Sen Kolumba - Emil Marat - ebook + audiobook
Opis

Ten życiorys starczyłby na kilka scenariuszy filmowych: przed wojną niemieckie więzienie, potem Auschwitz, walka w Kedywie i powstanie warszawskie, niewola, tajemnicze przedsięwzięcia w powojennych Niemczech, miłość, rozpacz i bezradność – a u źródeł wszystkiego młodzieńcze marzenia o nieograniczonej wolności.
Krzysztof Sobieszczański „Kolumb” – kim był naprawdę? Jak został postacią literacką i co bohater Romana Bratnego z kultowej powieści
Kolumbowie. Rocznik 20. ma wspólnego z rzeczywistością? Emil Marat prowadzi fascynujące historyczne śledztwo, odnajdując nieznane dokumenty, archiwalia polskie i zagraniczne. Sen Kolumba to połączenie eseju, książki historycznej i reportażu literackiego, który ukazując niezwykłe losy jednego człowieka, stanowi zarazem requiem dla pokolenia Kolumbów.


Sen Kolumba
to drobiazgowo udokumentowana relacja o bohaterach, którzy nie raz zmienili skórę, bo historia kazała im grać różne role, a wszak historia jest tym, co inni robią z nami. Takie książki powstają długo, ale też na bardzo długo zapadają w pamięć. Sen Kolumba Emila Marata to opowieść, do której chce się wracać wielokrotnie.
Andrzej Mularczyk


Emil Marat (ur. 1971) – autor powieści
Szkło (2012), Lawirynt (2014), książek historycznych (razem z Michałem Wójcikiem) Made in Poland (Nagroda Historyczna „Polityki” 2014) i Ptaki drapieżne
(Nominacja do Nagrody im. Długosza 2017).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 591

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 58 min

Lektor: Marcin Popczyński

Popularność


Emil Marat

SEN KOLUMBA

Projekt współfinansowany przez miasto stołeczne Warszawa.

Realizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Copyright © 2018 by Emil Marat

Wydanie I 

Warszawa MMXVIII

Paulinie

Prolog

Jaskółki pochowały się w szczelinach muru, znużone upałem.

– Jak jest, to jest, a jak nie ma, to też jest, ale za późno. – Aktor wykazuje talent do komplikowania wciąż obcego mu języka francuskiego. Często zostaje na łodzi na noc, nie korzysta z hotelu, zwłaszcza gdy ma ochotę na opium. Dwumasztowa „Zaca”, poddając się wówczas wydychanej przez niego chmurze, łagodnie pochyla się na zawietrzną i godzinami płynie w ciemnościach, przycumowana do wyłożonej drewnem kei.

Po narkotycznej nocy Errol Flynn wstaje koło dziesiątej, kiedy upał jest już nie do zniesienia. Wyłania się spod pokładu w białych spodniach i koszuli z podwiniętymi rękawami. Blisko metr dziewięćdziesiąt, włosy przygładzone brylantyną, papieros w kąciku ust.

Przytrzymuje się relingu, mrużąc oczy, drepcze na dziób. Co chwila odwraca się, chcąc przyłapać kogoś, kto idzie za nim – spóźnione o dwa kroki słońce wypala z tekowego pokładu wilgotne ślady bosych stóp.

Obejmuje ramieniem sztag i wyciąga z wody przywiązaną do linki butelkę. Rzuca niedopałek i chwiejnie wraca w stronę rufowej zejściówki. Po drodze pozdrawia robotników pracujących przy remoncie cumującego obok kutra. Dobrzy znajomi. Ale nie próbował zapamiętać ich twarzy. Czasem się zatrzymuje, by chwilę z nimi porozmawiać, nie szkodzi, że coraz rzadziej bywa przytomny na tyle, by rozumieć, co mówią.

Czy nie irytuje go hałas wzmacniania burt kutra? Kaszel starego silnika, uderzenia młotem, smród farb i oleju, pogwizdywanie na widok kobiet odwiedzających pokład jachtu, krzyki – pewnie przekleństwa – w niezrozumiałym, szeleszczącym języku?

„Zaca” – najpiękniejszy szkuner na Lazurowym Wybrzeżu. Flynn spędza na swoim jachcie coraz więcej czasu, powoli uzależniając się od alkoholu, opium i nastoletnich dziewczyn. Dwa lata wcześniej łódź zagrała razem z nim w Damie z Szanghaju Orsona Wellesa. Film gatunku noir, a ona – pomalowana na biało (teraz jej burty są ciemnogranatowe) – była na ekranie dłużej niż właściciel, któremu Welles dał maleńką rolę w tle, nawet niewymienioną w czołówce.

„Zaca. San Francisco” – napis złotem na skośnej rufie.

Ponadtrzydziestometrowy jacht pocięty jutowymi linami, pełen mahoniu i wypolerowanego mosiądzu, śpi przy nabrzeżu niedużego portu, bo jeszcze chwila, jeszcze czas – w Cannes nie ma tłumów, nie ma potworów przywożących rosyjskich oligarchów, nie ma silników po tysiąc koni, jeszcze rybackie lugry i bateau-bœufy stają burta w burtę ze statkami należącymi do sław.

Flynn zaczepia jednego z ludzi pracujących na kutrze. Macha do niego trzymaną za szyjkę schłodzoną butelką.

Śniady blondyn średniego wzrostu, wyglądający na czterdzieści lat, zbity w sobie, masywny, ubrany w podkoszulek na ramiączkach i drelichowe podwinięte na łydkach spodnie podchodzi do burty. Krople potu na jego twarzy. Oczy błękitne, przymrużone, skóra zbrązowiała słońcem, czapka oficera marynarki słońcem wypłowiała. I duże, szorstkie dłonie z plamami od oleju.

– Jak jest, to jest, a jak nie ma, to też jest, ale za późno – Flynn mota składnię, wskazując flaszkę.

Nie poznaje człowieka, z którym wielokrotnie rozmawiał.

– Kim jesteś, monsieur? – Podaje mężczyźnie butelkę. – Czym się zajmujesz?

Stojący na kutrze widzi, że oczy aktora są zamglone, że dzisiaj, tak jak wczoraj, jak przedwczoraj i jak tydzień temu, Errol, wraz ze swoją załogą, ze względu na tę mgłę pozostanie w porcie.

Odmawia kolejnego pociągnięcia z butelki. Wraca do pracy. Silnik kutra wisi nad pokładem przytwierdzony łańcuchami do poprzecznej belki.

– Grałeś w czymś, co widziałem? – krzyczy za nim Flynn.

– Nie, na pewno nie.

Część IKiki

1

Był piękny jak z obrazka, dlatego nazywano go „Panienką”.

Wpatrywali się w ten obrazek.

Z zakładu fotograficznego przy Marszałkowskiej zdjęcia Hansa Schmalza wykradły łączniczki Armii Krajowej – „Danusia” (Mancewicz)1 i „Zosia” (Czechowska)2. Któregoś zimowego wieczoru, nie bawiąc się w ceregiele, rozbiły cegłą szybę witryny i zgarnęły do torby wszystkie zdjęcia reklamujące usługi fotografa, wśród nich portrety pięknego feldfebla – przełożonego wartowni Bahnschutzpolizei (straży kolejowej) przy dworcu Warszawa Zachodnia.

„Stasinek” Sosabowski3, dowódca żoliborskiej grupy Kedywu, w pisanym w latach siedemdziesiątych liście do Józefa Rybickiego4 wskazuje jedynie, że zakład mieścił się przy Marszałkowskiej5. Może to „Fotoris” – Marszałkowska numer 125? Szyld „Usługi i sklep z przyborami fotograficznymi”, a poniżej spod farby przebijają zamazane nazwiska Rosenblum i Schwartz (właściciele zostali wysiedleni do getta, najpewniej pojechali stamtąd do Treblinki, firma trafiła pod zarząd komisaryczny i działała dalej). W mieście było wówczas bardzo dużo zakładów fotograficznych, na przykład niemal w sąsiedztwie „Karol Rudolf – sklep i laboratorium prac amatorskich” (Marszałkowska 145) albo „Foto-Muza – atelier fotograficzne” M. Ferszta (Marszałkowska 98), ale właśnie „Fotoris” polecano Niemcom jako miejsce do robienia najlepszej jakości odbitek i zdjęć do dokumentów6. Polscy pracownicy kopiowali te fotografie dla podziemia, jednak zdobycie odbitki trwało, wymagało uruchomienia siatki kontaktów, rozmów, spotkań. A wystawione za szybą zdjęcie feldfebla było potrzebne już.

Schmalz był brunetem o ciemnej karnacji. „Typowy nordyk, jak Hitler…” – mogli żartować. Wykazywał się nadzwyczajną gorliwością. Drapieżnik: sprytny, cierpliwy i okrutny. Według świadectw bardzo lubił zabijać. Strzelał do dzieci zbierających rozsypany z wagonów węgiel, ludzi złapanych na torach torturował dla perwersyjnej przyjemności. Czasem, przykrywszy się chustą, udawał zgarbioną kobiecinę – w ten sposób podchodził ofiary. Krążąca legenda przypisywała mu dwustu zabitych. „Potworne zjawisko” – tak został opisany we wstępie do akowskiego raportu7.

Mieszkał zapewne gdzieś w Śródmieściu lub na bliskiej Woli, do „Fotoris” przy Marszałkowskiej nie miał znowu tak daleko, parę minut tramwajem, najwyżej jedna przesiadka. To istotne, bo nie lubił chodzić po mieście. Bał się.

W grudniu 1943 roku planowali go zabić żołnierze oddziału z Ochoty. Urządzili zasadzkę: opanowali na kilka godzin wartownię przy stacji, ale Schmalz tego akurat dnia nie pojawił się „w pracy”. Po nieudanym zamachu staje się czujny, ostrożny, stara się bywać w wartowni w różnych godzinach, poza służbą chodzi tylko w cywilnym ubraniu, ogranicza też swoje myśliwskie spacery. Siedzi twardo w budynku, wysyła patrole i odbiera rutynowe telefony z Dworca Głównego8.

Kupili bilety na pociąg osobowy do Pruszkowa.

Było już postanowione, że akcją będzie dowodził „Kazik”9, to on przygotuje plan i przedstawi „Stasinkowi”.

Gdy tylko ruszyli z Głównej, przywarli do szyb po lewej stronie. Pociąg wyjechał z tunelu i wspinał się na nasyp, po chwili było już widać budynek wartowni przed Dworcem Zachodnim – niewielki, parterowy, pokryty czerwoną dachówką. Jest czas, by się dobrze przyjrzeć: otoczony wysokim płotem z drutu kolczastego domek ma dwa wejścia, a furtka i brama w ogrodzeniu znajdują się od strony ulicy Niemcewicza, biegnącej ukośnie ku torom. Do terenu wachy przylegają podwórza jakichś firm: bałagan, rupieciarnia, skład materiałów, pryzmy węgla przykryte szmatami brudnego śniegu, złomowisko, maszyny. Zwiad potwierdzi – „Towarzystwo Asfaltowe” i „Severin”. Łącznie na miejscu ponad setka pracowników.

