Sen śmiertelników - Maxime Chattam - ebook + audiobook
Opis

To opowieść o naszych najpodlejszych instynktach, o tym, co w człowieku najgorsze – chodzi jedynie o sposób, w jaki o tym opowiadamy. Zło i forma wypowiedzi. Maxime Chattam Pierre to pewien cyniczny młodzieniec, który pracuje w zoo w Vincennes. W pracy robi, co mu się żywnie podoba, podobnie jak i w swoim nieuporządkowanym życiu. Czas wypełniają mu miłostki na jedną noc, których nie potrafi, a być może i nie chce przekształcać w trwałe relacje. Jest jednak obok niego niezwykła kobieta, Ophélie – zwariowana blondynka, która określa się sama „kolekcjonerką samobójstw”. Pewnego wieczoru zaciąga Pierre’a na cmentarz Pere-Lachaise… Wkrótce po tym wydarzeniu zaczynają ginąć ludzie z kręgu zawodowego i prywatnego mężczyzny. Świat wykreowany przez Chattama przywodzi na myśl twórczość Davida Lyncha, Jeana-Pierre’a Jeuneta i braci Coen.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 347

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 10 min

Lektor: Filip Kosior

Popularność


Tytuł oryginału:

LE COMA DES MORTELS

Copyright © Editions Albin Michel - Paris 2016

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Marta Chmarzyńska, Iwona Wyrwisz, Emilia Grzeszczak

ISBN: 978-83-8110-154-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

„Życie to coś, co się dzieje, kiedy my zajmujemy się

innymi sprawami”.

JOHN LENNON

„Dwa najważniejsze dni życia człowieka, to ten,

w którym się rodzi, i ten, w którym odkrywa, po co”.

MARK TWAIN

Preambuła

Nie chcę was okłamywać.

Jednak powiem wprost: zrobię to. Właściwie już to zrobiłem.

Nie powiem wam wszystkiego. Nie jestem w stanie. Tej najprawdziwszej prawdy, prawdy faktów, która łączy ludzi, ponieważ wiedzą to samo, nie mogę wam wyjawić. Niezupełnie. To byłoby jak ostrożne otwieranie puszki mózgowej i wystawienie na widok publiczny intymności kory, by udowodnić, że ta prezentuje osobowość. A w moim przypadku równałoby się to wstrzyknięciu sobie sporej dawki kwasu wprost do obu półkul, żeby je powoli rozpuścić. Nie wolno nie doceniać niszczycielskiej mocy prawdy. Czasem bywa nawet wybuchowa.

Powinniście zrozumieć, że są rzeczy, do których istota ludzka nie może się przyznać nawet przed sobą, tym bardziej więc nie może wyznać ich innym, bo unicestwiłaby się, przemieniłaby swój umysł w papkę. Nie należy patrzeć na siebie takiego, jakim się jest w głębi ducha – trzeba się choć trochę przypudrować, choćby minimalnie skorygować rzeczywistość. W świetle nagiej prawdy ego to tylko bryła lodu sunąca ku całkowitemu rozgrzeszeniu nicości. Bez niego jesteśmy jedynie dryfującymi wrakami. Ego to godność. Kłamstwa, jakimi się żywimy, stanowią fundament równowagi naszej psyche. Jeśli jest ich za dużo, popadamy w obłęd, jeśli za mało, wyniszczamy się. Bo równowaga polega właśnie na tej odrobinie kompromisu, na jaki każdy się zdobywa, a ten kompromis od stuleci codziennie odmienia nasze społeczeństwo – szczególnie w erze konsumpcjonistycznego indywidualizmu, w której żyjemy. Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach prawda nabrała szczególnej mocy.

Powiedziałem to wszystko, by ujawnić wam prawdę o tej historii: kryje się w niej kłamstwo.

Mówię wam o tym, żeby uniknąć niedomówień i rozczarowań. Jeśli interesuje was czysta prawda, naoliwcie dobrze swoje synapsy, wypucujcie neurony i nie oczekujcie, że zaserwuję ją wam gotową, niczym mrożone danie, które wystarczy wsadzić do mikrofalówki, żeby później udawać, że oddając się lenistwu, zjadło się smaczną kolację. Ja podsmażam, duszę, doprawiam.

Prawda faktycznie tu jest – chwilami będzie przemykała wam przed oczyma, ale nie podam jej wam na tacy. Nie mogę.

Chcę wam opowiedzieć tę historię, bo mam taką potrzebę, muszę ją z siebie wyrzucić jak świństwo, którego trzeba się pozbyć, żeby poczuć się lepiej. Ona sama każe mi się wygnać poprzez słowa. Każde z nich przynosi mi ulgę. Każda strona koi. Przedstawiając wam fakty, moje fakty, pozwalam wam wszystkiego się dowiedzieć. Moim zdaniem. Z mojego punktu widzenia.

Otrzymaciemoje zakończenie.

Jeżeli interesuje was koniec prawdziwy, jedyny – koniec ludzi, to mocno zaciśnijcie dłoń na oparciu ulubionego fotela i z szeroko otwartymi oczyma, w pełnym skupieniu śledźcie to, co będzie dalej. Prawda nadejdzie, ale nie wskażę jej wam palcem, nie będzie błyszczeć jak wejście do kasyna w Las Vegas – zapomnijcie o migających neonach nad szyldem – to nie jeden z tych thrillerów do pociągu, w których bohater na ostatnich stronach odkrywa całą prawdę, a zaraz po nim ten zły wygłasza monolog. Nic z tych rzeczy. Teraz, zaraz pokażę wam życie, i tyle. Porowate, oślizłe, niesprawiedliwe, niedopełnione.

Moje. Będzie się splatało z waszym, wchłoniecie je, przyjmiecie jak długi pocałunek, wyniesiecie z niego coś, co potem będzie wam towarzyszyć podczas waszej egzystencji, co wsiąknie w wasze mózgi i co być może – powinniście to sobie uświadamiać – na zawsze was odmieni. Bo raz przeczytanych słów nie da się już cofnąć, one wciskają się w substancję szarą; bo słowa to korzenie drzew naszych myśli i nikt nie potrafi przewidzieć, jak się rozrosną i czy przypadkiem nie zrodzi się z nich kiedyś las.

To historia ludzi, którzy kiedyś, dawno temu, byli świętymi, ale zatracili się w rozkoszach doczesnych. To po prostu historia ludzi.

A, jeszcze jedno: zacznę od końca. Tak, wiem, to nietypowe. Odkryjecie logikę całości na początku tej historii, czyli na samym jej końcu.

Gotowi?

Projektor rusza – biały, oślepiający, przez krótką chwilę obraz drga, pokazuje się kaszka, czarne plamy na ekranie. Zaraz się poprawi, będzie piękny. Pierwsze trzaski, zgrzyty, pisk. Zaczyna się.

Trzy. Bip.

Dwa. Bip.

Jeden. Bip.

Nieznane logo. Obraz i dźwięk współgrają ze sobą.

Światła przygasają.

Na ekranie napisy początkowe.

Zaczynamy…

39

To koniec.

Opowieść okrągła jak kropka zamykająca zdanie, opowieść. Ognista kula, która stacza się za horyzont, rozpalając całą zatokę, to zakończenie tej historii. Zmierzch zamykający dzień jak romans, który dogasa u schyłku lata, niosąc nostalgię, wlokąc za sobą długi tren żalu.

