Serce z szuflady - Agnieszka Jeż - ebook
Opis

Pierwszy tom serii Dom „Pod trzema lipami”

Na palcu błyszczał diament, w szafie wisiała piękna sukienka, a serce Klary przepełniała radość. Jeszcze chwila i zmieni marzenie w rzeczywistość – uda jej się ułożyć życie, przez które pójdzie pod ramię ze swoim idealnym mężem. Nie to co mama. I babcia. I prababcia. Kobiety z jej rodziny nie miały szczęścia do mężczyzn. I do małżeństwa. 

Gdy Paweł tuż przed ślubem „zwraca jej wolność”, Klara uznaje, że to coś więcej niż przypadek lub pech. To musi być fatum. Jak inaczej bowiem wytłumaczyć fakt, że od stu lat żadna Majewska nie wyszła za mąż?

Wyjeżdża do Krakowa, by zająć się mieszkaniem po niedawno zmarłej prababci Emilii. Kamienicę „Pod Trzema Lipami” w 1907 roku wybudował prapradziadek Jan Majewski, ostatni mężczyzna w rodzie. Podróż, która miała być zamknięciem pewnego etapu, nieoczekiwanie staje się niezwykłą wyprawą w miniony czas. Klara odkrywa kolejne tajemnice w rodzinnej historii, próbując spleść z tych złapanych nitek odpowiedzi na dręczące ją pytania. 

Czy zanurzona w przeszłości nie przeoczy tego, co los jej teraz podsuwa?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 322

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Prolog

Widok z okna był piękny: trzy lipy osypane liśćmi w kolorze soczystej zieleni, ozłoconymi przedpołudniowym słońcem. Samo okno też urokliwe – przedwojenne, wysokie, z podwójnymi szybami i ozdobnie giętymi uchwytami. Z drewnianych ram gdzieniegdzie łuszczyła się biała farba, co wyglądało jak umyślny zabieg w celu nadania sielskiego, rustykalnego wyglądu. Wykończone drobnymi frędzlami kołkowe firanki przypięto do mosiężnych haczyków wstążkami z jasnego aksamitu.

Obrazek był niezwykle nastrojowy, nostalgiczny, jak z okładki cudownego romansu: historii o spełnionej miłości, gdzie ona znajduje jego, a potem żyją długo i szczęśliwie.BCholera jasna! – zaklęłam i głośno się rozszlochałam.

* * *

TYDZIEŃ WCZEŚNIEJ

– Przepraszam, czy mógłbyś powtórzyć? – Patrzyłam na Pawła z niedowierzaniem. Słyszałam, jak wypowiadam tę prośbę, dziwiąc się jednocześnie, że udało mi się wydobyć głos ze ściśniętego gardła. Nie powinnam móc się wcale odezwać. Właściwie to nie rozumiałam, jakim cudem jeszcze stoję, zamiast zemdleć.

– Klara… – Paweł zrobił krok do przodu, jakby chciał mnie objąć ramieniem.

Odsunęłam się, unosząc ręce w obronnym geście. Na myśl o tym, że mógłby mnie dotknąć, zrobiło mi się słabo, a przecież to wciąż był ten sam Paweł: kochany, opiekuńczy, zabawny, mój. Nie – stop! Nic z tego, zwłaszcza to ostatnie, nie było już prawdą i strasznie bolało. Wszystko, w co do tej pory wierzyłam, właśnie runęło jak domek z kart zniszczony jednym mocnym podmuchem porywistego wiatru.

– Nie: Klara, tylko: powtórz. Proszę. – To „proszę” dodałam z obowiązku i dobrego wychowania. Ale przede wszystkim po to, by się nie rozsypać i nie rozryczeć. Postanowiłam nie dać po sobie poznać, jak bardzo się w środku trzęsę i że jedynym, o czym teraz marzę, jest to, by cała ta sytuacja okazała się pomyłką. Głupim żartem. Niedobrym snem. Wszystkim – tylko nie prawdą.

– Przecież lepiej późno niż za późno. Najważniejsze to żyć uczciwie, w prawdzie, kto jak kto, ale ty to powinnaś zrozumieć. – Spojrzał na mnie jak na głupiutkie dziecko.

Ten jego wzrok – protekcjonalny, pozbawiony empatii – wydobył mnie z dna czarnej rozpaczy i przywrócił mi zdolność myślenia. Urażona duma i zdeptana godność wzięły na chwilę górę nad potłuczoną duszą.

– Ja to zawsze wiedziałam, ale dla ciebie to chyba nowość! – Nie wytrzymałam napięcia, choć tak bardzo się starałam nie wybuchnąć.

– Ironia jest niepotrzebna. – Paweł zrobił urażoną minę.

Złość przerwała tamę, zalewając moje zranione serce. Niech go szlag! Cholerny manipulant! Dupek skończony! Przychodzi i oznajmia mi takie rzeczy, a potem udaje zbolałego i delikatnego! Szczyt bezczelności, na jaki może się wspiąć tylko pewny siebie, dobrze ustawiony w życiu, przystojny trzydziestopięcioletni facet.

– No dobrze, to ja podsumuję, żeby mieć jasny obraz sytuacji. – Wsunęłam dłonie do kieszeni dżinsów, żeby nie zauważył, jak mi się trzęsą. – Zjawiasz się w ten piękny majowy dzień, trzy miesiące przed terminem naszego ślubu, żeby mi powiedzieć, że „zwracasz mi wolność”. – To ostatnie jednak wysyczałam przez zęby, ale nie miałam do siebie pretensji, ponieważ zwrot, jakiego użył, doprowadziłby do furii nawet świętą – tak był pokrętny, podły i odwracający kota ogonem. – Tak, „zwracasz mi wolność” – powtórzyłam już spokojniej, dobitnie artykułując każdą głoskę. – Nie przypominam sobie, żebym ci ją kiedykolwiek podarowała. Zawsze wydawało mi się, że dorośli ludzie są ze sobą, bo oboje tego pragną, a nie dlatego, że łączą ich kajdany. Że są jednością i zarazem są wolni. A tu, proszę, takie zdziwienie. Człowiek się jednak całe życie uczy… I co jeszcze? – Głos miałam spokojny, choć w środku aż się gotowałam. – A, wspominałeś, że jesteś uczciwy i też cenisz prawdę, dlatego informujesz mnie, że wakat po mnie jest już obsadzony. – Oczywiście nie użył słowa „wakat”, ale nie potrafiłam się powstrzymać przed wbiciem mu szpili – przynajmniej w ten sposób chciałam go ukarać za to, co mi zrobił. – Mówisz mi o tym po starej znajomości, bo lepiej, żebym się dowiedziała od ciebie niż od kogoś innego. Coś pominęłam czy to już wszystko?

Nie potrafiłam ze wzroku Pawła wyczytać, o czym myśli. Za tak dobrze znanym mi błękitem kryło się coś nieprzeniknionego, nagle obcego. Rany, tyle lat spędzić z człowiekiem i tak bardzo go nie znać, tak mocno się w stosunku do niego pomylić!

