Wydawca: Marginesy Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 326 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Serge Gainsbourg - Sylvie Simmons

Kontrowersyjny francuski muzyk, aktor, scenarzysta i reżyser. Autor niezapomnianego przeboju Je t'aime... moi non plus, który wywołał rewolucję seksualną we Francji i burzę medialną w całej Europie. Uwielbiany przez kobiety, romansował z pięknymi m.in: Brigitte Bardot i Jane Birkin. Serge Gainsbourg Sylvie Simmons to książka o człowieku, który na zawsze zmienił oblicze francuskiej muzyki.

Opinie o ebooku Serge Gainsbourg - Sylvie Simmons

Fragment ebooka Serge Gainsbourg - Sylvie Simmons

Sy­lvie Sim­mons © 2001. By ar­ran­ge­ment with the au­thor. All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the trans­la­tion by Ewa Penk­syk-Klucz­kow­ska

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Mar­gi­ne­sy, War­sza­wa 2012

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Sta­na, któ­ry uwiel­biał mu­zy­kę

Wy w An­glii do­pie­ro go od­kry­wa­cie… Jak przy otwar­ciu gro­bow­ca fa­ra­ona wi­dzi­cie cu­dow­no­ści… My sto­imy na ze­wnątrz, pod­czas gdy nowe wspa­nia­łe twa­rze rzu­ca­ją świa­tło na jego cu­dow­ny świat… Na­sze won­ne kwia­ty zwie­trza­ły na po­wie­trzu… Bły­ska­cie po­chod­nia­mi, żeby wy­ło­wić z mro­ku jego zło­ty sar­ko­fag… Hie­ro­gli­fy, cen­ne sło­wa, jego ma­lo­wa­ny tron, strze­żo­ny przez mil­czą­ce lam­par­ty… od lat… A w ciem­no­ściach jego słod­ka twarz za­wsze się do was uśmie­cha, cze­ka­jąc cier­pli­wie, aż znaj­dzie­cie drzwi.

Jane Bir­kin, sty­czeń 2001

WPROWADZENIE

„To obrzy­dli­we!”. Per­fek­cyj­nie ufry­zo­wa­na ma­tro­na z rów­nie per­fek­cyj­nie ufry­zo­wa­nym mi­ni­pie­skiem prze­py­cha się koło mnie. Przy­sta­nę­łam wła­śnie na wą­skim chod­ni­ku, by sfo­to­gra­fo­wać od­ra­dza­ją­cą się wciąż na nowo ga­le­rię sztu­ki przed po­se­sją przy rue de Ver­neu­il nr 5. W ge­ście so­li­dar­no­ści ze swo­ją pa­nią kar­ło­wa­ty zwie­rzak za­dzie­ra ma­leń­ką czar­ną nóż­kę i strzy­ka siuś­ka­mi na za­ro­śnię­tą twarz, któ­rą ktoś z czu­ło­ścią na­ma­lo­wał na wol­nym ka­wał­ku ścia­ny, tuż nad zie­mią. Miesz­kań­cy tej sza­nu­ją­cej się uli­cy w pa­ry­skiej dziel­ni­cy Sa­int-Ger­ma­in, rzut ka­mie­niem od Se­kwa­ny – tu­taj w skle­pach na rogu sprze­da­je się dzie­ła sta­rych mi­strzów i nie­wia­ry­god­nie dro­gie an­ty­ki – do­pie­ro co, przed mie­sią­cem, za­pła­ci­li za oczysz­cze­nie i od­ma­lo­wa­nie ścian, a już ktoś za­kradł się nocą i spray­em wy­zna­czył po­czą­tek ko­lej­nej run­dy.

Dzie­sięć lat po śmier­ci Ser­ge’a Ga­ins­bo­ur­ga pa­limp­sest ma­lun­ków i graf­fi­ti po­kry­wa­ją­cy każ­dy mi­li­metr jego ma­łe­go, dwu­pię­tro­we­go domu żyje wła­snym ży­ciem; ma na­wet wła­sną stro­nę in­ter­ne­to­wą i wy­daw­nic­two al­bu­mo­we. Mie­sza­ni­na ko­lo­rów, sty­lów i ję­zy­ków… Tu prze­sła­nia mi­ło­ści są­sia­du­ją z ka­lam­bu­ra­mi i wier­sza­mi, ka­ry­ka­tu­ry ar­ty­stów z re­ali­stycz­ny­mi por­tre­ta­mi i gra­fi­ka­mi fal­licz­ny­mi, a de­ba­ta me­ta­fi­zycz­na do­ty­czą­ca wia­ry­god­no­ści prze­pro­wa­dzo­ne­go przez Ein­ste­ina do­wo­du ist­nie­nia du­szy po śmier­ci koń­czy się wnio­skiem, że Ser­ge wciąż żyje, wstą­pił do nie­ba, gdzie sie­dzi po pra­wi­cy Boga Pa­la­czy Ha­szy­szu. Ga­ins­bo­urg nie­wąt­pli­wie czuł­by się tu jak w domu. Bo prze­cież to jest jego dom.

Kie­dy umarł tu­taj w swo­jej sy­pial­ni dru­gie­go mar­ca 1991 roku, mie­siąc przed sześć­dzie­sią­ty­mi trze­ci­mi uro­dzi­na­mi, Fran­cję ogar­nę­ła ża­ło­ba. Bri­git­te Bar­dot, któ­ra z nim sy­pia­ła, wy­gło­si­ła mowę po­grze­bo­wą. Pre­zy­dent Mit­ter­rand, któ­ry z nim nie sy­piał, też wy­gło­sił mowę po­grze­bo­wą. Był „na­szym Bau­de­la­ire’em, na­szym Apol­li­na­ire’em – tak po­wie­dział. – Pod­niósł pio­sen­kę do ran­gi sztu­ki”. Fla­gi opusz­czo­no do po­ło­wy masz­tów – choć był to hołd mniej od­po­wied­ni dla pria­picz­ne­go ge­niu­sza popu niż bu­tel­ki whi­sky i any­żów­ki oraz pacz­ki gi­ta­ne’ów, zo­sta­wia­ne mu przez tłu­my, któ­re na­pie­ra­ły po­tęż­ną falą na po­li­cyj­ne ba­ry­ka­dy wznie­sio­ne wo­kół rue de Ver­neu­il. Po­dob­nie że­gna­no chy­ba tyl­ko księż­nę Dia­nę.

„Spy­taj ko­go­kol­wiek w Pa­ry­żu – mó­wił Ni­co­las Go­din z fran­cu­skie­go du­etu Air – a oka­że się, że pa­mię­ta, co ro­bił w chwi­li, gdy się do­wie­dział o śmier­ci Ga­ins­bo­ur­ga. Wszy­scy prze­ży­li szok. Bo Ga­ins­bo­urg był za­wsze, był czę­ścią kul­tu­ry. Cią­gle ro­bił coś sza­lo­ne­go w te­le­wi­zji. Był po­etą. Był pun­kiem. I chciał ze­rżnąć Whit­ney Ho­uston”.

Czło­wiek, któ­ry wy­glą­dał jak wy­twor­ny żółw skrzy­żo­wa­ny z wy­jąt­ko­wo po­dej­rza­nym, kop­cą­cym jak ko­min wil­kiem, był tak­że pio­sen­ka­rzem, tek­ścia­rzem, kom­po­zy­to­rem no­wa­tor­skiej mu­zy­ki fil­mo­wej, zwy­cięz­cą Kon­kur­su Pio­sen­ki Eu­ro­wi­zji, po­wie­ścio­pi­sa­rzem, fo­to­gra­fem, ak­to­rem, ar­ty­stą, pi­ja­kiem, re­ży­se­rem, sce­na­rzy­stą, po­pu­li­stą, pro­wo­ka­to­rem, sen­ty­men­ta­li­stą, bła­znem, ko­chan­kiem, in­te­lek­tu­ali­stą i oso­bą, któ­ra w po­je­dyn­kę wy­zwo­li­ła fran­cu­ski pop. Po­mi­mo nie­zwy­kłe­go za­mi­ło­wa­nia do pa­pie­ro­sów, al­ko­ho­lu, zmy­sło­wo­ści i pro­wo­ka­cji (nie­sław­ne „Chcę cię ze­rżnąć”, skie­ro­wa­ne przez wów­czas pięć­dzie­się­cio­sze­ścio­let­nie­go, ka­pra­we­go Ga­ins­bo­ur­ga do Whit­ney, gosz­czą­cej wraz z nim w pro­gra­mie, wy­po­wie­dzia­ne na żywo, w pri­me-ti­mie, w re­wii fa­mi­lij­nej, to wła­śnie efekt po­łą­cze­nia wszyst­kich czte­rech sła­bo­ści) – a może ze wzglę­du na to za­mi­ło­wa­nie – owo­ce jego trzy­dzie­sto­let­niej twór­czo­ści mu­zycz­nej są im­po­nu­ją­ce. Obej­mo­wa­ła sty­le tak róż­no­rod­ne, że przy Ga­ins­bo­ur­gu Da­vid Bo­wie spra­wia wra­że­nie po­grą­żo­ne­go w za­sto­ju – a do­kład­niej mu­zy­kę kla­sycz­ną, chan­son, jazz, girl-pop, rock, reg­gae, di­sco, rap – i świad­czy­ła o ogrom­nej wie­dzy ar­ty­sty na te­mat tra­dy­cji oraz o sza­cun­ku dla niej. Ga­ins­bo­urg po­ka­zy­wał tej tra­dy­cji środ­ko­wy pa­lec, za­raz jed­nak wy­ko­rzy­sty­wał ją do stwo­rze­nia cze­goś cał­ko­wi­cie wy­jąt­ko­we­go.

