Sezon na słoneczniki - Igor T. Miecik - ebook
Opis

Igor T. Miecik, wieloletni reporter z niezwykle bogatym doświadczeniem zawodowym, podąża przez Ukrainę z dziecięcych wspomnień, ale przede wszystkim przez kraj pogrążający się w wojnie. Spotyka syna ostatniego komendanta UPA i lwowskich nacjonalistów rekrutujących ochotnicze bataliony, obserwuje ich przysięgę, szkolenie i drogę na front, tkwi z separatystami w oblężonym Słowiańsku, jest na linii demarkacyjnej przy wymianie jeńców. Nie jest to jednak książka tylko o wojnie. Opowiada o życiu w zwykłych ukraińskich miasteczkach, o górnikach z Donbasu, bandytach z Krymu, korupcji w Kijowie, oligarchach, a nawet o fabryce czekolady prezydenta Poroszenki. W swojej reporterskiej relacji Igor T. Miecik pokazuje wszystkie oblicza Ukrainy po zwycięstwie Majdanu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 265

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


REDAKCJA:
Mariusz Burchart
KOREKTA:
Małgorzata Kacprzakowa
OPRACOWANIE GRAFICZNE:
ProDesGraf – Michał Wastkowski
ZDJĘCIE NA OKŁADCE:
Vitalii Lazebnyk/Demotix/Corbis
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:
DYREKTOR WYDAWNICZY: Małgorzata Skowrońska
REDAKTOR NACZELNY: Paweł Goźliński
KOORDYNACJA PROJEKTU: Joanna Cieślewska
© copyright by IGOR MIECIK
© copyright by AGORA SA 2015
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
WARSZAWA 2015
ISBN 978-832-681-710-6 (epub), 978-832-681-711-3 (mobi)
Fragment
Rozdział pierwszy
Ścigany

Minęły dwa miesiące, odkąd go porwali, a nadal nie mógł dojść do siebie. Podczas rozmowy łapał mnie za rękaw i powtarzał szeptem: – Oni byli inni. Mówię ci. Zupełnie inni. – Kiedy opowiadał, zacinał się i trzęsły mu się ręce.

Ukraińska bezpieka zatrzymywała go nie pierwszy raz, ale z tymi facetami było coś nie tak. Wszystko było inaczej niż zwykle. Kiedy zdjęli mu z głowy czarny worek, mógł się w końcu rozejrzeć. To nie był dobrze mu znany posterunek SBU w rodzinnym Krzemieńczuku. Gołe, szare ściany, sufit wsparty na betonowych filarach, migające świetlówki. Hangar jakiś opuszczony czy magazyn fabryczny...

Posadzili go na taborecie naprzeciwko biurka z laptopem. Punktowa lampa w oczy. Ci, którzy go przywieźli, stali wokół. Kilku innych krzątało się przy zielonych skrzyniach pod ścianą. Były nieoznakowane, ale on dobrze znał ten typ skrzynek. To były pudła na karabiny szturmowe AK-74M. Nie miał pojęcia, po co ta broń, i sił nie starczało już, by kombinować. Był początek lutego 2014 roku. Stolica wrzała. Odpowiedź wydawała się oczywista. Ta broń ma jechać do Kijowa, bezpieka użyje jej do zdławienia Majdanu.

Myślał już tylko o tym, kiedy znów zaczną się tortury, gdy usłyszał, co mówią do siebie faceci przeładowujący skrzynki z AK. Nie mówili: „Kijów”. Mówili „Charków, Odessa, Dniepropietrowsk, Krzywy Róg”.

Spotkałem go w Bibliotece Narodowej w Warszawie. Przygotowywałem się do wyjazdu na Ukrainę. Był koniec marca 2014 roku. Majdan zwyciężył. Skompromitowany prezydent Wiktor Janukowicz uciekł z kraju. Ukraina miała nowy rewolucyjny rząd, ale jednocześnie Rosja zaanektowała Krym, a we wschodnich prowincjach mnożyły się kontrrewolucyjne wystąpienia, demonstracje, wiece, bójki, strzelaniny. Z dnia na dzień coraz więcej mundurów, broni, przemocy.

