Sieci widma - Leszek Herman - ebook

39 osób właśnie czyta

Opis

Jeden prom, kilku bohaterów i wzburzone morze. Napięcie, sensacja i trudna do rozwikłania zagadka. Leszek Herman – autor bestsellerowych powieści „Sedinum”, „Latarni umarłych” oraz „Biblii diabła” – zabiera czytelnika w przygodowo-kryminalną podróż, która nie może skończyć się dobrze.

Początek czerwca. Piątek. Terminal Promowy w Świnoujściu. Dochodzi 22.45, gdy ostatni samochód znika w czeluściach ładowni, a zaraz potem zamykają się za nim stalowe wrota. Kilkanaście minut później rozlega się dźwięk syreny okrętowej i wielki biały prom odrywa się od nabrzeża…

Rejs do Ystad i rozpoczynające się wakacje splatają ze sobą losy kilkorga pasażerów. Młode małżeństwo z sześcioletnim synkiem wybiera się w sentymentalną podróż do Norwegii. Sześcioro młodych ludzi jedzie na szaloną wakacyjną wyprawę do Skandynawii. Zdesperowana młoda dziewczyna porzucona przez żonatego mężczyznę udaje się za nim w pogoń, licząc, że nie wszystko jeszcze stracone. Małżeństwo w średnim wieku płynie odwiedzić mieszkającą w Szwecji córkę. Wszyscy zostawiają za sobą na lądzie różne sprawy, różne strachy i mniejsze lub większe problemy, które i tak wkrótce dopadną każdego z nich na morzu.

Ta noc na promie miała być po prostu miła i atrakcyjna. Stała się jednak prawdziwie przerażająca – z powodu tego, co wydarzyło się tydzień wcześniej w Szczecinie, a także kilka lat wcześniej w Rotterdamie…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 595

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja:Małgorzata Burakiewicz

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Korekta:Marta Orlikowska

Zdjęcia wykorzystane na okładce

© Andrés Canchón/Unsplash

© by Leszek Herman

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2019

Ta książka jest fikcją literacką i wytworem wyobraźni autora. Wszelkie podobieństwo do realnych osób i zdarzeń jest niezamierzone i całkowicie przypadkowe.

ISBN 978-83-287-1185-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

Serce ma swoje racje, których rozum nie zna

BLAISE PASCAL, Myśli, Dział czwarty, 277

Prolog

Rotterdam,16 października 2012 r., godz. 3.24

Noc była pogodna. Jak na jesień oczywiście. Wieczorem, przed dziewiątą, padał deszcz. Na żwirowych alejkach parku przy kościele Świętego Mikołaja pojawiły się pojedyncze kałuże, a asfalt na szerokiej alei Westzeedijk, która po wojnie przecięła zrujnowane Stare Miasto, zamienił się w mokre lustro. Po północy zaczął wiać silny wiatr. Szarpał koronami kościelnego zieleńca, a w oknach, zachowanych po południowej stronie ulicy starych kamienic z czerwonej cegły, zaczęły gasnąć ostatnie światła.

Westzeedijk, biegnąca po nasypie starej grobli od średniowiecza broniącej Starego Miasta przed powodziami, przypomina dzisiaj szeroką, dwupasmową trasę komunikacyjną rozdzieloną pasmem zieleni. Oświetlają ją wysokie uliczne latarnie, a środkiem biegnie linia tramwajowa. Wielka przebudowa zamieniła tę zwykłą starą ulicę w arterię. Modernizacja miała miejsce w 1953 roku zaraz po wielkiej powodzi, która dotknęła wiele miast położonych na wybrzeżu Morza Północnego. Powódź, wywołaną ogromnym sztormem, dodatkowo powiększyły styczniowe przypływy – zniszczyła nie tylko przybrzeżne miasta i porty. Pochłonęła życie kilku tysięcy ofiar, zalała prawie dwieście tysięcy hektarów terenów Holandii, zatopiła wiele łodzi i statków, w tym wielki angielski prom Księżniczka Wiktoria, znajdujący się akurat na środku Morza Irlandzkiego.

Przyczyną tej wielkiej powodzi, która na wiele lat położyła się cieniem na całej Holandii, wywierając wpływ nie tylko na wielkie inżynieryjne projekty hydrotechniczne, ale także na kulturę i naukę kraju, był oczywiście, jak zwykle w takich sytuacjach, zbieg niefortunnych zdarzeń. Nad Irlandią zawiązał się układ niskiego ciśnienia, który, przesuwając się w kierunku Danii, generował potężne wiatry na całym Morzu Północnym. Do tego doszły styczniowe przypływy i cofki wpychające wodę w górę rzek. W efekcie poziom wody Morza Północnego podniósł się o ponad trzy metry, a gigantyczne fale wprost pożarły falochrony i wszystkie brzegowe umocnienia od wybrzeży w Norfolk i Lincolnshire w Wielkiej Brytanii aż po Danię.

Powódź z 1953 roku zapisała się w historii jako jedna z największych katastrof w dziejach świata.

Wydarzenia, które rozegrały się nocą szesnastego października, także znalazły tam swoje miejsce. I także o ich przebiegu zadecydował ciąg niefortunnych zdarzeń.

Dzielnica Museumpark, przez której środek przebiega Westzeedijk, po północy zamiera. Przy ulicy znajduje się sporo starych budynków, mieszczą się w nich biura i apartamenty. Niedaleko stoją dwa otoczone zielenią kościoły, a nieopodal rozpościera się wielki park angielski z piękną starą willą Dijkzigt. Obecnie mieści się w niej muzeum. Ulicą czasami przejeżdża nocny tramwaj lub jakiś zabłąkany samochód, ale generalnie nocą robi się tutaj cicho, a okoliczne budynki w oczekiwaniu na świt pogrążają się w ciemności.

Tuż obok prawosławnego kościoła Świętego Mikołaja stoi spory budynek o awangardowej architekturze kojarzącej się z nowoczesnym gmachem uniwersyteckim lub instytutem badawczym. Z płaskim dachem, przeszklonymi elewacjami i galeriami ukrywającymi rampy zjazdowe do części technicznej i magazynowej w przyziemiu.

O godzinie trzeciej piętnaście z głównej ulicy skręcił samochód osobowy, wyłączył światła, zanim jeszcze zdążył dojechać do długiego podjazdu pod sam front budynku. Przez chwilę stał z wyłączonym silnikiem, wreszcie drzwi się otworzyły i wysiadły z niego trzy osoby ubrane w ciemne kurtki, z nasuniętymi głęboko na twarz kapturami. Jedna z postaci została przy samochodzie, dwie podeszły do stalowych wrót i przez chwilę manipulowały przy zamku. Sylwetki, wzrost i sposób poruszania się świadczyły o tym, że byli to mężczyźni. Gdy wrota stanęły otworem, szybko wbiegli do środka i zniknęli na schodach prowadzących na wyższe kondygnacje.

Była dokładnie trzecia dwadzieścia cztery, gdy dwaj mężczyźni pojawili się ponownie. Objuczeni wielkimi torbami przebiegli przez korytarz i wyszli na zewnątrz. Bagażnik stojącego przy samych drzwiach samochodu był już otwarty. Mężczyźni wpakowali torby do środka i błyskawicznie wsiedli do auta. Po chwili samochód wyjechał z podjazdu, skręcił na główną drogę i zniknął pomiędzy budynkami Rotterdamu.

Cała akcja nie trwała nawet pięciu minut. Mimo że w budynku był alarm i kamery, a system był monitorowany przez zewnętrzną firmę ochroniarską, włamywaczom udało się z zadziwiającą łatwością obejść wszystkie zabezpieczenia.

Gdy alarm w końcu zawył, a w kilkanaście minut później na miejscu pojawili się strażnicy, złodzieje przypuszczalnie zbliżali się już do granic Holandii.

Tylko jedna kamera, właśnie ta znajdująca się przy wejściu technicznym, którym do wnętrza dostali się włamywacze, nagrała całe zdarzenie.

Dwie zakapturzone postacie wynoszące z budynku ciężkie torby, bagażnik samochodu oraz migoczącą w oddali, widoczną w otwartych drzwiach latarnię uliczną, którą przesłaniały szarpane wiatrem gałęzie rosnących obok drzew.

Rozdział 1

Droga krajowa nr 6, dwanaście kilometrów przed Goleniowem,8 czerwca, piątek, godz. 18.35

Krajowa szóstka – zaraz za węzłem, z którego na wschód biegła droga wojewódzka nr 142, potocznie zwana chociwelką, a dawniej berlinką – była dokumentnie zatkana przez posuwające się wolniutko, na pierwszym lub co najwyżej na drugim biegu, samochody. Ciągnący się przez kilka kilometrów remont nawierzchni, początek weekendu i pogoda, która wywabiła ze Szczecina spragnionych złotego piaseczku i morskiej bryzy desperatów, wygenerowały gigantyczny korek. Tkwiły w nim teraz setki samochodów.

Gdyby można było wznieść się na skrzydłach nad tę płynącą wolno rzekę wypełnionych udręczonymi pasażerami samochodów, lub przynajmniej użyć w tym celu drona, to w kolorowej dwupasmowej wstędze starych i nowych, dużych i małych, drogich i tanich aut zwróciłaby uwagę lśniąca, nieprzyzwoicie błyszcząca smoliście czarnym lakierem sylwetka sporej terenówki. Chociaż niektórzy pewnie polemizowaliby z nazwaniem tak tego modelu. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wybrałby się w teren nowym volvo XC90, którego cena utrzymywała się bezczelnie w okolicach pół miliona złotych.

Przynajmniej Mariusz by tego nie zrobił. Wystarczająco już denerwowały go wypady do galerii handlowych, gdzie wąskie miejsca parkingowe wręcz zmuszały do obtarcia sąsiednich samochodów. Chociaż był przekonany, że nawet gdyby miejsca postojowe miały szerokość toru wodnego dla transatlantyków, to i tak znaleźliby się kierowcy gotowi przywalić czymś w lakier jego samochodu. Albo obetrzeć go jakimiś torbami wypełnionymi ostrymi puszkami czy innym żelastwem. Albo grubym tyłkiem opiętym dżinsami z ćwiekami czy z jakimiś bliżej nieokreślonymi gwoździami.

Znowu przyłapał się na odwrotności pozytywnego myślenia.

Wystarczyła nawet najmniejsza negatywna inspiracja i zaczynał budować w wyobraźni całe scenariusze jakichś koszmarnych historii, w których wszyscy chcieli mu zaszkodzić, a on musiał wymyślać gamoniowatym ekspedientkom, bronić się przed aroganckimi urzędnikami i swoim szefem. Zwłaszcza przed nim.

Spojrzał w lusterko na siedzącą na tylnym siedzeniu kobietę, która utkwiła wzrok gdzieś w przestrzeni poza samochodem.

Boże, jak ona potrafiła go irytować. Zwłaszcza ostatnio, gdy wbiła sobie do głowy, że ją zdradza i od tego momentu wciąż, w każdej rozmowie, w każdej pieprzonej rozmowie, czy to wieczorem przy kolacji, czy rano przed wyjściem, gdy mówił, że wróci później, przemycała drobne kontrolne pytania. Obliczone dokładnie na to, że on gdzieś się potknie i coś przypadkiem zdradzi.

