz, mail został wysłany dzisiaj rano – powiedział brygadier – a wieczorem, tuż przed dziewiętnastą, snajper postrzelił konstabla Brandona Aprila na parkingu za posterunkiem Claremont.

– Z dużej odległości – dodał Afrika. – Chłopcy wciąż szukają miejsca, z którego ten drań strzelał.

– Pocisk roztrzaskał konstablowi kolano – Nyathi dorzucił swoje trzy grosze. – Kompletnie.

– To młody funkcjonariusz – kontynuował Afrika – ale nigdy nie będzie już chodził. Ten sukinsyn... – wskazał na dokument w rękach Griessela – pisał do mnie cztery razy. Dziwne były te jego maile, nic z nich nie rozumiałem. – Postukał palcem w leżącą przed nim teczkę. – Sam zobacz.

Brygadier pochylił się nad stołem.

– Benny, chcemy ogłosić, że to ty zajmiesz się otwartą ponownie sprawą Sloet.

– Osobiście prosiłem brygadiera, aby ci ją przydzielił – dodał Afrika.

– Cloete załatwia właśnie niedzielne wydania gazet. Twierdzi, że mamy szanse na zamieszczenie informacji w „Weekend Argus” i w sekcji przylądkowej „Rapport” – poinformował Manie.

Cloete był rzecznikiem prasowym policji.

– Podamy tę informację także przez radio, choć nie wiem, czy to w czymś pomoże – rzucił Afrika.

– Cholerny bajzel – stwierdził Nyathi, srożąc się jeszcze bardziej. – Łagodnie rzecz ujmując.

– Jeśli się zgodzisz, Benny, poprzemy cię. Wszyscy czterej.

Griessel odłożył dokument na blat, wyprostował nową, modną czarną marynarkę i zapytał:

– Hanneke Sloet... była prawniczką?

3

– Zgadza się – potwierdził Manie, podsuwając Griesselowi kolejne akta. – Zginęła w połowie stycznia. Green Point zajmowało się tym dochodzeniem...

Benny położył rękę na grubej teczce, próbując sobie przypomnieć, co słyszał o morderstwie Sloet. Sześć tygodni temu media szalały, a jego koledzy bez przerwy dyskutowali o tej sprawie.

– Zabito ją pięć przecznic od mojego biura, w tym jej fikuśnym apartamencie – powiedział Afrika. – Została przebita na wylot... cholernie wielkim nożem – dodał.

Brygadier westchnął głośno.

– Nic nie znaleźliśmy. Nic, Benny. Zajrzyj w papiery, sam zobaczysz, że sprawdziliśmy każdy trop.

Griessel otworzył grubą teczkę i zaczął szybko przerzucać formularze, wodząc wzrokiem po długich, niezwykle szczegółowych notatkach.

– Wiesz, jak to wyglądało po sprawie Steyn – dodał Afrika. – Każdy sprawdzał wszystko po dwa razy. Nikt nie ryzykował. Dochodzenie w sprawie Sloet było podręcznikowe. Najlepsi dochodzeniowcy, najlepsi technicy, nasi agenci rozmawiali z każdym, kto mieszkał w okolicy albo ją znał. Nie znaleziono żadnego motywu.

– Poza tym, że była prawniczką – wtrącił filozoficznie Nyathi. – Wielcy klienci. Wielkie pieniądze.

– To prawda – przyznał Afrika.

– Przypadkowa ofiara – kontynuował pułkownik. – Sprawca niemożliwy do ustalenia.

Generał westchnął.

– Problem polega na tym, że wprowadziła się do tego apartamentu trzeciego stycznia, a została zamordowana osiemnastego. Nie zdążyła się nawet do końca rozpakować. Z tego powodu detektywi z Green Point nie zdołali ustalić, czy cokolwiek zostało skradzione.

– Nie ujawniajmy wszystkich szczegółów – poprosił Manie, zwracając się do generała. – Chcemy, by Bennie spojrzał na sprawę świeżym okiem. Niech zapozna się z aktami, przeczyta je od pierwszej strony, zobaczymy, do czego sam dojdzie.

Afrika skinął głową na znak, że się zgadza.

Griessel sięgnął po wydruk e-maila.

– Brygadierze, o co chodzi z tym ukrywaniem faktów... wie pan, dlaczego została zamordowana?

Zanim Manie zdążył odpowiedzieć, odezwał się Afrika.

– To bzdury, Bennie. Kompletne bzdury. Sam spójrz na poprzednie wiadomości. Straszne insynuacje. Jego zdaniem chronimy komunistów, Antychrysta i cholera wie kogo jeszcze.

– Ten człowiek jest szalony – poparł go Nyathi. – To rasista, nienawidzi nas, rządu, homoseksualistów, wszystkich po kolei.

– To zwykły terrorysta, bandyta ukrywający się za anonimowym, nienamierzalnym adresem mailowym. – Afrika przesunął teczkę z poprzednimi wiadomościami w stronę Benny’ego. – Masz tu wszystkie e-maile od niego. Sam zobacz.

Czyżby miał prowadzić także sprawę snajpera?

Brygadier zauważył jego wahanie.

– Wiesz, jak jest z szaleńcami, Benny. Często mają obsesję na punkcie czegoś. Jeśli jest jakieś powiązanie między strzelcem i Sloet, to je przeoczyliśmy... Grupa do Walki z Przestępstwami Przeciwko Państwu zajmie się tropieniem snajpera, pułkownik du Preez dopilnuje tej sprawy osobiście.

– Oficjalnie dochodzeniem zajmie się Mbali – wyjaśnił du Preez. – Wczoraj wróciła z Amsterdamu.

– Amsterdam, och, Amsterdam... – mruknął Afrika, kręcąc głową.

Od tygodnia cała komenda plotkowała wyłącznie o tak zwanym incydencie w Amsterdamie. Tęga Mbali Kaleni, należąca od sześciu miesięcy do oddziału du Preeza, była jedną z funkcjonariuszek oddelegowanych do Europy. Coś jej się tam przydarzyło, jeśli wierzyć szeptanej poczcie, coś naprawdę żenującego. Nikt jednak nie potrafił powiedzieć, co naprawdę ją spotkało. Dowództwo, rzecz jasna, wiedziało o wszystkim, ale milczało jak grób.

– Będziesz miał pełne ręce roboty, Benny, ale ważne jest, żebyś wiedział także, jakie postępy czynią ludzie du Preeza i jakie tropy badają. A jeśli znajdziesz coś, co może im się przydać...

– Wiesz, jak pracujemy – dodał pułkownik. – Jeden wielki zespół...

Griessel przytaknął.

Nyathi złożył ręce na piersiach i westchnął głośno.

– Benny, jeśli ktoś dowie się, że jesteśmy szantażowani, że ktoś strzela do funkcjonariuszy... Media oszaleją, a ludzie wpadną w panikę.

– Cloete zadba, by prasa nie napisała słowa o kolanie konstabla – zapewnił ich Manie. – Ale ty, Benny, uważaj na dziennikarzy. W razie potrzeby pomoże ci detektyw Nxesi z Green Point. To on zajmował się poprzednio sprawą Sloet. Dzwoń do niego o każdej porze, jest gotów do podjęcia współpracy.

– Cały nasz wydział jest na twoje usługi – dodał Nyathi.

– Nie zamierzamy wywierać na ciebie dodatkowego nacisku – stwierdził bardzo poważnym tonem Afrika – ale musisz się spieszyć. Ten sukinsyn ma zamiar strzelać do policjantów, dopóki nie rozwiążesz sprawy.