Jestem na piaszczystej plaży emanującej słodkim, ciepłym erotyzmem, zanurzony po kostki, ubrany w biało-zieloną hawajską koszulę, z tych, które mamy odwagę włożyć tylko z dala od wszystkich znajomych, i w płócienne szorty, a we włosy wsunąłem okulary słoneczne niewydarzonego podrywacza.

Delektuję się zachodem słońca w tym raju z piekła rodem, raju, w którym moja noga miała nigdy nie postać, bo uważałem, że jestem na to za mądry. Nawet nie zaświtało mi to w głowie. Dla takich ludzi jak ja istnieje tylko kosmiczna próżnia i groza nieświadomej wieczności.

Sterczę tu i po wielu miesiącach nareszcie czuję się odprężony. Odzyskałem pogodę ducha i napawam się nią, wiedząc, że teraz moje życie zacznie się na nowo. Z dala od wszystkich i wszystkiego.

Za kilka godzin gromada amerykańskich turystów wtargnie do baru pod palmami i będziemy pili jak bracia, oni, żeby zapomnieć o pełnym wyrzeczeń życiu, o powściągliwym zachowaniu, o pozorach, a ja – żeby utopić wspomnienia. Poznam jakąś śliczną laskę o nienaturalnie białych zębach, zbyt bujnych piersiach i rozpaleni tequilą złamiemy wszelkie konwenanse. Alkohol stworzy nam skrawek wspólnej przeszłości – półgodzinny flirt z mnóstwem uwodzicielskich min, zbyt hałaśliwego i wymownego śmiechu, umiejętnie dobranych słów; a potem przyjdzie czas na wielkie zadziwienie pod deszczem spadających gwiazd. Będziemy się pieprzyć, a ruchy naszych lędźwi będą tak samo pozbawione zahamowań jak nasze osobowości. Będzie fajnie, a nazajutrz każde pójdzie w swoją stronę i zostanie tylko miłe wspomnienie, jedno z wielu zbieranych jak nalepki kolekcjonowane przez dziecko, które wkleja je do albumu Panini, nie wiedząc po co – może tylko dla przyjemności, jaką czuje potem, mogąc pewnego dnia powiedzieć sobie, że coś zrobiło, i wspominać to, przerzucając kartki.

Nie wiem, z czego utkam przyszłość, jestem jednak pewien, że nie ma w niej miejsca dla przeszłości. Rozdzieliłem je. To amputacja, przemyślana i precyzyjna. Właśnie dlatego tu jestem.

Wymyśliłem sobie nowe imię – William. Jak angielski dramaturg. Ten, co do którego zawsze pozostanie cień wątpliwości, czy rzeczywiście on sam napisał te dzieła. Spodobał mi się pomysł przybrania imienia człowieka wielbionego przez kolejne pokolenia, mimo niepewności, czy jest geniuszem, za jakiego uchodzi.

Zmieniłem nie tylko tożsamość – stworzyłem siebie od początku.

Stworzyłem sobie nowe życie.

Bo tylko człowiek, który tworzy własną przeszłość, może wybierać swoją przyszłość. A ja nie chcę już cierpieć. Nigdy więcej.

Cierpię na chorobę, która odebrała mi wszystko, dolegliwość, którą wielu nazwałoby urojeniem, choć jest realna.

Jestem przeklęty. To nie metafora.

Nie mogłem pokonać zła, więc zdołałem je poskromić, trzymać na dystans.

Moja przyszłość jest tu, pod zachodzącym słońcem, które rozświetla całą wyspę, jakby raj stanął w ogniu. I lubię każdą jej wizję, każdą możliwość.

Jestem nowym człowiekiem. Nowo narodzonym.

Wszystko przede mną. Jestem wolny.

Sami widzicie, że zaczynanie od końca ma swoje zalety – teraz przynajmniej wiecie, że moja historia dobrze się kończy.

A dla człowieka przeklętego to już triumf.

Jednak już słyszę drwiny sceptyków, ludzi myślących racjonalnie, po kartezjańsku, słyszę, jak trzeszczą ich kręgosłupy, gdy wyprężają się w fotelach, widzę pogardliwy grymas na ich ustach.

Dajcie mi trochę czasu, kilka godzin waszego życia, żebym pokazał wam kilka miesięcy z mojego, pozwólcie mi wtargnąć w was z moją opowieścią, a sami się przekonacie, czy w to uwierzycie. I pamiętajcie – wszystko jest tu, przed waszymi oczyma.

To opowieść o naszych najpodlejszych instynktach, o tym, co w człowieku najgorsze – chodzi jedynie o sposób, w jaki o tym opowiadamy.

Zło i forma wypowiedzi.

38

Prawda. Oto słowo, do którego długo odnosiłem się z nieufnością. Prawda w relacjach międzyludzkich. Między przyjaciółmi, członkami rodziny, współpracownikami.

Prawda w małżeństwie. Chyba najbardziej deprymująca.

Na dwa tygodnie przed porzuceniem komfortowego życia trzydziestolatka dla zaginionej wyspy odkryłem, że moja miłość rozlała się po ścianach mojego mieszkania, rozbryzgana po nich bezwstydnie i z wściekłością.

Zostałem zdradzony. Zbrukany. Wewnętrznie opróżniony. A właściwie przede wszystkim ona.

Przypomnijcie sobie swój najgorszy koszmar, nafaszerujcie go amfetaminą, a i tak będzie to drobiazg w porównaniu z tym, co czuje się w takich chwilach.

Moje życie znowu legło w gruzach.

Abyście jednak dobrze zrozumieli to potężne emocjonalne zawirowanie, muszę wam trochę o sobie opowiedzieć.

Zanim zostałem Williamem w raju, byłem Pierre’em w czyśćcu.

Mieszkam w Paryżu. Ale równie dobrze mógłby to być Londyn, Nowy Jork czy Barcelona – to nieważne. Ważne jest tylko, że prawie rok temu moje życie diametralnie się zmieniło.

Przeszedłem kryzys egzystencjalny z niemal dziesięcioletnim wyprzedzeniem w stosunku do czterdziestolatków albo z piętnastoletnim opóźnieniem wobec nastolatków – zostawiam wam swobodę wyboru. Zawsze intrygowały mnie te historie o kryzysach. My, faceci, załamujemy się na pewnych etapach, kobiety są bardziej stabilne, ich lęki rozkładają się w czasie. Najwięksi mizogini, postaci karykaturalne, powiedzieliby, że właśnie dlatego one są upierdliwe w codziennym życiu, a my, faceci, na ogół nieodpowiedzialni. Kobieca linearność kontra męskie przełomy. Zaczyna się od buntu w wieku dojrzewania, kiedy chłopak przysięga sobie, że nigdy nie stanie się taki jak ci grubi durnie, a potem się do nich upodobnia. Wreszcie faceci nabierają pewności siebie, po czym stają nad przepaścią, gdy po raz pierwszy zostają ojcami, kiedy zbliżają się do połowy życia i kiedy tracą drugiego – ostatniego rodzica. Jeśli chcecie się dowiedzieć, kim naprawdę jest facet, nie możecie przeoczyć tych momentów. Tak w każdym razie uważam.

