Wydawca: Filia Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 200 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Selfie - Magdalena Witkiewicz, Magdalena Kuydowicz

Magda Witkiewicz, znana pisarka z Wybrzeża, matka dwójki dzieci, żona z rodziny pachworkowej, wielbicielka kotów - Puszysława zwłaszcza.
Magda Kuydowicz, dziennikarka TVN Style, Łodzianka mieszkająca w Warszawie , zwolenniczka związków partnerskich i swojego psa – Soni
Wszystko je dzieli, a połączyła chęć rozmowy na ważne dla kobiet tematy. Przez rok pisały do siebie listy i tak powstało Selfie.
Rozmawiały o wszystkim – o mężczyznach, których pokochały, dlaczego zmiana w życiu jest zawsze dobra, co to jest gender i po co to komu, kim jest matka-koczowniczka, dlaczego święta z rodziną to także stres? Jak rozmawiać z partnerem o pieniądzach, kim jest Ta trzecia - kochanka dla żonatego mężczyzny? Dlaczego faceci są słabsi i wymagają opieki kobiet? Dlaczego plotka niszczy, a porażki bywają inspirujące. I wiele, wiele innych…
Magda i Magda, fajne kobiety, które widzą życie na dwa różne sposoby. Ale żadna z nich nie upiera się, że ma rację. Bo prawda obiektywna nie istnieje, a dobrze widzi się tylko sercem.

Opinie o ebooku Selfie - Magdalena Witkiewicz, Magdalena Kuydowicz

Fragment ebooka Selfie - Magdalena Witkiewicz, Magdalena Kuydowicz

 

 

 

 

Biedulek

 

Cześć, Magdo Wu, tu MagdaQ

 

Szczerze mówiąc, dziś jestem zła jak osa! Wiesz dlaczego? Denerwuje mnie Biedulek. Kim jest? Posłuchaj tej jednej z wielu podobnych historii, to dowiesz się dokładnie, o kogo mi chodzi. Sama się zaraz przekonasz, ile podobnych zapewne sama też znasz. Najpierw najświeższa „biedulkowa” opowieść. O mężu mojej bliskiej koleżanki, który stracił pracę i zamiast wziąć się z życiem za bary, powoli zamienia się w 50-letniego emeryta. Przez to Ona – drobna szatynka „cała” w lokach – nagle stała się facetem w rodzinie. Zapytasz zapewne, z jakiego powodu? Otóż nie miała innego wyjścia! Bo Adam w sekundę po plajcie swojego biznesu stał się delikatnym, wymagającym szczególnej troski mężczyzną po przejściach. W rezultacie nie jest w stanie nic robić od miesięcy. Głównie słucha starych płyt, odnawia znajomości sprzed lat na fejsie oraz pożera tony chleba z dżemem, żeby, jak twierdzi z fałszywą moim zdaniem troską, „nie pogłębiać naszego stanu zadłużenia”.

I tak spokojnie tyje w tym nieróbstwie. No a moja dzielna Małgosia oczywiście zakasała rękawy i poszła do dodatkowej roboty. Obecnie zasuwa na dwóch etatach i sama spłaca jego ogromny kredyt. Ale nie to jest w tym wszystkim najtrudniejsze do pojęcia. Najbardziej wkurza mnie reakcja jej przyjaciół i rodziny. Otóż znajomi tej pary bardzo mu współczują i bez przerwy mówią Małgosi, że to Adaś jest biedny i że trzeba go wspierać. A jej nie trzeba?? Blada, chuda, wymęczona do granic i z nerwowym poczuciem winy siedziała ze mną ostatnio na kawie. Zmartwiona faktem, że natychmiast po robocie nie pędzi na złamanie karku do swojego mężulka. Biedulek tymczasem, gdy tylko nie siedzi przy kompie, przemierza leniwie okolice samochodem dostawczym z dawnej firmy w poszukiwaniu przygód i kolejnych przyjemności. Ma także coraz ciekawsze, i co gorsza, nieustanne pomysły na bezstresowe spędzanie czasu razem. Oczywiście za jej pieniądze. To znaczy formalnie „ich”, bo wspólnota majątkowa małżonków pogrąża ją także w tym względzie. On w każdej chwili może udać się do bankomatu i wyczyścić konto! Poradziłam jej więc perfidnie, żeby przelała środki na jakieś subkonto, do którego on nie ma dostępu. Zrobiła to w końcu, ale dopiero gdy zdebetował ich wspólną kartę na kilka tysięcy. Oczywiście wszystko „w trosce o jej zdrowie”.