O dwudziestej drugiej trzydzieści Griessel kroczył w kierunku swojego gabinetu, przemierzając pogrążone w martwej ciszy korytarze siedziby Sokołów, jak potocznie nazywano ludzi pracujących dla Dyrektoriatu Priorytetowych Dochodzeń Kryminalnych. Wciąż nie mógł uwierzyć w to, co Manie powiedział mu o wpływie, jaki na pracę wydziału miała ubiegłoroczna wpadka przy sprawie Steyn.

Estelle Steyn, nowo mianowana kuchmistrzyni, została uduszona osiemnaście miesięcy temu we własnym domu. Zabito ją najprawdopodobniej za pomocą męskiego krawata. Nie stwierdzono śladów włamania, kradzieży ani gwałtu. Zbrodni dokonał ktoś, kogo ofiara znała i komu ufała. Jak jej narzeczony, krawaciarz pełną gębą, ponury, pozbawiony emocji konsultant KPMG o mrożącym krew w żyłach spojrzeniu, który w dodatku posiadał klucze do domu ofiary. Aresztowano go i oskarżono w ciągu siedemdziesięciu dwóch godzin, a rozgorączkowane media i tak zwana opinia publiczna uznały go natychmiast za winnego. Stało się tak tylko dlatego, że Estelle Steyn była wesołą, niezwykle serdeczną osobą i jeśli wierzyć jej kolegom z pracy, kucharką o wielkim talencie. Chłodne oblicze jej narzeczonego wyglądało wyjątkowo parszywie obok uśmiechniętej twarzy ofiary. Zwłaszcza że nigdy nie patrzył prosto w kamerę, jakby miał coś do ukrycia.

Potem doszło do procesu.

Obrońcy zaatakowali przedstawicieli prokuratury z zaciekłością sfory wściekłych psów. Nie mieli najmniejszego problemu ze zmasakrowaniem cuchnącego padliną aktu oskarżenia. Punktowali bezlitośnie popełnione na miejscu zbrodni błędy śledczych, zarzucali ekipie dochodzeniowej zbadanie zbyt małej liczby wątków, a zeznającym technikom – kreowanie rzeczywistości.

Po siedmiu miesiącach podgrzewania atmosfery narzeczony został uwolniony od wszystkich zarzutów.

Media wieściły upadek wymiaru sprawiedliwości, a ludzie nie mogli wyjść z szoku. Jakiś czas później ukazała się cała seria bestsellerowych książek znanych ekspertów medycyny sądowej i kryminologów, w których przeanalizowano i skrytykowano każdy krok policji. Opozycja parlamentarna wykorzystywała tę sprawę wielokrotnie, używając jej do dyskredytowania rządzących – czas mijał, a skandal wciąż nie cichł.

Kariera Faniego Ficka, funkcjonariusza prowadzącego to dochodzenie, dobiegła końca. Przeniesiono go cichcem do archiwów policyjnych – pracował teraz jako analityk. Wszyscy jednak wiedzieli doskonale, że nie ma najmniejszych szans na awans. Nazywali go, za plecami rzecz jasna, „Wydymanym Faniem”. Był facetem, który każdego wieczora topi swoje smutki i żale w stiklandzkiej Kaczce Pijaczce.

Tamta porażka sprawiła, że niesione przez Griessela akta sprawy Sloet były niezwykle szczegółowe i zgodne z regulaminem. Zadane służbom rany nadal się nie zabliźniły, honor policji wciąż był nadszarpnięty, a detektywi żyli w wiecznym strachu, że zostaną kolejnymi kozłami ofiarnymi, nie tylko ukaranymi przez przełożonych, ale i zgnojonymi przez media oraz opinię publiczną.

Tylko dlatego generał Afrika pofatygował się osobiście na spotkanie w siedzibie policji i nalegał na przydzielenie sprawy konkretnej osobie.

Wszyscy się bali. Sokoły nie przyjmowały zazwyczaj poleceń i wytycznych od szefa dochodzeniówki. Za bardzo ceniły sobie niezależność i integralność własnych struktur.

Tylko ze strachu, pomyślał Benny, pozwolili się zaszantażować snajperowi. W dawnych czasach policja nie ugięłaby się pod groźbami szaleńca.

Griessel westchnął głośno, otwierając drzwi własnego gabinetu. Właśnie wdepnął w nieliche gówno.

Ale kto powiedział, że życie jest proste?

Ułożył skoroszyty na biurku i otworzył pierwszy z nich, cienką teczkę, którą otrzymał z rąk Johna Afriki. Zaczął czytać e-maile chronologicznie, od pierwszej wiadomości, z trudem skupiając się na ich treści. Zbyt wiele wydarzyło się tego wieczora.

762a89z012@anonimail.com

Wysłane: Poniedziałek, 24 stycznia, 23:53

Do: j.afrika@saps.gov.za

Temat: Hanneke Sloet

Wiesz dobrze, kto zamordował Hanneke Sloet. Każ aresztować tego komucha albo poinformuję o wszystkim prasę.

Druga wiadomość była o wiele obszerniejsza.

762a89z012@anonimail.com

Wysłane: Poniedziałek, 31 stycznia, 23:13

Do: j.afrika@saps.gov.za

Temat: Hanneke Sloet, wszyscy traficie do piekła!!!

Jesteście bezbożni i grzeszni (1 Tm 1,9, Prz 17,23)

Prawda o komuniście i pieniądzach, jakie od niego bierzesz, wyjdzie na jaw. Wszyscy jesteście skorumpowani, ale wasz czas się kończy.

1 Tm 1,9–10: Rozumiejąc, że Prawo nie dla sprawiedliwego jest przeznaczone, ale dla postępujących bezprawnie i dla niesfornych, bezbożnych i grzeszników, dla niegodziwych i światowców, dla ojcobójców i matkobójców, dla zabójców, dla rozpustników, dla mężczyzn współżyjących z sobą, dla handlarzy niewolnikami, kłamców, krzywoprzysięzców i [dla popełniających] cokolwiek innego, co jest sprzeczne ze zdrową nauką.

Prz 17,23: Niegodziwiec dar bierze z zanadrza, by ścieżki prawa naginać.

Prz 21,15: Cieszy się prawy z czynów uczciwych, są one postrachem dla ludzi nieprawych.

W trzeciej nadawca spróbował innego podejścia.

762a89z012@anonimail.com

Wysłane: Niedziela, 6 lutego 22:47

Do: j.afrika@saps.gov.za

Temat: Hanneke Sloet – masz ją na sumieniu

Masz trzy tygodnie na aresztowanie zabójców Hanneke Sloet. Proces uzdrawiania wymiaru sprawiedliwości właśnie się rozpoczyna.

Dwukrotnie cię ostrzegałem, ale nic nie zrobiłeś. Za to, co się wydarzy, będziesz odpowiadał ty i twoi komunistyczni kochasie, nie ja. Nie pozostawiliście mi żadnego wyboru.

Niech sprawiedliwości stanie się zadość.

Ostatni wysłano w niedzielę, 13 lutego, niemal dwa tygodnie temu.

Koh 3,1: Wszystko ma swój czas.

Koh 3,3: Czas zabijania i czas leczenia, czas burzenia i czas budowania.

Koh 3,8: Czas miłowania i czas nienawiści, czas wojny i czas pokoju.

Griessel ułożył wszystkie wiadomości obok siebie, wodząc wzrokiem po ich treści.

Potem przeczytał je raz jeszcze.

4

Gdy skończył, podparł głowę dłonią, pogrążając się w myślach.

Daty wysłania e-maili. Każdy kolejny przychodził szybciej. Pierwsze dwa dzielił tydzień. Trzeci przyszedł po sześciu dniach. Czwarty po pięciu. Ustalony rytm. Z wyjątkiem ostatniej wiadomości.

