Sen o aniele - Katarzyna Mak - ebook

Sen o aniele ebook

Katarzyna Mak

4,5

63 osoby interesują się tą książką

Opis

Miłość jest w stanie wszystko wybaczyć? Kochać kogoś to znaczy widzieć cud niewidoczny dla innych? Zakochani nie tylko patrzą sobie w oczy, ale spoglądają w tym samym kierunku? Czy miłość to rzeczywiście wszystko, czego potrzebujemy, by czuć się szczęśliwym i spełnionym? Na te i inne pytania muszą sobie odpowiedzieć Brad i Angel, bohaterowie znani z powieści „Dotyk anioła”. Zostają poddani próbie i prawdopodobnie potrzeba cudu, by oboje wyszyli z niej obronną ręką.
Angel zostaje porwana przez arabskiego arystokratę, który każdy swój krok zaplanował z precyzją szachisty. Dziewczyna przeżywa piekło, za które obwinia cały świat, a zwłaszcza Bradleya. Nic więc dziwnego, że uczucie, które dotąd dodawało jej skrzydeł, nagle przyczynia się do jej bolesnego upadku. Kiedy wskutek splotu nieprzewidzianych wydarzeń Brad trafia na ślad swej ukochanej, a później udaje mu się ją odzyskać, wszystko wskazuje na to, że nadeszły lepsze dni. Żadne z nich jednak nie podejrzewa, że od teraz radość zawsze podszyta będzie lękiem, a początkową ulgę zakłóci cały trudny do udźwignięcia bagaż niechcianych emocji i traumatycznych doświadczeń.
Czy Brad i Angel odnajdą uczucie, które wciąż tli się w ich zranionych sercach? Czy Angel zdoła ponownie uwierzyć w miłość i obdarzyć nią człowieka, który tak bardzo ją zawiódł? Czy Brad wymaże ze swej pamięci przeszłość, która kładzie się cieniem na ich związku? Czy sen o małżeństwie, które oboje z olbrzymim wysiłkiem próbują odbudować, może mieć szczęśliwe zakończenie?
Jeśli chcecie sprawdzić, czy rzeczywiście „człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać”, koniecznie sięgnijcie po tę książkę o potędze miłości i namiętności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 333

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Redakcja

Anna Seweryn

Projekt okładki

Pracownia WV

Fotografia na okładce i grafiki na stronach rozdziałowych

© LightField Studios| shutterstock.com| pixabay

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Zespół

Wydanie I, Chorzów 2020

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 600 472 609

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja: LIBER SA

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.liber.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2020

tekst © Katarzyna Mak

ISBN 978-83-7835-794-0

nie jestem aniołem

chyba że udaję

otulam skrzydłami

na chwilę przestaję

ukradnę gwiazdy

kiedy będzie trzeba

pójdę do piekła

by uchylić nieba

Anna Sobańska, Do piekła

Dla wszystkich niewidzialnych aniołów,

bo te istnieją naprawdę…

Prolog

To nie mogło się wydarzyć! To nie miało prawa się tak skończyć! To nie działo się naprawdę…

– Panie Sawyer… – Usłyszałem nad sobą, kiedy wciąż klęczałem przed budynkiem szpitala. – Halo, słyszy mnie pan?

Niechętnie zerknąłem na pielęgniarkę, która teraz wlepiała we mnie pełne współczucia spojrzenie.

– Nie powinien pan tu teraz być. Jest pan potrzebny swoim dzieciom – powiedziała łagodnie, zupełnie jakby przeczuwała, że mam ochotę wyżyć się na kimkolwiek, kto da mi ku temu pretekst. – Proszę wstać. Przeziębi się pan, a to może źle wpłynąć na maleństwa.

Spojrzałem na nią i dopiero teraz dotarło do mnie, że mówi do mnie po angielsku, z dziwnym akcentem. Swoim egzotycznym wyglądem przypominała mi kogoś z Dalekiego Wschodu.

– Pomogę panu – zaproponowała, podając mi dłoń, na którą spojrzałem nieufnie. – Proszę pozwolić sobie pomóc – dodała, kiedy zupełnie nie reagowałem.

Dźwignęła mnie z mokrej ziemi. Ciepło jej palców, zaciskających się na przegubie mojej dłoni, sprawiło, że poczułem dreszcze na całym ciele, co zaniepokoiło mnie i zasmuciło jednocześnie. Jeszcze bowiem do niedawna dotyk Angel wywoływał na moim ciele ciarki.

– Wszystko będzie dobrze, proszę pana…

– Nic nie będzie dobrze – burknąłem i ruszyłem do szpitalnego wejścia. – Dla mnie to koniec…

Bradley

Zupełnie nie docierało do mnie, że już nigdy więcej nie zobaczę Angel. Nie potrafiłem sobie wyobrazić życia bez niej. Wyrzucałem sobie, że dałem się zmanipulować Dianie i dlatego straciłem tyle cennych chwil z ostatnich miesięcy życia mojej żony. Kurczowo łapałem się wszystkich, nawet banalnych wspomnień, żeby choć w ten sposób poczuć namiastkę jej obecności. Brakowało mi jej uśmiechu, którym była w stanie zarazić połowę świata, a nawet tych jej złośliwości, gdy próbowała mi udowadniać, że to nie ja rządzę w naszym związku. Moja słodka Angel… Najbardziej jednak przerażała mnie myśl, jak miałem sobie poradzić w pojedynkę z trudem wychowania naszych dzieci…

Stałem i beznamiętnym wzrokiem patrzyłem przez szybę inkubatora na naszego syna. Był taki podobny do Angel. Kolor włosów, zadarty nosek. Tak, musiałem przyznać, że ten maleńki chłopczyk, którego ciałko niemal tonęło w za dużej pieluszce, wyglądał zupełnie jak jego mama. Moja Angel… Powtarzałem to stale, jakbym obawiał się, że ją zbyt szybko zapomnę albo, co gorsza, jakbym głupio się łudził, że przywołując w kółko jej imię, sprawię, że wróci…

Zamknąłem oczy i zdusiłem w sobie szloch, który bezgłośnie wyrywał się z piersi. Zacząłem oddychać powoli, by zapanować nad rozpaczą, która rwała na strzępy moje głupie, nieposłuszne serce, w miejscu którego odczuwałem niemal fizyczny ból. To Angel sprawiła, że uwierzyłem w miłość, a teraz jej już nie było…

– To dzielny i bardzo grzeczny chłopczyk. – Usłyszałem za plecami.

Otarłem łzę, która skapnęła mi na nieogolony policzek i odwróciłem się w stronę znanej mi już pielęgniarki. Przyglądała mi się badawczo.

– Pana córeczka to jego przeciwieństwo – dodała, uśmiechając się lekko. – Jest uparta i głośno manifestuje swoje niezadowolenie – wyjaśniła i zerknęła na stojący nieopodal inkubator.

– Zupełnie jak jej ojciec – odparłem, podążając wzrokiem w stronę mojej córki.

Kobieta nie skomentowała moich słów. Uśmiechnęła się jedynie pobłażliwie i pokiwała ze zrozumieniem głową.

– Trzeba by nadać im imiona – powiedziała nagle.

– Co? – spytałem nieprzytomnie.

– Dzieci mają na rączkach identyfikatory, na których napisane jest tylko: córka, syn Angeli Zuzanny Lewandowskiej – wyjaśniła.