Poznali się dziewięć lat temu. Był wtedy przedstawicielem handlowym sporej firmy oferującej systemy do suchej zabudowy. Miał pod sobą cały region, czyli zachodniopomorskie, wielkopolskie i lubuskie, i praktycznie większość czasu spędzał w samochodzie. Ona pracowała jako asystentka inspektora nadzoru przy dużej inwestycji w samym centrum Szczecina, którą prowadził jeden z bardziej znanych tutejszych deweloperów. Specjalnie przyjechał na budowę, żeby wyjaśnić wątpliwości techniczne dotyczące atestów płyt cementowo-wiórowych i nie mógł oderwać wzroku od jej jasnych włosów widocznych spod białego kasku.

Wszystko potoczyło się jakoś szybko. On musiał także zrobić na niej spore wrażenie. Czemu właściwie nigdy specjalnie się nie dziwił. Wiedział, że się podoba kobietom. Wysoki, dobrze zbudowany brunet o wrodzonym uroku osobistym wyniesionym do poziomu iście mistrzowskiego dzięki szkoleniom z socjotechniki i negocjacji z klientami.

Zazwyczaj z takich wyjazdów wracał do domu do Poznania, ale tamtego dnia akurat został w Szczecinie na noc. Rano miał tutaj kolejne spotkanie, na które nie opłacałoby mu się ponownie przyjeżdżać. Zaprosił ją więc na kolację. Nie odmówiła. No i tak to się zaczęło.

Wrzucił jedynkę i podjechał kilkanaście metrów. Kuper posuwającej się przed nim skody zatrzymał się i znowu zamarli w bezruchu.

Spojrzał ponownie w lusterko. Nadal była ładna. Jej wyjątkowo kształtny biust, od którego siłą musiał odrywać wzrok na początku ich znajomości, wciąż był tak samo ponętny. Jedyne, co się zmieniło, to kilka fałdek na brzuchu i trochę zmarszczek tu i ówdzie, minimalizowanych zresztą co jakiś czas rozmaitymi profesjonalnymi zabiegami.

Mariusz urodził się w Poznaniu, właściwie pod Poznaniem, ale kilka lat nieustannego jeżdżenia po całej północno-zachodniej Polsce, ciągłe szkolenia w Warszawie skutecznie pozbawiły go jakiegokolwiek lokalnego patriotyzmu. Właściwie mógł mieszkać gdzie bądź bez specjalnej szkody dla własnych interesów. Po roku znajomości zatem podjął decyzję o przeprowadzce do Szczecina. Jako przedstawiciel handlowy zarabiał bardzo dobrze i na początku naiwnie myślał, że zaimponuje dziewczynie gestem, ale szybciutko się okazało, że pieniądze to akurat ostatnia rzecz, którą mógł jej zaimponować.

Nie, żeby była jakąś hippiską czy idealistką, po prostu w końcu wyszło na jaw, że ów deweloper, prezes Jan Urbaniak, to jej osobisty tatuś.

Gdy po kolejnym roku dostał propozycję objęcia stanowiska dyrektora technicznego, na początku oczywiście się wahał, ale kilkakrotność jego dotychczasowych zarobków i ciąża Urszuli, a także wówczas jeszcze słodko-gorzkie kłótnie na temat jego ciągłych wyjazdów w końcu go przekonały. Ula została Urszulą Urbaniak-Murawską, a jej tatuś jego szefem.

Kolejne kilkadziesiąt metrów i volvo ponownie stanęło za skodą. W oddali jednak pojawiły się wreszcie tablice informujące o końcu zwężenia drogi.

Mariusz westchnął i spojrzał jeszcze raz w lusterko wsteczne. Tym razem na śpiącego smacznie w swoim foteliku juniora. Uśmiechnął się prawie bezwiednie.

Mały pogromca kłopotów. Antidotum na stres.

Urszula kątem oka dostrzegła oczywiście uśmiech męża, gdy spojrzał na śpiącego rozkosznie Kacperka. Mariusz był bardzo dobrym ojcem. W tej materii nie miała mu nic do zarzucenia.

Nie umknęło jej także, gdy jego wzrok przesunął się po jej piersiach.

O tym, jak wiele się między nimi zmieniło, najlepiej świadczyło to, że nie potrafiła jego spojrzenia zaklasyfikować. Kiedyś to było takie proste. Posługiwali się dokładnie tym samym tajnym kodem uśmiechów, spojrzeń i niedopowiedzeń. Wtedy taka scena skończyłaby się zabawnym podniesieniem brwi przez niego, udawanym zawstydzeniem z jej strony, wspólnymi żartami i śmiechem. I oczywiście seksem, przy najbliższej sposobności. A dzisiaj?

O czym myślał, lustrując jej cycki? Czy o tym, że się zmieniła? Że przybyło jej trochę centymetrów w pasie? A może po prostu porównywał ją do kogoś innego. Do przypadkowych studentek, za którymi się oglądał na ulicy? Do koleżanek z pracy? A może do jakiejś konkretnej kobiety?

Zamknęła na moment oczy i westchnęła bezgłośnie, odpędzając od siebie nieprzyjemne myśli. Sama dobrze wiedziała, że było ich ostatnio za dużo. Tydzień temu otwarcie się pokłócili, gdy zapytała, gdzie był tak długo, skoro z pracy wyszedł o siedemnastej. Oczywiście od razu wyrósł pomiędzy nimi, niczym wielki nadmuchiwany rekin, temat jej ojca. Miała wrażenie, że obaj posługiwali się nią w swoich wojenkach. Z punktu widzenia męża była albo jego kochaniem, albo córeczką tatusia. Z punktu widzenia ojca z kolei albo kochaną córeczką, albo wpatrzonym ślepo w „tego tam” naiwnym dzieckiem.

Naturalnie od razu padło: „A skąd ty wiesz, że wyszedłem o siedemnastej? Czy może tatuś załatwił ci aplikację udostępniającą podgląd z kamer przemysłowych w biurze?”.

Nie chciała kontynuować tej kłótni. A już na pewno nie w tym kontekście. Chyba oboje po kilku latach zaczęli żałować tamtej decyzji o przyjęciu pracy u jej ojca. Finansowo zapewniło im to życie na naprawdę przyzwoitym poziomie, ale raz na jakiś czas wybuchały o to awantury i zawsze to ona okazywała się wszystkiemu winna.

Może była trochę niesprawiedliwa. Wiedziała, że ojciec potrafił być upierdliwy i wielokrotnie stawała po stronie męża, ale tego oczywiście on już nie pamiętał.

Miała pewność, że jej obsesja na punkcie zdrady, jak on to nazywał, nie była bezpodstawna.

Po prostu widziała coś. Przez przypadek.

Kilka tygodni temu zobaczyła Mariusza w lokalu z jakąś kobietą. Nie byłoby w tym nic dziwnego. Mógł się spotkać z koleżanką z pracy albo z kontrahentką, klientką, dawną znajomą. Kimkolwiek. Ale rzecz w tym, że zachowywali się dziwnie. Zobaczyła ich, jak już wychodzili, stali na ulicy, a on ją na pożegnanie przytulił.

To też od biedy dałoby się wyjaśnić. Koleżanka ze studiów, kuzynka…

Ale kuzynki nie przytula się jak kochanki.

Przypadek. Wiedziała, że nigdy by się nie spodziewał, że ona znajdzie się w tym miejscu, ale to było jeszcze bardziej podejrzane. Czy specjalnie wybrali taką lokalizację, żeby nikt ich nie zobaczył?

Nigdy nie bywała w tym lokalu ani w tej okolicy. Mała osiedlowa pizzeria prawie na obrzeżach miasta.

Tuż obok po prostu był gabinet alergologa, do którego wybrała się z Kacprem.

Na szczęście jej syn na tylnym siedzeniu nie odrywał wtedy oczu od tabletu. Zastanawiała się, co by było, gdyby zobaczył tatusia. Jak Mariusz by się tłumaczył?

Od tamtej chwili, gdy siedziała w samochodzie, przyglądając się swojemu mężowi i tej obcej kobiecie, zazdrość zaczęła powoli zatruwać jej krew.

*

Młody mężczyzna w nasuniętej na tył głowy czapce z daszkiem zacisnął wściekle zęby i ze złością wdusił klakson. Miał na sobie luźną koszulkę, odsłaniającą duży tatuaż na lewym ramieniu i krótkie porwane dżinsy.

Biały, co najmniej kilkunastoletni mercedes ruszył i z godnością potoczył się w ślad za innymi samochodami, które zdążyły się już oddalić o kilka długości.

Mężczyzna szarpnął dźwignią zmiany biegów i grafitowy bus z naklejonymi po bokach reklamami firmy transportowej ruszył w ślad za nim.

– Po co ty się tak wściekasz? – Siedząca obok blondynka w jasnoszarej rozpiętej prawie do połowy piersi sukience spojrzała na niego z rozbawieniem. – Zaraz i tak wszyscy znowu staniemy.

– Pewnie jakiś dziadek wybrał się w trasę zamiast siedzieć w kościele – warknął mężczyzna.

Stanie w korkach doprowadzało Łukasza do furii. Czuł się bezsilny, mógł tylko posuwać się w rzędzie innych samochodów, wrzucając na zmianę to jedynkę, to luz. Czuł się tak, jakby coś się w nim gotowało. W dodatku bus, który matka wypożyczyła mu na tę eskapadę, miał jedną trzecią mocy jego bmw.

Spojrzał na siedzącą na sąsiednim fotelu dziewczynę i na chwilę poczuł znajome, schodzące w dół pleców, mrowienie.

Zrekompensuje sobie tę podróż na najbliższym postoju.

Uśmiechnął się. Twarz dziewczyny od razu rozjaśniła radość.

Znali się od pół roku. Spotykali od około trzech tygodni. Miesiąc temu musiał zakończyć poprzednią relację, która stanowczo zaczynała go uwierać. Oplatać jak bluszcz. Dziewczyna zaczęła go kontrolować, traktować jak swoją własność. Oczywiście ich relacja dawała jej pewne większe uprawnienia, zwłaszcza w sferze seksu. Mogła liczyć na stałe, regularne spotkania, które zapewniały im obojgu sporo satysfakcji, ale ona chciała więcej.

Nic więcej nie mógł jej dać. Nic więcej nie chciał dawać nikomu.

Krótka jazda na jedynce się właśnie skończyła i cholerny stary mercedes W124 znowu skamieniał przed maską ich opla vivaro.

Łukasz z rezygnacją wrzucił luz i zdjął czapkę. Rzucił ją na maskę przed sobą i przejechał palcami po włosach. Ścięte przy skórze, wbrew obowiązującej modzie, jasne włosy i dwudniowy zarost to także była jakaś forma kontestacji. Przez chwilę się zastanawiał, czy uleganie modzie albo robienie jej na przekór to nie jest przypadkiem objaw takiej samej słabości, ale stwierdził, że ma to gdzieś. Po prostu szlag by go trafił, gdyby miał codziennie rano układać sobie grzywę i czesać brodę. Wolał pobiegać.

Spojrzał na długie opalone nogi Ewy. Miał nadzieję, że ich relacja się nie zmieni, że dziewczyna zachowa dystans i nadal będzie wyluzowana. Po ostatnim związku nie miał ochoty na kolejne sceny zazdrości i psychopatyczne śledzenie jego komentarzy i znajomych na Facebooku.

Ewa miała tyle samo lat co on. Dokładnie dwadzieścia pięć. Wprawdzie wolał się spotykać ze starszymi kobietami, takimi sporo po trzydziestce najlepiej, bo prawie zawsze były bardziej napalone na niego niż on na nie, ale czasami potrzebna jest przecież mała odmiana.

