Sherlock Holmes i sztuka we krwi - Bonnie Macbird - ebook

89 osób właśnie czyta

Opis

Zaginione dziecko, zbrodnicza kradzież dzieła sztuki, niepowstrzymany morderca... To wyzwanie dla Sherlocka Holmesa i jego wszelkich słabości. Wyzwanie, w którym sztuka dedukcji i artystyczna natura oraz przyjaźń z Watsonem zostaną poddane najcięższej próbie.

LONDYN. ŚNIEŻNY GRUDZIEŃ 1888. 
Trzydziestoczteroletni Sherlock Holmes, załamany pod ciężarem wyrzutów sumienia, wraca do kokainy po katastrofalnym śledztwie w sprawie Kuby Rozpruwacza. Nawet Watson nie potrafi przywrócić przyjacielowi chęci do życia – do momentu, gdy z Paryża przychodzi dziwnie zaszyfrowany list. 
Piękna gwiazda francuskiego kabaretu pisze, że jej synek zniknął, a ona została napadnięta na ulicach Montmartre’u.
Holmes rusza z Watsonem do Paryża. I odkrywa, że sprawa może być powiązana z kradzieżą bezcennego posągu i śmiercią kilkorga dzieci...
W tym wyścigu z czasem między Londynem, Paryżem a odludnymi wzgórzami Lancashire, Holmes ma nie tylko zbyt wielu wrogów, lecz także rywali. 
Czy uda się mu odnaleźć chłopca i powstrzymać falę morderstw? 
I jaką cenę za to zapłaci? Niebezpieczna gra trwa!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 273

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redaktor inicjująca i prowadząca

Małgorzata Cebo-Foniok

Korekta

Halina Lisińska

Barbara Cywińska

Projekt okładki

© HarperCollinsPublishers Ltd 2015

Ilustracje na okładce

© Shutterstock.com

Zdjęcie autorki

© Ray Bengston

Tytuł oryginału

Art in the Blood

Originally published in the English language by HarperCollins

Publishers Ltd. under the title Art In The Blood

Copyright © Bonnie MacBird 2015

Bonnie MacBird asserts the moral right to be acknowledged as the author of this work.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2019 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-7081-4

Warszawa 2019. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

WSTĘP

Podczas Letnich Igrzysk Olimpijskich 2012, gdy badałam pewne informacje medyczne z epoki wiktoriańskiej w bibliotece Wellcome Library, przypadkiem natknęłam się na coś tak zdumiewającego, że całkowicie zmieniłam kierunek poszukiwań. Poprosiłam o kilka starych woluminów i dostałam mały, zakurzony zbiór. Niektóre tomy były związane lnianymi wstążeczkami, żeby się nie rozpadły.

Odwiązałam największy, rozprawę naukową o używaniu kokainy, i odkryłam pod spodem gruby plik złożonych pożółkłych kartek. Rozłożyłam je ostrożnie i rozpostarłam przed sobą. Odręczne pismo było dziwnie znajome. Czy ja dobrze widzę? Odwróciłam okładkę książki. Na stronie tytułowej widniało napisane wyblakłym atramentem nazwisko właściciela: Dr John H. Watson.

Na kruszejących kartkach był nieopublikowany opis pewnej przygody Sherlocka Holmesa autorstwa jego przyjaciela, samego doktora Watsona.

Dlaczego nie wydano tej opowieści dawno temu razem z innymi? Mogę tylko przypuszczać, że dlatego, iż ta historia, dłuższa i być może bardziej szczegółowa niż większość, ujawnia pewną słabość charakteru Holmesa i jej opublikowanie mogłoby narazić go na niebezpieczeństwo w okresie ich aktywności. Lub może Holmes po przeczytaniu jej po prostu zabronił publikacji.

Trzecia możliwość, oczywiście, jest taka, że doktor Watson w roztargnieniu złożył swój rękopis i, z niewiadomych przyczyn, przywiązał go do spodu tej książki. Potem albo ją stracił, albo zapomniał o niej. Toteż dzielę się z wami tą opowieścią, ale z następującym zastrzeżeniem.

Z czasem, być może z powodu zawilgocenia i wyblaknięcia, wiele fragmentów stało się nieczytelnych; spróbowałam odtworzyć to, czego wydawało się brakować. Jeśli są tu jakieś błędy stylistyczne lub nieścisłości historyczne, proszę to przypisać mojej niemożności wypełnienia nieczytelnych miejsc. Mam nadzieję, że podzielacie mój entuzjazm. Jak niedawno powiedział za siebie i wszystkich miłośników Conan Doyle’a Nicholas Meyer, odkrywca Siedmioprocentowego roztworu, The West End Horror i The Canary Trainer: „Nigdy nie mamy dość!”

Być może jest więcej nieodnalezionych jeszcze opowieści. Szukajmy. A na razie usiądźmy z tą przy kominku, przysuńmy się blisko i poczytajmy.

Część I Z CIEMNOŚCI

Mam wielką ambicję, by umrzeć z wyczerpania, a nie z nudy.

Thomas Carlyle

1. Pożar

Mój drogi przyjaciel Sherlock Holmes powiedział kiedyś: „Sztuka we krwi potrafi przybierać najdziwniejsze formy”. I tak było z nim. W licznych relacjach z naszych wspólnych przygód wspominałem o jego grze na skrzypcach i jego aktorstwie, ale jego artyzm sięgał dużo głębiej. Uważam, że był źródłem jego niezwykłych sukcesów jako pierwszego na świecie detektywa doradczego.

Nie byłem skory do opisywania artystycznej natury Holmesa, żeby nie ujawnić jego słabości, co mogłoby go narazić na niebezpieczeństwo. Powszechnie wiadomo, że wizjonerskim zdolnościom artystów często towarzyszy wyjątkowa wrażliwość i gwałtowne zmiany nastroju. Kryzys filozoficzny lub po prostu znudzenie bezczynnością mogłyby spowodować u Holmesa paraliżujące przygnębienie, z którego nie mógłbym go wydobyć.

Właśnie w takim stanie zastałem mojego przyjaciela pod koniec listopada 1888 roku.

