Serce w serce. Komentarz do Księgi Rut - Adam Szustak OP - ebook

Serce w serce. Komentarz do Księgi Rut ebook

o. Adam Szustak

0,0
25,00 zł

lub
Opis

Księga Rut opisuje historyczne wydarzenia, ale jednocześnie spełnia się w czasie, gdy jest czytana. Księga ta była związana ze Świętem Pięćdziesiątnicy. Odczytywano ją wtedy w domach. Chciałbym Cię zaprosić właśnie do takiego przeczytania historii Rut. Ośmielam się wejść w rolę ojca, który czyta ją swojej rodzinie z przekonaniem, że nie jest ona tylko zapisem wydarzeń sprzed tysięcy lat, ale szansą na spotkanie z Bogiem twarzą w twarz. Jestem przekonany, że to opowieść o Tobie i Bogu - niesłychanie wytęsknionym - który w trakcie czytania będzie schodził po niebiańskiej drabinie, żeby spotkać się z Tobą tak, jak jeszcze nikt nigdy się z Tobą nie spotkał. Usiądź więc wygodnie i posłuchaj najbardziej niezwykłej historii, która wydarzyła się przed wiekami, gdy Bóg zawędrował na koniec świata, czyli do Moabu.

Od Autora:

Są historie tak niezwykłe, że choć trudno w nie uwierzyć, mają moc, by zmienić świat. Historie, o których marzymy, pragnąc wziąć w nich udział, pomimo, że wszystko mówi nam, że to niemożliwe. Właśnie taka jest historia Rut.

Jestem przekonany, że to także opowieść o spotkaniu Twojej duszy z Bogiem, spotkaniu niesłychanie przez Niego wytęsknionym. Jestem przekonany, że w trakcie czytania Bóg będzie schodził po niebiańskiej drabinie, żeby spotkać się z Tobą tak, jak jeszcze nikt nigdy się z Tobą nie spotkał. Usiądź więc wygodnie i zanurz się w tej najbardziej niezwykłej historii, która wydarzyła się przed wiekami, gdy Bóg zawędrował do Moabu, czyli na sam koniec świata. Zawędrował tam, żeby znaleźć Ciebie.
Adam Szustak OP

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 119

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



WSTĘP

Tak zawsze działo się drugiego dnia Pięćdziesiątnicy. Tej żydowskiej, jeszcze z czasów przed Panem Jezusem. Wieczorem tego dnia cała rodzina siadała razem, żeby czytać. Nie w synagodze, nie w świątyni czy jakimkolwiek innym świętym, ważnym miejscu, ale w domu. Obowiązkiem ojca rodziny było zapewnienie wybornego wina, które koniecznie musiał kosztować każdy słuchacz. Potem rozpoczynało się długie całonocne czytanie. Aż do świtu. Koniecznie aż do świtu, bo właśnie o tej porze dnia Bóg sprawia, że to, co się czyta, dzieje się naprawdę. Bo każdego poranka Bóg stwarza wszystko na nowo, więc trzeba czekać przez całą noc, słuchając o Jego dziełach, aby o świcie ich doświadczyć. Drugiego dnia Pięćdziesiątnicy oczekiwano na spełnienie tego, co zawarto w Księdze Rut.

Księga Rut jest jedną z tzw. Pięciu Ksiąg Megilot, czyli pięciu ksiąg Starego Testamentu, uważanych przez pobożnych Żydów za księgi, które ciągle się dzieją, które bez względu na czas i miejsce nieustannie, niezmiennie się wydarzają. Każda z tych ksiąg oczywiście opisuje realne, historyczne wydarzenia, ale jednocześnie każda z nich spełnia się w czasie, gdy jest czytana. Te księgi były związane z pięcioma najważniejszymi świętami kalendarza żydowskiego. Podczas każdego święta odczytywano albo raczej melodyjnie śpiewano jedną z nich. Księga Rut była związana ze Świętem Pięćdziesiątnicy i właśnie wtedy ją odczytywano. Robiono to jednak nie w synagodze, lecz w domach rodzinnych.