Wykupił bez uzgodnienia rajd rowerowy po Suwalszczyźnie dla dwojga. Dodam, że mieszkają z Biedulkiem pod lasem, mają hektary terenów rowerowych dostępnych w każdym możliwym kierunku, a on tu wyskakuje nagle pod koniec miesiąca z tą wycieczką za sporą kasę, bo, cytuję: „przecież wiesz, że nie wypocznę w domu, nie potrafię”.

Zabić go to mało! Tymczasem Małgosia tyra i codziennie zostawia mu na komodzie 20-30 zeta, a sama rusza o świcie do pracy.

Biedulek rzecz jasna w tym czasie spokojnie sobie chrapie, bo musi się wyspać. Z powodu przewlekłego stresu. Faktycznie stan ten trwa już ponad pół roku i zapewne się w nim utrwala. Żeby chociaż dom wysprzątał (na niego też jest zaciągnięty ogromny kredyt) albo zakupy zrobił i obiad. Czy – nie wiem – czekał na nią z gorącą kąpielą i romantyczną kolacją przy świecach. Ale gdzie tam! Gośka wraca późno, bo korki – tak 20.00-21.00 – i co widzi? Spasionego na kanapkach małżonka, który siedzi nabrzdżony na sofie i żłopie piwo za piwem. A w lodówce pustki!

Gdy zagaduje swoje „szczęście ukochane” o jakieś życzenie żywieniowe, on tylko wzdycha, przewraca przekrwionymi od piwa oczkami i wyznaje, że „naprawdę niczego nie potrzebuje już od losu, który tak podle go doświadczył…”. Słysząc te słowa, oczywiście rzuca się Gośka do najbliższej „Żabki” 24 h, a tam kupuje prowiant na pocieszenie: schabowego, ziemniaczki i mizerię, które to dania Biedulek z apetytem wcina przed 23.00. Pewnie spytasz mnie zaraz o stan zdrowia i dzieci Biedulka. Otóż na szczęście mężusiowi, jak wykazały badania, nic nie jest, a córki wyprowadziły się od matki i nie bardzo mogą jej pomóc. Same na siebie zarabiają i mają własne, równie skomplikowane związki. Co jest z tymi facetami, powiedz mi matko dwójki dzieci z rodziny pachworkowej? Tak ich rozpuściłyśmy? Dlaczego po latach stajemy się pielęgniarką i zaopatrzeniowcem w jednym? A może to także wina mamusi tych Biedulków będących po stracie roboty na permanentnym utrzymaniu żony? Małgosia była ostatnio na spotkaniu klasowym i co druga jej koleżanka ma taką sytuację albo podobną. Wszystkie te babki są tak samo bezradne, bo nadal w swoim facecie zakochane. Do głowy im nie przyjdzie „wymienić go na lepszy model” lub chociaż pogonić do roboty, do diaska! Skąd w nas takie przywiązanie oraz poczucie przyzwoitości i odpowiedzialności! Bez wzajemności dodam tylko!