Jego tek­sty to trud­ne do ogar­nię­cia ćwi­cze­nia w wie­lo­znacz­nej po­tocz­nej fran­cusz­czyź­nie peł­nej licz­nych za­po­ży­czeń z an­giel­skie­go i w ryt­micz­nej, ono­ma­to­pe­icz­nej per­ku­sji słow­nej. Li­te­ra­tu­rę, ko­pro­fa­gię, ob­se­sję sek­su­al­ną, pier­dze­nie, ka­zi­rodz­two, fi­lo­zo­fię, gra­ma­ty­kę, wa­rzy­wa, na­zi­stow­skie obo­zy za­gła­dy i ka­ta­stro­fę „Tor­rey Ca­ny­on” po­strze­gał jako ab­so­lut­nie sen­sow­ne te­ma­ty pio­se­nek – pio­se­nek za­rów­no gwiz­da­nych na uli­cy, jak i dru­ko­wa­nych w to­mi­kach po­ezji czy ana­li­zo­wa­nych na uni­wer­sy­te­tach. A jed­nak po bry­tyj­skiej stro­nie La Man­che Ga­ins­bo­urg był w za­sa­dzie zna­ny z jed­nej tyl­ko pio­sen­ki. Tej z 1969 roku, śpie­wa­nej z an­giel­ską ak­tor­ką Jane Bir­kin: Je t’aime, moi non plus. Jak na­pi­sał Ro­bert Chal­mers w „The In­de­pen­dent”: „Ga­ins­bo­urg był na­zna­czo­ny ce­chą, któ­ra na dro­dze do sta­tu­su gwiaz­dy roc­ka oka­za­ła się po­tęż­niej­szą prze­szko­dą niż by­cie śle­pym, głu­chym na tony czy mar­twym, naj­fa­tal­niej­szą ze wszyst­kich: był Fran­cu­zem”.

Bry­tyj­skie uprze­dze­nia do fran­cu­skiej mu­zy­ki po­pu­lar­nej – rów­nie głę­bo­kie i sta­łe jak fran­cu­skie uprze­dze­nia do bry­tyj­skiej kuch­ni – wy­ra­sta­ją ze swin­gu­ją­cych lat sześć­dzie­sią­tych, kie­dy my mie­li­śmy The Be­atles, Sto­ne­sów i kre­wet­ki, a Fran­cja mia­ła (a przy­najm­niej nam się wy­da­wa­ło, że tak jest) Sa­chę Di­ste­la, Je­ani­ne Dec­kers i pâté de foie gras. To ko­mu­nał, nie­ste­ty, z któ­re­go wie­lu bry­tyj­skim dzien­ni­ka­rzom mu­zycz­nym trud­no się było otrzą­snąć. (Wy­star­czy spoj­rzeć na ne­kro­log Ga­ins­bo­ur­ga w „The Gu­ar­dian”: „Miał ty­po­wo fran­cu­skie wy­czu­cie dla roc­ka: był w tym bez­na­dziej­ny”).

Sły­nie­my ze swo­jej nie­zna­jo­mo­ści ję­zy­ków ob­cych, i to oczy­wi­ście po­gar­sza sy­tu­ację, ale więk­szą prze­szko­dą są róż­ni­ce dzie­lą­ce na­sze kul­tu­ry i zde­cy­do­wa­nie inna oce­na, co jest cool, a co nie. Mię­dzy­na­ro­do­wy biz­nes mu­zycz­ny, zdo­mi­no­wa­ny przez kra­je an­glo­ję­zycz­ne, do­ko­nu­jąc mar­ke­tin­go­we­go sztur­mu no­wych mód i dźwię­ków, wpro­wa­dza nie­zwy­kle pre­cy­zyj­ne, a przy tym zmie­nia­ją­ce się nie­ustan­nie ro­zu­mie­nie po­ję­cia cool. Funk­cjo­nu­jąc poza tymi wy­znacz­ni­ka­mi, Ga­ins­bo­urg nie miał wpraw­dzie do­stę­pu do sze­ro­kiej an­glo­ję­zycz­nej wi­dow­ni, ale jako out­si­der, igno­ru­jąc po­wszech­nie przy­ję­te nor­my cool, mógł ro­bić, co mu się po­do­ba, a przy oka­zji stwo­rzył fa­scy­nu­ją­ce dzie­ła. A wiel­bi­cie­le mu­zy­ki w Wiel­kiej Bry­ta­nii i Sta­nach Zjed­no­czo­nych wresz­cie za­czy­na­ją je od­kry­wać.

Od­kry­cie na nowo i po­pu­lar­ność Ga­ins­bo­ur­ga w cią­gu mi­nio­nych dzie­się­ciu czy pięt­na­stu lat to za­słu­ga Jim­my’ego Som­me­rvil­le’a, Mic­ka Ha­rveya, St Etien­ne, Ste­reo­la­bu, Mo­mu­sa, Black Gra­pe, So­nic Youth, Lu­scio­usa Jack­so­na i Di­vi­ne Co­me­dy, aż po ki­czo­wa­te easy li­ste­ning, tra­fia­ją­ce do mło­dej wi­dow­ni. I da­lej jesz­cze, to efekt uda­nych ko­mer­cyj­nie przed­się­wzięć Pulp, Su­ede i Bec­ka, któ­rzy prze­ka­za­li pa­łecz­kę współ­cze­snym twór­com mu­zy­ki dan­ce (w niej fran­cu­ski tekst nie sta­no­wi pro­ble­mu, jest po pro­stu ko­lej­ną struk­tu­rą i dźwię­kiem do zsam­plo­wa­nia) w ro­dza­ju Da­vi­da Hol­me­sa, Mir­wa­isa czy Air. Przy czym fran­cu­scy ar­ty­ści Mir­wa­is oraz duet Air są gwiaz­da­mi w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Do­praw­dy, cza­sy się zmie­nia­ją. A w nie­daw­nym ar­ty­ku­le w ma­ga­zy­nie „Q” pod ty­tu­łem 100 naj­więk­szych gwiazd XX wie­ku Ser­ge – je­dy­ny obec­ny na li­ście fran­cu­ski ar­ty­sta – za­jął po­zy­cję osiem­dzie­sią­tą ósmą, wy­żej od Da­mo­na Al­bar­na z Blur. „Ser­ge Ga­ins­bo­urg to we Fran­cji czło­wiek in­sty­tu­cja – na­pi­sał Da­vid Qu­an­tick. – Ten fakt bu­dzi w nas wiel­ki sza­cu­nek dla Fran­cu­zów”. W peł­ni po­dzie­lam tę opi­nię.

Kie­dy pi­sa­łam tę książ­kę, brnąc na oślep przez Pa­ryż w nie­bie­skiej mgle dymu gi­ta­ne’ów i pró­bu­jąc zna­leźć dro­gę przez pole mi­no­we fran­cu­skie­go popu i fran­cu­skiej kul­tu­ry, nie­oce­nio­ną po­moc otrzy­ma­łam od wie­lu fran­cu­skich pi­sa­rzy, mu­zy­ków, pro­du­cen­tów i ser­żo­lo­gów, któ­rzy sta­wa­li na gło­wie, żeby mnie po­pro­wa­dzić we wła­ści­wym kie­run­ku. Spe­cjal­ne po­dzię­ko­wa­nia skła­dam Jane Bir­kin, ak­tor­ce, pio­sen­kar­ce, dra­ma­to­pi­sar­ce i w swo­im cza­sie part­ner­ce Ser­ge’a. Mimo że przez trzy­dzie­ści lat bry­tyj­ska pra­sa ra­czy­ła ją wy­łącz­nie py­ta­nia­mi typu „Co tam spro­śne­go na­gra­łaś, Jane?”, za­pro­si­ła mnie do domu, po­da­ła fi­li­żan­kę her­ba­ty, naj­lep­szej, jaką pi­łam w Pa­ry­żu, i przez wie­le go­dzin szcze­gó­ło­wo opo­wia­da­ła o ży­ciu i pra­cy Ga­ins­bo­ur­ga.