Niemal wszystkie wysłano też późną nocą.

Treść pierwszego i drugiego odnosiła się do „komunisty”. Liczba pojedyncza. Potem pojawili się „mordercy” i „komunistyczni kochasie”. W ostatniej nadawca wracał jednak do jednego „mordercy”.

Nagły przeskok do wersów z Biblii, religijne usprawiedliwienie, przygotowywanie krucjaty. W ostatniej wiadomości styl staje się na powrót mocniejszy, bardziej pewny. I pojawia się cel. Nagle widać człowieka z misją.

Benny wiedział już, dlaczego John Afrika i Zola Nyathi uznali autora tych e-maili za niepoczytalnego. Widział to jak na dłoni: szaleńcy zazwyczaj działali nocą. Z czasem stawali się też coraz bardziej natarczywi, czuli potrzebę częstszej komunikacji. Dzwonili anonimowo, dysząc głośno do słuchawki, albo pisali bezsensowne listy, pełne rasistowskich haseł i teorii spiskowych, ostrzegając przed rychłym nadejściem Sądu Ostatecznego oraz zemstą Boga na grzesznej ludzkości.

To wszystko miał w wydrukach e-maili.

Szaleńcy żerowali zazwyczaj na doniesieniach medialnych, studiowali uważnie każdy artykuł na dany temat, reagowali na treść, cytując ją i upiększając.

Tego w wiadomościach nie było.

Niemal wszyscy nadawali sobie dziwaczne pseudonimy, inspirowane mitologią, astrologią albo religią.

Ten tego nie zrobił.

Zmieniał za to taktykę za każdym razem, gdy siadał przed komputerem. Zamilkł na całe dwa tygodnie, zanim napisał po raz ostatni. Ta wiadomość została wysłana w sobotę rano, dwanaście godzin przed pierwszym atakiem.

Jej treść odnosiła się do motywu zbrodni: wiecie doskonale, dlaczego zginęła.

Zawarł w niej także groźby, a potem uczynił coś, co musiało rozwścieczyć całą policję prowincji – postrzelił funkcjonariusza. Co gorsza twierdził, że zrobi to ponownie.

Coś tu się nie zgadzało.

Ułożył wydruki w odpowiedniej kolejności, po czym schował je do teczki i sięgnął po znacznie grubsze akta sprawy Sloet. Otworzył skoroszyt, zamierzając przyjrzeć się wszystkiemu od początku, zaczynając od opisu miejsca zbrodni, zdjęć, raportów specjalistów medycyny sądowej, patologów...

Ktoś zapukał do drzwi, delikatnie, jakby przepraszająco.

Odgłos wyrwał Griessela z zamyślenia.

– Wejść.

Brygadiera Musada Maniego nazywano w DPDK Wielbłądem, ponieważ jego imię, co wywęszył jeden z detektywów, który miał muzułmańskich przyjaciół, oznaczało w języku farsi „bezpańskiego wielbłąda”. A gdy na stanowisko szefa wydziału trafił patykowaty pułkownik Zola Nyathi – powolny w czynach i myśli, zawsze lekko przygarbiony – szybko zyskał przydomek Kameelperd, czyli Żyrafa.

To właśnie ten ostatni zaglądał teraz do gabinetu Griessela, jego wygolona łysina lśniła w blasku lamp.

– Nie wstawaj, Benny, proszę... – Podszedł do biurka. Z jego smukłych palców zwisały kluczyki samochodowe. – Możesz korzystać z naszego bmw.

– Dziękuję, sir.

– Wiesz przecież, że jesteśmy jak rodzina.

– Wiem, sir.

– A do prowadzonych dochodzeń podchodzimy zespołowo.

– Tak, sir. Chciałem najpierw zapoznać się z aktami sprawy...

– Rozumiem, Benny. Wprowadź chłopaków, jak skończysz. Wezwałem już Vaughna, czeka na...

– Dobrze, sir.

Nyathi postukał palcem w stos dokumentów, przybierając niespodziewanie bardziej konfidencjonalny ton.

– Posłuchaj – rzucił – jesteś starym wygą. Nie muszę ci więc tłumaczyć... – Pułkownik zawahał się, spoglądając Griesselowi prosto w oczy. – Przyjdź z tym do mnie, Benny. Albo do brygadiera. Zauważysz coś nietypowego, wal do nas...

Kapitan milczał, nie wiedział, jak skomentować te słowa.

– Słuchasz mnie, Benny?

– Tak, sir – odparł, mając nadzieję, że rozwiąże tę zagadkę później.

– Świetnie. – Nyathi odwrócił się i podszedł do drzwi. Zanim zamknął je za sobą, dodał jeszcze: – Powodzenia.

Griessel siedział nieruchomo przez dłuższą chwilę. Nyathi i Manie także zostali zaskoczeni prośbą i osobistym zainteresowaniem generała. Podjęli tę grę, ale zachowali ostrożność.

Pokręcił głową. Polityka. To stanowczo nie jest jego ulubiona dyscyplina.

Mimo wszystko był wdzięczny przełożonemu za ten gest. Problem jednak w tym, że nie do końca wierzył w gadanie o byciu jedną wielką policyjną rodziną. Nawet w odniesieniu do Sokołów. Trafił tutaj niespełna trzy tygodnie temu i dopiero niedawno dowiedział się, co oznacza skrót MCO. Międzywydziałowe Centrum Operacyjne – taką nazwą ochrzczono zespoły oficerów i detektywów z różnych wydziałów, którym przydzielano prowadzenie jednej, konkretnej sprawy. A zbyt wielu ludzi w jednym miejscu to doskonały przepis na chaos. Benny przyzwyczaił się do pracy z co najwyżej jednym partnerem albo do działania w pojedynkę, zwłaszcza w ciągu minionego roku, odkąd przydzielono go do biura Afriki.

Westchnął głośno. Nadal nie miał bladego pojęcia, dlaczego generał przeniósł go do Sokołów.

Sięgnął do teczki, by wyjąć z niej zdjęcia z miejsca zbrodni. Układał je na biurku kolejno, równymi rzędami.

Kolorowe ujęcia Hanneke Sloet leżącej na wyłożonej płytkami podłodze obok pojedynczego okrągłego filara. Czerwonoczarna krew kontrastowała mocno z białą suknią bez rękawów i jasnoszarą posadzką. Ofiara leżała na plecach, prawą rękę trzymała na ciele. Dłoń spoczywała na ranie brzucha. Do samego końca usiłowała tamować potworne krwawienie.

Lewą rękę miała wyprostowaną, dłoń otwartą.

Jej głowa opierała się potylicą o pokrytą krwią posadzkę, ciemne włosy zasłaniały oczy i nos, ale usta wciąż były widoczne. Ciemnoczerwona szminka na jej pełnych wargach niewiele się różniła barwą od zaschniętej krwi.

Kobieta była bosa, suknię miała lekko podwiniętą, nogi wystawały spod niej aż do połowy ud.

Benny widział tylko jedną ranę, tuż poniżej i nieco na prawo od serca.

Pragnąc wczuć się w to miejsce, oglądał uważnie kolejne ujęcia. Apartament wyglądał na nowy, architektura modernistyczna, wszystkie ściany i filar idealnie białe, lśniące podłogi w odcieniach szarości, okna wielkie, pozbawione zasłon. Widział za nimi przestronny balkon i niezwykle barwną panoramę Bo-Kaap i Signal Hill.