Uśmiechnął się do siebie. Kiedyś w liceum jakaś koleżanka rzuciła sarkastycznie przy całej klasie „Luke – młody bóg!”. I dodała, że on chyba uważa się za nie wiadomo kogo.

Lubił to sobie powtarzać. Zwłaszcza że doskonale pamiętał, że tamta, pozornie nieznosząca go laska, która rozpowiadała wszystkim, że jest pustakiem, także poleciałaby na jego pierwsze skinienie.

Wrzucił jedynkę. Z tyłu dochodziły na zmianę konspiracyjne szepty albo regularne wybuchy śmiechu.

Cieszył się na ten wyjazd. Razem z Ewą, zaprzyjaźnioną parką i dwoma kumplami postanowili uczcić zakończenie przedostatniego semestru wyjazdem do Skandynawii. Wielka wyprawa na Nordkapp[1]. I już wiedział, że nawet jeśli nie dotrą aż tam, to i tak będzie zajebiście.

Pod warunkiem, że wyrwą się z tego kurewskiego korka.

Mercedes przed nimi potoczył się w kolejną krótką przejażdżkę, ale na szczęście kilkaset metrów dalej już było widać migające światła końca zwężenia drogi.

*

W małym oplu otwarte były na przestrzał wszystkie okna, a mimo to i tak było upiornie gorąco. W dodatku od dłuższej chwili panowała złowróżbna cisza. Siedząca na miejscu pasażera rudowłosa dziewczyna ostentacyjnie patrzyła w przestrzeń z głową opartą o zagłówek. Naiwnie myślała, że jej stara przyjaciółka ją zrozumie. Owszem, trochę się oddaliły od siebie, przez ostatnie trzy lata spotkały się może kilka razy, ale w dalszym ciągu uważała ją za kogoś bardzo bliskiego. Miała nadzieję, że nawet jeśli motywy jej postępowania będą dla niej nie do końca racjonalne i niezbyt mądre, to jednak przynajmniej ją zrozumie. Sama przecież miała nieciekawe przejścia z facetem. Latała za nim, przymykała oczy na wszystko, wybaczała nawet najgorsze wyskoki, a teraz nagle zrobiła się z niej taka mądra ciotka cnotka.

– Niech ci będzie, Olka – odezwała się w końcu dziewczyna za kierownicą. – Pomińmy kwestię motywacji, tego, czy to ma sens, czy nie ma. Według mnie nie ma za grosz, ale co ty w ogóle masz zamiar zrobić, jak już go spotkasz? Myślisz, że to będzie taka piękna, rozdzierająca serce scena o zachodzie słońca? Staniecie naprzeciwko siebie na najwyższym pokładzie, a na lazurowym niebie pojawią się napisy końcowe?

– Prom wypływa o dwudziestej trzeciej, idiotko. Słońce zajdzie dwie godziny wcześniej, jeśli chodzi o ścisłość. Poza tym nikt już prawie nie mówi na mnie Olka.

– I jakie to ma znaczenie w kontekście…

– Zwracam ci tylko uwagę, jak dużo się zmieniło. – Dziewczyna potrząsnęła energicznie rudymi lokami, przerywając przyjaciółce. – W pracy wszyscy mówią na mnie Aleks. Poza pracą, gdy razem gdzieś wychodzimy, zresztą także. On też tak do mnie mówił…

– Pozwól, że mimo wszystko będę cię nadal nazywała Olką. – Dziewczyna za kierownicą uśmiechnęła się drwiąco. – Nie uznaję imion z „iks”.

– Stałaś się po prostu snobką. – Aleksandra wzruszyła ramionami.

– Ja snobką?! – Dziewczyna odwróciła wzrok i spojrzała z niedowierzaniem na przyjaciółkę. – I to twierdzi dziewczyna, która każe na siebie mówić Aleks. Przez iks!

– A skąd ty wiesz, że to jest przez „iks”, do diabła? A może przez „k” i „s”. Tak! Snobką! Odkąd zaczęłaś się zadawać z tymi obcokrajowcami, całkiem się zmieniłaś!

– Jezu, Olka! Obcokrajowcami? To brzmi, jakbyś wstąpiła do jakiejś nacjonalistycznej bojówki.

– Do dupy, a nie do nacjonalistycznej bojówki! Właśnie o tym mówię. Jesteś snobką. Bogaty facet. Najpierw jeden, potem drugi, teraz Niemiec w dodatku. W domu też zawsze miałaś wszystko. Zamożni rodzice…

– Moja mama, jak może pamiętasz, umarła, jak miałam szesnaście lat!

W samochodzie zapadła cisza. Słychać było tylko rzężenie wentylatora i cichą muzykę w radiu. Przez otwarte okna dobiegał warkot silników samochodów.

– No dobra, przepraszam – westchnęła Aleksandra.

– Spoko, chyba za bardzo się nakręciłyśmy. Obie.

– Chyba tak…

– Wracając do właściwego tematu… Może niepotrzebnie upiększyłam swoje pytanie, ale, tak czy siak, nie odpowiedziałaś. Załóżmy, że przydybiesz go gdzieś na tym promie, że uda ci się jakoś zmusić go do rozmowy. A jeśli nie będzie chciał gadać?

– Boże! – Aleksandra ukryła twarz w dłoniach. – Nie wiem! Nie mam żadnego planu, do cholery!

– Ja ci tylko usiłuję powiedzieć, że możesz się znaleźć w sytuacji, której na pewno byś chciała uniknąć.

– Ale muszę spróbować! Kocham go! Nie potrafię tego zostawić. Nie rozumiesz? Pamiętasz, jak byłyśmy w szkole, to obie miałyśmy wykaligrafowane takie powiedzenie. Nosiłyśmy je ukryte w piórnikach. Jak kretynki. Jak to było?

– Serce ma swoje racje, których rozum nie pojmie.

– Właśnie! Jakoś tak chyba. – Rudowłosa dziewczyna pokiwała głową i uśmiechnęła się. – Chcę spróbować wszystkiego, co tylko możliwe, żeby nie mieć uczucia, że może to ja coś zaniedbałam.

– Niczego nie zaniedbałaś, na miłość boską! Facet cię rzucił. Nie znam całego kontekstu, bo, jak sama słusznie zauważyłaś, rzadko się ostatnio spotykałyśmy, ale z tego, co usłyszałam, po prostu cię rzucił. Zdarza się. Najlepiej zrobisz, jak się z tym pogodzisz. Najprawdopodobniej zresztą nie jest wart tego, żeby próbować czegokolwiek.

– Trzy razy dawałaś ponownie szansę temu swojemu fiutowi. Powinnaś wiedzieć, że rozsądek nie ma z tym nic wspólnego. Serce ma po prostu swoje racje.

– Po prostu to jesteś zaślepiona. Boję się, że cała ta podróż skończy się dla ciebie jeszcze większym bólem. Robisz sobie zwyczajnie krzywdę.

Aleksandra spojrzała na przyjaciółkę, chcąc jej ostro odpowiedzieć, ale się zawahała.

W tym, co mówiła, było sporo racji. Oczywiście. I bała się tego. Bała się usłyszeć coś, co będzie ostateczne i niezmienne. Bała się, że w drodze powrotnej z Ystad, jutro wieczorem, będzie musiała się zmierzyć z początkiem nowego życia. Bez niego.

Miała naturę wojowniczki. Nigdy nie chciała się poddać. W dzieciństwie przybierało to czasem formy głupawego uporu, później raz pomagało, innym razem szkodziło.

Jej rudy kolor włosów, dany jej chyba na złość, żeby była chodzącym stereotypem, niczego oczywiście nie ułatwiał. Wredna i fałszywa, często to słyszała w szkole. Najczęściej za plecami powtarzały to uczennice, którym bez ogródek mówiła, że są lizuskami lub że są głupie. Raz nawet została zawieszona za to, że pobiła koleżankę, która nazwała ją rudzielcem.

Czasami bowiem budziła się w niej złość i potrafiła być wtedy bezwzględna. Nie wykazywała empatii ani żadnych uczuć wobec ludzi, którzy weszli jej w drogę. Nie miała też wyrzutów sumienia, gdy z tej drogi ich usuwała.

To akurat przydało się później w pracy. W korporacji, w której poruszała się jak ryba w wodzie, mimo że nie zajmowała żadnego wysokiego stanowiska, szybko zaczęto traktować ją jak szarą eminencję. Rudą eminencję.

– Zabrałam swoją najlepszą sukienkę. – Spojrzała na przyjaciółkę, decydując się obrócić ostatni temat w żart. – Nikt mi się w niej nie oprze.

*

Mercedes W124 powoli ruszył i od niechcenia potoczył się w kierunku szybko oddalającej się rufy srebrnej toyoty.

Siedząca obok kierowcy kobieta w mocno średnim wieku, o obfitych, dalekich od aktualnych wzorów kształtach, westchnęła i oderwała wzrok od gazety.

– Edwardzie. Przecież widzę, że od pół godziny specjalnie denerwujesz tego młodego człowieka za nami.

– Jakiego młodego człowieka? – Edward, szczupły szpakowaty brunet spojrzał na żonę z udawanym zdziwieniem. – O czym ty mówisz, kobieto?

– Nie udawaj głupiego. Przecież widzę. Nie wiadomo, kto to jest. Jeśli potem, gdy wjedziemy w jakieś lasy, zajedzie nam drogę, wysiądzie i przyłoży ci kijem bejsbolowym, to będziesz sam sobie winny.

Edward parsknął śmiechem i przez chwilę śmiał się, patrząc w lusterko wsteczne.

– A co mi zostało w życiu? Na żadnym polu nie dotrzymam już pewnie kroku temu narwańcowi, to przynajmniej się z niego pośmieję.

– Ale spowalniasz ruch.

– Jaki ruch? I tak stoimy w korku. Nic nie pomoże, jak dojadę pędem do tej toyoty i zahamuję za nią z piskiem opon.

– Obaj jesteście siebie warci, jak widzę. – Kobieta pokręciła głową i wróciła do czytania gazety. – Od pół godziny zaczynam czytać ten sam artykuł i nie mogę się skupić.

– A co to za artykuł?

– Znowu o tych morderstwach pod Szczecinem. Koszmarna sprawa.

– Przecież już dawno znaleźli mordercę. Pisali o tym wielokrotnie.

– Widać nie wszystko wyjaśnili. Dwa miesiące temu ktoś, kto najwyraźniej miał coś z nimi wspólnego, zginął w wypadku. Do tej pory nie ustalili jego tożsamości.

– Jak to?

– Nie wiem, nie skończyłam czytać.

– W zasadzie, co w tym dziwnego? Kto ma się tym zajmować? Siedemdziesiąt procent policjantów z entuzjazmem jeździ po piwo dla parlamentarzystów tudzież bije staruszki pod sejmem, a pozostałe trzydzieści nosi krzyże w procesjach i sypie kwiatki.

– Nie chcę nic słyszeć na ten temat! – powiedziała kobieta zdecydowanie i spojrzała ze zniecierpliwieniem na męża. – Żadnej polityki! Wystarczająco już denerwuję się tym, że zostawiliśmy hotel bez opieki. A tu początek sezonu. W poniedziałek przyjechali goście, a my sobie jedziemy na trzy tygodnie na wakacje. Gość w dom, a w nogi zeń kto żyw.

