Sexy Bastard. Knox - Eve Jagger - ebook
lub
Opis

Trzecia książka z serii Sexy Bastard o uwodzicielskich mężczyznach, którym ciężko się oprzeć

Sławny, pociągający i bez wątpienia warty grzechu – taki właśnie jest Cooper Knox. Ten utalentowany bejsbolista słynnej drużyny New York Yankees przyciąga kobiety jak magnes. Kiedy zostaje przeniesiony do rodzinnej Atlanty, ma nadzieję, że spotka pewną dziewczynę, z którą kiedyś spędził noc i nie może o niej zapomnieć.

Chociaż Shelby Masters jest już dorosłą i piękną kobietą, dla bliskich nadal pozostaje „Małą Shelby”. Nikt nie domyśla się, że miała krótki romans z Knoxem, najlepszym przyjacielem jej nadopiekuńczego brata.

Gdy Knox i Shelby ponownie na siebie trafiają, od razu wiedzą, że nie są w stanie oprzeć się pożądaniu. Para zaczyna się potajemnie spotykać. Wkrótce jednak przekonują się, że budowanie związku nie jest proste, zwłaszcza jeśli muszą się ukrywać z uczuciami.

__

Niesamowita powieść, która wciągnie cię od samego początku i w pełni zaspokoi. Nawet jeśli nie jesteś fanką bejsbolu, Knox sprawi, że zmiękną ci kolana. On wie co robić – na boisku, w łóżku i wszędzie pomiędzy.

– Liz~ Liz’s Reading Life

__

O autorce

Eve Jagger bestsellerowa, amerykańska autorka „USA Today” i twórczyni serii Sexy Bastard. Uwielbia kreować skomplikowane emocjonalnie postaci zadziornych kobiet i seksownych samców alfa. Seria Sexy Bastard doskonale wpisuje się w ten schemat.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 310

Popularność


Mojemu bratu... Ta jest dla ciebie. Nie było dnia, żebym nie czuła dumy, że mogę nazywać cię moim starszym bratem. Dziękuję, że dzieliłeś się ze mną swoją pasją do bejsbolu, gdy byliśmy dziećmi... To dzięki temu, że przez lata obserwowałam twoją grę, zakochałam się w tym sporcie.

1

Zatrzymuję się przed Biblioteką swoim nowym szarym metalicznym porsche. Znacząco podniosłem standard od ostatniej wizyty w mieście, kiedy jeździłem wynajętym autem. Cóż mogę powiedzieć, miałem trochę wolnego czasu po spotkaniu z nowym trenerem i sprawdzeniu Turner Field.

Wrzucam kluczyki do portfela i przeciskam się przez tłum, kiwając na wykidajła.

– Witamy w domu, Knox – mówi, pochylając się, żeby przybić mi żółwika. – Cieszę się, że w tym sezonie jesteś we właściwej drużynie.

Kilka dziewczyn stojących w kolejce odwraca się w naszą stronę. Podoba mi się obcisły kombinezon w zestawie z jasnoczerwonymi szpilkami, które widzę za aksamitnym sznurem, ale będzie jeszcze mnóstwo czasu, żeby poobracać się wśród miejscowych. Najpierw przyjaciele. Gdzieś w głębi duszy mam nadzieję, że spotkam Shelby. Jest tak daleka od bycia moją fanką… w zasadzie to nie lubi tego, że gram w bejsbol.

Na samą myśl o niej oczami wyobraźni widzę naszą późnonocną eskapadę na boisko małej ligi. Długie brązowe włosy, idealne sutki i tyłeczek, na którego widok dorosły mężczyzna mógłby zapłakać. A niech to. Szkoda, że nie zapisałem jej numeru telefonu, ale niestety powiedziała mi jasno i wyraźnie, że nasza mała noworoczna przygoda była jednorazowa.

Właściwie to dwurazowa, jeśli liczyć tamte wygibasy na kanapie.

No, niech będą cztery, bo jeszcze pod prysznicem i na podłodze sypialni.

Wyrzucam z głowy Shelby, rozpychając się w drodze do baru.

– Co trzeba zrobić, żeby dostać drinka w tej przeklętej knajpie? – pytam, uderzając dłonią o blat.

Cash odwraca się i podnosi rękę, żeby mi ją podać, po czym ściskamy się mocno nad kontuarem.

– Stary, miło cię widzieć. Czego się napijesz?

– Szkockiej. Czystej.

– Już się robi. – Stawia przede mną szklankę i nalewa mi sporą porcję dwunastoletniego macallana, a potem prowadzi mnie prosto do sekcji dla VIP-ów.

Ciemne, wykończone dębem wnętrze sprawia, że w pomieszczeniu czuć klimat biblioteki, którą klub był w poprzednim życiu. Jackson, nasz architekt, przeprowadził renowację tego miejsca i właśnie jego śliczna chłopięca twarz to pierwsze, co widzę, wyjrzawszy za róg na szczycie schodów. Tego wieczora stawili się wszyscy – Parker, Ryder i jego dziewczyna Cassie, a także Savannah, której udało się okiełznać Casha. DJ puścił Home Sweet Home Mötley Cruë. Kiedy rozglądam się po sali pełnej starych przyjaciół i znajomych, nie potrafię opanować nostalgii.

Tak bardzo skupiałem się na interesach, że prawie zapomniałem, co jeszcze oznacza powrót do Atlanty. Czuję, że to była właściwa decyzja.

– Zapomniałeś już, jak wygląda południowa gościnność?

Ryder podchodzi się ze mną przywitać. Choć od dawna już nie walczy, nadal wygląda jak wojownik. Pojawia się kelnerka z moëtem i tacą pełną kieliszków, a my od razu otwieramy butelkę.

– Wznieśmy toast za oficjalne i permanentne zjednoczenie Seksownych Drani z Atlanty – mówi Cassie i wszyscy podnosimy kieliszki.

Wygląda na to, że moja paczka kawalerów trochę się rozeszła w szwach. Najpierw Ryder i Cassie, teraz Cash i Savannah. Coś jest nie tak z tą nową knajpą.Tylko Parker pozostał bezwstydnym kobieciarzem, a jego uwielbienie do podrywu przypieczętowały lata służby w siłach specjalnych marynarki. Mieszka w Nowym Jorku, ale w ten weekend przyjechał w interesach, niestety w poniedziałek już go nie będzie. Wygląda na to, że zostaliśmy jedynie ja i Jackson.