Sloet leżała w przestronnym pokoju. Za nią, na środku pomieszczenia Griessel zauważył białą kanapę i dwa fotele, kanciaste, stylowe. Ustawiono je na białym włochatym dywanie. Na ścianie za nimi wisiał wielki nieoprawiony obraz, jedna z tych modernistycznych prac, których Benny nie rozumiał. Plątanina biało-szarych pasów i kształtów przypominająca nieco zdjęcie zrobione wzburzonemu morzu. Na jedynym szklano-chromowanym regale stała wieża hi-fi i dwie niewielkie kolumny.

W narożniku dalszym od miejsca, w którym spoczywało ciało ofiary, zauważył kręte schody prowadzące na wyższy poziom – ich stopnie wykonano z lśniącego jasnobrązowego drewna, a wąskie poręcze zrobiono ze stali nierdzewnej.

Przy oknach stał biały teleskop na trójnogu, obiektyw był skierowany na wieżowce centrum.

Za filarem Griessel zauważył skromną wnękę kuchenną – ją także wykończono w nowoczesnym stylu, wszystkie szafki miały drzwiczki z oliwkowozielonego półprzezroczystego szkła, pomiędzy nimi widać było chromowany prostokąt lodówki.

Drzwi wejściowe znajdowały się trzy metry w lewo od kuchni i cztery metry od miejsca, w którym spoczywało martwe ciało Hanneke Sloet.

Benny przeniósł wzrok na ostatni rząd zdjęć, przedstawiający wygląd obu sypialni. Lokatorka nocowała w większej z nich, to dało się zauważyć już na pierwszy rzut oka. Niemal wszędzie panował idealny porządek. Szerokie dwuosobowe łóżko stało na kwadratowej białej platformie. Nakryto je śnieżnobiałą lnianą pościelą, tylko dwie małe poduszki miały ciemnobrązowe powłoczki, aby całość pasowała kolorystycznie do szafek nocnych.

Biurko. Szeroki biały blat oparty na dwóch kozłach. Tylko na nim widać było ślady użytkowania tego pomieszczenia: laptop, kilka teczek z dokumentami – jedna z nich jest otwarta, obok wieczne pióro ze zdjętą nasadką. Kieliszek czerwonego wina, w trzech czwartych opróżniony, iPhone. Brązowy fotel z wysokim oparciem został odsunięty, lekko przekręcony. Brązowa lampa stojąca po lewej nadal jest włączona.

Druga sypialnia była nieco mniejsza. Pojedyncze łóżko bez pościeli, na nim zamknięte wciąż kartony. Pusty biały regał, dwa zwinięte perskie dywany.

Griessel sięgnął po gruby skoroszyt i położył go przed sobą, na zdjęciach. Jak każda z podobnych policyjnych teczek na dokumenty także ta miała trzy przegródki. W pierwszej, oznaczonej literą A, mieściły się wywiady, raporty, zeznania oraz zdjęcia. W drugiej była korespondencja między policją a firmami i osobami związanymi z ofiarą, takimi jak banki czy pracodawcy. Ostatnia zawierała dziennik dochodzenia sporządzony na formularzach SAPS5, w którym można było znaleźć chronologicznie uporządkowane informacje na temat dokumentów z kieszeni A.

Griessel przekartkował akta, szukając raportu patologa. Odetchnął z ulgą, gdy zobaczył, że autopsję przeprowadził profesor Phil Pagel. Był to jeden z najrozsądniejszych lekarzy, jakich znał, w dodatku wszechstronnie wykształcony i bardzo doświadczony.

Poza tym Pagel wiedział, jak spisuje się raporty, by detektywi mogli je potem przeczytać ze zrozumieniem i wykorzystać zawartą w nich wiedzę. Na początku umieszczał podsumowanie, które ułatwiało życie prowadzącemu dochodzenie oficerowi – był to bardzo przejrzysty tekst, zrozumiały, podzielony na czytelne podpunkty. Rzeczowe wyjaśnienia spisano krótkimi zdaniami.

Griessel zaczął czytać.

– Czas zgonu: pomiędzy 20:00 a północą we wtorek 18 stycznia. Najprawdopodobniej około 22:00.

– Przyczyna zgonu: duży upływ krwi spowodowany zadaniem rany kłutej brzucha. Uderzenie zadano od przodu, rozcięcie znajduje się około 8 mm nad czwartym żebrem, 20 mm na lewo od mostka (gladiolus). Ostrze przebiło lewy płat wątroby i inferior vena cava (tętnica odprowadzająca ubogą w tlen krew z dolnej części ciała w kierunku serca), docierając do kręgu T7.

– Patologia rany i broń: wstępne badanie wskazuje na użycie przedmiotu o spiczastym zakończeniu (kąty sztychu równe) i dwustronnym asymetrycznym ostrzu (przekrój romboidalny?). Ostrze musiało być proste. Prawdopodobne wymiary użytej broni: szerokość 6,5 do 7,5 cm, grubość 1,5 cm, długość powyżej 20 cm (na skórze brak otarć po kontakcie z jelcem albo osłoną rękojeści). Kąt uderzenia 85 do 105°, przy założeniu, że ofiara była wyprostowana.

– Pojedyncza śmiertelna rana i brak śladów walki sugerują bardzo szybkie działanie sprawcy, wyjątkową ostrość broni albo mieszaninę obu tych czynników (na przykład atak z zaskoczenia). (Broń domowego wyrobu? Sagaj? Ozdobny sztylet? Może miecz?)

– Patologia rany i podejrzany: napastnik był wyższy od ofiary o dwadzieścia do nawet czterdziestu centymetrów (sugeruje to wielkość broni, kąt uderzenia i siła potrzebna do zadania takich obrażeń). Brak innych obrażeń i nieznajomość rodzaju broni uniemożliwia dalsze spekulacje.

Zanieczyszczenia rany: brak.

Brak oznak napaści na tle seksualnym.

Mając te informacje w pamięci, Griessel raz jeszcze przyjrzał się zdjęciom z miejsca zbrodni. Pchnięto ją tylko raz. Leżała cztery metry od drzwi, na rękach nie miała żadnych otarć, które świadczyłyby o tym, że próbowała się bronić.

Brygadier powiedział, że nic nie wskazywało na włamanie. Pagel stwierdził, że ofiara nie została wykorzystana seksualnie – czyli nie znalazł w pochwie nasienia i charakterystycznych otarć.

Zastanawiał się, kto odkrył zwłoki? I jak działała ochrona budynku?

Kartkując część A w poszukiwaniu raportów na ten temat, trafił na kopertę formatu C4, wciśniętą za album ze zdjęciami. Ktoś napisał na niej błękitnym atramentem tylko jedno słowo: Sloet.

Otworzył ją i wyjął zawartość.

Trzy wielkie kolorowe odbitki z wizerunkami żyjącej Hanneke Sloet.

Zainteresowały go do tego stopnia, że natychmiast zapomniał, czego szukał.

Wszystkie zdjęcia zrobiono w atelier, z wykorzystaniem profesjonalnego oświetlenia. Na pierwszym było widać tylko głowę Sloet, prawe ramię i fragment ręki. Miała na sobie cieniutką białą suknię, odcinającą się mocno od gładkiej opalonej skóry na ramieniu. Głowę przechylała w prawo, spoglądając w dół. Oczy miała przymknięte, a lewa strona jej twarzy niknęła w cieniu, uwypuklając wydatne usta i silnie zarysowaną kość policzkową. Na twarz opadł jej kosmyk ciemnych włosów, sięgając aż do brody. Ramię i ręka były bardzo kobiece, choć umięśnione. Szare tło miało interesującą teksturę, na której trudno było skupić wzrok.

Znakomita fotografia.

Ta kobieta była śliczna i wiedziała o tym. Cieszyła się z tej urody, co dało się zauważyć na tym zdjęciu.

