Opis

Akurat w samym środku konferencji prasowej zwołanej przez szefa policji komisarz Kluftinger odbiera dziwny telefon i staje się świadkiem morderstwa. Tak przynajmniej sądzi. „Koszmary wskutek spożywania zbyt tłustej pieczeni wieprzowej” – wyśmiewają go koledzy ignorując te podejrzenia. Kluftinger postanawia przeprowadzić śledztwo na własną rękę i w miejscu rzekomego przestępstwa trafia na ogromną kałużę krwi, lecz nie znajduje ciała. Rusza lawina wydarzeń. Allgäu wstrząsają kolejne brutalne morderstwa, których pozornie nie łączy żaden motyw. Kiedy policjanci odkrywają kolejne ofiary, a Kluftinger odnajduje klucz do zagadki serii morderstw, jest już nieomal za późno…
W jego życiu prywatnym także nie brakuje stresowych sytuacji. Od pewnego czasu odczuwa silne kłucie w klatce piersiowej i obawia się najgorszego. Upokarzająca wizyta u doktora Langhammera zdaje się potwierdzać jego złe przeczucia. Jednak komisarz decyduje się dokonać radykalnego zwrotu w swoim życiu. Chociaż czy dieta pozbawiona mięsa i szpecli oraz kurs jogi to właściwe metody?

Powieść trzymająca w napięciu, pełna ciętego dowcipu i humorystycznego spojrzenia na rzeczywistość. Duet autorski z Allgäu prowadzi narrację z przymrużeniem oka, w inteligentnym stylu niepozbawionym silnych emocji.
– „Der Spiegel”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 501

lub

Volker Klüpfel, Michael Kobr

SERDECZNA KREW

Przełożyła Anna Grysińska

Wydawnictwo Akcent • Warszawa 2015

Herzblut© Droemer Verlag, Monachium 2013

Serdeczna krew© BC Edukacja sp. z o.o., Warszawa 2015

Wydanie pierwszeISBN 978-83-7802-005-9

Redakcja i korektaAnna Grysińska

Projekt typograficzny, skład i łamanie, przygotowanie wersji elektronicznejMaciej Matejewski ∙www.zecerstwo.pl

Projekt serii okładekAleksandra Nałęcz-Jawecka, Tomasz Kędzierski ∙www.to-studio.pl

Fotografia na okładcekentauros/Fotolia.com

Wydawnictwo AkcentBCEdukacja sp. z o.o. ∙ ul. Żurawia 43 lok. 302, 00-680 Warszawa ∙ tel./fax 22 862 17 96www.wydawnictwoakcent.pl∙[email protected]

DZIEŃ PIERWSZY

– Nie patrz tam, krucafuks, nie patrz, nie patrz, tylko tam nie patrz! – Kluftinger wysoko postawił kołnierz wełnianego płaszcza. Nadzwyczaj długa i ostra zima zbliżała się ku końcowi. A mimo to od trzech dni za każdym razem, gdy musiał przechodzić przez podwórze biura przeszywał go zimny dreszcz. Zwłaszcza, że musiał przechodzić obok taksówki stojącej w niewielkiej hali garażowej. Taksówki z rozbitą przednią szybą. Z przednią szybą zapryskaną krwią.

Przechodził tędy już z dziesięć razy, a nigdy nie mógł odwrócić wzroku, wciąż gapił się na mężczyzn w białych kombinezonach, którzy z popękanego szkła zdrapywali grudki skrzepłej krwi. Cały samochód był pokryty specjalnym czarnym proszkiem, który miał zabezpieczyć najmniejszy, tak przecież ulotny odcisk palców.

Już nieraz bił się z myślami, czy tego wieczora nie pójść do biura inną drogą, jednak to była sprawa honoru. Miał dosyć drwin kolegów z pracy, którzy naśmiewali się z jego nadwrażliwości na zwłoki i nie chciał dawać im jeszcze większego pola do popisu.

Błysk flesza sprawił, że włosy zjeżyły mu się na głowie. Spojrzał na mężczyznę z aparatem, który wyglądał niczym astronauta pokazywany podczas transmisji pierwszego lądowania na Księżycu. Zamumifikowany mężczyzna powoli podniósł rękę i kiwnięciem przywołał Kluftingera.

Komisarz ze świstem wciągnął w płuca zimowe powietrze. Nawet się cieszył, że jest zimno, bo przynajmniej nie musiał przejmować się żadnymi zapachami, które teraz prawdopodobnie wydostawały się z pojazdu. Podniósł głowę i spojrzał w rozgwieżdżone niebo. Dziś w nocy znów pewnie będzie poniżej zera. Ponownie spojrzał w kierunku garażu. Choć miał ogromną ochotę jak najszybciej się stąd oddalić, nadal stał w miejscu, głęboko wsunął ręce w kieszenie płaszcza i skierował wzrok na taksówkę. Gdy gapił się na samochód stojący w oświetlonej jaskrawymi neonami hali, przez głowę przelatywały mu obrazy, i wiedział, że będą go jeszcze długo prześladować. Gdy padł strzał z całą pewnością było tak samo ciemno, jak teraz. I tak samo zimno. Trzy dni temu. W sam środek serca. Od tyłu. Jak można być tak okrutnym…

– Ej, Klufti, niedługo będziemy pobierać opłaty za wstęp! – z kombinezonu wydobył się stłumiony głos Willego Renna. Kierownik wydziału śledczo-dochodzeniowego był w swoim żywiole. To dzięki niemu taksówka stała na podwórzu niczym atrakcja w makabrycznym tunelu strachu. Morderstwa dokonano w taksówce, a poza miejscem zbrodni nie znaleziono żadnych istotnych dla sprawy śladów, więc Willi postanowił sprowadzić samochód tutaj, aby dokładnie go zbadać razem z zespołem. Sprawiał wrażenie, że zupełnie nie przejmuje się faktem, iż parter biura stał się scenerią potwornej zbrodni.

Kluftinger nerwowo machnął ręką i poszedł dalej. Nie był w nastroju na docinki Willego. Jednak Renn nie odpuszczał i coś za nim zawołał, z czego mógł wyłowić tylko słowa „konferencja prasowa”. Jeszcze raz się obrócił i krzyknął:

– Willi, trudno mi będzie dogadać się z ludźmi ubranymi w wielkie skarpety. Poza tym spieszę się.

Spojrzał na zegarek. Za dziesięć minut zaczynała się owa konferencja prasowa. Zwołał ją komendant policji Lodenbacher, bo trzeba było szybko uspokoić ludzi, jak się wyraził. Kluftinger zrozumiał, o co chodzi. Morderstwo z Buchloe, jak to wydarzenie w międzyczasie okrzyknęły media, wywołało ogromną sensację. Tak brutalne przestępstwo w Allgäu wzbudziło lęk u wielu mieszkańców.

Szkopuł w tym, że nie mogli zaprezentować żadnych dowodów, które uspokoiłyby sytuację. Byli jedynie w posiadaniu tej przeklętej taksówki z przestrzelonym na wylot siedzeniem kierowcy i masą krwi na szybie, desce rozdzielczej i… po prostu wszędzie. Mieli także mordercę, który nadal był na wolności i Bóg wie, co jeszcze knuł. Poza tym Kluftinger miał złe przeczucie, że Lodenbacher będzie chciał właśnie na niego zrzucić zadanie zakomunikowania opinii publicznej czegoś, co choćby w niewielkim stopniu wyglądałoby na sukces śledczych.

Gdy wchodził do skrzydła budynku prowadzącego do dużej sali konferencyjnej i miał już w dłoni zimną metalową klamkę drzwi, na chwilę się zatrzymał. Starał się wymazać pojawiające się w głowie obrazy, aby skupić się na stojącym przed nim zadaniu, ale tylko syknął: – Krucafuks! I otworzył drzwi.

Oczywiście spodziewał się tłumu, ale tak ogromne zbiegowisko przerosło jego wyobrażenia. Wszędzie stali ludzie z kamerami, mikrofonami i aparatami, od czasu do czasu błyskał flesz, wszyscy byli podekscytowani, korytarz wypełnił się wrzawą. Kluftinger pochylił głowę, aby przejść nie zwracając uwagi dziennikarzy, których w większości nie znał. Po nazwach stacji na ich sprzęcie można było odgadnąć, że w międzyczasie tym spektakularnym przypadkiem zainteresowano się w całych Niemczech.

Niemalże udało mu się dotrzeć do małej sali konferencyjnej, gdy z końca korytarza dobiegł go przenikliwy głos:

– Ach, pan komisarz. Słuchaj, Klufti, chodź no, zrobimy jedną małą rzecz, zanim się zacznie?

Komisarz westchnął. Głos należał do Rainera Leiperta, fotoreportera lokalnej gazety, który zawsze był w szczytowej formie, gdy na miejscu pojawiało się dużo pozamiejscowych dziennikarzy. Potem mógł pokazać w redakcji, kto tu jest orłem i kto posiada najlepsze kontakty. Z wymuszonym uśmiechem Kluftinger obrócił się w kierunku fotografa, który zbliżał się do niego gwałtowanie machając rękoma:

– Słuchaj Rainer, teraz jest już…

– Bzdura, tylko kilka szybkich zdjęć. Zanim oni… – mówiąc te słowa skrzywił się z pogardą i ruchem głowy wskazał na innych dziennikarzy – was zaszczują.

– No naprawdę, ja…

– No chodź, już sobie obmyśliłem: ustawisz się w foyer przed gablotą z historycznymi czapkami policyjnymi i…

– Oho, Lodenbacher już jest na miejscu! – przerwał mu Kluftinger i nieokreślonym ruchem wskazał w kierunku wejścia. Wiedział, że uwaga Leiperta była bardzo wybiórcza i zawsze skupiała się na osobach najwyższych rangą lub najbardziej prominentnych.

– Gdzie? – zachłysnął się fotoreporter i udał w kierunku pokazanym mu przez Kluftingera.

Komisarz odetchnął z ulgą i zniknął w małej sali konferencyjnej. Tutaj nastrój radykalnie różnił się od przepełnionej ekscytacją atmosfery na korytarzu. Eugen Strobl i Roland Hefele siedzieli znudzeni przy stole i bez słowa obracali w dłoniach filiżanki kawy. Gdy wkroczył ich szef, podnieśli wzrok, aby znów go opuścić i zapaść w letarg. Jedynie zdenerwowany Richard Maier chodził w jedną i drugą stronę, usilnie wpatrując się w karteczki, które trzymał i mówił do siebie półgłosem. Kluftinger właśnie zamierzał zapytać pozostałych, co wyprawia Maier, ale Strobl ubiegł go, odpowiadając:

– Richie ma dziś swój dzień. No przecież od niedawna jest zastępcą rzecznika prasowego. A ten akurat dzisiaj, gdy trzeba coś zakomunikować, jest na urlopie. Dlatego teraz pan Maier będzie torturować dziennikarzy…

– Moderować – odwarknął Maier.