– Anno, nie rozśmieszaj mnie, bo przeszkadzasz mi prowadzić.

– Prowadzić! – prychnęła Anna. – Odkąd wyjechaliśmy z domu, to więcej stoimy w miejscu, niż jedziemy. Ciebie to wszystko bawi, a tam hotel naprawdę został bez opieki. A jeszcze ta upiorna budowa. Sama nie wiem, jak mogłam się zgodzić na ten wyjazd! Natasza ze Swenem co roku przyjeżdżali do nas i było dobrze.

– Przynajmniej w końcu zobaczymy, jak nasza córka się urządziła w tej Szwecji.

– Widziałeś na zdjęciach.

– Ale to nie to samo co na własne oczy.

Na chwilę zapadła cisza. Srebrna toyota powoli ruszyła i zaczęła się oddalać.

– Ta cała wyprawa to tak nie w porę – westchnęła Anna. – Same zmartwienia. I jeszcze ten Igor.

– Co z nim? – Edward wcisnął sprzęgło i złapał za gałkę zmiany biegów. Spojrzał pytająco na żonę.

– No jakbyś nie wiedział. Od trzech miesięcy, bez przerwy, jak nie w Londynie, to w Danii. Co on ma do roboty w Danii? A to jego biuro architektoniczne jest tak samo bez nadzoru jak nasz hotel teraz.

– Skoro wyjechał, to widać miał jakiś interes.

– Jakie on interesy może mieć w Danii? Zaczynam się zastanawiać, czy to ten jego angielski przyjaciel Johann tak na niego nie wpływa. Może nasz Igor otarł się o wielki świat i teraz mu za ciasno w Szczecinie? Tylko że za Johannem stoją ogromne pieniądze jego rodziny, to może sobie być playboyem, a nasz syn co? Jak jego firma upadnie, to z czego on się utrzyma? – Anna popatrzyła na męża i nagle sięgnęła po torebkę.

– Zadzwonię do niego!

– Zostaw go w spokoju! Niech sobie żyje! – Edward odwrócił się do żony.

– Żyje? A co, ja mu żyć nie daję? Jak ty coś powiesz!

– Zostaw ten telefon! Nie dzwoń do chłopaka! Będzie chciał, to sam się odezwie. – Edward przytrzymał ręką torebkę żony.

– Jakbym miała czekać na jego telefon, to… Zostaw moją torebkę! Nie dzwonię przecież! Lepiej ruszże się z tym samochodem, bo młody człowiek za nami jakiegoś udaru zaraz dostanie!

Mercedes mruknął i potoczył się w ślad za toyotą. Edward z uśmiechem spojrzał w lusterko.

Anna popatrzyła na męża pobłażliwie i pochyliła się nad gazetą.

– Nie chcę nic mówić, ale to wszystko się źle skończy.

Rozdział 2

8 czerwca, godz. 20.25

Gdy dotarli do Świnoujścia, słońce wisiało już nisko nad dachami, pokrywając każdą płaszczyznę – czy to wytatuowane polbrukiem place i parkingi przed wjazdem na teren terminalu portowego, czy to ściany, czy dachy okolicznych budynków – złotym blaskiem. Tak, jakby do kolorów farb i tynków ktoś dodał odrobinę brokatu.

Urszula uwielbiała tę porę dnia, gdy na ulice i trawniki kładły się długie cienie poprzecinane rozświetlonymi plamami. Słońce przedzierało się przez korony drzew, a pomiędzy gęstwiną zieleni czaił się chłodny ciemny mrok, który już za chwilę miał się rozpełznąć na wszystkie strony.

Patrzyła z samochodu na przesuwające się za oknami wielkie kufry zaparkowanych przed wjazdem na terminal ciężarówek, na tablice informacyjne i reklamy na betonowych słupach. Przed samym wjazdem na teren portu, po prawej stronie, stał nieduży hotel. W nakrytej wielkim dwuspadowym dachem przybudówce był sklepik, ostatnia szansa, żeby zaopatrzyć się w cokolwiek i wymienić walutę w kantorze.

Przez całą praktycznie drogę, od zakorkowanej trasy koło Goleniowa, Kacper smacznie spał w swoim foteliku, miała więc sporo czasu na przemyślenia i surfowanie pośród wspomnień.

Kiedyś, przed narodzinami syna, sporo jeździli, a jedną z najcudowniejszych wypraw była właśnie podróż do Norwegii. Bajkowe widoki ośnieżonych szczytów, bezkresne skaliste pustkowia i lasy, no i fiordy, zatoki lazurowej wody okolone wysokimi skałami.

Pamiętała, jak bała się wejść na wiszącą nad jeziorem skałę, którą w przewodnikach nazywano językiem trolla. Mariusz uparł się, że musi mieć tam zdjęcie.

Nocowali na parkingach w namiocie lub w kwaterach prywatnych – małych, uroczych domkach w niewielkich wioskach i miasteczkach. Cudowny czas.

A potem urodził się Kacper, a Mariusz zaczął pracę u jej ojca.

Gdy dwa tygodnie temu zaproponował, żeby wyjechali gdzieś na tydzień lub dwa, kompletnie ją tym zaskoczył. Zastanawiała się, co się za tym kryje, karcąc się w myślach, że jest podejrzliwa i zamienia się w starą sekutnicę.

Oczywiście, nie było szans, żeby z Kacprem zrealizować program ich dawnych wypadów. Podróż samochodem przez całą Szwecję, a potem Norwegię byłaby zbyt dużym obciążeniem dla sześciolatka. Ale Norwegia i tak była jedyną możliwością, jak się okazało. Nie chcieli z niej zrezygnować. Postanowili więc najpierw odwiedzić starego przyjaciela Mariusza w Malmö, przenocować tam i zostawić samochód, a następnie samolotem przelecieć do Bergen, gdzie czekał już na nich w wypożyczalni zarezerwowany nissan navara.

I w ten sposób znaleźli się na wielkim, betonowym, ciągnącym się po horyzont placu, na którego końcu majaczyły bramki odpraw celnych i wznosiło się wielkie czerwone pudło budynku świnoujskiego dworca promowego.

*

Opel vivaro zwolnił przed zawieszoną nad drogą tablicą informacyjną, obok której, po prawej stronie, wznosił się budynek hotelu. Zaraz za pylonami tablicy była droga prowadząca do portu.

Łukasz wrzucił dwójkę i samochód powoli potoczył się dalej. Minął zjazd na parking dla tirów i autobusów i wąską asfaltową ulicą pojechał w kierunku wjazdu dla samochodów osobowych.

– Jesteś pewien, że nie powinniśmy zjechać tutaj? – Ewa pochyliła się, wyglądając przez okno od strony kierowcy. – Tam był napis BUS.

– Jestem pewien. My jesteśmy samochodem osobowym – mruknął Łukasz. – Ważymy niecałe dwie tony.

– Ale to przecież jest bus…

– Niech jedzie, najwyżej wrócimy – odezwał się jeden z dwóch chłopaków z trzeciego rzędu. Jasnowłosy, z zaczesaną na bok grzywą.

– Dajcie sobie siana. – Łukasz odwrócił się do kolegów z uśmiechem. – Jak mówię, że wiem, to wiem.

– Luz, Wolf. – Blondyn wyszczerzył do niego zęby.

Łukasz uniósł głowę i zawył jak wilk, wzbudzając głośny śmiech w samochodzie. Wolfem nazywali go oczywiście z powodu nazwiska. Wilczyński.

Z Bartkiem i Dawidem znali się ze studiów. Kończyli właśnie wydział prawno-ekonomiczny na Politechnice Poznańskiej. Ewę Łukasz poznał na jakiejś imprezie. Studiowała filologię szwedzką. W tamten wieczór od razu wpadła mu w oko, chociaż wtedy jeszcze spotykał się z kimś innym. Para z drugiego rzędu to była kuzynka Łukasza i jej chłopak. Oboje już pracowali. Patryk w urzędzie wojewódzkim, a Kamila na stażu w szpitalu. Wszyscy, oprócz Łukasza, byli z Poznania, Łukasz tam tylko studiował. O dwa lata już za długo, co bez przerwy – według niego – wypominała mu matka prowadząca w Szczecinie firmę transportową. Ojca Łukasz widział po raz ostatni jakieś pięć lat temu, gdy tatuś wyprowadzał się z domu do swojej nowej, dwudziestoośmioletniej, dziewczyny.

– Patrzcie, jakie zajebiste. – Patryk wskazał głową czerwieniejące nad horyzontem niebo i wielką kulę słońca, zbliżającego się do granicy pomiędzy ziemią a powietrzem. Na północy, od strony położonego na drugim brzegu Świny miasta, nadpływały ciemne chmury.

– Chyba na koniec dnia będzie padać… – Kamila powędrowała wzrokiem za spojrzeniem swojego chłopaka.

– Mam nadzieję, że nie – jęknęła Ewa. – Myślałam, że spędzimy wieczór na otwartym pokładzie.

– Jezu! – parsknął Łukasz. – Tam będzie cała sfora Januszów i Grażyn.

– Już nie mogę się doczekać, żeby się przebrać. – Ewa powachlowała się ilustrowanym tygodnikiem, który bez specjalnego powodzenia usiłowała czytać, odkąd opuścili Poznań. Siedzący na wyciągnięcie ręki Łukasz nie pozwalał jej się skupić.

– Pomieścimy się w ogóle wszyscy w tej kabinie? Ona jest czteroosobowa. Widziałam w necie, że za wiele miejsca to tam nie ma.

– I jest bez okien – mruknęła Kamila. – W samym środku statku.

– A w ogóle pozwolą nam tam wszystkim spać? – odezwał się z końca samochodu Bartek, odgarniając z czoła grzywę jasnych włosów.

– Nikogo nie będziemy pytać – parsknął Łukasz.

– A może to zabronione czy coś. – Kamila pojawiła się między przednimi fotelami. – Jakieś kwestie ewakuacji…

– Nie dramatyzujcie! Kto będzie chciał, pójdzie spać. Ale przypominam wam, że mamy się bawić! – Odwrócił się na chwilę do przyjaciół, pokazując w szerokim uśmiechu zęby. – Odeśpimy jutro na campingu. Kurwa! Nie wierzę.

Ostatnie słowa Łukasza spowodowały, że wszyscy wyjrzeli zza foteli, usiłując dostrzec przez przednią szybę, co tak wstrząsnęło ich kierowcą.

– Ten biały merc tam stoi. Z tymi dziadami, którzy się wlekli przed nami!

– Boże! Myślałam, że jakiś wypadek albo co – jęknęła z tyłu Kamila.

Opel powoli zatrzymał się za stojącym w kolejce do bramki samochodem.

– Najchętniej bym wysiadł i powiedział im coś do słuchu – warknął Łukasz, patrząc na biały kuper mercedesa W124.

– Zwariowałeś? – Ewa postukała się palcem w czoło. – Jeszcze poskarżą się strażnikom i zrobią nam tutaj kontrolę na maksa.

W tym momencie zaświeciły się stojące na terminalu latarnie, a od strony ciemnego północnego nieba rozległ się cichy grzmot.

– Widzieliście? – Bartek obejrzał się za siebie. – Ale błysnęło!

– Wykrakałaś. – Ewa rzuciła urażone spojrzenie Kamili. – Jeszcze burzy tylko nam brakowało do tych czterdziestu stopni na zewnątrz.