Po chwili odezwał się łagodnym tonem:

– Dobrze, wiem. Masz rację, Klara. Rozumiem, że to trudna sytuacja. Pewnie ciężko ci w to teraz uwierzyć, ale kiedyś będziesz zadowolona z tego, co się właśnie stało. Nie byliśmy sobie przeznaczeni.

„Nie byliśmy sobie przeznaczeni” – gdzie on to wyczytał? W dziewiętnastowiecznym romansie chyba!, pomyślałam. Jak można skomentować coś tak papierowego?

Paweł patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, a potem się odwrócił w stronę drzwi.

– Pójdę już.

Po tym tajfunie emocji, jakie przeżyłam w krótkim czasie, nagle poczułam się bardzo słaba, bezsilna. Stałam jak wmurowana, nie mogłam wykonać żadnego ruchu. To już jest koniec, to już jest koniec – słyszałam tylko tę jedną myśl, odtwarzaną ze zdartej płyty w mojej głowie. Otrzeźwił mnie dźwięk zatrzaskiwanych drzwi. Rzuciłam się do przedpokoju, szarpnęłam za klamkę i wypadłam na korytarz. Przechyliłam się przez barierkę i spojrzałam w dół klatki schodowej. Dostrzegłam jego sylwetkę dwa piętra niżej.

– Paweł! – krzyknęłam, a imię rozniosło się echem po ścianach.

Podniósł głowę do góry. A ja, jak w amoku, przesunęłam prawą dłonią po palcu serdecznym lewej ręki. Wzięłam zamach, jakiego nie powstydziłby się najlepszy zawodnik rugby, i błyszczący krążek pofrunął w dół, niknąc w ciemnościach, jakby wpadł do głębokiej studni. A wraz z nim – moje serce.

W baśni po chwili pojawiłaby się żaba, trzymając w pyszczku mój zaręczynowy brylant. I obiecałaby, że wszystko będzie dobrze, a ja niedługo wyjdę za mąż za swojego księcia.

Moje życie jednak nie było bajką. Było dramatem.

Rozdział pierwszy

Nie tylko widok z okna był piękny; wszystko dokoła było cudowne, zupełnie jakby cały świat się sprzysiągł przeciw mnie i chciał mnie dobić swoim urokiem. Maj buchnął nieokiełznaną zielenią, słońce zachęcało do spacerów po Plantach, ptaki śpiewały, mężczyźni kupowali swoim kobietom obłędnie pachnące bukiety konwalii. A ja miałam w sercu wielką czarną dziurę po Pawle.

Poznaliśmy się dziesięć lat temu na jakiejś studenckiej imprezie. Ja przyszłam z koleżankami, bo farmacja to jednak sfeminizowany wydział, więc okazji do poznania facetów trzeba było szukać poza nim, on wpadł do klubu wraz z kolegami z wydziału ekonomii. Od razu zwróciłam na niego uwagę – wysoki, przystojny brunet o przenikliwym niebieskim spojrzeniu. Wskoczyłam w ten błękit i utonęłam.

Ja też wpadłam mu w oko. Kilka spojrzeń, kilka drgnień serca, kilka drinków i tańców; powietrze zgęstniało od napięcia i… stało się. Zaczęliśmy być parą, po kilku miesiącach zamieszkaliśmy razem. Paweł wprowadził się do mnie, to znaczy do mieszkania Doroty, czyli mojej mamy. Ona od kilku lat żyła na Suwalszczyźnie w leśniczówce swojego faceta. Wyjechała z Warszawy, gdy tylko zdałam maturę – odholowała mnie do dorosłości i z wyraźną ulgą zaczęła własne życie, choć trudno powiedzieć, by to poprzednie całkowicie poświęciła mnie, swojej jedynaczce.

Ale wracając do tematu: skończyliśmy studia, ja poszłam pracować do apteki, Paweł do banku. Kolejne lata mijały nam bardzo przyjemnie – wyjazdy na słoneczne Południe, wypady w góry, weekendowe zwiedzanie Polski, romantyczne kolacje, kino; szybko – ani się obejrzałam, a skończyłam trzydziestkę; i niezobowiązująco – wciąż byliśmy po prostu parą: bez obrączek, bez papierów, bez dzieci i bez problemów. Właściwie to chyba ojciec Pawła pierwszy napomknął coś o ślubie. Że nie ma na co czekać, skoro już tyle lat jesteśmy razem, że Paweł dobrze zarabia (banki są hojnymi pracodawcami), ja mam stabilną pracę (fakt, apteka to nie korporacja) i nadszedł czas, żeby sformalizować związek. Oraz pomyśleć o wnukach.

W Nowy Rok, który odsypialiśmy w hotelu po wyśmienitej zabawie, Paweł przywitał mnie z tacą w ręku. Były na niej: butelka szampana, dwa kieliszki i jedna przepiękna truskawka, tak doskonała, jakby była zrobiona z plastiku, a na zielonych listkach przy szypułce, niczym korona, błyszczał złoty pierścionek z brylantem.

„Tak, tak, tak!”, wykrzyknęłam. Byłam bardzo szczęśliwa – to był ostatni, brakujący element układanki pod tytułem: „Moje udane życie”.

A potem myślałam już tylko o tym, żeby to nasze wesele było cudowne i niepowtarzalne. Całą oprawą logistyczną miał się zająć mój przyszły teść, właściciel małego i eleganckiego hotelu nad Zalewem Zegrzyńskim. On też kupił Pawłowi duże mieszkanie w Wilanowie, w którym mieliśmy zamieszkać po ślubie.

Moje wysiłki skupiły się na tym, by wyglądać obłędnie, gdy będę przyrzekać Pawłowi miłość aż po grób. To niezwykle ważny dzień dla każdej kobiety. Dla mnie szczególnie, bo nad naszą rodziną wisiało fatum. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć fakt, że od blisko stu lat żadna Majewska nie wyszła za mąż? Miałam być pierwszą panną od czterech pokoleń, która przełamie tę passę, odwróci zły los – słowem: zostanie mężatką. Tym bardziej więc chciałam, by dokonało się to w perfekcyjny sposób.

Nagle poczułam, jak bardzo jestem zmęczona. Zrobiło mi się słabo – od wspomnień, emocji, lęku o przyszłość. Usiadłam na najbliższej ławce, ze zdumieniem zauważając, że – sama nie wiem kiedy – obeszłam całe Planty i znów byłam przy domu Pod Trzema Lipami.

Duża, solidna kamienica, zbudowana przez prapradziadka Majewskiego na początku dwudziestego wieku tuż przy ogrodzie miejskim, na ulicy biegnącej w kierunku rzeki, który to fakt oddawała jej nazwa: Wiślna. Nie wyróżniała się niczym szczególnym – styl określiłabym jako mieszczański, bez udziwnień czy ozdobników. Solidna, czteropiętrowa, ze studnią w środku i mieszkaniami także od strony podwórka, kiedyś zapewne w miłym miodowym kolorze, obecnie brudnobrązowa, prosząca się o remont. Właściwie jedyną jej ozdobą były trzy lipy rosnące naprzeciwko wejścia. Piękne, wysokie – dorastające do czwartego piętra, z idealnie uformowanymi koronami. Trzy siostry, trzy gracje. Widać, że zasadzone troskliwymi kobiecymi dłońmi. Emilia, córka Jana Majewskiego, posadziła je przed wejściem do budynku niedługo po wojnie.

