Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 558

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 15 godz. 45 min Lektor: Krzysztof Plewako–Szczerbiński

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 15 godz. 45 min Lektor: Krzysztof Plewako–Szczerbiński

Opis ebooka Sezon niewinnych - Samuel Bjørk

Thriller balansujący na granicy wytrzymałości… Wyszukany i przerażający! Jo Nesbø ma godnego konkurenta! Na norweskiej prowincji zostaje znalezione, powieszone na skakance, ciało sześciolatki. Dziewczynka ma na sobie ubranie lalki, a na szyi plakietkę jednej z linii lotniczych z informacją „Podróżuję samo”. Detektyw Holger Munch, szef specjalnego wydział zabójstw w Oslo wraz z jego najskuteczniejszą podwładną, Mią Krüger, rozpoczynają śledztwo. Pomimo wcześniejszej niechęci, Mia, cierpiąca na depresję i zmagająca się z własnymi demonami, angażuje się w sprawę i odkrywa, że morderstwo dziecka to najprawdopodobniej preludium do serii podobnych zbrodni. Trop prowadzi do nierozwiązanej sprawy sprzed sześciu lat, kiedy pewna dziewczynka została porwana z oddziału położniczego w mieście Hřnefoss. Wkrótce okazuje się, że morderca przeprowadza osobistą wendetę za to, że dziecko nie zostało nigdy odnalezione, a ofiarami jego zemsty mają stać się sami śledczy… Rozpoczyna się morderczy wyścig z czasem i śmiertelna gra z psychopatą… Kim okaże się morderca? Czemu jego ofiarami są dzieci? Na kim chciał się zemścić? W planach seria ponad 10 książek, której bohaterami są śledczy Holger Munch i Mia Krüger. „Można się pokusić o nazwanie tej książki wzorem współczesnego kryminału. Nie brak żadnego elementu, a wszystkie składniki połączone są niezwykle sprawnie”. Folkebladet „Od budzącej podziw książki Samuela Bjørka Sezon niewinnych bije prawdziwa siła witalna. Opowieść o Mii, która staje w obliczu zarówno swych osobistych demonów, jak i tych, które gnębią każdą istotę ludzką, jest iście hipnotyzująca.” Independent „Wyszukany i przerażający thriller, która powoduje, że czytelnik wstrzymuje oddech do ostatniej strony. Mocna opowieść, płynny styl, a postaciom nie da się oprzeć”. Thriller Magazine

Opinie o ebooku Sezon niewinnych - Samuel Bjørk

Fragment ebooka Sezon niewinnych - Samuel Bjørk

Tytuł oryginału:

DET HENGER EN ENGEL ALENE I SKOGEN

Copyright © Samuel Bjørk 2013

Published by agreement with Ahlander Agency

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Grzegorz Krzymianowski

Korekta: Barbara Meisner, Iwona Wyrwisz, Joanna Rodkiewicz

ISBN: 978-83-7999-542-4

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

28 sierpnia 2006 roku na oddziale położniczym szpitala Ringerike w Hønefoss przyszła na świat dziewczynka. Matka dziecka, dwudziestopięcioletnia przedszkolanka Katarina Olsen, była chora na hemofilię i zmarła podczas porodu. Asystujące przy nim położna i pielęgniarki wspominały później wyjątkową urodę dziewczynki. Opisywano ją jako ciche, lecz niezwykle ruchliwe dziecko o spojrzeniu, które sprawiało, że pracownicy oddziału odnosili się do niej w szczególny sposób. W formularzu rejestracyjnym, który wypełniła podczas przyjęcia do szpitala, Katarina Olsen wpisała „ojciec nieznany”. W ciągu kolejnych dni kierownictwo szpitala, we współpracy z Urzędem Ochrony Praw Dziecka gminy Ringerike, ustaliło adres mieszkającej w Bergen babci dziewczynki. Kobieta nie wiedziała o ciąży córki. Do szpitala przybyła jedynie po to, by stwierdzić, że dziecko zniknęło z oddziału położniczego. Przez kilka kolejnych tygodni policja w Ringerike prowadziła zakrojoną na szeroką skalę akcję poszukiwawczą, nie przyniosła ona jednak żadnych rezultatów. Dwa miesiące później w wynajętym mieszkaniu w centrum Hønefoss znaleziono ciało pochodzącego ze Szwecji pielęgniarza Joachima Wicklunda. Powiesił się. Na podłodze pod Wicklundem leżał napisany na maszynie list. Składał się tylko z jednego słowa: „Przepraszam”.

Dziewczynki nigdy nie odnaleziono.

CZĘŚĆ I

1

Walter Henriksen siedział przy stole w kuchni i desperacko próbował wmusić w siebie choć odrobinę śniadania, które przygotowała mu żona. Jajka i bekon. Śledź, peklowana kiełbasa i świeżo upieczony chleb. Filiżanka ziołowej herbaty zaparzona z ziół z własnego ogrodu. Pragnęła tego domu tak bardzo, że go kupili, z dala od centrum Oslo, mając za najbliższego sąsiada lasy Østmarki, by móc poświęcić się swoim zdrowym zainteresowaniom. Chodzić na spacery po lesie. Założyć mały ogródek warzywny. Zbierać jagody i grzyby, a przede wszystkim dać psu więcej swobody. Walter Henriksen nie znosił tego cocker-spaniela, ale kochał swoją żonę i dlatego zgodził się na to wszystko.

Walter przełknął kęs chleba ze śledziem, walcząc rozpaczliwie z odruchem wymiotnym. Pociągnął duży łyk soku pomarańczowego i ze wszystkich sił próbował się uśmiechać, choć głowa bolała go tak, jak gdyby ktoś walił w nią młotem. Impreza firmowa, na której bawił się wczorajszego wieczoru, wymknęła się spod kontroli, nie udało mu się powstrzymać od picia.

Gdzieś z głębi domu płynęły wiadomości, podczas gdy Walter usiłował odczytać wyraz twarzy żony. Wysondować jej nastrój. Czy czuwała, kiedy bladym świtem zwalił się na łóżko? Nie wiedział, kiedy dokładnie to było, ale na pewno późno, bardzo późno. Pamiętał tylko, że się rozebrał, mgliście przypominał sobie też, że spała i że w jego głowie pojawiła się myśl: Całe szczęście. A potem runął nieprzytomny na zbyt twardy materac, który kupili na jej prośbę, z uwagi na dokuczające jej ostatnio bóle pleców.

Walter odchrząknął cicho, otarł usta serwetką i pogładził ręką brzuch, dając do zrozumienia, że śniadanie mu smakowało i jest najedzony.

– Pomyślałem sobie, że mógłbym przejść się z Lady – bąknął, wykrzywiając twarz w grymasie, który, miał nadzieję, przypominał uśmiech.

– O, to świetny pomysł – kiwnęła głową jego żona, trochę zaskoczona. Choć nie rozmawiali o tym zbyt często, doskonale zdawała sobie sprawę, że Walter nie przepada za jej trzyletnią suką.

– Może tym razem zabierzesz ją nieco dalej niż tylko wokół domu?

Próbował usłyszeć w jej głosie ten lekko pasywno-agresywny ton, którego często używała, gdy była na niego zdenerwowana, i dostrzec uśmiech, który tak naprawdę nie był uśmiechem, ale czymś zupełnie innym, lecz niczego takiego nie znalazł. Sprawiała wrażenie zadowolonej, nie zauważyła, co się stało. Znów mu się upiekło. A teraz, obiecał sobie, z tym koniec. Od tej chwili zdrowe życie. I żadnych firmowych imprez.

– Pomyślałem sobie, że wezmę ją do Maridalen, a potem może zejdziemy ścieżką do Dausjøen.

– To cudownie, naprawdę – uśmiechnęła się jego żona.

Pogłaskała psa po łbie, pocałowała go w czoło i podrapała za uchem.

– Ty i twój pan pójdziecie teraz na spacer, słyszysz? O tak, będzie miło, będzie milusio dla mojej grubaski, mojej małej grubaski. Jesteś moją grubaską?

Przechadzka w górę Maridalen przebiegała tak samo jak zawsze, kiedy od wielkiego dzwonu zdarzało mu się wyjść z psem. Walter Henriksen nigdy nie przepadał za psami, nie wiedział o nich absolutnie nic i gdyby to zależało od niego, wszystkie psy na świecie mogłyby zostać wybite. Czuł, jak rośnie jego irytacja na głupiego kundla, który szarpał smyczą, chcąc, by szli szybciej. Albo się zatrzymali. Albo poszli w zupełnie innym kierunku, niż chciał Walter.

Wreszcie stanął na ścieżce schodzącej do Dausjøen. Tutaj mógł wreszcie spuścić psa z uwięzi. Przykucnął i zaczął odpinać smycz. Wyciągnął rękę, chcąc delikatnie pogłaskać sukę po łbie i okazać jej odrobinę przyjaźni.

– Teraz możesz trochę pobiegać, słyszysz?

Pies spojrzał na niego bezmyślnie i wywalił jęzor z pyska. Walter zapalił papierosa i przez chwilę poczuł do małej suczki coś w rodzaju sympatii. To przecież nie była wina psa. Zwierzak był w porządku. Ból głowy nieco zelżał, świeże powietrze zrobiło swoje. Od tej chwili postara się polubić psa. Mądry piesek. Tak naprawdę całkiem przyjemnie było spacerować tak razem po lesie. Byli teraz niemal przyjaciółmi, pies szybko uczył się słuchać poleceń, naprawdę mądry piesek. Był bez smyczy, a mimo to spokojnie szedł ścieżką razem z nim.

W tym momencie cocker-spaniel podskoczył, zbiegł z dróżki i popędził pomiędzy drzewa.

Cholera.

– Lady!

Walter Henriksen stał na ścieżce i przez chwilę nawoływał psa, ale bez skutku. Wyrzucił papierosa, zaklął pod nosem i zaczął wspinać się na wzniesienie, tam gdzie zniknęła suka. Kilkaset metrów wyżej się zatrzymał. Pies leżał spokojnie na ziemi, na niewielkiej polance. I wtedy Walter zobaczył wiszącą na drzewie małą dziewczynkę. Kołysała się tuż nad ziemią. Z tornistrem na plecach. I kartką na szyi: „Podróżuję sama”.

Walter Henriksen upadł na kolana i bezwiednie zrobił to, na co miał ochotę od chwili, kiedy się obudził.

Zwymiotował wprost na siebie, a potem się rozpłakał.