Londyn przykrywał śnieg, miasto wciąż było wstrząśnięte przerażającymi morderstwami Rozpruwacza. Ale w tym momencie nie obchodziła mnie brutalna zbrodnia. Wcześniej tego roku ożeniłem się z Mary Morstan i mieszkałem w wygodnym zaciszu domowym w pewnej odległości od pokoi na Baker Street, które kiedyś dzieliłem z Holmesem.

Pewnego późnego popołudnia czytałem z zadowoleniem przy kominku, gdy zdyszany posłaniec przyniósł mi list. Otworzyłem go i przeczytałem: Doktorze Watson, on podpalił 221B! Niech pan natychmiast przyjedzie! Pani Hudson”.

Po chwili pędziłem dorożką ulicami w kierunku Baker Street. Kiedy wypadliśmy zza rogu, poczułem, jak koła ślizgają się w kopnym śniegu, i dorożka przechyliła się niebezpiecznie. Zastukałem w dach.

– Szybciej, człowieku! – krzyknąłem.

Skręciliśmy z poślizgiem w Baker Street, gdzie zobaczyłem wóz strażacki i kilku wychodzących z naszego budynku mężczyzn. Wyskoczyłem z dorożki i pobiegłem do drzwi.

– Pożar! – zawołałem. – Nikt nie ucierpiał?!

Młody strażak z okopconą twarzą spojrzał na mnie błyszczącymi oczami.

– Już ugaszony. Gospodyni nic się nie stało. Co z tamtym dżentelmenem, nie jestem pewien.

Kapitan straży odepchnął go na bok i zajął jego miejsce.

– Zna pan mężczyznę, który tu mieszka? – zapytał.

– Tak, całkiem dobrze. Jestem jego przyjacielem. – Kapitan przyjrzał mi się ciekawie. – I jego lekarzem.

– Więc niech pan wejdzie i zajmie się chłopem. Coś jest nie tak. Ale nie z powodu pożaru.

Dzięki Bogu, Holmes przynajmniej żył. Przepchnąłem się obok nich do przedpokoju. Była tam pani Hudson; załamywała ręce. Jeszcze nie widziałem tej zacnej kobiety w takim stanie.

– Doktorze! Och, doktorze! – wykrzyknęła. – Dzięki Bogu, że pan przyjechał. Ostatnie dni były straszne, a teraz jeszcze to! – Jej niebieskie oczy wypełniły się łzami.

– Nic mu się nie stało?

– Ocalał z pożaru, ale to coś okropnego… odkąd wrócił z aresztu! Jest posiniaczony. Nie odzywa się, nie je.

– Z aresztu?! Jak to…? Nie, później mi pani powie.

Wbiegłem po siedemnastu stopniach do naszych drzwi i przystanąłem. Zapukałem głośno. Cisza.

– Niech pan tam wejdzie! – zawołała pani Hudson.

Otworzyłem gwałtownie drzwi.

Uderzył mnie podmuch zimnego, zadymionego powietrza. W znajomym pokoju odgłosy powozów i kroków prawie całkowicie tłumił świeży śnieg.

W jednym rogu leżał do góry dnem poczerniały i mokry kosz na śmieci, a obok na podłodze zwęglony papier i kawałek spalonej, nasiąkniętej wodą draperii.

A potem zobaczyłem jego.

Potargany, blady z braku snu i jedzenia, wyglądał, szczerze mówiąc, na bliskiego śmierci. Leżał na kanapie w znoszonym purpurowym szlafroku i trząsł się. Stopy miał owinięte starym czerwonym kocem, który szybko szarpnął do góry, żeby zakryć nim twarz.

Pokój wypełniał gryzący odór spalenizny i stęchłego dymu tytoniowego. Podmuch lodowatego powietrza wpadł przez otwarte okno. Podszedłem, zamknąłem je i natychmiast zakaszlałem od swądu. Holmes się nie poruszył.

Po jego pozie i nierównym oddechu momentalnie poznałem, że coś wziął, jakiś środek odurzający lub pobudzający. Ogarnął mnie gniew, a potem poczucie winy. Małżeńskie szczęście sprawiło, że od wielu tygodni nie widziałem się ani nie rozmawiałem z moim przyjacielem. Holmes niedawno zaproponował, żebyśmy wybrali się razem na koncert, ale oprócz małżeńskiego życia towarzyskiego zajmowałem się pacjentem w krytycznym stanie i zapomniałem odpowiedzieć.

– No, więc, Holmesie – zacząłem – co z tym pożarem? Mów.

Milczenie.

– Rozumiem, że zostałeś na krótko aresztowany. Za co? Dlaczego nie przysłałeś żadnej wiadomości?

Nic.

– Holmesie, nalegam, żebyś mi powiedział, co się dzieje! Wiesz, że mimo iż jestem teraz żonaty, możesz mnie wezwać, kiedy coś takiego, jak… kiedy… jeśli…

Głos uwiązł mi w krtani. Cisza. Dostałem mdłości.

Zdjąłem palto i powiesiłem je w dawnym znajomym miejscu obok jego płaszcza. Wróciłem i stanąłem przy nim.

– Wyjaśnij mi sprawę tego pożaru – poprosiłem cicho.

Chude ramię wynurzyło się spod złachanego koca i wykonało niejasny gest.

– Wypadek.

Błyskawicznie chwyciłem jego ramię i przyciągnąłem do światła. Tak jak powiedziała pani Hudson, było posiniaczone, a w jednym miejscu widoczne było znaczne cięcie. W poprzek zobaczyłem coś bardziej alarmującego: wyraźne ślady igły. Kokaina.

– Do kroćset, Holmesie. Pozwól, że cię zbadam. Co się, u diabła, stało w areszcie?

Wyrwał ramię z zadziwiającą siłą i skulił się pod kocem. Milczenie. A potem w końcu oznajmił:

– Proszę, Watsonie. Nic mi nie jest. Odejdź.

Nie odezwałem się. To wykraczało daleko poza sporadyczny ponury nastrój, jakiego bywałem świadkiem w przeszłości. Zaniepokoiłem się.