Po­dzię­ko­wa­nia kie­ru­ję tak­że do Phi­lip­pe’a Le­ri­chom­me’a, słyn­ne­go pro­du­cen­ta mu­zycz­ne­go, zna­ne­go ze skrom­no­ści „Czło­wie­ka w cie­niu”, jak na­zwał go Ga­ins­bo­urg w jed­nej ze swo­ich pio­se­nek, któ­ry zgo­dził się na wy­wiad o swo­im sta­rym przy­ja­cie­lu, choć rzad­ko mu się to zda­rza. „Fran­cu­scy żur­na­li­ści w kół­ko mnie pro­si­li o roz­mo­wę o Ser­ge’u, a ja za­wsze od­ma­wia­łem – oznaj­mił. – Ale je­śli dzię­ki temu on zy­ska w An­glii na­leż­ny mu sza­cu­nek, to d’ac­cord”. Do­mi­ni­que Blanc-Fran­card, daw­ny in­ży­nier stu­dia Ser­ge’a, do­star­czył mi waż­nych in­for­ma­cji o prak­ty­kach na­gra­nio­wych Ga­ins­bo­ur­ga; Fra­nço­is Ra­vard, przy­ja­ciel Ser­ge’a i pro­du­cent jego ostat­nie­go fil­mu Stan the Fla­sher, opo­wie­dział kil­ka świet­nych hi­sto­rii o Ga­ins­bo­ur­gu fil­mow­cu, ar­ty­ście i homo aesthe­ti­cus; aNi­co­las Go­din z Air i Fra­nço­ise Har­dy po­mo­gli mi prze­ana­li­zo­wać w szer­szym kon­tek­ście wpływ Ser­ge’a na dwa po­ko­le­nia fran­cu­skich mu­zy­ków pop.

Od­po­wie­dzi na nie­skoń­czo­ne py­ta­nia o obce miesz­kan­ce Lon­dy­nu na­zwi­ska i miej­sca, na któ­re się na­tknę­łam w cza­sie swo­ich ba­dań, otrzy­ma­łam od ko­lek­cjo­ne­ra płyt wi­ny­lo­wych Da­nie­la Van­de­la; pre­zen­te­ra te­le­wi­zyj­ne­go i dzien­ni­ka­rza Lau­ren­ce’a Ro­man­ce’a; ser­żo­lo­ga Da­nie­la Van­der­donck­ta; pi­sa­rza i pro­du­cen­ta Je­an­na-Wil­lia­ma Tho­ury’ego; Phi­lip­pe’a Thiey­re’a ze świet­nej pa­ry­skiej księ­gar­ni Pa­ral­lèle i od Ser­ge’a Vin­cen­de­ta ze skle­pu pły­to­we­go Mon­ster Me­lo­dies za ro­giem. Nie­zwy­kle go­rą­ce po­dzię­ko­wa­nia na­le­żą się dzien­ni­ka­rzo­wi i ra­diow­co­wi Chri­stia­no­wi Eu­de­li­ne’owi za jego nie­stru­dzo­ne wy­ja­śnie­nia wszyst­kie­go od hi­sto­rii fran­cu­skiej mu­zy­ki po­pu­lar­nej i kul­tu­ry po hi­sto­rię Fran­cji. I Gi­les’owi Ver­lan­to­wi, au­to­ro­wi 760-stro­ni­co­wej, naj­lep­szej fran­cu­sko­ję­zycz­nej bio­gra­fii Ga­ins­bo­urg (opu­bli­ko­wa­nej przez wy­daw­nic­two Al­bin Mi­chel; z ca­łe­go ser­ca po­le­cam ją każ­de­mu, kto może się po­chwa­lić do­sta­tecz­ną zna­jo­mo­ścią fran­cu­skie­go), za jego nie­złom­ne sta­ra­nia, by ni­niej­sza książ­ka za­wie­ra­ła jak naj­mniej błę­dów, par­ce que Ga­ins­bo­urg le méri­te, et le pu­blic an­glo-sa­xon aus­si!

Rów­nież wie­lu an­glo­ję­zycz­nych mu­zy­ków, któ­rzy zna­li Ser­ge’a, pra­co­wa­li z nim, sam­plo­wa­li, ro­bi­li co­ve­ry albo na któ­rych wpły­nął, było tak mi­łych i udzie­li­ło mi wy­wia­dów. Tu z ko­lei wiel­kie po­dzię­ko­wa­nia dla Ma­rian­ne Fa­ith­full, Sly’a Dun­ba­ra, Rob­bie­go Sha­ke­spe­are’a, Bec­ka, Mic­ka Ha­rveya, Ala­na Hawk­sha­wa, Nic­ka Cur­rie­go (Mo­mu­sa), Boba Stan­leya (St Etien­ne), Se­ana O’Ha­ga­na (z High Lla­mas), Ste­ve’a Wyn­na i Da­vi­da Hol­me­sa. A na ko­niec po­dzię­ko­wa­nia dla ma­ga­zy­nu „MOJO” za po­to­cze­nie la bo­ule, dla Se­ana Body’ego i Hel­ter Skel­ter za pod­ję­cie gry i kon­ty­nu­ację, i dla Nic­ka Ken­ta, Fre­da Del­la­ra, Sue Smith, Mar­ti­na Cob­ba, Pe­te­ra Si­lver­to­na i Ne­ila Adam­sa za ich nie­oce­nio­ną po­moc i wspar­cie.

Je­śli cho­dzi o Ser­ge’a, przy­kro mi tyl­ko, że przy­by­łam za póź­no, żeby do­dać go do li­sty swo­ich roz­mów­ców. Trud­no wy­ma­rzyć so­bie bar­dziej fa­scy­nu­ją­ce­go bo­ha­te­ra bio­gra­fii – nie­śmia­ły eks­tra­wer­tyk, sur­re­ali­stycz­ny re­ali­sta, iko­no­kla­sta, któ­ry chciał stać się iko­ną, czło­wiek, któ­ry pił z po­li­cjan­ta­mi, oglą­dał z Da­lim por­no­le, ko­chał się z kil­ko­ma naj­pięk­niej­szy­mi ak­tor­ka­mi świa­ta (przy czym żad­nej z nich nie po­ka­zał się nago) i umarł sam, we wła­snym łóż­ku, koń­cząc ży­cie peł­ne wręcz he­ro­icz­ne­go, a przy­najm­niej bez­dy­sku­syj­nie ar­ty­stycz­ne­go, sa­mo­oka­le­cza­nia. Że za­cy­tu­ję jego epi­ta­fium z fran­cu­skiej ga­ze­ty „Li­béra­tion”: Ser­ge wy­pił za dużo pa­pie­ro­sów.

Nie­mniej jed­nak, je­śli wie­rzyć na­pi­so­wi na mu­rze rue de Ver­neu­il nr 5: „Ser­ge żyje. Jest w nie­bie i dyma”. A krót­ko po jego śmier­ci fran­cu­ski ma­ga­zyn sa­ty­rycz­ny „La Gros­se Ber­tha” przed­sta­wił go na okład­ce, jak z za­ro­śnię­tym pod­bród­kiem i nie­dba­łym uśmie­chem stoi okra­kiem na chmu­rze nad Mat­ką Bo­ską, któ­ra na czwo­ra­kach bło­go wy­pi­na ku nie­mu po­ślad­ki. „Ej, Ma­rio – rze­cze w dym­ku ten ry­sun­ko­wy Ser­ge. – Mógł­bym na­pi­sać dla cie­bie parę nie­zgor­szych pio­snek”.

Czy wy­obra­ża­cie so­bie, żeby Bry­tyj­czy­cy po­trak­to­wa­li tak swo­je­go Joh­na Len­no­na? Wzno­szę kie­lich, za­miast to­a­stu nu­cąc fran­cu­ski hymn pań­stwo­wy: Al­lons en­fants de la Pa­trie, le jour de glo­ire est ar­ri­vé!

Ty­tu­ły pio­se­nek, al­bu­mów, fil­mów itd. po­ja­wia­ją się w brzmie­niu ory­gi­nal­nym: fran­cu­skim, an­giel­skim, fran­giel­skim czy też ja­kimś ję­zy­ku wy­my­ślo­nym przez Ga­ins­bo­ur­ga. Cy­ta­ty prze­tłu­ma­czo­no z fran­cu­skie­go; ich ory­gi­nal­na wer­sja znaj­du­je się w dzia­le źró­dło­wym na koń­cu książ­ki.