Trasę do Pruszkowa, jak pisze „Stasinek”, robili trzykrotnie.

„Kazik” rozpisał precyzyjny scenariusz. Główną rolę miał odegrać stojący obok niego przy oknie wagonu Krzysztof Sobieszczański „Kolumb”. Bohater tej książki.

STACH

Ale nie ma już ludzi, którzy Krzysztofa pamiętają. Jak ty chcesz to pisać? On każdemu opowiadał o sobie co innego – mówi mi Stanisław Likiernik10 siedemdziesiąt lat po wojnie. – Czyli jakby żyli, miałbyś jeszcze trudniej. Ja powiem wszystko, co pamiętam. Ale jak ty to napiszesz, to nie wiem. Przecież nikt nie zna całości jego życia. „Kolumb” to był Krzysztof, a nie ja. Romek Bratny wmanewrował mnie w tego „Kolumba”, połączył dwie osoby. Danka Mancewicz też chciała o Krzysztofie książkę pisać. Lata całe o tym mówiła. Może zaczęła. Nie wiem. Sprawdź. Zobacz. Poszukaj. Pomyśl.

Pogodny poranek, sobota 4 marca 1944 roku. Błękitne niebo, śnieg topnieje.

W akcji bierze udział osiemnastu ludzi. Główna grupa spotyka się jak zwykle przy wale wiślanym na wysokości Żoliborza. O ósmej wskakują do ciężarówki – prowadzi Antek Wojciechowski11, w kabinie oprócz niego – dowodzący „Kazik” i „Kolumb”. Reszta pod budą.

Krasińskiego, plac Wilsona, przejeżdżają przez tory za Dworcem Gdańskim, dalej Towarowa, Grójecka, wjeżdżają w Spiską – uliczkę prowadzącą na teren „Severina”. Wysiadają, otwierają bramę: duży plac otoczony parkanem z desek z jednej strony sąsiaduje z wartownią bahnschutzów. Trzeba wyłamać deski, przeciąć drut kolczasty i czekać na sygnał zaprzyjaźnionego kolejarza, który ma potwierdzić obecność Schmalza na posterunku.

Pracownicy „Severina” zostają zamknięci pod strażą w kancelarii firmy; jej szef wraz z kilkoma robotnikami na żądanie „Kazika” przestawia betoniarki jak najbliżej płotu od strony wachy. Uruchomione zagłuszą strzały.

„Kolumb” wraca do ciężarówki. Przebiera się w mundur żołnierza Wehrmachtu, bo taki jest plan: on i Jan Barszczewski „Janek”12 przebrani za Niemców zaprowadzą do kolejowej strażnicy złapanego złodzieja, którego zagra „Antek”, ubrany w starą, podartą marynarkę, cyklistówkę, wytarte spodnie. Po wojnie „Stasinek” stwierdzi z precyzją chirurga, że „Antek” swojego visa miał w lewej wewnętrznej kieszeni tej przybrudzonej marynarki. Stanisław Likiernik ze swoją zwyczajową życzliwą złośliwością doda: „»Antek« chodził tak na co dzień, nie musiał się szczególnie przebierać”. „Stach” najpewniej zazdrościł „Antkowi” tej niebezpiecznej, ale pierwszoplanowej roli i stąd sarkazm.

Po wejściu do budynku ta trójka ma zastrzelić bahnschutzów w pierwszym pomieszczeniu.

Krzysztof pod plandeką ciężarówki słyszy warkot betoniarek, krakanie wron w gałęziach topoli, miarowy stukot przejeżdżającego pociągu – może teraz ktoś patrzy z okien na posterunek Schmalza, tak jak oni patrzyli kilka dni temu. Słyszy kroki kolegów na rozmiękłym śniegu, plaskają w półbłocie – może myśli, że to jak dźwięk rozgniatanych w palcach owoców krzewu rosnącego przed domem na Bielanach, białych kulek, co zostają na gałęziach nawet zimą, jak ta roślina się nazywa, jak się nazywają te białe kulki? Śnieguszki? Śnieguliczki? Ten ich „plask!” w palcach przypomina też odgłos pojedynczego strzału z daleka albo dźwięk iglicy z bliska, gdy pistolet nie wypala.

Wyciąga z kieszeni fotografie bahnschutza. Czy ten „Panienka” naprawdę taki piękny? „Danusia”, mała harcereczka, metr pięćdziesiąt na obcasie, Danusiczek – tak ją nazywał – mówiła, że wcale nie, że nawet brzydki, strasznie brzydki. Ale łączniczka „Danusia” mogła tak mówić, bo kochała się w „Kolumbie”.

STACH

Jak każda dziewczyna, która go spotkała.

Może te zdjęcia leżą w pudle na jakimś strychu lub w piwnicy? Może cudem gdzieś się zachowały, może w przewiązanym sparciałą tasiemką pliku pożółkłych dokumentów, listów, druków i kwitów, zamknięte w walizce po babci, leżą w kącie – małe tekturki z wytartymi brzegami i owalnym stemplem „Fotoris” na odwrocie, i istnieją – ukryte, bo ukryte, ale istnieją, a wraz z nimi odpowiedź na pytanie (każdy musiałby udzielić jej sobie sam): czy „Panienka” naprawdę był taki piękny? Jedyne znane zdjęcie Schmalza, całkiem niedawno znalezione w archiwach, chyba tego nie rozstrzyga: legitymacyjny format odbitki, na niej – owszem – sympatyczny mężczyzna, uśmiechnięty, ale trochę nijaki, trudno go sobie wyobrazić bez tego połyskującego bielą zębów uśmiechu. Kardigan, kraciasty krawat, jasna koszula13. Wygląda jak młody, nastawiony na robienie kariery urzędnik, gotów podlizywać się zwierzchnikom.

Ktoś zagląda pod brezent – jest sygnał od kolejarza: czas zaczynać. Według „Stasinka” („Stasinka” z powojennych lat) było kilka minut po dziewiątej. Według raportu „Kazika” („Kazika” z czasu wojny, bo „Kazik” wojny nie przeżył, a wyrok na niego zostanie wydany za kilka chwil) była jedenasta pięć.

„Kolumb” i „Janek” w niemieckich mundurach wraz ze schwytanym „złodziejem” muszą się cofnąć, by przejść ulicami Grójecką i Niemcewicza, a potem wkroczyć do strażnicy głównym wejściem. Mają na to sześć minut. Potem przez wybitą w deskach i wyciętą w drutach dziurę w ogrodzeniu wkroczą pozostali.

Prowadzą „Antka”. „Kolumb” ze schmeisserem na prawym ramieniu dobrze się bawi: od czasu do czasu popycha „więźnia”, nie może się powstrzymać i trafia „Antka” kopniakiem. Dużo będzie gadania o tym kopniaku, dużo pretensji, złości i żartów, bo kopniak ma swój dodatkowy kontekst: „Antek” i „Kolumb” to dwaj najsilniejsi, najbardziej niepokorni i skłonni do bitki żołnierze Kedywu na Żoliborzu, według Józefa Rybickiego nikogo nie słuchają, nikogo oprócz „Stasinka” – dowódcy tej konspiracyjnej jednostki, która nie przypomina wojska, bo jest paczką przyjaciół:

Wygadani w dyskusji – tworzyli gromadę, która sobie gadała wszystko, wszystko szczerze i jawnie załatwiała. Byli wśród nich tacy rozbijacy jak „Antek” i „Kolumb”. Zdawałoby się, że nikogo nie posłuchałby „Antek” – zadzierzysty, pełen wybuchowości, bezczelnie odważny […]. Zdawałoby się, że rzuci się na każdego, kto mu się sprzeciwi, że nie uzna innego autorytetu ponad własne „ja”, a wobec „Stasinka”, choć mruczał i sierdził się zewnętrznie, był potulny jak baranek. „Kolumb”, marynarz, co z niejednego pieca chleb jadł, spokojny, flegmatyk zewnętrzny, choć kipiący w środku, co diabła by się nie bał, bo dużo przeszedł w życiu – ten również wobec „Stasinka” był uległy i gdy obrywał burę, to może kiedy indziej i gdzie indziej do bójki by doszło, a tu wszystko rozłaziło się po kościach14.

Plan: po wejściu do budynku wachy prowadzący „złodzieja” mają wezwać „Panienkę” i chwilę z nim rozmawiać pod pretekstem, że schwytany chłopak nie jest zwykłym biedakiem kradnącym węgiel – taki mógłby zostać zastrzelony, i szlus. Ten złodziej jest wyjątkowy – może mieć coś wspólnego z polskimi bandytami, bo zaglądał do wagonów transportu wojskowego, w których były tajemnicze „aparaty”15. I „Kolumb”, i „Janek” dobrze mówią po niemiecku.

Idą.

Furtka jest otwarta, skrzypi. Są widoczni z okien posterunku. „Antek” kładzie ręce na kark, „Kolumb” otwiera drzwi, lufą schmeissera wpycha więźnia do środka.

Uderzają w nich ciepło i duchota, w kącie dyżurki rozpalony żeleźniak, na kominie suszą się jakieś szmaty. Przy stole bahnschutz w mundurowej koszuli, naprzeciw niego, tyłem do wejścia,drugi; może ukrywają w pośpiechu butelkę wódki, może któryś zgarnia mankietem talię kart.

Krzysztof żąda rozmowy z dowódcą. Z pomieszczenia na wprost wychodzi „Panienka”.

Czy wygląda tak jak na zdjęciach?

„Kolumb” prostuje rękę w faszystowskim pozdrowieniu. Przemyka mu myśl, że zachowuje się za oficjalnie – to nie aleja Szucha, to zbyt teatralne tutaj, w tej złowrogiej chacie na kurzej łapce. „Panienka” patrzy na niego zaskoczony, sięga po wiszący na krześle pas z kaburą. A Krzysztof dalej stoi nieruchomo i może przez niemierzalnie krótkie „już”, patrząc w oczy bahnschutzowi, przypomina sobie moment, kiedy po raz pierwszy to zrobił – kiedy pierwszy raz wyciągnął ramię i wyskandował: „Heil Hitler!”.

2

Kiedy? Latem 1933 roku. W Gdańsku.

Wszędzie my Hitlera chwalim

Bo tak tu jest w gdańskim kraju,

I bezpiecznie sobie walim

Stosując się do zwyczaju

Hitler wszędzie dominuje

I na każdej strzesze kiju

Swastyką się popisuje,

I heil Hitler ma na ryju

Każdy krajan tego miasta

Bo gdy tego nie wykrztusi

Zrobią z niego kawał ciasta,

Także ryczeć zawsze muśi

My się też przyzwyczaili

I heil Hitler tak krzyczeli,

Że choć szwaby źle patrzyli

Łby przed nami swoje gieli.

Kilka miesięcy po dojściu Adolfa Hitlera do władzy w Niemczech i parę tygodni po zdelegalizowaniu wszystkich partii politycznych poza NSDAP z okien kamienic nad Motławą zwisają czerwone wstęgi, powiewają flagi, słychać werble bębnów i bębenków. Większość mieszkańców Wolnego Miasta jednoznacznie określa, gdzie upatruje wolność.