Chciałbym Cię, drogi Czytelniku, zaprosić do właśnie takiego przeczytania historii Rut Moabitki. Ośmielam się wejść w rolę ojca, który swojej rodzinie, swoim dzieciom czyta tę opowieść. Czyta z przekonaniem, że nie jest ona tylko zapisem wydarzeń sprzed wielu tysięcy lat, ale będącym w zasięgu Twojej ręki pomostem prowadzącym do spotkania z Bogiem twarzą w twarz. Mam przekonanie, że ta historia opowiada o spotkaniu Twojej duszy z Bogiem, spotkaniu niesłychanie wytęsknionym przez Boga, który w trakcie czytania będzie schodził po niebiańskiej drabinie, żeby spotkać się z Tobą tak, jak jeszcze nikt nigdy się z Tobą nie spotkał. Usiądź więc wygodnie – cała noc przed nami – może nalej też sobie lampkę wybornego wina albo po prostu przygotuj dobrą herbatę i posłuchaj tej najbardziej niezwykłej historii, która wydarzyła się przed wieloma wiekami, kiedy Bóg zawędrował na koniec świata, czyli do Moabu.

1.

W czasach, gdy rządzili sędziowie, nastał głód w kraju. Z Betlejem judzkiego wyszedł pewien człowiek ze swoją żoną i swymi dwoma synami, aby osiedlić się w ziemi Moabu. Nazywał się ten człowiek Elimelek, jego żona – Noemi, jego dwaj synowie – Machlon i Kilion. Byli oni Efratejczykami z Betlejem judzkiego. Przybyli na ziemię Moabu i tam zamieszkali. (Rt 1, 1-2)

Księga Rut to tylko cztery rozdziały i mogłoby się wydawać, że niewiele można opowiedzieć w tak krótkim czasie. Przyjrzyjmy się pierwszym kilku wersetom, żeby zobaczyć, jak niezwykle gęsty i obficie wypełniony treścią jest ten tekst. Pierwsze postaci, na które natrafiamy, to rodzina: Elimelek, Noemi i ich dwóch synów. Bardzo piękni ludzie. Elimelek to imię, które po polsku oznacza „Pan jest moim królem", „Bóg jest moim królem". Elimelek jest zatem człowiekiem, który ma wypisane w swoim sercu i w swoim imieniu, że Bóg w nim rządzi, że Bóg jest Panem wszystkiego, co w nim jest. Cudowny mężczyzna. Jego żona to Noemi. Ona ma imię, które powinna mieć każda kobieta, Noemi bowiem można najprościej przetłumaczyć jako „moja słodka". W niej jest sama rozkosz, w niej nie ma goryczy, nie ma cierpienia, nie ma samotności, nie ma bólu, ona jest chodzącą słodyczą. Mieszkają w Betlejem. Betlejem zaś oznacza „dom pełen chleba". Można więc powiedzieć, tak trochę żartem, że Betlejem to taka wielka piekarnia, co z kolei znaczy, że ludzie tam mieszkający są syci, bo przecież trudno sobie wyobrazić, żeby brakło im chleba. Ich miasto jest nazwane domem chleba, czyli miejscem, gdzie ludzie nie odczuwają głodu, niczego nie łakną, wszystko mają – to bardzo idealistyczny obraz stanu ludzkości, która jest we wszystko wyposażona, która jest pełna wszystkiego. Zauważcie, że w tym pierwszym, krótkim opisie można znaleźć przedstawiony w bardzo symboliczny sposób obraz raju: mężczyzna i kobieta, oboje o wspaniałych imionach, które wyrażają ich przepiękne cechy, żyjący w miejscu obfitującym, gdzie niczego nie brakuje. Autor Księgi Rut chce nam więc opowiedzieć historię, która nie tylko wydarzyła się na ziemi w konkretnym mieście i w konkretnym czasie, ale roztacza wizję, którą chce nam opowiedzieć o całej ludzkości, o każdym człowieku, w każdym czasie i w każdym miejscu na ziemi.

Ta rajska wizja zostaje jednak bardzo szybko popsuta. Bardzo szybko, bo już w pierwszym wersecie słyszymy o głodzie, który nawiedza tę krainę w czasach sędziów. Nawet chwili nie możemy się nacieszyć rajską beztroską, bo od samego początku widzimy, że dzieje się coś bardzo niedobrego. Midrasze żydowskie podają, że szczęście w raju, zanim popełniliśmy grzech pierworodny, trwało tylko sześć godzin. Cała późniejsza historia ze wszystkimi jej tysiącleciami to już historia świata popsutego przez grzech. Bardzo szybko więc uciekliśmy ze świata, który zaproponował nam Pan Bóg. Opuściliśmy go po to, żeby osunąć się w gehennę, którą przygotowaliśmy sobie przez nasz grzech. Właśnie dlatego w tej księdze tylko na początku, tylko w pierwszym zdaniu, dosłownie przez chwilę, jest dobrze. Zaraz potem przychodzi głód. Głód, którego doznają wszyscy ludzie na świecie. Głód, który jest w każdym człowieku.