Ser­ge Ga­ins­bo­urg przed wej­ściem do klu­bu Car­na­by, Pa­ryż, luty 1968. Fot. Od­ile Mont­ser­rat

ROZDZIAŁ 1Lulu

Ser­ge Ga­ins­bo­urg za­wdzię­czał ży­cie bru­do­wi. To brud wła­śnie, dość do­słow­nie, przy­szedł mu na ra­tu­nek w let­nie go­rą­ce po­po­łu­dnie roku 1927, kie­dy Olga Gins­burg za­pu­ka­ła do drzwi ob­skur­ne­go bu­dyn­ku na Pi­gal­le’u, w pa­ry­skiej dziel­ni­cy czer­wo­nych la­tar­ni. Brze­mien­ną trzy­dzie­sto­dwu­let­nią ży­dow­ską emi­grant­kę z Ro­sji, żonę mu­zy­ka, mat­kę ma­łej dziew­czyn­ki, wpro­wa­dzo­no do pro­wi­zo­rycz­nej kli­ni­ki abor­cyj­nej. Szyb­ko otak­so­wa­ła wzro­kiem po­miesz­cze­nie – zlew, sto­łek, na środ­ku stół, na nim na­rzę­dzia – a gdy do­strze­gła po­ły­sku­ją­cą w świe­tle sło­necz­nym nie­wiel­ką mi­skę, jesz­cze mo­krą i peł­ną nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nej brei po po­przed­nicz­ce, ob­ró­ci­ła się na pię­cie i ucie­kła. „Za­wsze po­wta­rzał, że jego je­dy­ny łut szczę­ścia w ży­ciu to brud­na ner­ka” – wspo­mi­na­ła Jane Bir­kin.

Mi­nę­ło pra­wie dzie­sięć lat od chwi­li, gdy Olga Be­sman i Jo­sif Gins­burg po­bra­li się na Ukra­inie. Ele­ganc­ki mło­dzie­niec, zdol­ny pia­ni­sta – zdo­byw­ca pierw­szej na­gro­dy w kon­ser­wa­to­rium – zo­stał za­trud­nio­ny przez ro­dzi­ców Olgi; miał da­wać lek­cje ósem­ce ich dzie­ci. Jo­sif był wraż­li­wy i ro­man­tycz­ny, łą­czył w so­bie sło­wiań­ski sen­ty­men­ta­lizm i dra­ma­tycz­ną ży­dow­ską me­lan­cho­lię. Olgę ce­cho­wa­ły cię­ty dow­cip i prag­ma­tyzm; śpie­wa­ła pięk­nym mez­zo­so­pra­nem. On się za­ko­chał od pierw­sze­go wej­rze­nia, sta­rał się o nią, pod­czas gdy do­ko­ła sza­la­ła bol­sze­wic­ka re­wo­lu­cja. Kie­dy ko­lej­ny raz le­d­wie uszli z ży­ciem – on mu­siał się ukry­wać przed żoł­nie­rza­mi, ni­czym dzia­dek bo­ha­te­ra Bla­sza­ne­go bę­ben­ka, pod ogrom­nia­stą spód­ni­cą wie­śniacz­ki – po­sta­no­wi­li uciec. Po­słu­gu­jąc się fał­szy­wy­mi do­ku­men­ta­mi, prze­do­sta­li się do Gru­zji, gdzie wsie­dli na sta­tek pły­ną­cy przez Mo­rze Czar­ne do Kon­stan­ty­no­po­la i da­lej przez Mo­rze Śród­ziem­ne do Mar­sy­lii. Za­trzy­ma­li się do­pie­ro w Pa­ry­żu. Wcze­śniej prze­niósł się tam star­szy brat Olgi i wie­lu in­nych ro­da­ków. Jo­sif zna­lazł do­ryw­czą pra­cę jako mu­zyk i po kil­ku prze­pro­wadz­kach ro­dzi­na – bo sta­li się ro­dzi­ną w chwi­li na­ro­dzin syna Mar­ce­la w roku 1922 – za­in­sta­lo­wa­ła się w miesz­kan­ku przy rue de Chi­ne 35.

Dziel­ni­ca dwu­dzie­sta, do dziś jed­na z bied­niej­szych czę­ści sto­li­cy, w trze­ciej de­ka­dzie ubie­głe­go wie­ku była oko­li­cą za­nie­dba­ną, nie­mal wiej­ską. Dzie­ci ba­wi­ły się tu na uli­cach, stra­ga­nia­rze han­dlo­wa­li naj­roz­ma­it­szym to­wa­rem. Na pew­no nie była to dziel­ni­ca ży­dow­ska. Ży­dzi, wy­gna­ni z Ro­sji ra­czej przez po­gro­my niż re­wo­lu­cję ko­mu­ni­stycz­ną, osie­dla­li się głów­nie w qu­ar­tiers nie­opo­dal pla­cu Re­pu­bli­ki, Por­te de Sa­int-Clo­ud oraz Hôtel de Vil­le. Ale Jo­sif był li­be­ral­nym Ży­dem, wol­no­my­śli­cie­lem, a kie­dy już otrzy­ma­li oby­wa­tel­stwo, po­sta­no­wił, że Gins­bur­go­wie po­zo­sta­ną ca­łym ser­cem i bez­gra­nicz­nie od­da­ni Fran­cji.

I tak so­bie żyli – poza nie­szczę­snym ma­łym Mar­ce­lem, któ­ry umarł na bron­chit w wie­ku szes­na­stu mie­się­cy. Uro­dzi­ło się im dru­gie dziec­ko, Ja­cqu­eli­ne, któ­ra była już pół­to­ra­rocz­nym zdro­wym ma­lu­chem, gdy dru­gie­go kwiet­nia 1928 roku Olga w szpi­ta­lu Hôtel Dieu nad Se­kwa­ną za­czę­ła ro­dzić, zgod­nie z prze­wi­dy­wa­nia­mi, bliź­nię­ta.

„Jak wy­szło pierw­sze dziec­ko, Li­lia­ne, Olga za­czę­ła krzy­czeć – opo­wia­da­ła Jane – bo po­my­śla­ła, że bę­dzie mamą trzech dziew­czy­nek. A chwi­lę póź­niej wy­sko­czył nie kto inny, jak Ser­ge, na któ­re­go punk­cie mama na­tych­miast oczy­wi­ście do­sta­ła kota”. Dali mu na imię – „żeby był bar­dzo fran­cu­ski oraz in­te­gré” – Lu­cien, a na­zy­wa­li – ku jego wiel­kie­mu roz­go­ry­cze­niu – Lulu.

Na zdję­ciach wid­nie­je ma­leń­kie dziec­ko z czar­ny­mi wło­ska­mi przy­po­mi­na­ją­cy­mi kod kre­sko­wy i ciem­ny­mi, sen­ny­mi, przy­mknię­ty­mi ocza­mi. Mi­nia­tu­ra ojca, cią­gle nie­obec­ne­go, bo no­ca­mi wy­stę­po­wał w pa­ry­skich ki­nach i klu­bach, a za dnia gry­wał na pia­ni­nie do­mo­wym, któ­re było dumą ro­dzi­ny. Lulu i Li­lia­ne na­praw­dę nie mie­li wy­bo­ru, mu­sie­li chło­nąć mu­zy­kę, któ­ra ich ota­cza­ła jak po­wie­trze. A był to nie­zły ze­staw: dzie­ła naj­śwież­sze ta­kich au­to­rów, jak Ame­ry­ka­nin w Pa­ry­żu Cole Por­ter i ame­ry­kań­ski ro­syj­sko-ży­dow­ski Geo­r­ge Ger­sh­win (Jo­sif grał z pa­mię­ci Błę­kit­ną rap­so­dię), jak rów­nież kla­sy­ka – Bach, Scar­lat­ti, Vi­val­di. Po­nad ży­cie zaś Jo­sif ko­chał Cho­pi­na. Lulu chło­nął to wszyst­ko i pró­bo­wał grać na pia­ni­nie, sam, jesz­cze za­nim Jo­sif na­rzu­cił bliź­nię­tom, kie­dy tyl­ko skoń­czy­ły czte­ry lata, te same obo­wiąz­ko­we lek­cje, któ­re mu­sia­ła zno­sić ich star­sza sio­stra. Lek­cje kon­ty­nu­owa­no, gdy dzie­ci po­szły do szko­ły – go­dzi­nę dzien­nie od razu po po­wro­cie do domu, przed od­ra­bia­niem prac do­mo­wych.