Ciemniejące nad centrum Świnoujścia niebo przecięła błyskawica.

*

Mały opel minął miejską przeprawę promową przy Nabrzeżu Władysława IV, dziewiętnastowieczny budynek dworca kolejowego i potoczył się ulicą Dworcową w kierunku portu. Droga, na całej długości wydzielona ażurowym ogrodzeniem z czerwonej cegły, wiodła prosto jak strzelił pod gmach terminala promowego – dużego budynku wykończonego czerwonymi płytami elewacyjnymi.

Samochód zwolnił na przejściu dla pieszych przed wejściem głównym i wcisnął się na wolne miejsce parkingowe. Prawie dokładnie naprzeciwko terminalu.

Wokół paliły się już latarnie, a niebo na zachodzie i południu zrobiło się granatowe.

– Nie mam wielkiego bagażu, więc nie musisz mi pomagać. – Aleksandra wyciągnęła z tylnego siedzenia sporą kraciastą torbę i przewiesiła ją sobie przez ramię. – Maksymalna wielkość, jaką mogłam zabrać na pokład.

– Odprowadzę cię. – Szatynka w jasnej luźnej sukience zamknęła samochód i wskazała głową wejście do hali dworca.

Po chwili obie stały na środku sali odpraw, rozglądając się dookoła.

– Ostatnia szansa… – westchnęła szatynka, patrząc z zatroskaniem na przyjaciółkę. – Możesz jeszcze dać sobie spokój i wrócić ze mną do Szczecina. Dzisiaj piątek, wyskoczymy do jakiegoś klubu i wypijemy kilka mojito. Jak kiedyś.

– Teraz chyba wolałabym piwo.

– Może być piwo.

– Dzięki. – Aleksandra się uśmiechnęła. – Napiję się mojito w barze na promie. Za twoje zdrowie.

– Tylko nie rób głupstw.

– Nie przejmuj się. Poradzę sobie. Zawsze stawiam na swoim i teraz też tak będzie.

– W jaki sposób chcesz postawić na swoim w sytuacji…

– Znowu zaczynasz.

Przez chwilę milczały, patrząc na siebie. Jedna z malującym się na twarzy niepokojem i troską, druga z irytacją.

Za oknami hali, za którymi widać było ulicę i parking przed dworcem, rozbłysło nagle jasne światło.

Kilka osób z niepokojem spojrzało w tamtym kierunku.

Po chwili rozległ się grzmot, który wtopił się w dochodzący z głośników głos, instruujący podróżnych, że mają się udać do odprawy.

– Burza – jęknęła Aleks. – A tak się cieszyłam na leżak na górnym pokładzie. Z wielkim księżycem w tle.

Przyjaciółka nagle pokiwała głową w rytm i cicho zaintonowała:

– Słońce to my, ciemne chmury to my.

Nagłe sztormy, letnie burze…

Aleks roześmiała się i już po chwili obie głośno śpiewały:

…Suche wyże to my, mokre niże.

Taki deszcz, że ulewa aż śpiewa…[2]

Kilka osób spojrzało z uśmiechem w ich kierunku. Jakiś mężczyzna pomachał im ręką i zaklaskał.

Przez chwilę się jeszcze śmiały.

– Może burza zostanie na lądzie. – Przyjaciółka Aleks kiwnęła w końcu głową w kierunku oszklonych drzwi.

– Może. Jedź już, bo inaczej będziesz wracała w burzy. Pewnie zaraz zacznie padać.

– Zadzwoń do mnie jutro z Ystad. Nie dzwoń tylko ze środka Bałtyku, połączenia satelitarne są strasznie drogie.

– Dobra, dobra… – Aleks objęła przyjaciółkę i schyliła się po swoją kraciastą torbę.

Pomachała ręką i ruszyła w kierunku bramek prowadzących do poczekalni przed wejściem na prom.

*

Samochód zatrzymał się w długiej kolejce do widniejących gdzieś w oddali za lasem latarni i masztów promu. Obok dwóch pasów zajętych przez samochody osobowe były wydzielone kolejne, którymi wjeżdżały wielkie ciężarówki z naczepami. Nad głowami kierowców meandrował stojący na filarach długi rękaw, tędy na pokład przechodzili piesi.

– Kolejna godzina stania – mruknął z rezygnacją Edward.

– Co takiego? – Anna podniosła głowę i spojrzała na niego rozkojarzonym wzrokiem.

– Mówię, że znowu kolejka. A jeszcze najpierw będą wpuszczać te tiry o tam. – Edward machnął ręką w kierunku sąsiednich pasów, na które podjeżdżały właśnie jedna za drugą ogromne ciężarówki.

– Przepraszam. W końcu udało mi się skupić nad tym artykułem. Piszą, że odwołali prokuratora, który się zajmował sprawą morderstw. Nieoficjalnie podobno dlatego, że wznowił śledztwo bez istotnych przesłanek.

– Krętacze – mruknął pod nosem Edward. – A to nie o tym pisała koleżanka, czy kim tam ona jest, Igora… Paulina?

Anna pokręciła głową z dezaprobatą.

– Oczywiście, że tak. Jak ci się udało tego nie zapamiętać, to ja nie wiem.

Na początku roku opinią publiczną Szczecina wstrząsnęła sprawa zwłok pozbawionych głów, które w foliowych workach, obwiązane sznurami, wyłowiono z Międzyodrza. Artykuł na ten temat napisała przyjaciółka syna Anny i Edwarda, szczecińska dziennikarka Paulina Weber.

Na szybie pojawiły się pierwsze krople deszczu.

– No to twoje plany leżakowania na górnym pokładzie z drinkiem właśnie biorą w łeb – parsknął Edward z przekąsem i popatrzył na żonę, która obrzuciła go urażonym spojrzeniem.

Nie zdążyła jednak w żaden sposób zareagować, bo niebo nad portem przecięła błyskawica, a po chwili nad samochodami przetoczył się grzmot.

Deszcz padał coraz silniej.

– W końcu! – Anna uchyliła szybę. – Rośliny już dawno tego potrzebowały.

– Klimatyzacja jest włączona.

– To wyłącz. Zaraz będzie trochę chłodniej. Od klimatyzacji zawsze masz katar. Nie wytrzymam z tobą ośmiu godzin w kabinie wielkości dwa na dwa.

Edward, kręcąc głową i mrucząc coś pod nosem o barze na promie, niechętnie wyłączył klimatyzację.

Tuż obok nich przejechał ogromny tir i skierował się ku otwartej na dziobie promu furcie wjazdowej, która wyglądała jak szczęki ogromnego kaszalota.

*

Aleks, pogrążona w myślach, w tłumie kilkudziesięciu objuczonych torbami i plecakami podróżników, szła długim rękawem dla pasażerów w kierunku kolejnego zakrętu. Za trzecim miało się ukazać wejście na prom. Rękaw wyglądał podobnie jak te na lotniskach, tylko był o wiele dłuższy.

…Taki deszcz, że ulewa aż śpiewa…

W głowie miała cały czas stary kawałek, który kiedyś w liceum wykonywały na dwa głosy, zdobywając spory aplauz, i który potem chodził za nimi przez całą szkołę.

Teraz też nie mogła wyrzucić go z głowy.

Od miesiąca snuła się jak żywy trup. Już nie pamięta, żeby jakiś facet tak ją opętał. Zazwyczaj to ona grała pierwsze skrzypce.

Teraz zresztą też tak jej się wydawało. Dopóki jej nie rzucił. Po prostu powiedział, że nie mogą się dłużej spotykać i to koniec. Jak mogła wcześniej nie zauważyć, dokąd to zmierza? Straciła instynkt samozachowawczy?

Przecież musiał o tym myśleć wcześniej i to planować. Ale przychodził do niej w każdą środę i każdy piątek i namiętnie ją posuwał. Drań!

Trwało to w sumie niecały rok i nagle, miesiąc temu, wszystko się skończyło.

Nie widziałam cię już od miesiąca. I nic…

Jakie nic? Aleks przypomniała sobie wiersz Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i na moment ogarnęła ją złość. Nie jest ani bledsza, ani bardziej milcząca. Jest coraz bardziej wściekła.

Na siebie, że nie spostrzegła żadnych objawów i nie zaradziła im, zanim doprowadziły do tego finału. I na niego. Wszystko przecież dałoby się naprawić. Tylko że on uciekł zamiast porozmawiać, próbować coś zmienić albo wyartykułować swoje zarzuty.

Ale wierzyła, że nie wszystko jeszcze stracone. Uda jej się. Ma na to całą noc.

Zatopiona w myślach w pierwszej chwili nawet nie zauważyła, jak bardzo wzmógł się deszcz. Krople, które początkowo bębniły tylko o dach przeszklonego korytarza, zamieniły się w jedną potężną kanonadę, a strugi wody spływały po oknach.

Zatrzymała się i wyjrzała na zewnątrz. Minęły ją dwie kobiety, które mówiły coś o sztormie.

Aleks sprawdzała wcześniej pogodę i pamiętała, że na całą noc przewidywano dobrą aurę, więc to pewnie jakaś miejscowa burza. Popada i przestanie. Źle by się stało, gdyby nie było dostępu do zewnętrznych galerii promu i tarasu widokowego.

Na dole stał sznur samochodów. Ich włączone światła rozmywały się na szybach w kolorowe esy-floresy. Do otwartej paszczy promu właśnie zbliżał się wielki tir. Powoli podjechał na rampę wjazdową, a potem, kierowany gestami ubranych w żółte sztormiaki marynarzy, wjechał w wąskie wrota.

*

Jakieś dwadzieścia metrów nad poziomem nabrzeża na mostku kapitańskim oparty o parapet ukośnych panoramicznych okien stał starszy oficer Kosma Nord-Sawicki. Z tej wysokości miał widok na cały port, a u stóp malutkie figurki samochodów, które powoli, jeden za drugim wjeżdżały po rampie furty dziobowej do ładowni.

Wśród załogi nazywany był oczywiście Nordem, zresztą nie tylko wśród załogi, tak wołali na niego także na lądzie. Krótkie nazwisko odziedziczył po ojcu. Natomiast drugi człon, ten bardziej konwencjonalny, po matce.

W szkole koledzy, z którymi, mówiąc oględnie, nie utrzymywał za dobrych stosunków, dość często dywagowali na temat jego żydowskiego pochodzenia. Próba dyskusji – chociaż, prawdę mówiąc, ani oni, ani on nie wiedzieli właściwie, dlaczego żydowskie pochodzenie miałoby być kompromitujące – kończyła się najczęściej szarpaniną. Znacznie później, jako że rodzina ojca niespecjalnie interesowała się genealogią, postanowił na własną rękę dowiedzieć się czegoś więcej na temat swojego pochodzenia.

Przodkowie ojca od kilku pokoleń mieszkali na południu kraju, niedaleko Przemyśla. Po lekturze ksiąg parafialnych i szperaniu w rozmaitych historycznych opracowaniach odkrył, że po mieczu najprawdopodobniej jest z pochodzenia Niemcem. Na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku słabo zaludniona i pozostająca na obrzeżach cywilizacji Galicja była częścią Austro-Węgier. I to wtedy ówczesny władca monarchii Józef II Habsburg, aby pchnąć prowincję na wyższy poziom rozwoju, zaczął osiedlać tam rodziny niemieckich rzemieślników i chłopów, którzy mieli za zadanie rozwinąć ten region gospodarczo. Tę kolonizację nazwano później józefińską.