Drugie ujęcie pokazywało także cały jej tors. Głowę opuściła lekko, spoglądała ciemnymi oczyma prosto w obiektyw aparatu. Uśmiechała się delikatnie, odsłaniając przerwę pomiędzy górnymi jedynkami. Włosy miała upięte do tyłu. Cienka opięta bluzka bez kołnierzyka pozwalała dostrzec jej wydatny biust.

Trzecia fotografia była aktem. Mrocznym, artystycznym. Wysmakowanym. Tło tym razem było czarne jak smoła, światła ustawiono po prawej i za modelką, którą upozowano na boku, dzięki czemu widać było tylko jej policzek, czubek nosa, wielki kolczyk, szczupłą szyję, ramię, jedną krągłą pierś z wyraźnie zarysowanym sutkiem, biodro i zarys nóg.

Benny podejrzewał, że zdjęcia te zrobiono stosunkowo niedawno, wyglądała na nich bardzo dojrzale, a miała, jeśli wierzyć śledczym, trzydzieści trzy lata.

Ułożył fotografie obok siebie. Przyjrzał im się raz jeszcze. Czym kierowała się Sloet, wyrażając zgodę na taką sesję? Ile czasu potrzebowała, by umówić się z odpowiednim fotografem, dobrać ciuchy, a potem pozować do zdjęć? Była przecież poważną kobietą, korporacyjnym prawnikiem.

No i te piersi. Nienaturalnie wielkie i doskonałe, jakby zostały chirurgicznie ulepszone.

Komu chciała nimi zaimponować? zastanawiał się Benny. Dla kogo były te zdjęcia?

Siedział przy biurku, gapiąc się na fotografie, zafascynowany wizerunkami martwej dzisiaj kobiety.

Z odrętwienia wyrwał go sygnał komórki, nieoczekiwany i ostry.

Wrócił do rzeczywistości z poczuciem winy, rozglądając się za telefonem. Znalazł go w kieszeni marynarki wiszącej na oparciu krzesła. Na ekraniku zobaczył jedno słowo: ALEXA.

Kurwa. Powinien do niej zadzwonić. Spojrzał na zegarek. Dochodziła jedenasta.

– Alexa, tak mi przykro... – zaczął.

– Nie jestem Alexa – usłyszał zagniewany męski głos. – Kazała mi do pana zadzwonić i poprosić, żeby ją pan stąd zabrał.

– Co się stało?

– Jest pijana, proszę pana. Schlała się w trupa.

5

Truchtał do samochodu z aktami w rękach i poczuciem, że to wszystko jego wina. Najpierw narobił jej wstydu, potem zostawił i nie powiedział nawet dlaczego. Nie piła od stu pięćdziesięciu dni, a on wpędził ją ponownie w nałóg.

Rzucił teczki na tylne siedzenie bmw 130i, a potem trzasnął drzwiami, wściekły jak wszyscy diabli, usiadł za kierownicą i ruszył z piskiem opon.

Powinien wiedzieć, że Alexa sięgnie po alkohol. Miała przecież ogromną tremę, a ten wieczór był dla niej czymś w rodzaju pierwszego wyjścia na scenę. Po wielu latach miała spotkać się z innymi muzykami, by znów znaleźć się w centrum zainteresowania mediów. Mógł o tym pomyśleć, mógł bardziej kontrolować język i zachowanie. Mógł też powiedzieć brygadierowi, że nie może przyjechać natychmiast, ponieważ najpierw musi odwieźć Alexę do domu. Ale nie, jedyne co miał w głowie, to własne upokorzenie. Był pieprzonym, durnym krawężnikiem.

Co z nim jest nie tak?

Przez głowę przemknęło mu ostrzeżenie doktora Barkhuizena: „Uważaj, Benny, nie pijesz dopiero od niecałego roku. Para alkoholików... to podwojenie ryzyka”.

Griessel protestował, twierdząc, że są jedynie przyjaciółmi, że będzie ją wspierał, zachęcał, przyprowadzał na spotkania grupy AA, lecz doktor kręcił tylko głową, powtarzając: „Uważaj”.

I jak ją dzisiaj wsparł?

Powinien słuchać doktora, który wiedział, że to pieprzenie o przyjaźni jest zwykłą zasłoną dymną. Widział przecież, że Benny coraz bardziej zadurza się w Aleksie.

A ona we mnie, dodał w myślach.

I co teraz? Wszystko spieprzył. Konkursowo.

Dlaczego zawsze musiał coś zepsuć? Dlaczego jego życie nie mogło być proste. Nawet przez jeden jebany dzień. Miał czterdzieści pięć lat, osiągnął wiek, w którym mężczyzna powinien uzyskać wewnętrzny spokój, nabrać rozsądku. Wiek pozwalający na poukładanie wszystkich spraw. Ale nie on. Jego życie wciąż było chaotycznym wirem. Nieustannym proszeniem się o kłopoty, wieczną walką o swoje. Nie mógł przecież wygrać, za każdą pokonaną przeszkodą pojawiała się następna, nie pozwalająca mu iść naprzód.

Dopiero oswajał się z rozwodem, próbował zaakceptować fakt, że z Anną nic go już nie łączy. Że to koniec, totalny i nieodwracalny. Do tej pory nie potrafił zrozumieć, jak ona mogła związać się z tym prawnikiem. Z pieprzonym adwokaciną. Pracował jednak nad sobą, do kurwy nędzy, próbował przynajmniej.

Musiał płacić alimenty, a do tego łożyć na studia Carli, ale jakoś to znosił, choć czuł, że jest oskubywany bardziej niż była żona, choć powinni dzielić się tymi kosztami po równo.

Harował przez kilka ostatnich tygodni, by wpasować się w nowy wydział. Poznawał nowych ludzi, nowe struktury, nowe stopnie. Wszystko się pozmieniało od czasu, gdy uprzednio pracował w policji. Wszystko prócz jego rangi, kapitan pozostał bowiem kapitanem. To również musiał zaakceptować.

Kolejną zmianą, do której musiał przywyknąć, były kontakty z dziećmi. Jego córka Carla studiowała dramaturgię w Stellebosch. Dramaturgię, jakby mieszkanie z policjantem alkoholikiem i borykanie się z rozwodem rodziców nie było wystarczającym dramatem. Dramaturgia. Gdzie ona znajdzie pracę po tych studiach? A jego syn Fritz może nie ukończyć Matric, ponieważ woli grać na gitarze w zespole Jacka Parowa. Jack Parow. Hip-hop, rap, czy jak to cholerstwo się tam nazywa, jest przecież czymś gorszym niż policyjna robota. Co jednak mógł na to poradzić? Fritz miał talent – Jack sam przyszedł do niego z propozycją grania w jego kapeli. Benny pogodził się więc z faktem, że świat nie jest już taki sam, że dzieci mają teraz prawo wyboru, że zupełnie inaczej podchodzą do kariery zawodowej.

Pogodził się z wieloma rzeczami, pragnąc wyprostować własne sprawy.

Wystarczyła jedna noc, by wyszedł na kompletnego durnia przed trzema osobami, które tak bardzo cenił: Antonem Goosenem, Lize Beekman i Alexą Barnard. Nie mówiąc o wpędzeniu tej ostatniej w szpony alkoholizmu.

Z tym, że spierdolił wszystko, także musi się pogodzić.

To ostatnie zdanie pozostało w jego głowie dłużej i nagle zrozumiał: wszystko przez przeklinanie. Jego upadek zaczął się od przeklinania. Musiał z tym skończyć, tutaj i teraz. Od tej pory wyraża się kulturalnie. Koniec. Aż do grobowej deski. Skoro przestał pić, może też, do kurwy nędzy, przestać przeklinać.