– Co proszę?

– Prowadzę konferencję prasową, wyznaczam kolejność pytań i decyduję, kto odpowiada…

– … będę tak długo męczył kolegów, aż się totalnie skompromituję – dokończył Hefele.

– Słucham? – zapytał poirytowany Maier.

– Sam dobrze wiesz, o czym mówię.

– Myślisz, że robię to z przyjemnością? Żeby wystąpić przed prasą?

Pozostała trójka spojrzała na siebie znacząco.

Twarz Maiera stała się purpurowa.

– Zupełnie mnie nie obchodzi, co sobie myślicie. Na waszym miejscu raczej bym się zastanowił, dlaczego wybrali mnie, a nie jednego z … was.

Ostatnie słowo zabrzmiało zgryźliwie.

– Bo nie mamy takiego parcia na szkło? – próbował zgadnąć Hefele.

– Albo wolimy zabrać się za porządną pracę? – wspomógł go Strobl.

Kluftinger przeczuwał, że musi załagodzić sytuację.

– Uspokójcie się w końcu. Żadnego z nas nie cieszą te głupie konferencje prasowe.

Maier chciał coś dodać, ale komisarz nie dał mu dojść do słowa.

– A mimo to jesteśmy tutaj, bo akurat dziś jest to konieczne. Więc weźcie się w garść, przynajmniej będziemy mieć to już za sobą.

Ktoś zapukał i w drzwiach pojawiła się głowa umundurowanego policjanta:

– Gdzie się podziewacie, zaraz się zacznie.

– A więc do dzieła, zaczynamy, im wcześniej skończymy, tym szybciej będziemy w domu – rzekł Kluftinger i klasnął w ręce.

– I proszę wyłączyć komórki – dodał jeszcze Maier, po czym komisarz wzdychając wypchnął go przez drzwi.

Dziennikarze zajęli swoje miejsca, zamontowali kamery i mikrofony. Zamieszanie ustąpiło pełnej napięcia ciszy. Jedynie od czasu do czasu słychać było trzask migawki. Kluftinger zdziwił się widząc Georga Böhma, który siedział przy zestawionych stolikach tworzących podium. Fakt, że Lodenbacher zaprosił nawet lekarza sądowego, świadczył o wadze, jaką przywiązywał do konferencji. W momencie gdy wszyscy usiedli, do sali wpadł Willi Renn, ku zdumieniu Kluftingera wciąż w białym kombinezonie, w którym jeszcze przed chwilą w umazanej krwią taksówce …

– Szanowni panowie, szanowne panie! – Dietmar Lodenbacher torował sobie drogę przez tłum. Widząc jego pełne gracji gesty, którymi rozgarniał ludzi, Kluftinger domyślił się, że paradoksalnie komendant cieszył się z tak dużego zainteresowania.

Nie zdążył nawet dojść do podium, gdy jeden z dziennikarzy zawołał:

– A gdzie jest rzecznik prasowy, pan Bachmann?

– Jest na urlopie. Najwyraźniej ma zdolność jasnowidzenia.

Kluftinger z uznaniem obserwował, jak Lodenbacher kilkoma żartami potrafił rozluźnić atmosferę. Jednak jego kolejna wypowiedź wprowadziła ponury nastrój:

– Dzisiejszą konferencję poprowadzi pan Maier.

– O, nie!– cicho jęknął jeden z dziennikarzy, czym wywołał lekkie uśmieszki na twarzach nie tylko swych kolegów po fachu. Maier to zwyczajnie zignorował i zaczął porządkować swe kolorowe karteczki.

Kluftinger powiódł oczami po sali. Spojrzał na tłum pytających twarzy. Na drugim końcu sali nagle ktoś pstryknął i błysnął fleszem, a w drzwiach pojawiła się Sandy Henske. Z udawanym wzburzeniem syknęła coś do ucha Leipertowi i następnie ruszyła dalej. Jej policzki była całe zaróżowione. Komisarz uśmiechnął się złośliwie: jej wielbiciele potrafią zawrócić jej w głowie.

W tym momencie komendant dotarł do małego podium, przywitał się lekko skinąwszy głową i zajął miejsce.

– Dobry wieczór, szanowni państwo – rozpoczął Lodenbacher siląc się na literacki język. – Pan Maier w skrócie przedstawi państwu obecnych tutaj urzędników, następnie ja powiem kilka słów wstępu, a potem mogą państwo zadawać pytania, a potem… – zmarszczył czoło. Najwidoczniej sam dokładnie nie wiedział, co nastąpi potem, więc zakończył słowami: – I to by było na tyle.

Prezentację każdego z urzędników potwierdzał życzliwym skinieniem głowy. Maier zakończył ją słowami:

– Teraz przekazuję pałeczkę naszemu powszechnie szanowanemu komendantowi.

Kluftinger westchnął. Tego zdania, wypowiedzianego praktycznie w obecności całej dyrekcji, Maier będzie jeszcze żałować.

– Tak, a więc, zamordowanie kierowcy taksówki, pana Siegfrieda Holza, wszyscy boleśnie odczuliśmy także w sferze prywatnej. Brutalne strzelenie człowiekowi w plecy tylko z powodu 257 euro, to jest… jak by to powiedzieć…

– Niewyobrażalne – podrzucił Maier.

– Tak, tak, na pewno – najwidoczniej swym wtrąceniem Maier zbił Lodenbachera z tropu. – W każdym razie nasi ludzie prowadzą zaawansowane dochodzenie, wkrótce spodziewamy się wyjaśnień. Ale pozostałe informacje przekaże państwu pan Kluftinger, nasz komisarz prowadzący, nie chciałbym go uprzedzać.

Prymuśnie! Czyli znów to zrobił. Teraz Kluftinger musiał stanąć na wysokości zadania i spełnić oczekiwania zgromadzonych dziennikarzy – nie mając nic do powiedzenia.

– Tak, a więc witam wszystkich. Kiedy przed trzema dniami w nocy otrzymaliśmy wezwanie do Buchloe na miejsce przestępstwa, wtedy jeszcze nic nie wiedzieliśmy – zaczął powoli, aby zyskać na czasie. – W międzyczasie okazało się, że wygląda to na morderstwo na tle rabunkowym. Nie dało się ukryć, że brakowało nawet skromnych dziennych zarobków taksówkarza. Tymczasem proces zabezpieczania śladów jest już bardzo zaawansowany… – Spojrzał na Willego, który wzruszył ramionami. – Ale na ten temat dokładniej może wypowiedzieć się pan Renn. – Szef dochodzeniówki zmiażdżył go wzrokiem, co Kluftinger skwitował wzruszeniem ramion. Dlaczego Willi ma mieć lepiej niż on? – W międzyczasie ustaliliśmy, że sprawca wsiadł do taksówki w Kaufbeuren na dworcu kolejowym i…

– W jaki sposób to ustaliliście? – przerwała dziennikarka, piękna kobieta o ciemnych włosach. – To znaczy, pan Holz, jak wiemy, nie był członkiem żadnego związku taksówkarzy i tym samym nikomu nie podawał swojej trasy.

– Jeszcze nie rozpocząłem rundy pytań – wtrącił się natychmiast Maier. – Albo będzie pani przestrzegała procedur, albo… każę wszystkim opuścić salę.

Urzędnicy spojrzeli na niego z zaskoczeniem. Kluftinger kontynuował:

– W porządku, właśnie chciałem o tym powiedzieć. Bardzo dziękuję za właściwe pytanie.

Obrażony Maier skrzyżował ręce i odchylił się na krześle.

– A więc tak, przy taksówkarzu znaleźliśmy taką rzecz, za pomocą której przyjmował zlecenia na przejazdy. Obejrzeliśmy ją. Dane zgadzają się z danymi na taksometrze.

– Rzecz? – zapytało naraz kilku dziennikarzy.

– Tak, no cóż, wiadomo. Taki rodzaj komórki.

– Chce pan powiedzieć, że ktoś do niego zadzwonił?

– Tak. Nie. Nie dostał telefonu. On miał taki… – Kluftinger szukał wzrokiem pomocy u Maiera, lecz ten demonstracyjnie odwrócił głowę. – A więc, takie… Apple.

Dziennikarka, która zadała pytanie, niepewnie na niego spojrzała:

– Miał iPhone’a?

– Tak, właśnie – Kluftinger nerwowo przebierał palcami. Czuł na sobie pytające spojrzenia dziennikarzy i kolegów, więc jeszcze raz spojrzał na Maiera. Wydawało się, że ten jeszcze przez chwilę ze sobą walczy, w końcu wyszeptał:

– Aplikację.

– Co?

Maier wziął kartkę i napisał: „Mówi się: Ebb.”

W tym momencie twarz komisarza się rozjaśniła.

– Właśnie, on miał aplikację Ebb, dzięki której mógł otrzymać wezwanie na telefon. Dlatego wiemy, z jakiego miejsca wyruszył, na komórce jest to wszystko zapisane, a więc… niemal na żywo. Niestety to nam nie pomogło ustalić sprawcy, ponieważ telefon, z którego udzielono zlecenia, był kradziony, a to była komórka na kartę. O ile nam wiadomo, pan Siegfried Holz był jedyną osobą w Kaufbeuren, która posiadała takie nowoczesne urządzenie. Niekiedy nowa technologia może być niebezpieczna, czyż nie? – Kluftinger spojrzał na przestraszone twarze i uświadomił sobie, że jego słowa były raczej nie miejscu. – Chciałem powiedzieć, on miał po prostu pecha, że był jedyną taką osobą w Kaufbeuren. Tak myślę.

Dziennikarka, która właśnie zadała pytanie, znów podniosła rękę, leczKluftinger kontynuował:

– Tak, już pytaliśmy innych taksówkarzy na dworcu, i przypominali sobie, że on tam był. Doszło nawet do kłótni, bo pan Holz nie korzystał z centrali taxi, ale właśnie z tego urządzenia. Jednak niestety żaden z kierowców nie przypominał sobie, kto wsiadał do taksówki.

Dziennikarka opuściła rękę i uśmiechając się do komisarza skinęła głową.

– Jak ma się sprawa ze śladami, o których pan wcześniej wspominał? – tym razem pytanie zadał mężczyzna w wytartej marynarce. – Czy coś wskazuje na jakiś określony kierunek?

Maier znów wychylił się do przodu, jego twarz była cała czerwona. Jednak gdy zobaczył, że w górę podnosi się coraz więcej rąk, rzekł:

– Niniejszym otwieram rundę pytań.