Biorąc pod uwagę fakt, że jako nastolatek nie przejawiałem autentycznej chęci zgładzenia swych rodziców, że nie myślałem poważnie o tym, żeby zdradzić żonę z jej siostrą albo z sekretarką z okazji czterdziestki, poszedłem na kompromis: tuż po przekroczeniu granicy trzydziestu lat zapikowałem. To dobre podsumowanie tego, czym jestem – niezbyt konwencjonalny, ale i niezbyt skrajny. Robię wszystko to, co inni, tylko nie w tym samym momencie i nie rezygnując ze szczypty indywidualizmu. I w tym tkwi mój urok.

Doszedłem do granicy możliwości, zbytnio szarżując, starając się, okłamując samego siebie, grając rolę, która do mnie nie pasowała, żeby zrobić przyjemność rodzicom, żeby dostosować się do społeczeństwa, uformować, wygładzić całą chropowatość… I – zgodnie z tą logiką – żyć pod presją, z klapkami na oczach i w pełnej gotowości, by szczelnie zamknąć pokrywę szamba, zanim gówno zacznie się przelewać.

To, jaki byłem przedtem, wydaje mi się tak dalekie, że w obecnej sytuacji to już właściwie nie ja. A jednak. Mierna szkoła handlowa, mierny związek żyjący w rytm gotowych dań do podgrzania, dziewczyna menadżer sieciówki odzieżowej, gotowa tkwić w sieci życia plecionego z gotowości do umiarkowanej rozkoszy, to znaczy do monotonnych stosunków seksualnych pary, która przez sześć lat zdążyła poznać się na wylot – słowem, czysta klasyka bez szczypty pikanterii czy oryginalności, egzystencjalna papka zanurzona w morzu tysięcy innych. I ja taki banalny: zacząłem od stażu, który stał się początkiem późniejszej pracy, wtopiłem się w świat firmy, rozpuszczając w nim miłość własną, żeby skuteczniej udawać, żeby się nie wyróżniać, żeby zostać docenionym przez wielu, żeby móc liczyć na podwyżki, czatując przy ksero na zwierzchnika, z którym mogłem wtedy pogadać o tym i owym. Byłem gotów walczyć o każdą z tych bzdur, byle tylko koło trzydziestki móc rzucać kolegom w twarz, że moje zarobki liczą się w tak zwanych kiloeuro z pięcioma zerami i czwórką albo wyższą cyfrą na początku. Wpędzałem się w chorobę dla pracy, która przestała mi dawać możliwości rozwoju od chwili podpisania umowy na czas nieokreślony. Wszystko po to, żeby ją utrzymać. Byle piąć się po szczeblach tej kariery.

Oszczędzę wam szczegółów, bo nie to jest tu ważne. Żeby ująć to krótko, proponuję coś, co nazwałbym streszczeniem epileptycznym.

Trzydzieści jeden lat. Kryzys. Kres wytrzymałości. Kłótnie rodzinne. Kłótnie z partnerką. Kłótnie zawodowe. Zawodowiec od kłótni. Kochanki (w pewnych przypadkach język powinien tworzyć formy pomnożonej mnogości, coś w rodzaju „kooochaaankiii”, z subtelną głębią podkreślającą dużą liczbę i wskazującą na stopień zepsucia – albo wewnętrznego cierpienia, zależnie od sytuacji – faceta, o którym mowa). Zwolnienie z pracy. Zerwanie. Oddalenie od przyjaciół, od rodziny. Depresja. Alkohol. Łajdactwo. Przede wszystkim alkohol. Pustka. Przewlekła pustka. Psychoterapia. I Roosevelt.

Przypuszczam, że każdy odnajdzie tu epizod z własnego życia, albo przynajmniej zdarzenia tak banalne, że nie zasługują na refleksję, pomijając może obecność amerykańskiego prezydenta. Jeśli komuś przypomina to kretyńskie pomysły jakiegoś psychologa, to muszę wyjaśnić, że tak nie jest. To ja pomyślałem o Roosevelcie. Przechodziłem kryzys. Totalne, bezprecedensowe załamanie. I zastanawiałem się, jak zdołam się z tego podźwignąć. Wtedy pomyślałem o wielkim kryzysie roku 1929 i o Rooseveltowskim New Dealu – o radykalnych posunięciach, środkach nadzwyczajnych i kraju, który się budzi…

Ktoś przypomni pewnie, że potem wybuchła wojna światowa i dopiero ona na dobre rozpędziła maszynę, ale myślę, że należy poprzestać na tej analogii, bo wymowa metafory wymaga, by już na początku wytyczyć jej granice. Dokładnie tak jak we własnym życiu – trzeba nakreślić jego kontury, ramy szczęścia, nienaruszalne granice, obszary gruntownych i dociekliwych poszukiwań i te, które lepiej ignorować z przychylną obojętnością.

A zatem blisko rok temu uporządkowałem swoją codzienność. Stałem się nowym człowiekiem. Przyjąłem pierwszą pracę, jaką znalazłem – sprzątacza w zoo w Vincennes. Mówiąc wprost, sprzątałem gówna zwierząt, na które inne zwierzęta gapiły się całymi dniami, ale z tą różnicą, że te drugie uprzednio płaciły za bilet wejściowy. Jeśli obiektywnie zastanowimy się nad tym, co stawia nas na szczycie hierarchii świata zwierzęcego, to dojdziemy do wniosku, że są to pieniądze, które mamy w przeciwieństwie do innych stworzeń. Dajcie gorylom system monetarny i więcej forsy, niż potrafimy zdobyć, a będziemy się czołgać w błocie, byle rzuciły nam jakiś grosz.

Chcę podkreślić, że ten zawodowy epizod był dla mnie cennym i wzbogacającym doświadczeniem. Po pierwsze, co się tyczy relacji koleżeńskich, to muszę powiedzieć, że lemury witają w swym gronie nowych znacznie życzliwiej niż moi koledzy z marketingu, a szczerość małp jest niezrównana.

Właśnie praca w zoo pozwoliła mi odkryć swą prawdziwą naturę. Kiedy pewnego dnia rozdrażniły mnie wrzaski coraz bardziej nerwowych babuinów, zadziwiłem samego siebie, dorzucając do ich poidła kilka tabletek xanaxu. Od tego dnia nasze stosunki uległy zdecydowanej zmianie. Zresztą w zoo bardzo szybko zyskałem opinię człowieka, który uspokaja babuiny. Nie zamierzam kłamać – spokój, jaki panował odtąd na ich wybiegu, wzbudzał we mnie zazdrość.

Nikt nie wie na przykład, że taka panda produkuje oszałamiającą ilość odchodów. Te kupy gówna od rana do wieczora zalegające na wybiegu uroczego pluszaka to istna makabra. Można by pomyśleć, że natura skupiła wszystkie jelita świata w zadkach pand. Warto uznać to za lekcję, a wnioski odnieść do relacji osobistych: za nadmierną potrzebą pieszczot na pewno kryje się kupa gówna.

Tak czy inaczej, jako ktoś, kto spędzał dnie na czyszczeniu ich klatek, mogę was zapewnić, że kiedy trzeba co dwie godziny odwiedzać śliczną pandę, żeby wynosić po pięć do dziesięciu kilogramów łajna, zaczyna się patrzeć na to zwierzę z odrazą.

Imodium zdecydowanie poprawiło nasze relacje.