Swój wierszyk siedemnastoletni Mikołaj Krzysztof Sobieszczański (pierwszego imienia używał tylko w oficjalnych dokumentach) dołączy do wspomnień z podróży, będących fragmentem zapisków w ni to notesie, ni pamiętniku, prowadzonym (bardzo nieregularnie) przez kilka lat.

To była jego pierwsza wyprawa nad Bałtyk. Budowa małej żaglówki trwała całą wiosnę i część lata, a podróż Wisłą do Gdańska zajęła dwa tygodnie. Celem była Gdynia – miasto przedstawiane przez ówczesne polskie gazety, propagandowe broszury i kroniki filmowe jako złote okno na świat, port, w którym marzenia o polskich koloniach, nadzieje na poprawę losu w bieda-wyprawach za chlebem i sny o egzotycznych podróżach stają się rzeczywistością.

Podróże zawsze będą najważniejsze. On urodził się w podróży.

Skąd wzięła się wersja, że w Dalarö, szwedzkim miasteczku na południe od Sztokholmu? Ludzie wspominający „Kolumba” po wojnie – im dłużej ktoś go wspominał, tym pewniej dochodził do wniosku, że choć znał „Kolumba” dobrze, to wiedział o nim niewiele – powtarzali ją tak długo, aż wpisała się w ich pamięć. Może sam wskazywał to miejsce, bo spodobała mu się zatoka i malownicze miasteczko na wyspie o tej samej nazwie? Obejrzał ją latem 1938 roku.

Ale naprawdę urodził się w Odessie.

Cyprian i Natalia Spasowiczowie, dziadkowie Mikołaja Krzysztofa, od dłuższego czasu rezydowali w apartamencie w Hotelu Petersburskim przy reprezentacyjnym bulwarze Primorskim, tuż obok łączących port i miasto odeskich schodów, tych rozsławionych kilka lat później przez Eisensteina w Pancerniku Potiomkinie. Na środku placu przed hotelem stał (tak jak stoi i dzisiaj, tylko hotelu już nie ma) pomnik Armanda księcia de Richelieu, pierwszego gubernatora miasta. Patrząca w morze postać z brązu stylizowana na rzymskiego senatora, w todze i wieńcu laurowym, prawą ręką robi gest, który kojarzy się z bezradnością: co ja na to poradzę, że już za paręnaście miesięcy wasz świat, arystokraci z Hotelu Petersburskiego, legnie w gruzach?

Wiosną 1916 roku ciężarna Janina Sobieszczańska (zwana w rodzinie Niną) opuszcza Bejzymówkę – mężowski majątek na Podolu – i zjawia się u rodziców. Odessa wydaje się bezpieczniejszym miejscem dla trzydziestoośmioletniej, czyli jak na tamte czasy bardzo dojrzałej, przyszłej matki (zwłaszcza że nie najlepiej znosi ciążę). Czas dramatycznie niespokojny, ona samotna, bo mąż, Włodzimierz Sobieszczański, w carskiej armii. W hotelu, patrząc „w błękitną dal nieba i wody, przesiadywałam długie bezczynne godziny w żrącej tęsknocie i niemem przerażeniu, wsłuchując się w odgłosy wojny” – to cytat z jej zachowanych wspomnień, ocalonych przez wnuczkę Elżbietę, córkę „Kolumba”16.

Dziadkiem Janiny był Daniel Spasowicz, urodzony w 1797 roku lekarz, bywający na carskim dworze radca stanu herbu Jastrzębiec, ożeniony z Teofilą z Kreutzów. Zamówiona przez dzieci notatka o jego śmierci (w październiku 1882 roku) ukazała się w prasie, nawet w „Dzienniku Poznańskim”:

W majątku Lemieszówce, w guberni podolskiej umarł dnia 30 zm. w 85 roku życia doktor medycyny Daniel Spasowicz. Zmarły był uczniem uniwersytetu wileńskiego, urzędował w Mińsku litewskim, był naczelnikiem zarządu lekarskiego gub. mińskiej. Zmordowany pracą rządową i prywatną praktyką, opuściwszy służbę osiadł zrazu w gub. kijowskiej, potem się przeniósł na Podole, a nie przestał nieść pomocy lekarskiej cierpiącym17.

A dzieci Daniela Spasowicza to Włodzimierz, Alicja, Cyprian (ojciec Janiny, dziadek Krzysztofa) i Leontyna.

Najbardziej znany z tej czwórki był Włodzimierz, petersburski prawnik i publicysta. Wydawał najważniejszy polski tygodnik w Rosji – „Kraj”; wierzył w cara, możliwość rozwoju Polski w granicach imperium i w pojednanie polsko-rosyjskie. Być może wiara ta rozpalała się pod wpływem filozofa Władimira Sołowjowa – mesjanistycznego piewcy słowiańszczyzny i humanizmu, z którym Spasowicz długo się przyjaźnił. Jako adwokat brał udział w pierwszym w carskiej Rosji jawnym procesie politycznym: bronił Siergieja Nieczajewa – przywódcę rewolucyjnej, anarchizującej organizacji Zemsta Ludu, który zamordował studenta Iwana Iwanowa. Po zabójstwie Nieczajew uciekł do Szwajcarii, skąd uprowadzili go rosyjscy agenci. Stanął przed sądem. Zręczność Włodzimierza Spasowicza w roli obrońcy oraz jego analiza motywów postępowania mordercy sprawiły, że ten został skazany nie na śmierć, tylko na dwadzieścia lat katorgi. Oburzony car Aleksander II osobiście zmienił wyrok na dożywocie. Ta dygresja służy podkreśleniu jednego faktu: otóż Nieczajew i jego ofiara, student Iwanow, są pierwowzorami bohaterów Biesów – Wierchowieńskiego i Szatowa. Fiodor Dostojewski wczytywał się w mowy obrończe stryjecznego dziadka Mikołaja Krzysztofa, a według literaturoznawców sam Włodzimierz Spasowicz został sportretowany przez pisarza w Braciach Karamazow pod postacią adwokata Fietiukowicza18.

Cyprian Spasowicz (naczelnik zarządu telegrafów w Petersburgu) żeni się z Natalią z Naborowskich. Mają córkę Janinę, która wyjdzie za Włodzimierza Sobieszczańskiego i w Odessie w niedzielę 16 lipca 1916 roku o godzinie dziesiątej, „gdy wszystkie dzwony we wszystkich kościołach i cerkwiach waliły z całej mocy”, powije „malca o kędzierzawej czarnej czuprynie i szpareczkach oczu koloru błękitu morza i nieba” – wspomnienia Janiny pisane są sienkiewiczowską, dziewiętnastowieczną frazą.

Po kilku tygodniach spędzonych w Odessie zapada decyzja o powrocie. Pierwsza długa podróż Krzysztofa. Najpierw do majątku rodziców Janiny – Lemieszówki, potem do domu – do Bejzymówki. Janina wspomina ten drugi etap:

Odbyło się przewijanie i karmienie „Smoczka” [tak nazywała syna ze względu na jego niepohamowany apetyt], otrząsanie się z kurzu, czarnego podolskiego kurzu jak ze sproszkowanej czekolady, najczarniejszego pasma czarnoziemu czernoziemnej mojej ojczyzny, bo z Czarnego Szlaku, z pasma, na którem najwięcej krwi lało się przez długie wieki, i wjechaliśmy na grunta lżejsze, gliniasto-piaszczyste Wołynia. […] Za Januszpolem już inny całkiem krajobraz: uboga gleba, laski, zagajniki, wyboiste drogi, rzeczki, polskie mostki (co ich nie ma) – Wołyń. […] Pod tem wzniesieniem był jeszcze mały dworeczek jakiegoś szlachciury, a potem wieś, cerkiew, plebania popa, współdzielnia i zupełnie poza tem wszystkiem, nad traktem do Cudnowa, daleko w głąb ogrodu nasz dworek. Drewniany z podcieniami od frontu, o jednem skrzydle już przeze mnie dobudowanym. Obok murowana na wysokim podmurowaniu stajnia (przerobiłam z magazynu), druga niższa dla młodzieży, dwa maneże okrągłe, okólniki, studnia z żurawiem do pojenia koni. A to wszystko na tle trzydziestohektarowego lasu przeistoczonego przeze mnie w park – dęby, brzozy. Po prawej stronie domu ogrody kwiatowe, warzywnik i stawiki, a za domem alejka łącząca ogrody z folwarkiem. Ogromna, murowana piętrowa gorzelnia i murowane budynki dla bydła. Za folwarkiem zaś rzeczka o skalistych brzegach wijąca się wśród łąk i Teterówka na tle wielkich lasów wołoszynieckich kuzyna moich kuzynów Nałęcz Sobieszczańskich – Józefa.

Ojciec Mikołaja (nazywany przez żonę „Dzimeczkiem” lub „Dzimem”) pojawia się w domu kilka tygodni później, ogląda syna i wraca na front. Za rok rotmistrz Sobieszczański zostanie bohaterem bitwy pod Krechowcami – polscy ułani z Pierwszego Pułku walczący po stronie Rosjan w lipcu 1917 roku brawurowo powstrzymają wielokrotnie liczniejszą niemiecką piechotę. Bitwa przejdzie do legendy. „Wieści o Krechowcach rozeszły się po świecie – ciągnie wspomnienia Janina. – Nawet w Berdyczowie wyczuwałam zwiększoną dla mnie atencję. Pan aptekarz Domański, zarzucając aż na plecy swoje wspaniałe faworyty, mało się nie rozpłaszczył przede mną”.

Szarże-szwadrony-szable-konie-lance-amaranty-Krechowce-Dukora-Rogalla – ostatnie słowo to synkopa w rytmie wybijanym w pamięci pani Sobieszczańskiej. Jej mąż pochodził ze wschodniopruskiej szlachty – ród Rogalla von Bieberstein (możliwe, że gdzieś z krzyżackich zagonów, choć według herbowej legendy spośród rycerstwa Bolesława Krzywoustego) skoligacił się z Sobieszczańskimi spod Lublina. Zapis w Księgach grodzkich lubelskich za panowania Władysława IV i Jana Kazimierza Wazów, 23 stycznia 1668 roku: „Szlachetny Krzysztof Sobieszczański okazuje urzędowi obrażenia, jakie w gospodzie Żyda Marka w Kraśniku zadał mu Szlachetny Stanisław Trzciński”19.

TOMASZ

Raz bili, raz byli bici, normalni szlachcice z zaścianka… – Tomasz Sobieszczański, syn Mikołaja Krzysztofa, ma dystans do szlacheckiej tradycji. – „Sobieszczany, Sobieszczany, jeden chłop i dwa pany”. Jaka zasługa urodzić się w takiej, a nie innej rodzinie? Oczywiście to może być ciekawe: z Rogallami von Bieberstein cofnęliśmy się aż do 1380 roku. Północne Mazowsze, Prusy. A Sobieszczańscy są z Sobieszczanów. Bardzo się to drzewo genealogiczne rozrosło, dużo ich było, mnożyli się i świat podbijali. Główna gałąź Sobieszczańskich nadal mieszka w Polsce, Biebersteinów jest dużo w Ameryce. To tylko ciekawostki.