Czytałem akurat depeszę o śmierci Ołeksandra Muzyczki: „24 marca pod Równem funkcjonariusze specjalnej jednostki ukraińskiej milicji „Sokół” zastrzelili podczas próby zatrzymania Ołeksandra Muzyczki zwanego „Saszką Biłym”, członka samoobrony Majdanu i działacza ukraińskiej nacjonalistycznej partii OUN-UNSO”.

– Twardy skurwysyn – usłyszałem chrapliwy męski głos zza pleców. – Sam jeden zniszczył szesnaście ruskich transporterów. Byłem z nim w Czeczenii. Uratował mi życie.

Rzeczywiście, piszą dalej o Muzyczce, że był członkiem osobistej ochrony prezydenta Dżochara Dudajewa, że jako ochotnik razem z grupką Ukraińskich ochotników z UNA-UNSO walczył w oddziale samego Szamila Basajewa.

Facet, który stał za mną, mówił po polsku, płynnie, ale z silnym wschodnim akcentem. Miał ogorzałą, pooraną bruzdami twarz, przestawiony nos boksera i bliznę postrzałową nad skronią.

– Anatol Szołudko – przedstawił się. – Interesuje pana Ukraina?

***

Długo przepraszał za niechlujny strój i brud za paznokciami. On prosto z budowy. Z czegoś trzeba żyć. W domu, w Krzemieńczuku, na Ukrainie zostawił żonę i dwie dorastające córki. Skończył wcześniej i pędem do Narodowej. Tu są komputery z bezpłatnym Internetem, można sprawdzić, co w kraju, list do domu napisać.

Rozgestykulowany, o rozbieganych oczach i dłoniach wciąż szukających zajęcia, robił wrażenie człowieka nie całkiem zrównoważonego: – Mogą mnie zabić. Jestem pewien. Najpierw wykorzystać, a potem zabić. Za dużo w tym hangarze widziałem i słyszałem. A wypuścili mnie tylko dlatego, że upatrzyli sobie na kozła ofiarnego. To bezwzględni rzeźnicy wyszkoleni w KGB. Chcą mnie wrobić w morderstwo.

Wyraźnie zależało mu na zdobyciu mojego zaufania. Chciał wszystko powyjaśniać, opowiedzieć swoją historię. Tak bardzo się starał, żeby było zwięźle i składnie, że wychodziło dokładnie na odwrót. Raz zamykał kilkuletni rozdział życia jednym słowem, kiedy indziej płynął na fali najdrobniejszych szczegółów, a opowieść zwalniała wręcz do czasu rzeczywistego.

Przepraszał wtedy, że nie może się skupić. Wciąż trudno dojść do siebie. Boli głowa, przed oczami miga, w uszach szumi. To po tym, co w hangarze... Zdanie po zdaniu opowiadał historię długich lat szarpaniny o ukraińską wolność aż do tej nocy, kiedy stał się, choć o tym wówczas nie miał pojęcia, naocznym światkiem przygotowań ukraińskich i rosyjskich tajniaków do tego, co wkrótce miało się wydarzyć na wschodzie. Do wojny.

– Porwali mnie wprost z ulicy. Podjechali, narzucili na głowę worek i wepchnęli do terenowej toyoty land cruiser. Kiedy pierwszy raz zdjęli wór, zobaczyłem zamarznięte jeziorko albo staw i oświetlony reflektorami przerębel. To był przerębel dla mnie. Wołałem: Czego chcecie? O co idzie? A oni o nic nie pytali, ani o Majdan, ani o ONA-UNSO, nie chcieli żadnych nazwisk, adresów, telefonów. Niczego nie chcieli, tylko podtapiali. Nie wiem, ile to trwało. Pół godziny na pewno. Hangar był tuż przy brzegu, ale po drodze zdążyli obić mi jeszcze gębę.

W środku biurko, taboret, lampa w oczy. Dali zapalić, trochu odetchnąć. A może to oni chcieli odpocząć? Cisza. Palimy. Wreszcie odezwał się pierwszy. Wyjął ze skórzanej teczki jakieś dokumenty i rzucił na biurko. „Podpisz” – warknął.