Ale hej, to oznacza też więcej dziewczyn dla każdego z nas. Kątem oka widzę soczystą blondynkę z nogami aż po uszy i krótkim topem, który odsłania akurat tyle, ile trzeba. Przejście do innej drużyny jest do bani, jednak humor poprawia mi fakt, że wracam do moich starych znajomych z college’u. Na korzyść działa też to, że dziewczyny tutaj są nadal tak seksowne, jak pamiętam.

Kiwam głową do Parkera.

– Jak tam w Nowym Jorku?

Wzrusza ramionami.

– Po staremu. Ale teraz muszę imprezować dwa razy więcej, skoro zostałem sam.

Kiedy ostatni raz się widzieliśmy, zaczęliśmy imprezować w Meatpacking District i skończyliśmy, oglądając wschód słońca nad Atlantą po długiej podróży z dwiema długonogimi duńskimi modelkami, które siedziały na tylnej kanapie maserati Parkera. Głowa mnie boli na samą myśl o kacu, który dopadł nas następnego dnia. Ale żyje się tylko raz. Trudno, niech boli.

– Tak, cóż, skoro Knox wrócił do miasta, będziemy musieli mu znaleźć jakąś dziewczynę na stałe – mówi Cassie, marszcząc brwi i rozglądając się dokoła.

– Właśnie, znamy przecież mnóstwo lasek, które wciąż są wolne. – Savannah wyciąga telefon i zaczyna w nim przeglądać kontakty.

Cash wybucha śmiechem.

– Nie kłopoczcie się, drogie panie. Najlepsze okoliczne klejnoty same się rzucą na naszego kolegę. Niech sobie trochę poużywa, zanim spróbujecie przypiąć mu smycz.

Fanki. Muszę przyznać, że rutyna zaczyna mnie nużyć, ale łatwo daję się omotać ładnej dziewczynie. Jak już mówiłem – żyje się tylko raz.

– Hej, ostatnia laska, z którą się przespałem, nie miała pojęcia, kim jestem – zauważam, nie mogąc się powstrzymać od komentarza.

Ryder wybucha śmiechem.

– Tak ci powiedziała?

Przewracam oczami.

– Skądś ty ją wytrzasnął? Słyszałem, że w zakonach siedzą całkiem gorące laski. – Cash szczerzy do mnie zęby, a w jego oczach widzę dawne iskierki. Nigdy by nie zdradził Savannah, ale przysięgam, że przez to jeszcze bardziej naciska na mnie, żebym sobie kogoś przygruchał.

– Właściwie to poznałem ją tutaj, w tych pięknych murach.

– Nieźle. Właśnie takie przeznaczenie planowaliśmy dla Biblioteki – stwierdza Cash z entuzjazmem.

– Mówisz, jakbyś zapomniał, że sami się tutaj spiknęliśmy – wtrąca Savannah, unosząc brew, po czym Cassie przybija jej piątkę.

– Hej, nie zmieniaj tematu – przerywa nam Ryder. – Musisz nas wtajemniczyć, stary. Kiedy to było? To ktoś ze szkoły?

– W sylwestra. I nie, nigdy wcześniej jej nie widziałem. Później zresztą też nie.

Może to i nie pierwszy raz, kiedy to całe odliczanie do nowego roku i litry alkoholu skończyły się tym, że jakaś dziewczyna wyjękiwała moje imię, ale wtedy było inaczej. Po pierwsze, tym razem byłem wystarczająco trzeźwy, żeby dokładnie zapamiętać jej wijące się pode mną ciało na tamtym boisku. Tyle razy wracałem myślami do tej nocy, do jej rąk wędrujących po moim torsie, do jej ciężkiego oddechu, gdy wsuwała palce do mokrych majtek...

– To dlatego wtedy zniknąłeś, ty napaleńcu! – Cash trąca mnie w ramię.

Savannah śmieje się i dolewa szampana do ich kieliszków.

– Chciałbyś spotkać ją jeszcze raz?

Tak, zdecydowanie tak. Gdybym tylko wiedział, jak ją znaleźć.

– Gdybym tylko mógł – przyznaję. – Ale to była jednorazowa przygoda. Nie podała mi swojego numeru, kiedy ją o to poprosiłem.

– Ooo, takie są najlepsze.

Cassie wymierza mu kuksańca w ramię i kradnie mu drinka.

– Tajemnicza kobieta, nieźle. Jak wyglądała? Może się tutaj pojawia.

Otwieram usta, żeby ją opisać: długie brązowe włosy, wielkie i seksowne oczy w tym samym kolorze, biodra kołyszące się przy każdym kroku, chropawy głos przy orgazmie – no dobra, może nie dodałbym tej ostatniej informacji. Ale gdy już mam się odezwać, ktoś trąca mnie z tyłu kolanem.

Cudem udaje mi się nie wylać szkockiej. Już prawie się odwracam, żeby zrugać niezdarę, gdy widzę, że Jackson, dotychczas dziwnie milczący, sztywnieje.

– O, cześć – mówi, patrząc na kogoś stojącego za moimi plecami.

Wzrok wszystkich podąża w tamtą stronę, a gdy wreszcie i ja się oglądam, widzę znajomą twarz.

– To tak witasz swoją kochaną siostrzyczkę?

I oto właśnie – tak blisko, że mógłbym jej dotknąć i że owiewa mnie znajomy zapach jej kwiatowych perfum, stoi nie taka już tajemnicza dziewczyna, z którą spędziłem sylwestra. Uśmiecha się z przekąsem, patrząc prosto na Jacksona.

Siostrzyczkę? Młodsza siostra Jacksona to tajemnicza dziewczyna z sylwestra?

Ja pierdolę.

To chyba jakiś żart.

2

Z początku wydaje mi się, że mnie nie zauważyła i że nie zdaje sobie sprawy z tego, co się dzieje. W końcu jednak, gdy macha do wszystkich zebranych przy stoliku, jej wzrok pada na mnie i na jej ustach pojawia się niewinny uśmiech, a w oczach – cień wyzwania.

Och, ona doskonale wie, co robi.

– Knox, chyba nie poznałeś jeszcze mojej siostry Shelby, prawda? – Jackson przerywa moje myśli.

– Nie – odpowiadam, choć dudni mi w uszach. – Miło cię poznać. – Wyciągam rękę, patrząc na nią równie prowokująco, co ona na mnie.

Oplata palcami moją dłoń, ściskając ją mocniej, niż trzeba. Jakby chciała mnie ostrzec.

– Legendarny Cooper Knox. Jestem wielką fanką, oglądam każdy mecz.