Dlaczego Biedulek nie ma poczucia winy, że żonę wsadził na taką minę? I spokojnie zajmuje się swoim nicnierobieniem. Co gorsza, jest w tym coraz lepszy. Mądrzy ludzie mówili mi, że trzeba się umieć postawić w jego trudnej sytuacji. Jednak jakoś jest mi trudno mieć pozytywne nastawienie w stosunku do owego „skrzywdzonego” mężczyzny. Od razu wyobraźnia podsuwa mi obraz udręczonej Małgosi z siatami, która, mimo że pracuje w dwóch miejscach, biegnie z wywieszonym językiem do domu. Robi mu obiad, wysłuchując setek pytań i utajonych pretensji w stylu: ilu miałaś dziś pacjentów?, z kim się dziś widziałaś? Siedzę sam, nie mam nic do roboty i jest mi TAK SMUTNO I ŹLE! Tu przywołana zostaje mina smutnego spaniela numer 6, jak na zawołanie, która zawsze na Gośkę działa. Podobnie jak leki na uspokojenie, które zaraz potem łyka na jej oczach, wzdychając. I żebyś nie myślała, że to jedyna taka historia wśród moich znajomych! Otóż nie, kolejny 50-latek (to jakaś zmora z tą Conradowską „smugą cienia” w tym wieku dla mężczyzny, która usprawiedliwia wszystko), też splajtował i żona go utrzymuje. I jeszcze się uśmiecha! A Filip popada codziennie w wielogodzinne odrętwienie przy komputerze, systematycznie oddalając się od żony i ich wspólnych spraw. Wynajduje także, co gorsza, coraz więcej wad w ludziach dookoła, jednocześnie użalając się nad sobą. Najgorsze, że ja obu tych panów bardzo lubiłam kiedyś, serio. Ale teraz nie mogę ich znieść! Czy to jest ta nasza osławiona solidarność jajników lub coś podobnego? Nie mam pojęcia, ale faktem jest, że coraz więcej wzbiera we mnie pozytywnych uczuć do ich dzielnych, zaradnych i fajnych, mądrych żon. A tych zgnuśniałych darmozjadów nie cierpię i już! Widziałam niedawno świetny program, żeglując w nocy pilotem po wielu telewizyjnych kanałach. Mądry terapeuta powiedział tak: „Wszystko w takiej sytuacji zależy, od kiedy ten pan nie pracuje i z jakiego powodu tę pracę stracił? Oraz ile czasu trwa ten stan odrętwienia?”. Pytanie podstawowe nasuwa się samo – kiedy i jak reagować? Bo obaj Biedulkowie na samo wspomnienie o problemie śmiertelnie się obrażają i zamykają w sobie. Może po prostu pogonić dziada z domu na próbę? Sama nie wiem… Zresztą u mnie zawsze było tak, że w każdym związku był wspólny koszyczek i osobne konta oraz mieszkania, w których pomieszkiwaliśmy oboje. I szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie inaczej! Pytać faceta o forsę na drogi krem pod oczy? Nigdy! Przecież on nie zrozumie, dla niego to kolejny „tłuszcz z foki” i tyle.

Z drugiej strony, może część kobiet lubi mieć w domu takiego Biedulka w kapciach? I tak zaspokajać swoją potrzebę kontroli nad partnerem… Sama nie wiem. Masz męża, to powiesz więcej na ten temat.

Ja od lat żyję jak wolny ptak. Tylko chwilami gotowa jestem zmienić zdanie. Gdy widzę jakieś super szczęśliwe pary, które się dogadują. Dumne, bardzo w siebie wpatrzone i z obrączką na palcu. Wtedy czuję, że miłość i szacunek działają także w takim uświęconym przez Boga i prawo układzie.

W naszej „Perle Bałtyku” w Nowym Porcie w Gdańsku, gdzie powstawały podwaliny pomysłu na tę książkę, spotkałam uroczą parę małżonków. Prowadziłam trudną i niezwykle emocjonującą dyskusję na temat relacji matka-córka-zięć, o podziale ról w związku i co zrobić z kwestią pieniędzy, żeby nie było awantur?

I wreszcie jeden facet w lokalu nie wytrzymał.

W którymś momencie porzucił przepyszny kotlet autorstwa nieocenionej Iwony – właścicielki i krzyknął:

– Jaki do cholery podział ról i pieniędzy!

– Jak jest brudno, sprzątam, a jak pusto w lodówce, idę na zakupy!

– O czym wy baby w ogóle, do jasnej Anieli, gadacie!

A śliczna pulchna blondynka z trwałą ondulacją tylko mu zgodnie potakiwała, przeżuwając leniwie obiad.