Znałem go, to był pułkownik SBU z Połtawy – Kondraszow, z widzenia znałem też jego pomagiera. Charakterystyczny byk zawsze w jasnej marynareczce z cienkiej skóry, tajniak z Krzemieńczuka. Trzeciego widziałem pierwszy raz w życiu. Najbardziej niepokoiła mnie druga trójka. Oni właśnie byli inni, z nimi było coś nie tak. Cholernie nie tak. Stali za Kondraszowem i jego ludźmi. Przyglądali się, ani jeden się do mnie nie dotknął, nie wydawali też żadnych komend. Widać było jednak od razu, że to oni rządzą. No i byli na koniec jeszcze ci od skrzynek z kałachami, ale oni mieli swoją robotę, w ogóle nie zwracali na nas uwagi. Przestawiali, otwierali, coś tam grzebali, czasem ustalali coś między sobą. Docierały do mnie pojedyncze słowa, urywki zdań. To, co słyszałem, budziło we mnie jak najgorsze przeczucia.

– Co takiego konkretnie, co usłyszałeś?

– Wyraźnie słyszałem, jak padały nazwy kolejnych ukraińskich miast, ale nie o treść tu idzie.

– A o co?

– O ich akcent. Mieli charakterystyczny, dźwięczny akcent. Moskiewski akcent.

***

Anatol Szołudko to antykomunistyczny dysydent z Ruchu – pierwszej niepodległościowej ukraińskiej organizacji przełomu lat 80. i 90. – opiekun zabytków, badacz historii, aktywista pomarańczowej rewolucji i w końcu Euromajdanu.

Babcia Anatola jest z pochodzenia Polką. Kalinowska z domu. Anatol lubi to podkreślać. Zawsze był dumny z polskich korzeni. Małego Anatola babcia prowadza do katolickiego kościoła i godzinami pięknie opowiada o wspólnej historii. U babci wszystko jest zupełnie inne niż w szkole. Na odwrót wręcz. W końcu rozumie – ktoś musi mijać się z prawdą. Szybko traci wątpliwości, kto.

Pierwsze kłopoty z milicją ma w ósmej klasie. Istniał jeszcze Związek Sowiecki. I tak jak teraz była Wielkanoc. Na zbiórce pionierskiej drużynowy kazał złożyć samokrytykę. – Dowiedział się, nie wiedzieć skąd, że byłem z babcią w kościele. Miałem przedstawić racjonalne, marksistowsko-leninowskie dowody na nieistnienie Boga. Milczałem, więc zaczął kpić: „Pewnie nienamacalny jest ten twój Bóg, zobaczyć go nie można, co?”. Nie wytrzymałem: „Taki debil jak ty z pewnością Boga nie zobaczy”. Zerwałem z szyi czerwoną chustę i kopnąłem w jego stronę. Wylądowałem na dywaniku u dyrektora. Milicjant już tam czekał.

W dziesiątej klasie Anatola zatrzymuje już nie milicja, ale KGB.

Do szkoły przyjechał weteran z pogadanką, jak to we wrześniu 1939 roku w szeregach Armii Czerwonej wyzwalał z polskiej okupacji zachodnią Ukrainę. Sławił Stalina. Na marynarce „ikonostas” – co najmniej pół setki medali. Brzęczą niczym kolczuga. Był wielki, gruby i sapał.

Szołudko w środku lekcji wstaje, podchodzi do gościa, zrywa garść jego odznaczeń i rzuca na podłogę. Na całą klasę woła, że weteran to nie bohater i wyzwoliciel, ale sojusznik Hitlera! – A o zagłodzeniu przez waszego Stalina milionów Ukraińców słyszeliście? – pyta na koniec gościa.

Jest rok 1990. Trwa już gorbaczowowska pierestrojka i głasnost, ale zrywanie medali weteranom Armii Czerwonej nie mieści się nikomu w głowie. To czyste chuligaństwo, w dodatku polityczne. Tego dnia KGB zakłada Anatolowi teczkę, jak to mówią czekiści, stawit na ucziot, czyli wciąga nazwisko Szołudki do swojej ewidencji.