Ale dla matki Mikołaja Krzysztofa pochodzenie i związany z nim prestiż były ważne. Bardzo ważne. Spod kolejnych pisanych po latach wersów przebijają tęsknota za przeszłością i lęk przed wygaśnięciem pamięci; lęk przed upadkiem i biedą. Ów aptekarz z Berdyczowa, który w pas się kłaniał pani Sobieszczańskiej – żonie ułana spod Krechowiec – będzie owego niepokoju symbolem:

Widziałam go później na bruku warszawskim, zabiedzonego, podtrzymywanego pod ramię, tak że nawet powątpiewałam, czy to on, czy nie. Cała ta elita miasteczkowa: dr. Peszyński, księża z dwóch kościołów, z fary i z katedry, urzędnicy z Szlenkerówki – wszystko to zostało oczywiście wyzute ze wszystkiego przez bolszewików i albo wywędrowało na tułaczkę, albo strącone na dno nędzy jak i nasi oficjaliści, przypuszczam, że i rzemieślnicy i.t.p.

ELŻBIETA

Babcia Janina była absolutną romantyczką. Ale taką z temperamentem. W rodzinie uchodziła za ekscentryczkę. Napisała tomik wierszy. Pięknych, także po francusku. Tęskniła do przeszłości, wolności, do świata zawsze w jakiś sposób odległego. – Elżbieta z Sobieszczańskich Pawlikowa dwa lata przepisywała zeszyty babcinych odręcznych wspomnień i czytała dziesiątki listów Janiny do syna. Były okresy, gdy matka pisała do niego niemal co dzień: o sprawach błahych, domowych, jakby ciągle chciała mieć go przy sobie, uczestniczącego w jej codzienności. – Myślę, że Janina miała wielki wpływ na syna jedynaka. Był całym jej życiem. Krzyś miał cztery lata, gdy stracił ojca. Znał go z opowieści i z fotografii, z którą matka się nie rozstawała. Żył w aurze jego bohaterstwa.

Mikołaj Krzysztof nie mógł pamiętać także ani Berdyczowa, ani Stanisławowa, ani „dworku w głębi ogrodu”. Gdy ma dwa lata, rodzice uciekają ze wschodu przed rewolucją, w końcu przeprowadzają się do Warszawy. Kolejne dwa lata i dawny świat ostatecznie przestaje istnieć: 9 stycznia 1920 roku w lazarecie w Równem umiera ojciec – na froncie polsko-bolszewickim zachorował na tyfus.

Wdowa dostaje rentę po mężu, korzysta też z pomocy krewnych. Kilka razy zmienia wynajmowane mieszkania, stara się zapewniać synowi jak najlepsze warunki. Pod koniec lat dwudziestych zamieszkają na Bielanach.

TOMASZ

Janina nigdy nie pogodziła się z tym, że nastały inne czasy. Po śmierci męża zaczęła poprzedzać nazwisko literą „R”, od herbu „Rogala”.

Tomasz Sobieszczański jest emerytowanym kapitanem żeglugi wielkiej. Nie był zaskoczony, że proszę o rozmowę. Zaprasza najpierw do domu w Rumi, potem spotykamy się na jego jachcie „Lobo de Mar”, czyli po prostu „Wilk Morski”. Jedenastometrowy duński slup kołysze się przycumowany w gdyńskiej marinie przy nabrzeżu Beniowskiego.

Kapitan prawie całe życie „uganiał się za rybami”. Tak to określa. Był pierwszym oficerem, potem awansował, prowadził duże dalekomorskie statki, operujące głównie na północy – na Morzu Beringa i Ochockim, Morzu Barentsa. Doświadczenia opisał w kilku książkach. Znajomi nazywają go „Lobo”. Lubi ten przydomek. Prowadzi zajęcia ze studentami Szkoły Morskiej. Przedmioty: nawigacja, manewrowanie statkiem, żegluga w lodach, bezpieczeństwo żeglugi.

Nie pamięta ojca, urodził się kilka miesięcy przed powstaniem. Rzadko używa słowa „ojciec”, mówi „Krzysztof”, „Krzysiek”, „Krzych”. Zbierał okruchy, które wpadały mu w ręce, budował, składał, łączył. Niewiele tego było, bo skąd? Czytał Kolumbów. Rocznik 20. Czasem bywa zły, że pseudonim jego ojca w dwóch trzecich książki Roman Bratny przypiął do losów Stanisława Likiernika – „Stacha”, „Machabeusza”, a dla właściwego „Kolumba” zostawił przede wszystkim powojenne awantury w trzecim tomie.

Któregoś letniego wieczoru odprowadza mnie gdyńskim deptakiem – aleją Jana Pawła. Ulubiona oficerska czapka, biała koszula z pagonami, siwa broda, na piersi przynoszący szczęście naszyjnik z wilczym kłem. Znaczy kapitan. Podchodzą młodzi, pijani, chichoczący, chcą zdjęcie „z prawdziwym, przepraszamy, marynarzem”, najlepiej na tle „Daru Pomorza”.

Cierpliwie pozuje. Z uśmiechem. Jak miś na Krupówkach. Tyle że nikogo nie udaje.

A co do podróży i tego, że zawsze były i będą dla Krzysztofa Sobieszczańskiego najważniejsze: w styczniu 1937 roku Janina pisze do syna list, po francusku (by wciąż uczyć dwudziestolatka języka):

Mija właśnie siedemnaście lat, od kiedy odszedł „Dzimeczek”, twój ojciec, którego wciąż mam w sercu. Pewnie jesteś w jakimś porcie albo na morzu – w podróży… Nie możesz tego pamiętać, ale kiedy miałeś jakieś dwa lata, przyszedłeś pewnego ranka do naszej sypialni i zapytałeś: „Czy tatuś mnie lubi?”. Potem zawsze przychodziłeś do nas i pakowałeś małą walizkę (wiesz, tę małą walizkę ze skóry), i mówiłeś, że szykujesz się do podróży. To w końcu trochę zirytowało Dzima, który zarządził, że będziesz się uczył jazdy konnej […]. Ale ostatecznie, jak się okazuje, nie zostałeś sportowcem, tylko podróżnikiem…

Niech Bóg cię chroni i prowadzi szczęśliwie.

Ninon-Maman

3

Rozsypujący się zeszyt – tekturowa brązowa okładka ledwie trzyma kilkadziesiąt kartek. Oprócz zdjęć to wszystko, co Tomasz ma po ojcu. Wie, że Elżbieta, o dwa lata starsza siostra, także właściwie niewiele może powiedzieć o „Kolumbie”. Skądinąd Ela i Kapitan nie rozmawiają zbyt często.

Szkolny brulion z wystrzępionymi krawędziami musiał długo leżeć w wilgoci, często był wkładany za pazuchę albo do płóciennej torby, wygniatany w kieszeniach i teczkach, otwierany pod szkolną ławką, dociskany do kolan dłonią trzymającą pióro.

Na pożółkłym papierze w kratkę od brzegu do brzegu rozpychają się blednący atrament (błękitny i czarny), ołówek i kredka. Trzy albo cztery charaktery pisma. Wiele stron zapisanych jest szyfrem, kilka alfabetem Morse’a, kilka po francusku. Są rysunki przedstawiające Indian, łodzie, rakiety, kobiety w modernistycznych strojach, z wymyślnymi fryzurami i makijażem, szkice futurystycznych aut, fragmenty – chyba – opowiadań, projekt monogramu („KS”), morski kod flagowy rozrysowany kredkami, są wklejone zdjęcia nagich modelek, mapa Zatoki Gdańskiej, a pod koniec – strony z wierszem opisującym rejs i wizytę w „gdańskim kraju”. Rozczytać można nie więcej niż połowę zawartości brulionu, reszta wyblakła, została rozmazana, znikła.

Wydaje się, że kartki mają trwałość popiołu z papierosa, a słowa – dymu.

Na pierwszej stronie: „29 lutego 1931”. Dziwna data – nie było takiego dnia.

Na warszawskich Bielanach sieje w tym czasie postrach Związek Czerwonej Strzały. Demoniczny przywódca bandy – Kiklop – wiosną 1931 roku knuje, śledzi, podgląda i prześladuje niewinnych, chce zawładnąć miastem lub co najmniej budującą się wciąż dzielnicą, a po drodze skrzywdzić Renę, Sylwka i jego siostrę Oleńkę. Zwłaszcza Oleńkę. Śliczną, jasnowłosą. Nie wie jednak, z kim zadarł. Głupiec. Chociaż jest podły i zły, tak bardzo zły, jak tylko może być zły w wyobraźni czternastoletniego chłopca wychowywanego przez nadopiekuńczą samotną matkę, poniesie porażkę w starciu z dobrem i sprytem Kalimana, Asa i jego drużyny „mołojców”.

Opowiadanie o Czerwonej Strzale (zachowały się fragmenty) jest jednym z pierwszych wpisów w pamiętniku-notesie prowadzonym wspólnie przez Krzysztofa i Oleńkę. Do brulionu wpięto też kilka kartek pochodzących z pamiętnika Reny – prawdopodobnie ktoś złożył powyrywane, rozrzucone kartki, zgarnął je w przypadkowej kolejności i dołożył do zeszytu, który leżał pośród szpargałów.

Zatem autorzy i uczestnicy tego swoistego „chat-roomu”, odpowiednika komunikatorów internetowych, to: Rena – kilka kartek zapisanych zamaszystym, pociągłym charakterem, Oleńka – to ona dużo rysowała, całe strony potrafiła zapisać szyfrem, jej notatki są dość regularne, i wreszcie Krzysztof. Pisał opowiadania (najdłuższe jest to o Czerwonej Strzale), rysował statki i mapy. Na końcu to jego wpisy przeważają – nie ma tam już prób literackich, ale raczej zapiski jak w prawdziwym dzienniku.

Krzysztof po raz pierwszy pojawia się w uwagach Reny:

Kiki jest bardzo cwany, nieraz do nas przychodzi. Jest majstrem klepką od łódek, samolotów, samochodów, rowerów, maszyn, motocykli i budowli. I zapalony sportowiec – żołnierz.

„Kiki” – tak dziewczyny z Bielan nazywały Krzysztofa. Raz czy dwa sam również tak się podpisał. „Kiki”. „Kiki”. „Kiki”. Oto pierwszy pseudonim późniejszego „Kolumba”.

Jego alter ego w opowiadaniu to postać o pseudonimie As.

Kaliman, zobaczywszy, co się dzieje, zawiadomił mnie o tem. Dowiedziałem się teraz dopiero, dlaczego związek „Czerwonej Strzały” nie chciał mi Jej oddać. Zebrałem tedy „mołojców” na naradę. […] Gdy ja miałem z Kalimanem naradę w moim pokoiku, przez okno ktoś zawołał „Oleńka w niebezpieczeństwie!”. Wyskoczyłem czemprędzej przez lufcik, nic nieprzeczuwając, i wpadłem do pudła, którego wieko zaraz się zamkneło. […] Poczułem, że mnie uniesiono i wsadzono na coś, co okazało się potem samochodem. Wieźli mnie dobre pół godziny, aż wreszcie stanęliśmy […].

