Serce smagane wiatrem - Szymon Murzyn - ebook

Serce smagane wiatrem ebook

Szymon Murzyn

0,0
22,19 zł

lub
Opis

Drugi, po „Podróży ku zwątpieniu” zbiór wierszy, w którym autor prowadzi rozprawę z dawnymi doświadczeniami. Jednocześnie opowiada historię, która tworzy pewną spójną całość. Jest to kolejna autoterapia, która być może przysłuży się czytelnikowi w ciężkich dla niego lub niej chwilach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 27

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Szymon Joachim Murzyn

Serce smagane wiatrem

Wiersze wybrane

© Szymon Joachim Murzyn, 2020

Drugi, po „Podróży ku zwątpieniu” zbiór wierszy, w którym autor prowadzi rozprawę z dawnymi doświadczeniami. Jednocześnie opowiada historię, która tworzy pewną spójną całość. Jest to kolejna autoterapia, która być może przysłuży się czytelnikowi w ciężkich dla niego lub niej chwilach.

ISBN 978-83-8221-390-4

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Kilka słów od autora

Witaj, drogi czytelniku, w drugim tomiku mojej poezji. Kupując ten tomik wspierasz mnie zarówno finansowo jak i mentalnie w spełnianiu marzeń o pisaniu i wydawaniu własnej poezji. Poezji, która wydarzyła się naprawdę. Poezji o emocjach, które towarzyszyły mi w przez kilka lat mojego życia. Poezji, z której utworzyłem pewne historie, w których mam nadzieję, że się odnajdziesz. Być może niektóre strofy pomogą Ci przejść obecny etap życia, lub uporać się z demonami przeszłości. Zapraszam Cię więc w tą, intymną podróż, ze mną. W akompaniamencie wypalonych papierosów, wypitego alkoholu, a czasami w oparach fantazji, w którą wplatałem siebie i swoje przeżycia.

Dziękuję Ci raz jeszcze i zapraszam do przeczytania kolejnych kartek. Miłej lektury.

Syn nocy i dnia

Czy jestem naiwny?

Nie umiem samemu sobie odpowiedzieć.

Choć kocham, nic o kochaniu nie wiem.

Choć ufam, zaufanie, za dnia zbudowane,

każdego wieczoru odrobinę blednie.

Stoję w miejscu, nieistotnie tylko

niesie mnie wiatr.

Czy pcha mnie ku Tobie? Czy może do zła?

Nie wiem już sam.

Kolejny wieczór,

w ustach tytoniu gorzki smak.

Wokół mgła.

I choć nie gubię się w niej,

to jestem tu sam.

Bękart zrodzony z nocy i dnia.

Na parapecie

Krwawe, wieczorne niebo budzi myśli ze snu.

Na szyi — naszyjnik noszę z kłów,

czuję ciepły zapach bzu.

I dotyk letnich, naiwnych, słów.

Chcę szeptów i głośnego oddechu,

chwil radości wśród spojrzeń i uśmiechów.

Pragnę ciał splecionych

i frywolnej wędrówki rąk.

Piszących kroplami potu

najmniej pruderyjne z ksiąg.

Chcę czuć ciepło.

W rękach mieć kogoś kto pokaże mi blask.

Zamiast tego zapada zmrok,

a ja siedzę tu sam.

Na parapecie,

podziwiam śmierć dnia.

Czuję chłód i pragnienie…

Pragnienie zmian.

Czas wątpliwości

Poznałem setki definicji, trudnych słów.

W gardle życia zatopiłem parę kłów.

Odmierzyłem jak wielki zniosę lęk,

jak wielki zniosę stres.

Gdzie mój Eden? Gdzie on jest?

Poznałem strofy świętych i zakazanych ksiąg.

Popełniłem każdy znany człowiekowi błąd.

Utopiłem w alkoholu każdą z serca mąk.

I w czeluść poczyniłem niejeden skok.

Umarłem wewnątrz,

by wznieść się z własnych popiołów.

Wylałem tysiące kropel potu,

ciężkich niczym ołów.

Zmarnowałem kilka pięknych lat.

Uciekałem w ciemny las.

Zawsze sam.

Czemu więc nie nadszedł jeszcze czas?

Czemu niczym głupiec czekam na znak?

Czemu zwątpienie przyćmiewa ust, słodki,

smak?

Czemu krew gotuje się we mnie każdego dnia?

Czemu chce mnie naprawiać świat,

kiedy to on jest zepsuty, a nie ja?

Czemu patrzę w lustro

i nadal widzę strach?

Tyle pytań,

a nadzieja blednie w świetle dnia.

Niczym z truchła wystający gnat.

Upadły

Dziwnie tak za nikim nie tęsknić,

nikogo nie kochać

romantyczną miłością.

Dziwnie też nie pragnąć niczego,

duszy nie chcieć odkrywać swojej,

nie epatować emocjonalną nagością.

Do rangi abstrakcji urosły,

ciepłe słowa i dotyk

chłodnych palców w upojną noc.

To zabawne, jak przewrotny jest los.

Kolejna minuta przybliża snu czas.

Na sklepieniu nieba nie widzę gwiazd.

Gdy je widziałem, nie czułem się sam.

Może wszystkie spadły?

A może upadłem ja, sam.