Ojciec Kosmy urodził się po wojnie, nie miał zatem żadnej szansy, żeby wstąpić do Wehrmachtu, ale i on, i Kosma przez całe życie słyszeli: „Nord? To ty z północy jesteś? Kaszub?”. Północ stała się więc dla Kosmy przeznaczeniem i na pewno w jakimś stopniu miało z tym związek nazwisko. Gdy skończył szesnaście lat, postanowił wstąpić do szkoły morskiej w Szczecinie. I ku przerażeniu matki, która załamywała ręce, że to koniec świata i marny los, tak się stało. Kosma został marynarzem.

Praca na promie nie była może czymś, co w stu procentach można by nazwać morską przygodą, ale zapewniała stabilizację i przewidywalne okresy pobytu na lądzie, co szczególnie doceniała jego żona. Zwłaszcza że w domu czekała na Kosmę mała córeczka.

Z utęsknieniem wyglądał końca tego rejsu. Rano będą w Ystad, spędzi jakoś całą sobotę w mieście, które zresztą widział już setki razy, a potem jeszcze tylko powrót do Szczecina i dwa tygodnie urlopu.

Niebo nad portem przecięła błyskawica.

Kosma z trudem oderwał myśli od wakacyjnych planów i spojrzał w dół. Deszcz lał coraz mocniej, a dodatkowo zerwał się silny wiatr. Meteo zapowiadało całkiem dobrą pogodę w nocy, więc pewnie ta burza przejdzie bokiem. Wypił do końca kawę i odstawił kubek na niewielki pulpit, zabezpieczony stalowym relingiem.

Na dole coś się działo.

Oficer wachtowy był akurat na drugim poziomie ładowni i patrzył, jak ogromny tir podjeżdża do swojego miejsca parkingowego pod jedną ze ścian. Gdy zaczynał pracę na promie, nie mógł uwierzyć, że upchnięcie wielkich ciężarówek z naczepami w takich korytarzach jest w ogóle możliwe. Rampy wjazdowe na poszczególne pokłady były tak wąskie, że o ewentualnym otwarciu drzwi w samochodzie nie było nawet mowy. A przecież kierowcy po wjechaniu na wyższy poziom musieli jeszcze zakręcić i dodatkowo ustawić samochód tak, żeby nie zmarnować ani centymetra cennej powierzchni.

Dmuchnął z całej siły w gwizdek i machnął ręką, wskazując kierowcy miejsce za stojącą po prawej stronie ładowni ciężarówką. Samochód precyzyjnie ustawił się wzdłuż stalowych wręg burty. Po chwili potężny diesel zamilkł, a kierowca tira pomachał mu przyjaźnie z szoferki.

Uff! Kolejna kolubryna upchnięta.

Wszystkie wjeżdżające na pokład pojazdy ustawiała załoga. W ładowniach był jednak straszny hałas wywoływany głównie przez potężne wentylatory wyciągające z zamkniętych puszek car-decków spaliny. Gdyby nie wentylacja, pewnie wszyscy przebywający tutaj kierowcy i marynarze podusiliby się w mgnieniu oka.

Pozostawały więc gwizdki, którymi wydawało się komendy, i język migowy.

Ruszył w kierunku rampy na dolny pokład i po chwili szedł pustą jeszcze w tym miejscu ładownią w kierunku furty dziobowej. Za godzinę także tutaj miało być pełno samochodów.

Od kilkunastu minut przebywał w głębi ładowni, gdzie cały czas słychać było ryk silników kołujących samochodów zwielokrotniony stalową konstrukcją statku.

Dopiero teraz, gdy zbliżył się do otwartych wrót, zobaczył, jaka pogoda jest na zewnątrz. Tuż za furtą, na tle ciemnego nieba i palących się w porcie latarni, widać było prawie jednolitą masę wody, która z hukiem łomotała o powierzchnię pochylni.

Czworobok otworu bramy wyglądał, jakby był ukryty pod wodospadem, zza którego stroboskopowym światłem raz za razem rozświetlały niebo kolejne błyskawice.

Odruchowo naciągnął na głowę kaptur sztormiaka.

Zza kurtyny wody wyłoniła się kolejna ciężarówka. Minęła furtę i podjeżdżała właśnie na wysokość grodzi.

Oficer pomachał do kierowcy i wskazał ręką pochylnię prowadzącą na wyższy poziom. Kierowca wystawił przez okno rękę z uniesionym kciukiem, silnik ciężarówki ryknął i wielki pojazd skręcił w kierunku wąskiej rampy.

I wtedy rozległ się wybuch.

Rozdział 3

Szczecin, piątek,tydzień wcześniej…

Paulina wysiadła z taksówki na rogu Piłsudskiego i placu Odrodzenia. Zapłaciła i głośno stukając szpilkami, ruszyła po kamiennych granitowych płytach w kierunku dwóch młodych kobiet, które stały przy wejściu do narożnej kamienicy. Obok nich co chwila zatrzymywały się taksówki, a ich pasażerowie znikali w czeluściach bramy.

– Piętnaście minut spóźnienia. – Blondynka w szarej eleganckiej sukience popatrzyła na Paulinę oskarżycielsko.

– Marta! – Paulina jęknęła na jej widok. – Coś ty na siebie włożyła? To nie sympozjum prawnicze, tylko klub nocny.

Paulina, w obcisłych jasnych dżinsach i czarnym prześwitującym topie, była zdenerwowana. Wyjście z koleżankami do klubu nie miało wymiaru rozrywkowego. Nie tym razem.

– Ja się w ogóle sobie dziwię, że dałam się na to namówić – powiedziała Marta urażonym tonem i zlustrowała strój koleżanki. – Wiesz, kiedy ja tu byłam ostatni raz? Chyba z dziesięć lat temu.

– Już tak nas nie postarzaj – odezwała się trzecia dziewczyna, brunetka w obcisłej jasnej mini i luźnej błyszczącej bluzeczce. – Razem tu byłyśmy. I nie dziesięć lat temu, ale trzy.

– Jak się ma dwoje dzieci, to czas płynie inaczej.

– I co teraz? – Brunetka spojrzała na Paulinę. – Co mamy robić?

– Alicja! Jak to, co macie robić? Nie wiesz, co się robi w klubie nocnym?

– Wykluczone! – Marta zdecydowanie pokręciła głową. – Ja mam dobrą pamięć. Na pewno nie będę robiła tego, co się robi w klubie nocnym.

Alicja parsknęła śmiechem, a Paulina westchnęła ze zniecierpliwieniem.

Znały się ze studiów. Każda wprawdzie była na innym kierunku, ale Marta i Alicja mieszkały razem w akademiku, a Paulina poznała je na jakiejś imprezie. Potem tak się ułożyło, że trzymały się razem. W ich paczce była jeszcze jedna dziewczyna, Agata, ale akurat wyjechała za granicę. Marta była adwokatem, a Alicja lekarką internistką.

Kiedyś bywały tutaj częściej. To był jeden z najbardziej znanych klubów nocnych Szczecina. Jeszcze nie tak dawno wyglądał trochę inaczej. W czasach ich studenckiego życia było to miejsce bardzo undergroundowe, z muzyką na żywo, ze stolikami i krzesłami, z których każde wzięto z innego kompletu, surowymi ceglanymi ścianami i wiszącymi na nich starymi plakatami. Po północy trudno było już wejść do sanitariatów. Przede wszystkim dlatego, że lepiły się od brudu, ale także dlatego, że wypełniał je zbity tłum balangowiczów płci obojga, którzy nie mogli się pomieścić w salach.

Był jednak tutaj jakiś genius loci, który pozwolił temu miejscu przetrwać zmieniające się mody i oczekiwania gości. Ale nie bez kompromisów. Klub musiał się zmienić i ucywilizować. Do dawnej sutereny doszedł cały parter z nowym barem, sofami, bardziej wygładzony i ułożony niż część podziemna. Jednak w piątki i soboty, gdzieś koło pierwszej w nocy, na dole, w niezmienionych ceglanych kątach i na dawnym parkiecie budził się jak zwykle nawalony, niepokorny, krnąbrny i obszarpany duch tego miejsca.

– Dopiero cię wyciągnęłam z kłopotów po twoim ostatnim artykule, a ty znowu się w coś wplątujesz. – Marta ściszyła głos do szeptu.

– W nic się nie wplątuję. – Paulina bez przekonania wzruszyła ramionami. – Pewnie to wkręt. Który informator wyznacza spotkanie w klubie nocnym?

– To akurat wcale nie taki zły pomysł. – Marta obciągnęła wąską sukienkę. – Pełno ludzi, hałas. Jeżeli ktoś nie wrzeszczy ci do ucha, to nic nie usłyszysz. Mnóstwo zalet.

– Wchodzimy! Pogadacie sobie w środku – rzuciła Alicja i nie czekając, weszła w czeluść bramy prowadzącej do klubu.

Paulina ruszyła za nią, myśląc jednocześnie o tym, jak to się zaczęło.

Trzy dni wcześniej siedziała akurat skupiona nad tekstem na temat nieprawidłowości i przekrętów na jednej z wielkich budów w mieście – dzięki Igorowi miała pełną analizę prawnobudowlaną – gdy zadzwoniła jej komórka.

Oderwana od syntezowania w myślach długich zdań z pełnego paragrafów i terminów budowlanych maila Igora, spojrzała na telefon z irytacją.

Ukryty numer. Nie znosiła odbierać takich połączeń. Zazwyczaj były to jakieś kretyńskie denuncjacje, propozycje tematów od jakichś pomyleńców lub zwykłe brednie. Ale czasem jednak zdarzało się, że dzwonił ktoś, kto miał rzeczywiście coś ciekawego do powiedzenia.

Westchnęła i sięgnęła po komórkę.

– Pani Weber? – w słuchawce rozległ się niski ściszony męski głos. – Kilka miesięcy temu napisała pani artykuł na temat kradzieży dzieł sztuki.

Paulina, odrywając myśli od przekrętów na budowie i z rezygnacją konstatując, że ponowne skupienie się nad tematem zajmie jej co najmniej dziesięć minut, przypomniała sobie swój tekst z końca kwietnia. Opisała losy zaginionych po wojnie obrazów z katedry kamieńskiej, dzieł sztuki znalezionych u zmarłego legendarnego kolekcjonera ze Szczecina i dodała kilka wątków na temat powojennych kradzieży, za którymi stały zorganizowane grupy przestępcze mające umocowania w najwyższych kręgach władzy. Artykuł nie wywołał zbytniego zainteresowania. Cały Szczecin i większa część Polski żyły wtedy morderstwami kobiet na Pomorzu, o których, notabene, to ona napisała jako pierwsza kilka tygodni wcześniej, nim rozdmuchały je wszystkie gazety.

– Mam pewne informacje dotyczące kradzieży w kościołach w tutejszych wiochach, myślę, że to panią zainteresuje. Mam też dla pani pewną propozycję.

– A coś więcej mógłby pan powiedzieć? – zapytała ostrożnie.

– To nie jest rozmowa na telefon. Proszę przyjść w piątek o północy do klubu…

– Żartuje pan? – Paulina parsknęła, słysząc nazwę znanego nocnego lokalu. – Tam będzie tłum ludzi.

– No właśnie. Nie chcę, żeby mnie ktoś z panią zobaczył w przypadkowym miejscu. Jest pani rozpoznawalna. Tam zawsze możemy porozmawiać. Udam, że chcę panią wyrwać. Proszę spróbować jakoś zmienić wygląd na wszelki wypadek.