Gówno prawda, mam ochotę krzyknąć. Oczywiście tego nie robię, bo przecież oficjalnie nie mam pojęcia, że ona nie znosi bejsbolu. Oficjalnie w ogóle jej nie znam.

A już na pewno nie powinienem znać ciepła jej ust na mojej szyi ani dotyku jej dłoni – którą wciąż ściskam jak idiota – na moim fiucie. Puszczam ją jak oparzony, a ona uśmiecha się z przekąsem i siada obok mnie, bo to jedyne puste miejsce przy stoliku.

Jest jeszcze seksowniejsza, niż zapamiętałem, w tej kusej sukience z czarnej skóry, która wygląda, jakby została uszyta specjalnie dla jej niebezpiecznie ponętnych kształtów. I ta czerwona szminka… Nie przypominam sobie, by ostatnio miała tak pomalowane usta.

Jest źle. Jest bardzo, bardzo źle.

Pieprzenie się z młodszą siostrą przyjaciela to pogwałcenie najważniejszej zasady kodeksu bractwa. Jeśli to przygoda na jedną noc, tym gorzej. A gdy to jednorazowa przygoda, którą właśnie chwaliłeś się kolegom, przybijając im piątkę… Cóż.

Katastrofa.

– Shelby robi sobie z ciebie jaja – wtrąca Jackson, a mnie ogarnia panika. Czy on wie? Powiedziała mu o wszystkim? Czy dlatego był taki milczący? Bo obmyślał właśnie plan zamordowania mnie? – Dla niej oglądanie bejsbolu jest równie pasjonujące, co obserwowanie, jak rośnie trawa – ciągnie Jackson, a ja muszę się powstrzymać, żeby głośno nie odetchnąć z ulgą. – Ale może podpisała kontrakt, by hejtować każdy sport oprócz futbolu, nie mam pojęcia.

Jeśli będę dalej tak siedział z otwartą gębą, to za chwilę zrobi się dziwnie. Postanawiam więc rzucić Shelby przynętę. Do tanga trzeba dwojga.

– Jesteś cheerleaderką?

– Właściwie tak. Tylko że zamiast wymachiwać pomponami, ja dopinguję drużynę przez ogarnianie ich PR-u i kryzysów w mediach społecznościowych.

– Moja siostra jest w połowie strategiem medialnym, a w połowie żywą maskotką drużyny – rzuca Jackson. – Najbardziej lubię te chwile, gdy odwiedzam ją w pracy i widzę, jak się rządzi w szatni, rozstawiając po kątach gigantycznych graczy.

Założę się, że im też się to podoba.

Shelby trąca brata żartobliwie łokciem, ani na chwilę nie odwracając ode mnie wzroku.

– Proszę, nie używaj takich słów jak „maskotka”, kiedy odnosisz się do swojej dorosłej siostry. Poza tym właśnie dostałam awans, więc to rozstawianie po kątach jest odpowiedniejsze. – Jej strój zdecydowanie emanuje dorosłością. A gdy patrzę, jak skórzany materiał opina jej pośladki, do głowy przychodzi mi też kilka innych słów.

– A ty, Knox? – pyta Shelby, odwracając do mnie głowę. – Masz jakieś rodzeństwo? Młodsze siostry, które zamęczasz swoją nadopiekuńczością?

– Nie, jestem jedynakiem – odpowiadam i modlę się w duchu, żeby mój głos brzmiał normalnie.

– Jaka szkoda. Siostry potrafią mieć cudowny wpływ na braci. – Puszcza do mnie oko, a ja mam nadzieję, że pozostali tego nie widzą.

Shelby może i nie jest fanką bejsbolu, ale zdecydowanie potrafi grać. Pamiętam to jeszcze z sylwestra. Nie mam jednak ochoty na rozmowę z podtekstami – tak naprawdę wolałbym pogadać z nią przez chwilę na osobności. Sprawdzić, czy trudno będzie ją wydostać z tej czarnej sukienki... Zamiast tego szybko wypijam resztę szkockiej i odwracam się.

– Zaraz wrócę – wołam do grupy i ruszam do baru na dole. Potrzebuję kilku minut, żeby zebrać myśli.

Biorę piwo z baru i idę do alejki za knajpą, żeby pooddychać świeżym powietrzem.

A niech mnie.

Dlaczego musi być akurat młodszą siostrą Jacksona?

Dlaczego musiałem się z nią spiknąć?

Odpowiedź przychodzi od razu. No przecież, Knox. Jest seksowna, wyszczekana i, dobry Boże, zostawiła ślady po ugryzieniach na całej mojej piersi... Zaczęło się od szybkiego numerka na dachu, kiedy myślałem, że nie zapamiętam jej na dłużej. Ale po jej niesamowitych ruchach pod prysznicem, kiedy padła na kolana i wzięła mnie w swoje jędrne usta, wiedziałem, że będę musiał ją odnaleźć.

Po prostu nie wyobrażałem sobie, że to się potoczy w ten sposób.

– Cooper Knox!

– Mój Boże, mówiłam, że to on!

– Najnowszy nabytek Atlanta Brave. Tutaj, w Bibliotece!

Wygląda na to, że nie tylko ja uważam ten zakątek za dobrą miejscówkę na chwilę oddechu. Cooper Knox najwyraźniej wpadł w poważną zasadzkę: otoczyły go wielbicielki ubrane w swoje najlepsze wyjściowe stroje.

– Panie są członkiniami komitetu powitalnego? – rzucam, szczerząc zęby. Widać po nich, że trochę już wypiły, więc nie zamierzam robić im wyrzutów za osaczanie w ciemnej alejce faceta, który jest pogrążony we własnych myślach.

Właściwie to normalnie taki komitet powitalny byłby mi jak najbardziej w smak. Dzisiaj jednak coś innego zajmuje moją uwagę. I, cholera, kto wie, może gdybym przespał się z którąś z nich, okazałaby się kolejną siostrą przyjaciela.

– Tak, chcemy zgotować ci bardzo, baaardzo ciepłe powitanie. – Blondynka z kucykiem i sukienką zapinaną na suwak staje u mojego boku. – Nie chciałybyśmy, żeby kolega z północy się u nas przeziębił. Wbrew temu, co się mówi, w Atlancie w styczniu bywa naprawdę zimno.

Mało oryginalny tekst, ale już czuję, jak temperatura rośnie. Jak już mówiłem, w tym mieście jest mnóstwo pięknych kobiet. Może to im powinienem poświęcić uwagę. Gdy tylko upewnię się, że żadna z nich nie jest spokrewniona z którymś z moich znajomych.