A Vincennes zyskało pierwszą na świecie pandę z notorycznym zaparciem. Przynajmniej w dni moich dyżurów.

Mógłbym się rozwodzić nad tym, jak z nudów, w poszukiwaniu odrobiny rozrywki, podawałem viagrę świstakom, a potem patrzyłem, jak się pieprzą – zupełnie jakby ich nora była filią Des Chandelles. Mógłbym dodać, że jeśli wielkookie lemury wyglądają waszym zdaniem głupkowato, to powinniście je zobaczyć, kiedy podawałem im LSD – poruszają się w zwolnionym tempie, sztywne i rozkołysane jak przebrani za małpy kosmonauci na Księżycu. Ale przecież rozumiecie, do czego zmierzam.

Dla pensjonariuszy zoo w Vincennes stałem się skrzyżowaniem lekarza z Daktarii doktora Mengele – tym, kto kojarzy się z niezwykłą przyjemnością albo kto przeraża jak uosobienie śmierci.

Na kilka miesięcy zoo zmieniło się w teatr eksperymentów medycznych, o jakich nigdy nie słyszałem. To był mój świat, miałem nad nim drobniutką władzę, wylewałem tam swoje stare frustracje, zachowywałem się jak w laboratorium codziennych rozrywek, jak w biurze przyszłych ambicji.

Nie opowiadam wam o tym wszystkim, żeby wyjść na kata zwierząt – wychowałem się z kotami i psami, które okazywały mi więcej miłości niż rodzice, więc dobrze wiem, czym jest przywiązanie zwierząt. Wspominam o tych epizodach, żeby zilustrować przemianę mojej postawy, ten rażący brak poczucia winy. W miarę jak wychodziłem z depresji, jak odrzucałem to, kim nie byłem, jak tworzyłem prawdziwe miejsce dla stłamszonego od dawna ja, wyzwalałem się także od zbędnego i irytującego filtru życzliwości.

Stawałem się sobą – bez makijażu, bez ozdóbek. Moje poczucie moralności nie podlegało już dyktatowi całego społeczeństwa, ale wyłącznie osobistej ocenie, temu, co ja uważałem za dobro i zło, a ta granica wymagała wytyczenia. Chcieli mi wmówić, że polityczna poprawność jest formą szacunku, podczas gdy to tylko gorset, w który wciska się jednostkę, żeby wtopiła się w masę – wygładzona, więc łatwiejsza do formowania. Pasterze nie lubią owiec, które podskakują i odrywają się od stada, chcą, żeby wszystkie stały potulnie i patrzyły w jedną stronę, nie podnosząc łbów, bo wtedy łatwiej nad nimi zapanować. A ja postanowiłem podnieść głowę. Nie po to, żeby urazić bliźnich, a tylko żeby skubać bardziej soczystą, mniej wydeptaną trawę, żeby skosztować tej, która rośnie na poboczu – z ciekawości i dlatego, że nareszcie czułem, że robię nie to, co trzeba, ale to, co chcę.

Wcale jednak nie przeobraziłem się w diabelski pomiot, tylko nabrałem dystansu do kojącej etyki i naprawdę miewałem się lepiej.

I właśnie wtedy dała o sobie znać klątwa.

Nie wiem, czy zawsze nosiłem ją w sobie, jak guz, który rozwijał się wolno w zakamarku mojego organizmu i czyhał na odpowiedni moment, żeby się ujawnić, czy też był to moralny środek zapobiegawczy, wszczepiony w dzieciństwie w podświadomość, aby dać o sobie znać, kiedy wyłamię się z systemu. Tak czy inaczej, zmaterializowała się podczas pierwszej szczerej relacji z inną istotą ludzką, jaką nawiązałem po moim kryzysie dorosłego nastolatka. Można by to nazwać kryzysem przedłużonego dojrzewania. Ta klątwa osiągnęła apogeum na dwa tygodnie przed dniem, kiedy znowu wszystko rzuciłem.

Apogeum otchłani.

Trochę wcześniej napisałem, że moja miłość rozmazała się po ścianach mieszkania, i wcale nie była to metafora.

Dwa tygodnie temu znalazłem kobietę, którą kochałem – bo jeśli nawet nigdy nie uprawialiśmy miłości, to była moją kobietą, moją słodką, moją nadzieją – z wyprutymi flakami, rozwleczoną aż po sufit. Wszędzie strugi jej krwi – Jackson Pollock nie zrobiłby tego lepiej. Brzuch rozpłatany jak rozdarta torebka, trzewia na wierzchu. Nigdy nie zapomnę tego widoku. To było prawie skomponowane. Ona, naga na parkiecie, z rękami wzdłuż ciała, biała skóra rozcięta, rozwarta jak owoc, który pękł w prażącym słońcu. Jej piękna twarz obojętna, jakby to jej nie dotyczyło. Niebieskie oczy zastygłe, zapatrzone w pustkę. I wszystkie te purpurowe linie nad nią, na kremowych ścianach, i sufit upstrzony setkami czerwonych kropek – kropek niczym mroczne gwiazdy czuwające nad moją zmarłą.

Artystyczna eksplozja. Galeria chorej sztuki. Konstelacja Panny.

Nie wiem, co zrobilibyście na moim miejscu. Porażeni strachem, rozpaczą i makabrą stalibyście jak sparaliżowani albo pragmatyczni mimo szoku wzywalibyście pomocy.

A ja zwymiotowałem.

37

To wrażenie, którego nie można sobie wyobrazić.

Relatywizm w swojej najbardziej skonkretyzowanej formie. Człowiek czuje się na przemian lekki, ulotny, całkowicie nieobecny, niematerialny jak zjawa, która przypatruje się scenie, ale nie może odegrać w niej najdrobniejszej roli, a potem każda cząsteczka jego istoty wraca na swoje miejsce z bolesną szybkością, z żarłocznością przyciągania cechującą tego, kto choćby przez krótką chwilę wierzył, że uciekł przed własną substancjalnością. Wtedy człowiek waży tak dużo, że nie jest w stanie udźwignąć własnej duszy, aż traci głowę, osuwa się, zmiażdżony przez ciężar rzeczywistości.

Constance jest tu, u mnie, zmasakrowana. Wszędzie unosi się zjawa naszych chwil, moja obecność z nią, nasze dłonie, które się muskają, nasze ramiona, które się dotykają, nasze słowa, nasze kontakty.

Mam ją martwą przed oczyma, a jednak, kiedy przymknę powieki, widzę ją jeszcze żywą. Nieznośny rozziew.

Pierwszym, co przyszło mi wtedy na myśl, było to, że nigdy nie uprawialiśmy seksu. Nigdy.

Taka myśl kompletnie nie pasuje do sytuacji. A jednak właśnie to pomyślałem. Tak tworzyła się nasza relacja – z czasu, z cierpliwości, z poznawania, z odkrywania. Powoli. Żeby rozkoszować się każdą drobiną, wszystkim, co nowe i ujawnione przez jedno temu drugiemu. Jak przystało na dobrych archeologów naszych uczuć, chcieliśmy pieścić pędzelkiem naszego szczęścia szkiełka witrażu naszej historii, którą codzienność miała stopniowo odsłaniać.

Długie, pompatyczne zdanie. I puste jak dwie istoty w pierwszych dniach relacji, która zaczyna się robić poważna. Mój lśniący nowością cynizm dokładnie pokrywa jeszcze niewyschnięty lakier naiwnych sentymentów, takich łagodnych i szalonych.