Natychmiast chciałem sprostować pomyłkę, bo przecież Angel… nosiła moje nazwisko. Ostatecznie jednak doszedłem do wniosku, że nie ma to już teraz żadnego znaczenia, skoro jej już nie było…

– Na ogół dzieciaczki zawsze tak są znakowane i nadawanie im imion wręcz na siłę nie ma większego sensu, ale pana dzieci spędzą na oddziale dla wcześniaków jakiś czas, więc dobrze by było zacząć je jakoś nazywać. Proszę mi wierzyć, te małe istoty szybko zapamiętują nawet te pierwsze chwile ze swego życia, więc…

– Naprawdę? – spytałem na głos, choć w zasadzie nie zamierzałem tego robić.

Pielęgniarka w odpowiedzi pokiwała głową, na co ja uśmiechnąłem się przez łzy. „Wobec tego zapamiętają swoją matkę, której tak krótko dane było się nimi cieszyć” – pomyślałem z narastającym żalem.

– No więc jak będzie? – spytała ciemnooka kobieta, wpatrując się we mnie z wyraźnym wyczekiwaniem.

– Z czym? – spytałem jak idiota, pogrążony w niedawnych wspomnieniach z sali porodowej.

– No z imionami dla dzieci – odparła i znów podążyła wzrokiem w stronę jednego ze śpiących za szybą maluszków.

– Hope i Marvel – odparłem wówczas pewnym, choć wciąż bardzo zatroskanym głosem, który brzmiał, jakby nie należał do mnie.

– Jest pan pewien?

– Chwilowo jestem pewien tylko tego, bo cała reszta wydaje mi się jedną wielką niewiadomą.

Nie musiałem ani też nie czułem się w obowiązku, by przed obcą kobietą tłumaczyć, dlaczego tak, a nie inaczej postanowiłem nazwać swoje dzieci. Marvel, a właściwie Marv – uznałem, że takie zdrobnienie pasuje idealnie – bo ten chłopczyk w istocie był cudem, zupełnie jak jego matka, która nagle pojawiła się w moim życiu i całkowicie je odmieniła. Szybko więc doszedłem do wniosku, że nie mogłem mu wybrać właściwszego imienia. A Hope? Moja rozkapryszona córeczka, która nawet teraz, w ciepełku inkubatora, wydawała się niezadowolona, o czym mogła świadczyć choćby jej skwaszona minka, była nadzieją, a tej teraz potrzebowałem najbardziej. Nie wiem, czego właściwie się spodziewałem, nadając takie, a nie inne imię naszej córce, ale głęboko wierzyłem, że to właśnie dzięki niej uda mi się przetrwać te trudne chwile bez jej matki. Nadzieja…

Malak

Obudził mnie dziwny huk, który niemal rozsadzał mi czaszkę. Byłam w samolocie – choć mój umysł ledwo reagował na zewnętrzne bodźce, byłam tego pewna. Naraz poczułam też ból w każdym skrawku budzącego się do życia ciała. Był tak silny, że wydawał się nie do zniesienia. Jęknęłam cicho, a po policzkach spłynęły mi pierwsze łzy. Żyłam, czułam to wyraźnie, choć mogłabym przysiąc, że na chwilę umarłam. Byłam pewna, że odchodzę, i widziałam rozpacz w oczach Bradleya. Teraz jednak dotarło do mnie, że tylko śniłam, ale pozostawało pytanie, czy to, co wydarzyło się przed utratą świadomości, było prawdą.

Przypomniałam sobie cudowny moment, kiedy wraz z Bradem przywitaliśmy na świecie nasze dzieci… Nijak jednak miało się to do faktu, że znajdowałam się teraz w powietrzu i bolał mnie każdy centymetr wciąż bezwładnego ciała. Musiało się stać coś strasznego…

Rozejrzałam się w panice po pokładzie samolotu, ale w tych ciemnościach nie byłam w stanie nic dostrzec. Próbowałam choćby się ruszyć, bo coś mówiło mi, że na wstanie o własnych siłach na razie nie mam co liczyć, ale nie udało mi się nawet to. Moje ciało doznało jedynie kolejnej dawki niewyobrażalnego bólu, który sprawił, że znów straciłam przytomność…

***

Kiedy ponownie się ocknęłam, usłyszałam tylko ryk silników, co oznaczało, że wciąż lecę.

– Brad! – jęknęłam, próbując po raz kolejny ruszyć choćby palcami, które pod wpływem każdego drgnięcia bolały, jakby łamała się w nich najdrobniejsza kosteczka. – Brad?! – spróbowałam zawołać, ale z moich ust wydobywała się jedynie para.

Wtedy też w kabinie zrobiło się jaśniej. Ktoś ewidentnie zapalił światło. Zmrużyłam oczy, gdyż ten nagły blask powodował niewyobrażalny i przejmujący ból, który promieniował aż do samej głowy.

– Brad? – wyszeptałam. – Gdzie ja jestem? Co z naszymi dziećmi?

– Malak. – Usłyszałam nagle zupełnie obco brzmiący męski głos, więc pomimo pieczenia i kłucia pod powiekami natychmiast je uniosłam.

Mój wzrok nadal był nieostry, a widzenie, zresztą jak każda inna czynność, sprawiało mi ból. Mimo to dostrzegłam mężczyznę, który mi się przyglądał.

– Kim pan jest? – W pierwszym odruchu spytałam po polsku. Kiedy nie zareagował, ponowiłam pytanie w języku angielskim. – Gdzie jest Brad? Gdzie jest mój mąż? Moje dzieci? Co się stało z moimi dziećmi…?

Nieznajomy, który właśnie wstał z jednego z nielicznych foteli znajdujących się na pokładzie, podszedł do mnie z dziwnym, przerażającym mnie błyskiem w czarnych jak noc oczach. Dopiero teraz – kiedy on pochylał się nade mną, a ja poczułam, że niemal się duszę – odkryłam, że samolot, którym lecimy, nie jest zwykłą pasażerską maszyną. Znajdowałam się prawdopodobnie na pokładzie jakiegoś prywatnego odrzutowca, w dodatku z zupełnie obcym facetem, a już sam jego wygląd nie napawał mnie optymizmem. Nigdy nie byłam rasistką, ale w tej chwili jakoś nie pocieszała mnie myśl, że pochyla się nade mną nieznajomy, najprawdopodobniej arabskiego pochodzenia. Tak, ten człowiek o demonicznym spojrzeniu z całą pewnością był Arabem bądź Turkiem czy jakimś innym islamistą…

– Malak – powiedział nagle i musnął opuszkami palców mój policzek.

– Nie dotykaj mnie – wydukałam, próbując cofnąć głowę. – Gdzie ja jestem? Gdzie jest mój mąż? – zaczęłam ponownie pytać i rozglądać się w poszukiwaniu Bradleya i dzieci, które, byłam tego pewna, powiłam.

Chcąc się upewnić, że nie śnię, a to, co zapamiętałam sprzed tej dziwnej drzemki, nie jest jedynie wytworem mojej wyobraźni, zerknęłam na swój brzuch. Wtedy też odkryłam, że jestem przypięta pasami do czegoś, co wyglądało jak mobilne szpitalne łóżko.

– Gdzie ja jestem? – spytałam ponownie, spoglądając z trwogą w oczy stojącego nade mną mężczyzny. – I kim ty jesteś?