– Zwariował pan? – prychnęła Paulina. Zaczęła podejrzewać, że ktoś ją właśnie wrabia.

– Brałem udział w tych kradzieżach.

– Co takiego?

– W piątek o północy!

Paulina patrzyła jeszcze przez chwilę na wyświetlacz, po czym odłożyła telefon na biurko.

Przez następne trzy dni biła się z myślami, co zrobić. Nie chciała radzić się swojego szefa, bo, o ile go znała, sam by ją tam zawiózł. Po artykule na temat morderstw, Paweł niebywale poszerzył zakres tematów, o których wolno jej było pisać. W końcu wtajemniczyła w sprawę swoją osobistą prawniczkę oraz dla dekoracji drugą przyjaciółkę. Usprawiedliwiła się, że w towarzystwie dwóch dziewczyn będzie się mniej rzucała w oczy. Kupiła porwane dżinsy i przezroczysty top. Za pomocą zmywalnej farby zmieniła kolor włosów na rdzawomarchewkowy i w piątek o godzinie dwudziestej trzeciej czterdzieści wsiadła do taksówki.

W klubie był już tłum ludzi. Przy wejściu w ceglanych niszach siedzieli dwaj bramkarze i z naburmuszonymi minami samców alfa sprawdzali bilety.

– Gdybyśmy przyszły godzinę wcześniej, to byłoby za darmo. Dziewczyny wpuszczali za friko. – Marta pochyliła się nad ramieniem Pauliny. – Widzisz kogoś podejrzanego?

– W tej kiecce to ty jesteś tutaj najbardziej podejrzana.

– No to się przynajmniej jakoś równoważy, bo ty w tych ciuchach wyglądasz na lokalną profesjonalistkę.

– Idziemy! Bez alkoholu długo tu z wami nie wytrzymam. – Alicja machnęła ręką w głąb zatłoczonej sali i zaczęła się pierwsza przepychać w kierunku okupowanego przez tłum baru.

Gdy doczekały się w końcu na swoją kolej i młody barman wyszczerzył do nich zęby, było już dziesięć minut po północy.

– Jeśli tu jest, to pewnie już cię zauważył. – Alicja pociągnęła łyk z wysokiej szklanki.

Paulina dyskretnie rozejrzała się wokół siebie. Zaczęła się zastanawiać, czy nie popełniła błędu, przyprowadzając tutaj przyjaciółki. Może facet się spłoszył?

– Przejdę się do kibla. – Postawiła szklankę na bufecie pomiędzy dziewczynami. – Może mnie jakoś wyhaczy.

– Jeśli nie będzie cię zbyt długo, wzywamy policję – parsknęła śmiechem Alicja. – Zawsze chciałam to powiedzieć.

Paulina chwyciła torebkę i ruszyła w kierunku wyjścia, przepychając się pomiędzy tłumem rozbawionych studentów. Udało jej się w końcu wydostać na luźniejszy teren pomiędzy parkietem a korytarzem prowadzącym do sanitariatów i dalej do wyjścia na zewnątrz. Po prawej stronie były schody na parter.

Rozejrzała się, markując szukanie czegoś w torebce, po czym na chwilę przystanęła, obserwując tańczących. Dookoła niej kręciło się mnóstwo młodych mężczyzn, co najmniej połowa z nich była brodata. Paulina nie mogła się nadziwić, że ta wymagająca moda, zmuszająca facetów do przycinania, mycia w specjalnych szamponach i chodzenia przynajmniej raz na dwa tygodnie do barbera, utrzymała się tak długo. Kilku młodzieńców obrzuciło ją taksującymi spojrzeniami.

Pomyślała, że jeśli postoi tutaj jeszcze chwilę, to zostanie wzięta za łatwy łup albo rzeczywiście za profesjonalistkę. Chociaż, z tego, co wiedziała, te ostatnie stąd wypraszano.

Rada nierada ruszyła do toalety.

Poprawiła makijaż, dla zabicia czasu pogrzebała przez chwilę w torebce, po czym wyszła na korytarz i po chwili znalazła się z powrotem niedaleko parkietu. Łomotał stary rockowy kawałek z lat dziewięćdziesiątych, a kilkadziesiąt osób wywijało w jego rytm.

Paulina spojrzała na zegarek. Trzydzieści pięć minut po północy. No więc to byłoby tyle. Ktoś chyba zrobił jej dowcip. Możliwe nawet, że razem z przyjaciółmi obserwują ją teraz dyskretnie i pękają ze śmiechu. Może to Piotruś? Jej kolega z redakcji byłby do tego zdolny.

Odwróciła się i zaczęła przedzierać w kierunku baru, gdy nagle drogę zastąpił jej wysoki młody chłopak w czarnym T-shircie. Z krótkich rękawów koszulki wysuwały się umięśnione ramiona pokryte tatuażami.

– Zatańczysz?

– Nie, dziękuję. – Chciała wyminąć faceta i pójść dalej, ale zatarasował jej drogę i pochylił się nad jej ramieniem.

– Paulina, prawda?

Podniosła wzrok i obrzuciła mężczyznę zaskoczonym spojrzeniem.

Pochylił się ponownie i syknął.

– Pójdziesz ze mną. Akurat grają coś wolnego.

Paulina skonsternowana i nieco przestraszona, z czego zdała sobie sprawę, idąc obok mężczyzny, dała się zaprowadzić na parkiet i po chwili kołysała się przy starym kawałku Guns N’ Roses.

– Potańczymy chwilę, a potem pójdziemy pogadać – szepnął jej do ucha mężczyzna.

Paulina, pomimo całej absurdalności sytuacji, stwierdziła w duchu, że facet całkiem nieźle tańczy. Był chyba także starszy, niż początkowo założyła. Koło trzydziestki.

Gdy Axl Rose skończył swoją ostatnią partię i do końca zostały jedynie gitarowe popisy jego kolegów z zespołu, mężczyzna się odsunął i pokazał wzrokiem, żeby zeszli z parkietu. Przepuścił ją przed sobą, a gdy przeciskali się w kierunku zbitego tłumu, jak zawsze szczelnie wypełniającego okolice baru, sprawnie przepychał się między ludźmi i torował jej przed sobą drogę.

Dobrnęli do ażurowych schodów i weszli na parter.

Było tutaj zdecydowanie mniej osób, a muzyka grała ciszej, jako tako umożliwiając rozmowę. Mężczyzna wskazał ręką miejsca na końcu baru.

– No dobra… – Paulina odetchnęła i położyła torebkę na blacie. – Co masz mi do powiedzenia?

– Powoli. – Facet uśmiechnął się i kiwnął na barmana. – Ty też się uśmiechaj. Mamy wyglądać na zainteresowanych sobą. – Czego się napijesz?

Paulina przez moment analizowała wszystkie za i przeciw (to nadal mógł być przecież wkręt, a jak jeszcze się upije, to już w ogóle wyjdzie na idiotkę), po czym stwierdziła, że zostawiła połowę drinka, który zamówiła z dziewczynami.

– Niech będzie daiquiri.

Czekając na barmana, oboje milczeli i rozglądali się dyskretnie dookoła. Paulinie przemknęło przez głowę, że na dobrą sprawę to właściwie wygląda bardzo prawidłowo. Kilka razy znajdowała się w podobnej sytuacji i tak właśnie przecież wyglądają zakłopotani ludzie, którzy dopiero co poznali się na parkiecie i w panice usiłują znaleźć jakiś temat do rozmowy.

– Pracuję w Holandii – odezwał się w końcu mężczyzna, gdy barman postawił przed nimi szklanki. – W firmie meblarskiej VoorGemak. Wiesz, kurewsko drogie meble biurowe. Dziesięć kawałków za biurko. Euro oczywiście. Mam tydzień urlopu.

Paulina pokiwała głową i sięgnęła po szklankę. Miała nadzieję, że facet szybko dotrze do sedna.

– Jakiś czas temu pracowałem, to znaczy… – Spojrzał na Paulinę z zakłopotaniem. – To znaczy robiłem zlecenia. Najpierw małe, takie tam, jakieś kamienie z napisami czy płyty, a potem większe. Miałem wtedy dziewiętnaście lat i w końcu trafiłem do takiego gangu, który wykonywał spore zlecenia dla mafii. Obrobiliśmy kupę kościołów koło Kamienia i Świnoujścia, ale nie tylko tam. Nawet nazwy tych wioch jeszcze pamiętam. Jarszewo to była moja pierwsza większa robota. A potem jakaś wiocha koło Łobza. Ale najwięcej kasy dostaliśmy za obrobienie dwóch kościołów koło Pyrzyc. To chyba w dwa tysiące czwartym było. Stały za tym w rzeczywistości grube ryby, a towar szedł za granicę.

– Jaki towar? – zdecydowała się zapytać Paulina.

– Rzeźba głównie. Średniowieczna. Płacili nam za robotę kilka tysięcy, a sami za nią dostawali po kilkadziesiąt. Na początku myślałem, że to wszystko gówno warte, ale w tym są kurewsko wielkie pieniądze.

Mężczyzna sięgnął po szklankę i wypił spory łyk.

– I u nas, i w Europie stoi za tym mafia. Ruska głównie. Zlecają kradzieże różnym płotkom, płacą im, wymuszają milczenie albo likwidują. Na Wschodzie jest nieograniczony popyt. Oligarchowie ikonami kafelkują sobie kible.

– Grube ryby? – Z opowieści mężczyzny Paulina wyłowiła rzecz potencjalnie najbardziej dla niej interesującą. – Masz na myśli kogoś konkretnego?

– Nie wiem. Jakiś lokalny polityk podobno. Kolekcjoner czy coś. Ale to nie o nim chciałem…

Kwiecień upłynął Paulinie pod znakiem handlu dziełami sztuki. Sławni szczecińscy kolekcjonerzy, uznane za zaginione obrazy i starodruki, archiwa policyjne i konserwatorskie. Zrobiła spory research i mniej więcej orientowała się w temacie. Na tyle przynajmniej, żeby napisać tekst na dwie strony.

A teraz to do niej, jak widać, wraca.

– Po kilku udanych skokach szef załatwił mi tę robotę w Holandii. Po szkole jestem stolarzem, wiesz… Firma meblarska należy do Rusków i w rzeczywistości jest przykrywką. Główny zakład mieści się w Charlois, takiej dość obskurnej dzielnicy Rotterdamu. Jest tam stolarnia, montażownia i skład. Oprócz tego mają magazyn w porcie, gdzie meble się lekko przerabia. Tam właśnie pracuję…

– Po co się przerabia? – Paulina nie wytrzymała, obawiając się, że facet za bardzo ucieknie w dygresje.

– No a jak myślisz? – Mężczyzna się uśmiechnął. – Potem mebelki w częściach jadą do Petersburga. Mafia wywozi w ten sposób narkotyki albo różne fanty.

Sięgnął po szklankę, a Paulina zamarła w oczekiwaniu na ciąg dalszy.

– Jakiś tydzień temu podsłuchałem pewną rozmowę. Oni tam mówią po holendersku głównie, bo ich dostawcy i projektanci to Holendrzy, ale do roboty to mają Turków, Polaków i Rumunów. Ale ja już rozumiem po holendersku. Zawsze miałem dryg do języków, a pracuję tam od siedmiu lat, więc wiesz…

Mężczyzna rozejrzał się i pochylił w kierunku Pauliny.