Z każdego kąta tego maleńkiego mieszkanka wyskakują nasze ślady. Echa naszych rozmów, słodycz niekończących się pocałunków – przedsionka powściąganego pożądania – naszych lęków i pierwszych starć – nas…

Minęła niemal godzina, zanim wreszcie przyszli dwaj umundurowani policjanci, i kolejna, zanim naprzeciw mnie usiadł facet ubrany po cywilnemu, oficer policji śledczej. Byłem owinięty kocem, myślami bujałem gdzieś między Merkurym a Fukushimą, zagubiony w zakamarkach kryjących wieki historii, o której właściwie nic nie wiem, bo duchowi najlepiej snuć się po nieznanych przestrzeniach pamięci zbiorowej.

– Jest pan właścicielem mieszkania? – zapytał.

Był podobny do Oliviera Marchala, dawnego gliny, który przedzierzgnął się w reżysera i aktora, jakby fikcja musiała koniecznie splatać się z rzeczywistością.

Jeszcze nie odpowiedziałem, słowa napływały z pewnymi oporami, toteż ciągnął:

– A ta dziewczyna, jest pan jej…

W końcu kiwnąłem głową:

– Tak, lokatorem…

Policjant pomyślał, że udzieliłem odpowiedzi na jego pierwsze pytanie. A mnie się wydawało, że za jednym zamachem na oba.

– Bardzo mi przykro.

Wydawało się, że mówi szczerze. W jego oczach mogłem nawet odczytać emocje. Ale przecież dla niego był to chleb powszedni, ludzi zrozpaczonych jak ja widywał na co dzień, kilka razy w tygodniu składał kondolencje, jakby częstował gumą do żucia kolegę, któremu cuchnie z ust. Mimo to uznałem go za wiarygodnego.

– Dziękuję.

– Wiem, że to trudna chwila, jednak muszę zadać panu teraz kilka pytań. Rozumie pan?

Machinalnie pokiwałem głową.

– Może mi pan powiedzieć, co się stało?

Rzadko się zdarzało, żeby jakieś pytanie wydawało mi się tak głębokie, tak skondensowane. W tym jednym zdaniu zamykał się cały świat. Od oczekiwania na prawdę po winę całej ludzkości za draństwo Kaina, więc słysząc je, miałem wrażenie, że jest ciężkie jak martwy człowiek. Jak martwa kobieta.

– Nie.

Nie mogłem powiedzieć nic więcej. Za dużo odpowiedzi naraz, nie miałem na to siły, nie zdobyłbym się na to.

Olivier Marchal chyba się zdenerwował. Głośno wciągnął powietrze przez nozdrza, wydając irytujący świst. Kiedy ten strumień trącał włoski w jego nosie, obrzucił mnie lodowatym spojrzeniem. Przybrał surową minę. Teraz stał się podejrzliwy. I niechętny.

– Zaczęło się od kłótni i sytuacja wymknęła się spod kontroli? – zapytał nagle.

– Słucham?!

Nie wierzyłem własnym uszom. Tak szybko? To pytanie musiało paść, wiedziałem o tym, ale nie byłem na to jeszcze przygotowany.

– Pokłóciliście się, przekroczyliście granice i straciliście panowanie nad sobą…

Potrząsnąłem głową.

– Nie, nie! Dlaczego pan tak mówi? Ktoś ją zabił! Constance została zamordowana!

– Co do tego nie ma wątpliwości. Sąsiedzi twierdzą, że słyszeli krzyki, odgłosy awantury w południe. Nie wzięliście się za łby?

Fala paniki. Zdumienia. Emocjonalne wrzenie. Najchętniej wyłączyłbym korki i odciął dopływ prądu, żeby zanurzyć się w totalnym blekaucie, uciekłbym w śmierć.

– Nie! Wyszedłem wcześnie rano! To nie ja.

A potem przebłysk, nagłe olśnienie. To wszystko znaczy, że Constance walczyła. Broniła się, wiedziała. Widzę ją przerażoną, bijącą się o życie. Czuję ciosy noża, który rozpruwa jej brzuch.

Struga żółci ląduje między mną a gliniarzem z policji śledczej. To dodatkowy sposób wytworzenia dystansu między nami. Nie wiem, czy haruspicja to także czytanie z żółci, czy można traktować to jako element trzewny, ale w tym momencie bardzo chciałem, żeby Olivier Marchal miał moc wróżenia, żeby dał mi spokój i szukał odpowiedzi na swoje pytania gdzieś indziej niż w mojej świadomości…

– Posłuchaj, chłopcze – powiedział – to dobry moment, żebyś to z siebie wyrzucił, żebyś się uwolnił. Śmiało, po to tu jestem. Możesz mi wszystko powiedzieć.

Żółta ciecz, która nas dzieliła, najwyraźniej nie robiła na nim wrażenia. Potraktował ją raczej jako zachętę do dalszej rozmowy. Widział mnie wymiotującego, więc poczuł, że jest mi bliższy, że teraz już mogę mu się zwierzać. Jakby między dwoma mężczyznami, którzy widzieli, jak rzygają, powstawała braterska więź, jakby to był jakiś prahistoryczny rytuał, zapomniany, ale zachowany w nas w szczątkowej formie chronicznej potrzeby dopełnienia go przynajmniej raz w życiu. To jedyne wytłumaczenie, jakie znajduję dla przyjemności, jaką mężczyźni czerpią z picia alkoholu w ilościach przyprawiających ich o chorobę.

Nie zdołałem wydobyć z siebie ani słowa. Zamarły mi w gardle ze strachu i rozpaczy.

– No mów – nalegał. – Musisz sobie teraz ulżyć. Nikt tu nie zamierza cię osądzać, chcemy tylko zrozumieć i pomóc ci w miarę naszych możliwości.

Nie, Olivier, postawiłeś na złego konia – chcesz się dowiedzieć, żeby zrozumieć, a wtedy osądzić. A to już zupełnie co innego. Nie rób ze mnie idioty. Przed oczyma wciąż mam zwłoki Constance. Widzę ją rozpaczliwie krzyczącą, biegnącą, szamoczącą się, płaczącą, cierpiącą, nierozumiejącą, przerażoną. Ten łajdak gliniarz wepchnął mi do głowy te wszystkie obrazy.

I przez krótką chwilę zacząłem już niemal myśleć, że naprawdę ja to zrobiłem. Że jestem mordercą Constance.

Właściwie – dlaczego nie?

Bo przecież nie była pierwsza.

36

Że też w życiu tyle godzin tracimy na sen.

Kiedy człowiek ma depresję, spanie staje się całym jego życiem. Chwile oprzytomnienia to czas stracony dla zbawiennej pustki nieświadomości. Uciekamy w permanentne odrętwienie, ponieważ to rozgrzewka przed śmiercią, stan mniej definitywny, taki, do którego przygotowujemy się, regularnie trenując przez całe życie. Sen nie wzbudza takiego lęku jak śmierć. Ale w istocie dzieje się tak tylko dlatego, że brak nam odwagi, żeby iść na całość. W depresji pragniemy umrzeć, nie mamy jednak ani energii, ani dość ambicji, by spełnić to, czego chcemy. Czasami komuś się udaje, ale to wyjątki. Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że depresja jest kurtuazyjną wizytą składaną śmierci, jednak nadmiernie przeciąganą, jak wtedy, kiedy gość nie zamierza wyjść, a nie sposób po prostu go odprawić.