2

Mię Krüger zbudziły krzyki mew.

Właściwie powinna się już do tego przyzwyczaić, dom nad samym morzem kupiła przecież przed czterema miesiącami. Miasto wciąż jednak tkwiło w niej głęboko. W mieszkaniu na Torshov, przy Vogts gate, zawsze było głośno. Autobusy, tramwaje, syreny policyjne, karetki pogotowia. Żaden z tych dźwięków nigdy jej nie obudził, działały na nią niemal uspokajająco. Ale te mewy… Od tych krzyków nie miała dokąd uciec. Być może było tak, bo wokół panowała taka cisza?

Sięgnęła po zegarek leżący na nocnym stoliku, ale nie udało jej się zobaczyć wskazówek. Zupełnie jak gdyby ich tam nie było, jakby rozpłynęły się gdzieś we mgle. Kwadrans po dziesiątej, a może wpół do drugiej albo pięć po wpół do którejkolwiek. Tabletki wzięte poprzedniego wieczoru wciąż działały. Uspokajały, łagodziły, otępiały zmysły. „Nie łączyć z alkoholem”. Kogo to obchodziło? Przecież umrze już za dwanaście dni. Krzyżyki w kalendarzu w kuchni na dole. Zostało już tylko dwanaście pustych kwadratów.

Dwanaście dni. 18 kwietnia.

Usiadła na łóżku, założyła gruby sweter i chwiejnym krokiem zeszła do salonu.

Tabletki przepisał jej kolega. Przyjaciel z obowiązku, który powinien pomóc jej zapomnieć, pomóc jej przez to przejść, ruszyć do przodu. Psycholog policyjny. A może psychiatra? Chyba musiał nim być, skoro miał prawo wystawiać recepty. W każdym razie dostawała to, czego chciała. Nawet tu, na tym odludziu, mimo że wszystko kosztowało ją niemało wysiłku. Ubrać się. Uruchomić silnik łodzi. Marznąć przez piętnaście minut, które zajmowało dotarcie do przystani. Uruchomić samochód. Wytrzymać czterdzieści minut za kierownicą i dojechać do Fillan, tutejszego centrum. Niezbyt imponującego, ale zawsze. Najpierw apteka w centrum handlowym Hjorten. Potem państwowy sklep z alkoholem w tym samym miejscu. Lekarstwa już czekały, zamówione telefonicznie z Oslo. Apodorm, Vival, Lamictal, Citalopram. Część od psychiatry, niektóre od internisty. Wszyscy byli tacy uczynni, tacy przyjacielscy. „Nie bierz za dużo, bądź ostrożna”. Ale Mia Krüger nie miała zamiaru być ostrożna. Nie przybyła tu, żeby wyzdrowieć. Przybyła tu, żeby zniknąć.

Jeszcze dwanaście dni. 18 kwietnia.

Mia Krüger wyjęła z lodówki butelkę wody mineralnej, ubrała się i zeszła na brzeg. Usiadła na skale, szczelniej owinęła się kurtką i wzięła pierwszą tego dnia porcję lekarstw. Kolorowe pastylki przemieszane w kieszeni spodni. Nie wiedziała, które to już tego dnia, wciąż czuła się otępiała. To jednak nie miało już żadnego znaczenia. Popiła je łykiem wody z butelki i wyciągnęła stopy w kierunku fal. Siedząc, przypatrywała się swoim butom. To było bez sensu. Miała wrażenie, że to nie jej stopy, lecz kogoś innego, kogoś, kto siedział tam zamiast niej. Przeniosła spojrzenie na morze. To też było bez sensu, lecz mimo to zmuszała się, by patrzeć w stronę horyzontu w oddali i małej wysepki, której nazwy nie znała.

Wybrała to miejsce zupełnie przypadkowo. Hitra. Wyspa w Trøndelagu. Było jej wszystko jedno, chciała tylko samotności. Pozwoliła podjąć decyzję agentowi nieruchomości. Sprzedaj moje mieszkanie i daj mi coś innego. Popatrzył na nią dziwnie, jakby oszalała albo była idiotką, ale chciał przecież zarobić, więc było mu to kompletnie obojętne. Śnieżnobiały uśmiech, oczywiście, zajmę się tym, czy chce od razu wystawić mieszkanie na sprzedaż? Jakieś specjalne wymagania? Ta wymuszona uprzejmość… Ale ona przeniknęła przez nią i zajrzała w głąb jego oczu. Na samą myśl robiło jej się słabo. Fałszywe, wstrętne oczy. Z jakichś powodów zawsze widziała wnętrza ludzi, którzy znajdowali się blisko niej. A teraz on, wymuskany człowiek w garniturze i krawacie… Nie spodobało jej się to, co zobaczyła.

„Musisz wykorzystywać taki talent, skoro zostałaś nim obdarzona. Nie rozumiesz tego? Musisz go do czegoś wykorzystać, i powinnaś go używać właśnie do tego!”

Niech ją diabli, jeśli do czegoś go wykorzysta. Już nie. Nigdy więcej. Ta myśl ją uspokoiła. Odkąd tu przyjechała, była w ogóle wyjątkowo spokojna. Hitra. Pośrednik nieruchomości dobrze się spisał. Pomyślała o nim niemal serdecznie.

Mia Krüger wstała ze skały i ruszyła ścieżką w stronę domu. Nadszedł czas na pierwszego tego dnia drinka. Nie wiedziała, która godzina, ale na pewno już czas. Kupiła kilka butelek drogich alkoholi, zamówiła je wcześniej, być może był w tym jakiś odruch sprzeciwu. Dlaczego nie pozwolić sobie na coś drogiego, skoro pozostało jej tak niewiele czasu? Dlaczego to? Dlaczego tamto? Dawno przestała myśleć o takich rzeczach. Otworzyła butelkę armagnacu Domaine de Pantagnan 1965 Labeyrie i napełniła w trzech czwartych szklankę do herbaty, która nieumyta stała na kuchennym blacie. Armagnac za osiemset koron w brudnej szklance. „Widzisz, jakie to dla mnie ważne? Wierzysz, że to dla mnie ważne?” Uśmiechnęła się lekko do siebie, wyjęła z kieszeni spodni kolejne tabletki i znów zeszła na brzeg.

Ponownie niemal ciepło pomyślała o agencie nieruchomości o nienaturalnie białych zębach. Gdyby miała gdziekolwiek spędzić życie, wybrałaby właśnie to miejsce. Powietrze, widok na morze, spokój unoszący się pod białymi chmurami. Nigdy wcześniej nie była w Trøndelag, ale ta wyspa urzekła ją od pierwszej chwili. Żyły tu jelenie. Całe mnóstwo. I to ją fascynowało, jelenie kojarzyły jej się przecież z innymi miejscami. Z Alaską, z filmami. Piękne zwierzęta, do których pewni ludzie za wszelką cenę chcą strzelać. Mia Krüger uczyła się posługiwać bronią w akademii policyjnej, ale nigdy tego nie lubiła. Broń nie była zabawką, używało się jej tylko w ostateczności, najlepiej jednak było nie sięgać po nią nawet wtedy. Sezon polowań na jelenie trwał na Hitrze od września do listopada. Pewnego dnia w drodze do apteki natknęła się na grupę młodych ludzi przywiązujących jelenia do skrzyni ładunkowej samochodu. W lutym, poza sezonem łowieckim. Przez chwilę się zastanawiała, czy ich nie zatrzymać, spisać nazwiska, zgłosić, by ponieśli zasłużoną karę, ale się rozmyśliła.

Kiedyś policjantka. Czy już zawsze policjantka?

Teraz już nie. Nie, do cholery.

Jeszcze dwanaście dni. Osiemnasty kwietnia.

Wypiła ostatni łyk armagnacu, oparła głowę o skałę i zamknęła oczy.

3

Holger Munch pocił się, stojąc w hali przylotów lotniska Værnes i czekając na kluczyki do swojego wynajętego samochodu. Z powodu mgły w Gardermoen samolot jak zwykle wylądował z opóźnieniem. Holger przypomniał sobie Jana Fredrika Wiborga, naukowca, który popełnił rzekomo samobójstwo w Kopenhadze po tym, jak skrytykował plany przeniesienia lotniska w Oslo z uwagi na panujące w okolicy warunki atmosferyczne. Jeszcze dziś, osiemnaście lat później, Munch wciąż pamiętał o tej sprawie. Dorosły mężczyzna wypada z o wiele za małego hotelowego okna, bez powodu i tuż przed tym, jak miał zrelacjonować aferę z lotniskiem przed parlamentem? I dlaczego ani duńska, ani norweska policja nie miały ochoty gruntownie zająć się tą sprawą?

Blondynka przy stanowisku Europcar wyrwała Holgera Muncha z rozmyślań. Chrząknęła, dając mu w ten sposób do zrozumienia, że teraz jego kolej.

– Munch – powiedział krótko. – Samochód był zamawiany.

– Ach, a więc będzie pan mieć nowe muzeum w Oslo? – spytała kobieta w zielonym uniformie, puszczając do niego oko.

Munch nie od razu zrozumiał żart.

– Czy to nie pan jest tym malarzem? – spytała kobieta, nie przestając stukać energicznie w klawiaturę.

– Co? Nie, nie jestem malarzem – powiedział Munch. – Nie jestem nawet jego krewnym.

Mając takich przodków, pewnie nawet bym tu nie stał, pomyślał Munch, kiedy kobieta wręczała mu formularz do podpisania.

Holger Munch nienawidził latania, dlatego był w nie najlepszym nastroju. Nie dlatego, że obawiał się katastrofy. Z zamiłowania był matematykiem i wiedział, że niebezpieczeństwo upadku samolotu jest mniejsze niż ryzyko, że piorun porazi kogoś dwa razy tego samego dnia. Nie, Holger Munch nienawidził latania, ponieważ ledwie mieścił się w jakimkolwiek fotelu.

– Proszę – powiedziała z miłym uśmiechem kobieta w zielonym uniformie, wręczając mu kluczyki. – Piękne przestronne volvo V70, wszystko opłacone, bezterminowo i bez limitu kilometrów. Może je pan odstawić, kiedy i gdzie pan sobie zażyczy. Szerokiej drogi.

Przestronne? To miał być kolejny żart, miało go to uspokoić? Oto twój samochód, w którym mieścisz się tylko ty, bo brzuch urósł ci tak, że nie widzisz własnych butów?