– Dzięki, Richie – odrzekł cicho Kluftinger. Potem wskazał na Willego. – Co do śladów, może zechciałby się wypowiedzieć pan Renn…

Renn obrócił się:

– Zechciałby? No tak. Zatem… ślady. Jest ich bardzo wiele, chodzi przecież o taksówkę, więc każdy pasażer pozostawia odciski, włosy lub naskórek. Nie mówiąc o włóknach tkanin.

Po odpowiedzi udzielonej przez kierownika dochodzeniówki na kilka sekund zapanowała cisza, następnie głos ponownie zabrał Maier, który najwyraźniej chciał przejąć panowanie nad przebiegiem konferencji.

– Tak, dziękuję panu Renn za tę ocenę. Czy są może pytania do pana Böhm, naszego eksperta medycyny sądowej? I proszę, jeśli będą państwo cytować jego wypowiedź, aby uważać, i nie pisać znów o patologu, to nie jest serial kryminalny, mianowicie patolog to…

– Dziękuję, Richard, sądzę, że panie i panowie zrozumieli – przerwał mu Böhm, który na tę okazję także założył czapeczkę baseballową ze swojej kolekcji – brak szacunku, który u Kluftingera wzbudzał podziw. – Tak więc, co mogę powiedzieć: strzał padł z tyłu, prosto w serce ofiary. Zatem sprawca siedział na tylnym siedzeniu i nie doszło do żadnej bijatyki, ofiara miała wzrok skierowany przed siebie, gdy trafiła ją kula. Bądź co bądź mężczyzna nie był tego świadomy, poniósł śmierć na miejscu, ponieważ pocisk został wystrzelony z broni dużego kalibru i zrobił sporą dziurę.

– I stąd taka rzeźnia w całym samochodzie – syknął Willi, sprowadzając na siebie surowy wzrok komendanta.

– W tej chwili nie możemy powiedzieć nic więcej na temat dalszych wyników – znów wtrącił się Maier. – Wszystkie informacje znajdą państwo na broszurze, którą dla państwa przygotowałem. Panie Lodenbacher, czy mógłby pan jeszcze…

– No, bardzo dziękuję, ponie Maier, dobrze się Pon spisoł.

Maier machnął ręką z udawaną skromnością, a Lodenbacher zaczął wygłaszać odę na cześć pracy lokalnej policji, zapewniał, że nie ma najmniejszego zagrożenia dla mieszkańców, że wszystko jest pod kontrolą, że… W tym momencie z czyjegoś telefonu rozległa się znana melodia. Lodenbacher utknął i zacisnął powieki, pozostali spojrzeli na siebie pytającym wzrokiem – oprócz Kluftingera, który jak skamieniały patrzył w nicość. Jego nos przyjął kolor ciemnej purpury. Po kilku sekundach melodia umilkła i nieco poirytowany Lodenbacher kontynuował wypowiedź:

– No więc, jak powiedziołem, w niedługim czasie liczymy na olbrzymi…

Czerwone słońce z…

Po raz kolejny melodyjka w pół słowa przerwała Lodenbacherowi, który syknął w stronę publiczności:

– Czy któś w końcu to wyłączy?

W tym momencie Kluftinger pochylił się i pod osłoną stołu wyciągnął swój telefon komórkowy, czemu komendant przyglądał się z niedowierzaniem. Komisarz przepraszająco wzruszył ramionami.

…dla mnie i dla ciebie wciąż jeszcze płonie…

W pośpiechu nacisnął na niewłaściwy guzik i pomyłkowo odebrał.

– Słucham – wyszeptał do słuchawki, na co Lodenbacherowi opadła szczęka.

– Taa, jo… chciołem powiedzieć… gdzie jo… – zaciął się komendant, podczas gdy Kluftinger usiłował skoncentrować się na rozmowie. Jedyne co usłyszał to stłumione dźwięki i nawet nie był pewien, czy był to czyjś głos, czy tylko jakieś szumy. W pewnym momencie zdawało mu się, że słyszy przekleństwo, ale mógł je równie dobrze wypowiedzieć Lodenbacher, który teraz wyraźnie rozdrażniony i zdezorientowany kończył swój wykład, przy czym jego wzrok raz padał na komisarza, a raz na dziennikarzy.

– Halo? – zapytał cicho Kluftinger trzymając telefon przy uchu, czym jednak nie doprowadził do deeskalacji sytuacji. Lodenbacher z zaciśniętymi zębami syknął w jego kierunku:

– Kluftinga, moży Pon na chwilę przerwać rozmowę, jest jeszcze kilka pytań.

Komisarz wynurzył się spod stołu, wskutek schylania się i tej nieprzyjemnej sytuacji zrobił się cały czerwony. Ponieważ nie miał odwagi, by jeszcze raz spojrzeć na telefon, na chybił trafił wybrał jakiś przycisk, z nadzieją, że wyłączy komórkę. Potem wsunął ją do kieszeni.

– Pytania? Bardzo chętnie – odpowiedział i uśmiechając się spojrzał dookoła, jak gdyby nic się nie stało.

– Uważa pan, że mógłby to być sygnał od mafii? – znów ta piękna dziennikarka.

Kluftinger nie rozumiał, co miała na myśli.

– No tak, w kręgach mafijnych istnieją na przykład kary dla zdrajców, którzy potem w określony sposób są likwidowani. Czy tutaj mamy do czynienia z takim przypadkiem?

Kluftinger bezradnie spojrzał na kolegów, którzy wzruszyli ramionami.

– No cóż, nie mamy żadnej poszlaki wskazującej na udział przestępczości zorganizowanej – wyjaśnił. Tego by nam jeszcze brakowało – dodał w myślach.

W górę podniosła się kolejna ręka i podczas gdy Maier był wciąż zajęty notowaniem kolejności zabierania głosu, komisarz wskazał kolejnego dziennikarza:

– Czy na dworcu w Kaufbeuren jest monitoring?

Kluftinger przytaknął:

– Tak, na peronach są zainstalowane kamery, jednak z nagrań nic nie wynika. Nie potrafimy zidentyfikować właściwej osoby. Nawet nie wiemy, czy sprawca przyjechał pociągiem…

– … co jest jednak bardzo prawdopodobne i odgrywa dużą rolę w naszym dochodzeniu – uzupełnił Lodenbacher.

Kluftinger spojrzał na niego z konsternacją i ze względu na napiętą atmosferę jedynie przytaknął. Po kolejnych mniej lub bardziej nieznaczących pytaniach powoli tracił cierpliwość i spoglądając na Maiera próbował dać mu do zrozumienia, aby lepiej szybko zakończyć całe spotkanie. Jego kolega zrozumiał przekaz i zapowiedział:

– Teraz ostatnie pytanie. Tak, ten pan z przodu, znana twarz z telewizji…

Mężczyzna uśmiechnął się i rozpoczął:

– Jeśli już państwo wiecie, że sprawca wsiadł do pociągu w Buchloe…

– Na dworcu w Kaufbeuren – poprawił go Maier – Proszę o odrobinę koncentracji, nam też nie jest łatwo o tej godzinie, tak?

– O żeż w mordę! – w tym momencie wyrwało się komisarzowi, który gwałtownie wstał, przy czym siedzący obok niego Maier mimowolnie się schylił, co u dziennikarzy wywołało równie ogromne rozbawienia, jak konsternację u Lodenbachera.

Wychodząc Kluftinger dał do zrozumienia Hefele i Stroblowi, aby poszli z nim, po czym szybkim krokiem w trójkę opuścili salę odprowadzani zdziwionym wzrokiem Maiera i Lodenbachera. Przy drzwiach Kluftingera dobiegły słowa Lodenbachera, który wyjaśniał:

– Pan Kluftinga akurat … na telefon… otrzymał ważne wezwanie… więcej niestety nie mogę państwu powiedzieć, sami państwo rozumiecie.

– Jezus Maria, Klufti, powiedz wreszcie, o co ci chodzi?

Strobl i Hefele z wysiłkiem starali się dotrzymać kroku przełożonemu, który w biegu pokonywał prowadzące do ich wydziału schody.

– Zaraz, jak będziemy na górze – wysapał komisarz i po kilku chwilach pchnął drzwi i wszedł do swojego biura. Tam z trudem łapiąc oddech opadł na krzesełko. Strobl i Hefele ustawili się przed biurkiem i spojrzeli na niego pytająco.

– Buchloe – wydusił z siebieKluftinger łapiąc powietrze. Gdy jednak na ich twarzach nie zauważył żadnej reakcji, dodał jeszcze:

– Dworzec kolejowy!

– To już teraz rozumiem – mruknął Strobl, na co Hefele przytaknął.

– Ludzie, co wam od razu przychodzi na myśl, gdy słyszycie Buchloe?

– Cóż… – niepewnie zaczął Strobl – a więc… Ostallgäu, autostrada, małe miasteczko, potem było coś z tym dużym przetwórcą mięsa, jakiś skandal, ale to dawno temu…

– Nie – wpadł mu w słowo Hefele. – Klufti ma rację: w zasadzie najważniejszy w Buchloe jest dworzec.

Strobl spojrzał na niego marszcząc brwi.

– Tak, oczywiście, wszystkie pociągi od strony Monachium i Augsburga przejeżdżają przez Buchloe. I najczęściej tam trzeba się przesiadać.

– Koledzy, zobaczcie – zaczął wyjaśniać komisarz, a częstotliwość jego oddechu powoli się normowała. – Wiemy, że sprawca wsiadł do taksówki na dworcu w Kaufbeuren. A do morderstwa doszło w Buchloe. A więc musimy zadać sobie pytanie, w jaki sposób wydostał się z Buchloe, czyż nie? Oczywiście, całkiem możliwe, że tam zostawił samochód, być może nawet mieszka w tym mieście. Lecz jest bardzo prawdopodobne, że przebiegł kilkaset metrów do dworca i tam wsiadł do któregoś z pociągów. Taki scenariusz przyszedł mi na myśl, gdy Heine z telewizji pomylił Buchloe z Kaufbeuren!

Strobl zacisnął powieki:

– Chcesz powiedzieć, że gdybyśmy obejrzeli nagrania z Buchloe…

– No właśnie, dostarczycie nagrania z monitoringu w Buchloe, powiedzmy od wyliczonej godziny popełnienia przestępstwa do trzech następnych godzin. A potem porównamy ludzi na peronie z tymi, którzy przyjechali do Kaufbeuren. I miejmy nadzieję, że na kogoś trafimy.