Moja trwała około trzech miesięcy w stanie ostrym, który poprzedziły trzy miesiące stopniowego pogrążania się, moment przerażającego rozchwiania, kiedy wszystko się wali, kiedy traci się punkty oparcia, grunt pod nogami, stabilność i nic nie można na to poradzić. W pewnym sensie to zrozumiałe. Kosmos unosi się w próżni: materia wisi w próżni. Wydaje się logiczne, że co jakiś czas uświadamiamy sobie, że pod nami jest bezdenna przepaść i spadamy. Depresja to uświadomienie sobie, że jesteśmy linoskoczkami balansującymi na niczym, na absolutnie niczym. A potem nagle znajdujemy się na samym dnie. Lęk przed kosmiczną próżnią wyraża się przez całkowitą inercję, także emocjonalną. Zawrót głowy na kosmicznej drabinie to apatia.

Aby się z niej wydobyć, trzeba znów iść do przodu, wykonując ten niesamowity numer ekwilibrystyczny.

Wyszedłem z letargu w grudniu ubiegłego roku. Co mnie obudziło? Enta emisja uosobienia braterstwa.

Przyjaciele. Hollywoodzka komedia sytuacyjna kontra przyprawiające o zawrót głowy upojenie planetarną metafizyką. Jeżeli Bóg zaplanował to na samym początku, to chcę być potępieńcem.

Jeden odcinek po długim desperackim skakaniu po kanałach i zrozumiałem, czym jest przynależność do grupy. Idea, że jest nas wielu. Ich poczucie humoru, ich podejście do życia. Tego dnia ja też zapragnąłem mieć takich przyjaciół, takie problemy jak oni i zdolność traktowania ich z tym pogodnym, czasem cynicznym dystansem. Angażować się, ale nie zatracać, dawać, ale bez poświęcania się. Żyć, nie myśląc wciąż o umieraniu.

Zawdzięczam ocalenie NBC. Przetrwanie – Chandlerowi Bingowi. Ten, kto jest patetyczny, powinien zdobyć się na bezgraniczny patos.

W tym momencie zapragnąłem mieć wokół siebie życie. Czuć, że sam żyję. I bardzo chciałem zrobić coś szalonego, pozbawionego sensu, tylko po to, żeby działać – bez powodu i bez celu. Być, żyć, robić.

Przez trzy miesiące jedyne zajęcie, na jakie sobie pozwalałem, a które dawało mi choć odrobinę przyjemności, polegało na jedzeniu obiadu w restauracji, w mojej kamienicy, gdzie klienci zasłaniają oczy opaską, żeby spożywać posiłek w całkowitej ciemności. To jeden z tych modnych lokali, które prześcigają się w eksperymentach, mieszają zmysły. Je się tam na oślep, od początku do końca absolutnie nie wolno zsunąć opaski. Ja rozdzierałem podszewkę mojej, żeby przez tę godzinę obserwować innych gości. Dodam, że sala była delikatnie oświetlona ze względu na kelnerów. Korzystałem z tego i podglądałem.

Kobiety i mężczyźni po omacku szukali sztućców, serwetek, często przechylając głowę na bok albo do tyłu, ich mózgi usiłowały skompensować brak widzenia, aktywizując obszary kory mózgowej, które odpowiadają za czucie albo ruch. Wszyscy mówili, nie widząc tego, do kogo się zwracali, słuchali w roztargnieniu, bo zbyt absorbowało ich odbieranie tych dźwięków, które mogły pomóc w ogarnięciu przestrzeni. Pozbawiono ich elementu świadomości.

Szpiegowałem tych ludzi nagle upośledzonych, trochę niezdarnych, rozbawionych, zakłopotanych, ale czerpiących spokój z pewności, że ta sytuacja jest chwilowa. Ten świat wygłodzonych, karmiących zmysły, nie wiedząc czym, i nie widząc, co naprawdę dzieje się wokół nich, dodawał mi otuchy. Nareszcie miałem wrażenie, że odzyskałem wzrok. Że był tu cały świat, najprawdziwszy, a ja nie oszalałem. Mimo to nie odczuwałem emocji, asystowałem, nie przeżywając. Patos faceta w depresji.

Po trzech miesiącach tego jedynego zajęcia czułem się sfrustrowany śmiechami, zadowoleniem, prostym szczęściem wywołanym rozrywką. I wtedy, w środku nocy, wyszedłem na swoją ulicę z małą skrzynką na narzędzia z Ikei, i zrobiłem najgłupszą, najbardziej bezsensowną rzecz w życiu: odkręciłem wszystkie tabliczki z numerami domów, jedną po drugiej, i pozamieniałem je. Zacząłem numerować ulicę w przeciwnym kierunku, umieszczałem numery parzyste po stronie nieparzystej. W jedną noc zasiałem chaos, przeprowadziłem wszystkich w sąsiedztwie, nikogo nawet nie budząc. Nie twierdzę, że było to łatwe – trzeba było używać siły, ciągnąć, łamać, drążyć, kleić, klecić, ale w sumie byłem z siebie całkiem zadowolony, kiedy pojawili się pierwsi przechodnie.

Obserwowałem zbitych z tropu dostawców, zagubienie nowego listonosza i doręczyciela UPS, nieznających mieszkańców, kiedy czytali nazwiska na skrzynkach na listy, rodziców, którzy przyszli odwiedzić dziecko po niedawnej przeprowadzce do nowego mieszkania i ze zdziwieniem patrzyli na obcy dom, a wreszcie konsternację służb oczyszczania miasta.

To był drobny triumf złośliwca, uczynek prawie podły, ale tego ranka przywrócił mi uśmiech. Nie mogąc zmienić planety, zasiałem odrobinę zamętu na mojej ulicy, żeby ją do siebie upodobnić. O dziwo, poczułem się mniej samotny, bardziej zintegrowany ze społeczeństwem. Ta pełna zaskoczenia, jakby zdemontowana ulica stała się mostem między mną a resztą ludzi, a to było jak brodzenie po płyciźnie, żeby oswoić się z wodą i dopiero potem skoczyć na głębię.

Na początku następnego tygodnia przeistoczyłem się w dobrego samarytanina, ale dość osobliwego. Jeszcze nie wyzdrowiałem, do tego było daleko, ale wszystko zmierzało w dobrym kierunku – szukałem metod, testowałem je. Chciałem wkroczyć w sfery mroku i rozjaśnić je. Oczywiście, to metafora. Przemilczenia cywilizacji nie dawały mi spokoju i pragnąłem do czegoś się przydać, znów poczuć te niepowtarzalne emocje, jakich doznajemy, uświadamiając sobie, że mamy swoje zadania, że nasza obecność na Ziemi nie jest całkowicie pozbawiona sensu.

Dlatego zająłem się wszystkim, co stanowiło tabu. To tabu trzeba było przełamać, żeby nastąpiła poprawa.