W drodze na piętrowy parking Holger Munch zerknął na swoje odbicie w wielkim oknie hali przylotów. Chyba najwyższa pora na trochę sportu. Na zdrowsze jedzenie. Ostatnio z różnych powodów błąkała mu się po głowie myśl, żeby zrzucić kilka kilo. Już dawno przestał uganiać się za przestępcami po ulicach, robili to jego podwładni, więc nie w tym rzecz. W ostatnich tygodniach Holger Munch zrobił się trochę próżny.

„Och, Holgerku, nowy sweter? Och, Holgerku, nowa marynarka? Och, Holgerku, przystrzygłeś brodę?”

Otworzył volvo, włożył telefon do uchwytu zestawu głośnomówiącego i włączył go. Zapiął pas i ruszył w kierunku centrum Trondheim. Zaczęły nadchodzić wiadomości. Westchnął. Godzina bez telefonu i znów się zaczyna. Ani chwili spokoju. To nie do końca tak, że nastrój psuło mu tylko latanie. Ostatnio dużo się działo, zarówno w pracy, jak i na froncie domowym. Holger przesuwał palcami po wyświetlaczu smartfona, który sam musiał sobie kupić. Teraz trzeba być high-tech, policja musi być up to date, również w Hønefoss, w którym spędził ostatnie półtora roku. Okręg policyjny Ringerike. Tu zaczął karierę i teraz znalazł się tu ponownie. Z powodu wydarzeń w Tryvann.

Siedem połączeń z centrali na Grønland. Dwa od byłej żony. Jedno od córki. Dwa z domu opieki. Oprócz tego niezliczone esemesy.

Holger Munch uznał, że świat może jeszcze chwilę poczekać, i włączył radio. Odszukał stację NRK Klassisk, opuścił szybę i zapalił papierosa. Papierosy były jego jedynym nałogiem, nie licząc oczywiście jedzenia, ale to coś zupełnie innego. Holger Munch nie miał zamiaru rzucić palenia, niezależnie od tego, ile jeszcze ustaw wymyślą politycy i ile tabliczek z napisem „Palenie zabronione” pojawi się we wszystkich możliwych miejscach. Jak choćby na desce rozdzielczej jego wypożyczonego samochodu.

Bez papierosa nie potrafił myśleć, a jeśli Holger Munch cokolwiek lubił, było to właśnie myślenie. Posługiwanie się mózgiem. Dopóki funkcjonował mózg, ciało nie było aż takie ważne. Z radia dobiegały dźwięki Mesjasza Händla. Wprawdzie nie był to ulubiony utwór Muncha, ale też mu nie przeszkadzał. Wolał raczej Bacha. W muzyce podobała mu się matematyka, więc cenił go bardziej niż tych wszystkich kompozytorów odwołujących się do uczuć. Aryjska gorączka wojenna Wagnera, impresjonistyczny, emocjonalny świat Ravela. Munch słuchał muzyki klasycznej, aby uciec od ludzkich uczuć. Gdyby człowiek był zadaniem matematycznym, wszystko stałoby się o wiele prostsze. Dotknął obrączki ślubnej i pomyślał o Marianne, swojej eksżonie. Minęło już dziesięć lat, a on wciąż nie zdecydował się jej zdjąć. Marianne dzwoniła. Może…?

Nie. Chodziło oczywiście o wesele. Chciała porozmawiać o weselu. Mieli córkę. Miriam zamierzała wyjść za mąż. Trzeba omówić sprawy praktyczne. To wszystko. Holger Munch wyrzucił papierosa przez okno i zapalił kolejnego.

„Nie piję kawy i trzymam się z daleka od alkoholu. Do cholery, przecież nie mogą mi zabronić zakurzyć sobie od czasu do czasu!”

Holger Munch upił się tylko raz, mając czternaście lat. Winem wiśniowym jego ojca, w wakacyjnym domku pod Larvikiem. Od tamtej pory ani razu nie wziął alkoholu do ust. Nie miał takiej potrzeby. Nie ciągnęło go. Niszczyć sobie w ten sposób komórki mózgowe? Nigdy nie przyszłoby mu to do głowy. Za to papieros albo hamburger, czemu nie?

Zjechał na stację benzynową Shella przy zajeździe Gjestegård i zamówił burgera z bekonem, którego zjadł na ławce z widokiem na fiord Trondheim. Gdyby koledzy musieli w trzech słowach opisać Holgera Muncha, dwa razy użyliby prawdopodobnie słowa „nerd”. Ostatnim określeniem byłoby być może „sprytny” albo „przesadnie miły”, ale „nerd” pojawiłby się z pewnością. Gruby, sympatyczny nerd, który nigdy nie brał do ust alkoholu, kochał matematykę, muzykę klasyczną, krzyżówki i szachy. Może trochę nudny, ale znakomity śledczy. I sprawiedliwy szef. Po tym, jak żona zostawiła go dla nauczyciela z Hurum, który co roku miał dwa miesiące wakacji i nie musiał zrywać się w nocy, by wyjść, nie zdradzając, dokąd się wybiera, innym nie przeszkadzało już, że nigdy nie uczestniczył we wspólnych wypadach na piwo ani że nie umawia się już z kobietami. Wszyscy wiedzieli, że nikt nie miał tak dobrego odsetka wyjaśnionych spraw co Holger Munch. Wszyscy lubili Holgera Muncha. Pomimo to znów wylądował w Hønefoss.

„Nie degraduję cię, tylko przenoszę. Powinieneś być zadowolony, że w ogóle masz jakiekolwiek zajęcie”.

Niewiele brakowało, by tam, w biurze Mikkelsona na Grønland, rzucił natychmiast na stół raport o zwolnienie, ale jakoś się powstrzymał. Cóż miałby potem robić? Zatrudnić się jako ochroniarz?

Holger Munch wsiadł do samochodu i ruszył w kierunku Trondheim drogą E6. Zapalił papierosa i obwodnicą jechał na południe. W samochodzie był GPS, ale go nie włączył. Wiedział, dokąd chce jechać.

Mia Krüger.

Przez chwilę myślał serdecznie o swojej dawnej koleżance. Zadzwonił telefon.

– Munch.

– Gdzie, do diabła, jesteś?

Po drugiej stronie Mikkelson, zdenerwowany, w stanie przedzawałowym. Jak zawsze. Dla wielu ludzi pozostawało tajemnicą, jak ten człowiek przeżył dziesięć lat na stołku szefa na Grønland.

– Jestem w samochodzie, a gdzie, do diabła, jesteś ty? – powiedział Munch oschle.

– Gdzie  w   s a m o c h o d z i e?  Jesteś już na miejscu?

– Nie, jeszcze nie, niedawno wylądowałem. Chyba o tym wiesz. O co chodzi?

– Chciałem tylko sprawdzić, czy robisz to, co uzgodniliśmy.

– Mam tu akta i zamierzam je przekazać, jeśli to masz na myśli – powiedział Munch, wzdychając. – Tylko dlatego mnie tu wysłałeś? A nie pomyślałeś o kurierze? Mogliśmy przecież wysłać kolegów stąd.

– Wiesz dobrze, dlaczego to właśnie ty tam jesteś – odpowiedział Mikkelson. – I chcę, żebyś tym razem zrobił to, co ci powiedziałem.

– Po pierwsze – Munch westchnął znowu i wyrzucił niedopałek przez okno – nie jestem ci nic winien. A po drugie, nie jestem ci nic winien. Po trzecie, to ty odpowiadasz za to, że nie używam już mojego mózgu do tego, do czego powinienem go używać, a więc bądź łaskaw się zamknąć. Wiesz, nad jakimi sprawami teraz pracuję? Chcesz to usłyszeć, Mikkelson? Nad czym pracuję?

Po drugiej stronie przez chwilę panowała cisza. Munch uśmiechnął się w duchu.

Jeśli Mikkelson czegoś nienawidził, to prosić kogokolwiek o przysługę. Munch wyczuwał wściekłość Mikkelsona. Cieszył się, że jego stary szef nie dostał, czego chciał, i musiał zagryźć zęby.

– Po prostu to załatw.

– Yes, sir! – Munch wyszczerzył zęby i przytknął dwa palce do skroni.

– Tylko bez tego ironicznego tonu, Munch. I zadzwoń, kiedy już będziesz coś wiedział.

– Tak zrobię. A, jeszcze jedno…

– Co znowu? – burknął Mikkelson.

– Jeśli ona się zgodzi, wracam. Koniec z Hønefoss. Chcę z powrotem na stare śmieci. Na Mariboesgate. Nie pracujemy w centrali. I chcę mieć ten sam zespół co wcześniej. Umowa stoi?

Na chwilę zapadła cisza.

– To absolutnie nie wchodzi w grę. Całkowicie wykluczone, Munch. To…

Munch uśmiechnął się i rozłączył, zanim Mikkelson zdążył powiedzieć więcej. Zapalił papierosa, podgłośnił radio i postanowił pojechać drogą na Orkanger.

4

Mia Krüger zasnęła pod kocem na kanapie przed kominkiem. Śniła jej się Sigrid. Obudziła się z uczuciem, że jej siostra bliźniaczka wciąż jest przy niej. Żywa. Że znowu były razem, tak jak zawsze. Sigrid i Mia. Mia i Sigrid. Dwie papużki nierozłączki z Åsgårdstrand, urodzone dwie minuty jedna po drugiej. Blondynka i brunetka. Tak różne, a zarazem tak podobne.

Mia chciała z powrotem zanurzyć się w sen, wrócić do Sigrid, ale zmusiła się, żeby wstać i pójść do kuchni. Spróbować coś zjeść i zatrzymać alkohol w organizmie. Jeśli dalej będzie tak robić, umrze wcześniej, a to nie mogło się zdarzyć.

18 kwietnia.

Jeszcze dziesięć dni.

Da radę, wytrzyma jeszcze dziesięć dni. Mia wmusiła w siebie dwie kromki chrupkiego pieczywa. Zastanawiała się, czy nie wypić szklanki mleka, zdecydowała się jednak na wodę. Dwie szklanki wody i dwie tabletki z kieszeni spodni. Nie miało żadnego znaczenia które. Tym razem biała i jasnoniebieska.

Sigrid Krüger.

Siostra, przyjaciółka i córka.

Urodzona 11 listopada 1979. Zmarła 18 kwietnia 2002.

Kochana najmocniej. Nieodżałowana.

