Sen mojej matki - Alice Munro - ebook
Opis

Opowiadanie ze zbioru „Miłość dobrej kobiety”.

Zbiór ośmiu opowiadań o kobietach. Ich losy, możliwości i ograniczenia we współczesnym świecie są główną osią twórczości Munro, znakomitej pisarki kanadyjskiej. Jej bohaterki muszą sobie radzić z niejednoznacznością własnych uczuć, z wewnętrznymi konfliktami, z rozdźwiękiem między tym, czego chcą, a tym, co muszą. Jest tak z wkraczającą w dorosłość mężatką, która szuka swojego miejsca w życiu, jest tak z młodą kobietą, która przyjeżdża na wakacje do matki, ale nie potrafi z nią wytrzymać, bo ma w sobie zbyt dużo goryczy i żalu.

Miłość kobiet przyjmuje rozmaite formy: uczucia matki do córki, dziecka do dorosłego, żony do męża, przyjaciółki do przyjaciółki - Munro pokazuje je wszystkie z niezwykłą wnikliwością, odsłaniając głębię i zawiłość zwyczajnego życia oraz siłę emocji, które wiążą ludzi ze sobą na nieskończenie różnorodne sposoby.

Munro jak zwykle wydobywa na światło dzienne wszystko, co w życiu kanadyjskiej prowincji przemilczane i zepchnięte w cień - by pokazać ludzi, którzy popełnili ten zasadniczy, pierwszy grzech: zjedli owoc z drzewa poznania.

„Publishers Weekly"

 

Opowiadania Munro są jak troskliwie przechowywane nagrania rodzinne, dokumentujące ważne momenty z przeszłości.

„Library Journal"

 

Munro jest bez wątpienia mistrzynią. W Miłości... opisuje ludzką egzystencję z niezwykłą precyzją i elegancją najwyższej próby.

„The Washington Post"

 

Te zaskakujące historie po raz kolejny przypominają, że Munro jest literacką cudotwórczynią.

Francine Prose

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 72


Alice Munro

SEN MOJEJ MATKI

Przełożyła Agnieszka Pokojska

Opowiadanie ze zbioru Miłość dobrej kobiety

Wydano z pomocą finansową

Tytuł oryginału: The Love of a Good Woman

Copyright © 1998 by Alice Munro

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIII

Copyright © for the Polish translation by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIII

Wydanie I

Warszawa

Sen mojej matki

Nocą – w każdym razie wtedy, kiedy spała – spadł obfity śnieg.

Matka wyjrzała przez duże okno zwieńczone łukiem, takie, jakie spotyka się w rezydencjach bogaczy czy staroświeckich budynkach publicznych. Popatrzyła na trawnik i krzewy, na żywopłoty, rabaty kwiatowe i drzewa – wszystko zniknęło pod śniegiem, czapy i zaspy nie były nawet muśnięte przez wiatr. Biel nie raziła jednak oczu tak, jak w świetle słońca. Była to biel śniegu pod bezchmurnym niebem tuż przed świtem. Panowała głęboka cisza; było jak w kolędzie O Little Town of Bethlehem, tyle że bez gwiazd.

Coś tu jednak nie grało. W tej scenerii tkwił błąd. Wszystkie drzewa, krzewy i rośliny znajdowały się w pełni letniego rozkwitu. Trawa, widoczna w miejscach osłoniętych przed śniegiem, była świeża i zielona. Przez jedną noc śnieg okrył bujność lata. Niespodziewana, niewytłumaczalna zmiana pory roku. Poza tym wszyscy wyjechali – choć kim byli ci „wszyscy”, matka nie umiałaby wyjaśnić – i została sama w wysokim, przestronnym domu, w otoczeniu starannie poprzycinanych drzew i zadbanych ogrodów.

Pomyślała, że wkrótce pewnie dowie się, co się stało. Ale nikt nie przychodził, nie dzwonił telefon; nie stukała otwierana furtka. Matka nie słyszała szumu samochodów, nie wiedziała zresztą, z której strony domu biegnie ulica – czy też droga, jeżeli byli na wsi. Musiała wyjść z tego domu, w którym powietrze było tak ciężkie i zastałe.

Kiedy wyszła na zewnątrz, nagle jej się przypomniało. Przypomniało jej się, że gdzieś tutaj zostawiła dziecko, zanim spadł śnieg. Jakiś czas przed tym, zanim spadł śnieg. Ta świadomość, ta pewność, napełniła ją zgrozą. Poczuła się tak, jakby się budziła ze snu. We śnie zbudziła się do świadomości swojego błędu i jego konsekwencji. Zostawiła dziecko na noc na dworze, zapomniała o nim. Zostawiła je gdzieś na pastwę pogody i niepogody, jakby było lalką, którą się znudziła. A może to wcale nie stało się wczoraj wieczorem, tylko tydzień albo i miesiąc temu? Zostawiła własne dziecko na dworze na całą porę roku, a może aż na kilka pór roku. Miała inne zajęcia. Może nawet wyjechała stąd i teraz dopiero wróciła, nie pamiętając, do czego wraca.

