Serce do gry - Piotr Wojciechowski - ebook + książka

Serce do gry ebook

Piotr Wojciechowski

0,0
25,00 zł

Opis

Opowieści o poplątanych ludzkich losach, o miłości, stracie, samotności i o tym, że życie jest nieprzewidywalne i potrafi nas nieoczekiwanie wynagradzać. Co przydarzyło się Arnoldowi, anonimowemu alkoholikowi, podczas wycieczki do Odessy? Czego dowiedział się Wowro, kontaktując się ze swym chorym ojcem po latach przerwy? Jak zmieniło się życie pewnego rencisty po napisaniu listów do wszystkich, od których kiedykolwiek dostał wizytówki? Elegancki styl, zaskakujące puenty.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 32




PiotrWojciechowski

Serce do gry

Fragment

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

SERCE DO GRY[1]

Lech Bogoria mówił o tych budynkach „pawilony”, a Jur Bońkowski nazywał je barakami, ale żadne z tych określeń nie pasowało do nich. Miały ganeczki ozdobione ornamentami wycinanymi laubzegą z deseczek, niektóre z ganków zacienione były jeszcze skośną siateczką z listewek albo anemicznymi pędami fasoli. Przed oknami rosły malwy i całe snopy żółtych kwiatów nazywanych na wsi „łysą Kaśką”, na grządkach cebula i marchew. Na klombach wokół Pola Marsowego i wokół komendantury czerwieniła się ozdobna szałwia. Było trochę jak na wsi, trochę jak w koszarach, tylko czas był za obszerny, przelewał się nadmiarem godzin między posiłkami.

Cyklodrom był jednym z najbardziej popularnych miejsc „mielenia czasu”; czekając na swoją kolejkę, można było powoli dogryzać chleb przyniesiony w kieszeniach ze śniadania, przyglądać się krążącym rowerzystom i rozmawiać o przeszłości lub przyszłości, czyli o sprawach prawie fantastycznych, przeodległych z punktu widzenia pęczniejącej zaborczo teraźniejszości.

Wiktor umówił się na cyklodromie z Jurem, spotkali tam Lecha Bogorię w towarzystwie wysokiego szpakowatego brodacza.

– Atilla Karageorgianu, przyjaciel twoich rodziców. Właśnie mu o tobie opowiadam. O twojej podróży i wojowaniu.

Wiktor wzruszył ramionami.

– Przykre sprawy. Coraz bardziej dręczy mnie myśl, że mogłem jednak kogoś trafić.

Rozpiął bluzę i wystawił ku słońcu twarz i tors. Karageorgianu przysunął się bliżej, jakby chciał powiedzieć coś przeznaczonego tylko dla uszu Wiktora. Przez chwilę nie mówił nic, tylko spoglądał ku cyklistom. Był lekko przygarbiony, miał wielki orli nos i okrągłe, blisko siebie osadzone oczy.

– Podobno zgłosił się pan przedwczoraj – odezwał się w końcu.

– Ano, tak – potwierdził Wiktor. Zaprzeczanie nie miało sensu. Skoro wie, to widać wie.

– Zna się pan rzeczywiście na filmowaniu?

– Przecież się zgłosiłem. – W głosie Wiktora nie było ani zdenerwowania, ani zniecierpliwienia.

Zapadła cisza. W tej rozpanoszonej teraźniejszości zamilknięcia nie miały jednak tej wartości muzycznej, jaką wcześniej miewały pauzy w rozmowie. Pewnie dlatego Wiktor uznał, że powinien mówić dalej.

– W gimnazjum prowadziłem klub filmowy. I na uniwersytecie w Biax-Nouvelle, tam kręciliśmy nawet takie krótkie filmy. Z ładnymi dziewczynami. No a potem był jeszcze kurs na filmową rejestrację zestrzeleń. Byłem w artylerii p-lot. Zenitówki.

Atilla Karageorgianu pokiwał głową.

– Zenitówki, rozumiem. Ja też się zgłosiłem, panie Wiktorze. Z tym, że ja się nie znam na filmowaniu.

Po co on mi to mówi? – pomyślał Wiktor. – Albo głupi, albo duży cwaniak i coś mota. Niech mówi. I tak mogę go nie usłyszeć.

– Lech mówił, że zna pan moich rodziców – powiedział głośno. – Dawno ich nie widziałem. Dowiedziałem się przez ludzi, że ojciec wrócił do pracy naukowej. Zna go pan z uniwersytetu?

Karageorgianu nie wydawał się zdziwiony zmianą tematu.

– Niestety, nie miałem przyjemności. Pan porucznik Łazur był uprzejmy przedstawić mnie w eszelonie ewakuacyjnym pana matce. Pani Kasia zamartwiała się o pana. To wspaniała osoba, pomagała wszystkim w miarę swoich sił. A w każdym razie podtrzymywała na duchu. Potem rozdzielił nas przypadek. Albo los – żeby to zabrzmiało lepiej. Byłem na dobrowolnym zasiedleniu Strychu Świata, wracałem stamtąd przez Sforcz i miasto pańskiej matki.

– To brzmi jak tytuł książki Kadena Miasto mojej matki.

– Nie czytałem. A tam, tam w mieście odszukałem zakład optyczny na Wodopojnej, dowiedziałem się, że wyprowadziliście się państwo. Sklep z okularami prowadził po pańskim tatusiu ktoś żółty, jak to oni tam robią, wpuścił do lokalu inne firmy. W jednym kącie dentysta, w drugim handel szmatami z demobilu i wszystkim, co zostało na etapie po nieszczęsnym Legionie Pustyni. Kupiłem manierkę z podgrzewaczem na stały spirytus i dotąd mi służy.

Wiktor spojrzał bez wzruszenia na dziwaczną aluminiową butelkę – przedmiot łączący go jakoś z domem, w którym spędził dzieciństwo. O ile było prawdą to, co opowiedział człowiek z siwymi pasmami w brodzie podobny do drapieżnego ptaka.

– Tu jest taka dziurkowana szufladka – zaczął objaśniać Atilla, ale nie mógł pogiętej i okopconej szufladki wysunąć.

Z nagła ryknęła syrena na wieżyczce komendantury. Zerwali się, gwizdki dyżurnych smagnęły do biegu. Stojąc już w kolumnie, Wiktor obejrzał się za siebie. Kręciły się jeszcze koła kolorowych rowerów porzuconych na deskach cyklodromu. Spoza ogrodzenia rejonu dla zapóźnionych w wychowaniu patriotycznym mignęła ruda głowa Jura Bońkowskiego.

– Alarm wodny – zawołał Jur. – Próbny, jak zawsze!