Tyle że oni byli bardzo jeszcze młodzi i na początku swojej drogi.

A może podstawą jest najpierw dobrze poznać faceta, którego się wybiera na życie? Jak myślisz?

 

 

 

 

Mag!

 

Oj, doskonale Cię rozumiem. Też mam chroniczną alergię na takich Biedulków!

Oczywiście wiem, że są takie małżeństwa, gdzie facet traci pracę i popada w odrętwienie, choć przecież jest silny i uważa, że sam z tego odrętwienia wyjdzie. I na pewno żaden terapeuta mu nie pomoże, bo przecież tylko nienormalni ludzie chodzą do terapeuty, prawda?

Przynajmniej tak sądzi wiele osób. Przodują w takim sposobie myślenia mężczyźni. Niestety.

U nas w rodzinie, według mojego męża, ja jestem czarną owcą, która nie przynosi pieniędzy. A on haruje jak wół. Kiedyś mi wypominał, że nic nie robię. Najdziwniejsze, było to w czasie, kiedy prowadziłam firmę, pisałam książki i zajmowałam się dziećmi. Ostatnio jakby przestał. Czy dlatego, że sam został na 10 dni z dziećmi, gdy ja byłam w Wietnamie? A może dlatego, że na tym moim koncie coś się pojawia, w miarę regularnie? Chociaż nie wiem, czy przestał? Teraz wkurzają go moje wyjazdy promocyjne, bo przecież to nie przekłada się bezpośrednio na kasę. No, ale przynajmniej coś robię. I tak źle, i tak niedobrze.

Brak pracy, Magdo, siedzi w głowie.

Miałam kiedyś takiego kolegę. Stracił pracę. To było dawno, dawno temu. Ja wtedy pracowałam pełną parą, a on siedział w domu u mamusi i narzekał, że jest taki biedny i nie ma roboty.

– A szukasz roboty?

– Nooo… – powiedział wymijająco.

– Co zrobiłeś w tym kierunku?

– Nooo… – nie dodał, że siedział w fotelu i od rana pił piwo.

– Kupiłeś gazetę? (to były czasy, gdy głównie szukało się pracy w ogłoszeniach w „Gazecie Praca”)

– Nie.

– Dlaczego?

– Bo i tak tam nie ma dla mnie pracy.

Szlag człowieka (czyli mnie) trafiał. To jak z moim odchudzaniem, marudzę, że jestem gruba, a nie potrafię się długofalowo spiąć, bym wreszcie była szczupła. I dlatego trochę rozumiem ten marazm. Ale z byciem grubym można przeżyć, a bez pracy trochę ciężko. Dlatego coś takiego faceta powinno obudzić. Czy twoje koleżanki nie mogą powiedzieć:

– Słuchaj kochanie. Jest równouprawnienie. Skoro ja zarabiam pieniądze, to ty zabezpieczaj tyły. Sprzątaj, prasuj, gotuj i czekaj na mnie, aż wrócę do domu. Możesz czekać z ciepłą, wonną kąpielą.

Oczywiście, że tak nie powiedzą. Bo uważają, że to stan przejściowy. Bo przecież ten mężczyzna jest bardzo zajęty SZUKANIEM pracy. I na nic innego już mu tego cennego czasu nie wystarcza.

A mogę się założyć, że gdyby tak przez miesiąc zamienił się na dobre rolami z żoną i ona by go rozliczała za wykonane obowiązki, to zaraz, szybciutko, by pracę znalazł.

Powinna powiedzieć:

– Kochanie, to nie tak, że ty teraz nie masz pracy. Jak najbardziej masz pracę. Jesteś panem domu. Po prostu stało się tak, że role się odwróciły i dopóki nie znajdziesz zajęcia, cieszę się, że przejmiesz na siebie moje dotychczasowe obowiązki.

Ale wiesz co?

Tak na poważnie, jestem mocna tylko teoretycznie.

W gruncie rzeczy nie wiem, co bym zrobiła.