Mia Krüger usiadła na kanapie i poczekała, aż tabletki zaczną działać. Otępienie. Błona pomiędzy nią a światem. Potrzebowała tego teraz. Nie widziała siebie prawie od trzech tygodni, ale teraz musiała wziąć prysznic. Łazienka na pierwszym piętrze. Omijała ją tak długo, jak to było możliwe, nie chciała oglądać swojego odbicia w dużym lustrze, które poprzedni właściciel powiesił wprost na drzwiach. Chciała znaleźć śrubokręt, pozbyć się prześladowcy. Czuła się wystarczająco źle i nie szukała bynajmniej potwierdzenia swojego stanu. Nie miała jednak siły. Na nic nie miała siły. Tylko tabletki. I drinki. Valium krążące w żyłach, lekki szmer we krwi, cudowna tarcza przed wszystkimi kolcami, które tak długo się w niej zatapiały. Zebrała się w sobie i zaczęła wchodzić po schodach. Otworzyła drzwi do łazienki i zszokowana spojrzała na swoją postać w lustrze. To nie ona. To ktoś inny. Mia Krüger zawsze była szczupła, ale teraz sprawiała wrażenie chorej. Zawsze była zdrowa. Zawsze silna. Teraz nie zostało z niej prawie nic. Zdjęła sweter, dżinsy i w samej bieliźnie stanęła przed lustrem. Majtki wisiały luźno na biodrach. Cała tkanka tłuszczowa na biodrach i brzuchu znikła. Ostrożnie przesunęła dłonią po wystających żebrach, policzyła je. Zmusiła się, żeby podejść bliżej lustra, całkiem blisko. Podchwyciła swoje spojrzenie na upstrzonej plamami rdzy srebrnej płycie. Zawsze słyszała komplementy na temat swoich błękitnych oczu. „Nikt nie ma tak norweskich oczu jak ty, Mio” – usłyszała kiedyś od kogoś. Do dziś pamiętała, jaka była wtedy dumna. „Norweskie oczy”. To brzmiało tak pięknie. Sigrid zawsze była tą ładniejszą, być może dlatego ten komplement sprawił jej tyle radości. Żywe błękitne oczy. Niewiele z nich pozostało. Wyglądały teraz jak martwe. Pozbawione blasku i bez życia, zaczerwienione tam, gdzie powinny być białe. Schyliła się po spodnie, wyciągnęła z kieszeni dwie tabletki, przytknęła usta do kranu z wodą i je połknęła. Ponownie stanęła przed lustrem, usiłując stać prosto.

„Moja mała Indianko”. Tak zawsze mówiła do niej babcia. Jeśli nie liczyć błękitnych oczu, mogła nią być. Indianką. Kiowa albo Siuksyjką, albo Apaczką. Jako mała dziewczynka fascynowała się Indianami, nigdy nie było żadnych wątpliwości, po czyjej stała stronie. Kowboje byli źli. Indianie dobrzy. „Jak się dziś miewasz, Mio Promieniu Księżyca?” Mia musnęła dłonią swoje odbicie w lustrze i z czułością pomyślała o babci. Przyjrzała się swoim długim włosom. Kruczoczarne, spływające na wątłe ramiona. Już dawno nie miała tak długich włosów. W szkole policyjnej zaczęła obcinać je krótko. Nie u fryzjera, ale sama w domu. Po prostu brała do ręki nożyczki i obcinała włosy. Aby zademonstrować, że nie przykłada najmniejszej wagi do swojej urody. Że nikogo nie udaje. Nie malowała się. „Jesteś piękna w naturalny sposób, moja mała Indianko – powiedziała babcia któregoś wieczoru, zaplatając jej włosy w warkocz przy kominku w domu w Åsgårdstrand. – Widzisz, jakie masz śliczne powieki, jakie piękne długie rzęsy? Widzisz, że natura już cię umalowała? Nie powinnaś zawracać sobie tym głowy. Nie staramy się być piękne dla chłopców. Pojawią się, kiedy przyjdzie na to czas”. Indianka przy babci. I Norweżka w szkole. Perfekcyjna prawie w każdym calu. Nagle zrobiło jej się słabo. Od tabletek. W małych pastylkach kryły się nie tylko spokój i ukojenie. To się zdarzało od czasu do czasu, nigdy nie zadawała sobie trudu, aby sprawdzać, które tabletki wolno jej było łączyć. Oparła się dłonią o ścianę, czekając, aż przejdzie najsilniejsza fala mdłości. Jeszcze przez chwilę stała przed lustrem. Popatrzyła na siebie. Ostatni raz.

Jeszcze dziesięć dni.

18 kwietnia.

Nie zastanawiała się zbyt często, jak to będzie. Ostatnia chwila. Czy będzie bolało? Czy będzie trudno odejść? Nie wierzyła w te wszystkie historie o tym, że umierającemu życie przebiega przed oczami niczym film. A może to prawda? To nie miało większego znaczenia. Mia Krüger nosiła w sobie historię swojego życia. Widziała je w lustrze. Indianka o norweskich oczach. Długie czarne włosy, które kiedyś po prostu obcinała, teraz opadały jej na chude białe ramiona. Zaczesała włosy za ucho i zaczęła przyglądać się bliźnie nad lewym okiem. Długie na trzy centymetry cięcie, znak, który już nigdy nie zniknie. Przesłuchanie podejrzanego w sprawie o morderstwo. Z Akerselva wyłowiono zwłoki młodej Łotyszki. Mii zabrakło koncentracji, nie zauważyła noża, na szczęście udało jej się uchylić i nie straciła wzroku. Przez kilka miesięcy nosiła na oku opaskę. Tylko lekarzom ze szpitala Ullevål zawdzięczała, że mimo wszystko mogła widzieć na oboje oczu. Uniosła lewą rękę i przyjrzała się palcowi z brakującym koniuszkiem. Kolejny podejrzany. Małe gospodarstwo niedaleko Moss, „Uwaga, groźny pies”. Rottweiler rzucił się jej do gardła, ale w porę udało jej się zasłonić ręką. Wciąż jeszcze czuła kły, czuła, jak przez te kilka sekund, zanim wyciągnęła pistolet z kabury i wypaliła prosto w pysk bestii z odsłoniętymi zębami, ogarnia ją panika. Jej wzrok spoczął na małym motylu wytatuowanym na biodrze, tuż nad tasiemką majtek. Jest w Pradze. Ma dziewiętnaście lat, jest wolna. Poznała pewnego Hiszpana, wakacyjny flirt. Wypili za dużo becherovki i oboje obudzili się z tatuażami. Ona miała małego liliowo-żółto-zielonego motyla. Nie potrafiła powstrzymać uśmiechu. Wiele razy zastanawiała się nad jego usunięciem, żałując tej młodzieńczej lekkomyślności. Teraz nie miało to już żadnego znaczenia. Dotknęła małej srebrnej bransoletki na prawym nadgarstku. Obie, ona i Sigrid, dostały na komunię po łańcuszku. Dziecięca bransoletka, z serduszkiem, kotwicą i literą. M na jej, S na Sigrid. Wieczorem po uroczystości, gdy goście rozeszli się już do domów, usiadły w swoim dziecięcym pokoju w Åsgårdstrand. Wtedy Sigrid niespodziewanie zaproponowała wymianę.

„Chcesz moją? Ja wezmę twoją”.

Od tamtego dnia Mia już nigdy nie zdjęła srebrnej bransoletki.

Tabletki działały coraz silniej, z trudem rozpoznawała się w lustrze. Jej ciało było niczym duch, daleko stąd. Blizna nad lewym okiem. Zdeformowany mały palec. Czeski motyl nad tasiemką majtek. Patykowate ramiona i nogi. Indianka o smutnych, prawie martwych niebieskich oczach. Po chwili przestała już widzieć cokolwiek. Odwróciła wzrok od lustra i chwiejąc się, weszła pod prysznic. Stała pod strumieniem gorącej wody tak długo, aż ta zrobiła się lodowata.

Wychodząc z łazienki, unikała patrzenia w lustro. Naga zeszła do salonu i wysuszyła się przed kominkiem, w którym nie miał kto rozpalić ognia. Poszła do kuchni i zrobiła sobie jeszcze jednego drinka. W szufladzie znalazła kolejne tabletki. Przełykając je, ubrała się. Była jeszcze bardziej otępiała. Tak od zewnątrz, jak i od środka.

Założyła czapkę i kurtkę i wyszła z domu. Znów ścieżką w dół, nad morze. Usiadła na skale i wpatrzyła się w horyzont, pozwalając oczom odpocząć. „Føling i fjæra”1. „Emocje na brzegu”. Skąd to wspomnienie? Festiwal, antynorweski festiwal filmowy, organizowany przez kilku celebrytów uważających, że norweskie filmy muszą być inne. Mia Krüger uwielbiała kino, ale wcale nie miała wrażenia, żeby norweski film zmienił się na lepsze, odkąd na brzegu nie emocjonowano się już kulturą. Zawsze drażniło ją, kiedy jakiś nieszczęśnik próbował stworzyć filmowy portret policjanta lub policjantki. Najczęściej opuszczała wtedy salę, ze współczucia dla biednego aktora, któremu przypadła w udziale ta kwestia i któremu reżyser kazał robić różne rzeczy. Było to dla niej po prostu zbyt bolesne. Mia Krüger uśmiechnęła się i pociągnęła łyk z wziętej ze sobą butelki. Gdyby nie to, że przyjechała tu umrzeć, z łatwością potrafiłaby sobie wyobrazić, że tu zostanie.

18 kwietnia.

Uświadomiła to sobie pewnego dnia. Spłynęło to na nią jak objawienie. Od tego czasu pogodziła się z tym całkowicie. Sigrid została znaleziona 18 kwietnia 2002 roku. W piwnicy w Tøyen, jednej z dzielnic Oslo, na rozpadającym się materacu, z igłą wciąż tkwiącą w przedramieniu. Nie zdążyła nawet poluzować rzemienia. Przedawkowanie zaskoczyło ją całkowicie. Za dziesięć dni minie równe dziesięć lat. Mała, słodka, śliczna, cudowna Sigrid, która przedawkowała heroinę w brudnej piwnicy. Zaledwie tydzień po tym, jak Mia odebrała ją z kliniki odwykowej w Valdres.

Ach, jak cudownie wyglądała Sigrid po czterech tygodniach w rzeczywistym świecie. Miała zaczerwienione policzki, wrócił jej uśmiech. W drodze powrotnej do Oslo było niemal tak jak kiedyś. Obie się śmiały i przekomarzały, jak w ogrodzie domu w Åsgårdstrand.