Kluftinger rozparł się w fotelu. Wziął głęboki oddech, co jednak wywołało lekkie kłucie w klatce piersiowej. W ostatnim czasie ciągle odczuwał to dziwne rwanie. Po lewej stronie. Zakaszlał i odsunął od siebie te myśli. Być może po prostu za bardzo się przeforsował wbiegając pędem po schodach. Wysunął dolną szufladę biurka i stękając położył na niej stopy. Z obowiązku wymacał w kieszeni komórkę i rzucił ją na stół. Ekran migotał. Dziwne, gdy przychodził SMS zazwyczaj zapalała się tylko mała dioda. Na chybił trafił wybrał kilka przycisków, ale telefon nadal migotał i zaczął na dodatek wibrować. W końcu udało się mu wyświetlić listę połączeń, jednak na ostatnim miejscu pojawił się jedynie komunikat „numer nieznany”.

– Prymuśnie – mruknął komisarz, gdy nagle drzwi otworzyły się hukiem. Dziwne, w ogóle nie słyszał pukania…

– Kluftinga, czy pon zwariował?

Komisarz zdjął stopy z szuflady i wyprostował się na krześle, a do pokoju wpadł czerwony Lodenbacher, za nim, jak na lince holowniczej, wszedł Richard Maier. Nim komisarz nabrał powietrza, Lodenbacher rozpoczął swą dolnobawarską tyradę: – Myśli pon, że może pon se na coś takiego pozwolić? Zrobił pon zy mnie głupka przed tymi wszystkimi dziennikarzami! Niech Pon se za wiele nie pozwalo!

Uwadze Kluftingera nie umknęło, że stojący wciąż za komendantem Maier każdemu z tych zarzutów energicznie przytakiwał głową. Jedynie gdy Lodenbacher powiedział:

– Niech pon bierze przykłod z kolegi Maiera! – z przesadą podniósł ręce w geście obrony.

– Maier spełnio się przy rozmaitych zadoniach – zakończył Lodenbacher, który, jak się wydawało, nieco stracił wątek.

– A, jeśli mogę jeszcze coś dodać – Maier sam zabrał głos – jestem w najwyższym stopniu zmotywowany i skłonny do tego, aby podczas nieobecności rzecznika prasowego odpowiednio spełniać jego obowiązki, co mi się, z całą skromnością, udało całkiem dobrze, mimo że z powodu tego telefonu i nagłego zniknięcie kolegów zostałem wystawiony na ciężką próbę!

– He? – Lodenbacher najwyraźniej nie przysłuchiwał się uważnie. – Ino niech pon już nie przesodza, ponie Maier, i niech pon już idzie!

Richard Maier zacisnął ze skruchą usta. Kluftinger wykorzystał małą przerwę na usprawiedliwienie się:

– Miałem powody, aby tak się zachować!

– Ach tak? No to jesteśmy ciekawi, prawda, panie komendancie? – napuszył się Maier i skrzyżował ramiona.

– Cóż – kontynuował Kluftinger – po pierwsze nie chciałem, aby jakiś ewentualny telefon służbowy pozostał bez odpowiedzi. To mogło być coś ważnego, szczególnie w tym gorącym okresie związanym z dochodzeniem – Kluftinger przerwał, aby jego ostatnie zdanie odpowiednio wybrzmiało. – A co się tyczy mojego nagłego zniknięcia. Doskonale rozumiem, że musiało to pana zaskoczyć. Ale niech pan zobaczy, gdy ten dziennikarz zapytał nagle o dworzec w Buchloe, coś mi zaświtało w głowie. Rozumie pan? Być może sprawca po dokonaniu morderstwa pojechał pociągiem. W związku z tym jak najszybciej potrzebne będą nam nagrania z monitoringu peronów w Buchloe.

Lodenbacher spojrzał na niego marszcząc czoło i opierając brodę na prawej dłoni.

– Taaa… tak czy siak, niech pon ino zaczyno działać, Kluftinga! Niech no pon pośle kogoś do Buchloe, trzebo zdobyć nagrania!

– Już załatwione. Hefele i Strobl są właśnie w drodze.

Lodenbacher z uznaniem skinął głową i zwrócił się do Maiera:

– Widzi pon, ponie Maier, niech pon bierze przykłod z kolegi Kluftinga! Zawsze trzymo rękę na pulsie. Zawsze zno się na rzeczy. Może się pon dużo nauczyć. Potem śmignął z pokoju.

Kluftinger obdarował Richarda Maiera wyniosłym uśmiechem.

– Mamy wspaniałego szefa, prawda, Richie? Powszechnie lubiany i szanowany komendant z niego, naszego pana Lodenbachera. Nie sądzisz?

Maier opadł na krzesło patrząc przed siebie tępym wzrokiem.

Kluftinger właśnie chciał mu jeszcze dogryźć, gdy znów bez pukania otworzyły się drzwi. Do biura w towarzystwie Georga Böhma wszedł Willi Renn, który w międzyczasie przebrał się w swe nieśmiertelne spodnie w kratkę.

– No i co Klufti, tak się tobie spieszyło do domku, czy co? Albo zadzwoniła Erika i powiedziała, że kluseczki serowe się przypalają? – Ren uśmiechnął się szyderczo, obrócił się i mrugnął do lekarza sądowego.

– Bzdury, ja musiałem… wyłącznie służbowo… musiałem wyjść, natychmiast!

– A więc jednak do domu! – skomentował Böhm z uśmiechem. – Każdemu może się przydarzyć, że zawiedzie go perystaltyka jelit.

– E tam, przestańcie gadać bzdury! Było coś jeszcze ważnego na konferencji?

Renn machnął ręką:

– Nie, nic takiego, kilka błahych pytań, i to wszystko, prawda Richie?

Maier milczał.

– Chcieliśmy jedynie powiedzieć, że idziemy się czegoś napić – rzekł Böhm. – Idziemy na drugą stronę do Rimini. Co na to powiesz?

– Super! Idę z wami! Możemy wypić za moją pierwszą konferencję prasową – wypalił Maier.

Böhm i Ren wymienili między sobą ponure spojrzenia. Kluftinger przecząco potrząsnął głową.

– No co ty, Klufti? – nalegał Renn.

– Nie, naprawdę jest jeszcze dużo roboty, Roland i Eugen są jeszcze w drodze, a potem musimy się trochę przespać.

Maier przez chwilę zmarszczył czoło, potem wziął kurtkę z fotela i klasnął w dłonie.

– No to, przyjaciele, ruszamy!

Böhm wypuścił z ust powietrze i spojrzał na zegarek. Nagle wykrzyknął szeroko otwierając oczy:

– O matko, już tak późno! Willi, nie wiem, czy to się opłaca, żeby iść do Rimini! Mam jeszcze… coś do załatwienia dzisiaj!

Kluftinger pojął w lot:

– Richie, ty niestety też nie masz dzisiaj czasu, potrzebuję cię do obejrzenia nagrań z monitoringu. Mógłbyś zostać.

Renn i Böhm skorzystali z okazji i ulotnili się pospiesznie. Maier usiadł nadąsany.

Kluftinger rozparł się w biurowym fotelu. Przez ponad dwie minuty w ogóle ze sobą nie rozmawiali. Nagle Richard Maier wyprostował się i nerwowym gestem dłoni wskazał w kierunku stolika.

– Powiedz no, dlaczego twoja komórka ciągle się świeci i wibruje? To mnie strasznie denerwuje! Czy możesz to wyłączyć?

Akurat tego Kluftinger nie potrafił, więc odruchowo popchnął telefon w kierunku Maiera.

– No to sam wyłącz.

Maier chwycił telefon, nacisnął kilka przycisków i z poważną miną oświadczył, że komisarz odbierając telefon podczas konferencji włączył aplikację Voice Memo.

– Co włączyłem? – zapytał zmartwiony Kluftinger.

– Ustawiłeś sobie aplikację Voice Memo!

– Czy to źle?

Maier zmarszczył czoło:

– Jak to, czy źle? Nagrałeś tę rozmowę. Mam ją usunąć?

– Tak… no pewnie. Nagrałem. Zawsze tak robię. Niczego nie usuwaj! Odtwórz ją proszę jeszcze raz.

Maier włączył nagranie, a Kluftinger starał się zapamiętać potrzebną do wykonania tej czynności kombinację przycisków. Po chwili z małego głośnika, w towarzystwie trzasków i pobrzękiwań wydobyły się nieokreślone dźwięki: coś szeleściło i buczało, a Maier od razu wygłosił wykład na temat niskiej jakości dźwięku w starej komórce Kluftingera. Ten potrząsnął głową i postanowił zostawić całą sprawę w spokoju. Może ktoś zadzwonił przez pomyłkę.

Minęła godzina, gdy z samochodu zadzwonili Hefele i Strobl. Za kilka minut będą z materiałem. Kluftinger udał się do małej salki konferencyjnej, w której Maier przygotowywał projektor.

– I jak, wszystko w porządku, Richie? – zapytał wchodząc do zaciemnionego pomieszczenia. Maier siedział przy laptopie, na ścianie widniał niebieski kwadrat rzucany przez projektor.

– Oczywiście! Przygotowałem nawet poliekran.

– Oj, oj.

– Oba nagrania będę mógł puścić równolegle, dzięki czemu łatwiej będzie zidentyfikować tego osobnika!

– Aha.

Kluftinger usiadł i ucieszył się na widok swych pracowników, którzy akurat w tym momencie weszli niosąc materiał z Buchloe. Z trudem znosił wykłady Maiera o nowoczesnej technologii wyświetlania i nagrywania, szczególnie po tych wszystkich wydarzeniach.

– Słuchaj, Richie, puść jeszcze raz te nagrania z Kaufbeuren. Powiedzmy, że zaczniemy pół godziny przed momentem popełnienia przestępstwa, potem wskoczymy we właściwy film – poprosił Kluftinger.

Kilka minut później na ekranie pojawił się także film z Buchloe. Oba nagrania pokazywały podobne sceny: ludzi wysiadających z pociągów, ludzi czekających i marznących na peronie, z pochylonymi głowami, z dłońmi w kieszeniach, i drapiących się tam, gdzie drapią się, gdy sądzą, że nikt ich nie obserwuje. Podróżni wchodzili na peron i go opuszczali, młoda parka tuliła się czule, jakaś kobieta rozmawiała przez telefon, wyglądający na menela mężczyzna w kapturze trzymał dłonie przy twarzy, aby zapalić papierosa…

– Zatrzymaj, krucafuks! – wrzasnął nagleKluftinger. Po raz kolejny w klatce piersiowej pojawiło się znane kłucie, ale nie zwracał na to uwagi. Maier zatrzymał oba filmy, a komisarz zbliżył się do ekranu.

– Richie, cofnij. Po prawej stronie, w Buchloe, ten facet w kapturze. Ten z papierosem w ustach… on był przedtem w Kaufbeuren. Na sto procent, przypominam go sobie!

Richie powoli cofał film, a mężczyzna, o którym mówił Kluftinger, szedł teraz tyłem w kierunku schodów.