Usiadłem w fotelu naprzeciwko kanapy i przysiągłem sobie, że to przeczekam. Zegar na gzymsie kominka tykał i gdy minuty zamieniły się w godzinę, mój niepokój się pogłębił.

Jakiś czas później pani Hudson przyniosła kanapki, na co nie zareagował. Kiedy zaczęła wycierać wodę po strażakach, krzyknął do niej, żeby wyszła.

Wyszedłem z nią na podest i zamknąłem drzwi za sobą.

– Dlaczego go aresztowano? – zapytałem.

– Nie wiem, doktorze – odrzekła. – To miało coś wspólnego ze sprawą Rozpruwacza. Oskarżono go o majstrowanie przy dowodach.

– Dlaczego pani nie wezwała mnie? Albo jego brata? – spytałem.

W tamtym czasie niewiele wiedziałem o znacznych wpływach starszego brata Holmesa, Mycrofta, w rządzie, ale wyczuwałem, że mógłby pomóc.

– Pan Holmes nikomu nic nie powiedział, po prostu zniknął! Jego brat nic nie wiedział chyba przez tydzień. Oczywiście potem od razu go zwolniono, ale szkoda już się stała.

Dużo później poznałem szczegóły tej przerażającej sprawy i dowiedziałem się, na jak ciężkie próby naraziła ona mojego przyjaciela. Zostałem jednak zobowiązany do zachowania tego w tajemnicy i musi to pozostać tematem książek historycznych. Dość powiedzieć, że mój przyjaciel rzucił znaczące światło na tę sprawę, co okazało się bardzo niewygodne dla pewnych osobników na najwyższych rządowych szczeblach.

Ale to zupełnie inna historia. Powróciłem do mojego czuwania. Mijały godziny, a ja nie mogłem go ani pobudzić, wciągnąć w rozmowę, ani nakłonić do jedzenia. Pozostawał nieruchomy i wiedziałem, że jest w niebezpiecznej depresji.

Poranek minął i nastało popołudnie. Kiedy stawiałem przy nim filiżankę herbaty, przypadkiem zauważyłem na bocznym stoliku coś o wyglądzie zmiętego prywatnego listu. Rozprostowałem cicho dolną połowę i odczytałem podpis: Mycroft Holmes. Rozłożyłem kartkę i przeczytałem: Przybądź niezwłocznie. Sprawa EP wymaga twojej natychmiastowej uwagi.

Złożyłem list i schowałem do kieszeni.

– Holmesie – powiedziałem – pozwoliłem sobie…

– Spal ten list – dobiegł spod przykrycia ostry, nieprzyjemny głos.

– Tu jest zbyt mokro – odrzekłem. – Kto to jest „EP”? Twój brat pisze…

– Spal to, mówię!

Nie odezwał się więcej. Pozostał przykryty i nieruchomy. Wieczorem postanowiłem to przeczekać i zostać z nim na noc. Zje – albo zemdleje – i będę przy nim jako jego przyjaciel i lekarz, żeby postawić go na nogi. Śmiała myśl, ale wkrótce potem zasnąłem.

Następnego poranka obudziłem się przykryty tym samym czerwonym kocem, który miałem w swoich dawnych pokojach. Pani Hudson stała nade mną z herbatą na tacy i leżącym na jej brzegu nowym, podłużnym różowym listem.

Zamachała nim do niego.

– Z Paryża, panie Holmes!

Cisza.

Zerknąwszy na Holmesa i niedokończone wczorajsze jedzenie, pokręciła głową i posłała mi zaniepokojone spojrzenie.

– To już cztery dni, doktorze – szepnęła. – Niech pan coś zrobi! – Postawiła tacę obok mnie.

Chude ramię rozmemłanej postaci na kanapie odprawiło ją gestem.

– Niech pani nas zostawi, pani Hudson! – krzyknął. – Daj mi ten list, Watsonie.

Pani Hudson wyszła, rzucając mi pokrzepiające spojrzenie.

Porwałem list z tacy i trzymałem go daleko.

– Najpierw zjedz – zażądałem.

Wyłonił się ze swojego kokonu z morderczą miną i wepchnął herbatnika do ust, patrząc na mnie jak rozzłoszczone dziecko.

Powąchałem list. Poczułem niezwykłe i piękne perfumy, być może wanilię i jeszcze coś.

– Ach – westchnąłem z lubością.

Holmes zdołał wyrwać mi list i natychmiast wypluł herbatnik. Obejrzał dokładnie kopertę, rozerwał ją, wyjął list i przebiegł go szybko wzrokiem.

– Ha! Co z tego rozumiesz, Watsonie? – W jego bystrych szarych oczach było zmęczenie, ale błyszczała w nich ciekawość. Dobry znak.

Wziąłem od niego list. Kiedy go rozkładałem, dostrzegłem, że patrzy niepewnie na dzbanek z herbatą. Nalałem mu filiżankę, dodałem kapkę brandy i wręczyłem mu.

– Pij – rzuciłem.

Na liście był paryski stempel pocztowy z wczorajszą datą. Treść napisano jasnoróżowym atramentem na eleganckiej papeterii. Zerknąłem na delikatne pismo.

– Jest po francusku – stwierdziłem i oddałem mu list. – I trudny do odczytania, nawet gdyby nie był. Zobacz.

Chwycił niecierpliwie list i oznajmił:

– Pismo zdecydowanie kobiece. Zapach, hm… kwiaty, bursztyn, nutka wanilii. To chyba nowy Guerlain, „Jicky”, jeszcze niewypuszczony na rynek. Ta śpiewaczka – bo tak ona siebie opisuje – musi odnosić sukcesy, lub przynajmniej być bardzo podziwiana, skoro dostała buteleczkę wcześniej.

Holmes przeniósł się blisko kominka, żeby mieć lepsze światło, i zaczął czytać teatralnie, co czasami lubiłem, a kiedy indziej tolerowałem. Znał biegle francuski, więc tłumaczenie było dla niego łatwe.