Na przykład moi dziadkowie często mówili mi o swoich zaparciach. A tak, mamy takich przodków, na jakich zasługujemy. Tak czy inaczej, jako nastolatek z przerażeniem myślałem o starości, o przymusie spędzania długich godzin w ubikacji. A starość wyobrażałem sobie jako stan ciągłego zginającego wpół bólu kiszek i tkwienie w ciasnym, wyłożonym kafelkami klozecie ze stertą starych kolorowych pism ułożonych obok fajansowego sedesu. Wolałbym umrzeć młodo, niż przeżywać coś takiego.

Dlatego zaopatrzyłem się w strzykawkę i krążąc po pobliskim supermarkecie, szukałem tych twardych herbatników z profilami różnych postaci odciśniętymi pośrodku – tylko starsi ludzie kupują te małe, niezjadliwe kamee, sprzedawane w torbach po dwa kilogramy. Działałem bardzo precyzyjnie i starannie – cienką igłą nakłuwałem opakowanie, żeby wstrzyknąć do niego odpowiednią dawkę środka na przeczyszczenie. Operacja była szybka i nieszkodliwa dla samej żywności, bo ciasteczka były tak paskudne, że nic nie mogło zepsuć ich smaku.

Robienie czegoś takiego może się wydać idiotyczne, ale wtedy bardzo mi pomogło. Uważałem się za wybawcę ludzi w podeszłym wieku z mojej dzielnicy. Powtarzałem tę operację wielokrotnie, a potem obserwowałem twarze staruszków, których spotykałem na ulicy, oczekiwałem weselszych min, ulgi, pogodniejszych spojrzeń, ale na próżno. Dowiedziałem się natomiast, że w podstawówce wybuchła nagła epidemia niestrawności i zrozumiałem, że popełniłem błąd: dziadkowie nie jedli tych piekielnych herbatników sami, ale dawali je wnukom.

Nie mogąc ulżyć starości, rozwiązałem przynajmniej problem mojego dzieciństwa: te dzieciaki będą marzyły o starczym zaparciu.

Następnego wieczoru wybrałem się do małego kina w okolicy, żeby pozamieniać afisze z tytułami filmów na drzwiach poszczególnych sal. Wiedziałem, że upłyną sekundy albo nawet minuty, zanim większość widzów zorientuje się, że film, który właśnie się zaczął, nie jest tym, który chcieli obejrzeć. Ale ukryty w ciemnościach, patrząc na pierwsze sceny, miałem nadzieję, że większość okaże się zbyt leniwa, żeby wstać, wyjść i znaleźć właściwą salę. Był to równie dobry jak inne sposób szerzenia kultury, drażnienia gustów, pobudzania umysłów. Życie poprzez chaos.

Zdobyłem się na jeszcze kilka tego typu zachowań obywatelskich. W rzeczywistości dążyłem do wypełnienia doskwierającej mi pustki albo szukałem rozrywki – pozamieniałem plastikowe okładki powieści w bibliotece publicznej, żeby ktoś, kto wypożyczał powieść historyczną, przeczytał książkę science fiction, albo żeby trącąca myszką klasyka okazała się przerażającą fantastyką. Jako dziecko spędziłem tyle godzin na czytaniu lektur obowiązkowych, że na długo nabrałem wstrętu do literatury. Wyobrażałem sobie trzynastolatka, który ciężko wzdycha, sięgając po Czarny chleb Clanciera, i trafia na Trzynaście opowieści przerażających i erotycznych – jak najpierw unosi brwi ze zdumienia, a potem dyskretnie się rozgląda, by sprawdzić, czy nikt nie patrzy mu przez ramię, i z podnieceniem przewraca kartki, czując ów dreszczyk, który towarzyszy sięganiu po zakazany owoc, a także niespodziewaną erekcję…

Po pewnym czasie doszedłem do bardzo niepokojącego wniosku: co prawda byłem na dobrej drodze do wyzdrowienia, ale czy naprawdę miałem powody cieszyć się, że wychodzę z depresji, wcielając się w podstępną istotę, która za główne źródło przyjemności uważa sianie chaosu – choćby na małą skalę?

Muszę przyznać, że przez chwilę zastanawiałem się nawet, czy nie jestem opętany przez diabła. Czyż bowiem depresja nie otwiera przed Lucyferem drzwi do osłabionego umysłu? Tę hipotezę podważało tylko jedno: już od dawna nie wierzę ani w Diabła, ani w Boga. Nawet jeśli na wszelki wypadek, jak przystało na tchórza, wolę pisać ich imiona wielką literą – tam, gdzie idzie o sprawy tak ważne jak życie po śmierci, nie zaszkodzi być uniżonym…

Mimo wszystko nie czułem się winny. Nie byłem przestępcą, to, co robiłem, tylko nieznacznie szkodziło otoczeniu, a przecież wydobywało człowieka z przedsionka śmierci!

A poza tym szybko uświadomiłem sobie, że ta nowa mania polegała głównie na zamianie rzeczy. To musiało mnie zaniepokoić. Czy chciałem zamienić własne życie na jakiekolwiek z tych, które widziałem wokół siebie? Nie. Poprzez sztubackie psoty wyrażało się głębokie pragnienie, prawdziwa potrzeba.

Moje życie już mi nie odpowiadało. Przespałem trzy miesiące po trwającej trzydzieści lat drzemce. To był kryzys egzystencjalny, któremu towarzyszyło całkowite odrzucenie wszystkiego, co mnie do tej pory formowało.

A ten odcinek Przyjaciół uświadomił mi właśnie, jakie znaczenie mają przyjaciele, z którymi wszystkim można się dzielić – zwłaszcza szczerymi uczuciami. Tylko że ja nie chciałem już swoich. Nie chciałem niczego, co było mną przedtem. Nie miałem pojęcia, czy to stan przejściowy, czy definitywny, ale wtedy odczuwałem to jako konieczność.

Po tygodniu postanowiłem więc, że już czas, bym znalazł nowych przyjaciół.

Żeby zrealizować ten cel, zacząłem szukać ludycznych rozrywek. Zapisałem się na kursy teatralne w 11. dzielnicy.

Powinienem był przewidzieć, że zaczynanie nowego życia od zabawy polegającej na udawaniu i manipulowaniu emocjami to kiepski pomysł.

Stało się, co musiało się stać.

Poszedłem tam i już pierwszego wieczoru straciłem kontrolę nad sytuacją.

Zabiłem swoją partnerkę.

35

Aktorstwo jest trochę jak pisarstwo: to forma sztuki niebezpiecznej dla zdrowia psychicznego, polegająca na rozwijaniu kontrolowanej schizofrenii i bawieniu się nią – testowaniu jej plastyczności, wytrzymałości i skali.

Pierwszym, co uderzyło mnie na tym kółku teatralnym, była moja partnerka.

Pozwólcie jednak, że zanim przejdę do sedna sprawy, opiszę wam scenerię. Na pierwszy rzut oka była to mała, nędzna sala, cuchnąca stęchlizną i duszna, a w niej dość nijacy ludzie. Fizycznie niepozorni, o znormalizowanej osobowości, wszyscy przyszli tu, żeby produkować kawałki fałszu, rozdzierając w sobie prawdę. Jeden wieczór w ich towarzystwie wystarczył, żeby mieć już pewność – nudziarze. Tak oceniłem ich w ciągu paru minut, spoglądając z wyżyn mojego wspaniałego mniemania o sobie. A jednak, kiedy wchodzili na scenę, niektórzy bardzo się zmieniali – w ich oczach rozpalał się blask, a wcielanie się w rolę pozwalało im nie być już sobą i to wyzwolenie sprawiało, że stawali się interesujący, czasem pasjonujący, chwilami wzruszający. W sumie nasuwające się wnioski wzbudzały gorycz – ci ludzie stawali się błyskotliwi tylko wtedy, kiedy przestawali być sobą.