Prababcia Emilia… To właśnie z jej powodu przyjechałam do Krakowa. Umarła w kwietniu, miesiąc przed tym, kiedy Paweł mnie rzucił. Całe życie spędziła Pod Trzema Lipami – najpierw w największym mieszkaniu na parterze, z oddzielnym wejściem dla służby, potem, gdy prapradziadkowie odeszli z tego świata, przeprowadziła się na ostatnie piętro, pod trzynastkę, do mniejszego lokalu, gdzie przeżyła prawie siedemdziesiąt lat. To właśnie widok z okna w jej salonie wycisnął mi z oczu łzy. Jest tak nieprawdopodobnie urokliwy, romantyczny, nostalgiczny, że nieodparcie kojarzy się z miłością – najpierw przywołał wspomnienie Pawła, po którym zostały mi tylko suknia ślubna i zdradzone marzenia, a później pomyślałam, że to znak, iż powtórzę los prababci, babci i mamy – nigdy nie wyjdę za mąż i do końca życia będę Majewską. Poczułam, że duszę się w tym mieszkaniu, że ściany się nachylają, by mnie zatrzasnąć w pułapce staropanieństwa. Chwyciłam torebkę i klucze, trzasnęłam drzwiami, zbiegłam na dół, przeskakując po dwa stopnie, i wypadłam na zalaną słońcem Wiślną.

A teraz odwlekałam moment wejścia do kamienicy, bo nie miałam najmniejszej ochoty wracać do pustego mieszkania, którego historia wpędziła mnie w tak paskudny nastrój.

W takich chwilach smutku i poczucia beznadziei dobrze jest porozmawiać z kimś życzliwym, kto zrozumie, wysłucha, przytuli, choćby i na odległość.

Anka odpadała – to moja najlepsza przyjaciółka, jeszcze z liceum, ale od kilku zaledwie dni także mama pierworodnej Zosi. Nie mogłam jej teraz zasypać swoimi dołującymi przemyśleniami, zresztą nawet gdyby odebrała telefon, bo akurat by nie karmiła, nie przewijała lub nie odsypiała zarwanych nocy, to na pewno byłaby głową i sercem przy swoim małym ósmym cudzie świata, co było całkowicie zrozumiałe. Od czasu porodu wymieniałyśmy tylko SMS-y. Zresztą, co trudno mi było nawet przed sobą przyznać, a co dopiero wyjawić to Ance – jej rodzinne szczęście… mnie bolało. Nie zazdrościłam jej, skąd! Szczerze i bardzo ją lubiłam, była mi niezwykle bliska, ale każdy jasny punkt jej życia prywatnego – a miała fajnego męża i wymarzoną córeczkę – podkreślał czarne plamy na moim życiu. Ciesząc się jej szczęściem, nie potrafiłam nie myśleć o brakach we własnym.

Babcia Elżbieta, córka Emilii. Delikatna, subtelna pani. Skryta i cicha; nigdy się jej nie zwierzałam tak jak Ance czy nawet mamie, bo jednak dzieliły nas dwa pokolenia, ale zawsze czułam, że jest mi bardzo życzliwa. Mogłabym – oczywiście nie tak prosto z mostu i bez ostrzeżenia – wylać jej swoje żale, a ona z pewnością by mi dodała otuchy, ale jeszcze przez dwa dni będzie w sanatorium w Krynicy. Nie chciałam burzyć jej spokoju podczas pobytu, który miał poprawić jej zdrowie. Byłym nauczycielkom należą się dobry wypoczynek i rekonwalescencja.

Mama. Wybór niby najbardziej oczywisty, ale… Dorota nie była oczywistą mamą. Wieczna panna – choć akurat ona z tego powodu nie cierpiała wcale, zresztą nie miałaby kiedy, bo w jej życiu zawsze był obecny jakiś mężczyzna. Teraz to Marek, augustowski leśniczy, z którym mieszkali na nieucywilizowanym odludziu, w sercu puszczy. Mama była tłumaczką, skończyła filologię angielską, więc pracować mogła wszędzie, choćby i z łosiami za oknem. Przez lata szalona, bywalczyni klubów, imprezowiczka, w pewnym momencie stwierdziła, że Warszawa ją męczy. Na konferencji translatorskiej w Suwałkach poznała Marka i przeprowadziła się do niego. Chyba byłam niesprawiedliwa, bo odliczałam czas do jej powrotu, przekonana, że nic w jej życiu nie może być na stałe – ani dom, ani facet. A tu proszę – prawie dziesięć lat ustatkowania.

Nie chciałam się jednak wypłakiwać mamie. Nie chodziło o to, że mam z nią złe kontakty, że między nami się kulawo układało lub mój los był jej obojętny. Rzecz w tym, że Dorota – lubiła, kiedy mówiłam do niej po imieniu: „Przychodzi taki moment, w którym dorosła kobieta zwracająca się do innej dorosłej kobiety «mamo», dobitnie podkreśla fakt, że ta druga jest już w  p e w n y m wieku, nie sądzisz?” – była bardziej jak przyjaciółka, kumpela, i to taka, na której niby zawsze można polegać, która nie zostawi w potrzebie, ale ma swoje życie, swoje sprawy i jest zdecydowanie odrębnym bytem. Moim koleżankom w liceum strasznie to imponowało: „Twoja matka jest taka luzacka!”, „Pewnie pozwoliłaby ci pojechać z chłopakiem pod namiot, co?”, „Wyglądacie jak siostry”. One się ekscytowały wyzwoloną Dorotą, a ja im zazdrościłam mam w fartuchach, podających po szkole parującą pomidorową posypaną pachnącą pietruszką i dopytujących: „No i co tam dziś było?”. One się cichaczem wyrywały na zakazane randki, dawały sobie nawzajem alibi, toczyły nastoletnie wojny z rodzicami, a ja… O nic nie walczyłam, z nikim się nie spierałam, bo jeśli wszystko wolno, to niczego nie trzeba oprotestowywać. Może właśnie dlatego byłam spokojną nastolatką, spokojną studentką i spokojną farmaceutką. A teraz równie spokojną – i fajtłapowatą – niedoszłą żoną. Nawet kiedy Paweł mnie rzucał, nie potrafiłam się zachować inaczej niż zwykle, to znaczy stanowczo, na przykład dać mu w twarz. Albo powiedzieć prosto w oczy, co o nim myślę – a myślałam, że jest draniem i kłamcą. Nie, ja trzymałam fason, żeby nie zobaczył, jak płaczę, i formy – żadnych krzyków, przecież jestem taka kulturalna. I jeszcze to ciskanie za nim pierścionkiem – ależ to było melodramatyczne! Scenka jak z brazylijskiej telenoweli.