– Mam na imię Hamman – odparł wówczas i znów próbował mnie dotknąć, aż się wzdrygnęłam. – Od dziś skazana będziesz wyłącznie na mnie…

Bradley

Chodziłem bez celu po opustoszałych nocą ulicach Tomaszowa Lubelskiego. Moje dzieci były pod dobrą opieką, więc mogłem pozwolić sobie na chwilę oddechu. Musiałem wyjść stamtąd, przewietrzyć umysł, głupio łudząc się, że to pomoże mi pozbierać się po tej olbrzymiej stracie. Wcale nie pomagało. Ani spacer na mroźnym powietrzu, ani też szaleńczy wręcz bieg, w który naraz przemieniła się ta przechadzka, nie sprawiły, bym choć na moment wymazał z pamięci obraz konającej na moich oczach żony.

Dobiegłem do jakiegoś zaułka, oparłem się plecami o zimny, pokryty szronem mur i zawyłem na całe gardło, niczym ranne zwierzę. Tak właśnie się czułem – jak w potrzasku, okaleczony, pozbawiony woli życia…

***

– Opił się pewnie, żul jeden. – Usłyszałem i poczułem na sobie czyjeś dłonie. – Niech go pani zostawi. Pełno się tu takich ochlaptusów kręci.

– Proszę pochopnie nie oceniać innych, tylko najpierw zacząć od siebie – padła odpowiedź. Znów poczułem na twarzy przyjemny ciepły dotyk. – Proszę pana? Nic panu nie jest? Dobrze się pan czuje? A może powinnam wezwać pogotowie?

Ta kobieta mówiła po polsku, pozostali także. Rozumiałem ich, bo z tęsknoty za Angel, kiedy mnie opuściła, uczyłem się trochę jej ojczystej mowy. Jak widać, do czegoś przydała mi się ta wiedza.

– Zostaw go, dziewczyno. Mówię ci, takich lepiej nie ruszać, bo tylko problemów sobie narobisz.

– Taaa, Zenek ma rację. Wczoraj na własne uszy słyszałam, jak pod moimi oknami darł mordę jak opętany. Bałam się wyjrzeć, bo takiemu to nie wiadomo, kiedy coś do łba strzeli.

– Proszę pana? – Lekkie klepnięcie tej samej ciepłej dłoni sprawiło, że uniosłem zapuchnięte i ciężkie jak z ołowiu powieki. – Potrzebuje pan pomocy?

Spojrzałem na dziewczynę, która wbrew radom okolicznych mieszkańców usilnie starała mi się pomóc. Była młoda, zupełnie jak moja Angel, i najwyraźniej odważna, tak samo jak ona. Tylko że owa istota z wielkimi zielonymi oczami nie była moją Angel, którą tak bardzo pragnąłem w tej chwili ujrzeć…

– Nie – odparłem, próbując wstać.

Byłem zmarznięty i obolały, więc nagle nie wydało się to tak prostym zadaniem, jak sądziłem. Wtedy też dostrzegłem dłoń, którą wysunęła do mnie ta uczynna dziewczyna. Ująłem ją więc niepewnie, by po chwili podnieść się z chodnika, na którym najwyraźniej spędziłem pół nocy.

– Zostaw go, bo ci coś jeszcze zrobi.

Kiedy zerknąłem na starą kobietę, natychmiast uciekła wzrokiem.

– Dziękuję – wychrypiałem po polsku. – Dam już sobie radę.

– Nie zostawię pana samego w takim stanie – upierała się.

– Niech cię nie zwiedzie ten strój paniczyka. Tacy są najgorsi – przestrzegł jakiś facet.

– To od pana wali wódą na kilometr, więc może byłby pan tak łaskaw i przestał mi doradzać? – odcięła się złośliwie.

– Chodź, Zenuś, nic tu po nas – wtrąciła się nagle staruszka.

– Ano chodź, Halinka. Szkoda czasu na takiego łachmytę i przemądrzałą gówniarę.

– Dziękuję pani – powtórzyłem i ruszyłem wolnym krokiem przed siebie.

– Proszę zaczekać! – Usłyszałem za sobą. – Może pomyśli pan, że mu się narzucam, ale… coś mi mówi, że powinnam się panem zaopiekować. Proszę wybaczyć, ale nie wygląda pan za dobrze.

Zrównała się ze mną, więc spojrzałem na nią. Znów zacząłem doszukiwać się w niej podobieństwa do mojej żony. Była niewiele wyższa i nieco tęższa. Miała też włosy podobnego koloru, które teraz wystawały spod ciepłej czapki. Ale to nie była moja Angel…

– Tutaj niedaleko jest taka kawiarenka. Może da się pan zaprosić na kawę bądź herbatę z cytryną? Bardzo pan zmarzł, więc…

– OK. – Nie zamierzałem silić się na dłuższe wypowiedzi w tym skomplikowanym języku, bo nie byłem w tym dobry, a nie lubiłem robić z siebie idioty. – Mówisz po angielsku? – spytałem.

– Tak, choć mój angielski jest kiepski – odparła, marszcząc nos, co natychmiast przywiodło mi na myśl wspomnienie żony. Ona też robiła taką uroczą minę…

– To tak jak mój polski – odparłem, po czym dałem się zaprowadzić do jakiejś małej, ale naprawdę przytulnej kawiarni.

Dopiero po przekroczeniu progu dotarło do mnie, jak bardzo zmarzłem.

– To herbata czy kawa? – spytała, ściągając wełnianą czapę.

Jej włosy miały jednak zupełnie inny odcień niż włosy Angel, co nieoczekiwanie bardzo mnie zasmuciło.

– Herbata. Chociaż dziś, chcąc jakoś przeżyć ten dzień, powinienem raczej zacząć od czegoś mocniejszego.

– Kłopoty? – zapytała, idąc do baru.

Pokiwałem tylko głową.

– Każdy je ma – dodała blondynka o miodowym odcieniu włosów, kiedy wróciła do maleńkiego stolika i postawiła przede mną kubek. – Ja na przykład wczoraj nie zaliczyłam sesji. Chyba odpuszczę sobie te studia. Dziś Wigilia, a ja zamiast cieszyć się z rodziną świętami, będę rozmyślać o tym, jak podejść do kolejnej poprawki. Nie, już chyba mam dość. Głupia byłam, idąc na tę psychologię. Wszyscy mi ją odradzali, ale uparłam się i co teraz mam z tego? Same kłopoty – skwitowała ze szczerym uśmiechem. – A co pana trapi? Dziewczyna pana rzuciła?

Posłałem jej smutny uśmiech. Była taka urocza w tej swojej paplaninie. Zupełnie jak moja Angel…

– Mam na imię Brad – odparłem, podając jej dłoń, którą uścisnęła serdecznie. Musiałem przyznać, że miała krzepę, co nawet mnie zaskoczyło.

– Justyna – przedstawiła się. – To co, powiesz mi, Brad, co takiego się zdarzyło, że znalazłam cię rano na ulicy? – zapytała, mrugając do mnie, zupełnie jakby wymownie sugerowała, że ostro zabalowałem dziś w nocy, choć prawda była zgoła inna.

– Wczoraj zmarła moja żona.

– Cooo? – zająknęła się i omal nie wylała na siebie gorącej herbaty, po którą właśnie sięgała.

– Moja żona zmarła podczas porodu. Zostawiła mnie i nasze dzieci – wyjaśniłem ze ściśniętym gardłem.

– Boże, przepraszam. Nie chciałam… Ja…

– Nie wymieniaj przy mnie imienia tego sukinsyna.

– Kogo? – spytała nagle, zupełnie nie pojmując, o co mi chodzi.

– Tego całego… Boga – wyjaśniłem z pogardą.