– Ty będziesz Królewną Śnieżką, a ja Śpiącą Królewną.

– Ale to ja chcę być Śpiącą Królewną. Dlaczego zawsze muszę być Śnieżką?

– Bo masz czarne włosy, Mio.

– Ach tak, i tylko dlatego?

– Tak, dlatego. Teraz już rozumiesz?

– Nie.

– Jesteś głupia.

– Nie jestem.

– Nie, nie jesteś.

– Właściwie dlaczego musimy się bawić w Królewnę Śnieżkę i Śpiącą Królewnę? Musimy spać sto lat i czekać, aż obudzi nas jakiś książę. To w ogóle nie jest zabawne, a do tego jesteśmy tu same.

– Ach, pewnego dnia przybędzie na pewno, przekonasz się, Mio, na pewno się zjawi.

Księciem Sigrid był jakiś palant z Horten. Podawał się za muzyka, miał nawet coś w rodzaju zespołu, który nigdy nie dał żadnego koncertu. Wysiadywali w parku, palili haszysz, brali speeda albo zwyczajnie się wydurniali. Cholerny, zarozumiały nieudacznik. Mia Krüger nie była nawet w stanie wypowiedzieć jego imienia, na samą myśl o nim zrobiło jej się tak słabo, że musiała wstać i wziąć głęboki oddech. Ścieżką prowadzącą obok skały minęła domek na łodzie i usiadła na przystani. Daleko w głębi lądu zauważyła jakiś ruch. Ludzi krzątających się wokół swoich ludzkich spraw. Która mogła być godzina? Przyłożyła dłoń do czoła i spojrzała na niebo. Sądząc z położenia słońca, było około dwunastej albo pierwszej. Pociągnęła łyk z butelki i poczuła, że tabletki zaczęły działać. Otępiały jej zmysły, zobojętniały ją. Zwiesiła nogi z krawędzi pomostu i wystawiła twarz do słońca.

Markus Skog.

Sigrid miała osiemnaście lat, ten gnojek dwadzieścia dwa. Przeniósł się do Oslo i zaczął pałętać się po Plata. Kilka miesięcy później dołączyła do niego Sigrid.

Cztery tygodnie odwyku. Nie pierwszy raz Mia odbierała siostrę z kliniki, ale tym razem wszystko wydawało się inne. Zupełnie nowa motywacja. Nie było zwykłego po wyjściu z odwyku ćpuńskiego uśmieszku, nie było kłamstw, ciągłych kłamstw i oczekiwania, by wyjść i znów dać sobie w żyłę. Nie, w jej oczach dało się teraz zobaczyć coś innego. Sprawiała wrażenie pewniejszej siebie, prawie takiej jak niegdyś.

Przez te wszystkie lata Mia myślała o siostrze tak często, że niemal wpadła w paranoję. Dlaczego właśnie Sigrid? Nudziła się? Ze względu na matkę i ojca? Tylko z powodu jakiegoś pieprzonego zdechlaka, tego cholernego idioty? Z miłości, by tak to ująć? Możliwe.

Matka potrafiła być surowa, ale wcale nie była taka zła. Ojciec bywał nazbyt miły, ale to nie powinno mieć chyba żadnego znaczenia. Eva i Kyrre Krüger adoptowali bliźniaczki zaraz po ich przyjściu na świat. Tak jak ustalili wcześniej z ich matką, młodą samotną kobietą, która nie mogła albo nie chciała ich zatrzymać. Dla bezdzietnej pary było to niczym uśmiech niebios. Dziewczynki były właśnie takie, jakich pragnęli. Czyste szczęście.

Matka, Eva, nauczycielka w szkole podstawowej w Åsgårdstrand. Ojciec, Kyrre, sprzedawca farb, właściciel sklepu Ole Krüger i synowie w centrum handlowym w Horten. Wyjaśnienia, dlaczego Sigrid skończyła jako ćpunka, Mia szukała w ich domu rodzinnym. Ale go nie znalazła.

Markus Skog.

To jego wina.

Zaledwie tydzień po powrocie z Valdres. Było im tak dobrze razem w mieszkaniu przy Vogts gate. Sigrid i Mia, Mia i Sigrid. Królewna Śnieżka i Śpiąca Królewna. Znów nierozłączne. Mia wzięła nawet kilka dni urlopu, pierwszy raz od Bóg wie kiedy. I wtedy któregoś wieczoru na stole kuchennym znalazła się kartka: „Muszę pogadać z M. Wracam niedługo. S.”.

Mia Krüger wstała z pomostu i wolnym krokiem ruszyła w stronę domu. Lekko chwiała się na nogach. Czas na kolejne tabletki. I kolejnego drinka.

5

Holger Munch miał już dosyć jazdy, więc skręcił, chcąc zrobić sobie chwilę przerwy. Znalazł parking i wysiadł, aby rozprostować trochę nogi. Do celu było już niedaleko, zaledwie kilka kilometrów od tunelu na Hitrę. Nie musiał się spieszyć. Holger Munch nie chciał pytać, dlaczego człowiek, który miał zabrać go łodzią na wyspę, mógł to zrobić dopiero po drugiej. Kolega z miejscowego posterunku, z którym rozmawiał, sprawiał wrażenie nie do końca przytomnego. Holger Munch nie czuł rzecz jasna żadnych uprzedzeń wobec policji na prowincji, ale w Oslo przywykł do nieco innego tempa. Policja w Ringerike nie należała z pewnością do najszybszych w kraju. Munch zaklął i pomyślał z wściekłością o Mikkelsonie, szybko jednak dał sobie spokój. To nie była wina Mikkelsona. Wewnętrzne dochodzenie, coś musiało się potem wydarzyć w centrali. Miał tego świadomość, lecz mimo wszystko…

Munch usiadł na ławce i zapalił kolejnego papierosa. W tym roku wiosna wcześnie zawitała do Trøndelag. Na drzewach widać było zielone zawiązki liści, a śnieg stopniał niemal całkowicie. Holger nie wiedział wprawdzie, kiedy wiosna pojawia się zazwyczaj w Trøndelag, ale w lokalnym radiu wysłuchał rozmowy na ten temat. Zrezygnował z muzyki i przełączył na wiadomości. Udało im się zachować całą sprawę w tajemnicy czy też jakiś idiota z centrali wypaplał wszystko jakiemuś spragnionemu sensacji dziennikarzynie z wypchanym portfelem? Na szczęście nie. Ani słowa o małej dziewczynce, którą znaleziono powieszoną na drzewie w Maridalen.

Telefon dzwonił i pikał przez całą drogę, ale Holger nie zwracał na to uwagi. Podczas jazdy nie chciał ani telefonować, ani wysyłać esemesów. Wystarczająco napatrzył się na wypadki, kiedy to z powodu zaledwie chwili nieuwagi ktoś zjechał z drogi albo zderzył się z innym samochodem. Poza tym nie musiał się spieszyć. Dobrze mieć czasem chwilę tylko dla siebie. Niechętnie przyznawał to przed sobą, ale momentami czuł znużenie. Całą tą pracą. I atmosferą w rodzinie. Nie miał nic przeciwko wizytom u matki w domu opieki. Nie miał nic przeciwko pomaganiu córce w przygotowaniach do wesela. Nie miał absolutnie nic przeciwko spędzaniu czasu z Marion, swoją sześcioletnią wnuczką. Ale coś było po prostu nie tak.

On i Marianne. Właściwie nigdy sobie nie wyobrażał, że to wszystko mogłoby potoczyć się inaczej. Ale nawet teraz, po dziesięciu latach, miał uczucie, że coś w nim pękło i nigdy już nie będzie jak dawniej.

Otrząsnął się z tych myśli i sprawdził telefon. Kolejne dwa nieodebrane połączenia od Mikkelsona. Wiedział, o co chodzi, nie było sensu oddzwaniać. Jeszcze jedna wiadomość od Miriam, jego córki, jak zwykle krótka i bezosobowa. Parę telefonów od Marianne, jego eksżony. Cholera, zapomniał zadzwonić do domu opieki. Środa. Powinien był to zrobić, zanim wsiadł do samochodu. Wybrał numer, wstał i rozprostował nogi.

– Dom opieki Høvikvei, Karen.

– Cześć, Karen. Holger Munch z tej strony.

– Cześć, Holger, co słychać? – odpowiedział miły głos po drugiej stronie. Munch zrobił się prawie czerwony. Spodziewał się, że jego telefon odbierze jedna ze starszych pracownic.

„Och, Holgerku, nowy sweter? Och, Holgerku, nowa marynarka? Och, Holgerku, przystrzygłeś brodę?”

– Właściwie całkiem nieźle – odparł Holger. – Ale muszę jeszcze raz poprosić cię o przysługę.

Kobieta się roześmiała.

– Wal śmiało, Holger.

Od kilku lat mówili sobie po imieniu. Karen. Jedna z pracownic domu opieki, w którym jego matka początkowo za nic w świecie nie chciała zamieszkać, a gdzie w końcu, jak się wydaje, znalazła spokój.

– Znowu środa – powiedział Munch, wzdychając.

– I nie dasz rady?

– Nie, niestety – powiedział Munch. – Nie ma mnie w mieście.

– Wszystko jasne – powiedziała Karen i roześmiała się znowu. – Zobaczę, czy ktoś może odwieźć ją stąd taksówką, a jeśli nie, sama po nią zadzwonię.

– Oczywiście zapłacę – powiedział Munch szybko.

– Nie ma problemu.

– Dziękuję, Karen.

– Nie ma za co, Holger. Zakładam, że w przyszłą środę się zjawisz?

– Pomyślę.

– Świetnie, w takim razie do zobaczenia?

– Tak, całkiem możliwe – chrząknął Munch. – Naprawdę bardzo dziękuję, pozdrów ją ode mnie.

– Zrobi się.

Munch rozłączył się i wrócił na ławkę.

Dlaczego jej kiedyś nie zaprosisz? Co ci szkodzi? Filiżanka kawy? Wyjście do kina?