Historia opowiedziana w Księdze Rut to czasy sędziów. Historycznie chodzi oczywiście o pewną formę władzy praktykowaną w tamtych czasach między innymi w rozstrzyganiu sporów między ludźmi. W Izraelu taki ustrój utrzymywał się przez bardzo długi czas, a było to spowodowane przekonaniem, że jedynym prawdziwym władcą ludu wybranego jest Jahwe. Ziemscy przewodnicy ludu pełnili zatem tylko funkcję wspomagającą w różnych codziennych, a często jedynie militarnych dziedzinach życia. Myślę jednak, że to sformułowanie o „czasach sędziów" można też usłyszeć inaczej, bardziej symbolicznie. Czasy sędziów czyli czasy, kiedy się osądza, a osądzanie, to bardzo adekwatne określenie świata po grzechu, świata, w którym żyjemy. Nasza codzienność to przecież hegemonia opinii publicznej, wartości w oczach innych, docenienia na forum publicznym. Nasz świat jest wypełniony ludźmi poszukującymi akceptacji i dowartościowania, którzy drżą na samą myśl o tym, że ktoś może ich nie akceptować. I nie chodzi tu oczywiście jedynie o sferę publiczną, to jest przede wszystkim bardzo wewnętrzna właściwość każdego człowieka po grzechu pierworodnym, bo to jest jeden z jego skutków, to jest brzemię, które ciągle w sobie nosimy. Przecież jednym z pierwszych owoców dania posłuchu szatanowi w ogrodzie rajskim było właśnie poczucie wstydu posunięte aż do konieczności ukrycia się w krzakach z obawy przed spojrzeniem Boga i człowieka. Od tego czasu wszyscy żyjemy w panicznym lęku o to, co inni o nas pomyślą, jak nas ocenią, czy nas nie osądzą, nie odrzucą i czy nami nie pogardzą. To są właśnie czasy sędziów, przed którymi ciągle bezskutecznie próbujemy uciec do jakiegoś świata, w którym wreszcie bylibyśmy od tego wolni. Ten głód akceptacji i docenienia jest tak wielki, że postanawiamy w końcu udać się do Moabu, a to niestety nie jest zbyt dobry pomysł.

Ród Moabitów wziął się z kazirodczego związku Lota z jego dwoma córkami. Kiedy była niszczona Sodoma i Gomora, Lot uciekł stamtąd i schronił się w jednej z jaskiń w pobliskich górach. Tej nocy jego córki najpierw upiły swego ojca, a potem spały z nim. Z tego związku wyszły dwa narody: Moabici i Ammonici, które są przeklęte dla Izraela. Żydom nie wolno wchodzić w żadne relacje z członkami tych narodów, nie wolno się z nimi kontaktować, nie wolno do nich jeździć, a już nie daj Boże wejść w związek małżeński z kimś z Moabu. Każdy inny naród pogański miał u Izraelitów prawo do tego, by w trzecim pokoleniu od momentu zamieszkania w ziemi Izraela wejść do narodu wybranego. Każdy inny naród pogański poza Moabitami i Ammonitami. I tak gdyby Egipcjanin przybyły na ziemie Izraela miał syna, a ten syn miałby syna, to ten jego wnuk mógłby być już Żydem, mógł zostać przyjęty do narodu wybranego. Takie było prawo. Nie dotyczyło ono jednak Moabitów, którzy nigdy, w żadnym pokoleniu nie mogli wejść do narodu wybranego.

Moab jest więc dla Izraela synonimem wszystkiego, co przeklęte, co odrzucone, co nic niewarte, co domaga się tylko i wyłącznie unikania. Moab to więc jakby kwintesencja osądu. I to właśnie tam, do Moabu, Elimelek ucieka ze swoją rodziną w czasach głodu. Czytając tę historię na poziomie duchowym, mamy w niej do czynienia z obrazem kogoś, kto pogrąża się coraz bardziej w osądzie, kto poszukując ciągle drogi ucieczki od opinii innych, od pogardy, od poczucia osamotnienia i odrzucenia, zanurza się w osądzie coraz bardziej i bardziej, aż do tego stopnia, że staje się mieszkańcem najbardziej odrzuconego i znienawidzonego kraju. Osąd osiąga swoje maksymalne granice.