– Dobrze. – Pokiwała głową. Milczała jeszcze przez chwilę, uparcie wpatrując się we mnie, co zaczynało mnie nieco drażnić. I kiedy miałem ochotę powiedzieć jej, że nie potrzebuję litości, odezwała się pierwsza: – Co zamierzasz teraz zrobić?

Uśmiechnąłem się krzywo, pociągając łyk kwaśnej jak cholera herbaty.

– Nie mam, kurwa, pojęcia…

Malak

Ponownie odzyskałam przytomność, kiedy wylądowaliśmy, choć właściwie na dobre ocknęłam się dopiero w jakimś domu, w pomieszczeniu, którego wcześniej nie widziałam na oczy. Rozglądałam się niepewnie po wysokich niemal do nieba ścianach, zdobionych złotem i piaskowcem.

– Gdzie ja jestem? – spytałam, widząc mężczyznę, z którym przez moment rozmawiałam w samolocie.

– W raju – odparł tajemniczo. Nie podobał mi się jego ton, ale w tej chwili nawet nie miałam siły, by pokazać mu, jak bardzo jestem niezadowolona. – Jesteś w raju na ziemi, moja droga Malak.

– Nie nazywaj mnie tak!

Nie pojmowałam, co działo się z moim ciałem, ale niepokojące było to, że nawet tak prosta czynność jak mówienie sprawiała mi ból.

– Malak oznacza anioł – wyjaśnił mi wówczas spokojnie, podchodząc do mnie bardzo, bardzo blisko. – Czy nie tak nazywał cię twój małżonek?

– Brad? – Zaczęłam się miotać, ale pasy wciąż trzymały mnie bardzo mocno, a każdy ruch powodował dodatkowy ból. – Gdzie jest mój mąż? Co mu zrobiłeś?

– Twój mąż jest daleko stąd – odparł, dotykając blizny na moim policzku. – To on ci to zrobił, prawda? – spytał, usilnie wpatrując się w moje oczy.

Bałam się jego demonicznego spojrzenia, więc odwróciłam wzrok.

– Nic ci do tego – odpyskowałam, a właściwie wyszeptałam resztkami sił, bo nagle poczułam, jak mój oddech staje się nierówny, a ja odpływam…

***

– Wydawało mi się, że wiem o tobie wszystko, ale, jak widać, myliłem się. – Usłyszałam, kiedy ponownie otworzyłam oczy.

Chyba wyobrażałam sobie, że ocknę się we własnym łóżku albo w łóżku Bradleya, bo ogarnęła mnie niewysłowiona żałość, kiedy okazało się, że jest inaczej. Niestety, nie obudziłam się z koszmaru, a z każdą chwilą ten sen na jawie stawał się coraz bardziej przerażający… Nieznajomy przedstawił się jako Hamman i właśnie rozebrał się do naga. Stał teraz przede mną i przyglądał mi się.

– Gdzie ja jestem? – zapytałam ponownie, jakbym łudziła się, że tym razem w końcu poznam konkretną odpowiedź.

– Już ci mówiłem, w raju – powiedział, zbliżając się do mnie.

– Stój, nie podchodź!

– Nie obawiaj się mnie, Malak – powiedział łagodnie, gładząc moje włosy. – Nie skrzywdzę cię. Nie zranię, jak on…

– Puść mnie – jęknęłam. – Nie możesz mnie więzić!

Miotałam się jak schwytane w sidła zwierzę, a Hamman z nieodgadnionym wyrazem twarzy tylko spoglądał na mnie.

– Moja droga, niepotrzebnie robisz sobie dodatkową krzywdę. Dopóki nie wyzdrowiejesz, nie wypnę cię z pasów – wyjaśnił, gładząc moje przedramię, które natychmiast pokryło się gęsią skórką. – To dla twojego dobra. Im szybciej to zaakceptujesz, tym lepiej dla ciebie, dla nas…

– Puść, do cholery! Muszę do łazienki – skłamałam. Prawda była taka, że chciałam jak najszybciej stąd uciec i wrócić do męża, do moich dzieci…

– Masz założoną pieluchę, więc się nie krępuj – odparł.

Zażenowana zerknęłam wówczas po sobie. I choć moje ciało okryte było zielonym materiałem, dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że Hamman mówił prawdę.

– Mój mąż cię zabije, kiedy odkryje, że mnie uprowadziłeś! – wykrzyczałam, na co wybuchnął diabolicznym wręcz śmiechem, który teraz głucho odbijał się po wysokich ścianach pomieszczenia. – Nie znasz go. Brad to…

– Znam – przerwał mi, natychmiast poważniejąc.

Nachylił się, a mnie owionął zapach mocnych perfum. Patrzył mi w oczy, a ja byłam pewna, że zapamiętam to spojrzenie do końca swoich dni. Było bezlitosne, okrutne, przepełnione męską siłą, ale kryło się w nim coś jeszcze, czego nie potrafiłam nazwać.

– On zabił moją narzeczoną.

– Co takiego? – jęknęłam.

Jak w kalejdoskopie przez moją głowę zaczęły przelatywać strzępy informacji, które po chwili ułożyły się we wspomnienie tragicznie zmarłej kobiety, o której zamordowaniu jakiś czas temu rozpisywała się amerykańska prasa. Wciąż nie wiedziałam, gdzie jestem, ale teraz byłam już pewna, kto mnie porwał. Wpatrujący się we mnie człowiek z całą pewnością był księciem Hammanem bin Ahmedem Nozanu, któremu, jak sam twierdził, mój mąż zabił narzeczoną…

Bradley

Po spotkaniu w kawiarni postanowiłem wrócić do szpitala. Czekały tam na mnie dzieci, które teraz oprócz mnie nie miały nikogo. Nie miałem bladego pojęcia, jak sobie poradzę z opieką nad dwoma noworodkami, ale jednego byłem pewien – musiałem stanąć na wysokości zadania, bo Angel nie darowałaby mi, gdybym w tak ważnej sprawie dał ciała.

Ta herbata z cytryną dobrze mi zrobiła, ale mimo to czułem się kiepsko. Nie tylko psychicznie, bo łupało mnie też w kościach i wciąż byłem wyziębiony. Cóż, nie byłem już nastolatkiem i odwykłem od spania na ulicy. Nie miałem jednak teraz czasu na użalanie się nad sobą, bo czekały na mnie dwie istotki, dla których dosłownie od zaraz musiałem stać się ojcem. Współczułem im nieco takiego rodzica, bo nie tylko czułem się koszmarnie, ale również tak wyglądałem. Nie miałem nic ze sobą, więc poranną toaletę musiałem ograniczyć do przepłukania ust, obmycia twarzy lodowatą wodą i przeczesania włosów palcami. Efekt był mizerny.

Właśnie dochodziłem do drzwi, za którymi znajdował się oddział neonatologii, kiedy usłyszałem dobrze mi znany głos:

– Witaj, chłopcze.

– Teresa? – Byłem zszokowany, widząc ją tutaj, zwłaszcza że od wielu miesięcy nie dawała znaku życia. – Skąd się tu wzięłaś?

– Myślisz, że mogłabym być gdzie indziej w takiej chwili? Chciałam wam zrobić niespodziankę i pomóc w pierwszych chwilach po narodzeniu maleństw… – westchnęła, połykając łzy. – Brad, synku, tak bardzo mi przykro…

Wpadłem jej w ramiona i rozpłakałem się jak dziecko, którym w istocie nie byłem od piątego roku życia.

– Płacz, Brad, płacz. Jestem tu po to, by ci pomóc…

– Tereso, ja… ja… Angel… moja najsłodsza Angel… Ten sukinsyn, ten wasz cały Bóg mi ją zabrał – zawyłem, wtulając się w nią jeszcze mocniej.