– Poza tym musimy przetestować te silne ręce, o których tak wiele słyszałyśmy! – Ciemnowłosa koleżanka blondynki łapie mnie za biceps i pręży swój przed moimi oczami. – Posiłujmy się, zobaczymy, co potrafisz!

– No nie wiem, czy mam szanse – odpowiadam, ściskając jej biceps, bardziej po to, by ją wesprzeć, ponieważ wygląda, jakby miała zaraz się przewrócić na tych wysokich szpilkach. Normalnie byłbym już w środku akcji, ale dzisiaj coś jest nie tak.

Właściwie wiele rzeczy jest nie w porządku. Próbuję właśnie uwolnić się od dziewczyn tak, by się nie poprzewracały – co jest trudniejsze, niż by się wydawało – jednocześnie zapewniając obie, że nie dam im dzisiaj rady, kiedy otwierają się drzwi i w nie tak znowu zimnym styczniowym powietrzu rozlega się znajomy głos:

– Nie wiedziałam, że zajmujesz się też rekrutacją, Knox. Zbierasz zawodniczki do kobiecej drużyny?

– Mówi, że jesteśmy twardzielkami – odpowiada blondynka, chichocząc. – Że nie da nam rady.

– To chyba dobry moment, żebym zniknął – mówię, wyplątując się spomiędzy nich. – Muszę dbać o swoją kondycję.

– Nie tak szybko, Jankesie. Nigdzie się stąd nie ruszysz, dopóki nie zrobisz sobie z nami zdjęcia! Zasłużyłyśmy sobie.

Oczywiście. Żadna interakcja z fanami nie jest pełna, jeśli nie zdobędą dowodu na to, że spotkali swojego idola. Muszę zapozować. Selfie to współczesny odpowiednik podpisania piłki, autograf, który może w minutę okrążyć cały świat – i równie szybko zrujnować czyjeś życie, jeśli stanowi obciążający dowód. Całe szczęście dzisiejsza wyprawa do klubu była całkiem niewinna. Kilka obowiązkowych grupowych fotek z nowymi przyjaciółmi wystarczyło, bym mógł wrócić do baru.

Szybko poszło.

– Shelby Masters. Mogłaś zdradzić swoje nazwisko. Wraz z kilkoma innymi szczegółami. Jackson nigdy ci o mnie nie wspominał? Nie rozpoznałaś mnie?

– Jeśli o to chodzi, to jestem ci winna przeprosiny – mówi, wkładając niesforny kosmyk włosów za ucho. – Wiem, że powinnam była od razu powiedzieć, ale...

– Ale co? Jesteś siostrą jednego z moich najstarszych kumpli i nie uznałaś tej informacji za istotną?

– Knox, posłuchaj, rozumiem, dlaczego się zdenerwowałeś, ale to nie była z mojej strony żadna przemyślana akcja. – Wyciąga rękę i kładzie dłoń na moim ramieniu, a ja wbrew sobie silnie reaguję na jej dotyk. Czuć między nami wyraźnie chemię. Ale nie mogę jej tak łatwo odpuścić.

Strącam jej dłoń.

– Więc dlaczego nic nie powiedziałaś?

– Może dlatego, że spodziewałam się właśnie takiej reakcji? – odpowiada, unosząc brew. – Naprawdę na początku cię nie rozpoznałam. A kiedy zrozumiałam, kim jesteś, było już po północy, staliśmy na dachu i całował mnie ten piekielnie seksowny bejsbolista...

Upijam łyk piwa i podaję jej butelkę. Ku mojemu zaskoczeniu przyjmuje ją i wlewa w siebie duszkiem połowę jej zawartości.

– I…? – rzucam na zachętę, kiedy widzę, że nie kwapi się, by dokończyć opowieść.

– Skoro już musisz wiedzieć, to chwilę przed tym ktoś mnie wystawił.

– Czyli co, byłem twoją nagrodą pocieszenia? – Krzywię się. – Przespałaś się z graczem jakiegos pseudosportu?

– Muszę przyznać, że przez ciebie zmieniłam zdanie. Bejsboliści mają większą wytrzymałość, niż się spodziewałam. To pewnie przez te wszystkie bazy, które musicie zdobywać. No i całkiem nieźle radziłeś sobie ze zdobywaniem moich... – Przechyla głowę, posyłając mi zalotne spojrzenie.

Cholera, ależ mam ochotę ją pocałować. Nie, więcej. Chcę ją chwycić i pchnąć na twardą ścianę za nami, włożyć ręce pod jej ciasną skórzaną sukienkę i zedrzeć ją z tego ponętnego ciała. Zapomnieć o zdobywaniu kolejnych baz i od razu sięgnąć po główną nagrodę. Tu i teraz.

Ale stawka jest zbyt wysoka. Jackson to nie tylko mój przyjaciel, lecz także partner w interesach. I wiem, jak poważnie traktuje swoją rodzinę. Nie mogę ryzykować.

Tajemnicza kobieta, o której myślałem przez ostatni tydzień, znajduje się krok ode mnie; tak blisko, że czuję ciepło emanujące z jej seksownego ciała. Okazuje się jednak, że jest poza moim zasięgiem. Jak zawsze w moim pieprzonym życiu.

– Skoro polubiłaś bejsbolistów, to masz szczęście, bo znam kilku – mówię do niej z przekąsem. – Daj znać, gdy zechcesz, bym przedstawił cię kolegom z drużyny. – Te słowa zostawiają niesmak w moich ustach, ale hej, jeśli dzięki nim ochłodzę trochę atmosferę, nie będę ich żałować.

Macha głową, a w jej oczach widzę gniew.

– Wypchaj się, nie jestem jedną z waszych groupies. Nie możesz przekazać mnie kolegom jak trofeum. Zupełnie przypadkiem okazało się, że spodobał mi się tylko jeden miotacz. Może go znasz? Metr dziewięćdziesiąt, zielone oczy, myśli, że jest grubą rybą, bo grał kiedyś dla Jankesów.

Grube ryby powinny dostawać to, czego chcą. W tym przypadku to najwyraźniej nie nastąpi.

– Ten konkretny gracz dostał ścisły przykaz nie pieprzyć się z nikim o imieniu zaczynającym się na S i kończącym na Y.

– To dyskryminacja. Powinnam cię za to pozwać. – Próbuje żartować, ale na jej twarzy, w kącikach ust, maluje się lekki smutek.