W paczce z Bielan oprócz Krzysztofa, Reny (nie znalazłem jej nazwiska) i Oleńki Dobrowolskiej był brat tej ostatniej – Sylwek. Jakiś czas później pojawił się Kazik Borkowski, na nieco dalszych orbitach krążyły jeszcze wymieniane w pamiętniku Hania i Stefa. Poznali się najpewniej pod koniec lat dwudziestych lub na samym początku trzydziestych – Krzysztof mieszkał z matką przy Daniłowskiego numer 54, Oleńka i Sylwek przy ulicy Przybyszewskiego 35. (Dokładną znajomość tych adresów zawdzięczamy skrupulatności niemieckiej poczty – ale to w innej epoce, za tysiąc lat, w innym rozdziale).

Stare Bielany w tamtym czasie bardziej przypominają wieś niż miasto, które kończy się tak naprawdę granicami powstającego i skądinąd wówczas również mało miejskiego Żoliborza (Oleńka pisała w dzienniku, że jedzie z mamą z Bielan „do Warszawy”). Spółdzielnia Zdobycz Robotnicza w latach dwudziestych otrzymała państwowe grunty, które do zakończenia I wojny były rosyjskim poligonem: puste pola po horyzont. W roku 1926 rozpoczęła się trwająca ponad sześć lat budowa dworkowych i segmentowych budynków przy ulicach Przybyszewskiego, Chełmżyńskiej (dzisiejszej Płatniczej), Schroegera, Lipińskiej; centralny punkt stanowił plac Konfederacji. Założycielami spółdzielni byli pepeesowscy idealiści, wierzący, że receptą na brak mieszkań wśród biedniejszych warstw – robotników i niższych urzędników – będzie budowa osiedli domków tak zwanym sposobem gospodarczym (czyli oszczędnie i z udziałem własnej pracy przyszłych mieszkańców) oraz ze wsparciem kredytów bankowych. Bielany miały być obok inteligenckiego Żoliborza spełnieniem marzeń o harmonijnym rozwoju Warszawy, o szklanych domach. Dzielnica powstała, ale idealiści przegrali z bankierami: w 1931 roku Zdobycz Robotnicza zbankrutowała i została objęta sekwestrem sądowym. Zarząd spółdzielni przegrał proces, nastąpiła siłowa eksmisja części mieszkańców (sprowadzono nawet wojsko), a przejęte przez Bank Gospodarstwa Krajowego domy wystawiono na wolnorynkową sprzedaż. Część dotychczasowych mieszkańców zaczęła po prostu płacić czynsz nowym właścicielom. Prawdopodobnie w takiej właśnie sytuacji byli państwo Dobrowolscy – rodzice Sylwka i Oleńki, najbliższych przyjaciół Krzysztofa Sobieszczańskiego, który mieszkał z matką kilkaset metrów dalej, w jednym z szeregowców wybudowanych przez pokrewną Zdobyczy Spółdzielnię Towarzystwa Ogrodów Robotniczych20.

Z notesu-pamiętnika wiemy, że Janina Sobieszczańska, nazywana przez Oleńkę „madame”, znała państwa Dobrowolskich i bywała u nich. Znajdująca się w trudnej sytuacji wdowa po rotmistrzu czasem pożyczała od nich pieniądze.

Nastolatki – tak najczęściej bywa – trzymają się daleko od kłopotów rodziców. Podoba im się na Bielanach, nie przeszkadza błoto na świeżo wytyczonych ulicach, za to uwodzi ich dająca oddech przestrzeń: przed domkami są trawniki, na których posadzono morwy (jeszcze jeden idealistyczny pomysł: drzewa miały za jakiś czas zapewnić rodzinom dochody ze sprzedaży kokonów jedwabników), na tyłach przylegają do budynków wytyczone ogródki; z niektórych rozciąga się otwarty widok na wschód – aż do Polkowej Góry i stojącego na niej klasztoru Kamedułów (to bardziej na północ), widać też budujący się Instytut Wychowania Fizycznego (z postawionym już kominem i wieżą), budynki Rudy Fabrycznej, a pomiędzy nimi – wydawało się, że zupełnie blisko – zarośla nad Wisłą.

Właśnie tam, nad rzekę, zły Kiklop wywiózł próbującego ratować Oleńkę Asa:

Znów poczułem, że tajemnicze ręce unoszą mnie w górę. Ktoś liczył po żydowsku, a mnie w pudle huśtano. Ajn, cwajn, drajn… i wyleciałem jak z procy. Usłyszałem szyderczy śmiech Kiklopa i okrzyk „żegnaj, Asie!”. Potem nagły wstrząs i plusk fal i wolne opuszczanie się na dół. Zrozumiałem: wrzucili mnie do wody. Dręczył mnie ból głowy. Po chwili udeżyłem o jakiś kant i straciłem świadomość.

Krzysztof i Sylwek wiosną i latem przypatrują się dobijającym do bielańskiej skarpy parostatkom, które w niedzielę przywożą tłumy wycieczkowiczów z Warszawy21. Nie ma jeszcze połączenia tramwajem piętnastką z Żoliborzem (linia zostanie przedłużona dopiero w 1934 roku), więc niewielkie statki są (oprócz kolei Warszawa Gdańska – Łomianki) głównym środkiem transportu dla setek majówkowiczów i klientów wielkiej karczmy Bochenków, położonej na polanie i reklamującej „bogaty wybór win i wódek pierwszorzędnych marek”. By nikt nie miał problemu z trafieniem, gazetowy anons zawiera jeszcze dopisek: „Bielany, wprost klasztoru księży Marjanów”22. Na dziedzińcu karczmy rosły trzy stare kasztanowce. Tuż obok przysadzistego drewnianego budynku wkopano w ziemię potężne, co najmniej sześciometrowej wysokości huśtawki; przypominały szubienice, a ich gondole na prętach rozpędzane przez ryzykantów chwytały pion, przez chwilę zatrzymując się na tle nieba w zawahaniu, czy wywołać pisk przerażenia, czy okrzyk zachwytu.

Kola, zaprzyjaźniony stajenny i wozak Bochenków, wpuszczał chłopców do głębokiej jak studnia piwnicy wykopanej na tyłach karczmy. Trzymano tam zrobione zimą zapasy wiślanego lodu. W Zielone Świątki, albo i dużo później, w lipcu i sierpniu, Krzysztof i Sylwek odłamywali kawałki i znienacka wrzucali je dziewczynom za sukienki. Te tafle lodu latem były kontrapunktem w biegu czasu, dziwacznym łącznikiem upału i zimy, tego, co jest, z tym, co było i co znowu będzie.

Po istniejącej niemal sto lat karczmie Bochenków nie ma dzisiaj śladu.

W pobliżu kościoła ustawiano stragany obwieszane koralami obwarzanków, dalej, pod czterystuletnimi dębami, stoły i ławy na tyle wąskie, że po pijaku nie można było na nich usiedzieć. Zapach smażeniny i wódki, piski dziewczyn dobiegające od huśtawek, syreny statków wzywające pasażerów, nawoływania szulerów do kół szczęścia i trzech kart, pokrzykiwania sprzedawców pańskiej skórki i lodów Izraela Czystego, śpiew pijanych, czasem bójka – lubili ten świąteczny bałagan.

Najważniejsza była jednak rzeka.

W dni powszednie na przystani u stóp wysokiej skarpy rządzą spracowani właściciele galarów, retmani tratew drzewnych i kapitanowie wielkich barek Kotlińskiego, przewożących węgiel i drewno. Chłopcy kręcą się wśród nich. Od czasu do czasu na wodzie widać łódkę z prostokątnym żaglem, próbującą jednocześnie łapać wiatr, omijać płycizny i walczyć z prądem. Krzysztof z brzegu śledzi i komentuje decyzje sternika.

Któregoś dnia zakonnicy biegnący z eremitoriów na poranną mszę mogli z Polkowego Wzgórza dostrzec na środku Wisły małą wiosłówkę:

Gdy przyszedłem do siebie, świtało, wiatr gnał po niebie zwały chmur. Rozejrzałem się wokół. Leżałem na dnie łódki, nademną klęczał „Kaliman”, dalej na ławce siedzieli „mołojcy” i wiosłowali […].

Jak przyjaciele wydobyli Asa spod wody? Kolejny akapit zapisany jest szyfrem, brakuje też co najmniej jednej strony. Ale znane są dramatyczne wydarzenia finałowe. As wyskakuje ze spadochronem z samolotu pilotowanego przez przyjaciela – Kalimana:

Wspiąłem się na burtę i skoczyłem w przestrzeń, szarpnąłem kółko i spadochron z trzaskiem się otworzył. Lekki wietrzyk gnał mnie ku wschodniej stronie pola. Przeszło dobre dziesięć minut leciałem między niebem i ziemią, aż wreszcie dotknąłem ziemi. Wtem huknął strzał jeden, drugi, trzeci. Rozejrzałem się dokoła, od strony lasu zbliżały się ku mnie trzy cienie, za niemi, sto metrów wtyle, błyszczał reflektor samochodu. Padł znowu strzał i reflektor zgasł. Odpiąłem spadochron i schowałem się w kępie pobliskich krzaków. Postacie zbliżały się szybko, przylgnołem do ziemi i czekałem. W pierwszym z dobiegających poznałem Kiklopa, leciał z rewolwerem w ręku, i z okrzykiem „giń, psie!” wypalił do bielącego się spadochronu. Cisza odpowiedziała strzałowi. Tymczasem nadbiegli jego kompani. Wydawał im szeptem rozkazy. Okrążyli w trójkę nieszczęsny spadochron i poczęli się ku niemu zbliżać. Chciało mi się śmiać i ledwo się powstrzymywałem. Tymczasem Kiklop, zbliżywszy się z kompanami do spadochronu, żucili się nań z okrzykiem i wtem stała się żecz niespodziewana...

Niedaleko, na granicy Bielan i Marymontu znajdowała się „Fabryka śmigieł, wyrobów drewnianych i metalowych W. Szomański i ska”, potocznie nazywana Śmigłówką. W asortymencie produkcji miała też kajaki turystyczne cenione w całej Polsce. Krzysztof nie mógł tego nie wiedzieć, na pewno zakradał się na teren wytwórni i przerysowywał kształty, dotykał ciętego na plastry drewna, liczył, iloma listewkami wzmacniane jest dno kajaka, czy i jak mocuje się je do stępki. Za kilka miesięcy zacznie w postawionej nad Wisłą maleńkiej szopie budować własne łódki, będzie organizował wyprawy w dół i w górę rzeki, będzie zadawał szyku na bielańskiej przystani.