– Rozumiem twój ból, ale obwinianie Boga nic nie pomoże.

– Nie?! A kogo mam obwiniać, jak nie jego?! Ty również, jak Angel, wierzysz, że on jest taki miłosierny, dobry? – zapytałem z niedowierzaniem. – Obie jesteście naiwne i głupie.

– Może i jestem naiwna – odpowiedziała. – Może nawet głupia. Wiem, że trudno ci się z tym będzie teraz pogodzić, ale ja naprawdę wierzę, że Bóg miał w tym jakiś cel…

– W dupie mam ten jego cel! – ryknąłem, na co zwrócił mi uwagę ktoś z przechodzącego obok personelu. Olałem go. – Za moje winy odebrał mi coś najcenniejszego. Za moje grzechy ukarał ją, nie mnie…

– Synku…

***

Długo nie mogłem się uspokoić. Krzyczałem, płakałem, rozpaczałem, wzbudzając niemałą sensację wśród osób odwiedzających szpital i jego personelu. A Teresa była obok. Przytulała mnie i gładziła po włosach, jak troskliwa matka, która chce pocieszyć swoje zrozpaczone dziecko. Jej obecność przyniosła mi pewne ukojenie, ale nikt, nawet ona, nie był w stanie uleczyć mojej zranionej duszy.

Siedziałem na krześle, w szpitalnym korytarzu, skulony i ze zwieszoną głową. Miałem ochotę zapaść się pod ziemię, zniknąć, zapomnieć i choć przez moment nie cierpieć

– Brad? – Usłyszałem nagle męski głos.

Gdy podniosłem wzrok, od razu wiedziałem, kim jest stojący przede mną ksiądz. I choć kilka miesięcy temu po opowieściach Angel byłem pewien, że będę do tego człowieka żywił niechęć czy nawet nienawiść, teraz… nie poczułem kompletnie nic. Przez moment pomyślałem, że o to właśnie mi chodziło, żeby wyzbyć się wszelkich emocji, których natłok sprawiał mi niemal fizyczny ból.

– Ty jesteś Brad, jak sądzę?

Pokiwałem głową. Nie byłem w stanie wydobyć z siebie głosu.

– Domyślasz się, kim jestem? – spytał, wyciągając do mnie dłoń, którą niepewnie uścisnąłem. – Jestem Sebastian. Byłem…

– Wiem, kim byłeś – uciąłem, bo naraz poczułem budzący się we mnie gniew. Ta reakcja na myśl o mojej żonie z innym facetem była jak odruch bezwarunkowy.

– Przyszedłem, właściwie oboje przyszliśmy… – Wskazał głową na zapłakaną kobietę. – …żeby ci pomóc.

– Jak niby chcecie mi pomóc? – warknąłem.

– Moja matka i pani Teresa zajmą się dziećmi, a ty pomożesz mi zorganizować pogrzeb.

– Człowieku, jaki, kurwa, pogrzeb?

Obrzucił mnie karcącym wzrokiem, ale miałem to w dupie. Mówiłem, co chciałem i w sposób, jaki mi odpowiadał.

– Zuza wychowała się w wierze katolickiej i uważam, że powinna zostać pochowana zgodnie z jej obrządkami – wyjaśnił mi spokojnie.

– Rób, co chcesz, klecho – odparłem, pocierając opuchniętą twarz. – Ja nie zamierzam uczestniczyć w tej błazenadzie.

– Brad, co ty mówisz? Przecież…

– Głuchy, kurwa, jesteś? – mruknąłem i wstałem gwałtownie. – Nie zamierzam żegnać się z moją Angel. Nie dam satysfakcji temu pieprzonemu egoiście – wysyczałem i spojrzałem na zafrasowaną, pełną bólu twarz matki Sebastiana.

– Mówisz o Bogu, chłopcze? – spytała wówczas.

– Proszę mnie tak nie nazywać – warknąłem niegrzecznie. Tak pozwalałem mówić do siebie tylko jednej osobie, a była nią Teresa.

– Dobrze, już nigdy więcej nie nazwę pana w podobny sposób – wyszeptała. – Staram się pana tylko zrozumieć. Zuzia… Angel… – poprawiła się, widząc moją skwaszoną minę, którą miałem, ilekroć ktoś nazywał ją inaczej niż ja sam. – Ona zasługuje na godny pochówek. I czy to się panu podoba, czy nie, zorganizujemy to, jak należy.

– Jak sobie chcecie – mruknąłem, po czym nie wytrzymałem i wyszedłem z budynku, w którym nagle zrobiło się bardzo duszno…

Malak

Faszerowali mnie jakimiś prochami, bo na ogół tylko spałam, a gdy przebudziłam się na moment, to w zasadzie nic nie czułam, zupełnie jakby przestawiono mnie w tryb uśpienia. To było dziwne uczucie, ale wolałam ten stan niż powracającą na krótko świadomość, kim naprawdę jestem, co lub raczej kogo zostawiłam za sobą i że trafiłam do piekła zwanego rajem.

– Witaj, Malak.

Właściwie rozpoznawałam w tym nowym miejscu tylko jego głos. Co prawda niekiedy, na granicy jawy i snu, docierały do mnie jakieś kobiece szepty, ale nie potrafiłabym powiedzieć, kto mnie mył, karmił czy opatrywał ranę po cesarskim cięciu.

– Dobrze się dziś czujesz? – spytał, kiedy podszedł do mnie na tyle blisko, że mogłam dostrzec wyraz jego twarzy.

– Idź do diabła! – warknęłam.

Gdybym tylko mogła, splunęłabym mu w twarz, ale w tej pozycji mogłam co najwyżej udławić się własną śliną. Wciąż byłam otumaniona lekami, ale ten mrożący krew w żyłach głos mimo to wywoływał we mnie najgorsze instynkty.

– Z tobą mogę iść nawet do samego diabła – odparł, po czym dotknął mojego policzka.

Spiorunowałam go wzrokiem, na co roześmiał mi się prosto w twarz. Pochylił się i musnął mnie wargami, a ja poczułam taki przypływ adrenaliny, że miałam ochotę go rozszarpać. Nie wiem, co bym mu wykrzyczała, gdyby nie to, że zaczął poluźniać więzy. Nagle obudziła się we mnie nadzieja na wolność, którą tak brutalnie mi odebrano. Bardzo powoli rozpinał każdą klamrę, a ja miałam wrażenie, że w ten sposób się ze mną droczy. Kiedy już miałam mu wykrzyczeć, że jest podłym dupkiem, poczułam, że wreszcie, po wielu dniach skrępowania, mogę się podnieść.

Jak wariatka zerwałam się na równe nogi, ale poczułam, że ziemia usuwa mi się spod stóp. Świat wokół mnie zawirował, a ja wpadłam wprost w ramiona Hammana, który z całą pewnością uchronił mnie przed upadkiem.

– Jesteś jeszcze bardzo słaba, Malak – powiedział łagodnie w moje włosy, co spowodowało, że natychmiast nabrałam chęci do walki.

Odepchnęłam go z całych sił i dopadłam do pobliskich masywnych drzwi. Szarpałam za klamkę, ale ta, niestety, ani drgnęła. Byłam w pułapce, choć przez moment łudziłam się, że nadarzyła się szansa ucieczki.

– Nie trać energii na zbędny wysiłek. – Usłyszałam tuż za swoimi plecami.