Trzecie spotkanie z „organami” kończy się dla Anatola wyrokiem. 1 maja 1990 roku dysydencki i niepodległościowy Ruch organizuje w Krzemieńczuku pikietę z okazji 500. rocznicy powstania Kozactwa. Szołudko pali flagę z sierpem i młotem. Na błyskawicznym 40-minutowym pokazowym procesie dostaje cztery lata. Trafia do Śledczo-Naprawczej Kolonii nr 15 w Połtawie. Jelcyna na czołgu, demonstrantów przed moskiewską siedzibą KGB i dźwig zdejmujący z cokołu figurę Dzierżyńskiego ogląda w obozowej świetlicy. Kiedy wychodzi z obozu, nie ma już ZSRR ani flagi z sierpem i młotem.

Szołudko poświęca się historii. Przepytuje świadków, zdobywa dokumenty.

W wiosce pod Krzemieńczukiem znajduje dziadka, który opowiada mu, jak w 1941 roku NKWD mordowało w lesie za jego wsią ludzi deportowanych z Mołdawii.

Spisuje relację kobiety – kucharki przy NKWD – o tym, że w obozie w Krzemieńczuku, w którym siedzieli również Polacy zabici później w Katyniu, Sowieci testowali tajne preparaty chemiczne.

Swoje odkrycia publikuje w prasie, Internecie, organizuje spotkania edukacyjne dla młodzieży. Pisze listy do polskich historyków, o Mołdawianach informuje ich konsula w Kijowie.

I tak znów trafia pod lupę bezpieki. Wezwania, przesłuchania, tajniacy z SBU zaczepiający na ulicy, groźby, prośby, dziwne propozycje: – Po co ci to? Komu potrzebny ten bełkot jakichś dziadów o obozach sprzed prawie stu lat? A czy to nasze obozy? Nie! Sowieckie. Swoją propagandą szkodzisz własnej ojczyźnie. Jak się nie uspokoisz, to cię wydamy rosyjskiej FSB, już się tobą interesują.

Pamiętaj, przyglądamy się tobie. A jak się okaże, że jesteś niczym więcej niż tylko polskim i mołdawsko-rumuńskim szpiegiem, co zrobisz? Myślisz, że to trudno udowodnić? Historyk się znalazł, badacz, jego mać!

Ale to było nic w porównaniu z hangarem o gołych ścianach.

***

Zapytałem Kondraszowa, co to za papiery. Co chce, żebym podpisał. Odpowiedział pytaniem: czy wolę proces na Ukrainie i wyrok piętnastu lat, czy może mają mnie przekazać kolegom z rosyjskiej FSB?

Wyraźnie chcieli mnie najpierw zupełnie złamać. Dobrze się przy tym bawili. Kondraszow schował papiery, a byczek w skórkowej marynarce przyniósł czarną walizkę, postawił na biurku i otworzył. Zobaczyłem zwój kabli, nieduży akumulator i bakelitowe pudełko z pokrętłem. Byczek powiedział: – To serum prawdy. Dla ciebie.

Elektrody podłączali na zmianę do genitaliów, oczu albo skroni. Nie pamiętam, co im mówiłem. Chyba że ja im powiem, co zechcą, że wszystko podpiszę, tylko żeby już, kurwa, zaczęli pytać, żeby powiedzieli, czego chcą.

Trwało to wieczność. Wyciągnęli papiery, podpisałem wszystko bez czytania. Nie widziałem na oczy i chciałem tylko jednego, żeby mi zdjęli z jaj akumulator. Pamiętam tylko deklarację współpracy, zobowiązanie lojalności i pokwitowanie wypłaty jakichś pieniędzy.

Zdjęli elektrody, schowali kwity. Rozluźnili się, zapalili. Kondraszow wyciągnął pistolet TT i kazał mi go wziąć do ręki i położyć palec na spuście. Później od razu zapakował go do plastikowej torebki, w jakiej milicja przechowuje dowody.