Westchnęłam głęboko po zrobieniu tego rachunku sumienia i podniosłam się z ławki. Dwa tygodnie urlopu zlecą nie wiadomo kiedy, a uporządkowanie mieszkania i załatwienie wszystkich formalności jest czasochłonne. Zgarbiona poczłapałam w stronę drewnianych brązowych drzwi frontowych.

Na klatce schodowej panował przyjemny chłód. Porównując ją z klatką schodową mojego warszawskiego mieszkania w nowym bloku, poczułam się tak, jakbym przejechała nie trzysta kilometrów, a ponad sto lat. Tam było jasno, biało-szaro, nowocześnie, geometrycznie. Tu: nastrojowo, trochę mrocznie, bardzo klimatycznie. Na podłodze szachownica, na ścianach kafle w niebieskozielonym kolorze. To znaczy tak pewnie opisałby ich barwę mężczyzna, bo kobieta powiedziałaby: kobaltowoszmaragdowym. W dzieciństwie jak urzeczona wpatrywałam się w te kafle – wśród burej rzeczywistości lat osiemdziesiątych: brązowych meblościanek, beżowych łazienek, musztardowych lamperii na klatkach schodowych ten widok był jak ze świata baśni – migoczący, tajemniczy, niezwykły. Na początku liceum, kiedy Dorota kupiła nam objazdową wycieczkę do Włoch i zobaczyłam Morze Śródziemne, od razu pomyślałam o kamienicy Pod Trzema Lipami – to właśnie były te kolory! Cudowne barwy natury. Widać przed wojną w ludziach było więcej optymizmu. Potem przyszły lata mroku, zniszczeń i cierpienia, później – żmudnej odbudowy i socjalistycznej ponurości. Aż wreszcie nastały lata dziewięćdziesiąte i wolność, która powinna wybuchnąć euforią i kolorami. A tymczasem, dwadzieścia lat później, Polska zszarzała. Osiedle, na którym mieszkałam, wyglądało jak betonowe zasieki – to był drogi beton, trzeba od razu zaznaczyć – wysokie szare ogrodzenie, zupełnie jakby trzeba było nas bronić przed najazdem dzikich, betonowe ścieżki wśród ascetycznych drzewek, przypominających duże zielone bombki zawieszone na chudych patykach. Budynki białe, a wszystkie dodatki – szare. Podobnie wyglądały wnętrza mieszkań moich sąsiadów. To znaczy te dwa, które zobaczyłam, bo na osiedlu nie prowadziliśmy intensywnego życia społecznego. Sąsiedzi z naprzeciwka byli w moim wieku, mieli sterylnie białą kuchnię, sterylnie białą łazienkę i nawet białe kanapy w salonie. Mieli też czysto, ale pewnie dlatego, że nie mieli dzieci, a kot – biały, może jego też dopasowali kolorem do otoczenia?... – nie brudził, bo miał superkuwetę z jakimiś ekstrakulkami. Drugie wnętrze, które widziałam, to mieszkanie sąsiadki z parteru. Bardzo podobne, jakby ten sam architekt projektował. Generalnie oba wyglądały jak salony wystawowe, w których nie wolno niczego dotykać i siadać na meblach. My z Dorotą urządzałyśmy się same, to znaczy do spółki z Ikeą. Też raczej ostrożnie dobierałam kolory dodatków, jakby chcąc się dopasować do otoczenia. Wszystkie barwne elementy to inicjatywa Doroty. Może warto trochę pokolorować mieszkanie, jak wrócę, pomyślałam, przyglądając się magicznemu błyskowi kafli.

Powoli wchodziłam na ostatnie, czwarte piętro. Kamienne schody były w swojej środkowej części cieńsze. Ile butów musiało się po nich przesunąć przez te wszystkie lata. Im wyżej, tym wytarcia były mniejsze. Na parterze stopnie wyglądały jak głębokie talerze, z wyraźnym zagłębieniem, przed ostatnim, czwartym piętrem, powierzchnia była tylko lekko obniżona. Stanęłam przed dębowymi drzwiami z mosiężną trzynastką. Wyciągnęłam z torby klucz, też już zupełnie niedzisiejszy – długa metalowa rurka, na końcu której znajdowała się prostokątna płytka z wieloma ząbkami różnej wielkości. By otworzyć drzwi, potrzeba było wyczucia – wsunąć klucz na odpowiednią głębokość, nie za blisko, nie za daleko, tak by trafić w zapadkę. Wszystko w tej kamienicy było staromodne – nawet otwieranie drzwi, które nie mogło się odbywać na chybcika – żadne tam błyskawiczne przekręcenie kawałka błyszczącego metalu lub przejechanie kartą obok czujnika. Wreszcie się udało i drzwi ustąpiły.

Przedpokój był malutki jak wnętrze szafy. Po lewej stronie zestaw: szafka na buty, gdzie mieściły się tylko cztery pary, co prababci Emilii widać wystarczało, nad szafką wieszak na ubrania i półka na kapelusze oraz wysokie, wąskie lustro – puszysta pani miałaby problem, by się w nim przejrzeć. Prababci Emilii i mnie to nie dotyczyło: wszystkie Majewskie były szczupłe – taki plus w morzu minusów.

Po drugiej stronie korytarzyka znajdowało się wejście do łazienki. To osobliwe rozwiązanie, ale w czasach gdy kamienica powstawała, w mieszkaniach nie było łazienek – na każdym piętrze znajdowała się tylko malutka toaleta. Pokój kąpielowy prababcia Emilia dorobiła kilka lat po wojnie, przeznaczając na to ponad połowę powierzchni kuchni. Drzwi można było przebić tylko z przedpokoju i dzięki temu nie musiałam teraz biec na koniec mieszkania, by opróżnić pęcherz po kilkugodzinnym pobycie poza domem.

Mieszkanie było przechodnie, jak wszystkie budowane w tamtym czasie. Nie uwzględniano potrzeby odosobnienia – żyło się razem. Babcia Elżbieta wspominała, że jej kącik to był kawałek podłogi w jadalni, gdzie mama wstawiła jej wąski tapczanik z jednej strony zakończony szafką z półką – całe jej królestwo. Lekcje odrabiała tu, przy stole, którego blat był przy okazji szachownicą, lub w salonie, przy większym, okrągłym meblu. Po prawej stronie jadalni dobudowano cienką ścianę działową, za którą była ukryta kuchnia – duży kredens, mały stolik roboczy, kuchenka gazowa i umywalka. Nie było nawet lodówki; najpierw było to oczywiste, a potem, gdy chłodziarki już się upowszechniły, Emilia kupiła małe metalowe pudło wielkości niedużej komory zamrażalnika w mojej obecnej lodówce. Cudo zagranicznej inżynierii zepsuło się jeszcze przed moimi narodzinami i od tamtej pory pełniło funkcję pojemnika na orzechy włoskie. A prababcia obywała się bez lodówki: masło trzymała w kamionkowym naczyniu zanurzonym w garnuszku z zimną wodą i kupowała tyle jedzenia, by wystarczyło jej na jeden dzień, kolejnego zaś znów szła do sklepu. Tak, zdecydowanie żyła w innej epoce niż ja.