Pierwsze pytanie, na które warto więc w tym kontekście sobie odpowiedzieć, to pytanie o to, gdzie siebie osądzamy, gdzie sobą gardzimy, gdzie jesteśmy przekonani, że należy się nam Moab. Każdy z nas doskonale wie, gdzie to jest, gdzie jest coś, co nazywa w swoim życiu przekleństwem, gdzie jest takie miejsce, w którym mówi sobie: tam nigdy nie będzie dobrze, to, co mam, to nawet w sto dwudziestym piątym pokoleniu nie stanie się czymś dobrym. Dokładnie wiesz, gdzie jest, mówiąc krótko, Twój przeklęty Moab, gdzie jest ta przestrzeń, gdzie sam siebie bezlitośnie osądzasz. To pierwsze pytanie, które zadaje nam Księga Rut, jest niesłychanie ważne. Bez konkretnego, szczegółowego i nade wszystko prawdziwego, szczerego nazwania tych osądów nie można ruszyć do wolności. Jak mówi Pan Jezus, prawda jest tym, co wyzwala, więc musimy się na nią odważyć, choć może to być bolesne, choć możemy mieć w sobie od razu chęć ucieczki, to bez tego pierwszego kroku nie pójdziemy dalej.

Krzywda, którą zły duch wyrządza nam w najbardziej podstawowy sposób, to nieustanne przychodzenie do nas z osądem. On ciągle nas oskarża o rzeczy prawdziwe i nieprawdziwe. Oskarża o realne grzechy, wyolbrzymiając je w zupełnie niewiarygodny sposób, i o coś, czego nie zrobiliśmy, wmawiając nam nieprawdę. Człowiek nie jest w stanie przyjąć takiej dawki osądzających go twierdzeń, tym bardziej, że wszystkie osądy w taktyce złego są albo nieprawdziwe albo oparte na prawdzie, ale wyolbrzymione i rozdmuchane do nieznośnych rozmiarów. Jeśli nie możemy czegoś unieść, to zwalamy to na kogoś innego, żeby nie musieć samemu tego dźwigać. W ten sposób jednak koło osądzania rozszerza się coraz bardziej i bardziej, aż staje się monstrualnym i zamkniętym kręgiem. Ta taktyka działania złego jest obecna już od pierwszego jego publicznego wystąpienia na arenie historii. Pamiętasz, jak było z Adamem, Ewą i wężem w ogrodzie rajskim? Co powiedział Adam, gdy Bóg przyszedł go zapytać o jego nieposłuszeństwo? „To nie ja, to Ewa". Co zrobił? Zwalił winę na kogoś innego. Osądził. Potem Pan Bóg poszedł do Ewy i co powiedziała Ewa? „To nie ja, to wąż mnie zwiódł". Zwaliła winę na kogoś innego. Niektórzy śmieją się, że wąż już nie miał na kogo zrzucić winy i zostało, że to on. Osąd i przerzucanie winy na innych to podstawowy mechanizm działania złego.

Kiedy rozmawiam z ludźmi, kiedy patrzę na dzisiejsze czasy sędziów, jestem absolutnie przekonany, że najważniejszą rzeczą, która jest dziś do zrobienia, to odkręcenie tego osądu, odkręcenie tego wszystkiego, co źle o sobie mówimy, jak źle na siebie patrzymy, jak źle o sobie myślimy i jak wierzymy w to wszystko, co inni źle o nas mówią, myślą, jak patrzą. I pierwszą rzeczą, którą chciałbym, żebyś zrobił, to żebyś ponazywał ten osąd, który jest w Tobie, żebyś go zlokalizował i nazwał. I nie jest ważne, czy przyczyną tego są rzeczy realne czy nierealne. Nieważne, czy sobie powiesz, że słusznie się oskarżasz czy niesłusznie się oskarżasz. Znajdź osąd, znajdź dzisiaj te miejsca, gdzie ktoś – Ty sam albo inny człowiek, albo szatan – mówi o Tobie źle. Nazwij sobie wszystko, gdzie o Tobie jest źle mówione. Dlatego, że głód, który masz, ten głód, o którym jest mowa w Księdze Rut, nie może zostać zaspokojony właśnie z tego powodu.