Najpierw musi jednak nastąpić koniec Kiklopa i Związku Czerwonej Strzały:

Tuż nad moją głową rozległa się salwa rewolwerowa i jakieś postacie, depcząc mnie, rzuciły się na Kiklopa i jego towarzyszy. Wszczeła się krótka walka i wszystko ucichło. Księżyc wychylił się z ponad chmur i oświetlił pole, na ziemi leżało trzech ludzi, kilku innych stało nad nimi, jeden z nich odezwał się: „lecz bratka naszego niema”. Wtedy ja odezwałem się z krzaków: owszem, jestem, tylko niepotrzebnie mnie podeptaliście, co mówiąc, wstałem. Mołojcy z oznakami radości zbliżyli się do mnie […].

I zapanował spokój. Oleńka bezpieczna, As zostaje bohaterem.

Liczący w jidysz Kiklop reprezentował zapewne żydowski półświatek z serca Warszawy albo z ulicy Marymonckiej (biednego, przypominającego sztetl odcinka bliżej Żoliborza). Na końcu opowiadania Krzysztof narysował jego profil: postać w kraciastym kaszkiecie ma długi, haczykowaty nos, zdjęty z pleniących się w prasie i na ulotkach antysemickich rysunków. Istotne jest jednak również coś innego: Krzyśkowa drużyna „mołojców”… Proszę zwrócić uwagę na to słowo, jeszcze się pojawi. Niektóre wierzące osoby mawiają, że przypadek to sposób Boga na pozostawanie w ukryciu. Jeżeli tak, to mamy do czynienia z pozostającym w ukryciu smutnym, cierpliwym ironistą.

4

Najładniejsza dziewczyna na Bielanach. Krzysztof nie ma wątpliwości. Inni chłopcy też kręcą się wokół niej, zagadują ją w autobusie z Żoliborza (kiedy wraca ze szkoły) albo nad Wisłą czy przed kościołem po niedzielnej mszy. Ale to on jest przez parę lat najbardziej „morowym chłopcem” (niby wiadomo, ale tak trudno przyjąć, że naprawdę używali tych zasuszonych słów: „morowy”, „równy”, „klawo”). Zatem „morowy” – zapisała Oleńka 4 stycznia 1932 roku po pierwszym wspólnym z Krzysztofem wyjściu do kina. Byli na Narzeczonym z dancingu z Colleen Moore. Napisała też, że Krzyś jest gentlemanem, a w kinie było stanowczo za jasno. Na czym polega związek obu tych konstatacji (wypunktowanych i nazwanych „pewnikami”)? Film wydał się Oleńce nudny.

Zapiski czternastoletniej Oli, te najwcześniejsze w pamiętniku, pełne są błahych dziewczęcych intryg (w stylu: namówiłyśmy ją, żeby powiedziała jemu, a on uwierzył i powtórzył, ale ona się obraziła, bo to miała być tajemnica), notatek z codzienności (mniej więcej: przyjechał wujek z Żyrardowa, po drodze ze stacji kolejki pośliznął się i złamał rękę, a tatuś jest smutny, bo ma jakieś kłopoty w pracy) i śladów nabierających smaku pierwszych drżeń: „Wczoraj Sylwek z Krzychem grali w szachy, a ja napisałam do X kartkę” (z kontekstu wynika, że do Krzysztofa; „kłopotliwość” tematu każe dziewczynie pro forma ukryć postaci pod literami): „»Czy jak ja bym Cię pocałowała, czy Ty byś to powiedział Sylwkowi?« A kiedy X trzymał tę kartkę i namyślał się nad nią, Y [Sylwek] złapał i przeczytał. Potem jednakże X powiedział, że wszystko prawie mówi Y, ale tego nie powiedziałby. Ça bien!”. Ten wspólny sekret in potentia był jak pakt i deklaracja uczuć. Krzyś i Ola, dotychczas ganiające razem dzieciaki z sąsiedztwa, będą parą. Za trzy miesiące Krzysztof napisze we wspólnym dzienniku:

Oczy szaro błękitne

i te małe usteczka

loki wonne, puszyste

ma Kochana główeczka.

Ale żeby nie było za prosto i łatwo, jest jeszcze Rena. Z Reną łączy… Oleńkę przysięga przyjacielsko-małżeńska:

jestem zamężna z Krzyśkiem i Reną. I Rena jest zazdrosna o Krzyśka, a Krzysiek jest zazdrosny o Renę. Straszne. Rena każe mi się rozwieść z Kikim, a Kiki chce, żebym się rozwiodła z Reną. Mais j’aime et Rena, et Kikiego.

Rena pisze do Krzysztofa parę listów, w jednym zapewnia, że Oleńka na pewno ją kocha bardziej, a Krzyś może od niej (Reny) brać lekcje całowania, bo Oleńka jest pod tym względem bardzo wybredna. Ale tak poza wszystkim to Krzyś ma ładną cerę i zęby i gdyby ona (Rena) nie kochała Oleńki, to może („nie daj Boże”) w Krzyśku by się zadurzyła. Nic dziwnego, że w tej sytuacji Krzysztof czuje się pewnie i Renę nieco ignoruje: „Reno! Jestem bez natchnienia i choć żałuję mocno, nic Ci nie odpiszę”. Bywa jednak strasznie zazdrosny o Olę, choć wyraźnie nie akceptuje w sobie tego uczucia. Wygląda na to, że nie wypadało przejmować się kobietami. Złościł się:

Siostrzyczka [Sylwka] się bawi, zdaje się, że jeżeli nie buja, to zrobiła nową umowę z nowym facetem. Jeżeli to prawda, przestanę ją szanować. […] Kobiety!!! Hyba żeby? Ale nie! Mam je wszystkie w pięcie, jak Indianin.

To wszystko zima i wiosna 1932 roku. Za miesiąc, dwa ten dziecięcy trójkąt uczuciowy jakoś się ułoży i wyprostuje, pewnie wielu kawalerów będzie się interesowało Reną, która odpuści Oleńce, a ta skupi się na Krzysztofie.

I na nauce.

Jest pilną uczennicą. Skrupulatnie zapisuje swoje oceny, część notatek prowadzi sprawnym francuskim, część dziwnym szyfrem, który miejscami przypomina alfabet grecki, ale niemal na pewno jest indywidualnie zmodyfikowanym zapisem tachygraficznym (tachygrafia to system szybkiego pisania, antyczny przodek stenografii). Symbolami zapisuje Oleńka co bardziej intymne fragmenty. Gdy opisuje coś, co akurat ją zdenerwowało lub oburzyło, na przykład plotki „autobusowych panienek” (towarzyszek drogi do i ze szkoły), kwituje notkę krótkim „mais je tout bimbam!”.

Sumienna uczennica szkoły sióstr zmartwychwstanek na Żoliborzu jednak nie zawsze uważa na lekcjach – 8 kwietnia notuje: „Srogi lew siedzi przede mną (pani od matematyki), a ja piszę, bo obawiam się, że na rysunkach nie zdążę” i dalej wspomina Święta Wielkanocne, rezurekcję, na której była z koleżanką Stefą („co za upokorzenie, musiałam iść po nią na rezurekcję!”), późniejszą świąteczną wizytę u cioci.

Oceny półroczne – przyzwoite, a nawet lepsze: historia 5, religia 5, rysunki 5, geografia 4, francuski 4, jedyne trójki z polskiego i łaciny (nic dziwnego – na jednej ze stron dziennika Oli dopisek: czy „to nie kpiny pisać pamiętnik na lekcji łaciny?”, czyli pisała nie tylko na matematyce).

Wiosną paczka włóczy się po bielańskim lasku. Gdy robi się naprawdę ciepło, dziewczęta opalają się nad stawami pana Dudka na „Kiełbasie”, czyli w okolicach Potoku Bielańskiego (zimą doskonale jeździ się tam na łyżwach), chłopcy ciągną wszystkich nad Wisłę, na skarpę pod klasztorem Kamedułów i dalej, w okolice Śmigłówki. Tuż przed wakacjami Krzysztof zwodował dwa kajaki. Duży ochrzcił „Krokodyl”, mniejszy – „Oleńka”. Uraziło to ambicje Oli, choć z zapisków Krzysztofa wynika, że mniejszy kajak (cztery i pół metra długości, siedemdziesiąt centymetrów szerokości) jest lepszy, wręcz „doskonały!”, zwłaszcza że ma doczepiany maszt i żagiel. Dziewczyna dała się przekonać: uszyje do kajaka trójkątną banderę.

Pierwsza wyprawa kajakowa, w niedzielę 15 maja, miała dotrzeć do Czerska. Droga w górę Wisły skończyła się jednak po trzech kilometrach. Rozleciały się wiosła. Ale w precyzyjnym sprawozdaniu („W wycieczce brały udział następujące osoby: Prezes Klubu K. Sob. [Ja], sekretarz Kazimierz Borkowski, Członek Sylwester Dobrowolski, na kajakach »Krokodylu« [konstrukcja KS D1] i »Hance« [konstrukcja KB 1]”…) można przeczytać, że i tak się udała: chłopcy nocowali w namiocie na wyspie na środku rzeki, czuli się tam jak szczęśliwi rozbitkowie-uciekinierzy. Przeprowadzają „biegi treningowe”, kąpią się. „Nie chciało nam się odjeżdżać, toteż spędziliśmy tam »czas do końca czasu«, jak powiedział Kazik” – pisze Krzysztof; podczas krótkiej przerwy w wycieczce odwiedzili odpust na Bielanach, „gdzie w zgiełku »publiczności« straciliśmy wszystką forsę, którą posiadaliśmy” – zanotuje prezes klubu akapit dalej. Do sprawozdania dołączono naszkicowany ołówkiem plan wyspy „Ia” i „Ib”.

Przed zakończeniem roku szkolnego wybucha skandal. Przez plotki: pewna Irka zaczęła obmawiać Olę i Hanię. Chłopak Hanki, przyjaciel Krzysztofa – Kazik – pisze do Irki „list w całkiem gniewnym stylu, aby ona się od nas odczepiła”. List musiał być rzeczywiście co najmniej gniewny, bo oburzona Irka pokazała go mamie i razem z nią odpisały Kazikowi, Oli i Hance „listem przeokropnym, na jaki mogą się zdobyć tylko takie czarownice”. Chłopcy (Kazik i Krzysztof) obrażeni do żywego… postrzelili Irkę z łuku. „Wtedy – uj, co się działo, wtedy sądy żywych i umarłych” – notuje Oleńka.

Mama Irki z wielkim krzykiem na mnie poleciała do madame Sobieszczańskiej i co tylko wlazło: że mnie ksiądz wyrzucił z kościoła (a tylko jeden staruszek zwrócił mi uwagę), że latam z chłopakami po lasku, że chodzę po kawiarniach itd. I mówi z jakiej racji Pani Sobieszczańska daje Krzyśkowi chodzić do mnie i dalej w tym rodzaju. Krzysztof, Kazik i Sylwek przyszli do mnie i opowiadają mi to (Pani Sobieszczańska szykuje się z wizytą do mej mamusi), lecę, moja mamusia z przerażeniem słucha […]

Brakuje w pamiętniku kolejnych stron.