– Odrobinę do przodu! – krzyknął Kluftinger. Obraz dwa razy podskoczył, a Maier mógł powiększyć twarz mężczyzny. Nie była zbyt wyraźna, lecz można było rozpoznać jego rysy. Gdy wchodził na peron, na moment spojrzał w kierunku kamery.

– Znacie go?

Potrzasnęli głowami.

– Richie, poszukajmy go na filmie z Kaufbeuren!

Po dwóch minutach na ekranie rzeczywiście pojawił się ten sam młody mężczyzna. Na jednym ujęciu twarz miał zwróconą ku kamerze, na drugim, na filmie z Kaufbeuren, stał ze schyloną głową.

– Trafiony – rzekł Maier.

Hefele sprawiał wrażenie zdumionego:

– Czapki z głów, Klufti, wciąż nas zadziwiasz, naprawdę.

Pozostali kiwnęli z uznaniem.

– Lodenbacher, jak wiecie, nasz powszechnie lubiany i szanowany komendant – komisarz przerwał i spojrzał na Maiera – będzie się w każdym razie cieszyć. Richard, spróbuj skopiować jak najlepszej jakości zdjęcie i prześlij doLKA, żeby sprawdzili w tej tam, no… kartotece przestępców. Może mamy szczęście i ten pan ma już coś na sumieniu. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby miał coś wspólnego przynajmniej z narkotykami, sądząc po jego wyglądzie. Jeśli trafiliśmy, na pewno się do nas zgłoszą. Nie będę wyłączać komórki, przedzwońcie, jeśli będziecie coś wiedzieć.

– Czy możemy potem iść do domu? – zapytał Strobl.

– Jeśli to załatwicie, rozumie się samo przez się. Bądźcie jednak w pogotowiu, jakby co.

Dwadzieścia minut później Kluftinger otwierał drzwi do swojego garażu. Był dobrej myśli. Sprawa niespodziewanie przybrała pozytywny obrót. Parkując starego passata uważał, aby zatrzymać się dokładnie w momencie, gdy zwisający z sufitu korek od szampana zastuka w przednią szybę samochodu. Zaprojektował taką konstrukcję pomocniczą, aby nie wjeżdżać do garażu za daleko i wskutek tego nie uszkodzić drugiego samochodu, który ustawiony w poprzek garażu aktualnie znajdował się w stanie głębokiego uśpienia. Nie zamierzał lekkomyślnie sprzedawać za bezcen różowego smarta, którego musiał sprawić sobie wskutek szczególnych okoliczności w zeszłym roku, lecz wolał go przechować do czasu, gdy passat odmówi mu posłuszeństwa. Wbrew prośbom Eriki, by w końcu zarejestrować auto, dzięki czemu w ciągu dnia mogłaby być bardziej mobilna, przytoczył przekonywujące powody finansowe – i tym samym doprowadził do kapitulacji żony. Poza tym ustawienie samochodu w takiej pozycji kosztowało go zbyt wiele godzin i złorzeczeń.

Zostawił uchyloną bramę – ze względu na podwójne obsadzenie pojedynczego garażu nie zamykał go całkowicie – i wszedł do domu. Na korytarzu wziął głęboki wdech – tak pachniało zawsze w poniedziałki, gdy Erika przygotowywała jego serowe kluseczki. Zapach cebuli i sera mieszał się z owym błogim zapachem, który z biegiem lat tworzy się w każdym domu.

Komisarz zdjął swoje bawarskie buty, wsunął skórzane chodaki i obrał kurs na salon, w którym spodziewał się ujrzeć Erikę przed telewizorem. W drzwiach zamierzał właśnie krzyknąć „Jestem w domu!”, ale wstrzymał się, gdy zobaczył drzemiącą przed telewizorem żonę. Wzdychając udał się do kuchni. Przez cały dzień nie zjadł żadnego porządnego posiłku, w ogóle nie czuł głodu. Zagadkowa sprawa i grożąca mu konferencja prasowa zaległy mu na żołądku. Jednak posunęli się o jeden zdecydowany krok, a poza tym o tej później porze chciał sobie jeszcze pozwolić na małe co nieco.

Serowe szpecle stały sobie wesoło na stole, w misce okrytej folią. No dobrze. Niech już będą na jutro, odsmażane. Ale kolacja na zimno też nie jest zła. Trzy minuty później Kluftinger układał na drewnianej desce do krojenia trzy kromki chleba z masłem, plasterek pasztetu, kilka rzodkiewek i ogórków konserwowych, kilka kawałków salami i porządny kawał sera górskiego, a całą zawartość uzupełnił butelką piwa nalanego do ulubionego kufla.

Właśnie chciał wrócić do salonu, gdy jego wzrok padł na miskę ze szpeclami. Na przezroczystej folii osiadły małe kropelki wody. Podniósł ją nieco. Poczuł kuszący zapach i zaczął się wahać. A może jednak? Z drugiej strony już posmarował chleb. Dwoma palcami sprawdził temperaturę klusek i cebulowej warstwy. Potrawa była letnia, a więc jeszcze nadawała się do konsumpcji.

Kluftinger zacisnął usta. A któż właściwie powiedział, że tylko kiełbasa, ser, dżem i masło są odpowiednimi dodatkami do kanapek? Dlaczego by nie pójść inną drogą?

Bez namysłu poprzekładał ułożoną na deseczce warstwę i po chwili trzy obfite kromki ze szpeclami utworzyły środek układanki.

W salonie postawił kolację na stole, przykrył Erikę wełnianym kocem i zaczął szukać pilota. Cicho przeklął, gdy odkrył, że tkwi zakleszczony pomiędzy udem Eriki a sofą. Ostrożnie wyciągnął go za wystającą krawędź, co jednak spowodowało, że żona się obróciła i pilot całkowicie pod nią przepadł. Prymuśnie. I co teraz? Gdy ją obudzi, od razu może zapomnieć o pomyśle zjedzenia kanapek ze szpeclami. Od niedawna Erika, podburzona przez doktora Langhammera i jego żonę Annegret, zwracała uwagę, aby późnym wieczorem spożywać ubogie w węglowodany kolacje i nawet odmawiała sobie i Kluftingerowi ich ulubionych słonych paluszków.

Kluftinger z rezygnacją spojrzał na telewizor. Akurat leciały wiadomości! Przysunął fotel tak blisko ekranu, by dosięgnąć palcami u stóp małego włącznika do przełączania programów. Często tak robił już wcześniej, gdy jeszcze nie mieli telewizora na „naciskacza”, jak nazywali pilota. Gdyby Erika była już w łóżku, no trudno…

Zapadł się głęboko w fotelu, ustawił deskę z kolacją na brzuchu i wysunął stopę w kierunku telewizora, gdy raptem pewna wiadomość wzbudziła jego uwagę. Po raz kolejny badania wykazały, że Niemcy są zbyt otyli, że jedzą zbyt duże ilości węglowodanów i w związku z tym zajmują niesławne pierwsze miejsce w rankingu chorób serca i układu krążenia w Europie. Choroby te wciąż są pierwszą przyczyną zgonów w Niemczech, ponad 40 procent przypadków śmierci jest przez nie spowodowane. Komisarz przełknął kawałek kanapki ze szpeclami, popił łykiem piwa i z poczuciem winy spojrzał na deskę z kolacją. Z niepokojem pomyślał o kłuciu, które towarzyszyło mu w ostatnim czasie. Lecz aby nie zepsuć sobie apetytu, przełączył na inny program.

Na kanale sportowym półnaga blondynka w wysokich do kolan kozakach wyginała się na motorze i całe ciało nacierała olejem silnikowym. Kluftinger z niedowierzaniem potrząsnął głową. Na dolnej krawędzi ekranu przebiegał pasek z numerem telefonu i krótkimi informacjami najwyraźniej podszytymi treścią erotyczną, które najeżone błędami wyglądały jak pozdrowienia z piekła ortograficznego. Prymuśnie. Czy takie zdanie jak „Napalony, puszysty kotek (rozmiar biustu XXL) szuka dobrze wyposażonego kocura do wspólnego miziania” naprawdę skłania mężczyzn do dzwonienia na gorącą linię, gdzie jedna minuta kosztuje tyle co cały obiad?

Kluftinger kontrolnie spojrzał na Erikę, aby upewnić się, że jeszcze śpi, znów przełączył i lekko się wzdrygnął na widok aż zbyt dobrze znanej twarzy. Na ekranie pojawił się on sam we własnej osobie. Telewizja z Allgäu przedstawiała reportaż z konferencji prasowej. Bądź co bądź nie wyszedł aż tak bardzo niekorzystnie, stwierdził Kluftinger, przynajmniej w porównaniu do Maiera, po którym było widać zdenerwowanie, gdy pokazywała go kamera. Uśmiechnął się szyderczo. Teraz pokazywali Lodenbachera, jak żwawo gestykulując wypowiada kilka uspokajających słów. Nagle zrobiło mu się gorąco. Akurat w momencie gdy przemawiał Lodenbacher, kamera pokazała, jak Kluftinger wyciąga komórkę z kieszeni! W tle słychać było nawet melodię Czerwonego słońca z Barbados.

– Krucafuks! – spojrzała na Erikę, lecz nadal miała zamknięte oczy. Bogu dzięki! Nacisnął guzik do przełączania i pozwolił sobie na kęs pasztetu. Bez chleba, bo tak – jak się dowiedział – było o wiele zdrowiej.

W końcu jakiś film. A do tego stary. Wnioskując po dramatycznej muzyce był to kryminał, jak on się nazywał… właśnie… teraz mężczyzna skrada się od tyłu i próbuje zabić kobietę, która rozmawia przez telefon… oczywiście, to było „M jak morderstwo”!

– O żeż w mordę! – wyrwało się Kluftingerowi, po czym zakrztusił się i zaczął tak kaszleć, że zrobił się cały czerwony. Szybko odstawił deskę na podłogę i uderzył się w klatkę piersiową. Znów poczuł kłucie. Pobiegł na korytarz, gdzie na szafce leżała jego komórka. Chwycił ją drżącymi rękoma, strącając kilka odłożonych na szafce rachunków do zapłacenia, które poszybowały na podłogę. Nerwowo starał się sobie przypomnieć kombinację przycisków, jakich użył Maier, aby włączyć nagranie tajemniczej rozmowy. Wtem na wyświetlaczu pokazało się pytanie „Czy usunąć nagranie?” i Kluftinger wstrzymując oddech ostrożnie spróbował innej kolejności. Udało się za trzecim podejściem. W skupieniu odsłuchał nagraną rozmowę.