Salon z tym pięknym widokiem na lipy był największym pomieszczeniem w mieszkaniu. Okna zajmowały dużą część południowej ściany. Podwójne szyby częściowo przesłonięto utkanymi na szydełku z grubej nici kremowymi firankami, które przepuszczały światło, tworząc w powietrzu urokliwy witrażowy wzór. Pod drugą, przeciwległą ścianą, stał tapczan przykryty wełnianą kapą, sama ściana zaś była udekorowana kilimem z kwiatowym wzorem. Ktoś nieznający realiów mógłby pomyśleć, że to element dekoracyjny, i po trochu tak było. Jednak podstawowym zadaniem wielkiej wełnianej płachty było ogrzanie zimnych murów nieocieplonej w żaden sposób kamienicy. Jedyne źródło ciepła w mieszkaniu stanowił ciemnozielony piec kaflowy. Urokliwy, jednogłośnie stwierdziłyby młode dekoratorki wnętrz. Ależ uciążliwy w obsłudze, odpowiedziałby ktoś obeznany z tematem. Teraz za oknem panowały przyjemne dla ciała dwadzieścia dwa stopnie, ale zimą, gdy przed tą cyfrą pojawiał się minus, trzeba było schodzić do piwnicy po węgiel, a potem pilnować, by ogień nie wygasł, inaczej temperatura w mieszkaniu spadała do kilku stopni. Moje mieszkanie z dwudziestego pierwszego wieku było jednak rajem w porównaniu z tym uroczym, ale jednak kłopotliwym w codziennym życiu muzeum.

Wstałam, by nastawić wodę na herbatę. Stary parkiet zaskrzypiał – klepki, niby stanowiące jedną całość, żyły każda swoim życiem. Spojrzałam na smugę światła od okna – wirowały w niej drobinki kurzu, jak w świątecznej kuli. Część na pewno wydobywała się ze szpar w podłodze, ale kurzem – jak przeżytymi dniami – było w tym mieszkaniu przepełnione wszystko: obicia krzeseł, wełniany dywan z orientalnym wzorem i lekko przetartymi frędzlami, serwetka pod cukiernicą na stole, nieco zmurszałe grzbiety starych książek, welur grubych kotar.

Weszłam do malutkiej kuchenki. Niepewnie podetknęłam płonącą zapałkę pod palnik. Zawsze się bałam, że płomień mnie oparzy – jeśli za lekko odkręciłam kurek, gazu było za mało i ogień się nie pojawiał, jeśli za mocno – buchający pomarańczowy jęzor przypiekał mi dłoń.

Wyciągnęłam z kredensu dużą filiżankę ze złoconym brzegiem. Nasypałam do niej herbaty – Emilia nie lubiła torebek, wolała aromat rozwijających się po zaparzeniu listków. Odstawiłam czerwoną blaszaną puszkę na półkę i poczekałam, aż czajnik zagwiżdże. Na drugi talerzyk wyłożyłam piszingera – duży kawałek ciasta mojego dzieciństwa: grubych, chrupiących andrutów przekładanych obłędnie pachnącą czekoladową masą. Wiedeński cukiernik Pischinger miał talent, a ja szczęście, że moja rodzina pochodziła z Galicji i znałam ten smak od dzieciństwa. Idąc tu z dworca, wstąpiłam po drodze do cukierni i kupiłam trzy kawałki tego cukierniczego cudu.

Wróciłam do salonu i usiadłam na krześle wyścielonym bordowym aksamitem. Siedzisko było już trochę zapadnięte, ale po kilkudziesięciu latach używania trudno mieć o to pretensje. Wszystkie meble u prababci Emilii pamiętały przedwojenne czasy – także drugi tapczan, dębowa szafa trzydrzwiowa, toaletka i przeszklona biblioteczka. Dawniej człowiek kupował lub dostawał na początku dorosłego, samodzielnego życia wyposażenie mieszkania i w jego otoczeniu opuszczał ten świat – tak solidni byli rzemieślnicy.

Teraz te sprzęty to było wszystko, co zostało po prababci. Zrobiło mi się smutno. Niespodziewanie nadszedł wieczór i zamiast ciepłych promieni do pokoju zaglądał szarzejący mrok. Otrząsnęłam się i zapaliłam światło. Żarówka sufitowej lampy z jasnym szklanym kloszem delikatnie rozpraszała mrok; była jedna i wysoko nad podłogą – pokój miał pewnie ze trzy i pół metra wysokości. Zapaliłam drugą lampę, stojącą, z dużym kremowym abażurem, i od razu zrobiło się przytulniej. Wróciłam do stołu. Piłam mocnego earl greya, jadłam pyszny tort i zastanawiałam się, od czego zacząć. Właściwie to nie byłam przygotowana na przyjazd tutaj – nie miałam żadnych pudeł, kartonów czy worków. Nie wiedziałam, co zrobić z meblami – przecież nie zabiorę ich do mokotowskiego mieszkania. Zostawić wszystko, tak jak jest? Wyrzucić bym nie mogła, to w końcu pamiątka. A wszystkie inne rzeczy? Te w czeluściach szafy i szuflad? Bibeloty na półkach? Obrazy na ścianach? Nie opracowałam planu likwidacji – co za koszmarne słowo, aż się wzdrygnęłam – mieszkania, które odziedziczyłam. Nie wiedziałam nawet, czy je wynająć, czy sprzedać, ale właściwie to była tylko wymówka, bo mogłabym już zacząć przeglądać spadek po prababci i segregować przedmioty, a dopiero potem je pakować lub wynosić na śmietnik, nagle jednak zabrakło mi odwagi. I zrobiło mi się wstyd, ponieważ przez ostatnie miesiące żyłam najpierw przygotowaniami do ślubu, a potem tonęłam w smutku po zerwanym narzeczeństwie. Prababcia Emilia odeszła pomiędzy tymi wydarzeniami, jakoś tak po cichu, wręcz niezauważenie… A teraz dodatkowo poczułam się jak intruz, podglądaczka, która zyskała dostęp do czyjegoś życia i sekretów. Sekretów, tak się mówi, choć oczywiście nie posądzałam seniorki Majewskiej o żadne tajemnice. Jakie tajemnice mogłaby mieć mocno starsza pani, od kilkudziesięciu lat samotnie spędzająca życie?...

Prababcia Emilia… Piękna, delikatna, krucha i taktowna. Zawsze trochę odległa, bo ona z babcią Elżbietą tu, w Krakowie, a my z mamą Dorotą w Warszawie. Babcia bywała u nas częściej, zwłaszcza kiedy byłam mała, ponieważ wyręczała córkę w obowiązkach macierzyńskich, gdy ta korzystała z uroków młodości. Mojego ojca nie miał kto wyręczać, bo go zwyczajnie nie było – wcale. Do prababci zaś zawsze się jeździło. Prababcia była odświętna i trochę z innego świata. Zabierała mnie na spacery po Plantach i na lody na Rynku, chodziłam z nią na zakupy na Kleparz i wycieczki bulwarami wiślanymi. Opowiadała mi bajki i czytała książki. Kochałam ją, ale zawsze czułam wobec niej jakiś respekt. Nie, to złe słowo – raczej szacunek. Zdecydowanie nie była babcią kumpelą. Pewnie dlatego nie pytałam jej o różne sprawy, na przykład o to, jak to się stało, że żyje samotnie. Po prostu wiedziałam, że o to się nie pyta, o tym się nie mówi. Nawet Dorota – bezpośrednia i spontaniczna – nie wyskakiwała z takimi dociekaniami.