– Shelby, zdajesz sobie sprawę, że to, co się między nami wydarzyło, nie może się powtórzyć? Jackson nie może się o niczym dowiedzieć.

Shelby wymija mnie i maszeruje w górę alejki, przeczesując palcami długie fale włosów.

– Myślisz, że nie jestem tego świadoma? Mam najbardziej nadopiekuńczego brata w historii ludzkości. Jeśli się dowie o tym, co się między nami wydarzyło, załatwi ci powrót do najniższej ligi. Na Antarktydzie. A mnie zamknie w jakimś zakonie – mówi podniesionym głosem.

– Cóż, cieszę się, że spotkałem cię, zanim cię tam wysłał – rzucam żartem, ale zaraz zdaję sobie sprawę, że to prawda.

Shelby zatrzymuje się w połowie alejki. Ogląda się na mnie i nagle jest tak, jakby nie dzieliła nas żadna przestrzeń. Patrzę, jak jej pierś unosi się i opada z każdym oddechem, jej gładka skóra praktycznie błyszczy w świetle stojących z przodu lamp ulicznych, a ja nie marzę o niczym innym, jak tylko o tym, by przejść te kilka kroków, przyciągnąć ją do siebie i posmakować jej ust.

– Też się cieszę, że cię poznałam – mówi w końcu. – Niczego nie żałuję.

– Ani trochę – zgadzam się, a potem uśmiecham lekko. – Ale teraz postaraj się nie kpić tak z bejsbolu, dobra?

Uśmiecha się z przekąsem.

– Nigdy w życiu. – Mimo to podchodzi trochę bliżej i wyciąga do mnie rękę, drugi raz tego wieczoru. – Przyjaciele?

Chwytam jej drobną dłoń i staram się nie skupiać na tym, jak idealnie pasuje do mojej.

– Przyjaciele.

Stoimy, nie wiedząc, co dalej ze sobą począć.

– Czekaj – mówi Shelby, schylając się i grzebiąc w torebce. – Jeśli mamy być przyjaciółmi, powinniśmy wymienić się numerami telefonów.

Racja. Przyjaciele tak robią. Nawet tacy, których łączy pewna historia i całkiem sporo tajemnic. Wymiana numerów to dla przyjaciół coś zupełnie naturalnego.

Podaje mi swoją komórkę, żebym mógł wpisać jej się do kontaktów. Tyle że kiedy próbuję ją oddać, Shelby upuszcza ją na ziemię.

– Cholera, przepraszam. – Oboje jednocześnie pochylamy się, żeby podnieść telefon, i trącamy się kolanami.

– Zepsuł się? – pytam, kiedy Shelby podnosi zgubę.

– Nie – odpowiada. – Wszystko okej. – Spogląda na mnie swoimi brązowymi oczami, niemal ze smutkiem. Rozchyla usta, te krwistoczerwone usta, tylko kilka centymetrów od mojej twarzy, ale nic nie mówi. A ja nie potrafię odwrócić od nich wzroku.

Pieprzyć to.

Bez słowa chwytam ją za kark i przyciągam do siebie, by powoli i namiętnie pocałować. Wciąż kucamy, a Shelby praktycznie na mnie pada, utrzymują ją tylko moje silne ramiona. Jej miękkie usta rozchylają się, wypuszczając cichy jęk z głębi gardła, po którym od razu robię się twardy. Jej jędrne ciało przyciska się do mojej klatki, gdy przyciągam ją do siebie jeszcze mocniej. Czuję, że od naszego ostatniego spotkania nie minęła nawet chwila, jakbyśmy wciąż mieli Nowy Rok – czuję miętę i kwiatowe perfumy, a pod nimi słony smak, którego pragnę więcej.

Otwierają się drzwi baru i odsuwamy się od siebie, przeklinając. Shelby upada na tyłek, a ja do przodu, na ręce i kolana. Wstawiony koleś, który wypił jedną kolejkę za dużo, mija nas chwiejnym krokiem, machając niezgrabnie do Shelby. Żadne z nas go nie zna, całe szczęście.

Odwracam się, próbując złapać oddech.

Sądząc po błyszczących oczach i zarumienionych policzkach, Shelby czuje to samo.

Niezdarnie wstaję i wyciągam do niej rękę, ale ona już podnosi się sama, ignorując mnie. Żadne z nas się nie odzywa, przynajmniej do czasu, aż pijak nie wyjdzie z alejki i nie zostawi nas samych.

Tym razem to Shelby staje po stronie rozsądku.

– Powinnyśmy chyba wracać – mówi niechętnie, poprawiając włosy. – Zanim ktoś inny się tu napatoczy.

Kiwam głową i odsuwam się, żeby otworzyć drzwi.

– Dobry pomysł. – Tak na pewno będzie lepiej, niż stać w ciemnej alejce i czekać, aż znowu poddamy się pokusie.

Atlanta to duże miasto, powtarzam sobie, patrząc na kołyszące się ponętnie biodra Shelby, która maszeruje przede mną.

Kiedy nie masz szans w grze, czasami musisz po prostu odpuścić i zejść na ławkę. Następnym razem będę miał więcej szczęścia.

3

Poniedziałek. Ale nie taki zwyczajny poniedziałek. Mój pierwszy poniedziałek jako zastępca szefa działu PR drużyny Atlanta Falcons. Co oznacza, że za jakieś trzydzieści dwie minuty przeprowadzę swoje pierwsze zebranie pracowników.

– Hej, Jasmine – wołam do recepcjonistki, mijając jej stanowisko. – Śliczna bluzka! Do twarzy ci w tym kolorze!

Głęboki oddech, Shelby. Może w tym porannym latte było za dużo espresso.

Walczyłam o ten awans od pierwszego dnia pracy jako asystentka szefa działu, czyli od czterech lat. Pracowałam ciężko, wspinając się na kolejne szczeble. Dlaczego więc nagle czuję się jak nadgorliwa stażystka, której przyszło na jeden dzień zastąpić chorego szefa?

Spokojnie, to tylko normalna trema połączona z kofeinowym podnieceniem, wmawiam sobie, wchodząc do swojego biura. Lista zadań na ten tydzień jest już gotowa, a prezentacja na dzisiejsze spotkanie wymaga jedynie ponownego sprawdzenia i wydrukowania. Wszystko pod kontrolą, mówię sobie w duchu, lustrując raz jeszcze makijaż.