Sąsiadki liczyły się z matką Krzysztofa, zabiegały o jej opinię, traktowały ją jako arbitra i pośredniczkę w załatwianiu nieprzyjemnych spraw.

Afera wygląda na błahą i operetkową, zwłaszcza że Irce nic się nie stało (zdrowa pojawia się na kolejnych stronach pamiętnika), jednak konsekwencje były – Oleńka zmieni szkołę: prawdopodobnie z powodu wiosennej awantury wypisze się od sióstr i do piątej klasy (czyli pierwszej gimnazjum niższego) będzie chodziła już w Słowackim23.

5

Krzysztof, czego domyślam się z dwóch lakonicznych fragmentów notatek, ociera się o wodną drużynę harcerską. To tam uczy się podstaw szkutnictwa. Notuje, że czyta szkutnicze podręczniki. Regularnie odwiedza też Śmigłówkę, gdzie podgląda budowę profili kajaków. Latem wraz z Sylwkiem wyjeżdża na kilka tygodni na obóz nad Jezioro Charzykowskie. Ola 19 lipca odnotuje, że wysłała bratu dziesięć złotych na ratę za pobyt w Charzykowach, wspomina również, że po tym obozie chłopcy mieli pojechać na paręnaście dni do Szwecji na „międzynarodowy zlot skautów wodnych”. To albo pomyłka, albo emanacja fantazji, bo w 1932 roku jamboree skautingu wodnego odbywało się w Polsce, właśnie tuż obok Charzykowów – w Garczynie. I to tam trafili Krzysztof z Sylwkiem.

Patronat nad tą olbrzymią imprezą objęli prezydent Ignacy Mościcki i marszałek Piłsudski. Prezydent 3 sierpnia odwiedził tysiąc obozujących nad jeziorem skautów, odbyła się defilada kajaków i żaglówek. Na Sea Scouts Jamboree przybyli skauci z Anglii, Danii, Francji, a najliczniejszą reprezentację z zagranicy stanowili – co może wydać się nieco zaskakujące – Węgrzy. Wodni harcerze na jeziorach Charzykowskim i Garczyn ścigają się wpław, uczestniczą w zawodach w holowaniu łodzi, ratowaniu załóg wywróconych jachtów i tak dalej. W drugiej połowie sierpnia, po zakończeniu zlotu, zagraniczne delegacje zwiedzają Polskę. Władze wykorzystują imprezę propagandowo, pokazując uczestnikom Warszawę i Śląsk, z Królewską Hutą na czele. „Mali skauci z Francji kochają i szanują Polskę, bo ona na to bardzo zasługuje” – napisze w październiku francuskie pisemko „Le Scout de France”24, podsumowując zlot. A Krzysztof o obozie nie napisze w dzienniku ani słowa. Za to na pocztówce do Oli będzie się upierał, że jedzie z Sylwkiem do Szwecji: „Od chłopców była wiadomość, że przyjadą 10tego, lub 15tego, bo jadą do Szwecji” – zanotowała 6 sierpnia (zlot skautingowy w Garczynie kończył się 14 sierpnia). „Jestem zadowolona, niech się wylatają”.

To nieprawda. Nie była zadowolona. Męczyła się okropnie, lipiec i początek sierpnia 1932 roku to dla Oli gęsta jak budyń nuda. Chodzi razem z koleżankami na plażę (jest tam emablowana i zapraszana na przejażdżki kajakami przez dalszych znajomych, flirtuje, „przykleił się jakiś młody porucznik”), raz czy dwa samotnie „poszła w krzaczki, zdjęła kostium do połowy i opalała się” (ale krótko), od czasu do czasu wyprawia się z mamą do miasta, raz „w stylowej sukience – cała Warszawa się oglądała”. W płynącym leniwie strumieniu tych nieistotnych zdarzeń rozgrywa się jeden dramat: pod kołami samochodu ginie Fryga, suczka Dobrowolskich. Miała w zwyczaju, wariatka, ganiać za autami, i któregoś razu, po drodze z plaży źle się to skończyło. Ola płacze całą noc.

6

Chłopcy wrócili 10 sierpnia. Nie byli w Szwecji. Choć bardzo chcieli.

Na razie znowu Wisła: plaża, przystań, przejażdżki kajakami, spacery na Polkową Górę. To samo, ale już wcale nie jest nudno.

We wrześniu Oleńka idzie do nowej szkoły. Podoba jej się: „zespół nauczycielski jest bardzo miły, wyłączając historyka, który mówi »milczeć, proszę pani!!!«. Przecież to straszne! Za to inni są bardzo morowi”. Nowe koleżanki też zdają się sympatyczne i w dodatku z fantazją: 6 października Oleńka wybrała się z jedną z nich do sklepu w Warszawie: „kupiłyśmy 8 filmówek [broszur o filmach], a przy tym buchnęłyśmy dwanaście fotosów, ja wzięłam sześć i ona sześć”. Następnego dnia dziewczyny powtórzyły ten dający przyjemne uderzenie adrenaliny wyczyn, powiększając kolekcję fotosów gwiazd kina o kolejnych pięć „buchniętych” egzemplarzy.

Zima 1932/1933 jest w pamiętniku opisana fragmentarycznie. Brakuje stron, a może brakowało czasu na wpisy, bo w nowej szkole Ola musi więcej się uczyć. Na orbicie pojawia się jakiś Bohdan, odwiedza ją w grudniu, gdy leży chora w domu (zakłopotanie, bo „bałagan był w domu jak stu diabłów”), umawiają się za kilka dni przed szkołą, ale Oleńka nadal chora i „randka przepadła”. Ledwie widoczny, wypłowiały atrament zdradza, że sprawy do czerwca 1933 zasadniczo się zmieniły: „ta świńska morda Bohdan przyjeżdża i mi zawraca głowę”.

Wiosenna Oleńka znów zatem należy do Kikiego. Ten snuje fantastyczne plany wyjazdu do Chicago, gdzie dziewczyna ma ciocię Marysię i wujka Franka. Namówiona przez Krzysztofa, pisze do nich list, może chce, by dofinansowali wyjazd? Najpierw popłyną łodzią do Gdyni, potem „Polonią” – pierwszym polskim transatlantykiem – przez ocean: „Naprawdę ten Kiki to nawet nie wie, na jakie męki mnie naraził, mówiąc o Chicago. Bo tak mi się chce strasznie jechać, a wiem, że z tego będą nici”.

Coraz częściej i coraz bardziej precyzyjnie wymieniane są w zapiskach dziewczyny kwoty: wycieczka szkolna kosztuje tyle i tyle (na przykład jednodniowa do Łowicza 5 złotych), mama potrzebuje na materiał na sukienkę 15 złotych, pani Sobieszczańska jest winna mamie 20, bo oddała 60, i tak dalej. 27 czerwca Ola pisze: „dziś są imieniny tatusia, ale z powodów oszczędnościowych nic nie robi się”. Obie rodziny (zapewne zwłaszcza samotna matka Krzysztofa) ledwie wiążą koniec z końcem, co dociera do dojrzewających dzieci. Latem Krzysztof i Sylwek pracują dorywczo przy przeprawie promowej pod Piasecznem (w Gassach), nocują tam i budują swoją łódź. Ola czasem ich odwiedza, ale większość dni spędza w domu i znowu, jak przed rokiem, straszliwie się nudzi:

Czego, do cholery, ten Krzysztof nie przyjeżdża… Czy już, psiakrew, całe wakacje mam prześlęczeć i opalać się w oknie? Nie dość, że zawracał głowę o Chicago, a teraz już to zdaje się klapnie. Zamiast nic nie mówić, a tylko robić, to gada bez końca, słuchaj człowieku i wyobrażaj sobie „Polonię”, ocean, Chicago, Bornholm… Wisła – kajak i Bielany bierz lepiej za rzeczywistość. Ażeby go jasny piorun […]

Ale gdy Krzysztof przyjeżdża i składa sprawozdanie z budowy łódki (brakuje tylko masztu i żagli), Ola jest szczęśliwa. Krzysztof znowu opowiada o planowanej wielkiej podróży. Jest dobrze. „Moi et Cristof nous faisions mniam-mniam (en peu)” – notuje Oleńka.

A pod koniec wakacji:

W poniedziałek 21 [sierpnia 1933], czyli już za 3 dni, pojadę autobusem na plac Zamkowy na nabożeństwo szkolne. Hm… Wróciłam już z Ameryki. Chicago! Co za miasto! Oh, jaki ruch szalony! Wystawa? Trudno sobie coś wspanialszego wyobrazić! Co tam nie było, pierwsze i ostatnie modele aut – jaka szalona różnica! Co za kontrast! W ogóle trudno sobie wyobrazić. Zresztą niech każdy jedzie, to niedrogo kosztuje i niech obejrzy. Dosyć tej idiotycznej ironii…

Jest rozczarowana i zła. Może wujostwo z Ameryki nie odpowiedzieli na list? Ona szykowała się do szkoły, a chłopcy w tym czasie zwodowali łódź i sami popłynęli Wisłą do Gdyni. Tylko do Gdyni. Przez „gdański kraj”.

Przyjaźń Oli z Kikim będzie gasła cały rok, aż do kolejnych wakacji. Spotykają się (Oleńka jest przecież siostrą najbliższego przyjaciela Krzysztofa), randkują, ale nie będzie już tak samo. Zawód pozostawia ślad.

Boże, żebym pierw ogłuchła, niż tę głupią obiecankę usłyszałam. […] Taka jestem ciągle wściekła, że coś strasznego. Kto się odezwie, zjadłabym go i z rozkoszą rozszarpała. Co to znaczy zawieść się. Ha, mam nauczkę, żeby nigdy nie odstępować od swojej dewizy „Nie ciesz się zawczasu, jeśli to się stanie, będziesz miała niespodziankę”. Tymczasem trzeba obmyśleć dokładnie, co opowiem dziewczynkom, jak spędziłam wakacje. Boże, znów się zacznie ten podły francuski, oh Boże, Boże.

Jeszcze tylko jeden wpis Oli we wspólnym pamiętniku – o nowych przedmiotach i nauczycielach w szkole, i koniec. Dalej tylko charakter pisma Krzysztofa. Oleńka zapewne oddała mu pamiętnik, może założyła nowy, własny, już tylko jej.

TOMASZ

Kilka lat temu odezwała się do mnie wnuczka Oli. Zapytała, czy ja to ja, czy jestem synem Krzycha. Przysłała zdjęcie. Oleńka razem z Krzysztofem. Pasują do siebie? Podobno wspominała Krzysztofa jako miłość życia. Największą i jedyną prawdziwą miłość. Tak powiedziała wnuczce. Skąd wnuczka była? Gdzieś z lubelskiego. Zanotowałem adres i telefon, ale potem wszystko mi diabli wzięli, cały komputer. Nie mam.