Podobnie się milczało na temat panieństwa babci Elżbiety. Nie takiego konsekwentnego bycia samotną, bo przecież prababcia Emilia urodziła Elżbietę, która także powiła córkę, więc choć przez chwilę obie znajdowały się w męskich ramionach… No, właściwie czyje ramiona ściskały babcię, to wiedziałam, ale o tej historii też się w naszej rodzinie nie mówiło. Było, minęło, cicho sza.

Mama Dorota także nigdy nie miała męża, choć akurat jej – i przy okazji moja – historia nie była mi obca. Jednak myślenie o niej było ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebowałam.

Za oknem zapanowała już ciemność. Spojrzałam na zegar – dochodziła dziewiąta. Wczesny wieczór, w dawnych czasach dopiero bym się rozkręcała, ale teraz uznałam, że to wystarczająca wymówka, by już dzisiaj nic nie robić. Mimo że nie wykonałam żadnej pracy fizycznej, czułam się piekielnie zmęczona, jakbym przerzuciła z tonę węgla. Emocje potrafią osłabić bardziej niż trud fizyczny.

Stojąc w białej żeliwnej wannie, wzięłam szybki prysznic, potem wyszorowałam zęby, nakremowałam twarz. Z szafki przy łóżku wyciągnęłam starannie wymaglowaną zmianę pościeli w drobne różyczki – mój wizytowy komplet, który zawsze na mnie czekał, gdy nocowałam u prababci. Pamiętam go z wczesnego dzieciństwa, a potem z kolejnych lat. Wciąż ten sam, niezmienny, jak wszystko w tym domu. Sprawnie uporałam się z obleczeniem puchowej kołdry i poduszki solidnie wypełnionej pierzem i już po kwadransie leżałam w łóżku. Raz jeszcze spojrzałam na pokój pogrążony w mroku, delikatnie tylko rozproszonym światłem księżyca. Pomyślę o tym jutro, postanowiłam jak Scarlett O’Hara i zasnęłam.

Rozdział drugi

„A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój. (…) Znowu w drogę, w drogę trzeba iść, w życie się zanurzyć” – przypomniał mi się fragment piosenki Jest taki samotny dom.

Tak się właśnie czułam rankiem, drugiego dnia mojego pobytu w Krakowie. Samotna w samotnym domu. Splątane emocje, które mi wczoraj towarzyszyły, dzisiaj osłabły, ustępując miejsca nostalgii i smutkowi.

Rozejrzałam się po cichym, pustym salonie i dopiero teraz do mnie dotarło, z całą mocą, jaki był cel mojej podróży – ostatecznie zamknąć życie prababci Emilii. Całą ziemską drogę przeszła samotnie, a teraz jej dobytek pakuje jej równie samotna prawnuczka. Co z nami jest nie tak? Dlaczego musimy iść przez życie w pojedynkę? Oczy mi się zaszkliły. Tak, płakałam po Emilii, ale chyba bardziej płakałam nad sobą. Często mi się to zdarzało w ciągu ostatnich tygodni po rozstaniu z Pawłem, więc już wiedziałam, że takie ranki nie zwiastują niczego dobrego – przez cały dzień będę czuć piasek pod opuchniętymi powiekami, a myśli nie zdołają się uwolnić z pajęczyny smutku. Na takie niedobre nastroje jest tylko jedna rada: zmusić się do wstania i działania.

Pół godziny później byłam już po zimnym prysznicu – taki podobno najlepiej budzi, mobilizując organizm, choć w tym przypadku zadziałały nie zalecenia prozdrowotne, ale fakt, że coś się przestawiło w piecyku i teraz z rur leciała tylko chłodna woda. Później o tym pomyślę – Scarlett we mnie miała się coraz lepiej.

Potem zeszłam do sklepu spożywczego, kilka zaledwie kroków od kamienicy, gdzie kupiłam małą kostkę masła, dwie kajzerki i miód. Wzorem babci i z konieczności spowodowanej brakiem lodówki zrobiłam okrojone zakupy. Szukając kawy w kredensie, znalazłam tylko puszkę z mielonymi ziarnami. Przypomniałam sobie wtedy, że prababcia pijała taką właśnie kawę – nie z ekspresu, którego oczywiście nie miała, nie rozpuszczalną, ale zalewaną. Wstawiłam czajnik i nasypałam trochę aromatycznego brązowego proszku do kubka. Zalałam go wrzątkiem, i kiedy napój lekko ostygł, wzięłam pierwszy łyk – oprócz płynu połknęłam też sporo kawowego proszku, aż zachrzęściło w zębach. Jakim cudem prababcia Emila opanowała picie czegoś takiego? Rozejrzałam się po kuchni w poszukiwaniu sitka, by przecedzić kawę. Po tej operacji było trochę lepiej, ale nie na tyle, bym nie pomyślała, że wracając do domu, trzeba będzie nabyć mały słoik kawy rozpuszczalnej.

Postanowiłam pójść na zakupy – potrzebowałam kartonów i worków. Bez tego wyposażenia nie będę mogła przystąpić do pracy, ale prawda była także taka, że po prostu chciałam odwlec moment przeglądania prababcinych rzeczy. Wciąż jeszcze czułam się w tym mieszkaniu jak intruz, mimo że byłam już jego prawowitą właścicielką. No właśnie – właścicielką. Pierwsze mieszkanie (to warszawskie na papierze wciąż pozostawało własnością Doroty, choć od lat mieszkałam tam tylko ja, a mama kilka razy w roku wpadała na Mokotów jak do hotelu) powinno się kojarzyć z dorosłością, nowym życiem, tymczasem we mnie nie było żadnego podekscytowania. Oczywiście, było mi smutno, że prababcia umarła, ale był to smutek w jakiś sposób akceptujący – Emilia urodziła się w 1923 roku, więc i tak, jeśli chodzi o wiek, wygrała los na loterii życia. Nie chorowała, do ostatnich chwil była sprawna i samodzielna, ale przecież wszystkie wiedziałyśmy, że kiedyś będzie musiała opuścić ten świat. Zdarzyło się to w najlepszy z możliwych sposobów – pewnego kwietniowego wieczora zasnęła już na wieczność. Mimo tego naturalnego przebiegu schyłku życia trudno mi było się z nim pogodzić. Seniorka naszego rodu nie żyła. Właściwie to nie wiem, czy określenie ród, jeśli dotyczy samych kobiet, jest uprawnione. Przecież wiadomo, że bez mężczyzny geny nie przetrwają. My jednak byłyśmy wyjątkowe – kolejne pokolenia pojawiały się na świecie i to wciąż pod tym samym nazwiskiem. Co za przewrotność losu…