Jestem profesjonalistką z długą listą zwycięstw w zarządzaniu kryzysami. Kiedy Justin Fears nazwał fanów Atlanty bandą rozpuszczonych bachorów, którzy nie mają pojęcia o lojalności wobec drużyny, kto wpadł na pomysł, żeby przez dziesięć dni klęczał przed kibicami i błagał ich o przebaczenie? Zdjęcia z tamtej trasy pokutnej zebrały więcej udostępnień niż oryginalny post na Twitterze. A Justin jest od tamtej pory ulubieńcem kibiców. To był prawdziwy strzał w dziesiątkę!

Przeglądam wiadomości, żeby sprawdzić, czy nie ma jakiejś pilnej sprawy. Nie znajduję żadnej dramy na Twitterze ani kompromitujących selfie z zeszłej nocy. Wygląda na to, że Falconi zaliczyli spokojną niedzielę, wypoczywając z rodzinami i przyjaciółmi. Co oznacza, że mam trochę więcej czasu na przygotowanie się do zebrania.

Albo trochę więcej czasu, żeby pomyśleć o Cooperze Knoxie. Moim nowym, piekielnie seksownym i zupełnie niedostępnym przyjacielu.

Przeglądam dokładnie prezentację, pocierając ramię w miejscu, gdzie Knox dotknął mnie w czasie ostatniego spotkania. Ta szalona chemia, którą poczułam między nami na dachu Biblioteki w sylwestra, znowu się pojawiła.

Właśnie przez tę chemię zapomniałam o ostrożności i przespałam się z jednym z najstarszych przyjaciół mojego brata. Drobna korekta: przespałam się z jednym z najstarszych przyjaciół mojego brata, udając, że nie wiem, kim jest...

Zdecydowanie wygląda tak dobrze, jak zapamiętałam, z tymi intensywnymi zielonymi oczami, wyraźnie zarysowaną szczęką i przysadzistą, umięśnioną sylwetką, dzięki której wygląda, jakby był w stanie rozerwać ciałem ubrania – ale kto by chciał go przed tym powstrzymywać. Niebezpiecznie seksowny i męski, z tym eleganckim luzem amerykańskiego bejsbolisty, który sprawia, że masz ochotę zedrzeć z niego koszulę i sprawdzić, co się kryje pod spodem. Tylko że ja już wiem co.

Wiem też, co wydarzyłoby się później. Pocałunki, od których robi się mokro. I dłonie, które przyprawiają o dreszcze i pobudzają dziki, zwierzęcy instynkt. Nowy miotacz Atlanta Braves doskonale posługuje się rękami.

Cholera.

Od pięciu minut gapię się w ten sam punkt na ekranie komputera. Skup się, Shelby.

Tak naprawdę wolałabym skoncentrować się na wspomnieniu Knoxa przyciągającego mnie w swoje ramiona w ciemnej alejce. Chyba nigdy pocałunek tak szybko mnie nie rozgrzał. Oprócz oczywiście tego w sylwestra. Wtedy przekonałam się, że pocałunek Knoxa to dopiero preludium do najlepszego seksu mojego życia.

Spotkanie z nim, ze świadomością, że nigdy nie będziemy mogli zrobić następnego kroku, doprowadziło mnie na skraj załamania nerwowego.

Ale on ma rację. Jackson naprawdę by go zabił, gdyby się o nas dowiedział. Mnie pewnie też. A może tylko zatrudniłby ochroniarzy i pilnował mnie całą dobę?

Jest nieco nadopiekuńczy, co bywa urocze, ale zazwyczaj po prostu cholernie frustrujące. Sama chyba też jestem opiekuńcza, bo nie chcę, żeby dowiedział się o całej tej sprawie. To by było zbyt niezręczne. A co, gdybyśmy się rozstali z Knoxem? Albo gdybyśmy się pokłócili i zmusili Jacksona, by stanął po czyjejś stronie?

Nie mogę mu tego zrobić. To niesprawiedliwe. Jest mnóstwo innych facetów, mogę sobie znaleźć kogoś, kto nie wniesie do mojego życia zbędnych komplikacji.

– Hej, Shelby, spotykamy się w sali konferencyjnej na górze?

Przestraszona, budzę się z zadumy i czuję, że się spociłam.

– Jasne, będę za pięć minut. Dzięki, Doug. – Zerkam na zegarek i uświadamiam sobie, że kończy mi się czas. Czyli jednak nie przejrzę ponownie prezentacji.

Wstaję od biurka i zbieram materiały, wachlując twarz po nagłym powrocie do rzeczywistości.

Rzeczywistości, w której mój związek z Cooperem Knoxem nie ma prawa bytu. Nawet jeśli ten facet dał mi najlepsze orgazmy, jakich kiedykolwiek doświadczyłam bez pomocy wibratora.

A niech mnie, myślę sobie, wchodząc po schodach najbardziej profesjonalnym wyrazem twarzy, na jaki mnie stać w tej chwili, i przeganiając myśli o Knoxie – przynajmniej na najbliższą godzinę.

– Nasza Mała Shelby dorosła i teraz rozdaje karty!

Mała Shelby, ble.

Nie potrafię uciec od tej ksywki. Gdybyś tylko wiedział, o jak dorosłych rzeczach panienka Shelby myślała w swoim biurze raptem kilka minut temu.

– Dokładnie tak, trenerze. Teraz to moje zebranie – wołam do głównego trenera, Mike’a DiPalmy, używając najbardziej żartobliwie poważnego tonu, jaki znam. – Gotowy na trening?

– Uważaj, trenerze, Shelby ma na nogach czerwone szpilki – rzuca asystent menadżera, Dan Rich, pokazując na moje ulubione buty z czerwonego zamszu. – Po tym się poznaje, że będzie ostro.

– Profesjonalista w branży PR musi być zawsze gotowy do wystąpienia przed kamerą. A poza tym mogłabym cię w nich przegonić w dowolnym momencie, Dan – odpowiadam w podobnym tonie.

– Mogę ci załatwić wielkie poduszki na ramiona – wtrąca Eric Jones, nasz dyrektor kreatywny i projektant, który zawsze próbuje nadrobić humorem swój brak przywiązania do sportu. – Wzniosą twój strój na wyższy poziom. Chociaż może ci być w nich trochę gorąco.

Witajcie na wstępnym kursie wiedzy o polityce biura NFL. Kobieta pracująca z zespołem hokeistów i pośród emerytowanych albo niespełnionych graczy musi się przyzwyczaić do tego, że jest dla nich siostrzenicą, córką, młodszą siostrą albo pracującą żoną. Żarty z czasem stają się irytujące, ale generalnie nie przynoszą szkody. A ci starsi faceci, jak trener Mike, są w głębi serca przerośniętymi misiami.