Odsunął od siebie tę myśl, gdy nadszedł e-mail. Te nowe telefony zupełnie mu nie odpowiadały, wszystko było w nich w jednym miejscu. Nigdy nie dadzą mu spokoju? W tym momencie nawet mu to jednak odpowiadało. Uśmiechnął się, gdy otworzył wiadomość i przeczytał nowe zadanie od Jurija, Rosjanina, którego kilka lat wcześniej poznał za pośrednictwem Internetu. Na forum strony math2.org, gromadzącej wszystkich nerdów z całego świata. Jurij był profesorem z Mińska, miał sześćdziesiąt kilka lat. Holger nie nazwałby go przyjacielem, bądź co bądź nigdy się nie spotkali, ale wymienili adresy e-mailowe i niekiedy do siebie pisali. Dyskusje o szachach i od czasu do czasu wspólne rozrywki umysłowe, to wszystko.

Woda napływa do zbiornika. Jej ilość podwaja się co minutę. Zbiornik napełni się w ciągu godziny. Ile czasu upłynie, zanim napełni się do połowy? J.

Munch zapalił kolejnego papierosa i zastanowił się. Po chwili znał już odpowiedź. Zabawne. Lubił Jurija. Zastanawiał się nawet, czy go kiedyś nie odwiedzić. Właściwie dlaczego nie? Nigdy nie był w dawnym Związku Radzieckim. Dlaczego by nie spotkać się z człowiekiem, którego poznało się przez Internet? Miał więcej takich znajomych: mrmischigan40 z USA, margrete_08 ze Szwecji, Birrrdman z RPA. Entuzjaści matematyki i szachów, ale przede wszystkim ludzie tacy jak on. Dlaczegóż by więc nie? Wybrać się w podróż, nawiązać nowe znajomości – to przecież zupełnie normalne. Chyba nie był aż tak stary? Kiedy ostatni raz wybrał się dokądkolwiek w podróż? Na wyświetlaczu telefonu mignęło mu jego odbicie. Odłożył aparat na ławkę.

Pięćdziesiąt cztery. Miał wrażenie, że wiek nie do końca się zgadza. Czuł się o wiele starszy. Tylko tego dnia, kiedy Marianne powiedziała mu o nauczycielu z Hurum, postarzał się o dziesięć lat. Próbował zachować spokój. Gdzieś w duchu nawet to przeczuwał. Długie dni w pracy, jego ogólne roztargnienie, nawet w tych rzadkich chwilach spędzanych w domu był stale pogrążony w myślach. W końcu musiało to pociągnąć za sobą konsekwencje, ale że tak szybko i w taki sposób? Była zupełnie rozluźniona, jak gdyby przez jakiś czas przygotowywała się do tej rozmowy. Poznali się na jakimś seminarium. Utrzymywali ze sobą kontakt. Pojawiło się uczucie. Kilkakrotnie spotkali się w tajemnicy, nie chciała jednak żyć już w kłamstwie. Holger nie potrafił zachować spokoju. On, który nigdy wcześniej nie podniósł ręki na drugiego człowieka. Krzyczał i rzucał talerzami o ścianę. Gonił ją po całym domu. Jeszcze dziś wstydził się swojego zachowania. Miriam, płacząc, przybiegła na dół ze swojego pokoju. Wtedy miała piętnaście lat, dziś, w wieku dwudziestu pięciu lat, była zdecydowana na małżeństwo. Piętnaście lat i po stronie matki. Właściwie nic dziwnego. Jak często przez te lata bywał w domu? Jak często znajdował dla niej czas?

Z trudem przymusił się do odpisania na wiadomość od Miriam. Krótką i bezosobową, niczym symbol ich relacji, zarówno obecnych, jak i wcześniejszych. Że też akurat teraz musiał o tym myśleć. Jakby dokumenty, które wiózł ze sobą, nie wystarczały.

Możesz dorzucić jeszcze kilka tysięcy? Postanowiliśmy zaprosić dodatkowo dzieci kuzynów.

Ślub. „Oczywiście” – odpisał, dodając uśmiechnięty emotikon, ale go skasował. Patrzył, jak wiadomość jest wysyłana, i myślał o Marion, swojej wnuczce. Zaraz po jej narodzinach Miriam oświadczyła mu wprost, że nie jest pewna, czy zasłużył na kontakt z małą, na szczęście zmieniła zdanie. Cieszył się ogromnie z tych spotkań. Godziny z cudownie otwartą Marion, światło w szarości codziennego dnia, który mówiąc szczerze, stał się jeszcze bardziej mroczny, odkąd został przeniesiony do Hønefoss.

Po rozwodzie pozwolił Marianne zatrzymać dom. Wydawało mu się, że tak należy, dzięki temu Miriam nie musiała zostawiać przyjaciółek, szkoły i piłki ręcznej. Kupił sobie nieduże mieszkanie w Bislett, wystarczająco blisko, a zarazem wystarczająco daleko od pracy. Po przeniesieniu do Hønefoss zatrzymał mieszkanie, teraz mieszkał w małym wynajętym lokum przy Ringvei, niedaleko miejscowego komisariatu. Rzeczy trzymał w kartonowych pudłach. Nie zabrał ze sobą wiele, spodziewał się szybkiego powrotu do stolicy, gdy tylko po wszystkim opadnie kurz. Teraz, prawie dwa lata później, wciąż tam mieszkał, nierozpakowany. Nie czuł się u siebie w domu ani tu, ani tam.

Przestań się nad sobą użalać. Są ludzie, którym wiedzie się o wiele gorzej.

Munch rozdeptał niedopałek i znów pomyślał o teczce w samochodzie. Sześcioletnia dziewczynka powieszona na drzewie w Maridalen, znaleziona przez przypadkowego spacerowicza. Takiej sprawy nie miał od dawna. Nic dziwnego, że koledzy w centrali na Grønland wpadli w popłoch.

Sięgnął po telefon i wysłał Jurijowi odpowiedź.

Po 59 minutach ;) HM

Munch nie chciał przyznać przed sobą, że teczka leżąca obok niego w samochodzie przyprawiała go o ciarki na plecach. Uruchomił silnik, wrócił na główną drogę i ruszył na wschód, w kierunku Hitry.

6

Mężczyzna z tatuażem orła na szyi specjalnie na tę okazję założył golf. Kiedyś bywał częstszym gościem na Dworcu Centralnym w Oslo. Dla człowieka jego profesji tłok stanowił doskonały kamuflaż, teraz jednak było tu pełno kamer i prawie żadnej możliwości, żeby pozostać niezauważonym. Swoje spotkania i transakcje już dawno przeniósł w inne miejsca. Sale kinowe, budki z kebabami, tam, gdzie nie tak łatwo człowieka nakryć, gdyby się okazało, że jego interesom przygląda się policja. Zdarzało się to jednak rzadko, działał teraz zresztą na znacznie mniejszą skalę. Mimo wszystko lepiej było dmuchać na zimne.

Mężczyzna z tatuażem orła na szyi naciągnął mocniej kaptur na głowę i wszedł do hali dworca. Wprawdzie to nie on wybrał to miejsce, ale zaproponowana kwota była tak wysoka, że po prostu posłusznie wypełniał instrukcje. Nie miał pojęcia, w jaki sposób zleceniodawca go odnalazł, pewnego dnia otrzymał tylko ememesa ze zdjęciem, poleceniem i kwotą. Zrobił tak jak zazwyczaj: odpisał „OK”, nie zadając żadnych pytań. Bez wątpienia dziwne zlecenie, jeszcze nigdy nie miał do czynienia z czymś podobnym. W swojej długiej karierze nauczył się jednak nie zadawać pytań, wykonywać polecenia i inkasować zapłatę. Tak przeszedł przez życie i w świecie cieni wciąż cieszył się solidną opinią. I choć klientów było coraz mniej, a zarobki spadały, bywało, że wpadało mu w ręce większe zlecenie, które pozwalało mu co nieco zarobić. Tak jak teraz. Dziwaczna prośba, szczerze mówiąc zupełnie odjechana, ale dobrze płatna. A właśnie tego teraz potrzebował: dobrze zarobić.

Marynarka, porządne spodnie, wypastowane buty, mała skórzana teczka, golf, a nawet okulary zerówki. Mężczyzna z tatuażem orła na szyi wyglądał jak kompletne przeciwieństwo samego siebie, i o to właśnie chodziło. Człowiek jego profesji nigdy nie mógł mieć pewności, czy policja nie zechce przejrzeć wszystkich nagrań z kamer, lepiej więc było dmuchać na zimne. Wyglądał jak księgowy albo zupełnie zwyczajny człowiek podróżujący w interesach. Choć trudno było w to może uwierzyć, mężczyzna z tatuażem orła na szyi zwracał uwagę na swoją aparycję. Nie chciał być brany za zadzierającego nosa bubka, kogoś z wyższych sfer, podobał mu się jego nieokrzesany wygląd, tatuaż i skórzana kurtka. Te cholerne spodnie uciskały w kroku, czuł się jak idiota. Śmieszna marynarka i głupie lśniące brązowe buty. Ale tak musiało być. Suma, która czekała na niego w schowku, była tego warta. Absolutnie. Od jakiegoś czasu był pod kreską i pilnie potrzebował pieniędzy. Chciał się zabawić. Uśmiechnął się i spokojnym, ostrożnym krokiem ruszył przez halę dworcową.

Pierwsza wiadomość przyszła blisko rok wcześniej, po niej nastąpiły kolejne. Ememes ze zdjęciem i kwotą. Zlecenie było tak dziwne i absurdalne, że z początku wziął to za dowcip, ale je wykonał. I dostał zapłatę. Następnym razem to samo. I znów to samo. Było mu zupełnie obojętne, o co w tym wszystkim chodzi.

Wszedł do saloniku prasowego, kupił gazetę i papierosy. Całkiem zwyczajny księgowy wracający do domu po zwykłym dniu pracy. Wsunął gazetę pod pachę i ruszył w kierunku skrytek bagażowych. Zatrzymał się przed wejściem do przechowalni i wysłał wiadomość:

Jestem.