Odwróciłam się więc gwałtownie i w szaleńczym odruchu wymierzyłam Hammanowi siarczysty policzek. Chwycił mnie wówczas za obie ręce, które skutecznie unieruchomił tuż nad moją głową, przyciskając mnie do tych wrót, które jeszcze sekundę temu próbowałam otworzyć.

– Nigdy więcej tego nie rób! – warknął niemal w moje usta, zbliżając twarz niebezpiecznie blisko. – Zapamiętaj sobie, że na każdy atak odpowiem ci tym samym, na każdy bunt zareaguję buntem, a gwałt ukarzę gwałtem.

Przebiegły mnie ciarki. W jego lodowatym spojrzeniu dostrzegłam rychłą zapowiedź spełnienia wysyłanych pod moim adresem gróźb.

– Uwolniłem cię z pasów, bo przez te kilka tygodni wyzdrowiałaś – powiedział, ale nadal krępował mi ręce.

Kilka tygodni? Jezu, leżałam tu od kilku tygodni, gdy tymczasem mój mąż pewnie odchodził od zmysłów. A moje dzieci…? Boże, co z nimi? Spojrzałam na swoje piersi i momentalnie zdałam sobie sprawę, że chyba nie ma w nich już pokarmu. Co jeszcze ten drań chciał mi odebrać?

– Zanim jednak cię puszczę, chcę, żebyś wiedziała, że stąd nie można uciec. Moja posiadłość jest chroniona przez wyszkolonych ludzi. We wszystkich zakamarkach domu kamery śledzą każdy twój ruch. To istna forteca, pogódź się z tym i nie marnuj czasu na bezsensowne próby wydostania się – ostrzegł triumfalnie, a następnie w końcu mnie puścił.

– Dlaczego to robisz? – spytałam, mając wrażenie, że zaraz dostanę ataku. Ledwo łapałam oddech.

– Już ci mówiłem. On odebrał mi to, co najcenniejsze, więc ja odpłaciłem mu tym samym.

Patrzyłam na niego i milczałam. Niemal zaczęłam tęsknić za obezwładniającym mnie strachem, bo teraz po prostu ogarnęła mnie przerażająca pustka i rezygnacja. Byłam gdzieś na końcu świata, w rękach psychopaty, który zamierzał zemścić się na moim mężu. Rezydencja była chroniona jak więzienie Alcatraz, a ja byłam tak wycieńczona, że każdy krok wywoływał u mnie zadyszkę. Co mogłam zrobić w tej sytuacji?

– To nie ma sensu… – powiedziałam i przycupnęłam na wielgachnej skórzanej kanapie, bo nagle pociemniało mi w oczach. – Brad zabijał tylko złych ludzi. – Tylko taki rodzaj usprawiedliwienia jego haniebnego czynu przychodził mi do głowy. – Co zatem zrobiła twoja narzeczona, że została skazana?

Chyba rozwścieczyłam go tym pytaniem, bo wstał gwałtownie i zaczął się przechadzać po pokoju. Dopiero teraz zauważyłam, że Hamman był naprawdę rosłym i dobrze zbudowanym mężczyzną. Nie był tak umięśniony jak Brad, ale jego ciało, a także jego nerwowe ruchy przypominały mi zwierzę, dzikie, nieokiełznane, szykujące się do ataku na ofiarę.

– Nikomu to oceniać! – warknął i doskoczył do mnie. Zadrżałam i skurczyłam się w sobie. – Nazim była w ciąży, a twój mężulek zabił ją z zimną krwią.

Przez chwilę nie mogłam wydusić z siebie słowa. Nie mieściło mi się w głowie, że Brad mógł zabić ciężarną kobietę, że byłby zdolny do takiego okrucieństwa.

– Mój mąż… on nie mógł tego zrobić…

– A jednak! – wykrzyczał mi w twarz, na co zamknęłam oczy, jakbym czekała na najgorsze. – Odebrał mi ich oboje, Nazim i mojego syna, którego nosiła w łonie.

Zacisnęłam powieki, bojąc się spojrzeć w twarz mężczyzny, którym zawładnęła wściekłość i najwyraźniej tracił kontrolę nad sobą. Nie miałam pojęcia, jak mogłabym go uspokoić, ale w końcu zerknęłam na niego i wydukałam:

– To pewnie da się jakoś wyjaśnić. Nie wiem, co się wtedy stało, ale gdy poznamy jakieś sensowne wytłumaczenie, to może będzie ci lepiej…

– Tak, zapewne już wkrótce będzie mi lepiej. – Spojrzał mi w oczy, a mnie aż zmroziło. – Straciłem dziecko i tylko kolejne może mnie uleczyć z tego poczucia pustki. Ty urodzisz mi syna.

– Co takiego?! – Próbowałam zerwać się z miejsca, ale był szybszy.

Złapał mnie, pchnął mocno, aż upadłam na kanapę. Wtedy doskoczył do mnie i w okamgnieniu przywarł do mnie całym ciałem.

– Puść! Nie rób mi krzywdy… – jęknęłam, czując, że nie mogę złapać tchu.

– Nie zrobię – powiedział, po czym zachłannie zaczął mnie całować.

Starałam się bronić, ale nie miałam z nim szans. Z dziką furią wyrywałam się i gryzłam na oślep, ale jedynym efektem było to, że czułam w ustach smak jego krwi.

– Tym razem ci odpuszczę – mruknął nagle, dysząc ciężko. – Ale już niebawem będziesz moja. I albo to zaakceptujesz, albo wezmę cię siłą – dodał, po czym wstał i wyszedł, trzaskając drzwiami.

Zwinęłam się w kłębek, zasłoniłam twarz dłońmi i zaniosłam się płaczem.

Bradley

Od śmierci Angel minęło sześć długich tygodni. Dotychczas sądziłem, że nic nie jest w stanie mnie złamać. Przez lata pracy w… specyficznym zawodzie oswoiłem się ze śmiercią. Co innego jednak odebrać życie komuś obcemu, a zupełnie co innego przeżyć stratę najważniejszej osoby na świecie. Szkoda, że musiałem się o tym przekonać w tak traumatycznych okolicznościach. Paradoksalnie dopiero odejście Angel uzmysłowiło mi, jak kruche jest życie. Moje także…

Miałem trzydzieści trzy lata i ostatnio w moim świecie dokonała się prawdziwa rewolucja. Nie tylko całkiem niedawno postanowiłem zmienić pracę, co jednak nie pozbawiło mnie kompletnie wyrzutów sumienia spowodowanych tym, że był ze mnie kawał zimnego drania. A może nawet wciąż nim byłem… Zamieniłem także luksusową rezydencję w Stanach na stary dom na polskiej wsi. Byłem więc w obcym kraju, w którym władano językiem zaliczanym do najtrudniejszych na świecie, nic więc dziwnego, że wciąż miałem pewne problemy z porozumiewaniem się. To wszystko jednak było niczym w porównaniu z bezmiarem osobistej tragedii, która mnie spotkała…

Tylko co odzyskałem swoją żonę, by zaraz znów ją stracić, tym razem bezpowrotnie. Moje życie bez Angel nie miało najmniejszego sensu. Nie przekonywał mnie nawet fakt, że jestem tak bardzo potrzebny naszym dzieciom, które po tych kilku tygodniach szpitalnej opieki wreszcie wraz ze mną wróciły do rodzinnego domu ich matki. Maluchy czuły się dobrze, o czym niejednokrotnie dawały znać głośnym płaczem. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że reagują tak na moją bliskość, tęskniąc za matką. Zwłaszcza Hope kwiliła żałośnie, ilekroć brałem ją na ręce, choć w sumie robiłem to niezwykle rzadko, gdyż Teresa i Grażyna nie odstępowały obydwojga dzieci niemal na krok. Marv był znacznie grzeczniejszy od siostry, ale po wyjściu dzieci ze szpitala w zasadzie miałem go w swych ramionach tylko raz. Zbyt mocno przypominał mi swoją matkę. Wiem, to było podłe z mojej strony, że unikałem kontaktu z własnym synem, ale wciąż byłem tak rozbity, że każde wspomnienie Angel wywoływało we mnie ból nie do opisania, a miałem wrażenie, że więcej już nie dam rady dźwigać na swoich barkach.

