Senne dzieje - Władysław Reymont - ebook

Senne dzieje ebook

Władysław Reymont

0,0
6,49 zł

lub
Opis

Senne dzieje„ to opowiadanie Władysława Reymonta, pisarza, prozaika i nowelisty, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury.

“Dziś, jutro wszystko się skończy, i będę musiał odejść, więc pośpiesznie notuję tę, niepojętą nawet dla mnie, historję, te nieprawdopodobne a straszliwe dzieje mojego snu...

Czy kto uwierzy, lub wzruszy ramionami a powie: „Szaleniec“, jest mi zupełnie obojętne, bo kiedy ukażą się te kartki, ja będę już śnił nieprzerwanie to inne, to utęsknione życie...

Zaczynam pisać o zmierzchu i muszę skończyć przed północą, nim się położę, nim sen mnie ogarnie i poniesie do niej po raz ostatni…”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 26

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Wydawnictwo Avia Artis

2021

ISBN: 978-83-8226-325-1
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

SENNE DZIEJE

Dziś, jutro wszystko się skończy, i będę musiał odejść, więc pośpiesznie notuję tę, niepojętą nawet dla mnie, historję, te nieprawdopodobne a straszliwe dzieje mojego snu...  Czy kto uwierzy, lub wzruszy ramionami a powie: „Szaleniec“, jest mi zupełnie obojętne, bo kiedy ukażą się te kartki, ja będę już śnił nieprzerwanie to inne, to utęsknione życie...  Zaczynam pisać o zmierzchu i muszę skończyć przed północą, nim się położę, nim sen mnie ogarnie i poniesie do niej po raz ostatni...  Rozkwitły migdał bucha przed oknem różanym płomieniem i dziwnie pachnie; morze bełkoce swój pacierz wieczorny — widzę je przez poszarpane skały i kępy kolczastych kaktusów, jak drga i mieni się ogromnym, nieobjętym płaszczem lazuru; białe żagle płoną na horyzoncie, lecą jak ptaki, giną w łunach zachodu — a sen słodki, brat cudów, powiewa już nad światem nadzieją urojeń i ciszą zapomnienia...  Ale wróćmy do rzeczywistości.  Znam jakiś dom, stojący wśród wiecznie kwitnących jabłoni, a w nim cudownie piękną kobietę i jej matkę, która ciągle siedzi w ganku i robi pończochę, i zawsze niemą służbę, i jakąś zakonnicę, błądzącą po pustych pokojach, i jakichś ludzi, i jakieś sprawy, pełne grozy... Wracam do nich często, bo kocham ją niewypowiedzianie, kocham ten dom zagadkowy i to niepojęte dziwne życie, jakie z niemi wiodę. Kocham ją, ale dotychczas nie znam nawet jej imienia, nie wiem co to za ludzie, gdyż żyję z nimi tylko w snach...  Bywają długie miesiące rozłąki, straszne, nieskończone dni żrącej tęsknoty, ale przychodzi niespodzianie jakaś noc, i błogosławiony sen wiedzie mnie zawsze do niej, i przerwane życie wiąże się na nowo w niepojętą pieśń miłości, lęków i oczekiwań.  Poznałem się z niemi przed laty, w kilka tygodni po kolejowej katastrofie, w której srodze ucierpiałem.  Leżałem w szpitalu bardzo ciężko chory.  Pamiętam, byłem niby mumja, spowity w zwoje nagipsowanych bandażów, leżałem całe tygodnie bez ruchu i prawie bez pamięci, ale co noc śniłem całą katastrofę i co noc na nowo przeżywałem jej okropności.  Dobijały mnie te straszne sny, przychodziły jednak nieubłaganie i, jak wampiry, wysysały ze mnie resztki sił i świadomości, że wkońcu już się nie broniłem przed niemi, a nawet z jakąś dziką, bolesną rozkoszą oczekiwałem, aby mnie powlokły na mękę...  I chociaż znałem już najdrobniejsze szczegóły wypadku, gdyż powtarzały się automatycznie, bałem się jednak coraz bardziej...  Ledwiem zasypiał, często jeszcze napół przytomny, a już leciałem na stację, przeciskałem się w tłoku, szukałem w wagonach miejsca, siadałem zawsze przy oknie i zawsze ustępowałem jakimś paniom, których twarzy nie pamiętam, pociąg ruszał, stawałem w korytarzu i tak samo, zawsze, był upał i słońce świeciło mi w oczy, i tak samo, patrzyłem w okno, na uciekające wtył domy, rozkołysane zboża, wody lśniące, przydrożne drzewa, stada bydła, rzędy słupów telegraficznych — a wszystko uciekało w pośpiechu, jakby pochylone w trwodze, od pociągu, który rwał naprzód nieustannie i całą siłą pary przelatywał z krzykiem jakieś puste stacyjki, huczał na mostach, niekiedy gwizdał przeraźliwie, niekiedy, ciężko dysząc, piął się pod górę, to znowu spadał jak burza, toczył się, wił, leciał i grzmiał, omotany w kłęby czarnych dymów, porwany dziką siłą lotu, rozprężony potęgą maszyn, żelaza i ognia, potworny i wspaniały zarazem, jak szalejący huragan...  W przedziale