I tak się zastanawiam, czy obecnie mój mąż mnie tak postrzega. „Siedzi w domu, nic nie robi, tylko klepie w klawiaturę, popijając kawę”. O matko.

Idę umyć włosy. Wszak to podstawa.

Magda

 

 

Ta cudowna porażka

 

Magdo Wu, dzień dobry!

 

Czy przyszłoby Ci do głowy, że klęski mogą być dla nas inspirujące? Znasz mnie już trochę. Mam taki kłopot, że boję się podróży i zmian. Głupi remont w kuchni planuję z dwumiesięcznym wyprzedzeniem. Wszystko sprawdzam, oszczędzam, ile się da i konsultuję. Zamęczam zaprzyjaźnioną panią architekt nieustającymi poprawkami w projekcie. Na tańsze i prostsze – czytaj mniej czasochłonne – a więc organizujące mi codzienność. O wakacjach nie wspomnę. Już rok wcześniej wiem, co będę robić latem. Zmiana pokoju z tarasem na inny pokój z tarasem to źródło mojej nieustającej troski. Ja MUSZĘ wiedzieć, gdzie postawię leżak i co będę z niego widziała – limbę po prawej czy po lewej stronie? Ale jeśli chodzi o zmiany fundamentalne w moim życiu – w tematach miłość, praca, rodzina jestem szybka i konsekwentna do bólu lub, jak mawiał pewien Mężczyzna Mojego Życia: „wtedy jesteś tępo zasadnicza i wtedy Cię nienawidzę”.

No jestem, fakt. I można mnie wtedy znienawidzić. Ale i nie ma wówczas na mnie siły. Bo i tak zrobię, co sobie postanowiłam. Bez względu na koszty. Co ciekawe, zwykle potem dzieje się coś fajnego. Coś, czego w ogóle nie planowałam. A, przyznam szczerze, uwielbiam planować niestety. Bo wtedy się czuję bezpieczniej. Dlatego też często, ponosząc porażki, czy dokonując bolesnych i trudnych wyborów, które burzą mój poukładany świat, myślę sobie – hej, a może to jest droga do czegoś lepszego? Czegoś, co się czai za horyzontem, a ja tego nie dostrzegłam? I naprawdę tak jest! Chcesz konkretnego przykładu zapewne?

Oto i on! Ostatnio czytam z zapartym tchem ponownie „Piotrusia Pana”, w nowym przekładzie czarującego erudyty Michała Rusinka. Jak wiadomo, ten nieodpowiedzialny młodzieniec (Piotruś Pan, nie Rusinek), stał się pewnym syndromem – określeniem w psychologii współczesnej – a konkretnie synonimem mężczyzny, który nigdy nie dorasta i ciągle żyje w swojej Nibylandii, narażając swoją partnerkę na wieczną opiekę nad niedojrzałym facetem. Do końca jej życia lub ich romansu na przykład. Spytasz, czy warto i po co się wikłać w taki związek? A która z nas o tym myśli, gdy jest zakochana! Żadna! Miłość z mądrością ma przecież niewiele wspólnego. Wybucha jak wulkan i szerzy się w naszych żyłach, myślach, snach, by wreszcie dać nam odsapnąć po słynnych trzech miesiącach gorączki. Zrzucamy wtedy różowe okulary, kilka kilogramów przy okazji i zaczynamy widzieć coś, czego wolałybyśmy nie wiedzieć. Walka z Piotrusiem Panem nie ma sensu – uda się do Krainy Wróżek wraz z innymi chłopcami, którzy podobnie jak on wymagają wiecznej troski i tolerancji. A gdy zatęskni do towarzystwa innych pań, wybierze sobie nową, ładną i świeżo zakochaną. Wyjściem heroicznym jest polubienie jego wad i życie mimo tych ograniczeń. Cierpliwe trwanie u boku wybranka. Ale czy warto? Moim zdaniem nie. Piotruś Pan jest dobry do uniesień, pokonywania kolejnych bram w Krainie Jego Czarów, jednak na czas określony. Dopóki działa czar.