Jo­sif był su­ro­wym oj­cem, wspo­mi­nał póź­niej Ser­ge, i zwo­len­ni­kiem ra­czej ostrej dys­cy­pli­ny, co rów­no­wa­ży­ło oczy­wi­ste­go szmer­gla Olgi na punk­cie syn­ka. („Mama mnie uwiel­bia, ubó­stwia” – po­wie­dział fran­cu­skie­mu ma­ga­zy­no­wi „Ac­tu­el”)1. Kie­dy Lulu za­cho­wy­wał się nie­wła­ści­wie, do­sta­wał od Jo­si­fa pa­sem na gołą pupę; oj­ciec za­wsze po­tem prze­pra­szał, gło­śno i z em­fa­zą, nie­zdol­ny znieść my­śli, że chło­piec uzna go za okrut­ni­ka. To jed­na z nie­licz­nych cech, któ­re Lu­cien odzie­dzi­czył po ojcu wraz z ta­len­tem mu­zycz­nym i w ogó­le ta­len­tem do sztu­ki. Ale Lu­cien się nie bun­to­wał: był grzecz­nym chłop­cem i po­dob­nie jak Ja­cqu­eli­ne bar­dzo by­strym, do­brym uczniem. Uwiel­biał szko­łę, cho­ciaż był nie­śmia­ły i bo­jaź­li­wy, nie­du­ży jak na swój wiek. Nie po­szedł spać, do­pó­ki star­sza sio­stra nie zaj­rza­ła za za­sło­ny, żeby spraw­dzić, czy aby nikt się tam nie cho­wa. Cza­sem bra­no go za dziew­czyn­kę.

Do­cho­dy Jo­si­fa sta­le ro­sły, co umoż­li­wi­ło w po­ło­wie lat trzy­dzie­stych prze­pro­wadz­kę do więk­sze­go miesz­ka­nia na rue Cau­la­in­co­urt w dziel­ni­cy osiem­na­stej. Te­raz miesz­ka­li o rzut ka­mie­niem od mek­ki prze­my­słu mu­zycz­ne­go SA­CEM (So­ci­été Des Au­teurs, Com­po­si­teurs et Edi­teurs de Mu­si­que – Sto­wa­rzy­sze­nia Pi­sa­rzy, Kom­po­zy­to­rów i Wy­daw­ców Mu­zy­ki) i za­le­d­wie dzie­sięć mi­nut pie­cho­tą z mar­ché de mu­si­ciens (tar­gu mu­zy­ków) na Pi­gal­le’u. Co­dzien­nie oko­ło pią­tej czy szó­stej po po­łu­dniu Jo­sif do­łą­czał do in­nych mu­zy­ków, któ­rzy zbie­ra­li się tam w na­dziei, że zo­sta­ną na­ję­ci na wie­czór – po­dob­nie w Los An­ge­les mek­sy­kań­scy ro­bot­ni­cy zbie­ra­ją się rano o okre­ślo­nej go­dzi­nie w po­szu­ki­wa­niu do­ryw­czej pra­cy. Po­pra­wa wa­run­ków ży­cia po­zwo­li­ła też Jo­si­fo­wi i jego żo­nie re­ali­zo­wać swo­ją mi­łość do Sztu­ki. (Sztu­ka, pi­sał Jo­sif w pa­mięt­ni­kach, dla nie­go za­czy­na­ła się od wiel­kie­go S). Jesz­cze w Ro­sji, za­nim zo­stał mu­zy­kiem, Jo­sif za­mie­rzał po­świę­cić się ma­lar­stwu. Two­rzył nie­ustan­nie, aż do brze­mien­ne­go w skut­ki dnia, kie­dy pod­czas po­dró­ży ko­le­ją trans­sy­be­ryj­ską ukra­dzio­no mu por­tret dziew­czy­ny, w któ­rej się nie­gdyś pla­to­nicz­nie ko­chał. Z wiel­kim dra­ma­ty­zmem, iście po sło­wiań­sku po­przy­siągł, że nig­dy już nie tknie pędz­la, i sło­wa do­trzy­mał. Cho­dził na­to­miast wraz z żoną na każ­dą moż­li­wą wy­sta­wę, na ścia­nach ich miesz­ka­nia wi­sia­ły ob­ra­zy i roz­pie­ra­ła ich duma z ro­dzą­cych się zdol­no­ści ar­ty­stycz­nych syna.

Mu­zyk, ar­ty­sta, in­te­li­gent – je­dy­ny bra­ku­ją­cy ele­ment dzie­lą­cy Lu­cie­na Gins­bur­ga od Ser­ge’a Ga­ins­bo­ur­ga to dziew­czy­ny. Ale spo­koj­nie, już nie­dłu­go. La­tem 1936 roku ro­dzi­na prze­by­wa­ła na wa­ka­cjach nad mo­rzem. Lu­cien miał osiem lat. Ba­wił się w pia­sku, nu­cąc do mu­zy­ki do­cho­dzą­cej z me­ga­fo­nów – roz­po­znał w niej utwór Char­les’a Tre­ne­ta, któ­re­go ży­wio­ło­we pio­sen­ki va­rie­té (na przy­kład Boumzna­ne ki­no­ma­nom z fil­mu Toto bo­ha­ter – Toto le he­ros) były przed dru­gą woj­ną świa­to­wą bar­dzo po­pu­lar­ne – gdy na­gle pod­niósł wzrok i zo­ba­czył idą­cą pla­żą ślicz­ną dziew­czy­nę. Po­łą­cze­nie dziew­czę­cej uro­dy, cie­pła słoń­ca prze­bi­ja­ją­ce­go się przez mor­ską bry­zę i mu­zy­ki oka­za­ło się dla chłop­ca mie­szan­ką zgo­ła wy­bu­cho­wą. W tym do­kład­nie mo­men­cie – tak póź­niej twier­dził – przy­swo­ił so­bie smak ko­bie­ce­go pięk­na, któ­re po­zo­sta­ło w nim wy­pa­lo­ne, nie­ro­ze­rwal­nie po­łą­czo­ne ze zmy­sło­wo­ścią, ob­ra­zem i dźwię­kiem mu­zy­ki. Tę nad­mor­ską lek­cję es­te­ty­ki uzu­peł­niał przez naj­bliż­sze lata, zwłasz­cza że Jo­sip Gins­burg wy­stę­po­wał w co­raz bar­dziej eks­klu­zyw­nych ośrod­kach wy­po­czyn­ko­wych ta­kich jak De­au­vil­le i Biar­ritz. Lu­cien, ze­tknąw­szy się z luk­su­sem, prze­ko­nał się, w jaki spo­sób bo­gac­two może kształ­to­wać gust.

Miał bez­piecz­ne, zor­ga­ni­zo­wa­ne dzie­ciń­stwo – nie­zwy­kłe jak na ro­dzi­nę emi­gran­tów, któ­rej gło­wą był mu­zyk – i jak czę­sto po­wta­rzał Jane, szczę­śli­we. „Kie­dy przy­je­cha­łam do Pa­ry­ża ro­bić swój pierw­szy film i po­zna­łam Ser­ge’a, za­bie­rał mnie w te wszyst­kie nie­wia­ry­god­ne miej­sca na Pi­gal­le’u, gdzie męż­czyź­ni prze­bie­ra­ją się za ko­bie­ty, i mó­wił: «Tu­taj kie­dyś grał mój oj­ciec». I za­wsze do­da­wał, że pierw­sze­go stycz­nia od­by­wa­ła się w domu wiel­ka fête, bo w syl­we­stra oj­ciec grał po spe­lun­kach do trze­ciej nad ra­nem i wra­cał – w cu­dow­nym na­stro­ju, z kie­sze­nia­mi peł­ny­mi na­piw­ków – w pa­pie­ro­wym ka­pe­lu­szu, z kon­fet­ti i z gwizd­ka­mi, a dzie­ci się wte­dy bu­dzi­ły”.

Już od kil­ku lat Jo­sif kie­ro­wał wła­snym ze­spo­łem, Les Blue Star Boys. Ale nie­ba­wem głów­ną rolę w ży­ciu Gins­bur­gów za­czę­ła od­gry­wać żół­ta gwiaz­da.