Pamiętam, że pierwszego wieczoru, po dwóch godzinach patrzenia, jak defilują przede mną, siedzącym na ławce pod ścianą, powiedziałem sobie, że warto było tu przyjść, żeby zatracić resztki wiary w przeznaczenie. Bo ludzie nigdy nie mówią tak mądrze jak wówczas, gdy ktoś inny pisze im dialogi. Gdyby zaś istniało coś tak dziwacznego jak przeznaczenie, należałoby uznać, że każdy nasz czyn jest z góry zaplanowany, podobnie jak jego konsekwencje, a także dyskusje. I z wyjątkiem sytuacji, w której scenarzysta ludzkości byłby skrajnie niekompetentnym osłem, nikt nie tolerowałby tak nijakich replik jak te, które co dnia rozbrzmiewają na świecie od zarania naszych dziejów. Oczywiście, zdarzają się wyjątki, ale ilu bełkoczących figurantów przypada na każdego Clemenceau i na każdego Churchilla? Być może na samym początku, kiedy tylko zaczęły się rodzić języki, kierunek był dobry, dialogi lepsze – wyobraźmy sobie więc te genialne puenty, które nadawały rytm prahistorycznemu życiu, te cięte riposty, bogactwo wymiany poglądów, a nie będzie nas już dziwiło, że w dawnych czasach ludzie nie potrzebowali wynalazku, jakim był telewizor, żeby zapełnić sobie czas! Ale potem poziom zaczął gwałtownie spadać. Nie, naprawdę uważam, że nikt nie może za tym stać, bo taki poziom niekompetencji sprawiłby, że wszyscy wyznawcy religii w historii po uświadomieniu sobie, jak marnym twórcą jest facet kryjący się za Praekranem, odrzuciliby wiarę. Być może Wielkiemu Scenarzyście udało się to i owo na samym początku, ale potem każda jego suita była gorsza od poprzedniej. Wolę więc przyjąć hipotezę ateizmu, niż wierzyć w istnienie przeznaczenia źle napisanego i tego, że autor dał z siebie wszystko na początku, a potem całkowicie stracił natchnienie.

Pierwsze zajęcia dobiegały końca, kiedy facet odgrywający rolę nauczyciela – wyjątkowo wysoki i bardzo chudy, pod każdym względem przypominający wybrzeże Normandii (wszystko przerysowane: zbocza, falezy, skały) – wycelował we mnie szponiasty palec i rzucił na mnie czar.

– No, rusz się, twoja kolej – brzmiało to tragiczne zaklęcie.

Zacząłem od tworzenia swojego własnego języka, opartego na dziwnych dźwiękach: chrząkaniu, strzępach kiedyś francuskich słów, kawałkach sylab pochłoniętych przez moje własne gardło i zabójczych dla mojej godności.

Ale czarodziej Merlin nie ustępował.

– Nie jesteśmy w klubie ze striptizem. Przyszedłeś, żeby krytykować, to sam też wskakuj na scenę. Żeby zobaczyć, jak to jest.

Widziałem. Było kiepsko. I wcale nie miałem ochoty poczuć, jak to jest.

Wszystkie oczy zwróciły się na mnie, wszystkie. Krytyk zaszachowany.

– Ale… ja nie znam żadnego tekstu – udało mi się wydukać.

– To nic, improwizuj byle co, powiedz, co ci przyjdzie do głowy, zagraj to. Ale zagraj z innymi. Julia, zagraj z nim.

Drobna rudowłosa dziewczyna stanęła na środku sceny i patrzyła na mnie, czekając, aż do niej dołączę.

Tego dnia zastanawiałem się, czy nie wolałbym ludzkości, która je po omacku, nikogo nie widząc, od tej, która czerpie przyjemność z patrzenia na innych małpujących cudze życie.

Stanąłem na wprost Julii i czekałem na swoją kolej.

– Zaczynaj – krzyknął Merlin – nie bój się! Powiedz, co ci się nasunie, nie zastanawiaj się, daj się ponieść emocjom!

Popatrzyłem na Julię – na rude pukle jej włosów, na duże, piwne oczy, na piegi – i pomyślałem, że jest ładna, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Przez chwilę usiłowałem nawiązać łączność z Wielkim Scenarzystą, bo choćby był najgorszy, mógł podsunąć mi jakąś kwestię, nawet jedną z tych, które wykreślił w ostatniej chwili, ale on, jak każdy dobry i szanujący się scenarzysta, przed południem spał i po osiemnastej zaczynał się bawić, więc nawet nie kiwnął palcem.

Merlin nie tracił jednak cierpliwości:

– Powiedz jej, co przeżywasz, podaruj jej swoje pierwsze słowa, jak daje się życie marionetce, a zobaczysz cud życia. Odpowie ci, odpłaci tym samym, emocje zaczną wędrować, łączyć się!

Wtedy zrobiłem krok w stronę Julii i powiedziałem:

– Jesteś bardzo ładna.

Tak jak przewidział Merlin, życie niosło niespodzianki. Dziewczyna odpowiedziała bez chwili namysłu – spoliczkowała mnie.

Więcej było z tego hałasu niż bólu, ale nie spodziewałem się takiej riposty. A zaskoczenie potęguje doznania, więc nagle poczułem się bezsilny.

– Jak możesz mówić mi coś takiego? – szczekała Julia. – Po tym, co zrobiłeś? Co nam zrobiłeś! Podły hipokryto! Durniu!

Ogarnęło mnie nieprzyjemne wrażenie déjà vu.

Na moją klatkę piersiową posypała się lawina ciosów, więc cofnąłem się zdezorientowany, a potem odruchowo powstrzymałem jej drobne ręce, zamykając je w swoich.

– Ty łotrze! Śmieciu!

Julia płakała.

– Bar… bardzo mi przykro – powiedziałem beznamiętnym tonem.

Może jednak Wielki Scenarzysta spełnił moje prośby, bo rozpoznałem w takim poprowadzeniu wątku nudę i banał jego dzieł.

Tymczasem Julia stawała się coraz ostrzejsza.

– Przykro ci? Jest ci przykro? Kurwa, trzeba było pomyśleć, zanim to zrobiłeś! Zrujnowałeś nasze życie! Zdeptałeś to, co nas łączyło!

Wulgarne i melodramatyczne. Zapowiedź burzliwej nocy i dnia w wisielczym nastroju. Brać nogi za pas. A przede wszystkim nie iść z nią do łóżka. Nigdy, nawet po pijanemu.

Zwłaszcza po pijanemu.

Jej ręce, które wciąż trzymałem, szamotały się.

– Uspokój się! – rzuciłem. – Przestań krzyczeć, tym ciągłym wrzaskiem doprowadzasz mnie do szału.

Oswajałem się z sytuacją. To wcale nie było takie trudne. Miałem wrażenie, że dopiero to przeżyłem, że prześladuje mnie echo własnej przeszłości.

– Ale nie przeszkadzało ci, kiedy tamta kurwa krzyczała, co?

– Przestań!