Tak się zamyśliłam, że w poszukiwaniu sklepu papierniczego przeszłam już spory kawałek od Wiślnej, w ogóle się nie rozglądając. Teraz zaczęłam więc bacznie lustrować wystawy. Papiernika nie było, ale z zaciekawieniem przyglądałam się mijanym szyldom. Pasmanteria „Igiełka”, salon kamieni „Ametyst”, sklep spożywczy „Cytrynka”, drogeria „U Anny”, cukiernia „Białe i Czarne”, „Konfekcja dla Puszystych”. Sklepy małe i większe, z różnymi wystawami, niektóre wzruszały nieporadnością aranżacji, ale były takie… prawdziwe. Takie jak pamiętam z dzieciństwa. Miałam wrażenie, że teraz w Warszawie są same sieciówki, z wystawami urządzanymi identycznie w całej Europie, a w centrum można tylko wypić kawę, kupić bajecznie drogą torebkę lub skorzystać z usług banku. Tutaj było całkiem inaczej. Trochę siermiężnie, ale zarazem swojsko. Przyjemnie, bez napinania się. Nawet ludzie wyglądali jakoś odmiennie: swobodniej ubrani, nie tacy wystylizowani, mniej się spieszący, niewpatrujący się w ekrany komórek. Wcześniej nie zwracałam na to uwagi. No ale od ładnych już kilku lat do Krakowa przyjeżdżałam sporadycznie, zwykle na Wszystkich Świętych i Boże Narodzenie. Krótka wizyta i z powrotem do domu, do Pawła… Palant!

„Naprawa parasoli”. Rany, kto jeszcze naprawia parasole?, przebiegło mi przez głowę. W Krakowie chyba sporo ludzi, bo przez niedużą witrynę dostrzegłam dwie osoby przy kontuarze, a na półkach – dużo kolorowych materiałów, z których wystawały drewniane rączki. „Galanteria skórzana”. „Biuro nieruchomości Stella”. „Usługi geodezyj…”. Zaraz, zaraz, pomyślałam, nagle się zatrzymując. A może warto zajrzeć do tego biura nieruchomości? Nie postanowiłam jeszcze, co zrobię z mieszkaniem, ale rozważyć różne opcje zawsze warto.

Byłam w kropce. Moje potrzeby mieszkaniowe zostały już zaspokojone. Kiedy Paweł się wyniósł, miałam nawet wrażenie, że mieszkanie jest dla mnie za duże. Nagle zrobiło się tak pusto… Nie potrzebowałam pieniędzy, by kupić coś swojego, bo dotychczasowy układ z mamą działał doskonale, a ona już tak wsiąkła w tę Suwalszczyznę, że na pewno nie wróci. Mogłabym po prostu zatrzymać mieszkanie na Wiślnej, nic z nim nie robiąc, ale nie jest dobrze, gdy lokal stoi pusty, zwłaszcza zimą, nieogrzewany. Jakimś pomysłem był wynajem, ale nie potrafiłam sobie wyobrazić, jakby to miało działać na odległość. Przecież nie będę prosiła babci o pomoc, nie jest już taka młoda i ma swoje problemy ze zdrowiem. No to może jednak sprzedaż?... Załatwić sprawę, pieniądze dać na jakąś lokatę i problem z głowy. Zarazem jednak z jakiegoś irracjonalnego powodu było mi żal pozbywać się tego mieszkania. Tyle lat w rodzinie…

Mimo mętliku w głowie zdecydowałam się wejść do biura nieruchomości. Rozejrzę się i porozmawiam, to przecież nic nie kosztuje, pomyślałam.

W środku były dwa biurka, z czego jedno puste. Przy tym drugim siedział mniej więcej czterdziestoletni mężczyzna, który wklepywał coś do komputera. Śmigał palcami po klawiaturze, jakby skończył kurs pisania dla sekretarek. Przez kilka sekund jego dłonie jeszcze wykonywały ten taniec, potem zamaszyście stuknął klawisz „enter” i odwrócił się w moją stronę.

– Dzień dobry. Co panią do nas sprowadza? – zapytał z bardzo miłym uśmiechem.

Lęk i bezradność, pomyślałam.

– Dzień dobry. Mam mieszkanie… – odpowiedziałam i zamilkłam, mało inteligentnie.

– Zatem kupować kolejnego zapewne pani nie chce. Może więc sprzedać lub wynająć? – Agenci nieruchomości muszą być jak sprzedawcy i lepiej od klienta wiedzieć, czego on potrzebuje, zwłaszcza jeśli klient sprawia wrażenie nierozgarniętego.

– Sprzedać lub wynająć – potwierdziłam, dla większego bezpieczeństwa akcentując „lub”, bo przecież nie podjęłam ostatecznej decyzji.

– To zapraszam panią do biurka, porozmawiamy. Tomek Kwiatkowski, właściciel. Zrobić coś do picia? Kawy, herbaty, wody?

– Klara Majewska. Kawy – odparłam, z ulgą patrząc na mały ekspres pod ścianą. Kolejna porcja kofeiny, tym razem bez fusów, zdecydowanie by mi się przydała. – Poproszę – dodałam z właściwą sobie poprawnością.

– Bardzo proszę.

Po kilku minutach postawił przede mną fikuśną filiżankę z czarnym aromatycznym napojem, cukiernicę i mleko w małym dzbanku. Bardzo elegancko, pomyślałam. Przyjrzałam mu się lepiej – wyglądał modnie – dżinsy, idealnie skrojona marynarka w chabrowym kolorze, starannie odprasowana koszula i trampki. Jak z żurnala, choć bez zadęcia, wręcz przeciwnie, przyjacielsko. Jeśli równie profesjonalnie zajmuje się nieruchomościami, co swoją garderobą, to byłam w dobrych rękach.

– No to pora na garść szczegółów. Co to za mieszkanie? – Usiadł naprzeciwko i sięgnął po skoroszyt, by wyjąć z niego plik dokumentów.

– Po prababci. Właśnie odziedziczyłam.

– W Krakowie?

– Tak. Tu niedaleko, na Wiślnej.

– O, to ładna lokalizacja – ożywił się. – A jak sprawa własności? – Nagle zrobił się czujny. – Dużo lokali w centrum to kwaterunki.

– W porządku, to mieszkanie własnościowe.

– A sprawy testamentowe już przeprowadzone? Była pani jedyną osobą z rodziny?

– Nie, jest jeszcze moja babcia i mama.

Pan Tomek się skrzywił – lekko, ale widocznie. Wiadomość najwyraźniej nie przypadła mu do gustu.

– To niedobrze.

– Niedobrze? – zdziwiłam się.

– To znaczy generalnie bardzo dobrze, że jest rodzina – wyrecytował szybko, może nawet zbyt szybko, by zabrzmiało to przekonująco. Cóż, jak się ma taką pracę, to pewnie się widziało to i owo. – Czasem sprawy spadkowe potrafią się ciągnąć latami, jeśli jakiś członek rodziny podważy zapisy testamentu.

– A po co miałby to robić?