– Drogi panie Holmes, pisze, pańska reputacja i niedawne uznanie ze strony mojego rządu skłoniło mnie do wystąpienia z tą niezwykłą prośbą. Potrzebuję pańskiej pomocy w bardzo osobistej sprawie. Choć jestem paryską śpiewaczką koncertową i jako taka mogę być przez pana uważana za niższą kastę – „kasta” to dziwny dobór słowa dla śpiewaczki – błagam o rozważenie udzielenia mi pomocy. Ech, atrament jest tak blady, że nie mogę tego rozczytać!

Holmes zbliżył list do lampy gazowej nad naszym kominkiem. Zauważyłem, że ręka mu się trzęsie i stoi niepewnie. Stanąłem za nim, żeby czytać ponad jego ramieniem.

– Śpiewaczka kontynuuje:Piszę w bardzo pilnej sprawie, która dotyczy ważnego w pańskim kraju człowieka i ojca mojego syna. Tutaj ta dama wykreśliła nazwisko, ale to chyba… Co za diabeł?

Przysunął list bliżej do światła i zmarszczył brwi. Kiedy to zrobił, stało się coś dziwnego. Atrament zaczął tak szybko znikać, że nawet ja to zauważyłem zza jego pleców.

Holmes krzyknął i natychmiast wepchnął list pod poduszkę na kanapie. Odczekaliśmy kilka sekund i wyciągnęliśmy go z powrotem, żeby znów na niego spojrzeć. Kartka była całkowicie pusta.

– Aha! – powiedział Holmes.

– To jakiś rodzaj znikającego atramentu! – zawołałem, ale Holmes momentalnie uciszył mnie wzrokiem.

– Ojciec jej syna? – zapytałem. – Odcyfrowałeś nazwisko tej ważnej osobistości?

– Owszem – przytaknął Holmes, stojąc bez ruchu. – To earl Pellingham.

Wróciłem na kanapę zamyślony. Pellingham był jednym z najbogatszych parów w całej Anglii, którego hojność i ogromna władza w Izbie Lordów – nie wspominając o jego reputacji filantropa i kolekcjonera dzieł sztuki – czyniły z niego niemal powszechnie znaną postać.

A tu francuska śpiewaczka kabaretowa twierdzi, że jest z nim związana.

– Jakie są szanse, Holmesie, że twierdzenie tej kobiety jest prawdziwe?

– Wydaje się niedorzeczne. Ale może…

Podszedł do zagraconego stołu i rozpostarł list pod jasnym światłem.

– Ale czemu ten znikający atrament?

– Nie chciała, żeby list z nazwiskiem tego dżentelmena wpadł w niepowołane ręce. Wpływy earla podobno sięgają daleko. A jednak uważam, że nie ujawniła nam wszystkiego…

Oglądał teraz list przez szkło powiększające.

– Ciekawe te kreseczki! – Powąchał kartkę. – I te pioruńskie perfumy! Ale wyczuwam leciutki zapach… Zaraz! – Zaczął szperać w zbiorze buteleczek.

Wytrząsnął kilka kropli na kartkę i mruknął:

– Musi być jeszcze coś.

Wolałem mu nie przeszkadzać w takiej pracy i wróciłem do czytania gazety. Niedługo potem wyrwał mnie z drzemki okrzyk triumfu.

– Ha! Tak jak myślałem, Watsonie. List, który zniknął, to nie była cała wiadomość. Odkryłem pod nim drugi, napisany niewidocznym atramentem. Doprawdy sprytne – podwójne wykorzystanie steganografii!

– Ale jak…?

– Na kartce były kreseczki, które nie pasowały do reszty pisma. I leciutki zapach ziemniaków. Ta kobieta użyła drugiego atramentu widocznego dopiero po zastosowaniu odczynnika, w tym wypadku jodyny.

– Zadziwiasz mnie, Holmesie. Co tam jest napisane?

Drogi panie Holmes. Piszę to do pana w stanie najwyższej trwogi i przerażenia. Nie chciałam, żeby list z nazwiskiem ojca tego chłopca ocalał; stąd te środki ostrożności. Jeśli jest pan tak bystry, jak mówią, to odkryje pan drugi tekst. Wtedy będę wiedziała, że jest pan człowiekiem, który może mi pomóc.

Piszę do pana, bo mój dziesięcioletni synek Emil zniknął z nienazwanej posiadłości, i obawiam się, że został porwany, albo gorzej. Do niedawna mieszkał z tym mężczyzną i jego żoną na skomplikowanych warunkach, o których chciałabym opowiedzieć panu osobiście.

Wolno mi widywać go tylko raz do roku w Boże Narodzenie, kiedy przyjeżdżam do Londynu i muszę wykonywać kategoryczne polecenia, żeby się z nim potajemnie spotkać.

Tydzień temu dostałam list z wiadomością, że nasze wyznaczone za trzy tygodnie spotkanie jest odwołane i nie zobaczę mojego synka w to Boże Narodzenie ani nigdy więcej. Nakazano mi pogodzić się z tym pod groźbą śmierci. Natychmiast zadepeszowałam i dzień później zostałam zaczepiona na ulicy przez brutalnego opryszka, przewrócona na ziemię i ostrzeżona, żebym się nie wtrącała.

To nie wszystko, panie Holmes, ale boję się, że oplata mnie dziwna sieć. Czy mogłabym wpaść do pana w Londynie w przyszłym tygodniu? Błagam pana w imię człowieczeństwa i sprawiedliwości o wzięcie mojej sprawy. Proszę odtelegrafować swoją odpowiedź i podpisać się jako pan Hugh Barrington, londyński reżyser rewiowy.

Z poważaniem

Emmeline »Cherie« La Victoire

Holmes zamilkł i zamyślił się. Wziął zimną fajkę i chwycił ją zębami. Jego zmęczona twarz ożywiła się.

– Co sądzisz o tej „dziwnej sieci”, Watsonie?

– Nie mam pojęcia – odrzekłem. – To artystka. Może trochę dramatyzuje?

– Wątpię. Ten list świadczy o inteligencji i dokładnym planowaniu.

Postukał zimną fajką w kartkę w nagłym geście zdecydowania, zerknął na zegar i wstał. Oczy mu błyszczały.