To z tymi młodszymi mam zazwyczaj problem. Z Danem, Erikiem i przede wszystkim z Karlem, którego nieobecność zauważam, gdy reszta zespołu powoli zapełnia salę. Wciąż mają coś do udowodnienia i nieustannie kombinują, jak zdobyć lepszą pozycję w niekończącej się walce o władzę.

Po kilku minutach pogawędki przejmuję kontrolę nad salą i zaczynam show. Głównym tematem zebrania jest zbliżająca się impreza w kasynie, wielkie wydarzenie charytatywne, podczas którego zbiera się fundusze na nauczanie wczesnoszkolne. Grube ryby rynku nieruchomości Atlanty, Richard i Cherry Blazerowie, przyprowadzają swoich licznych znajomych z towarzystwa rekinów finansjery. Ci mogą spędzić czas z graczami, jednocześnie uprawiając hazard i upijając się drogimi alkoholami, a wszystko to dla dobra dzieci. Z kolei Falconi dostają w oczach opinii publicznej punkty za dobroczynność. Innymi słowy, wszyscy korzystają.

– Pracownicy i członkowie zespołu będą publikować treści w mediach społecznościowych pod wspólnym tagiem, żeby zwiększyć zasięg – zaczynam, wykładając plan na wieczór. Jesteśmy całkiem nieźle przygotowani, nawet jak na moje wyśrubowane standardy.

Pewnie, przyjęcie charytatywne w kasynie to nie jest idealne PR-owo wydarzenie. Mimo to traktuję to poważnie. Potwierdziliśmy obecność blogerów i dziennikarzy z kilku miejscowych mediów, a do typowego scenariusza promocji dodałam parę kreatywnych szczegółów. Odświeżyłam formułę całego wydarzenia, zastępując występ iluzjonisty burleską i zatrudniając DJ-a, by grał całą noc w oddzielnej sali. Ustawimy też fotobudkę z gadżetami w postaci kapeluszy, ciemnych okularów, monokli i specjalnej biżuterii, żeby goście mogli robić sobie zdjęcia w klimacie kasyna.

Gdy przechodzę do menu, do sali wchodzi całkowicie wyluzowany Karl.

– Przepraszam wszystkich, nie chciałem przeszkadzać – mówi, szurając krzesłem. Mój awans nie czyni mnie szefową Karla, ponieważ oboje odpowiadamy przed Timem Donovanem, dyrektorem marketingu i PR-u Falconów, jednak de facto zajmuję wyższe stanowisko, co mu się ewidentnie nie podoba. Zaczęliśmy pracę w podobnym czasie, a teraz zajęłam pozycję, na którą on miał chrapkę, do tego jako o rok od niego młodsza. Nie jest z tego faktu zadowolony, a ja nie mam wątpliwości, że swoim spóźnieniem chciał mi to dobitnie pokazać.

– Co słychać, Karl?

– Znowu zabalowałeś w weekend?

Oczywiście spóźnionego Karla wylewnie witają koledzy, przybijając z nim żółwiki. Oczywiste jest też to, że ma w nosie tłumaczenie się przede mną.

– Hej, Karl, cieszę się, że do nas dołączyłeś – rzucam, ledwo tłumiąc gniew.

Rozwala się na krześle i przeczesuje palcami starannie przystrzyżone włosy. Koleś jest nie tylko karierowiczem, ale też zapatrzonym w siebie dupkiem.

– Wszystko brzmi pięknie, Shelby – mówi Tim. – Niech Blazerowie się cieszą, media spojrzą na nas przychylnie, a potem wrócimy do tego, co najważniejsze.

I właśnie wtedy Karl postanawia się wtrącić:

– A co zrobimy z faktem, że tego samego wieczora swój event robi stowarzyszenie walczące z okrucieństwem wobec zwierząt?

– Nie martwię się tym – odpowiadam szybko. – Dopiero co przejrzałam potwierdzenia obecności na przyjęciu i wyglądają całkiem nieźle. – Niezła próba, Karl, ale pudło.

– Jeszcze tylko kilka rzeczy, o których chciałem wspomnieć – zaczyna Karl.

Ciągnie dalej, zwracając się do trenera, menadżerów i Tima. Wszystkich oprócz mnie – osoby, która zaplanowała to wydarzenie i powinna przewodniczyć związanemu z nim spotkaniu.

– Jest jakiś sposób, żebyśmy mogli wycisnąć z tego eventu coś więcej, łącząc temat edukacji wczesnoszkolnej z jednym z graczy?

– Jestem pewien, że gdyby istniała taka możliwość, już byśmy na to wpadli – odpowiada Tim, trochę zirytowany faktem, że Karl wychodzi z taką propozycją na tak późnym etapie przygotowań.

– Przyszło mi to do głowy zeszłej nocy. Czy żona Dale’a Huntera nie jest nauczycielką w eksperymentalnym przedszkolu w centrum miasta?

Ma rację. Cholera. Dlaczego o tym nie pomyślałam?

– Zastanawiam się, czy moglibyśmy ją sprowadzić razem z kilkoma uczniami, żeby zrobili małą prezentację. Niech porozmawiają ze sponsorami o tym, ile dobra uczynią ich wpłaty dla ich kolegów i koleżanek – kontynuuje Karl.

Hmm. Ja natomiast zastanawiam się, czy jesteśmy gotowi postawić Dale’a w centrum uwagi tak krótko po jego aresztowaniu za prowadzenie pod wpływem. Zanim jednak zdążę zgłosić swoje obawy, reszta zespołu już jest kupiona.

– Świetny pomysł, Karl. – Trener Mike wstaje, co zazwyczaj oznacza, że zebranie dobiegło końca. – Dale miał trudne dzieciństwo i został pierwszą osobą w rodzinie, która dostała się do college’u. Możemy to wszystko połączyć z historią jego wytrwałości.

Nie mam nawet czasu oficjalnie zakończyć spotkania, bo wszyscy już zaczynają wychodzić z sali, a trener Mike pogrąża się w rozmowie z Karlem na temat minionego weekendu.

– A w ogóle dzięki, Shelby – woła trener od progu, zupełnie jakby dopiero przypomniał sobie o moim istnieniu. Zerka na mnie przez ramię. – Jestem pewien, że ta fotobudka okaże się hitem. – Reszta zespołu idzie jego śladem, a ja zostaję sama, gapiąc się na pusty pokój.