Nawet jeśli nadal nie mógł zidentyfikować szumów, ten szelest, to stłumione bulgotanie, cokolwiek to było… W pewnym momencie uświadomił sobie, że dziś wieczorem stał się telefonicznym świadkiem morderstwa. Jeszcze raz wybrał przycisk odtwarzania. Pochylił głowę, całkowicie wsłuchał się w dźwięki – aż nagle wstrząsnął nim przeraźliwy krzyk. Jednak nie pochodził on z telefonu, lecz z jego własnego salonu.

– Erika? Co się stało? – energicznie otworzył drzwi.

– No wiesz ty, czy to w ogóle możliwe? Takie świństwo!

Komisarz oniemiał. Przecież wyłączył „kanał sportowy”…

– Chyba wszystkich nie zjadłeś – Erika pokuśtykała w jego kierunku.

– Zraniłaś się?

– Czy się zraniłam? Jak to?

– No tak, bo kulejesz!

– Mam tobie powiedzieć, dlaczego kuleję? Bo wdepnęłam w twoją kolację, gdy chciałam wyłączyć telewizor! Powiedz no: masz słaby wzrok, czy z innego powodu ustawiasz fotel trzydzieści centymetrów przed ekranem? Co? Co w ogóle oglądałeś?

– Jak to… co oglądałem? Te nagie kobiety, to było tylko… gdy przełączałem…

– Nagie?

– No przecież leżałaś na pilocie! A ja musiałem improwizować. Poza tym w pracy dzisiaj wiele się działo, ale w sprawie morderstwa taksówkarza zrobiliśmy duży krok naprzód.

Tymczasem Erika utykając poszła do kuchni i za pomocą kuchennego ręcznika uwolniła swą prawą stopę od resztek serowych szpecli.

– Powiedz mi, co to miało być? Od kiedy jadasz zimne szpecle z chlebem? A tak szczerze – nie chciałabym widzieć, ile masz cholesterolu, ale ty i tak nigdy nie pójdziesz do kontroli.

Kluftinger przełknął ślinę. Oczywiście wiedział, że już dawno temu powinien zrobić sobie ogólne badania. Jednak jego lenistwo, głęboka odraza przed dobrowolną wizytą u doktora Martina Langhammera, a w końcu strach przed budzącymi obawę wynikami nie pozwalały mu zrealizować tego planu przez ostatnie kilka lat. Postanowił po prostu zmienić temat, może Erika przestanie się oburzać.

– Słuchaj, Erika, potrzebuję twojej pomocy!

Nawet na niego nie spoglądając Erika dalej wycierała stopę i odrzekła:

– Ech, zostaw mnie w spokoju!

Komisarz nachylił się i objął żonę ramieniem.

– Nie, mówię poważnie, dzisiaj odebrałem dziwny telefon. Mam nagranie. Posłuchaj proszę i powiedz mi, co o tym myślisz.

Erika wyprostowała się i sceptycznie na niego spoglądając wzięła komórkę, którą podał mąż. Wybrała odtwarzanie, nadsłuchiwała z uwagą i powiedziała:

– Jeśli już mnie pytasz: ktoś pomyłkowo do ciebie zadzwonił i zapomniał się rozłączyć. Tak, a teraz idę spać, jestem zmęczona i czekałam na ciebie przez cały wieczór. I jeszcze muszę wziąć prysznic, nie mam ochoty kłaść się ze stopą o zapachu cebuli.

– Erika, poczekaj tylko! To jest morderstwo! Słychać wyraźnie, jak kogoś zabijają, uwierz mi – zawołał Kluftinger w stronę korytarza.

Jego małżonka odwróciła się i oświadczyła rzeczowo:

– Skarbie, całkiem szczerze, może nie powinieneś oglądać tylu filmów Hitchcocka i lepiej, żebyś czasami poszedł nieco wcześniej spać!

DZIEŃ DRUGI

Biała łódź, w blasku słońca…

Był piękny dzień, świeciło słońce, czuł ciepło, panował niemalże wiosenny nastrój. Kluftinger spoglądał z zadowoleniem przez okno swej alpejskiej chaty na plażę pokrytą białym jak śnieg piaskiem.

… a ty podarowałeś mi bukiet kwiatów. Poszłam za tobą do raju…

Jedynym jego pragnieniem było pozostanie w tym miejscu i obserwowanie pasących się na plaży krów, lecz coś zaczęło buczeć za jego plecami i podświadomie wiedział, że owo buczenie nie ma nic wspólnego z rajskim ogrodem. Gdy otworzył oczy, niebo straciło swą błękitną barwę i stało się szare, wiosenny krajobraz zmienił się w zimowy i…

… baśniowa kraina, Barbados…

Obudził się. Krucafuks! Miał tak piękny sen, a teraz spoglądał przez okno na rozpoczynający się kolejny szary dzień.

Czerwone słońce z Barbados…

Ponownie poczuł wibracje i w jednej chwili uświadomił sobie, że z krainy marzeń wyrwała go jego komórka. Wczoraj wieczorem najwidoczniej zasnął przy ciągłym odsłuchiwaniu nagranej rozmowy.

… dla ciebie i dla mnie wciąż jeszcze płonie…

– Do diaska! – przewrócił się na drugi bok, lecz nie mógł znaleźć telefonu. Erika już zaczęła się niespokojne poruszać, a nie chciał jej obudzić o tak wczesnej godzinie.

… gdy chmury płyną na południe…

Tam jest! Melodia dzwonka dochodziła ze szczeliny pomiędzy materacami. Wyciągnął rękę, wsunął dłoń pod materac szukając telefonu, wyjął go i natychmiast odebrał, żeby dzwonek w końcu umilkł.

– Tak? – wyszeptał do słuchawki. – Co się stało?

– Dzień dobry, panie komisarzu – przywitał go Strobl. Po jego rześkim głosie można było poznać, że prawdopodobnie już od dłuższego czasu jest na nogach. – Lepiej się od razu szykuj i przychodź, mamy go.

– Kogo?

– No, mordercę taksówkarza. Dzięki twej bystrej mózgownicy. A tak na poważnie, nie wiem, jak ty zawsze na to wpadniesz, bo ty przecież…

– Pocałuj mnie gdzieś – mruknął Kluftinger i zakończył rozmowę.

Mają go! Wydaje się, że zapowiada się dobry dzień. Dosłownie wyskoczył z łóżka, po czym miał wrażenie, że podłoga pod jego stopami zaczyna się kołysać, głowa staje się w jakiś dziwny sposób lekka, a pole widzenia coraz bardziej się zawęża. Bez namysłu chwycił się zasłony, aby nie stracić równowagi i nie paść jak długi. Stał nieruchomo i starał się skoncentrować, aż zawroty głowy ustały i świat przestał wirować. Gdy już było po wszystkim, sam siebie przeklinał za tę akcję. Wyprysnął z łóżka jak nastolatek – a tymczasem zbliżał się do sześćdziesiątki. Z ulgą wziął wdech, co ponownie opłacił kłującym bólem w klatce piersiowej. O wiele mocniejszym niż w ostatnim czasie. Z przestrachem dotknął klatki piersiowej – Czy to było teraz? Zawał serca? Od czasu, gdy jego ojciec przeszedł operację wszczepienia by-passów, Kluftinger obawiał się chwili, gdy z nim stanie się tak samo.

– Coś się stało, skarbie? – zatroskany głos Eriki wyrwał go z posępnych myśli. W jednej chwili ból ustał.

– Nie, wszystko w porządku – odrzekł, lecz dobrze wiedział, że w tej chwili nie wydawał się przekonujący: jedna ręka wczepiona w piżamę na wysokości piersi, druga kurczowo trzymająca się zasłony, czoło pokryte kropelkami potu.

Taki widok słusznie zaniepokoił Erikę:

– Czy coś jest nie tak z twoim sercem? Znowu to kłucie?

– Z sercem? Bzdura. Ja… na coś nadepnąłem. Bo u nas zawsze jest taki bałagan, wszystko leży na podłodze. Mówiąc te słowa szybko wyszedł z sypialni.

– Dzwoniłeś do tego specjalisty? U którego twój ojciec miał rehabilitację? – krzyknęła za nim żona.

– Tak, dzwoniłem. Powiedział tylko, że najpierw powinienem iść do Langhammera.

– Czy on go zna?

– Boże drogi, no nie krzycz tak – Kluftinger podreptał z powrotem do sypialni. Jeśli jego żona zacznie się martwić, po prostu nie może odpuścić. – Wydaje mi się, że Langhammer prowadzi w klinice jakieś kursy. W każdym razie bardzo go chwalił, to podobno arcymistrz wśród lekarzy rodzinnych.

– No widzisz, skarbie, zawsze tak mówiłam.

– Tak, tak, pewnie chciał powiedzieć, że to arcyłotr.

– Och przestań, umówię cię na wizytę do doktora Martina.

– Ale po co, ja… przecież nic mi nie jest. Jego protest nie brzmiał wiarygodnie, bądź co bądź własny stan zdrowia nieco go niepokoił. Potem obrócił się i ruszył do łazienki wołając:

– E tam, rób, jak uważasz! – wiedział, że jego żona uzna to za zachętę – to było całkiem w jego stylu. Bo samodzielne staranie się o audiencję u lekarza w jego przypadku w ogóle nie wchodziło w grę.

W łazience stał nieruchomo przez kilka minut, aby upewnić się, że ból minął. Ponieważ niczego już nie odczuwał, z ulgą podszedł do umywalki i obmył twarz w lodowatej wodzie. Spoglądając w lustro, nieco się wystraszył: po jego oczach otoczonych ciemnymi, głębokimi cieniami można było poznać zmęczenie. Skóra wydawała się blada, niemalże szara. Co prawda jego trybu życia nie można było nazwać zdrowym, ale za to on był zawsze zdrowy. To napawało go dumą. W pracy praktycznie nigdy nie zdarzyły mu się dłuższe zwolnienia z powodu choroby, zawsze twardy jak skała w ogniu życia… A teraz? Od operacji ojca niekiedy przyłapywał się na smutnej myśli, że czas zacząć się o siebie martwić. Ale tak wcześnie? Bądź co bądź jego ojciec był już po osiemdziesiątce, miał za sobą kawał życia. W przeciwieństwie do niego. Erika nadal go potrzebuje, a Markus wprawdzie studiuje, lecz jeszcze mu daleko do samodzielnego życia. Krótko mówiąc, miał jeszcze tyle do zrobienia, jego pole jeszcze nie było zasiane.

Kilka minut później z pustym żołądkiem wsiadł do samochodu. Na śniadanie nie mógł przełknąć ani kęsa. Przez całą drogę do Kempten towarzyszyły mu smętne myśli. Dopiero tuż przed komendą policji postanowił włączyć radio, aby odrobina muzyki skierowała jego myśli na inne tory. Ledwie wcisnął guzik, cały zbladł. Z głośnika huknął szlagier z lat osiemdziesiątych: Wszystko ma swój koniec, tylko kiełbasa ma dwa…

– Winda się popsuła? – Hefele zdziwionym wzrokiem spojrzał na Kluftingera, gdy ten akurat skręcał z klatki schodowej w korytarz na drugim piętrze, na którym znajdowały się biura.