Zaczęła przeszukiwać ogród, podchodziła pod każdy żywopłot i zaglądała pod rośliny o dużych liściach. Wyobrażała sobie, że dziecko będzie pomarszczone i wyschłe. Będzie martwe, suche i brązowe, główkę będzie miało jak orzech, a na jego drobnej, ściągniętej buzi będzie się malował wyraz nie przedśmiertnego cierpienia, lecz opuszczenia, bólu znoszonego cierpliwie, od dawna. Nie będzie wyglądać, jakby ją, matkę, oskarżało, tylko jakby cierpliwie i bezradnie czekało na ratunek lub na śmierć.

Smutek, który poczuła, był smutkiem jej dziecka, które czekało i nie wiedziało, że czeka na nią, swoją jedyną nadzieję, a ona zupełnie o nim zapomniała. Dziecko było takie małe, że nie umiało się nawet odwrócić od padającego na nie śniegu. Smutek dławił moją matkę tak, że oddychała z największym trudem. Nigdy już nie będzie w niej miejsca na nic innego. Nie będzie miejsca na nic poza świadomością tego, co zrobiła.

Cóż to więc była za ogromna ulga, kiedy znalazła dziecko w łóżeczku. Leżało na brzuchu, głowę miało odwróconą na bok, skórę bladą i gładką jak płatki przebiśniegu, a puszek na głowie czerwonawy jak świt. Rude włosy, tego samego koloru co jej, na główce doskonale bezpiecznego, niezaprzeczalnie jej własnego dziecka. Radość z uzyskanego przebaczenia.

Śnieg, ogrody w rozkwicie i obcy dom znikły. Jedyną pozostałością wielkiej bieli był kocyk w dziecięcym łóżeczku. Kocyk z lekkiej białej wełny, teraz przykrywający plecy dziecka zaledwie do połowy. Z powodu upału, upału prawdziwego lata, dziecko nie miało na sobie niczego poza pieluchą i plastikowymi majtkami, które miały chronić prześcieradło przed przemoczeniem. Majtki były w motyle.

Moja matka, zapewne wciąż myśląc o śniegu i o chłodzie, który zwykle mu towarzyszy, podciągnęła kocyk i przykryła nagie plecy i ramiona dziecka, a potem także głowę porosłą rudym puszkiem.

Kiedy to się wydarza w świecie rzeczywistym, w lipcu 1945 roku, jest wczesny ranek. W porze, o której każdego innego ranka domagałoby się pierwszego karmienia, dziecko jeszcze śpi. Matka, mimo że stoi i ma otwarte oczy, jest wciąż na tyle głęboko pogrążona we śnie, że się nad tym nie zastanawia. Dziecko i matka są zmęczeni długą walką, ale matka w tej chwili nie pamięta nawet o tym. Niektóre obwody są powyłączane; na jej umyśle i umyśle dziecka osiadł nieubłagany spokój. Matka – moja matka – nie rozumie, że właśnie wstaje słońce. Nie pamięta niczego z zeszłego dnia ani z tego, co zdarzyło się koło północy, nie przypomina sobie niczego, co mogłoby ją wytrącić ze snu. Nakrywa kocykiem głowę dziecka, jego spokojny, zadowolony, śpiący profil. Wraca boso do swojego pokoju, pada na łóżko i znów traci świadomość, natychmiast.

Miejsce, w którym to się dzieje, niczym nie przypomina domu z jej snu. To niski, biały, drewniany budynek, mały, ale szacowny, z gankiem, który prawie dosięga chodnika, i oknem wykuszowym w jadalni, wychodzącym na małe podwórko ogrodzone żywopłotem. Dom stoi przy spokojnej uliczce w małej miejscowości, dla przyjezdnego nie do odróżnienia od wielu innych małych miejscowości, oddalonych od siebie o dziesięć, piętnaście mil w tej niegdyś gęsto zaludnionej rolniczej okolicy nieopodal jeziora Huron. Mój ojciec i jego siostry wychowali się w tym domu, a obie siostry z matką nadal w nim mieszkały, kiedy dołączyła do nich moja matka – i ja też, jako duża i energiczna osoba w jej brzuchu – po tym jak ojciec zginął w ostatnich tygodniach wojny w Europie.