Tłumaczyłam to pewnej nieszczęśliwej koleżance na przykładzie literackim. Lenka martwi się małżeństwem swojej młodziutkiej córki, zakochanej w Piotrusiu Panu bez pamięci i rozumu. Za wszelką cenę chce jej pokazać, jak bardzo się myli. W rezultacie ma pod jednym dachem skłócone świeżo upieczone małżeństwo i córkę, która się na nią śmiertelnie obraziła.

Marysia jest zbuntowana i przeciwko swojemu facetowi, i przeciw matce, która, jej zdaniem, nie chce stanąć po stronie córki. Trochę Lenę rozumiem, bo jej dziecko cierpi. Jednak Marysię też, bo jej mama wtrąca się do związku, a nie powinna. Z drugiej strony, jak to dziecko samo się nie przekona i boleśnie nie doświadczy konsekwencji swojego wyboru, to nigdy nie będzie żyło świadomie. Powiesz pewnie, że rozstanie czy rozwód to tragedia w rodzinie. No jasne, i może nie trzeba od razu się rozstawać, tylko zacząć inaczej postępować z Piotrusiem Panem? Czegoś od niego wymagać? Na przykład porzucenia gier komputerowych na rzecz zmywania czy odkurzenia salonu? A może praca w ogrodzie? Dobrze na Piotrusia Pana działają pochwały. Ja tego Piotrusia poznałam, on świetnie i bardzo ryzykownie jeździ na rowerze. Godzinami potrafi o tym opowiadać. Bardzo interesująco. W trakcie takiej tyrady z Piotrusiem przemyślałam sobie parę swoich spraw, wykonując jedynie proste działania podtrzymujące konwersację typu: „Acha, no co Ty powiesz?”, „Yhm” lub „Ooo!”. Potem otrzymałam recenzję, że jestem niebywale inteligentną rozmówczynią. Przy tej okazji prosiłam go też oczami o dolewanie wina mi i okolicznym paniom oraz dostarczanie nowej porcji smakołyków z kuchni. Wszystko to Piotruś Pan na wernisażu swojej teściowej wykonywał bez słowa protestu, bo perrorował w trakcie. Powiesz mi, że ja z nimi nie mieszkam i się mądrzę? Otóż czasem mieszkam, jak wpadam z wizytą i nocowaniem. Wówczas naocznie sprawdzam działanie różnych innych kobiecych forteli na Piotrusia. Zresztą sama Marysia niedługo po tym wernisażu postanowiła boleśnie go doświadczyć. Po kolejnej awanturze o brak zaangażowania we wspólne gospodarstwo, z hukiem wyprowadziła się do babci, pozostawiając biedaka z teściami i ogrodem po zimie do ogarnięcia. Wtedy teściowie taktownie i konsekwentnie zamilkli, pozostawiając sprawę młodym. No i co mi powiesz na to, że po krótkim czasie niedojrzały żonkoś dostał propozycję nowej pracy, związanej z rowerami? A Marysia także zmieniła pracę na lepszą? Nie. Dzielna dziewczyna bez słowa skargi opiekuje się schorowana babcią i jeździ do pracy na drugi koniec miasta. Natomiast małżonek po chwili upojenia samotnością, w nieróbstwie, chyba zatęsknił do Marysi, bo przebąkuje coś o wspólnej wyprawie rowerowej na Litwę. Żonka się wzbrania i wynajduje rozliczne problemy, ale myślę, że pęknie. I pojadą.

Drugi przykład. Jak wiesz, moją wielką namiętnością od lat są bransoletki. Mam taką piękną specjalistkę od tych spraw. Założyła z koleżanką od zera firmę, już słynną na rynku. Ta kobieta może być dla nas przykładem. Po bolesnym rozwodzie stanęła na nogi, zakochała się z wzajemnością i założyła firmę, która odniosła sukces. Mając już dwójkę dzieci ze swoim ex i będąc przez lata jedynie luksusową żoną, ale i bystrą przy okazji. Na szczęście. Rzadko się widujemy, ale jeśli już, zawsze widzę w jej oku ten charakterystyczny błysk tryumfu. Podobnie u Marysi, gdy mówi o swoich planach związanych z podróżą do wymarzonego Wietnamu. I to w pojedynkę, w pojedynkę, moja droga Pisarko! Co do mnie, dzięki wielkiej osobistej tragedii zaczęłam pisać książki, poznałam między innymi Ciebie i wiele innych szlachetnych kobiet „pióra”. I dobrze mi z tym! A co u Ciebie?