Zaczekał na odpowiedź. Jak zwykle przyszła błyskawicznie. W telefonie odezwał się sygnał wiadomości, a w niej znalazł numer skrytki i kod potrzebny do jej otwarcia. Mężczyzna z tatuażem orła na szyi ostrożnie rozejrzał się kilka razy, a następnie zjechał ruchomymi schodami do skrytek i odszukał właściwą. Należało pochwalić Oslo S za pozbycie się tych wszystkich kluczy, które trzeba było potajemnie przekazywać sobie z ręki do ręki w rzadko uczęszczanych bramach. Teraz potrzebny był tylko kod. Mężczyzna z tatuażem orła na szyi wstukał cyfry na klawiaturze. Skrytka otworzyła się z kliknięciem. W środku leżała taka sama jak zwykle brązowa koperta. Wyjął ją ze skrytki, próbując się nie rozglądać i zachowywać jak najmniej podejrzanie. Otworzył aktówkę i szybkim ruchem włożył do niej kopertę. Z uśmiechem na twarzy zauważył, że tym razem koperta była znacznie grubsza. Ostatnie zlecenie. Czas na końcowe rozliczenie. Zamknął skrytkę, wjechał na górę ruchomymi schodami, przez halę dworcową doszedł do Burger Kinga i zamknął się w toalecie. Nie był w stanie dłużej czekać. Otworzył teczkę i wyjął kopertę. Zobaczywszy zawartość, uśmiechnął się szeroko. Znalazł tam nie tylko ustaloną sumę, w banknotach dwustukoronowych, o które zawsze prosił, ale dodatkowo małą torebkę z białym proszkiem. Mężczyzna z tatuażem orła na szyi otworzył przezroczystą paczuszkę, ostrożnie posmakował jej zawartość i uśmiechnął się jeszcze szerzej. Nie miał pojęcia, kim był jego zleceniodawca, ale najwyraźniej miał doskonałe kontakty i informacje. Ci, którzy go znali, wiedzieli, jakim zamiłowaniem darzy biały proszek. Wyjął telefon i jak zwykle wysłał wiadomość z odpowiedzią.

OK. Dzięki.

Zwykle nie wysyłał podziękowań, to był czysty interes. Nic osobistego. Tym razem jednak nie mógł się powstrzymać – ten cały dodatkowy zarobek i w ogóle. Po kilku sekundach przyszła odpowiedź.

Miłej zabawy.

Mężczyzna z tatuażem orła na szyi z uśmiechem włożył kopertę z torebką do aktówki i wyszedł z hali.

7

Mia Krüger siedziała na skale owinięta w koc, w białej czapce naciągniętej na długie kruczoczarne włosy. Był środek dnia. W aptece usłyszała, że tego roku wiosna przyszła do Trøndelag wcześnie, ale Mii Krüger wciąż było zimno i prawie nie czuła ciepła, o którym tyle mówiono.

Zostało sześć dni. Sześć pustych okienek w kalendarzu w kuchni. Czuła radość.

„Śmierć nie jest taka straszna”.

W ostatnich dniach uświadomiła to sobie jeszcze wyraźniej. Ukojenie. Pewność, że wkrótce się uwolni. W kieszeni anoraka znalazła kilka tabletek. Popiła je z butelki, którą ze sobą zabrała. Uśmiechnęła się do siebie i wpatrzyła w morską dal. Gdzieś na horyzoncie po falach ślizgał się kuter. Kwietniowe słońce malowało chmury i połyskiwało w wodzie pod skałą. Przez ostatnie dni dużo myślała. O swoich najbliższych albo o tych, którzy byli jej najbliższymi. Została tylko ona, a wkrótce nie będzie nawet jej. Na tej planecie. W tej rzeczywistości, jak powiedziałaby jej babcia. Mia uśmiechnęła się i pociągnęła z butelki kolejny łyk.

Sigrid zawsze była oczkiem w głowie wszystkich. Sigrid o jasnych długich włosach. To ona przynosiła ze szkoły dobre stopnie. To ona grała na flecie poprzecznym, w piłkę ręczną i przyjaźniła się ze wszystkimi. Mii nigdy nie przeszkadzało zainteresowanie, którym cieszyła się Sigrid. Sigrid nigdy nie wykorzystała uwagi otoczenia do czegoś niewłaściwego, nigdy o niczym i o nikim nie mówiła źle. Była po prostu niezwykła. Ale mimo wszystko miło było, kiedy babcia odciągała Mię na bok i mówiła jej, że jest wyjątkowa.

„Jesteś zupełnie wyjątkowa, wiesz? Inne dzieci też są cudowne, ale ty to wiesz, Mio, wiesz, prawda? Widzisz rzeczy, których inni w ogóle nie dostrzegają”.

Nawet jeśli babcia nie była jej prawdziwą babcią, zawsze czuła, że jest między nimi coś szczególnego. Jakaś więź, jakieś porozumienie. Może dlatego, że obie były do siebie fizycznie podobne? A może dlatego, że babcia traktowała Mię niemal jak przyjaciółkę, jak pokrewną, rozumiejącą ich inność duszę? Babcia nie szczędziła Mii szczegółów ze swojego życia, nie owijając przy tym niczego w bawełnę, choć czasem chyba powinna. Mówiła, że miała wielu mężczyzn i że nie należy się ich bać, bo tak naprawdę to tylko niegroźne małe króliki. Że potrafiła przepowiedzieć przyszłość. I że istnieje wiele rzeczywistości oprócz tej, w której żyły. I że nie należy tak bardzo obawiać się śmierci. To chrześcijaństwo, mówiła babcia, zrobiło ze śmierci coś negatywnego. Oni chcą, byśmy bali się ich Boga, śmierć to piekło albo niebo, mówią, w każdym razie definitywny koniec. Ale wiesz co, Mio? Babcia nie jest tak do końca pewna, czy śmierć to koniec. W każdym razie się nie boję.

W Åsgårdstrand złe języki nazywały ją wiedźmą, ale nie przeszkadzało jej to. Mia dobrze rozumiała, co ludzie mieli na myśli. Szare, dziko rozczochrane włosy nad czystymi, niemal granatowymi oczami. Babcia była inna niż wszyscy. W sklepie głośno mówiła o najdziwniejszych rzeczach, często siedziała całą noc w ogrodzie albo wpatrywała się w księżyc i śmiała do samej siebie. Potrafiła robić rzeczy, które ludzie w średniowieczu na pewno nazwaliby czarami, i często zabierała Mię do siebie, niczym małą uczennicę.

Mia była szczęśliwa. Dorastała w spokoju. Z kochającą matką i wspaniałym ojcem, z babcią zaledwie kilka domów dalej. Z babcią, która ją dostrzegała, widziała, kim dziewczynka była, i powtarzała jej, że jest wyjątkowa.

„Lekko i na palcach, Mio. Zapamiętaj to, lekko i na palcach”.

Ostatnie słowa babci przed śmiercią, które wypowiedziała, mrugając okiem do swojej niezwykłej przyjaciółki. Mia uniosła butelkę w stronę chmur.

„Śmierć nie jest taka straszna”.

Jeszcze sześć dni. Od tabletek znalezionych w anoraku zaczęła robić się senna. Mia Krüger połknęła jeszcze kilka i oparła się o skałę.

„Jesteś zupełnie wyjątkowa, Mio. Wiesz?”

Czy to dlatego zdecydowała się na szkołę policyjną? Żeby robić coś zupełnie innego? Przez ostatnie dni rozmyślała również o tym. Dlaczego dokonała takiego wyboru? Nie potrafiła już poskładać wszystkich kawałków układanki. Czas się przesunął. Sigrid nie była już małą jasną Sigrid, lecz ćpunką, realnym koszmarem. Matka i ojciec się wypalili, oddalili od świata, od siebie, od niej. Przeniosła się do miasta, kilka razy zaczynała studia na uniwersytecie. Uczyła się bez entuzjazmu, ani razu nie znalazła w sobie dość sił, żeby podejść do egzaminów. A może to szkoła policyjna wybrała ją? Żeby mogła oczyszczać świat z takich ludzi jak Skog?

Mia wstała i chwiejnym krokiem zeszła na przystań. Opróżniła butelkę i wsunęła ją do kieszeni anoraka. Znalazła jeszcze kilka tabletek i połknęła je, tym razem niczym nie popijając. Mewy ją opuściły i zainteresowały się kutrem. Jedynym dźwiękiem był plusk cicho obmywających skałę fal.

Strzeliła do niego.

Do Markusa Skoga.

Dwa razy.

Prosto w pierś. Wszystko stało się całkiem przypadkowo. Zostali wysłani w zupełnie innym celu. Zaginęła dziewczynka, wezwano więc oddział specjalny, żeby trochę powęszył i się rozejrzał. Tak to ujął Holger: „Nie mamy dużo na tapecie, Mio, więc myślę, że powinniśmy trochę powęszyć”.

Holger Munch. Mia Krüger pomyślała ciepło o koledze. Usiadła na przystani i spuściła nogi z pomostu. Wszystko było takie dziwne. Zabiła człowieka, ale nie miała żadnych wyrzutów sumienia. Sumienie bardziej męczyło ją potem, kiedy stało się to wszystko. Te artykuły w gazetach, cała ta wrzawa na Grønland. Holger Munch, szef grupy, który wyłuskał ją ze szkoły policyjnej, został przeniesiony, a oddział specjalny rozwiązany. Gdzieś głęboko tkwiła w niej bolesna świadomość, że Holger zapłacił za coś, czego nie zrobił. Co dziwne, samo zabójstwo nie wywoływało w niej takich emocji. Poszli za tropem aż do Tryvann. Jacyś ćpuni albo hipisi – ludzie dzwoniący ze swoimi skargami nigdy nie potrafili ich rozróżnić – imprezowali w zaparkowanej na wzniesieniu przyczepie kempingowej. Holger uznał, że być może natrafią tam na ślad zaginionej dziewczynki. W środku rzeczywiście znaleźli młodą dziewczynę, ale nie tę, której poszukiwali. Ze szklistymi oczami, z igłą w przedramieniu, w lepiącej się od brudu przyczepie kempingowej. A razem z nią, jakby znikąd, Markus Skog. Mia, jak precyzyjnie ujął to raport z wewnętrznego dochodzenia policji, „zadziałała nierozważnie, sięgając po nieadekwatne środki przymusu”.

Mia pokręciła głową, dziwiąc się, jak bardzo niemoralnie się zachowała. Holger Munch stanął w jej obronie. Oświadczył, że Skog ją zaatakował, poza tym na miejscu znaleziono nóż i siekierę. Ale Mia wiedziała lepiej. Była przeszkolona na tyle dobrze, że potrafiłaby obronić się zarówno przed atakiem nożem, jak i siekierą w rękach mizernego ćpuna. Mogła strzelić mu w stopę. W ramię. Nie zrobiła tego, zabiła go. W przypływie nienawiści, kiedy cały świat po prostu przestał dla niej istnieć. Dwa strzały prosto w pierś.

Gdyby nie Holger Munch, trafiłaby do więzienia. Wyciągnęła z anoraka prawie pustą butelkę, wlała do gardła ostatnie krople i jeszcze raz uniosła ją ku chmurom. To nie miało już żadnego znaczenia. Wszystko było za nią.