– Zdążymy na ostatni prom z Dover. Pakuj się, Watsonie. Wyruszamy na kontynent za niecałe półtorej godziny. – Podszedł do drzwi. – Pani Hudson! – krzyknął w dół.

– Ale tamta kobieta ma tu być w przyszłym tygodniu.

– W przyszłym tygodniu mogłaby już nie żyć. Ta młoda dama jest tak zaniepokojona, że może nie w pełni uświadamiać sobie grożące jej niebezpieczeństwo. Wyjaśnię wszystko po drodze.

Po tych słowach znalazł się przy drzwiach frontowych i znów krzyknął do przedpokoju:

– Pani Hudson! Nasze bagaże!

– Holmesie – zawołałem – zapominasz, że moje bagaże są gdzie indziej!

W moim domu!

Ale już przeszedł z pokoju do swojej sypialni. Zastanawiałem się, czy jego umysł w ogóle funkcjonuje, skoro nie pamięta takiej rzeczy. Czy jest na tyle zdrowy, żeby…?

Zerwałem się z fotela i ściągnąłem przykrycie z kanapy. Pod jedną z poduszek leżała kokaina i strzykawka. Upadłem na duchu.

Holmes pojawił się w drzwiach.

– Przekaż moje przeprosiny pani Watson i przywieź swoje rzeczy o… – Urwał na widok buteleczki i strzykawki w mojej ręce.

– Holmesie! Powiedziałeś mi, że skończyłeś z tym.

Wyraz wstydu przemknął po jego dumnym obliczu.

– Niestety… niestety jesteś mi potrzebny, Watsonie. – Urwał na moment. – Do tej podróży, o to mi chodzi. Jeśli byłbyś wolny…

Słowa zawisły w powietrzu. Jego chuda postać rysowała się w drzwiach, gotowa do działania, niemal drżąca z podniecenia lub może po narkotyku. Spojrzałem w dół na igłę w moich rękach. Nie mogłem mu pozwolić jechać samemu w tym stanie.

– Musisz mi obiecać, Holmesie…

– Koniec z kokainą.

– Nie, tym razem mówię poważnie. Nie będę mógł ci pomóc, jeśli sam sobie nie pomożesz.

Skinął głową.

Schowałem strzykawkę do jej futerału i włożyłem wraz z kokainą do kieszeni.

– Masz szczęście. Mary wyjeżdża jutro na wieś w odwiedziny do swojej matki.

Holmes klasnął jak dziecko.

– Bardzo dobrze, Watsonie! – krzyknął. – Chatham odjeżdża do Dover z Victoria Station za trzy kwadranse. Weź swój rewolwer!

Po tych słowach zniknął w górze schodów. Milczałem.

– I kanapki! – zawołał w dół.

Uśmiechnąłem się. Dawny Holmes powrócił. Ja też, na lepsze lub na gorsze.

2. W drodze

Wróciłem do domu po swoje rzeczy i ledwo zdążyłem na pociąg z Victoria Station do Dover.

Człowiek naprzeciwko mnie w naszym prywatnym przedziale nie był już tym, który marniał pod numerem 221B zaledwie kilka godzin wcześniej. Gładko ogolony i nawet elegancki w czarno-szarym stroju podróżnym, Holmes był w każdym calu tak imponującą postacią, jak potrafił być, gdy coś go zainspirowało.

Przyznaję, że pewien, iż jego szybką transformację spowodowała wyłącznie nowa sprawa, a nie moje starania, czułem się nieco urażony. Ale pozbyłem się tych myśli i postanowiłem być zadowolony, że mój przyjaciel znów jest sobą, bez względu na przyczynę.

Rozpoczął niezwykle obszerne wyjaśnienie naszej sytuacji. W jego oczach płonęło podniecenie i miałem nadzieję, że nie przerodzi się ono w obłęd.

– Podwójne zaszyfrowanie listu jest interesujące, nie sądzisz, Watsonie? Najwyraźniej chciała wymienić nazwisko tamtego dżentelmena, jednak takie środki ostrożności muszą oznaczać, że jego też się boi. Ale intrygująca jest druga wiadomość.

– Tak. Skąd wiedziała, że ją znajdziesz?

– Dzięki mojej reputacji, oczywiście.

– Zatem mój opis Studium w szkarłacie dobrze ci się przysłużył, Holmesie?

– Zapominasz, że jestem znany we Francji. Zważywszy jej zainteresowanie chemią, uznałbym jej decyzję o ukryciu drugiej wiadomości za rodzaj testu przy użyciu papierka lakmusowego.

Zdumiony, oparłem się wygodnie i zacząłem obierać pomarańczę nożykiem.

– Przyznam, że sztuczka z dwoma atramentami była sprytna. Ale co z samą sprawą? Ta kobieta chce przyjechać do ciebie. Skąd więc ten pośpiech i nasza podróż do Paryża?

Holmes uśmiechnął się szelmowsko.

– Nie masz ochoty na pobyt w Paryżu, Watsonie? Na zostawienie mroku Londynu dla Miasta Światła? Z pewnością nie sprzeciwisz się krótkim wakacjom. Nie widziałeś jeszcze trwającej budowy osobliwej i raczej pretensjonalnej konstrukcji nazywanej La Tour Eiffel.

– Słyszałem, że to paskudztwo. A ty nie jedziesz na odpoczynek, Holmesie. Dlaczego sądzisz, że tej kobiecie nieuchronnie grozi niebezpieczeństwo?

– Uważam, że napaść na ulicy, Watsonie, to zaledwie czubek góry lodowej. Niepokoi mnie jej związek z earlem. Według mojego brata ten człowiek dobrze ukrywa swoją skłonność do przemocy.

Nagle mnie olśniło.

– A, to E/P w liście Mycrofta do ciebie! Ale zawsze słyszałem, że earl Pellingham to szanowany filantrop i wzór noblesse oblige.

– Tak mówią. Słyszałeś o jego kolekcji dzieł sztuki?

– Owszem, założył ją jego ojciec, o ile sobie przypominam.

– Jest legendarna, ale obecnie niedostępna. Wiesz, że od lat nikt jej nie widział?