A jutro, gdy Alexa wytrzeźwieje, wytłumaczy jej, dlaczego sprawa Sloet jest tak ważna, i poprosi o wybaczenie. Każe jej też zadzwonić do tamtych dwojga i powiedzieć, że jego reakcja to wynik ogromnego podziwu dla nich i zdenerwowania. Może nie był pierwszym, który tak skrewił. Może innym także się to zdarzało.

Moment później przypomniał sobie, jak pięknie wyglądała, gdy byli u niej w domu, a on miał nadzieję, że wszystko pójdzie jak trzeba. Prychnął gniewnie, wściekły na siebie, na cały świat, gnając przekazanym mu bmw po autostradzie N1. Dlaczego życie musi być tak ku... A niech to! Dlaczego życie musi być tak porypane?

Nie spodobało mu się to nowe określenie.

Zatrzymał się przed Artscape. Zadzwoniła jego komórka. To pewnie znowu manager centrum, w sprawie Alexy. Odebrał pospiesznie, by powiedzieć, że już dotarł na miejsce.

– Griessel.

– Kapitanie, mówi Tommy Nxesi z Green Point – rozmówca przedstawił się lekko drżącym głosem.

Benny potrzebował chwili, by go umiejscowić. To policjant prowadzący pierwsze dochodzenie w sprawie Sloet.

– Słucham, Tommy.

– Czy jestem panu nadal potrzebny?

– Nie... – Nagle zdał sobie sprawę z tego, że ten detektyw na polecenie Afriki wciąż czekał na telefon od niego. – Wybacz, Tommy. Powinienem wcześniej dać ci znać... – Griessel wrócił myślami do tego, co go teraz czeka, do Alexy. – Nie musisz tam dłużej siedzieć... Porozmawiamy jutro.

– Jeśli dobrze rozumiem, nie będzie mnie pan potrzebował tej nocy?

– Nie.

– OK – Nxesiemu ulżyło.

– Dzięki za wszystko – w tym momencie przypomniał sobie, że chciał obejrzeć miejsce zbrodni. – Tommy, masz nadal klucze do apartamentu Sloet?

– Mam, ale nie przy sobie.

– Spokojnie, nie są mi teraz potrzebne. Możemy się tam rozejrzeć jutro rano? Ty wiesz wszystko o tej sprawie – dodał pospiesznie, wiedząc, co Nxesi może sobie pomyśleć, w końcu obaj jechali na tym samym wózku. – Chciałbym zapytać, co ty o tym myślisz.

– Jasne, kapitanie. O której?

– Dziewiąta pasuje?

– Zatem do zobaczenia na miejscu, kapitanie.

Griessel schował telefon do kieszeni. Czas wziąć się w garść.

Doznał szoku, gdy zobaczył Alexę w biurze managera. Makijaż miała rozmazany, włosy zwisały jej na twarz, dekolt sukni zjechał za daleko, jeden sandał leżał na podłodze, drugi miała jeszcze na stopie. Siedziała na fotelu, oparta łokciami o szeroko rozstawione uda. Chwiała się mocno przy każdym poruszeniu.

– Alexa...

Podniosła wolno głowę. Widział, że jest zalana w trupa. Z trudem skupiała na nim wzrok. Po chwili poddała się i spróbowała wstać, ale nie zdołała. Zaczęła płakać.

Podszedł do niej, pomógł podnieść się z fotela, próbując jednocześnie poprawić jej suknię. Moment później zarzuciła mu ramiona na szyję i zawisła na nim bezwładnie. Pachniała mieszaniną alkoholu i perfum.

– Już jestem – szeptał, obejmując ją ręką w pasie. – Wybacz.

Jej policzek opierał się o jego kark, poczuł na skórze gorące łzy.

– Jestem... – wymamrotała z trudem. – Jestem skończona, Benny.

– Nieprawda – odparł.

Manager minął ich, podniósł sandał z podłogi, potem sięgnął po niewielką torebkę przewieszoną przez poręcz fotela. Podał obie rzeczy Griesselowi. But trzymał dwoma palcami, krzywiąc się przy tym z odrazą, jakby uważał, że może się czymś zarazić.

Benny z trudem odebrał przedmioty. Alexa wpiła się w niego jeszcze mocniej.

– Chodź – poprosił. – Zabiorę cię do domu.

W samochodzie mamrotała coś niezrozumiale, oparta głową o boczną szybę.

– Intruz, Benny. Tym dla nich jestem... oni wiedzą... – zmagała się z torebką, wyjęła z niej papierosy, ale zapalniczka wyślizgnęła jej się z ręki.

Czuł wyrzuty sumienia, gdy na nią spoglądał, ponieważ to była jego wina. Szukał słów, którymi mógłby ją ukoić, ale zdobył się jedynie na zwykłe przeprosiny.

– Tak mi przykro.

Wybąkał je tak cicho, że nie mogła go usłyszeć. Walczyła w tym czasie o odzyskanie zapalniczki, gmerając palcami po dywaniku, zaraz się jednak poddała i opadła ponownie na oparcie fotela.

– Przejrzeli mnie – powtarzała te słowa w kółko, użalając się nad sobą z pijacką ckliwością.

Zadzwonił jego telefon. Griessel sięgnął po niego, myśląc: Jissis, a to kto znowu?

– Benny, tu John Afrika. Cloete przekazał mi, że na czternastej stronie „Weekend Argus” pojawi się krótki artykulik, wrzucą go także do wydania internetowego. Za późno się do nich zgłosiliśmy. To i tak cud, że tyle zdołaliśmy wytargować, mówię ci, Benny. Dzwonię, żeby ci przekazać, że musisz coś znaleźć. Daj z siebie wszystko.

– Dobrze, generale.

– OK, Benny. – Afrika rozłączył się.

– Przejrzeli mnie – wymamrotała Alexa.

Zaparkował przed jej domem, potem poszukał kluczy w torebce i wysiadł.

– Nie zostawiaj mnie! – zawołała piskliwym głosem.

Wrócił do samochodu.

– Nie zostawię cię. Idę otworzyć drzwi.

Spojrzała na niego, jakby nie zrozumiała ani słowa.

– Jestem alkoholiczką, wiesz.

Skinął głową, wysiadł po raz drugi, podszedł szybko do frontowych drzwi i otworzył je. Wrócił truchtem do bmw, by otworzyć wóz od strony pasażera.

– Wejdźmy do domu. – Nie odpowiedziała. Siedziała tam po prostu, kiwając się na boki. – Alexa, proszę.

Podniosła wolno rękę. Pochylił się, a ona chwyciła go za szyję, by pomógł jej wstać i wysiąść. Z trudem trzymała się na nogach. Przeciągnął ją za furtkę, potem wprowadził na werandę. Za drzwiami długo szukał kontaktu, a gdy światło w końcu się zapaliło, ruszył w kierunku schodów. Wchodzili na piętro wolno, w pewnym momencie zgubiła drugi sandał – stoczył się dwa stopnie w dół. Dotarli do korytarza, a chwilę później do sypialni. Usadził ją na łóżku. Przewaliła się od razu na bok, lądując głową na narzucie. Włączył kinkiety, a potem stanął, nie mogąc zdecydować, co powinien teraz zrobić.

Powinien wrócić po jej torebkę i zamknąć samochód.

Poruszyła ustami, mamrocząc coś niezrozumiale.

– Alexa...