Zbieram wydruki, które wszyscy porzucili w sali, i wracam przybita do biura. Słyszę, jak Karl przechwala się na korytarzu, opowiadając kilku asystentom o tym, jak ledwo co wyleczył się z kaca po sobotniej imprezie.

Ja nie mam czasu na plotki. Przez resztę tygodnia będę ciężko pracować, żeby zrealizować zgłoszony na ostatnią chwilę plan Karla, podczas gdy on będzie przybijał piątki z kolegami, dochodził do siebie po popijawie i poklepywał samego siebie po plecach.

Witaj w wielkiej lidze, Shelby.

Po siedmiu godzinach nerwowego wysyłania e-maili i telefonowania jestem gotowa wrócić do domu.

Właśnie wyłączam komputer i chwytam torebkę, kiedy słyszę wibracje komórki. Telefon od Jacksona. Alarm w robocie, jesteś mi potrzebna. Możesz wpaść?

Doskonale. Jeszcze jedna sprawa na głowie zamiast kanapy, solidnego obiadu i butelki merlota. Ale Jackson mieszka po drodze do domu. No i nie pogardziłabym jakimś przytuleniem. Odpisuję: Lepiej, żebyś miał żarcie i alkohol.Zaraz będę.

Zatrzymuję samochód na podjeździe Jacksona i wchodzę przez otwarte drzwi frontowe. Mój brat nigdy nie przepadał za zamkami.

– Hej, już jestem! – wołam, ruszając prosto do kuchni. – Po co kazałeś mi przyjechać?

– Druga szuflada po lewej – odpowiada jakiś męski, znajomy głos, lecz zdecydowanie nienależący do Jacksona. – I chyba mogę odpowiedzieć na twoje pytanie.

Knox. Ubrany nieoficjalnie w dżinsy i spraną koszulkę Uniwersytetu w Georgii, która absurdalnie podkreśla jego doskonale zarysowane ramiona i klatkę piersiową. Jego wygląd z miejsca poraża moje ciało, zalewając mnie ciepłem, które rozprzestrzenia się błyskawicznie jak ogień w lesie w czasie suszy.

Chyba powinnam się do tego przyzwyczaić, myślę sobie, otwierając butelkę jakże potrzebnego mi w tej chwili alkoholu.

Opieram się o kuchenny blat i upijam solidny łyk piwa, grając przez moment na zwłokę, żeby się opanować.

– Niech zgadnę – wyduszam z siebie w końcu. – Czyżby jakiś były Jankes miał coś wspólnego z tym alarmem podniesionym przez Jacksona?

Knox unosi brwi i uśmiecha się, robiąc krok w moją stronę.

– Znasz mnie, ja ciągle podkładam ogień.

– A potem gasisz go, zanim się zrobi naprawdę gorąco – odpowiadam, bojąc się, co się może stać, jeśli zbliży się jeszcze bardziej. – Strażak i podpalacz w jednej osobie, urzeczywistnienie snów każdego chłopaka.

Wydaję się o wiele bardziej pewna siebie, niż się czuję. Zastanawiam się, czy widać mi rumieńce.

Knox robi kolejny krok w moją stronę i teraz znajduje się o wiele za blisko, jego ręka podnosi się, jakby chciał mnie dotknąć, musnąć moje ramię albo złapać je i pociągnąć w swoją stronę, by złożyć na mych ustach następny namiętny pocałunek. Czuję, że pochylam się w jego stronę, jakby działał na mnie niczym magnes, którego sile nie potrafię się oprzeć...

– Shelby, strasznie cię przepraszam – mówi Jackson, wchodząc do kuchni od strony ogrodu. Oboje natychmiast odsuwamy się od siebie, jakbyśmy zostali rażeni prądem. Knoxowi udaje się zrobić to gładko, jakby tylko chciał przeczesać palcami włosy. Ja natomiast potykam się niezdarnie i padam na blat jak idiotka.

– Właśnie gadałem przez telefon, próbując jakoś ogarnąć tę katastrofę – ciągnie mój braciszek, nie zdając sobie sprawy z sytuacji. – Muszę podjechać na plac budowy w Morningside, żeby ugasić ten pożar.

Najwyraźniej ogień jest dzisiaj tematem dnia.

– Właśnie słyszałam – odpowiadam. – Co się dzieje?

– Ekipa budowlana ostatnie pięć dni kopała dół pod basen, który jest jakieś półtora metra na południe od miejsca, gdzie powinien się znajdować. Ci od zakładania ogrodów dostali białej gorączki i wszyscy chcą się zwolnić.

– I potrzebujesz konsultantki PR-u, żeby ogarnęła ten bajzel, zanim wszystko wybuchnie?

– Nie... Potrzebuję cię, byś pomogła mojemu kumplowi, Knoxowi, znaleźć jakieś porządne mieszkanie, żebym miał go wreszcie z głowy.

Co proszę?

– Mówiłem mu, że mogę się wybrać na poszukiwania sam – stwierdza przepraszającym tonem Knox – ale jego zdaniem potrzebuję kogoś miejscowego, żeby poradzić sobie na rynku nieruchomości Atlanty.

– Dzięki, Shelby, jestem ci przeogromnie wdzięczny – rzuca Jackson, ściskając mnie za ramiona w drodze do wyjścia. – Wiszę ci przysługę.

Wygląda na to, że właśnie wymieniłam obiad na kanapie na jeżdżenie po mieście z Knoxem. Wyrzucam szybko z głowy wszystkie pozy, które moglibyśmy przybrać w jego samochodzie. Dotychczas nasze próby trzymania się z dala od siebie na ograniczonej przestrzeni nie skończyły się zbyt dobrze.

Mam tylko nadzieję, że jego auto jest wyposażone w klimatyzację.

4

– Fajny wóz – mówi Shelby, zadzierając głowę. – Chociaż trochę ciasny.

Ma rację. W moim samochodzie jest niewiele przestrzeni. Czeka nas interesujący wieczór…

Shelby przesuwa dłoń po skórzanej desce rozdzielczej w kolorze masła.

– Całkiem niezły awans po tym wynajętym aucie, którym jeździłeś przy naszym poprzednim spotkaniu.

– Braki w przestrzeni wynagradza mocą.

Tym razem udało mi się dowiedzieć trochę więcej na temat mojej towarzyszki. Szkoda. Nie obraziłbym się, gdybym mógł cofnąć czas do tamtej chwili, gdy Shelby była tylko tajemniczą ślicznotką, w żaden sposób niezwiązaną z moim życiem.