Kluftinger nie zrozumiał, co miał na myśli jego kolega i zmienił temat:

– Gdzie on jest?

– Siedzi w sali przesłuchań. Już się przyznał. Nazywa się Wolfgang Schratt.

– Naprawdę? – Kluftinger był nieco rozczarowany.

– Tak, wszystko w porządku. Nie bój się, wszyscy wiedzą, że bez ciebie nie dopadlibyśmy go tak szybko.

– Wcale mi o to nie chodzi. Niech sam zobaczę.

Udał się do salki konferencyjnej znajdującej się obok pokoju przesłuchań. Przed czarno-białym monitorem siedział Maier. Ekran pokazywał umundurowanego policjanta oraz Eugena Strobla w chwili, gdy przesłuchiwał niskiego, brodatego mężczyznę w kajdankach.

– Czy to naprawdę było warte tych pieniędzy? – usłyszał pytanie zadawane przez Strobla, jednak podejrzany nie poruszył się i milczał.

– Czy cały czas był taki milczący? – chciał wiedzieć Kluftinger.

Maier potrząsnął przecząco głową.

– A ty dziś też nie jesteś zbyt rozmowny, co? – kolega Kluftingera wydawał się być rozdrażniony.

– Wierciliśmy mu dziurę w brzuchu, aż wszystko z niego wycisnęliśmy – odpowiedział tym razem Hefele. – Kłamstwo nie miałoby najmniejszego sensu. W jego mieszkaniu znaleźliśmy portfel i zegarek ofiary. Od razy się przyznał, że zrobił to dla pieniędzy. Chciwość. To mi pachnie czystym oskarżeniem o morderstwo.

– Ale dlaczego tak od razu go zabił?

Hefele wzruszył ramionami.

– Pójdę tam jeszcze raz. Lecz przedtem… – wygrzebał z kieszeni komórkę i podszedł do Maiera. – To ze względu na telefon, nagranie, no wiesz…

– Nie musisz tak ciągle wracać do tej sprawy! Leciało nawet w lokalnej telewizji. Postawiłeś nas w pięknym świetle, naprawdę… Ale co tam. Po prostu na tym poprzestaniemy, dobrze?

Kluftinger zmarszczył czoło i cofnął wyciągniętą dłoń, w której trzymał komórkę. To dlatego Maier był tak naburmuszony. Później spróbuje jeszcze raz. A teraz udał się do pokoju przesłuchań.

Strobl przywitał go skinieniem głowy. Nim Kluftinger zdążył usiąść, Schratt zabrał głos:

– Jeszcze jeden! Chyba nie będę musiał opowiadać swojej historii od początku, prawda?

– Będzie pan tak często opowiadał, jak to uznamy za słuszne – odpowiedział spokojnie Kluftinger. – Czy mógłby pan mi wyjaśnić, w jaki sposób trafił pan akurat na Siegfrieda Holza?

– Mam tego powoli dosyć. No to niech pan słucha uważnie: Mówili, że on zawsze ma przy sobie kupę pieniędzy. W dodatku można było do niego łatwo zadzwonić na komórkę i dokładnie się dowiedzieć, gdzie akurat był.

– Dwieście pięćdziesiąt siedem euro nazywa pan kupą pieniędzy?

Schratt spuścił wzrok:

– Widocznie miałem złe informacje.

– A dlaczego zastrzelił go pan od tyłu? Tym samym wykonał pan na nim wyrok. Nawet nie mógł się bronić.

– Też to już kilkakrotnie powtarzałem: strzał… padł przypadkowo.

Kluftinger spojrzał na Strobla, który przytaknął głową, co miało oznaczać tyle, co: „Jak na pierwsze przesłuchanie wystarczy”. Wyszli z pokoju.

Tymczasem krąg przed monitorem powiększył się o tryskającego znakomitym humorem komendanta.

– Taaa, no więc, koledzy, szczerze, jo w ogóle nie wiem, co… Maier przygotuj mi ino notatkę prasową. Wszyscy powinni się dowiedzieć, jok szybko te sprawę… naprawdę, w ministerstwie byndzie sensacja, a ludzie w mieście się uspokoją. Dobrze żeśmy to załatwili. Po tych słowach opuścił salę.

– My? Zawsze słyszę „my” – powiedział Hefele spoglądając za wychodzącym. – A co dokładnie on wniósł do wyjaśnienia tej sprawy?

– Hm, co się dzieje? – Kluftinger nie przysłuchiwał się ich rozmowie. Jego myśli krążyły wokół tajemniczego telefonu. – Usiądźcie teraz wszyscy, panowie… i panie. Sandy Heske, która akurat weszła do pokoju ze stosem dokumentów, spojrzała na niego z zaskoczeniem. Gdy wszyscy siedzieli, Kluftinger położył komórkę na środek stołu konferencyjnego i odtworzył nagranie, którego tak często wysłuchiwał w ciągu ostatnich godzin. Znał dokładnie każde miejsce, wiedział, w którym momencie mamrotanie przechodziło w stłumiony hałas i przy każdym szumie z wyczekiwaniem spoglądał w twarze zgromadzonych. Gdy nagranie się skończyło, czekał w napięciu na ich reakcję. Gdy żadna twarz nie drgnęła, zapytał:

– No i?

– Jak to: no i? – Zmieszany Strobl podniósł brwi.

– No, co słyszeliście?

– Co słyszeliśmy? – Hefele wzruszył ramionami. – Nic. Może, że masz potwornie słaby głośnik w komórce.

– Zastanówcie się dokładnie. Co to za nagranie, co?

Maier zabrał głos:

– Nagranie na żywo z kieszeni twojego rozmówcy? Upiększone kilkoma odgłosami z brzucha?

– Albo ty w czasie południowej drzemki w biurze? – uzupełnił Hefele.

– Boże drogi! Pani Henske?

– Ja? – Sandy wzrokiem szukającym pomocy spojrzała na innych. – Ja, no cóż, ja… w takich sprawach trudno mi cokolwiek wymyślić. I tak czy tak muszę szybko załatwić… tę sprawę. Wstała i pośpiesznie opuściła salę.

Komisarz westchnął, teatralnym gestem podniósł telefon w górę i wyjaśnił:

– Powiem wam, co tutaj jest: tutaj jest morderstwo. Tak jest!

Na kilka sekund zapadła cisza, a potem wszyscy parsknęli śmiechem:

– Tak, pewnie – powiedział Strobl. – Ale chyba zabójstwo popełnione przez robaka na innym robaku, gdzieś głęboko pod ziemią.

Hefele poparł go ze śmiechem:

– Albo przez rybę.

Żyłki na nosie Kluftingera napełniały się powoli krwią:

– Słuchajcie, ja też w pierwszej chwili nie wiedziałem, o co chodzi, ale wczoraj wieczorem obejrzałem film…

– Aha, no to wiadomo! – Hefele klasnął w dłonie. – Pan komisarz ogląda za dużo kryminałów.

Teraz Kluftinger wybuchnął złością i zerwał się z miejsca.

– Panowie, czasami wasze myślenie jest tak ograniczone, że trudno uwierzyć, że pracujecie w… – Poczuł, że ponownie nawiedzają go poranne zawroty głowy i jego głos się załamuje. Przytrzymał się krzesła i szeroko otworzył oczy.

Nikomu nie było teraz do śmiechu.

– Coś się stało, Klufti? – Strobl z troską stanął obok komisarza.

– Już wcześniej sobie myślałem, że ostatnio nie wyglądasz zbyt zdrowo – stwierdził Maier i wszyscy przytaknęli.

Lecz Kluftinger, który już doszedł do siebie, z poirytowaniem machnął ręką:

– Oj tam, a co ma być, ja tylko mam… Właściwie co was to obchodzi.

Dziesięć minut później komisarz siedział w swoim biurze i przybitym wzrokiem patrzył w okno. Za jego półprzezroczystym odbiciem w szybie sunęły szare chmury. Czy naprawdę wyglądał tak źle? Skoro nawet zauważyli to koledzy z pracy, którzy raczej nie byli wrażliwi na tego typu sprawy. Spojrzał na telefon, który w zamyśleniu nadal trzymał w dłoni.

– A co tam, od samego siedzenia sytuacja się nie polepszy – powiedział do siebie półgłosem i wstał.

Obrał najszybszą drogę przez korytarze swego dawnego biura znajdującego się nad rzeką Iller, w którym teraz mieściła się siedziba komendy Szwabii Południe-Zachód. Gdy tutaj wpadał, zwykle odwiedzał kilku kolegów z pracy, z którymi nie miał kontaktu od czasów wyprowadzki wydziału kryminalnego. Jednak dziś ich wolał nie spotkać, obawiając się komentarzy pod swoim adresem w związku z jego wczorajszym popisem w lokalnej telewizji. O mało co przeoczyłby właściwe drzwi, lecz w porę się zatrzymał.

– W. Zint, Pracownia fonoskopijna – przeczytał treść tabliczki zawieszonej przy drzwiach biura. Zapukał i nie czekając na odpowiedź wszedł do środka.

– Proszę, nie wierzę własny oczom, Klufti we własnej osobie! – mężczyzna o potężnych rozmiarach zarówno pod względem wysokości i szerokości siedział na o wiele za małym krześle w pokoju wypełnionym technicznym sprzętem, którego przeznaczenia Klufti nawet się nie domyślał.

– Cześć Wernerze. Słuchaj, musisz mi pomóc.

– Tak, dziękuję za zainteresowanie, mam się dobrze. Tak, tak, dzieci też mają się dobrze.

– Oj, przestań się wygłupiać. To coś naprawdę poważnego.

Zint przysunął się do niego na krześle. Kluftinger bał się, że mebel załamie się pod takim ciężarem.

– No cóż, skoro raczyłeś przyjść tutaj sam, a nie wysłałeś bystrego Richiego, wydaje się, że to faktycznie wielka sprawa. No to gadaj.

Gdy Kluftinger wyciągnął komórkę z kieszeni, mężczyzna wykrzywił swe wydatne usta w złośliwym uśmiechu.

– Ha, potrzebujesz nowego dzwonka? Albo chcesz się dowiedzieć, jak wycisza się telefon podczas konferencji prasowej?