– Niestety, nie jestem na bieżąco w tych sprawach, Holmesie.

– Mycroft podejrzewa, że earl zdobywa swoje skarby niezbyt uczciwymi metodami. Chodzi zwłaszcza o ostatni.

– Po co tak poważany człowiek miałby ryzykować, że zostanie napiętnowany jako złodziej z powodu jakichś skradzionych obrazów?

– Pozycja earla jest trudna do wyobrażenia. Jego powiązania czynią go prawie nietykalnym. Podejrzenia spływają po nim jak woda po kaczce, Watsonie; na pewno to wiesz. A rzeczone dzieło sztuki to nie obraz, lecz rzeźba. I to nie byle jaka, tylko Marsylska Nike. Słyszałeś o niej?

– A, to ten grecki posąg odkryty w tym roku! Zdaje się, że wiąże się z nim zabójstwo…

– Ściślej, cztery zabójstwa. Tę Nike uważa się za największe znalezisko od czasów marmurów Elgina i mówi się, że jest piękniejsza od tamtej z Samotraki. Ogromne dzieło w doskonałym stanie. Bezcenne.

Poczęstowałem Holmesa cząstką pomarańczy. Zbył mnie machnięciem ręki i ciągnął dalej z zapałem:

– Co najmniej trzy obce mocarstwa roszczą sobie prawa do bycia jej odkrywcami i do jej posiadania. Podczas jej nieco kontrowersyjnego transportu do Luwru kilka miesięcy temu zniknęła w Marsylii. Czterech ludzi zostało brutalnie zamordowanych w czasie kradzieży. Rządy grecki, francuski i brytyjski bezskutecznie wyczerpują środki na jej odnalezienie i wyjaśnienie zabójstw.

– Wszystkie trzy kraje? Czemu aż tyle państw rości sobie prawa do tej Nike?

– Jej odkrywca, jeden z czterech zamordowanych mężczyzn, był utytułowanym Anglikiem, który prowadził finansowane przez Francuzów wykopaliska w Grecji.

– A, rozumiem. I poproszono ciebie…

– Mycroft życzył sobie, żebym się tym zajął, rząd francuski też, ale dotychczas odmawiałem.

– Dlaczego?

Holmes westchnął.

– Zachłanny szlachcic i sfuszerowana kradzież dzieła sztuki niezbyt mnie interesowały, dopóki nie dostałem listu od mademoiselle La Victoire. Wydaje się, że Pellingham może mieć szersze zainteresowania. Mycroft sprawdza pogłoski o przestępstwach w sferach interesów i prywatnej w środku i wokół jego posiadłości, co wymaga bliższej obserwacji. I choć ma earla na oku, nawet on musi postępować ostrożnie z powodu ogromnej władzy Pellinghama. Potrzebuje więcej informacji.

– Więcej?

– Kaczka, Watsonie, kaczka. Mycroft musi uzasadnić śledztwo, a mademoiselle Emmeline La Victoire może nam zapewnić entrée do świata earla.

Zamilkliśmy na krótko. Popatrzyłem przez okno na mijaną wiejską okolicę w zapadającym zmierzchu. Zachmurzone niebo ciemniało. W oddali przecięła je błyskawica. Nie wróżyło to dobrze naszej przeprawie. Odwróciłem się z powrotem do Holmesa.

– Jest jeszcze dziecko. I napaść na tę kobietę.

– No właśnie.

– Cóż, sądząc po jej liście, z pewnością jest przerażona.

– W istocie. Jej prośba o zamaskowanie mojej odpowiedzi wskazuje, że jest obserwowana. Moim zdaniem nie możemy się z nią skontaktować zbyt szybko.

– Ale kim właściwie jest ta Emmeline La Victoire?

– Nie słyszałeś o śpiewaczce Cherie Cerise, Watsonie?

– Wyznam, że nie. Jak dobrze wiesz, Holmesie, moje rozrywki ograniczają się do brydża i dobrej książki przy kominku.

– Ha! To oszukiwanie samego siebie! Jesteś świetnym strzelcem, nałogowym hazardzistą, miłośnikiem tanich powieści i wielbicielem…

– Holmesie!

Ale mój przyjaciel znał mnie aż za dobrze.

– Cherie Cerise jest obecnie na ustach całego Paryża. Jeśli wierzyć jej reklamie, jest chanteuse extraordinaire. Występuje na przemian w Chat Noir i Moulin de la Galette, sprawiając, że ten wielki lokal pęka w szwach i dochodzi tam niemal do zamieszek każdego wieczoru, kiedy się pojawia.

– Chat Noir? Czarny Kat?

– Kot, Watsonie, Czarny Kot. Kameralne miejsce spotkań o wielkim prestiżu. Byłem tam dwa razy w zeszłym roku, gdy pracowałem dla Francuzów. Godna uwagi muzyka, klientela, a nawet dzieła sztuki na ścianach.

– Ale nadal nie rozumiem związku.

– Spokojnie, mój poczciwy doktorze, wszystko zostanie wyjaśnione. A teraz odpocznij, bo czeka nas praca. Posłuchamy śpiewu tej damy, być może jeszcze dzisiejszego wieczoru.

Westchnąłem.

– Jest przynajmniej piękna? – Byłem ciekaw.

Holmes się uśmiechnął.

– Takie pytanie z ust żonatego mężczyzny?! Na pewno się nie rozczarujesz, Watsonie. Kiedy Francuzka nie jest pięknością, i tak jest dziełem sztuki. A gdy jest piękna, żadna kobieta jej nie dorówna.

Po tych słowach opuścił kapelusz na oczy, wyciągnął się i zasnął.

Część II MIASTO ŚWIATŁA

Sztuka rodzi się z obserwacji i badania natury.

Cyceron

3. Poznajemy naszą klientkę

Okazało się, że musimy spędzić noc w Dover, we wspólnym ciasnym pokoju w hotelu zatłoczonym unieruchomionymi, spóźnionymi z powodu sztormu podróżnymi. Holmes wymknął się na krótko na deszcz ze śniegiem i wysłał kilka telegramów, w tym jeden do mademoiselle La Victoire. Nasza klientka oczekiwała nas teraz następnego dnia o jedenastej przed południem w swoim mieszkaniu.