Nie ukrywał nawet, że chodzi o odciski palców. Na koniec byczek wyciągnął swój pistolet, przystawił mi do skroni i pociągnął za spust. Nic się nie stało. Szczęk zamka tylko, cichy strzał. Magazynek był pusty. Bardzo im się spodobał ten dowcip. Rżeli ze śmiechu i niczym starego druha poklepywali mnie po plecach.

Tylko Ruscy się nie śmiali. Nawet nie zauważyłem, kiedy zniknęli. Zostałem sam z naszymi ukraińskimi ubekami. Ci zupełnie już wyluzowani, znać wykonali zadanie w stu procentach, zawieźli mnie do miejskiego szpitala. Cały się trząsłem, nie wiem, czy po przeręblu, czy po akumulatorze, miałem poobijaną, wciąż krwawiącą gębę. Dniało.

Przespałem cały dzień, a następnej nocy dałem nogę. Do domu, walizka, taksówka i jak najszybciej do Kijowa na Majdan. Wiedziałem, że na całej Ukrainie tylko tam, za barykadami będę bezpieczny. Jeszcze nie wiedziałem, co dla mnie szykują.

Dzień później z telewizji dowiaduję się, że w Krzemieńczuku został zamordowany sędzia Ołeksandr Łobodenko. Pod swoim domem dostał w plecy dwie kule z pistoletu TT. Sprawcy nie ujęto, ale milicja podaje jego rysopis. Jak ulał pasuje do mnie.

Lepiej wybrać nie mogli. Ja tego Łobodenkę znałem, wredny typ montował sprawy pod polityczne zamówienie, ścigał i karał działaczy opozycji, aktywistów Euromajdanu, w tym wielu moich znajomych i przyjaciół. Ja sam miesiąc wcześniej za Majdan dostałem od niego sto dni aresztu domowego.

Idealna prowokacja. Działacz Euromajdanu zabija reżimowego sędziego. Faszyści w natarciu, wzięli władzę i zaczynają od samosądów.

Jedno tylko się nie składa – alibi: Łobodenko zastrzelili w nocy 11 lutego w Krzemieńczuku, ja byłem wtedy już w Kijowie, na Majdanie, 500 kilometrów od miejsca zbrodni – widziały mnie setki osób.

Nie zastanawiałem się jednak długo. Przyjaciele z Majdanu odwieźli mnie na polską granicę, opłacili ukraińskiego pogranicznika i teraz jestem tu.

– Przecież masz to alibi.

– A co to dla nich, czyjeś alibi. Poza tym ja się nie boję, że mnie skażą, boje się, bo nie wiem, co będzie, jak znów dostaną mnie w swoje łapy.

– A te automaty? Te skrzynki?

– Nie rozumiesz? To była broń dla tych, co zajmowali rządowe budynki na wschodzie. Skąd, myślisz, nagle, jak spod ziemi wzięło się tylu uzbrojonych ludzi? Uzbrojonych nie w wiatrówki czy strzelby na kaczki, tylko w karabiny szturmowe AK. Wyjęli te, kurwa, automaty z bieliźniarek? Nie! Dostali je od naszych ubeków, których na smyczy prowadzili Ruscy. To właśnie widziałem na własne oczy w tym hangarze. Rozdział broni dla konkretnych grup dywersyjnych, na poszczególne miasta.

***

W holu Narodowej niemal tuż nad naszymi głowami zaterkotał dzwonek obwieszczający rychłe zamkniecie biblioteki. 20.45. Z czytelni zaczęli wysypywać się studenci.

– Dzwonią do mnie przyjaciele i mówią: Wracaj, bracie! Potrzebny jesteś! U nas masowa mobilizacja, chłopcy zgłaszają się do wojska, tworzą się ochotnicze bataliony. A czy ja nie chcę? Niczego bardziej nie pragnę, niż do nich dołączyć. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak chcę jechać na wschód – Anatol zamilkł. Wciąż bawił się niewypełnionym bibliotecznym rewersem, który zamienił się w finezyjny wachlarz o tysiącu zgięć.

– Ja jadę jutro – mruknąłem.

– Gdzie?

– No... Na wschód.