– Panie Bradleyu… – Usłyszałem cichy głos Grażyny, która nagle weszła do sypialni dzieci, gdy stałem pochylony nad ich łóżeczkami i patrzyłem, jak śpią.

Irytowało mnie, że zwracała się do mnie tak oficjalnie, ale niewiele mogłem z tym zrobić. Matka księdza – o Sebastianie nie umiałem myśleć inaczej – zachowywała wobec mnie dystans, a ja nie zamierzałem startować w jakimś cholernym rankingu popularności i starać się, żeby ktoś mnie polubił. Miałem inne problemy na głowie.

– Możemy pomówić? – spytała cichutko.

Skinąłem głową.

– Wraz z Teresą i Sebastianem uważamy, że powinien pan ochrzcić dzieci.

– Co mam zrobić? – wydukał po chwili, bo przez moment zdawało mi się, że znów coś źle zrozumiałem.

– Dzieci powinny otrzymać sakrament chrztu świętego.

Prychnąłem niegrzecznie, choć nie taki był mój zamiar. Nie chciałem nikogo urazić, a już tym bardziej Grażyny, która tak wiele robiła, by mi pomóc. Jak miałem jednak zareagować na tak idiotyczny pomysł?

– Chodźmy stąd, bo obudzi pan dzieci – zaproponowała nagle i poprawiwszy kocyki w łóżeczkach, ruszyła wraz ze mną do kuchni.

Teresa szykowała nam jakiś posiłek. Pachniało ładnie, ale nie zmieniało to faktu, że nadal nie miałem apetytu.

– Siadaj, Brad, zaraz nakładam – zarządziła bez zbędnych wstępów. – Sebastian też się zjawi na obiedzie? – spytała Grażynę, która tylko pokiwała głową.

„Super – pomyślałem nagle. – Zbiorą się całą ekipą i znów, podobnie zresztą jak w przypadku pogrzebu, będą usilnie próbowali mnie namówić, bym zmienił zdanie”.

– Nie jestem głodny – odparłem i nawet nie zająłem miejsca przy stole, tylko oparłem się o lodówkę.

– Brad, synku, nie możesz się tak zachowywać. Musisz jeść. Musisz być silny dla swoich dzieci – powiedziała ze spokojem moja gosposia, która w tej chwili pełniła naprawdę wiele innych funkcji w moim życiu. Wciąż była gosposią, ale też i nianią, a także najlepszą przyjaciółką, w ramionach której ostatnio dość często znajdowałem ukojenie. – Zmizerniałeś ostatnio. Co by powiedziała…

Zamilkła gwałtownie, kiedy rzuciłem jej gniewne spojrzenie. W dzień pogrzebu oświadczyłem bowiem, że nie chcę słyszeć imienia swojej żony. Może to było okrutne, może nawet idiotyczne, ale wierzyłem, że jeśli nikt nie będzie wspomniał o niej przy mnie, to wreszcie ból, który czułem codziennie niemal o każdej porze dnia, choć odrobinę zmaleje.

– Co tak pięknie pachnie? – doszedł nas głos księdza, który właśnie wszedł do kuchni. – Tereso, jesteś aniołem.

Zerknąłem na niego w taki sposób, jakbym miał mu za chwilę rozpierdolić ryj. Jak śmiał?! Powinien wiedzieć, że tak nazywałem żonę, z której śmiercią tak trudno było mi się pogodzić.

– Brad, uspokój się – ostrzegła mnie Teresa, która znała mnie od wielu lat i wiedziała aż nazbyt dobrze, co teraz siedziało w mojej głowie.

– Korzystając z okazji, że zebraliśmy się wszyscy…

– Nie zgadzam się – przerwałem Grażynie, która, jak słusznie zacząłem podejrzewać, znów chciała poruszyć temat chrzcin dzieci.

– Nie rozumiem…

– Ja również – dołączył klecha, który dzisiaj prosił się, bym poszarpał mu tę koloratkę, którą tak dumnie nosił pod szyją.

– Nie zgadzam się na chrzest bliźniąt!

– Że co? – Ksiądz patrzył na mnie z pogardą, jak na najgorszego zwyrodnialca.

– Brad, synku…

– Nie, Teresko. Powiedziałem „nie” i zdania nie zmienię.

– Dlaczego się tak upierasz? – żądała wyjaśnień.

Ona, jako jedyna w tym gronie, mogła sobie pozwolić na takie spoufalanie. Grażyna w zasadzie również miała swoje przywileje, ale ten księżulo z całą pewnością nie dostąpi nigdy takich praw.

– Myślisz, że lżej ci będzie tylko dlatego, bo postanowiłeś w ten osobliwy sposób odegrać się na nim…

– Tak. – Pokiwałem głową. – Myślę, że poczuję się odrobinę lepiej, wiedząc, że ten wasz cały… bożek nie będzie miał nic wspólnego z naszymi… – Głos mi uwiązł w gardle. Znów to robiłem. Znów mówiłem o nas w czasie teraźniejszym. – …dziećmi.

– Co pan mówi? – oburzyła się Grażyna.

– Prawdę – odparłem, wzruszając ramionami. – Ten WASZ BÓG zabrał mi Angel. Nie pozwolę mu tknąć… moich dzieci.

– Ten NASZ Bóg – poprawiła mnie matka księdza – zabierając do siebie Z… Angel, widocznie miał jakiś cel.

– Jaki, kurwa, cel?!

– Brad, uspokój się – napomniała mnie Teresa. – Grażynka ma rację. Dzieci powinny zostać ochrzczone. Poza tym jestem pewna, że tego chciałaby ich matka. A ty nie możesz dłużej chować głowy w piasek. Masz obowiązki wobec bliźniąt. Czy ci się to podoba, czy nie…

– Ale…

– Żadne ale – przerwała mi. – Wiem, że nadal bardzo cierpisz. My też cierpimy, bo każde z nas kochało naszego aniołka. – Powiodła spojrzeniem po wszystkich. Grażynie, której oczy zaszły mgłą, księdzu, który pomimo koloratki pod szyją wciąż żywił gorące uczucie do mojej żony – nie byłem głupcem czy ślepcem, by tego nie zauważyć. I mnie, co powodowało, że stawałem się miękki jak urabiana w palcach plastelina. – Brad, uszanowałam twoją decyzję, kiedy odmówiłeś uczestnictwa w pogrzebie. Miałeś prawo dokonać takiego, a nie innego wyboru. Miałeś prawo nie czuć się na siłach, by pożegnać swoją żonę – dodała smutno, a mnie ścisnęło się serce.