Kie­dy we wrze­śniu 1939 roku Fran­cja wy­po­wie­dzia­ła woj­nę Niem­com, Lu­cien tego wła­ści­wie nie za­uwa­żył. Miał je­de­na­ście lat, ro­dzi­na wcze­śniej już prze­pro­wa­dzi­ła się z Pa­ry­ża do ku­ror­tu Di­nard na wy­brze­żu Bre­ta­nii, gdzie Jo­sif pra­co­wał przez dłuż­szy czas. Dla Lulu były to jed­ne wiel­kie wa­ka­cje – nie tak może eks­cy­tu­ją­ce jak pół­rocz­ny po­byt w Al­gie­rii, do­kąd oj­ciec wy­je­chał z żoną i dzieć­mi – ale Di­nard mia­ło nad Al­gie­rią prze­wa­gę w po­sta­ci wiel­kie­go ogni­ska i po­ka­zu sztucz­nych ogni. Bo tak wła­śnie zro­zu­miał Lu­cien wi­dok wojsk bry­tyj­skich pod­pa­la­ją­cych nad­brzeż­ne zbior­ni­ki z pa­li­wem. Po po­wro­cie do Pa­ry­ża na­stęp­ne­go lata Gins­bur­go­wie stwier­dzi­li, że wszyst­ko zmie­ni­ło się dia­me­tral­nie. Mia­sto za­ję­li Niem­cy. Za­pa­no­wał ofi­cjal­nie usank­cjo­no­wa­ny przez rząd an­ty­se­mi­tyzm. Wpro­wa­dzo­no obo­wiąz­ko­wą re­je­stra­cję Ży­dów. Prag­ma­tycz­na Olga nie chcia­ła się za­re­je­stro­wać, ale Jo­sif na­le­gał: sko­ro te­raz są Fran­cu­za­mi – bo uwa­żał się za Fran­cu­za po­mi­mo sil­ne­go ro­syj­skie­go ak­cen­tu oraz upodo­ba­nia do barsz­czu i wód­ki – po­win­ni re­spek­to­wać pra­wo no­wej oj­czy­zny. W spo­łecz­no­ści ży­dow­skiej krą­ży­ły po­gło­ski o za­gi­nię­ciach. Ży­dom co­raz trud­niej było zdo­być pra­cę – zwłasz­cza w bar­dziej rzu­ca­ją­cych się w oczy dzie­dzi­nach, ta­kich jak dzien­ni­kar­stwo, sztu­ka, te­atr – jako że na mie­ście po­ja­wi­ły się na­pi­sy na mu­rach oskar­ża­ją­ce ich o pod­kra­da­nie po­sad Fran­cu­zom. Gins­bur­go­wie nie żyli w śro­do­wi­sku ży­dow­skim, nie pro­wa­dzi­li ko­szer­ne­go domu ani nie cho­dzi­li do sy­na­go­gi. Przy­najm­niej przez ja­kiś czas Jo­sif wie­rzył, że nic im nie gro­zi. Na pew­no ży­cie ro­dzi­ny upły­wa­ło względ­nie nor­mal­nie. Jo­si­fo­wi wciąż pła­co­no za grę na pia­ni­nie w Ca­ba­ne Cu­ba­ine i za­ra­biał tyle, że mógł za­pi­sać syna do szko­ły ar­ty­stycz­nej na Mont­mar­trze.

W pierw­szym roku na­uki Lulu przy­pad­ko­wo roz­nie­cił w so­bie za­in­te­re­so­wa­nie zu­peł­nie inną dzie­dzi­ną. Jako trzy­na­sto­la­tek nie mógł jesz­cze uczęsz­czać na lek­cje ry­so­wa­nia ak­tów, ale pew­ne­go dnia, mi­ja­jąc otwar­te drzwi, zo­ba­czył roz­bie­ra­ją­cą się mo­del­kę. Z ukry­cia wpa­try­wał się z otwar­ty­mi usta­mi w jej strip­tiz, jak to so­bie na­zwał. Był ab­so­lut­nie oszo­ło­mio­ny. „Po­my­śla­łem, że coś się sta­ło tej dziew­czy­nie, tyl­ko nie wiem co” – wy­znał Bay­ono­wi, fran­cu­skie­mu dzien­ni­ka­rzo­wi, au­to­ro­wi książ­ki Mort ou vi­ces 2 z dwo­ma wy­jąt­ko­wy­mi wy­wia­da­mi na te­mat sek­su i śmier­ci. O sek­sie Lulu nie miał wów­czas po­ję­cia. Oj­ciec go nie uświa­do­mił. W spra­wach in­tym­nych naj­bli­żej był te­ma­tu, kie­dy udzie­lo­no mu in­struk­cji, jak ce­lo­wać przy si­ka­niu, moc­no chwy­ta­jąc zizi. Kie­dy Jo­sif przy­ła­pał syna na wy­ko­rzy­sty­wa­niu tej tech­ni­ki do in­ne­go celu, wspo­ma­ga­ne­go zdję­cia­mi ko­biet w szma­tła­wym ów­cze­snym ma­ga­zy­nie dla męż­czyzn, „Pa­ris-Hol­ly­wo­od”, po pro­stu ka­zał mu na­tych­miast prze­stać, nie wy­ja­śnia­jąc dla­cze­go.

Szczę­ście, że Jo­sif nie po­wie­dział sy­no­wi, że od wa­le­nia ko­nia się cho­ru­je, bo nie­dłu­go póź­niej Lulu do­pa­dła ta­jem­ni­cza cho­ro­ba, przez któ­rą za­mie­nił się w cho­dzą­cy szkie­let. Wy­glą­da­ło na to, że do­łą­czy do bra­ta, aż zna­ny fran­cu­ski pe­dia­tra – Olga zro­bi­ła­by wszyst­ko dla uko­cha­ne­go syn­ka – orzekł, że je­dy­ną na­dzie­ją na po­wrót chłop­ca do zdro­wia jest wy­jazd z Pa­ry­ża i ku­ra­cja na wsi. Pro­ble­ma­tycz­ne za­le­ce­nie, sko­ro naj­now­sze an­ty­se­mic­kie roz­po­rzą­dze­nia za­ka­zy­wa­ły Ży­dom po­dró­żo­wa­nia po­cią­ga­mi (cho­ciaż w Pa­ry­żu ostat­ni wa­gon każ­de­go skła­du me­tra uwa­ża­no za prze­zna­czo­ny wy­łącz­nie dla nich) i opusz­cza­nia mia­sta. Ja­koś jed­nak Gins­bur­go­wie so­bie po­ra­dzi­li i urzą­dzi­li tym­cza­so­wy dom na far­mie w Co­ur­ge­nard – bez Jo­si­fa, któ­ry zo­stał w Pa­ry­żu, by za­ra­biać na utrzy­ma­nie ro­dzi­ny.

Lulu do­cho­dził do sie­bie, a Pa­ryż miał się co­raz go­rzej. W 1942 roku wła­dze za­rzą­dzi­ły, że wszy­scy Ży­dzi po­wy­żej szó­ste­go roku ży­cia mu­szą no­sić żół­tą gwiaz­dę – wiel­ko­ści dło­ni, z wy­pi­sa­nym czar­ny­mi li­te­ra­mi wy­ra­zem Juif – wy­raź­nie wi­docz­ną na okry­ciu wierzch­nim. „Oj­ciec ka­zał im pra­so­wać te gwiaz­dy, aby fran­cu­skie wła­dze wi­dzia­ły, że są czy­ste i bez za­rzu­tu – opo­wia­da Jane. – Ser­ge ma­wiał, że no­sząc ży­dow­ską gwiaz­dę, czuł się jak sze­ryf i że wy­rósł pod do­brą gwiaz­dą, żół­tą”. Póź­niej mógł so­bie z niej żar­to­wać, ale tak na­praw­dę ra­ni­ła ona na­sto­lat­ka do ży­we­go. „Nig­dy tego nie za­po­mnę – po­wie­dział w wy­wia­dzie po­nad trzy­dzie­ści lat póź­niej. – Mło­dy chło­pak no­szą­cy gwiaz­dę – zu­peł­nie jak­byś był by­kiem z wy­pa­lo­nym pięt­nem”3. To było po­ni­że­nie; znak dla wszyst­kich, żeby zo­ba­czy­li, że na­le­żysz do bez­sil­nych, ofi­cjal­nie po­gar­dza­nych, co­raz bar­dziej oczer­nia­nych w pra­sie, że moż­na cię bez­kar­nie ata­ko­wać. „Już kie­dy mia­łem trzy­na­ście, czter­na­ście lat, sta­łem się out­si­de­rem, po­nie­waż wszyst­kie rze­czy dla twar­dzie­li nie były dla mnie”. Uciekł w za­dy­mio­ny, fan­ta­stycz­ny świat li­te­ra­tu­ry i ta­nich pa­pie­ro­sów (jako mło­dzik był już moc­no uza­leż­nio­ny od P4 – fran­cu­skie­go od­po­wied­ni­ka play­er­sów No 6). „Ucie­ka­łem, czy­ta­jąc wspa­nia­łych po­wie­ścio­pi­sa­rzy, Per­raul­ta, Grim­mów, An­der­se­na i Hof­f­ma­na”.

We wspo­mnie­niach Ser­ge’a z lat od­zna­ki sze­ry­fa Fran­cu­zi byli gor­si od Niem­ców. W każ­dym ra­zie, roz­wa­żał, les Bo­ches1 wy­ko­ny­wa­li tyl­ko roz­ka­zy. Pa­mię­tał taki dzień w Aka­de­mii Sztu­ki – w tym azy­lu zdro­we­go roz­sąd­ku w roz­pę­ta­nym do­ko­ła sza­leń­stwie – kie­dy ry­so­wał, sie­dząc tuż obok nie­miec­kie­go ofi­ce­ra. Po­mi­mo żół­tej gwiaz­dy nie za­znał z jego stro­ny żad­nych przy­kro­ści. Wręcz prze­ciw­nie, wy­czu­wał mię­dzy nimi ja­kąś więź ko­le­żeń­stwa, do­pó­ki nie opu­ści­li bu­dyn­ku szko­ły i tam­ten nie przy­brał na po­wrót pozy nie­miec­kie­go ofi­ce­ra. Opo­wia­dał też z go­ry­czą, jak jego ojca za­czę­li trak­to­wać nie­któ­rzy ko­le­dzy z or­kie­stry, mó­wiąc mu: „«Ty, słu­chaj, nie masz pra­wa grać w tej or­kie­strze – je­steś Ży­dem, zjeż­dżaj». Chcie­li po pro­stu za­jąć jego miej­sce”4. W koń­cu im się uda­ło. Kie­dy Ży­dów za­czę­ła obo­wią­zy­wać go­dzi­na po­li­cyj­na od dwu­dzie­stej, Jo­sif nie mógł pra­co­wać w klu­bie noc­nym. W de­spe­ra­cji on i inni ży­dow­scy mu­zy­cy po­sta­no­wi­li nie­le­gal­nie prze­do­stać się do wol­nej stre­fy na po­łu­dnio­wym za­cho­dzie.