Ten jakby się na nowo narodził, znów zaczął terkotać jak katarynka, śmiać się, machać łapami. Długo jeszcze siedzieliśmy w sąsiadującej z biblioteką piwiarni, a Anatol wyposażał mnie w adresy, telefony i charakterystyki swoich krewnych, przyjaciół i znajomych. Miałem wrażenie, że każe mi zapisać wszystkich, których w życiu spotkał. Rzeczywiście musiał tęsknić.

Absurd, paradoks. Na Ukrainie władze dzierży rewolucyjny rząd zwycięzców z Majdanu, a w Krzemieńczuku przeciw Anatolowi toczy się prokuratorska sprawa i ciąży na nim zarzut zabójstwa sędziego. Ba! Za podejrzanym wystawiono ogólnokrajowy list gończy. Nawet z amnestii skorzystać by nie mógł, bo ani skazany, ani osadzony, tylko poszukiwany.

Absurd... Nie miałem pojęcia, jak wiele ich przede mną. Pociągi przewożące pasażerów regularnymi kursami przez linie frontu, a właściwie z miasta A kontrolowanego przez siły rządowe do miasta B opanowanego przez separatystów, bo linia nie zawsze i nie wszędzie linią będzie. Albo ludzie, którzy będą co dzień rano chodzić do pracy, a „po godzinach” przebierać się w panterki i biegać z karabinem po mieście. Samozwańczy władcy, oszuści, iluzjoniści, bandyci. Wodzowie bez armii i armie bez wodzów. Przede mną długa droga na wschód.

NA MARGINESACHTROPY

Wieczorny autobus z Warszawy przyjeżdża do Lwowa nad ranem. Na pokładzie pustawo, głównie młodzież – ukraińscy studenci warszawskich uczelni.

W półmroku kartkuję album mojej matki. Wspominam naszą pożegnalną rozmowę.

Mama zaczęła od pytania, na które nie oczekiwała odpowiedzi: „Z trzech sióstr, które dorastały w Donbasie, jedna wybrała Rosję, druga Ukrainę, a trzecia Polskę. Czyż to nie symboliczne?”.

Pierwsze zdjęcie. Trzy radośnie uśmiechnięte dziewczyny. Niemal rówieśniczki, mogą mieć po siedemnaście, może dwadzieścia lat. Są identycznie ubrane i uczesane. Grube, długie warkocze upięły w koki. Ich skromne ciemne sukienki z białymi kołnierzykami wyglądają jak szkolne mundurki. Trzy siostry: Natasza, Gala i Lija – moja mama. Na sąsiedniej karcie stojąca pod rękę para około czterdziestki. Ona – szeroka twarz o nieco wystających kościach policzkowych i przykuwającym uwagę surowym spojrzeniu, on – wysoki blondyn o sklepionej wysokim czołem, pociągłej twarzy. Rodzice mamy. Babcia Klaudia i dziadek Jefim. Tygiel narodowości byłego imperium Romanowów. Babcia pół Rosjanka, pół Mordwinka, dziadek pół krwi Łotysz.

– Nigdy nie polubiłam Donbasu – zaczęła matka – a przecież to kraj mojego dzieciństwa, wczesnej młodości, beztroskich szkolnych lat.

Znałem historię rodziny, ale nie przerywałem, widziałem, że mama chce jeszcze raz odbyć tę podróż.

– Wszystkie trzy urodziłyśmy się w Kałudze 200 kilometrów na południowy zachód od Moskwy. Tata był biologiem i dyrektorem szkoły, mama nauczycielką klas początkowych. Z racji posady ojca mieliśmy duże służbowe mieszkanie w parterowym chłopskim czworaku z drzewami owocowymi i ogródkiem warzywnym. Pamiętam, że mieliśmy kilka kóz, kury i indyki. Tata hodował róże.

Zmobilizowali go jeszcze w czerwcu 1941 roku. Późnym latem zaczęła się ewakuacja miasta. Przydzielono nam furmankę z koniem. Mam pozwoliła mi zabrać ze sobą małego koziołka. Zawiązałam mu na szyi dzwoneczek na błękitnej wstążce. Na szczęście.

[...]