Oleńka, ta ze zdjęć, ta z plaży nad Wisłą, ta „je tout bimbam”, śliczna, patrząca jasnymi oczami, ta rysująca autoportrety w pamiętniku i pisząca szyfrem, ta opalająca się topless i płacząca, gdy samochód potrącił Frygę, ta „nous faisions mniam-mniam”, pierwsza dziewczyna Kikiego-Krzysztofa, ta Oleńka była czyjąś babcią? Babcią? Absurd, pomyłka. Tylko zdjęcie jest prawdziwe. Reszta to mistyfikacja, złudzenie. Na pewno. Dlatego nie martw się, Kapitanie.

7

Do rejsu Wisłą w dół, ku morzu, Krzysztof szykował się kilka miesięcy. Oprócz budowy łódki ćwiczył alfabet Morse’a (naukę rozpoczął już przed obozem żeglarskim w 1932 roku), uczył się kodu flagowego (precyzyjnie rozrysował go w pamiętniku kredkami pod datą 13 lutego 1933), studiował mapy ujścia rzeki i Zatoki Gdańskiej. W jego notatkach nie ma śladu planów, według których droga do Gdyni miałaby być etapem podróży za ocean. Może od początku nie wierzył w pomoc amerykańskich kuzynów Oleńki, ale mimo to roztaczał przed dziewczyną baśniowe wizje chicagowskiej metropolii? Albo uznawał rzecz za oczywistą, ufał, że to, co wypowiedziane (choć niezapisane) – i tak się ziści?

Morse’em zapisywał błahostki, głupstwa, bawił się: „hcę kupić samolot turystyczny. Będę grał z Sylwkiem na loterii”. Sprawnego operowania kropkami i kreskami uczył się razem Olą, która szybko go w tej sztuce prześcignęła. Jeden z dłuższych i pozbawionych skreśleń zapisów wyszedł spod jej ręki. Kapitan rozszyfrowuje ten tekst. Jest ciepły wieczór, siedzimy na deku lekko bujającego się w gdyńskiej marinie „Lobo de Mar”: „Dostałam cenzurkę z promocją. Mam cztery tróje, z matematyki niesprawiedliwie, bo powinnam mieć 4”. (A kto, zamiast uważać, pisał na lekcjach pamiętnik, Olu? Wtedy, siedząc naprzeciw „srogiego lwa” – pani od matematyki?)

Wyprawę do Gdyni Krzysztof opisał kilkanaście miesięcy po powrocie. Wierszem. Czas przytoczyć tę relację w całości.

Wyprawa do Gdyni. Rok 1933

Raz Krzysztof z Sylwkiem się zwąchali,

Były dawne czasy to.

Wnet na morze się wybrali

By wyplenić wszystko zło.

Zbudowali wielką nawę,

Która miała ławę stół,

Pożegnali więc Warszawę

I pomknęli z wichrem w dół.

Zrazu świetnie się jechało

I dął wiater świeży fest,

Forsy było trochę mało,

Lecz to dla nich głupstwo jest.

A przygodę pierwszą mieli

Było to gdzieś w obcym kraju

Fornale ich nalać chcieli,

Lecz gonili zbyt pomału.

A gdy Grudziądz już minęli

I do Tczewa gnali wprost,

Złe się duchy dowiedzieli

I wpędzili ich na most.

Lecz załoga dobra była,

Bardzo zręcznie sterowali,

Więc maszt z lekka uchyliła

I pod mostem przejechali.

A gdy byli gdzieś pod Gniewem,

Za granicą prawie już,

Dmuchnoł zefir tak potężnie

Że dostali zimny tusz.

Łódź się zręcznie położyła

My pływali-śmy wokoło

A z pomocą straż przybyła

Żuca ratónkowe koło

Wodniaki wszelkie się zjechały

Kajaki, barki, łodzie

Wkrąg stanąwszy podziwiały

Te wyczyny nasze w wodzie

A my mienie ratowali

Byśmy z biedy nie zginęli

Strażnicy nas cholowali

A my ile wlezie kleli

Gdy zapadła noc pogodna

My wilgotni i bez chleba

Wnętrzność nasza była głodna

I spać w mokrym było trzeba

Lecz gdy wstały pierwsze zorze

Przerwaliśmy mokre spanie

I spojrzawszy tam gdzie morze

Zaśpiewali-śmy na śniadanie

Posileni tak piosenką

Żagle nasze stawiamy

I znów prójąc wodę miękką

W dal bezkresną posówamy

W Tczewie my zakotwiczyli

A był brak gotówki duży,

Więc my flower opylili

I pognali w dół do śluzy

Śluza ta się zwie Enlaga

Sylwek miał się w krąg szwarcować

A zręczności to wymaga

Bo przed szupą trza się chować

Wszystko się udało świetnie

Ja robiłem w śluzie ruch

Sylwek szwabów zbujał szpetnie

I znów mknęliśmy we dwóch

Wszędzie my Hitlera chwalim

Bo tak tu jest w gdańskim kraju,

I bezpiecznie sobie walim

Stosując się do zwyczaju

Hitler wszędzie dominuje

I na każdej strzesze kiju

Swastyką się popisuje,

I heil Hitler ma na ryju

Każdy krajan tego miasta

Bo gdy tego nie wykrztusi

Zrobią z niego kawał ciasta,

Także ryczeć zawsze muśi

My się też przyzwyczaili

I heil Hitler tak krzyczeli,

Że choć szwaby źle patrzyli

Łby przed nami swoje gieli.

Gdy dotarli-śmy do morza

Yacht nasz wielkim wichrem gnany

Gdy błysnęły pierwsze zorze,

Otoczony przez bałwany

Gnał ku wielkiej w nas rozpaczy

Nie do Gdyni, lecz chen w morze

Zawrócić kiedy raczy

Kiedy ląd zobaczym, Boże!

Lecz załoga zręczna była

Przerwali tedy biadanie

I jak żagle ustawiła

Byli w Gdyni na śniadanie

Gdynia jest to miasto złote

Nie ma swastyk też na kiju,

A gdzie spożyć masz ochotę

Każdy uśmiech ma na ryju.

Port najlepszy ten w Europie

Zaraz też żeśmy zwiedzili

I w najlepszym tam basenie

Nawę-śmy zakotwiczyli.

Choć kulminacja brzmi dramatycznie, chłopcy zapewne tylko „liznęli” morza. Przewracająca się na Wiśle łódka słabo radziła sobie na zatoce, zwłaszcza przy sztormowej fali. Samo dotarcie od ujścia rzeki do Gdyni podczas wietrznej pogody było osiągnięciem.

Miasto, które „zaraz też żeśmy zwiedzili”, musiało uwieść Krzysztofa.

Gdynia była bohaterką międzywojennych gazet. Budowa „Miasta z morza” – „Wyzwania rzuconego Gdańskowi” – interesowała wszystkich. Siedząc na skarpie na Bielanach, na pewno przeglądał „Tygodnik Ilustrowany”, „Świat” lub magazyn „Światowid” – pełno tam relacji i zdjęć znad polskiego morza.

Reportaże z Gdyni piszą znani i cenieni, ówczesne gwiazdy: Magdalena Samozwaniec, Kornel Makuszyński, Zofia Nałkowska, młody, ale już u kresu życia Zbigniew Uniłowski. Port: rosnąca plątanina żelaznych konstrukcji, tory, wagony z węglem, pierwsze ogromne dźwigi pochylające swe szkielety nad burtami statków, nabrzeża z betonu. Zofia Nałkowska za kilka lat napisze: „Gdynia przytrzymana jest przez morze głęboko w nią sięgającymi basenami wody i sama mocno pazurami kamiennych mol w nie wczepiona”25.

Dumę i podziw budzi nie tylko powstający w błyskawicznym tempie port, ale również samo miasto. Budują się: Dworzec Morski, Sąd Rejonowy, budynek ZUS-u – najładniejsze gmachy w Polsce.

Za fasadą „okna na świat” – można powiedzieć: po wewnętrznej stronie – toczyć się jednak zaczęło życie portowego miasta, które rosnąc za szybko, czasem ucieka nadziejom przybywających do niego, zwabionych wszechobecną propagandą nowych mieszkańców. W Gdyni lat trzydziestych – może wydać się to paradoksem – były rzesze bezrobotnych. Mimo rozwoju miasta i portu już po dziesięciu latach zaczynało brakować miejsc pracy dla ludzi niemających konkretnego fachu.

Na ulicach kręci się wielu przybyszów, którzy od czegoś uciekli i chcieli zacząć nowe życie – albo tutaj, albo, najpierw zarobiwszy na bilet, gdzieś za oceanem. Wśród nich podejrzane typy, przemytnicy, złodzieje, handlarze żywym towarem, zwabiający dziewczyny i ekspediujący je do burdeli Amsterdamu, Londynu, Marsylii.

Podobno – pisały o tym gazety – kiedyś na plaży znaleziono wyrzuconą przez morze butelkę, a w niej list: „Ratujcie mnie, jestem w niebezpieczeństwie, proszę, kto znajdzie butelkę z niniejszą karteczką, od razu oddać policji. Gdzie jestem sama nie wiem, więc proszę serdecznie, spieszcie z pomocą. Marja Hoppówna”26.

Rosły slumsy o nazwach zdających się drwić z marzeń i wspomnień ich mieszkańców: Pekin, Meksyk, Drewniana Warszawa; puchły niebezpieczne kwartały przy ulicach Żeromskiego i Portowej – miejsca, których należało się strzec. Tawerny, które w istocie były burdelami, nosiły niezwykłe nazwy: „Bombaj”, „Szanghaj” – na starych chałupach, budowanych jeszcze w kaszubskiej wsi o niemieckiej nazwie Gdingen, montowano jaskrawe neony i podświetlane szyldy. W spelunkach pełno marynarzy. Piją, opowiadają, wyśpiewują dręczące ich sny, w Gdyni tak samo jak „Dans le port d’Amsterdam”.

Miasto żyło namiętnie, dużo w nim było wrzących emocji, również w przyzwoitszych miejscach. „Dziennik Gdyński” pisał o „Krwawej niedzieli małżeńskiej”:

[…] w pewnej restauracji gdyńskiej znanej z dancingów i wesołego nastroju zabawiał się będący na urlopie małżeńskim starszy pan, w gronie różnokolorowych dziewic.

W pewnej chwili weszła do lokalu dama, która nie mówiąc Dzień Dobry, rozbiła wazon z kwiatami na obliczu swego najdroższego, następnie szerokim, energicznym gestem przewróciła stół z wszystkimi smakołykami i likierami. Nawet tango nie pomogło, damy uciekły, a pokrwawiony mąż obiecał poprawę.

W innem miejscu zdenerwowany mąż uszkodził ukochanej żonie uzębienie i starł jej szminkę pięścią27.

Powstają i rozrastają się dzielnice: Witomino, Obłuże, Mały Kack. A w nich wyidealizowane społeczeństwo: ludzie młodzi, energiczni, pracujący szybko i z entuzjazmem, patrzący dumnie w bezkres morza – tak widzieli ich reporterzy.

Egzotyka mieszała się w Gdyni z polskością, swojskość z obietnicą zmiany, a zmiana z trwałością żelazobetonu. Miejsce – wehikuł marzeń.

Jak nie pokochać takiego miasta, gdy się ma osiemnaście lat?