Przysunął się bliżej, by lepiej słyszeć, ale ona nie mówiła. Śpiewała. To był utwór, który przyniósł jej sławę. Soetwater – Słodka woda. Nuciła cichutko, niemal bezgłośnie, a mimo to idealnie, melodyjnie, charakterystycznym, unikalnym głosem.

Szklaneczka pełna promienia,

Puchar wypełniony deszczem,

Dolej doń słodką wodę.

Dodaj szczyptę uwielbienia,

Dopraw to wszystko cierpieniem,

Wypij słodką wodę.

– Idę zamknąć samochód – rzucił.

Nie odpowiedziała.

Spieszył się. Na schodach przypomniał sobie, że kiedy ostatni raz się spiła, próbowała popełnić samobójstwo. To było zaraz po śmierci męża.

Będzie musiał zostać z nią tej nocy.

Zabrał torebkę, papierosy i zapalniczkę, potem sięgnął po stos dokumentów, zamknął bmw i potruchtał z powrotem.

Przy jej minimalnej pomocy zdjął wielkie kolczyki i odłożył je od razu na szafkę nocną.

– Spróbuj się przespać – poprosił.

Spojrzała na niego nieco trzeźwiej. Rozchyliła lekko usta. Uniosła ręce, splotła palce na jego karku, podciągnęła się i pocałowała go. Poczuł wilgoć warg i posmakował znajdującego się na języku alkoholu. Pociągnęła go w dół, na łóżko.

Położył jej dłonie na ramionach, potem odsunął się delikatnie.

– Nawet ty mnie nie chcesz – załkała.

– Chcę – odparł. – Ale nie w taki sposób.

W końcu opadła na poduszki. On w tym czasie ułożył jej nogi na pościeli. Odwróciła się do niego plecami. Obszedł łóżko, by nakryć ją narzutą.

Postał tam jeszcze chwilę, wsłuchując się w jej oddech. Zasnęła po około dziesięciu minutach. Spojrzał na zegarek. Dziesięć po dwunastej. Zaczęła się niedziela.

DZIEŃ DRUGI
Niedziela
6

Pracował nad dokumentacją do wpół do trzeciej.

Siedział w sypialni u boku Alexy, marynarkę zawiesił na haczyku przybitym do drzwi, koszulę rozpiął i podwinął rękawy. Przysiadł na krzesełku przed toaletką, rozłożył na niej grubą teczkę z dokumentami i zaczął je przeglądać. Długo nie mógł się skoncentrować na pracy, ponieważ jego myśli krążyły wokół Alexy. Przejrzeli mnie. Dlaczego tak uważała? Widział ją przecież tego wieczora podczas przyjęcia, wiedział więc, z jaką gracją się poruszała, jak imponująco wyglądała, jak łatwo wczuwała się w atmosferę dawnych czasów.

Została okaleczona, uznał w końcu. Zwątpieniem we własne siły, życiem w braku poczucia bezpieczeństwa i pragnieniem odniesienia sukcesu. Została skrzywdzona przez człowieka, który ją zdradzał, a potem zginął. Nade wszystko zniszczyło ją picie. Jeśli nie wytrzymasz, jeśli wyrzucisz w błoto cztery miesiące trzeźwości, ale zrozumiesz, na czym polega twój błąd, zdasz sobie sprawę z własnej słabości. A to pozwoli ci się podnieść raz jeszcze...

Leżała na łóżku, nucąc Soetwater, a on cierpiał, ponieważ wyczuwał w jej głosie tęsknotę za czasami, w których wszystko układało się jak najlepiej. Wiedział wszakże, że to już przeszłość, do której nie da się wrócić, choćby człowiek stawał na głowie. Dlatego właśnie miał ochotę zapłakać razem z nią.

Tych ran nic nie zdoła zaleczyć.

No i ten smak alkoholu w jej ustach. Boże, jak pragnął go zakosztować raz jeszcze. Gdy go całowała, nie myślał o seksie, poczuł za to nieodparte pragnienie sięgnięcia po butelkę, by trafić tam gdzie ona, w miejsce gdzie wszystko jest obłe i miękkie, i gdzie nie sposób się zranić.

Wtedy w jego głowie rozbrzmiała syrena alarmowa: wkraczasz, człowieku, na drogę ku zatraceniu.

„Uważaj, Benny, nie pijesz dopiero od niecałego roku. Para alkoholików... to podwojenie ryzyka”.

Doktor Barkhuizen był bardzo mądrym człowiekiem. Griessel powiedziałby mu jednak, że tej nocy doznał zupełnie innego olśnienia. Stało się to w chwili, gdy nakrywał Aleksę kapą. Poczuł silne déjà vu, ponieważ przeżył już coś takiego, ale wtedy to on był pijany, a kocem otulała go kochająca i wybaczająca, była już żona, Anna. Ile razy to robiła? Ile wieczorów i nocy to trwało? Jakim cudem wytrzymała z nim tak długo?

Odraza, którą poczuł do siebie, ścisnęła go za gardło. Aby ją zwalczyć, musiał wrócić do pracy.

Hanneke Sloet urodziła się 18 czerwca 1977 roku w Ladybrand na terenie prowincji Wolne Państwo. Ukończyła uniwersytet Stellenbosch w 1999 roku, a w 2001 zaczęła pracować dla kancelarii Silberstein Lamarque, najpierw jako praktykantka, a po roku otrzymała stanowisko pełnomocnika w wydziale prawa korporacyjnego. W 2009 roku została awansowana do grona wspólników.

Do grudnia minionego roku mieszkała samotnie w Stellenbosch. Codziennie dojeżdżała samochodem do siedziby kancelarii mieszczącej się przy ulicy Riebeeck w Kapsztadzie, gdzie miała biuro na siódmym piętrze. Dziesięć miesięcy temu nabyła mieszkanie w apartamentowcu 36-on-Rose za pożyczone w Nedbanku trzy miliony osiemset pięćdziesiąt tysięcy randów. Budowa skończyła się w grudniu, dlatego dopiero trzeciego stycznia mogła przeprowadzić się na czwarte piętro nowiusieńkiego budynku.

W chwili gdy została zamordowana, nie miała stałego partnera.

We wtorek osiemnastego stycznia opuściła biuro w kancelarii Silberstein Lamarque o godzinie dziewiętnastej czterdzieści sześć, co potwierdzały zapisy monitoringu i odczyty użytej karty dostępu. Gdy nie pojawiła się następnego dnia na spotkaniu z przełożonym, jej asystentka zaczęła się niepokoić „ponieważ Hanneke nigdy się nie spóźniała. W każdy dzień roboczy pojawiała się o piątej czterdzieści pięć na siłowni, a półtorej godziny później przychodziła do biura”. Tak w każdym razie zeznała, i to pod przysięgą.

„Zadzwoniłam na komórkę, ponieważ nie zainstalowano jej jeszcze normalnej linii telefonicznej. Nie odebrała. Zdziwiłam się, ponieważ nie zdarzyło się to nigdy wcześniej. Udałam się na spotkanie z panem Pruisem sama, a potem o godzinie dziewiątej czterdzieści opuściłam kancelarię i pojechałam do jej apartamentu. Drzwi były zamknięte, więc zeszłam do podziemi i sprawdziłam, czy jej samochód nadal stoi na miejscu parkingowym. Dopiero o dziesiątej dwadzieścia udało mi się znaleźć dozorcę, odmówił mi wszakże otwarcia apartamentu. Zadzwoniłam więc do biura, a pan Pruis skontaktował się ze znajomymi z policji. Dwaj funkcjonariusze pojawili się przed apartamentem o godzinie jedenastej i kazali dozorcy otworzyć drzwi. Znaleźliśmy ją martwą”.