– Ładnych parę lat temu zrobili wielki skok, po którym stali się bardzo ostrożni. Miesiącami szły same meble. Raz na jakiś czas tylko towar. No i teraz podsłuchałem, że planują wielką wysyłkę do Rosji. Podobno różne służby depczą im po piętach i zaczęli się bać, że cały ten trefny towar sprzed kilku lat wpadnie w końcu w łapy policji.

Mężczyzna na moment umilkł.

Od strony stolików i sof pod ścianami dochodziły głośne śmiechy i wyrwane z kontekstu pojedyncze słowa, a w tle słychać było łomot muzyki.

Paulina, która słuchała z rosnącym zainteresowaniem, przypomniała sobie o przyjaciółkach. Miała nadzieję, że nie zaczną się niepokoić.

– Pracuję przy robieniu różnych części. Nie mówią nam dokładnie, co ma być schowane, tylko dają szczegółowe wytyczne. Wielkość, szerokość i grubość warstw. Czasem, jaki klej czy co tam upchnąć, żeby było dobrze. A teraz dostaliśmy polecenie wykonania siedmiu płyt. Miały być starannie wykończone, tak żeby wyglądały jak zwykłe drewniane części. Dostajemy też często informacje, jak towar ma jechać, i musimy tak wszystko rozplanować logistycznie, żeby podczas ewentualnego sprawdzania przez celników nie wpadł od razu w ich łapy. A potem usłyszałem, jak zaczęli gadać o takim jednym. Poznałem go wcześniej, więc od razu wiedziałem, o kogo chodzi.

– Rosjanin?

– Nie. To bandzior z Rumunii. Jak usłyszałem jego imię, to od razu domyśliłem się, w czym rzecz. – Mężczyzna odstawił szklankę i spojrzał na Paulinę. – Transport wyjeżdża z Rotterdamu w środę wieczorem albo w czwartek. Nie wiem dokładnie, gdzie i kiedy, ale oni korzystają zazwyczaj z tych samych przewoźników. Dlatego mam pewien plan. Dostaniesz ode mnie parę istotnych informacji na temat tej akcji. Kiedy to będzie, kto weźmie udział. Nazwiska, ksywy, rejestrację samochodu, tyle, żeby policja wpadła na ich trop. Znam także miejsca, gdzie przechowują łup. Nie wiem, dokładnie, kiedy i jak towar wyjedzie z Rotterdamu, ale wiem, jak to wszystko będzie ukryte, w końcu sam robiłem tydzień temu schowki. Napiszesz na ten temat artykuł i zadbasz, żeby od razu dotarł do Rotterdamu…

– Trochę mało czasu zostało, żeby poszło w czwartek.

– Musi pójść wcześniej. – Mężczyzna pokręcił głową. – W poniedziałek najlepiej.

– W poniedziałek? Jest piątek. Nie wydrukują mi tego. Musiałabym napisać dziś i wysłać jutro rano, żeby zdążyli. Bez szans.

– We wtorek w takim razie.

Paulina westchnęła. Tekst sklecić, skleci. Jutro przekona Pawła, w poniedziałek rano dadzą to do wtorkowego wydania. Tylko…

– A kiedy miałabym dostać ten materiał?

– Jutro zadzwonię. Dzisiaj zostawię ci tylko pewien numer. Pilnuj go i nikomu nie pokazuj. Daj komórkę.

Paulina nie bez obaw wyjęła telefon z torebki i podała mężczyźnie.

– W robocie w Holandii mówią na mnie Devil. – Odchylił rękaw koszulki, pokazując w całości tatuaż na ramieniu. Rysunek diabła z rogami i wielkimi wyszczerzonymi w uśmiechu zębami. W czerwono-czarnym kolorze.

Pochylił się nad komórką i przez chwilę coś w nią wpisywał.

Paulina przypomniała sobie powiedzenie, które nie tak dawno usłyszała z ust swojej przyjaciółki. To było coś o diable i spełnianiu życzeń…

Mężczyzna skończył pisać, położył telefon na blacie i przesunął w jej kierunku.

– Tekst musi iść we wtorek!

– Nie bardzo tylko rozumiem, co ma wspólnego ten mafijny transport z Rotterdamu z kościołami, które okrada­liście? Czy ten transport to są średniowieczne rzeźby? Po co mam pisać o jakichś rzeźbach?

– To nie będzie nic o żadnych rzeźbach. Jesteś dziennikarką śledczą. Wszyscy mają myśleć, że to ty wpadłaś na trop tej afery. Najpierw napiszesz o kościołach, a potem to, co ci dam. Będziesz miała taki temat, że przedruki zrobią, kurwa, w całej Europie.

Paulina wpatrywała się w mężczyznę wzrokiem, w którym dostrzegł chyba powątpiewanie. Przez chwilę milczał. Wreszcie westchnął z lekką irytacją i znowu pochylił się w jej stronę. Akcentując każde słowo, powiedział ściszonym głosem.

– Trust, który okradła mafia, wyznaczył ogromną nagrodę za pomoc w odzyskaniu swojego mienia. Pięć milionów euro!

Paulina chyba nadal sprawiała wrażenie, jakby nie wiedziała, o co chodzi.

– Ja ryzykuję własne życie, więc dla ciebie dwadzieścia procent. To chyba mało nie jest?

Paulina wpatrywała się w mężczyznę szeroko otwartymi oczami. Minęła dobra chwila, zanim uświadomiła sobie, co przed chwilą usłyszała.

Diabeł spełnia wszystkie życzenia…

Rozdział 4

8 czerwca, godz. 21.15

Huk, zwielokrotniony przez stalowe żebra burt i ogromną przestrzeń ładowni działającą jak wielka skrzynia basowa, spowodował, że oficer wachtowy stanął jak sparaliżowany. W pierwszej chwili oczywiście pomyślał, że to bomba. Ktoś wwiózł materiał wybuchowy, który miał rozwalić pokład ładunkowy i zatopić prom.

Dopiero po dłuższej chwili, kiedy nie dostrzegł żadnych oznak eksplozji ani niczego właściwie, co by na to wskazywało, dotarło do niego, co się stało.

Zwłaszcza że tir, który właśnie wjeżdżał do ładowni, dostał jakiegoś dziwnego przechyłu i przywalił w otwarte na oścież skrzydło wewnętrznych drzwi dziobowych[3]. W pudle rezonansowym ładowni rozszedł się paraliżujący łoskot szorowania metalu o metal i wielka ciężarówka zastygła nieruchomo.

Blokując wjazd.

Oficer wachtowy zaklął i ruszył w kierunku samochodu. Zobaczył, jak z szoferki wygląda kierowca, a dwaj marynarze w żółtych kamizelkach machają do niego rękami i coś wrzeszczą.

– Co się dzieje? – krzyknął do kierowcy stojącego w drzwiach auta i wysuniętego do połowy z okienka, pomiędzy szoferką a ścianą ładowni.

– Opona wybuchła! – Mężczyzna machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. – Miesiąc temu mi zmieniali. Miały być prawie nowe. Ja ją zaraz zdejmę, tylko…

– Wykluczone! Nie może pan blokować wjazdu…

– Wjadę pod ścianę…

– Na prom mogą wjeżdżać wyłącznie samochody sprawne technicznie!

– Jest sprawny technicznie! Tylko opona poszła! Panie oficerze, no weź pan, bądź pan człowiekiem. Cały dzień opóźnienia będę miał. Wywalą mnie z roboty.

– To nie moja sprawa. Musi pan wyjechać!

– No weź, człowieku! Ja tę oponę w dziesięć minut zmienię!

– Jak ty wymienisz oponę w takim samochodzie? Bez montażownicy i kanału? Poza tym mogło ci pogiąć blachy. Zabieraj się stąd!

– No przecież praktycznie wjechałem już! Wymanewrowanie stąd więcej zajmie czasu niż zmiana koła.

Oficer usłyszał sygnał radiotelefonu[4] i sięgnął do pasa. No tak. Pewnie mostek. Zaraz będzie ględzenie.

– Co tam się dzieje? – głos starszego oficera nie wróżył niczego dobrego. Prawdę powiedziawszy, nigdy za sobą nie przepadali.

– Opona poszła akurat na rampie.

– Gówno mnie obchodzi opona! On przywalił we wrota! Widzę na podglądzie. Niech wypieprza i to już, a wy musicie sprawdzić wszystko. Z tego, co widzę, to uderzył akurat w miejsce, gdzie są sworznie mocujące cylinder główny[5].

Oficer zacisnął zęby. Sworznie mocujące cylinder główny. Jakby on, kurwa, w ogóle wiedział, co to jest.

– Jeszcze trwa odprawa. Nawet połowy samochodów żeśmy nie załadowali.

– Dopóki nie zrobicie pełnej próby zamknięcia i otwarcia, niech wszystko wjeżdża bokiem.

– Tak jest! – westchnął ciężko oficer wachtowy i miał właśnie nabrać powietrza, by wrzasnąć do kierowcy, żeby natychmiast się stąd zabierał, gdy telefon znowu zapiszczał.

– Mostek. – Nord miał jeszcze bardziej poirytowany głos niż przed chwilą. – Stary każe wpuścić go do środka, żeby nie tracić czasu. Ma stanąć pod ścianą, tuż za wjazdem. Zabierajcie się do oględzin, a on, jeśli nie zmieni tego koła w ciągu dziesięciu minut, ma stąd wypierdalać.

– Tak jest! – Oficer rozłączył się i machnął ręką do kierowcy, wskazując miejsce przy prawej burcie.

Mężczyzna pokazał zęby w uśmiechu i zasalutował.

Po chwili tir powoli stoczył się z rampy i zjechał na bok.

*

Nord pochylony nad monitorem nadzoru telewizyjnego patrzył, jak ciężarówka z naczepą ustawia się przy ścianie. Gdy manewr dobiegł końca, z szoferki wyskoczył kierowca i zaczął uwijać się wokół samochodu. Wytargał koło zapasowe, wyciągnął dwa długie stalowe pręty i walizeczkę z narzędziami.

Nord powiększył ekran, żeby ocenić stopień uszkodzeń podwozia, ale kamera nie dawała aż tak dobrego zbliżenia. Kierowca wsunął dwie wielkie łyżki pomiędzy felgę a oponę i zaczął się z nimi siłować.

Nord westchnął. Jeśli zależałoby to tylko od niego, kazałby gościowi wyjechać, ale kapitan nie życzył sobie zatargów z przewoźnikami. Miał na pieńku z armatorem i nie chciał stwarzać kolejnych problemów. Chociaż z tym, że wycofywanie ciężarówki trwałoby dłużej niż zmiana koła i mogłoby w dodatku jeszcze coś się stać po drodze, można by oczywiście dyskutować. Ale decyzja Starego była ostateczna. Na myśl o tym, że z całego zdarzenia będzie musiał przygotować dokładny raport wraz z opisem zajścia i zeznaniami świadków, jęknął w duchu. Wiedział jednak doskonale, że armator musi mieć pewność, że ubezpieczyciel zapłaci za szkody.

Zmienił podgląd. Na monitorze ukazał się widok na furtę dziobową. Jeden z marynarzy zatarasował wjazd barierką, żeby przypadkiem jakiś rozpędzony kozak nie próbował wjechać do środka. Przy panelu kontrolnym wrót stał oficer wachtowy i dwóch marynarzy.