Późnym słonecznym popołudniem moja matka – Jill – stoi koło stołu w jadalni. Dom jest pełen ludzi, zaproszonych tu po nabożeństwie żałobnym w kościele. Piją herbatę albo kawę i trzymają w palcach miniaturowe kawałki tortu cytrynowego, ciasta bananowego, keksu, babki piaskowej. Tartaletki z kremem i rodzynkami na kruchym cieście powinno się jeść widelczykiem deserowym z jednego z porcelanowych talerzyków, które teściowa Jill pomalowała w fiołki jako młodziutka mężatka. Jill wszystko je palcami. Okruchy ciasta upstrzyły zielony aksamit jej sukni, lepki rodzynek spadł na dekolt i zostawił plamę. Dzień jest za ciepły na tę suknię i nie jest to ubiór ciążowy, tylko luźna szata, uszyta na publiczne występy, podczas których Jill gra na skrzypcach. Z przodu suknia podjeżdża w górę, z mojego powodu. Ale jest to jej jedyne ubranie, które jest odpowiednio duże i odpowiednio porządne jak na nabożeństwo żałobne po śmierci męża.

Co ma znaczyć to opychanie się? Ludzie oczywiście zauważyli. „Je za dwoje”, mówi Ailsa do grupki swoich gości, żeby pozbawić ich szansy zyskania nad nią przewagi czymś, co powiedzą albo czego nie powiedzą o jej bratowej.

Jill przez cały dzień mdliło, aż nagle w kościele, kiedy myślała o tym, jak rozstrojone są organy, zdała sobie sprawę, że jest głodna jak wilk. Przez całą pieśń O Valiant Hearts marzyła o ogromnym hamburgerze, ociekającym sokiem z mięsa i roztopionym majonezem, a teraz próbuje sprawdzić, jakie połączenie orzechów włoskich, rodzynków i cukru trzcinowego, jaka kłująca w zęby słodycz lukru kokosowego, kojący kęs ciasta bananowego czy czubata łyżka kremu sprawdzi się jako jego zamiennik. Nic się nie sprawdzi, oczywiście, ale ona próbuje dalej. Kiedy zaspokaja już prawdziwy głód, wciąż odczuwa wyobrażony, a jeszcze silniejsze jest rozdrażnienie, graniczące niemal z paniką, które każe jej wpychać sobie do ust jedzenie, którego smaku już nie czuje. Nie umiałaby o tym rozdrażnieniu powiedzieć nic poza tym, że ma coś wspólnego z włochatością i skrępowaniem. Żywopłot za oknem, gęsty i błyszczący w słońcu, aksamitna suknia klejąca się do spoconych pach, misterne kiście loków – tego samego koloru co rodzynki w tartaletkach – spiętrzone na głowie jej szwagierki Ailsy, nawet te malowane fiołki na talerzykach, jak strupy, które chciałoby się zdrapać – wszystko to wydaje się jej wyjątkowo okropne i przytłaczające, chociaż wie, że jest całkiem zwyczajne. Tak jakby komunikowało jej coś o czekającym ją nowym i niespodziewanym życiu.

Dlaczego niespodziewanym? O mnie wiedziała już od jakiegoś czasu, wiedziała też, że George Kirkham może zginąć. W końcu służył w lotnictwie. (I w domu Kirkhamów tego popołudnia ludzie mówią – choć nie do niej, wdowy po nim, ani do jego sióstr – że należał do tych, o których od zawsze wiadomo, że umrą młodo. Bo był przystojny, wesoły i cała rodzina była z niego dumna, pokładała w nim wszystkie nadzieje.) Jill wiedziała o tym, ale żyła jak zwykle, w ciemne zimowe poranki pakowała się ze skrzypcami do tramwaju i jechała do konserwatorium, gdzie godzinami ćwiczyła, otoczona dźwiękami innych instrumentów, ale sama w obskurnym pomieszczeniu; towarzyszył jej tylko jazgot kaloryfera. Skórę na dłoniach miała najpierw ścierpniętą z zimna, a potem spierzchłą od suchego ciepła wewnątrz. Nadal mieszkała w wynajmowanym pokoju z nieszczelnym oknem – latem przepuszczało muchy, a zimą śnieg, który gromadził się na parapecie wewnętrznym – i kiedy akurat nie miała nudności, marzyła o kiełbasach, pasztetach i ciemnych kostkach czekolady. W konserwatorium jej ciążę traktowano taktownie, jakby to był nowotwór. Długo zresztą nic nie było po niej widać, jak to zwykle bywa z pierwszą ciążą u solidnie zbudowanych dziewczyn o szerokiej miednicy. Koncertowała publicznie, nawet kiedy wywijałam w niej koziołki. Tęga i majestatyczna, z długimi i gęstymi rudymi włosami okrywającymi ramiona, o twarzy szerokiej i błyszczącej, wyrażającej poważne skupienie, grała partię solową w swoim najważniejszym dotychczas recitalu. W Koncercie skrzypcowym Mendelssohna.

Trochę orientowała się w sytuacji na