– Pieniądze, proszę pani, wszystko z powodu pieniędzy – westchnął teatralnie. – Ktoś się czuje oszukany, bo dostał mniej niż ktoś inny. Kwestionuje wolę zmarłego i się zaczyna. Mieliśmy kiedyś taki przypadek. Osiem lat w sądach i końca nie widać – pokiwał smutno głową.

– A nie, na pewno nie – uspokoiłam go. – Mama i babcia absolutnie się zgadzają z ostatnim życzeniem prababci, żebym to ja dostała mieszkanie, zwłaszcza że one są już właścicielkami innych mieszkań.

– A pani nie?

– A ja nie – odparłam.

– A właściwie dlaczego nie chce się tam pani wprowadzić? To dobra kamienica w atrakcyjnym miejscu. Proszę wybaczyć, że pytam, ale trochę mnie to dziwi.

– Mieszkam i pracuję w Warszawie – wyjaśniłam krótko. Przecież nie będę streszczać swojego życia obcemu człowiekowi, nawet tak miłemu, jak pan Tomek.

– A, no to wszystko jasne. Dobrze, zatem podsumowując: lokal własnościowy, nieobciążony hipotecznie – podniósł na mnie wzrok, a ja potakująco kiwnęłam głową – sprawa formalnego przepisania w toku.

– Wszystko się zgadza – potwierdziłam.

– To teraz uzupełnimy tabelkę. Dokładny adres?

– Wiślna 3 mieszkania 13.

– Piętro?

– Czwarte.

– Metraż?

– Pięćdziesiąt dwa metry.

– Okna?

– No, są – zdziwiłam się.

– Tego się domyślam. – Pan Tomek się roześmiał. – Ale od podwórka czy od ulicy?

– A, o to chodziło. Od Wiślnej.

– Czyli z widokiem na lipy?

– Na wprost lip.

– O, to uroczo. Na razie same plusy. No dobrze, a stan techniczny?

– Cóż, teraz chyba zaczną się minusy. Prababcia nie była zwolenniczką modernizacji, a że mieszkała sama…

– No tak, to typowe. Mieszkania po wdowach są zawsze w gorszym stanie technicznym niż te, w których był mężczyzna. Wiadomo, w domu potrzeba męskiej ręki.

Mój odżywający humor znowu zaczął słabnąć. Wyobraziłam sobie moje warszawskie mieszkanie za pół wieku – szare, przybrudzone, z obluzowanymi drzwiczkami w kuchni i cieknącym kranem w łazience. I nawet nie będę wdową…

– Ogrzewania nie ma?

– Nie ma, jest piec w salonie i piecyk olejowy w jadalni.

– Czyli do remontu. To nie znaczy, że to bardzo źle, po prostu cena będzie trochę niższa. A inne parametry? Na przykład łazienka?

– Jest. W niezmienionym stanie od lat pięćdziesiątych, ale bardzo urokliwa.

– Czyli do remontu. – Zapisał pan Tomek. – Kuchnia?

– Urokliwa. Do remontu. – Szybko załapałam odpowiedni tok myślenia, ciesząc się, że uda mi się tym zatrzeć nie najlepsze wrażenie z początku. Skoro uważałam, że nie jestem bardzo ładna, zależało mi na tym, by inni uważali mnie za inteligentną. Przynajmniej tyle.

Agent się uśmiechnął.

– Pokoje dwa, ale przechodnie – dodałam już sama, nie pytana. – I jeszcze mała spiżarnia.

– Standardowy zestaw w takich kamienicach. Zdjęcia pani ma?

– No nie, bo właściwie wstąpiłam tu spontanicznie, zamierzałam najpierw trochę ogarnąć mieszkanie, a dopiero potem oddać sprawę w ręce fachowców. – Uśmiechnęłam się przepraszająco.

– Nie szkodzi, sami sfotografujemy. Jeśli oczywiście jest pani zainteresowana współpracą. – Spojrzał na mnie pytająco.

– Jestem, naturalnie, tylko wciąż nie wiem, czy sprzedawać, czy wynajmować…

– Z opisu wynika, że tylko sprzedać. Wyobraża sobie pani potencjalnego wynajmującego, który będzie w sezonie grzewczym biegał góra-dół z wiaderkiem węgla?

Nie wyobrażałam sobie. Zupełnie o tym nie pomyślałam. Chyba po prostu uznałam, że skoro prababcia Emilia dawała sobie radę... I znowu zrobiło mi się wstyd – o czym jeszcze nie pomyślałam, siedząc sobie wygodnie w tym swoim warszawskim gniazdku i zajmując się tylko sobą?...

– No chyba że chce pani wyremontować mieszkanie i takie odnowione zaproponować do wynajęcia?

– Szczerze mówiąc, to nie zastanawiałam się nad tym. A co pan by mi doradził?

Pan Tomek spojrzał na mnie i powiedział:

– Cóż, wszystko zależy od potrzeb właściciela. I jego możliwości. Wynajem ma zalety, bo co miesiąc na konto wpływają pieniądze. Łatwy zarobek, a majątek wciąż w kieszeni, prawda?

– Prawda. – Pokiwałam głową, przychylając się w tym momencie do opcji wynajmu mimo widma piekielnego remontu przed sobą.

- Nieprawda, złociutka. – Miło uśmiechnął się pan Tomek. – Sprawy rzadko układają się po myśli właścicieli. O idealnego wynajmującego trudno, a ludzie są teraz nieobliczalni. Albo płacą nieregularnie, albo wręcz się wymigują od płacenia. Nie szanują mieszkania, bo to przecież nie ich własność. Często mają uwagi i problemy. Jeśli się mieszka niedaleko, to sprawy da się jeszcze ogarnąć, choć co sobie człowiek krwi napsuje, to na zdrowiu straci. Poza tym czekałby panią remont, a to po śmierci bliskiego i rozwodzie punkt trzeci na liście najbardziej stresujących sytuacji. Pani by się jeszcze musiała spieszyć, żeby zdążyć na wakacje, bo wtedy jest największy popyt – studenci szukają mieszkań przed początkiem roku akademickiego.

– Czyli raczej sprzedaż? – oklapłam. Zaczynała mnie boleć głowa. Co ja właściwie sobie wyobrażałam? Że przyjadę do Krakowa i w ciągu dwóch tygodni, szast-prast, wszystko załatwię? Szybciutko i bez problemów? O naiwności!...

– W pani przypadku bym doradzał ten wariant, ale oczywiście ja mogę tylko sugerować, ostateczna decyzja należy do pani.

Patrzył na mnie, a ja siedziałam nad filiżanką chłodnej już kawy i nie wiedziałam, jaką decyzję podjąć. Powinnam wrócić do domu, zrobić tabelkę plusów i minusów dla obu rozwiązań, skonsultować się z kimś, przemyśleć sprawę i… Nagle jednak postanowiłam postąpić zupełnie inaczej. Zawsze wszystko tak przemyśliwałam, nad wszystkim się zastanawiałam, byłam taka poukładana i porządna. I do czego mnie to przywiodło? Choć raz w życiu odważę się na spontaniczną i szybką decyzję.

– Sprzedaję mieszkanie.