Po opuszczeniu Gare du Nord poszliśmy w śnieżnej mgle ulicami wzdłuż rzędów obwieszonych soplami drzew w kierunku wzgórza Montmartre. Holmes miał tam swoje ulubione bistro, Franc Buveur, gdzie mogliśmy przeczekać godzinę do spotkania z naszą klientką. Było jeszcze wcześnie i marzyłem o kawie, być może z bułeczką, ale Holmes zamówił dla nas bouillabaisse provençal. Okazało się, że to smaczny i pożywny marsylski gulasz rybny, najwyraźniej serwowany o każdej porze w tym lokalu. Był może trochę niezwykły jak na mój gust, ale zauważyłem z ulgą, że Holmes je go z apetytem.

Zanotowałem sobie w pamięci, żeby wrócić z moim przyjacielem do Paryża, ilekroć zobaczę, że jego szczupła figura staje się niebezpiecznie wychudzona. Nigdy nie miałem tego problemu, ale w wieku trzydziestu pięciu lat wiedziałem, że środki ostrożności nie zawadzą.

Dotarliśmy krętymi, obsadzonymi drzewami uliczkami pod adres mademoiselle La Victoire. W tej części Montmartre’u panował niemal wiejski spokój, który maskował bliskość słynnego nocnego życia dzielnicy. Tu i tam pusta parcela lub ogród, teraz pod śniegiem, rozdzielały stare domy. Wiatraki sterczały tuż za pobliskimi drzewami.

Podeszliśmy do eleganckiego trzypiętrowego budynku z misternymi kratami w oknach, zadzwoniliśmy i wkrótce potem stanęliśmy na trzecim piętrze przed drzwiami o niezwykłym odcieniu ciemnej zieleni. Wisiała na nich ozdobna mosiężna kołatka. Zastukaliśmy.

Otworzyła nam jedna z najpiękniejszych kobiet, jakie widziałem. Cherie Cerise, née Emmeline La Victoire, stała przed nami w aksamitnym szlafroku w tym samym kolorze głębokiej zieleni, który doskonale pasował do jej zaskakująco zielonych oczu i kasztanowych włosów. Wrażenie wywarła na mnie nie tylko jej uroda, lecz również pewna rzadka cecha – wyraźna inteligencja, która w parze z kobiecym powabem niemal zaparła mi dech.

Ale podkrążone oczy i blada cera zdradzały smutek i niepokój. Obrzuciła nas wzrokiem, momentalnie przyswajając sobie każdy szczegół.

– A, monsieur Holmes – odezwała się z uśmiechem do mojego towarzysza. – Co za ulga. – Odwróciła się do mnie rozpromieniona. Zaczerwieniłem się zupełnie bez powodu. – A pan musi być najcudowniejszym z przyjaciół pana Holmesa, doktorem Watsonem, jak mniemam.

Wyciągnąłem rękę, żeby uścisnąć jej dłoń, ale przysunęła się i francuskim zwyczajem ucałowała mnie, a potem Holmesa, w oba policzki.

Pachniała tak pięknie, jak jej list – perfumami Jicky, jak nazwał je Holmes – i z trudem powstrzymałem uśmiech od ucha do ucha. Ale byliśmy tam w poważnej sprawie.

– Jesteśmy do pani usług, mademoiselle – oznajmiłem.

– Madame – poprawiła mnie. – Merci. Dziękuję za tak szybkie przybycie.

Czarujący francuski akcent tylko dodawał jej wdzięku.

Wkrótce siedzieliśmy przed małym, płonącym wesoło kominkiem w salonie jej pełnego przepychu mieszkania, urządzonego we francuskim stylu w jasnobrązowym i śmietankowym odcieniu, z wysokimi sufitami, jasnym orientalnym dywanem i obitymi prążkowanym jedwabiem meblami. Na tym neutralnym tle odcinało się jaskrawo kilka bukietów świeżych kwiatów, drogich o tej porze roku, i cała tęcza rozrzuconych jedwabnych apaszek. Nasza klientka miała wyrafinowany gust.

Przeprosiła za nieobecność służby i sama przyniosła nam filiżanki gorącej herbaty.

– Mój mąż niedługo wróci – powiedziała. – I gosposia z zakupami.

Holmes westchnął.

Mademoiselle La Victoire przyjrzała mu się uważnie.

– To prawda; nie wspomniałam o mężu.

– Pani nie jest zamężna – stwierdził Holmes.

– Ależ tak… – zaczęła.

Holmes chrząknął i nagle wstał.

– Chodź, Watsonie. Obawiam się, że nasza podróż była stratą czasu.

Kobieta zerwała się z miejsca.

– Monsieur Holmes, non! Błagam pana!

– Pani nie jest mężatką, mademoiselle. Jeśli pani życzy sobie mojej pomocy, to żądam całkowitej szczerości. Niech pani nie marnuje mojego czasu.

Zastanawiała się. Wstałem niechętnie. Holmes sięgnął po swój kapelusz.

– Proszę usiąść – powiedziała w końcu i sama to zrobiła. – Zgadzam się. Sprawa jest pilna. Ale skąd pan wiedział?

Usiadłem, ale Holmes nadal stał.

– Twierdzi pani, że ma męża i jego nazwisko widnieje w kilku artykułach o pani. A jednak nigdy go nie widziano ani nie opisano. Moje dochodzenie wykazało, że nikt go nie widział. A teraz, w pani mieszkaniu, zauważam wiele kobiecych akcentów, ale żadnego męskiego; pani apaszki na oparciu fotela, który byłby jego, gdyby on istniał, wybór książek na gzymsie kominka, brak przyborów do palenia, z wyjątkiem pani papierośnicy.

Wskazał małą, misternie wykonaną srebrną papierośnicę na bocznym stoliku.

– Tak, jest moja. Ma pan ochotę zapalić, panie Holmes? Nie będzie mi to przeszkadzało.