Ostatecznie.

Jeszcze sześć dni.

Podkurczyła nogi, położyła głowę na chropowatych deskach i zamknęła oczy.

8

Tobias Iversen zakrył dłońmi uszy młodszego brata, by ten nie słyszał hałasów dochodzących z parteru. Krzyki zaczynały się zwykle wtedy, gdy matka wracała z pracy i stwierdzała, że ojczym nie zrobił tego, o co go prosiła. Miał ugotować chłopcom obiad. Posprzątać mieszkanie. Znaleźć pracę. Tobias nie chciał, żeby brat słuchał tego wszystkiego, więc wymyślił zabawę.

– Zakryję ci uszy, a ty opowiesz mi o wszystkim, co widzisz w myślach. Dobrze?

– Czerwoną ciężarówkę z namalowanymi płomieniami – rozmarzył się brat.

Tobias kiwnął głową i uśmiechnął się w odpowiedzi. Dalej.

– Rycerz walczący ze smokiem – brat wyszczerzył zęby w uśmiechu.

Tobias znów skinął głową.

Hałas z dołu stał się głośniejszy. Nabrzmiałe wściekłością głosy, przenikające przez ściany i wnikające pod skórę. Tobias nie znosił tego, co wydarzy się za chwilę: przedmioty roztrzaskujące się o ściany, jeszcze głośniejsze krzyki, może nawet coś gorszego. Postanowił wyjść z bratem z domu. Przyłożył chłopcu dłonie do ucha i szepnął:

– Wyjdziemy zapolować na bawoły?

Brat się uśmiechnął i pokiwał z entuzjazmem głową.

Polowanie na bawoły. Biegi po lesie i zabawa w Indian. Lubił to. W okolicy nie było zbyt wielu dzieci, Tobias i jego młodszy brat przywykli więc do spędzania większości czasu razem, choć Tobias miał trzynaście lat, a jego brat tylko siedem. W domu często trudno było wytrzymać, woleli spędzać czas na świeżym powietrzu.

Tobias pomógł bratu założyć kurtkę i buty. Nucąc i podśpiewując, tupał głośno w deski na schodach prowadzących do tylnego wyjścia. Torben patrzył na niego swoimi wielkimi oczami. Był przyzwyczajony, że starszy brat wygłupia się razem z nim i wydaje te wszystkie głośne, dziwaczne dźwięki. Uważał to za zabawne. Bardzo lubił swojego brata, uwielbiał bawić się z nim w te pasjonujące rzeczy, które wymyślał Tobias.

Tobias wszedł do drewutni. Wziął ze sobą trochę cienkiego sznurka i nóż. Pozwolił bratu pobiec do lasu przed sobą. Mieli swoje tajne miejsce, więc nie było to niebezpieczne. Brat mógł bez obaw pobiec przodem na polanę pomiędzy świerkami, na której wspólnie zbudowali prowizoryczny szałas, mały domek z dala od domu.

Kiedy dotarli do szałasu, młodszy brat od razu rozsiadł się na starym materacu, wyciągnął komiks i zaabsorbowany wpatrywał się w nowe, ekscytujące litery i wyrazy. Po wielu staraniach zarówno w szkole, jak i w domu, i z małą pomocą starszego brata, wreszcie zaczął je rozumieć.

Tobias wyciągnął nóż i wybrał odpowiedni pęd wikliny. Uciął go przy samym korzeniu i oczyścił pośrodku z kory. To będzie uchwyt. Chwyt był jeszcze lepszy, jeśli po usunięciu kory pozwoliło się drewnu trochę podeschnąć. Tobias położył pęd na kolanach i na jego końcach umocował sznurek. Nowy łuk. Odłożył go na ziemię i wstał, żeby rozejrzeć się za odpowiednim materiałem na strzały. To nie musiała być wiklina, nadawało się do tego właściwie każde drewno z wyjątkiem świerka, który miał zbyt kruche gałęzie. Wrócił z gałęziami, prostymi i cienkimi, i zaczął oczyszczać je z kory. Po niedługim czasie obok pnia, na którym siedział, leżały cztery nowe strzały.

– Tobias, co tu jest napisane?

Brat wyszedł z szałasu z komiksem w dłoni.

– Kryptonit – przeczytał Tobias.

– Superman go nie znosi – pokiwał głową młodszy.

– To prawda – odpowiedział Tobias, rękawem swetra wycierając bratu nos.

– Myślisz, że to się dobrze skończy?

Tobias wstał i założył strzałę na cięciwę. Naciągnął sznurek i wystrzelił, strzała poszybowała pomiędzy gałęzie.

– Super! – zawołał brat. – Założysz też dla mnie?

– Ta jest dla ciebie – mrugnął Tobias.

Młodszy chłopiec się zaczerwienił i popatrzył na Tobiasa ciepło. Naprężył cięciwę nowego łuku tak mocno, jak potrafił, i wypuścił strzałę na kilka metrów. Spojrzał na Tobiasa, który kiwnął głową aprobująco: nieźle. Torben poszedł po strzałę.

– Może postrzelamy do tych chrześcijanek? – powiedział młodszy brat, kiedy wrócił.

– Co masz na myśli? – spytał Tobias, trochę zaskoczony.

– Chrześcijanki, które zamieszkały w lesie. Może do nich postrzelamy?

– Nie strzelamy do ludzi – powiedział Tobias i stanowczo wziął brata za rękę. – Skąd właściwie wiesz o tych chrześcijankach?

– Ktoś opowiadał w szkole – powiedział młodszy brat – że w naszym lesie mieszkają teraz chrześcijanki i zjadają ludzi.

Tobias uśmiechnął się do siebie.

– Ktoś zamieszkał w lesie – uśmiechnął się Tobias. – Ale oni nie są niebezpieczni, a już na pewno nie jedzą ludzi.

– Dlaczego nie chodzą do naszej szkoły? – spytał brat z szeroko otwartymi oczami. – Skoro tu mieszkają?

– Nie mam pojęcia – odpowiedział Tobias. – Myślę, że mają swoją własną.

Młodszy brat spoważniał.

– Musi być bardzo dobra, skoro nie chcą chodzić do naszej.

– Przypuszczalnie. – Tobias mrugnął. – A więc gdzie chcesz dziś strzelać do bawołów? Przejdziemy się nad Rundvann?

– Przypuszczalnie – skinął głową malec. Chciał być taki jak brat. – Przypuszczalnie chcę właśnie tam.

– W takim razie idziemy nad Rundvann. Możesz przynieść strzałę, którą wystrzeliłem pierwszą? Znajdziesz ją?

Młodszy brat skinął głową.

– Przypuszczalnie ją znajdę – powiedział z chytrym uśmiechem i pomknął pomiędzy drzewa.

9

Holger Munch czuł mdłości, siedząc w małej motorówce, która miała go przewieźć z Hitry na małą wysepkę u jej brzegu. Nie cierpiał na chorobę morską, nic z tych rzeczy, uwielbiał pływać po morzu. Chodziło o to, że przed chwilą rozmawiał z Mikkelsonem. Jego przełożony zachowywał się bardzo dziwnie, wręcz skromnie, bez typowej dla siebie szorstkości na pokaz. Życzył Munchowi powodzenia i wyraził nadzieję, że Munch zrobi wszystko co w jego mocy. Powiedział, że to ważne, by wydział trzymał się teraz razem. Emocjonalna mowa-trawa, zupełnie nie w stylu Mikkelsona. Munchowi się to nie podobało. Niewykluczone, że coś się wydarzyło. Coś, o czym Mikkelson nie chciał rozmawiać z Munchem.

Owinął się szczelniej kurtką i spróbował zapalić papierosa. Łódź właśnie cicho przecinała ujście fiordu. Sterujący motorówką młody mężczyzna z rozczochranymi włosami z pewnością nie był z policji. Powód, dla którego nie mógł przewieźć Muncha przed drugą, był wciąż niejasny, ale Munch nie miał ochoty o to pytać. Na przystani przywitał się tylko z nieznajomym i zapytał go, czy wie, o którą wyspę chodzi. Młody mężczyzna z rozczochranymi włosami kiwnął głową i pokazał ręką. Zaledwie piętnaście minut łodzią. Ten stary dom należał niegdyś do niejakiej Rigmor, która mieszkała tam razem z synem. Chłopak wyjechał jednak do Australii, zapewne za kobietą, i Rigmor nie widziała już innej rady, jak tylko przenieść się na główną wyspę. Dom został sprzedany jakiejś dziewczynie ze wschodu, nikt nie wiedział o niej nic więcej. Parę razy widzieli ją w drodze do Fillan. Ładna dziewczyna, miała może ze trzydzieści lat, długie czarne włosy, zawsze w okularach przeciwsłonecznych. To tam ma płynąć?

Ostatnie słowa młody człowiek już wykrzyczał, próbując zagłuszyć warkot silnika, ale Holger Munch, który od chwili dotarcia na przystań nie odezwał się ani słowem, nadal milczał. Pozwalał chłopakowi mówić, a sam, osłaniając się przed wiatrem, po raz trzeci próbował zapalić papierosa. Bez powodzenia.

Wyspa była coraz bliżej. Mdłości, które Munch odczuwał po rozmowie z Mikkelsonem, ustąpiły. Dotarło do niego, że wkrótce znów zobaczy Mię. Brakowało mu jej. Ostatni raz widział ją niemal przed rokiem. W domu wypoczynkowym. Albo w sanatorium, nieważne. Nie była sobą, prawie nie udało mu się nawiązać z nią rozmowy. Próbował kilka razy się z nią skontaktować, zarówno telefonicznie, jak i e-mailowo, ale nie doczekał się odpowiedzi. Kiedy zobaczył przed sobą urokliwą wysepkę, zrozumiał dlaczego. Nie chciała kontaktu z nikim. Pragnęła być sama.

Motorówka przybiła do małej przystani i Munch wygramolił się na ląd. Nie poszło mu to równie łatwo jak jeszcze dziesięć lat wcześniej, ale nie był też w tak kiepskiej formie, jak sugerowało wiele osób.

– Mam zaczekać czy zadzwonisz, żebym po ciebie przypłynął? – zapytał młody mężczyzna z rozczochranymi włosami. Miał nadzieję, że będzie mógł tu zaczekać i być może zostać świadkiem czegoś niezwykłego. Na tym odludziu niewiele się działo.

– Zadzwonię po ciebie – powiedział krótko Munch i zasalutował.