Po dłu­giej i peł­nej nie­bez­pie­czeństw po­dró­ży Jo­sif do­tarł do Li­mo­ges. Za­czął pra­co­wać z pię­cio­oso­bo­wym ze­spo­łem i przez przy­ja­ciół wy­sy­łał ro­dzi­nie pie­nią­dze. Nie­mal przez pół­to­ra roku żyli z dala od sie­bie, aż pew­ne­go dnia na­de­szła prze­sył­ka z fał­szy­wy­mi do­ku­men­ta­mi. No­si­li te­raz na­zwi­sko Gu­im­bard, mie­li wsiąść do po­cią­gu jak każ­da go­jow­ska fran­cu­ska ro­dzi­na i do­łą­czyć do Jo­si­fa w jego miesz­ka­niu na rue des Com­bes w cen­trum Li­mo­ges.

Po­mi­mo lęku, że zo­sta­ną zła­pa­ni, Olga cie­szy­ła się na wy­jazd z Pa­ry­ża. Bra­ki w za­opa­trze­niu sta­ły się tak do­kucz­li­we, że nie­raz cho­wa­ła gwiaz­dę i wsia­da­ła do po­cią­gu ja­dą­ce­go na wieś, by zdo­być żyw­ność dla dzie­ci. Kie­dyś o włos unik­nę­ła aresz­to­wa­nia. „Przy­pi­na­ła gwiaz­dę ma­leń­ki­mi szpil­ka­mi, a kie­dy po­cią­ga­ła nit­kę pod płasz­czem, wszyst­kie szpil­ki wy­pa­da­ły, ona zaś mo­gła cho­dzić do ope­ry – mówi Jane – bo tak w ogó­le to Ży­dzi w ope­rze by­wać nie mo­gli. Tę me­to­dę sto­so­wa­ła, kie­dy wy­jeż­dża­ła ku­pić je­dze­nie, aż zła­pał ją fran­cu­ski po­li­cjant i po­wie­dział: «Jesz­cze raz cię spo­tkam, to pój­dziesz pro­sto do po­cią­gu»”. Brat Olgi – dla dzie­ci wu­jek Mi­chel – po­szedł do po­cią­gu, tra­fił do Au­schwitz i tam zgi­nął. De­por­ta­cje były co­raz częst­sze i obej­mo­wa­ły co­raz więk­szą licz­bę lu­dzi. Ja­cqu­eli­ne raz cu­dem unik­nę­ła wy­wóz­ki.

Po­dróż na po­łu­dnio­wy za­chód prze­bie­gła cał­kiem spo­koj­nie. Na­stą­pi­ło go­rą­ce po­wi­ta­nie i zno­wu ro­dzi­na przy­sto­so­wa­ła się do tym­cza­so­we­go no­we­go domu. Ale na­wet w Li­mo­ges mu­sie­li bar­dzo uwa­żać, co ro­bią i z kim roz­ma­wia­ją. Pew­ne­go dnia w miesz­ka­niu po­ja­wi­ło się ge­sta­po i chcia­ło ich wy­le­gi­ty­mo­wać. Świa­do­ma, że fał­szy­we do­ku­men­ty nie przej­dą ta­kiej pró­by, Olga wsu­nę­ła je pod ce­ra­tę na ku­chen­nym sto­le i sia­dła na nich, uda­jąc, że nic się nie dzie­je, i za­chę­ca­jąc ge­sta­pow­ców do prze­szu­ka­nia miesz­ka­nia.

Po pew­nym cza­sie Ja­cqu­eli­ne oznaj­mi­ła, że chce przy­stą­pić do Rési­stan­ce, co nie po­pra­wi­ło ro­dzi­nie na­stro­ju. „Mat­kę to prze­ra­zi­ło – mówi Jane. – Jak­by mało za­gro­żeń czy­ha­ło na nią z ra­cji ży­dow­skie­go po­cho­dze­nia, te­raz się bała, że Ja­cqu­eli­ne za­ko­cha się w kimś z Rési­stan­ce i prze­pad­nie – była już w od­po­wied­nim wie­ku. Ale szyb­ko ukró­ci­li jej za­pę­dy”. Ja­cqu­eli­ne i Li­lia­ne wy­sła­no do szko­ły przy­klasz­tor­nej, a Lulu tra­fił do nie­wiel­kiej szko­ły dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów od Li­mo­ges.

Pew­ne­go dnia dy­rek­tor pla­ców­ki do­wie­dział się, że woj­sko je­dzie do nich na kon­tro­lę. Dał Lu­cie­no­wi sie­kie­rę, ka­zał się ukryć w le­sie i po­uczył, że gdy­by ktoś go zna­lazł, ma uda­wać, że jest sy­nem le­śni­cze­go. „Mó­wił, że to było sza­le­nie eks­cy­tu­ją­ce, jak­by się ba­wił w Ro­bin Ho­oda – wspo­mi­na Jane. – I że ukry­wał się w tym le­sie przez ty­dzień, a ja so­bie wy­obra­ża­łam, jak on tam sie­dzi, a dzie­ci przy­no­szą mu ko­szycz­ki z pro­wian­tem, uda­jąc, że idą na pik­nik. Ale po­tem Ja­cqu­eli­ne mi zdra­dzi­ła, że on w tym le­sie ukry­wał się przez jed­ną noc. Ser­ge ide­ali­zo­wał wie­le rze­czy”.

Cóż, jak wie każ­dy bio­graf, praw­da to po­ję­cie względ­ne, zwłasz­cza w wy­pad­ku gwiazd. Coś tam się za­po­mni, coś le­piej za­po­mnieć – wy­cho­wa­ni na baj­kach ar­ty­ści ro­bią to naj­le­piej ze wszyst­kich. Choć­by au­tor się sta­rał ze wszyst­kich sił, choć­by po­dej­mo­wał naj­bar­dziej mo­zol­ną pra­cę śled­czą, by uzy­skać w peł­ni wia­ry­god­ny por­tret, jego wy­sił­ki mogą speł­znąć na ni­czym.

W roku 1944 Mia­sto Świa­tła zo­sta­ło wy­zwo­lo­ne, a Gins­bur­go­wie wró­ci­li do domu, sta­ra­jąc się wpa­so­wać w swo­je po­przed­nie ży­cie. Szes­na­sto­let­ni Lu­cien pod­jął na­ukę w daw­nym li­ceum, ale oka­za­ło się, że wszyst­ko się dia­me­tral­nie zmie­ni­ło. Złe stop­nie. Złe na­sta­wie­nie. Stał się sa­mot­ni­kiem. Czuł, że nie na­le­ży już do sys­te­mu. W pod­sta­wów­ce do­stał me­dal dla naj­lep­sze­go ucznia w kla­sie. Z dumą go ob­no­sił po uli­cach. W li­ceum był rów­nie do­bry, ale dali mu żół­tą gwiaz­dę, przez któ­rą mógł tra­fić do obo­zu kon­cen­tra­cyj­ne­go.

Mi­nę­ło trzy­dzie­ści lat, za­nim w Rock Aro­und the Bun­ker po­wró­cił do epo­ki od­zna­ki sze­ry­fa. Jego na­sta­wie­nie do tego cza­su zmie­ni­ło się. Nie było już bo­le­sne i peł­ne cier­pie­nia, sta­ło się zło­śli­we, ska­to­lo­gicz­ne i uszczy­pli­wie iro­nicz­ne. Pio­sen­ki o Hi­tle­rze, Ewie Braun i od­dzia­łach sztur­mo­wych osa­dzo­ne w ame­ry­kań­skim rock’n’rol­lu lat pięć­dzie­sią­tych – cu­dow­nie mło­dzień­cze – ozna­cza­ły po­wrót do epo­ki, kie­dy no­sił żół­tą gwiaz­dę. Ale te żar­ty rów­no­wa­ży­ła czar­na okład­ka, na któ­rej skre­ślił au­to­por­tret. „Nie po­tra­fię za­po­mnieć – po­wie­dział – że po­wi­nie­nem był umrzeć w ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­stym pierw­szym, dru­gim, trze­cim albo czwar­tym roku”5.