– Ha! Nie, dziękuję. Szczegóły, które wymieniłem, to drobne wskazówki, ale dowodem jest obrączka na palcu pani lewej ręki. Dostrzegam, że sztuczna i nie tylko nieładna, ale również trochę za duża dla pani. Zważywszy staranny dobór koloru i kroju pani ubioru, a także wystrój tego pokoju, to przeoczenie świadczy, że pani małżeństwo jest fikcją, aby, jak przypuszczam, wprawiać adoratorów w zakłopotanie, kiedy pani sobie tego życzy. Jest to pomocne, jako że nie wydaje się pani z kimś związana.

To wszystko wydawało się oczywiste, a jednak tego nie zauważyłem.

Mademoiselle milczała, ale lekki uśmiech błąkał się na jej twarzy.

– Cóż – odrzekła – to wszystko jest dość jasne. Ale to tylko dowodzi, że jest pan bardziej spostrzegawczy niż inni.

Holmes parsknął.

– Jeszcze nie skończyłem…

– Holmesie… – ostrzegłem.

– Nie mogę dowieść mojej teorii, ale na podstawie pierwszego wrażenia, jakie pani na mnie wywarła, uważam za prawdopodobne, że pani nie ufa żadnemu mężczyźnie.

– Po prostu oceniam pańskie możliwości – odparła.

– Nie. Już pani to zrobiła. List.

– Zatem jak pan doszedł do takiego wniosku po pięciu minutach kontaktu i wyglądzie mojego salonu?

– Holmesie – poprosiłem znowu, bo rozmowa zmierzała w niebezpiecznym kierunku.

Zignorował mnie, pochylił się do przodu i utkwił w niej spojrzenie swoich szarych oczu.

– Wnosząc z pani reputacji, jest pani wielką artystką, a zatem kobietą porywczą, zmienną i… podatną na uleganie kaprysom i wpadanie w rozpacz. Pani talent muzyczny, w połączeniu ze znakomity wyczuciem koloru i wybrednym gustem, widocznym w tutejszym wystroju i pani ubiorze, świadczy o wyjątkowo wrażliwej naturze w pełni rozwiniętej artystki. Maskuje pani swój silnie emocjonalny charakter inteligencją i dobrymi manierami. Ale to nie jest po prostu maska; pani krytyczne myślenie umożliwiło pani samodzielne odniesienie sukcesu mimo tych osobistych słabości. A jednak oszukuje się pani; w głębi duszy i w gruncie rzeczy jest pani osobą, którą powodują uczucia.

– Jestem artystką; jesteśmy uczuciowe. To nic nowego – odpowiedziała ostro.

– Nie doszedłem jeszcze do sedna – zaznaczył Holmes.

Odstawiłem moją filiżankę z hałasem na spodeczek.

– Wyborna kawa. Mógłbym poprosić o jeszcze jedną? – spytałem.

Oboje mnie zignorowali.

– A jakie jest sedno? – zapytała.

– Ma pani nieślubnego syna z earlem. Nie znam jeszcze szczegółów, ale musiała pani być bardzo młoda. Najprawdopodobniej to była pani pierwsza miłość. Ile pani miała lat?

Mademoiselle La Victoire milczała. Nie wiedziałem, co myśli ani czuje, ale temperatura w pokoju jakby spadła.

– Osiemnaście.

– Widzę, że mam rację.

– Peut-être. Proszę dalej.

– Jego oczywista zdrada, jako że nie jest pani żoną earla, musiała głęboko zranić młodą osobę o pani wrażliwości. Uważam, że od tamtej pory nie ufa pani żadnemu mężczyźnie, a jednak pragnie pani tego całym sercem.

Nasza klientka zrobiła gwałtowny wdech.

Słowa Holmesa zawisły w pokoju niczym maleńkie sople. Czasami nie zdawał sobie sprawy, jak mogą ranić. Jednak mademoiselle La Victoire natychmiast doszła do siebie.

– Brawo, panie Holmes – powiedziała z uśmiechem. – Wygląda na to, że ma pan osobistą wiedzę na ten temat.

– Nie miałem wcześniej żadnych informacji…

– O, non! Wnoszę, że mówi pan na podstawie własnego doświadczenia.

Cień zaskoczenia przemknął po jego twarzy.

– Bynajmniej. Ale przejdźmy do bieżącej sprawy i zajmijmy się stanem rzeczy.

– Proszę bardzo – odrzekła.

Oboje oparli się wygodnie, odprężyli i patrzyli na siebie z powściągliwym podziwem niczym bokserzy przed walką. Uświadomiłem sobie, że siedzę nerwowo na samym brzegu fotela. Odchrząknąłem, zmieniłem pozycję i starałem się uspokoić.

– Czy ktoś ma ochotę na papierosa? – zagadnąłem.

– Nie – zaprzeczyli chórem.

– Ile lat ma pani syn? – zaczął Holmes. – Dziewięć? Dziesięć?

– Dziesięć.

– Jak się pani dowiedziała, że on zniknął? En français… plus facile pour vous? – spytał Holmes łagodniejszym tonem.

– O, non. Wolę po angielsku.

– Jak pani sobie życzy.

Mademoiselle La Victoire wzięła głęboki oddech i owinęła się swoim zielonym szlafrokiem.

– W każde Boże Narodzenie ja i mon petit Emil spotykamy się w Londynie w hotelu Brown. Przyprowadza go pewien mężczyzna, „pośrednik”. Emil i ja jemy razem lunch w pięknej herbaciarni i daję mu prezenty. Pytam, jak mu minął rok, i staram się go poznać. To jest cenne, ale trwa za krótko. W tym roku spotkanie zostało odwołane. Napisałam i wysłałam telegram. Żadnej odpowiedzi. W końcu usłyszałam od tego pośrednika, że Emil jest ze swoim wujem nad morzem i nieprędko wróci.

– Ale nie uwierzyła pani w to.

– On nie ma żadnego wuja.

– Widywała go pani co roku od jego narodzin?

– Tak. Taką umowę zawarłam z jego ojcem, earlem.

– To chyba Harold Beauchamp-Kay, obecny earl Pellingham? – zapytał Holmes.

– Tak.