Mundurowi sprawdzili, czy Sloet nie żyje, potem opuścili budynek, by powiadomić komisariat Green Point o morderstwie. Chorąży Tommy Nxesi i jego kolega sierżant Vernon April pojawili się na miejscu zbrodni o jedenastej trzydzieści pięć. To oni wezwali specjalistów medycyny sądowej i patologa.

Technicy dostarczyli tylko dwie istotne informacje: klamka przy drzwiach wejściowych została wytarta z zewnątrz i od wewnątrz, a pod prysznicem znaleziono pojedynczy męski włos łonowy, na pewno nie należący do właścicielki mieszkania. Cebulka była jednak zbyt mocno uszkodzona, by można wyekstrahować z niej DNA.

W pozostałych pomieszczeniach znaleziono odciski palców należące do dziesięciu osób... Raport sugerował, że mogło to mieć związek z „przeprowadzką z dnia 3 stycznia, ponieważ tragarze dotykali wszystkich mebli i kartonów, wnosząc je do apartamentu”. Sześć z nich zidentyfikowano. Należały do Hanneke Sloet, dozorcy, który tydzień wcześniej przyszedł naprawić cieknący kran, oraz czterech pracowników firmy przeprowadzkowej, których zdołano namierzyć. Na kieliszku w sypialni i na komputerze znajdowały się wyłącznie odciski ofiary.

„Analiza śladów krwi wskazuje, że Sloet została zaatakowana około 3,8 metra od drzwi wejściowych i 0,6 metra od miejsca, w którym ją znaleziono”.

I to wszystko. Żadnych pyłków, grudek ziemi albo śladów. Żadnych odcisków warg, resztek, dziwnych chemikaliów. Nic, z czego można pobrać DNA.

Sprawdzenie profilu Hanneke na Facebooku, przejrzenie jej komputera i komórki także niczego nie przyniosło. Większość e-maili i SMS-ów z feralnego dnia dotyczyła pracy. Wyjątek stanowiły rozmowy z dwiema przyjaciółkami i przerwane szybko połączenie z telemarketerem. W ciągu ostatnich dziesięciu miesięcy nie doszło do żadnego kontaktu z Eganem Rochem, mężczyzną, z którym ofiara była kiedyś związana na poważnie. Potwierdzało to także jego zeznanie. „Od chwili gdy zerwaliśmy, minął niemal rok. Od tamtej pory nie utrzymywaliśmy żadnych kontaktów”.

Griessel zaczynał rozumieć, dlaczego pierwsze śledztwo nie przyniosło efektów. Wszyscy przesłuchiwani śpiewali tę samą piosenkę: „Nie znam nikogo, kto chciałby ją skrzywdzić”.

Musiał poskładać jej życie zawodowe z zeznań kilku kolegów. Hanneke Sloet w chwili śmierci domykała trwające trzynaście miesięcy negocjacje handlowe pomiędzy Ingcebo Resources Limited a Gariep Minerals Limited. Pierwsza z tych firm zamierzała odkupić mniejszościowy pakiet akcji drugiej. W skład zespołu pracującego nad tą umową oprócz niej wchodziło sześcioro pracowników kancelarii Silberstein Lamarque, a także konsultanci, przedstawiciele czterech banków oraz dwóch innych firm prawniczych.

„Jesteśmy kancelarią prawną reprezentującą interesy banku SA Merchant”, czytał Griessel w zeznaniu niejakiego Hannesa Pruisa, dyrektora Silberstein Lamarque. „Zajmujemy się doradztwem i przygotowywaniem umów. Głównie harujemy przy uzgadnianiu treści zawieranych kontraktów. Administracyjna robota. Hanneke była jednym z naszych sześciu wspólników”.

Wyglądało na to, że w tej pracy Sloet nie musiała ryzykować, nie miała też sekretów i nie zajmowała się żadnymi sensacjami.

Analiza wyciągów bankowych utwierdziła Benny’ego w przekonaniu, że Sloet była dobrze zarabiającą kobietą, która wiedziała, jak wydawać pieniądze. Jej finanse były jednak przejrzyste, więc nie znalazł w nich niczego godnego uwagi.

Dwadzieścia po drugiej był już zbyt zmęczony, by móc skupić się na pracy. Zebrał wszystkie dokumenty i schował je ostrożnie do teczki. Potem stanął w drzwiach sypialni Alexy i zaczął nasłuchiwać. Spała. Załatwił się w łazience dla gości, potem umył ręce i twarz. Wrócił do pokoju, zamknął za sobą drzwi i rozebrał się. Ustawił budzik w komórce na siódmą i w końcu opadł ciężko na łóżko. To był długi dzień.

Ale jego mózg wciąż pracował.

W tych aktach było coś, co nie dawało mu spokoju. Nic konkretnego, raczej chodziło o wrażenie. Prowadzący tę sprawę robili wszystko jak w podręczniku. Zajrzeli tam, gdzie powinni, przesłuchali, kogo trzeba. I nic więcej. Nic na nosa. Zero intuicji. Wiedział, jak prowadzi się takie sprawy, człowiek szybko popada w rutynę, zaczyna od najbliższych ofiary, a gdy to nie daje efektu, stopniowo rozszerza krąg poszukiwań. Robi to, dopóki nie poczuje tropu, podejrzenia, fałszywej nuty i nie zacznie kopać głębiej, skupiać się, naciskać. W dziewięciu przypadkach na dziesięć trafi w dziesiątkę.

To właśnie działa instynkt.

Tego mu brakowało w aktach sprawy Sloet. Problemy detektywów wynikały po części ze szkoleń; wmawiano im na nich, że powinni skupiać się na ustaleniach techników i sprzęcie. Intuicja już się nie liczyła. Drugim istotnym elementem był brak doświadczenia. Takie sprawy dostawali zazwyczaj młodzi funkcjonariusze, którym kazano pracować w obcym im środowisku, pomiędzy ludźmi, których zwyczajów i języka nie rozumieli, pod naciskami ze wszystkich stron. Robili, co mogli, ale...

To nie było włamanie. Laptop i komórka zostały na biurku... Mimo że detektywi nie stwierdzili ponad wszelką wątpliwość, iż niczego nie skradziono, nic nie wskazywało na motyw rabunkowy.

A przede wszystkim nie zginęła przy drzwiach. Jej ciało leżało cztery metry od wejścia, a ślady krwi dowodziły, że została zabita co najmniej trzy metry od korytarza. Ciosem zadanym od przodu. Nie próbowała odwrócić się ani nie uciekała. Stała na wprost napastnika, nie robiąc nic, by się obronić. Nie walczyła o życie. Griessel odtworzył tę scenę w myślach, jak zawsze, choć nie miał na to wielkiej ochoty. Otworzyła drzwi. Zobaczyła, kto za nimi stoi. Cofnęła się...

Ale dlaczego się nie broniła?

Klamka od zewnątrz została starannie wytarta.

Hanneke Sloet pracowała na górze, w sypialni. To tam znaleziono jej komputer, dokumenty i kieliszek wina.

Coś tu nie pasowało.

No i te zdjęcia. Sloet zrobiła je sobie w atelier. Była na nich uwodzicielska. Naga.

Wszystko wskazywało jednak na to, że w ciągu minionego roku nie miała stałego partnera. To połączenie wydało mu się bardzo niepokojące.

Może nie miała czasu na związki? O szóstej rano trafiała na siłownię, do domu wracała zwykle po dwudziestej. W ubiegłym roku dochodziły do tego codzienne dojazdy ze Stellenbosch.

Tak, wiele osób w podobnej sytuacji unika wikłania się w związki. Dlaczego więc zadała sobie tyle trudu, by zrobić te zdjęcia? I gdzie je trzymała?