Czyli o wydarzeniu słyszeli już nawet tutaj. Kluftinger cierpliwie zniósł jego żarty, a potem zaprezentował Zintowi nagranie. Jeśli ktoś mógłby mu pomóc, to tylko on. Tego rodzaju akustycznej analizy dokonuje właściwie Krajowa Policja Śledcza i właśnie tam kiedyś pracował Zint. Na szczęście powrócił do swych stron ojczystych – jego umiejętności już nie raz okazywały się dla nich niezwykle przydatne. Jednak Zint nie zareagował zbyt entuzjastycznie i nie potrafił stwierdzić, czy nagranie ma jakiś związek z morderstwem. Bądź co bądź podczas pierwszego słuchania mógł zidentyfikować kilka odgłosów, których nie potrafił określić Kluftinger.

– No cóż, w każdym razie słychać krowie dzwonki.

– Krowie dzwonki?

– Tak, na pewno. A poza tym jeszcze samochód lub coś podobnego… to słychać w tle.

– Szczerze cię podziwiam. Ale gdybyś mógł za pomocą tych maszyn – Kluftinger niepewnie rozejrzał się po pokoju – przetworzyć nagranie lub zrobić coś innego, wtedy musiałbyś mieć więcej materiału, tak?

– Tak, pewnie tak. Jednak chyba nie widzę w tym sensu, w tej twojej transmisji na żywo z alpejskiej chaty…

– Ale ja widzę sens – powiedział Kluftinger zdecydowanym głosem. – Poza tym już wcześniej coś wysłyszałem w tych odgłosach, zanim… zanim zdałem sobie sprawę z treści nagrania.

Zint kiwnął głową.

– No cóż, jeśli chodzi o mnie, ostatecznie płacą mi za czas, który tutaj spędzam, obojętnie, czy robię coś sensownego, czy nie.

Podniósł się stękając i zasiadł przed dużym ekranem, przy czym krzesło, na którym usiadł, niebezpiecznie zatrzeszczało.

– Podaj mi swój kabel USB.

– Słucham?

Zint głośno westchnął:

– No to prześlij mi plik audio mailem.

– Co?

– Czy byłbyś tak uprzejmy przesłać mi plik MMS-em?

Obydwoje spoglądali na siebie przez kilka sekund, w końcu Kluftinger rzekł:

– A co sądzisz o tym, żebym po prostu dał komórkę tobie?

Werner Zint uśmiechnął się zgryźliwie i wziął telefon, który podawał mu Kluftinger. Następnie wysunął szufladę małej komody, przez chwilę w niej szperał i wreszcie wyjął coś, czym zamachał komisarzowi przed nosem.

– Zobacz, Klufti, to jest przewód USB, dzięki niemu można podłączyć komórkę do komputera.

– No coś takiego – odrzekł Kluftinger znudzonym głosem. – Nie mam pojęcia, do czego byłby mi potrzebny. Po pierwsze w domu nie mam komputera, a mój komputer w biurze raczej rzadko wyraża potrzebę zatelefonowania.

Zint nabrał powietrza.

– Zobacz, komórkę podłącza się czasami do komputera, aby… – urwał i spojrzał sceptycznie na Kluftingera. – Ech, zapomnij! Zaraz zobaczę, może na szybko uda mi się coś wyciągnąć. Poczekaj chwilę.

Przez dziesięć minut Kluftinger jak zaczarowany spoglądał Zintowi przez ramię. Zint założył duże słuchawki, wskutek czego do komisarza nie dochodziły żadne dźwięki. Mógł jedynie obserwować drgające linie w kształcie fal, które pojawiały się na ekranie podczas odsłuchiwania nagrania. Specjalista wciąż naciskał na klawisze myszki i klawiatury i wciąż otwierały się nowe okna.

Nagle Zint zdjął słuchawki, obrócił się i spojrzał w górę na komisarza:

– No cóż, wyodrębniłem dwa odgłosy, które słychać na twoim dziwnym nagraniu. Są wyraźniejsze niż reszta, mogę je tobie od razu odtworzyć, pozostałe dźwięki są strasznie zaszumione. Potrzebowałbym na to chwilę. No tak, a teraz nastaw uszu, oto numer jeden.

Zint nacisnął klawisz i z głośników wydobyły się znane dźwięki. Fragment sam w sobie był wprawdzie krótki, lecz ciągle odtwarzany od początku. Kluftinger lekko uniósł kąciki ust: słyszał dźwięki krowich dzwonków. Trudno byłoby mu uwierzyć, że to łagodne pobrzękiwanie mogło pochodzić od innych krów niż tych w Allgäu.

– To pewnie gdzieś u nas, prawda? – mruknął.

– No cóż – zastanowił się Zint – nie podjąłbym się odróżnienia dzwonków z Allgäu od dzwonków z Przedgórza Alpejskiego lub z Garmisch, ale całkiem prawdopodobne, że to u nas. Dlaczego miałby akurat do ciebie dzwonić ktoś spoza Allgäu?

Kluftinger zmarszczył czoło, a Zint kontynuował:

– W porządku, zaraz coś tobie powiem, teraz będzie trudniej. To buczenie tutaj, jak myślisz, co to?

Kluftinger pochylił głowę i słuchał w skupieniu.

– Hmm… traktor… ciężarówka.

– Myślałem raczej o czymś innym. Ale poczekaj, spróbuję przepuścić to przez inny filtr szumów.

Po minucie znów było słychać buczenie, nieco bardziej przytłumione i bez poprzednich, zakłócających szumów.

– Samolot – krzyknął Kluftinger.

– Mógł nadlatywać, tak. Może odrzutowiec, leciał dosyć nisko, prawdopodobnie podchodził do lądowania w Friedrichshafen lub w Memmingen.

– Potrafisz mi powiedzieć, kiedy to dokładnie było? – zapytał podekscytowany Kluftinger.

– Ale co?

– No, chodzi mi o to, kiedy te dźwięki się nagrały.

– Tak, oczywiście. Wiemy przecież, o której godzinie odebrałeś telefon – nawet to zarejestrowały kamery telewizyjne…

– Werner – Kluftinger spojrzał na niego groźnie.

– Tak, tak, no dobra. Czyli, jak powiedziałem, czas możesz sobie wyliczyć co do sekundy. Odgłos lecącego samolotu zaczyna sie dokładnie siedemnaście sekund po odebraniu telefonu. Według pliku jest to godzina 19:26 i 39 sekund. A jeśli chcesz szczegółów, możemy ekstrahować dokładną godzinę z pliku z nagraniem.

Kluftinger zastanowił się. Czy taka informacja na coś mu się przyda? Może lepiej zdobyć godziny przylotów? Bądź co bądź była ta pierwsza deska ratunku i zamierzał się jej mocno uczepić.

– W porządku. Czy będziesz jeszcze potrzebował mój telefon?

– Nie, możesz sobie zabrać tego starocia, ściągnąłem sobie plik audio.

– Starocia? Słuchaj no, ja go dopiero…

– No wiesz, Klufti, technologia w telefonach komórkowych rozwija się niemalże tak szybko jak rośnie twój brzuchol.

Kluftinger zacisnął zęby.

– Kiedy dostanę resztę odgłosów?

– Jak tylko będę mieć coś sensownego, wtedy do ciebie zadzwonię. Czy zdążę jeszcze dzisiaj, nie mogę tobie obiecać.

Wybrał kilka przycisków na komórce Kluftingera i podał ją z ironicznym uśmieszkiem.

Po komisarzu spłynęło to jak woda po kaczce. A niech wszyscy sobie kręcą nosem, bo on akurat nie lata z jakimś tam smartfonem. Po co w takim razie ma swoich współpracowników, takich jak Richard Maier? Jego własna komórka doskonale nadawała się do telefonowania. A ani telefon ani jego właściciel nie byli przeznaczeni do wykonywania innych funkcji.

– Roland, musisz coś dla mnie ustalić – Kluftinger nie witając się wszedł do biura Hefele.

– Ach tak. Dobrze, że jestem policjantem, ustalanie faktów mam, że tak powiem, we krwi. Cóż to ma być?

– Musisz zdobyć pewne informacje w Federalnym Urzędzie Lotniczym.

– W… przecież nasz morderca podróżował koleją.

– Ale nie chodzi o to. Dowiedz się, proszę, gdzie w poniedziałek wieczorem, dokładnie o godzinie 19:26 nad Allgäu przelatywał samolot, i w dodatku tak nisko, że można było go usłyszeć, a więc prawdopodobnie podchodził do lądowania.

Hefele spojrzał pytająco na komisarza. W tej chwili otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł Richard Maier.

– Czy Richie nie może tego… – zaczął Hefele, lecz Maier mu przerwał:

– Nie, Richie nie może. Richie otrzymał zadanie z samej góry – wypowiadając te słowa wskazał palcem na sufit – i musi przygotować notkę prasową. Chwycił jedną z teczek i wyszedł.

– A w jakim celu jest tobie potrzebna ta sprawa z samolotem? – burknął Hefele. – Chcesz ich pozwać do sądu, bo robią za dużo hałasu przelatując nad twoim ogródkiem, czy co?

– Nie gadaj bzdur.

– Ach tak, może opróżniali toaletę, gdy przelatywali akurat nad twoim domem, hę?

– Bardzo zabawne. Wtedy w ogóle nie pytałbym o miejsce przelotu, bo bym go przecież znał, panie superśledczy!

– No dobra. Ale powiedz tylko, dlaczego chcesz to wiedzieć.

– Ponieważ, no z powodu… to znaczy… z powodu pogody.

– Pogody?

– Tak, i… spalin.

– Coś mi się wydaje, że jesteś nieco przepracowany.

– Przepracowany? – syknął ze złością Kluftinger i sam był zaskoczony swym agresywnym tonem. – Póki co, jeszcze nie wyrzucicie mnie na złom, tylko dlatego bo… – mimowolnie chwycił się za serce – bo może… e tam, to nie ma znaczenia! Jeśli tylko będziesz mieć wyniki, chce mieć je natychmiast u siebie, jasne? Mówiąc te słowa Kluftinger szybkim krokiem wyszedł z pokoju.

Wszedł do swojego biura, opadł na stojący przy biurku fotel i wygodnie się w nim oparł. Głęboko westchnął. Co się z nim właściwie działo? Dlaczego czuje się tak znużony? Czy to już starość? Naturalny, pełzający proces, który nieuchronnie dotyka również zdrowego, odpornego i energicznego człowieka zamieniając go ostatecznie w trzęsącego się staruszka? Czy z każdym dniem życie stanie się coraz bardziej trudne i mozolne? A może rzeczywiście miał jakąś bardzo poważną chorobę, która odbierała mu siły i przysłowiową witalność? Musiał istnieć jakiś powód, dla którego od jakiegoś czasu wszystko tak bardzo brał sobie do serca, jego nerwy był na granicy wytrzymałości i przy każdej okazji wybuchał gniewem…

W