Kiedy Bóg do Ciebie przychodzi, a On co chwilę przychodzi do każdego z nas, i próbuje powiedzieć Ci słowa błogosławione, takie, jakie mówił pierwszym ludziom w Księdze Rodzaju, gdy patrzył na Adama i Ewę, słowa absolutnego podziwu i zachwytu, to ogromna większość z nas nie jest w stanie w to uwierzyć i odpowiada Bogu: nie widzę tego, nie czuję tego, nie kochasz mnie. Dlaczego? Z powodu tych wszystkich osądów, które w nas są, z powodu tego nieustannego jątrzenia osądu, który nam wpuszcza zły. Co zrobił Elimelek, kiedy wyemigrował do Moabu? Wszedł w osąd. Ludzie, którzy wcześniej mówili, że jest błogosławiony, bo jest bogaty (a dla tamtej kultury bogactwo oznaczało Boże błogosławieństwo), potem zaczęli go przeklinać, a nawet wprowadzili w ten cykl osądu Boga, którego postawili w roli sprawiedliwego – w ich mniemaniu – sędziego karzącego tę rodzinę trzema śmierciami jako karą za grzech, czyli osądem. To są czasy osądu, kiedy ludzie źle mówią o sobie nawzajem, kiedy źle mówią sami o sobie i kiedy Bóg (w ich opinii) również mówi o nich źle. To jest kraina Moabu.

Ale Moab to nie tylko kraj osądu. Jego stolica nosi nazwę Kir-hareseth i według proroka Izajasza mieszkańcy tego miasta znani są na całym świecie z unikatowej receptury na placki z rodzynkami, którymi ponoć zajadają się jak mało kto. Nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że owe placki z rodzynkami, które produkują w Kir-hareseth, właściwe dla Moabitów, czyli właściwe dla nas, są jednocześnie pokarmem prostytutek. Tak o tym pisze w trzecim rozdziale swojej księgi inny prorok, Ozeasz. Twierdzi, że ulubioną rzeczą, którą jedzą prostytutki, są placki z rodzynkami. Kraj Moabu jest zatem krajem prostytutek, niekoniecznie w dosłownym znaczeniu tego słowa, ale raczej jako określenie pewnej duchowej postawy. W Biblii, szczególnie w Starym Testamencie, można bowiem bardzo często znaleźć porównanie odstępstwa od wiary w Boga, wybór zła i grzechu do prostytucji. Naród wybrany, który jest szczególną własnością Boga, który jest Mu specjalnie poświęcony, jak żona mężowi, kiedy odchodzi od tej wierności, kiedy przyjmuje pogańskie wierzenia i nie przestrzega przykazań, porównywany jest właśnie do prostytutki czy nierządnicy.

Drugą więc kwestią do rozważenia dla każdego mieszkańca Moabu powinno być pytanie o duchową prostytucję, czyli o wszystkie miejsca naszej niewierności. Każdy z nas ma w życiu taką przestrzeń, o której wie, że zdradza tam siebie, zdradza swoją godność, zdradza swoją wartość, zdradza dobro, zdradza Boga. Trzeba to nazwać. Wszyscy w jakiś sposób uprawiamy prostytucję, wszyscy gdzieś siebie sprzedajemy. Ja osobiście potrafię bardzo szybko zlokalizować te miejsca, gdzie wiem, że za jakąś przyjemność, za akceptację, za miłość, sprzedaję swoją godność, sprzedaję swoją wartość, jestem mniejszy niż powinienem, bo nie chce mi się, bo jestem leniem, bo chcę akceptacji. I każdy z nas ma w sercu takie miejsca, gdzie handluje pięknem, które Pan Bóg w nim złożył, gdzie za cenę zdrady Boga albo dobra chce uzyskać coś, co wydaje mu się niezbędne do szczęścia, choć jednocześnie bardzo często wie, że to jest najzwyczajniej na świecie złe. Każdy z nas, bo nie ma przecież człowieka bez grzechu, jest w taki czy inny sposób niewierny. A zatem drugie pytanie na początek to: gdzie się prostytuujesz? Gdzie uwłaczasz swojej wartości i godności? Gdzie sprzeniewierzasz się miłości Boga?

I