Ale prze­żył: woj­nę, gruź­li­cę, nie­do­szłą abor­cję. Ży­cie było zbyt nie­bez­piecz­ne i zbyt krót­kie, żeby je mar­no­wać na szko­łę. Więc rzu­cił ją tuż przed eg­za­mi­na­mi koń­co­wy­mi (póź­niej mó­wił, że go wy­la­no za złe za­cho­wa­nie). Ro­dzi­nie oznaj­mił, że zo­sta­nie ar­ty­stą.

Okład­ka pły­ty Ga­ins­bo­urg per­cus­sions

ROZDZIAŁ 2Śmierć fryzjera

W roku 1945, tym sa­mym, w któ­rym ob­wie­ścił za­miar po­świę­ce­nia ży­cia sztu­ce, Lu­cien stra­cił dzie­wic­two. Wy­siadł­szy na sta­cji me­tra Bar­bès, wy­ru­szył na po­szu­ki­wa­nia pro­sty­tut­ki. Ner­wo­wo. Do na­tu­ral­nej nie­śmia­ło­ści i bo­jaź­li­wo­ści do­łą­czy­ło po­czu­cie winy, że wy­łu­dził pie­nią­dze od ni­cze­go nie­podej­rze­wa­ją­cej mat­ki. „Pierw­sze, do któ­rych pod­szedł, wy­śmia­ły go i za­su­ge­ro­wa­ły, by wró­cił, jak do tego do­ro­śnie – opo­wia­da Jane. – A on wła­śnie do­rósł”. Mimo sie­dem­na­stu lat nie miał na­wet cie­nia za­ro­stu, któ­ry war­to by­ło­by ogo­lić.

Na­stęp­na gru­pa onie­śmie­li­ła go tak bar­dzo, że osta­tecz­nie wy­brał naj­brzyd­szą, któ­ra na brud­nym łóż­ku w brud­nym po­ko­ju, żu­jąc gumę, zre­ali­zo­wa­ła trans­ak­cję. Uznał to do­świad­cze­nie za tak obrzy­dli­we, że nie mógł albo nie chciał szczy­to­wać, i do­pie­ro w domu sam za­ła­twił spra­wę do koń­ca. Nie dzi­wo­ta, że póź­niej opi­sy­wał seks jako „ona­ni­sme, par per­son­ne in­ter­po­sée”6.

Coś jed­nak w pła­ce­niu za seks spodo­ba­ło się Lu­cie­no­wi i w przy­szło­ści jesz­cze nie raz od­wie­dzał pro­sty­tut­ki. Twier­dził, że utrzy­my­wał czu­ły zwią­zek z kil­ko­ma, choć tyl­ko jed­na z nich po­wie­dzia­ła, że jest nie­zły. „Drwi­ły z nie­go – wy­ja­śnia Jane. – A on strasz­li­wie z tego po­wo­du cier­piał. Stąd jego póź­niej­sza nie­po­skro­mio­na am­bi­cja, by mieć naj­pięk­niej­sze dziew­czy­ny we Fran­cji”.

W Éco­le Su­périeu­re Des Be­aux-Arts, pre­sti­żo­wej szko­le, do któ­rej za­pi­sał go oj­ciec, było mnó­stwo pięk­nych ko­biet. (Cho­ciaż jego de­cy­zja o rzu­ce­niu li­ceum prze­ra­zi­ła Olgę, któ­ra wi­dzia­ła swo­je­go uko­cha­ne­go chłop­ca co naj­mniej w za­wo­dzie le­ka­rza albo ad­wo­ka­ta, to w Jo­si­fie, by­łym ma­la­rzu, chy­ba po­ru­szy­ła ja­kąś no­stal­gicz­ną nutę). Lu­cien roz­pę­dzał się wpraw­dzie po­wo­li – sam o so­bie mó­wił, że póź­no de­biu­to­wał, co gwa­ran­to­wa­ło nie­mal pu­ry­tań­skie na­sta­wie­nie do wła­sne­go cia­ła i sil­ne prze­ko­na­nie o wła­snej brzy­do­cie – ale w 1947 roku, dwa lata po de­biu­cie, zna­lazł per­son­ne in­ter­po­sée, któ­rej nie mu­siał pła­cić.

Pró­ba ro­man­su z osiem­na­sto­let­nią Ro­sjan­ką, ary­sto­krat­ką, ko­le­żan­ką z kla­sy – Olgą Toł­stoj, wnucz­ką zna­ne­go pi­sa­rza – za­koń­czy­ła się ża­ło­sną po­raż­ką, ale Lu­cien ośmie­lił się ru­szyć w kon­ku­ry do in­nej ro­syj­skiej ary­sto­krat­ki, star­szej od nie­go o dwa lata (taka sama róż­ni­ca wie­ku dzie­li­ła Jo­si­fa i Olgę). Eli­sa­beth Le­wic­ka, do­ra­bia­ją­ca jako mo­del­ka, była nie tyl­ko pięk­na, dzię­ki cze­mu speł­nia­ła su­ro­we wy­mo­gi es­te­tycz­ne Lu­cie­na („Ma­lo­wa­nie za­wsze nie­ro­ze­rwal­nie łą­czy­ło się z moim ży­ciem sek­su­al­nym – mó­wił. – Za­wsze mia­łem «oko»”7), była tak­że bar­dziej sek­su­al­nie do­stęp­na niż La Tol­stoy (do któ­rej jesz­cze wró­ci­my).

Eli­sa­beth pra­co­wa­ła jako se­kre­tar­ka fran­cu­skie­go po­ety sur­re­ali­sty Geo­r­ges’a Hu­gne­ta, przy­ja­cie­la Sa­lva­do­ra Dali. Miesz­ka­nie Da­le­go na rue de L’Uni­ver­si­té sta­ło pu­ste, kie­dy ar­ty­sta wraz z żoną Galą prze­by­wał w swo­im domu w Hisz­pa­nii. Hu­gne­to­wi zo­sta­wio­no klu­cze, żeby do­glą­dał lo­ka­lu. Lu­cien i Eli­sa­beth we­szli w po­sia­da­nie tych klu­czy i pew­nej sza­lo­nej nocy, któ­ra po­zo­sta­ła na za­wsze w jego pa­mię­ci, pie­przy­li się w cał­ko­wi­cie czar­nym sa­lo­nie Da­le­go – ścia­ny i su­fit po­kry­te były ka­ra­ku­łem, czar­nym ma­te­ria­łem o krę­co­nym wło­sie, uży­wa­nym do koł­nie­rzy sta­ro­mod­nych płasz­czy – na sto­sie bez­cen­nych prac Miró, Ern­sta, Pi­cas­sa i go­spo­da­rza, roz­rzu­co­nych na pod­ło­dze. Lu­cien wy­szedł z miesz­ka­nia z gi­ta­ne’em w ustach, przy­szłą żoną u boku, ze zde­cy­do­wa­nym wy­obra­że­niem ide­al­ne­go wy­stro­ju domu, z ma­łym czar­no-bia­łym zdję­ciem skra­dzio­nym z por­no­ko­lek­cji Da­le­go, przed­sta­wia­ją­cym dwie li­żą­ce się na­wza­jem dziew­czy­ny, i utwier­dzo­ny w prze­ko­na­niu, że sur­re­alizm to naj­wspa­nial­szy prąd ar­ty­stycz­ny wszech cza­sów.

W cią­gu roku, któ­ry mi­nął, od­kąd prze­sta­wił się z na­uki ar­chi­tek­tu­ry (pier­wot­ny wy­bór za­wo­do­wo zo­rien­to­wa­ne­go kur­su mógł być też ustęp­stwem wo­bec ocze­ki­wań mat­ki) na na­ukę ma­lo­wa­nia, eks­pe­ry­men­to­wał już we wszel­kie­go ro­dza­ju prą­dach – od ma­lar­stwa fi­gu­ra­tyw­ne­go, po­przez im­pre­sjo­nizm po ku­bizm i z po­wro­tem – w po­szu­ki­wa­niu sty­lu, któ­ry by mu od­po­wia­dał. Ale za­wsze wra­cał do sur­re­ali­stów. „Bar­dzo ża­łu­ję – mó­wił – że nie ży­łem w tam­tych cza­sach”8 – la­tach dwu­dzie­stych, kie­dy ruch li­te­rac­ko-ar­ty­stycz­ny pod wo­dzą An­dré Bre­to­na roz­kwi­tał w sto­li­cy Fran­cji. I cho­ciaż póź­niej twier­dził, że jako ma­larz nig­dy nie od­na­lazł swo­je­go sty­lu, sur­re­alizm, ze swo­im za­sko­cze­niem, wstrzą­sem i prze­sa­dą wy­warł wiel­ki wpływ na jego mu­zy­kę.