Pamiętałem ten dzień, każdą jego minutę, sekundę, w której wyłem i przeklinałem Boga, że mi ją odebrał. Po pogrzebie, kiedy późnym wieczorem zastałem Teresę ślęczącą w kuchni na kubkiem herbaty, powiedziała mi, że źle zrobiłem, nie idąc na cmentarz, bo pożegnanie pomogłoby mi oswoić się szybciej ze stratą, którą poniosłem. Być może miała rację, ale nie mogłem jej wyznać, że chyba nawet teraz oszukiwałem się, że Angel nie było w tej cholernej trumnie i kiedyś znów stanie w progu naszego domu, gdziekolwiek będzie się on znajdował.

– Brad?

– Dobrze. Zróbcie, jak uważacie – odparłem łamiącym się głosem, po czym wyszedłem z domu, chwytając po drodze kurtkę.

Malak

Ta olbrzymia rezydencja rzeczywiście była tak pilnie strzeżona, jak mówił Hamman. To była prawdziwa forteca, wokół której stale kręcili się zamaskowani i uzbrojeni wartownicy. W dodatku w domu, tak jak wspominał mój porywacz, wszędzie były kamery, nawet w toalecie. Nie dość, że byłam zaszczuta, zastraszana, to w dodatku czułam się naprawdę skrępowana. Dobrze chociaż, że póki byłam więźniem w domu Hammana, nie musiałam nosić tych dziwnych damskich strojów czy chust zasłaniających twarze, które nosiły inne kobiety zamieszkujące tę posiadłość. Było ich tu całkiem sporo. Nie bardzo wiedziałam, kim były czy jaką funkcję pełniły, ale nie miałam okazji, by którąś o to wprost spytać. Nawet jeśli udało mi się nawiązać jakiś kontakt – jak się okazało prawie żadna z nich nie mówiła płynnie po angielsku – to i tak nie chciała ze mną rozmawiać, zupełnie jakby się czegoś bała. Jedyną osobą, która zachowywała się mniej powściągliwie, była najstarsza z kobiet. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam dlaczego, bo wyznała mi w sekrecie, że jest matką Hammana.

– Nalif, on mnie tu więzi. Wiesz o tym? – spytałam, kiedy jak co wieczór przyszła do mnie, by sprawdzić, czy wszystko ze mną w porządku, dziś w zastępstwie syna, który rzekomo wyjechał w interesach.

– Nie ciebie jedną – odparła tajemniczo.

– Ty również jesteś tu wbrew własnej woli? – spytałam, zaskoczona.

– Teraz już nie, ale początki były bardzo trudne. Muhammad, kiedy upatrzył mnie sobie na pierwszą żonę, był bardzo porywczym młodym samcem – powiedziała, a mnie ciarki przeszły po plecach.

Nie chodziło mi nawet o samo słowo „samiec”, choć to budziło we mnie odrazę i grozę jednocześnie, od razu przywołując obrazy zachowującego się jak rozjuszone zwierzę Hammana. Nagle jednak zdałam sobie sprawę, że mogłabym się stać częścią jakiegoś haremu, a moje życie sprowadzałoby się do zaspokajania żądzy arabskiego księcia… „Cholera, jakbym cofnęła się w czasie. Przecież mamy dwudziesty pierwszy wiek” – pomyślałam ze złością, która przynajmniej na moment zagłuszyła mój paniczny wręcz lęk przed sytuacją, w jakiej się znalazłam.

– Dopiero kiedy urodziłam mu Hammana, a on znajdował sobie kolejne, młodsze żony, odpuścił mi nieco – kontynuowała Nalif.

– Twój mąż ma kilka żon? – spytałam wprost, nadal nie dowierzając, że mówi mi o tym tak spokojnie.

– Kilkanaście – poprawiła mnie. – Najmłodsza ma zaledwie czternaście lat. Jej krzyki, kiedy odbierał jej dziewictwo w noc poślubną, było chyba słychać w całym królestwie.

Zasłoniłam twarz dłonią. W Polsce, Stanach czy w jakimkolwiek innym cywilizowanym kraju takie czyny nazywano pedofilią. A tu? Boże… nie mieściło mi się to w głowie.

– Jak ty to wytrzymujesz?

– Już mówiłam. Początki były trudne, jednak każdy kolejny rok i każda nowa żona, która zajmowała moje miejsce w królewskim łożu, ściągała ze mnie nadmiar obowiązków – wyjaśniła, rozczesując mi włosy. – Wiesz, wiele wycierpiałam, ale w zasadzie warto było. Wciąż jestem królową numer jeden. Mam większe przywileje od innych i to właśnie mój syn jest następcą tronu. W naszym kraju kobieta jest własnością męża, ale kiedy mu się znudzi i tak nikt inny nie może jej dostać. Tak jest ze mną. Mój mąż już od lat mnie nie dotykał, bo dla niego jestem za stara, choć ma więcej lat ode mnie. Wiesz, on… woli młodsze, dużo młodsze. Uwielbia dziewice, których już nawet nie bierze na żony. Po prostu kupuje je i robi z nimi, co tylko zechce.

Ta informacja spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Wreszcie pojęłam, skąd w tym domu brała się taka rzesza kobiet w różnym wieku. Wszystkie one były albo żonami Muhammada, albo kochankami czy też jego córkami. „Nie ma co, jedna wielka, szczęśliwa rodzina” – pomyślałam ironicznie, ale wcale nie było mi do śmiechu.

– Gdzie jest teraz twój mąż? – zapytałam, pełna obaw. Dotąd myślałam, że to Hamman stanowi dla mnie największe zagrożenie, a tymczasem okazało się, że jego ojciec jest złem wcielonym.

– Nie obawiaj się go. Nie ma go z nami. Wyjechał na kilka lat w podróż. Nie znam szczegółów tej wyprawy, bo kobietom nie wypada wiedzieć za dużo. Niemniej żeby cię nieco uspokoić, powiem ci, że zjawia się u nas bardzo rzadko.

– Ale tu przyjeżdża? – Przełknęłam głośno ślinę.

– Tak, czasami. Ale nie musisz się obawiać, bo mój mąż gustuje w trochę młodszych dziewczynach. Poza tym ty jesteś gościem naszego syna, więc nawet jeśli przyszłoby mu na myśl, by zrobić z ciebie kochankę czy nawet żonę, to najpierw musiałby spytać o zgodę Hammana. A on ma wobec ciebie poważne plany, więc nigdy się na to nie zgodzi.

– Plany? – spytałam, czując, że blednę.

Sądziłam, że skoro wyjechał i odpuścił mi na jakiś czas, to ten niedorzeczny pomysł, o którym wspominał w złości, wyparuje mu z głowy. Teraz jednak po minie jego matki mogłam jednoznacznie wywnioskować, w jak wielkim dotąd byłam błędzie.

– Hamman chce spłodzić z tobą syna, którego twój mąż odebrał mu, zabijając jego narzeczoną.

– Ty wiesz o wszystkim? – spytałam, na co jedynie pokiwała głową. – Jak możesz akceptować to, że twoje dziecko tak traktuje jakąś kobietę?

Spojrzała na mnie, jakby nie rozumiała, co do niej mówię. Słowa, które wypowiedziała chwilę później, dobitnie pokazały mi, że tak właśnie było.

– To zaszczyt dla kobiety, że taki mężczyzna jak Hamman chce obdarzyć ją potomkiem. Korzystaj z tego daru od losu.

– Boże, co mam zrobić, by twój syn mnie wypuścił? – jęknęłam.

Właśnie straciłam ostatnią deskę ratunku, bo naiwnie wierzyłam, że kobieta zawsze zrozumie kobietę. My jednak byłyśmy z kompletnie innych światów, a to, co dla tutejszych niewiast było powodem do dumy, mnie jawiło się jako najgorszy koszmar.