 

 

 

 

Mag,

 

zanim przeczytam do końca Twój list, napiszę wielkimi literami: KLĘSKI DLA MNIE NIGDY NIE SĄ INSPIRUJĄCE.

No dobra. Mogę czytać dalej.

Przeczytałam. Ja inaczej patrzyłam na klęskę. Jak na porażkę w pewnym konkretnym temacie.

Wiesz? Przez długi okres w moim życiu byłam w wielu rzeczach najlepsza. Albo przynajmniej w czołówce. W podstawówce najlepsza uczennica, w liceum może nie najlepsza, ale całkiem nieźle mi szło. Gdy widziałam, że w czymś osiągam sukcesy, chciało mi się jeszcze bardziej walczyć, o więcej. Gdy byłam dobra z matematyki, chciałam tę pozycję utrzymać. Człowiek się przyzwyczaja, że jest w czymś dobry i potem… samo już tak wychodzi.

Byłam też najgorsza.

Najgorsza byłam z wuefu. Traktowałam to jako życiową klęskę, ale przyzwyczaiłam się i kompletnie nie zależało mi, by cokolwiek zmienić. Po prostu przeszłam nad tym do porządku dziennego. Zakładałam, że skoro nie umiem czegoś robić, to po prostu nie będę. Nie było we mnie sportowego ducha walki. Wręcz przeciwnie. Migałam się, ile mogłam, co – jak teraz wiem – było z ewidentną szkodą dla mnie.

Ten wuef stanowił moją zmorę przez całą podstawówkę i liceum. Jedynym nauczycielem wuefu, który do czegokolwiek mnie zachęcił, był pan Marek, uczący nas w siódmej czy ósmej klasie.

Wiedział, że jestem do niczego, ja uważałam, że jestem najgorsza. Strach paraliżował mnie. Pamiętam, gdy skakałyśmy w dal, zatrzymywałam się na desce, z której powinnam się odbijać, i to był koniec. Bałam się porażki! Wolałam w ogóle nie robić tego, co nie przyniesie mi sukcesu.

Może wszystko zbyt łatwo mi przychodziło?

Do tej pory nauczyciel wuefu stawiał mi dwóję czy jedynkę, a ja byłam wyluzowana, bo byłam przekonana, że na koniec roku, przy samych piątkach, nie będę miała dwói z wuefu, prawda?

Pan Marek powiedział, że mam skoczyć. Mam spróbować. Że niezależnie, ile skoczę, to postawi mi piątkę. Nie ważne. Może być dwadzieścia centymetrów. Może być dziesięć. Mam skoczyć.

Próbowałam kilkanaście razy. Chyba nawet został ze mną na przerwie. Za każdym razem trafiałam na szklaną ścianę, która mnie zatrzymywała. W końcu jednak skoczyłam. Wydaje mi się, że ten niedaleki skok ucieszył mojego nauczyciela dużo bardziej, niż skok koleżanki, która miała najlepszy rezultat. Ja w każdym razie jestem mu za niego bardzo wdzięczna. To był mój sukces. Nie porażka. On potrafił pokazać mi, że sukcesem jest skoczyć w ogóle. Nie skakać daleko.

Zawsze motywowały mnie sukcesy. Gdy osiągam porażki, sama się na siebie obrażam. Ale z racji tego, iż ja nie umiem długo być obrażona, szybko godzę się i obmyślam plan awaryjny. I wiesz? Sam plan już jest sukcesem. Nie porażka motywuje, a sukces! Sukces i pokazanie światu, że wcale nie jestem taka beznadziejna, jak ktoś mówił.

Pamiętam o dwóch porażkach w mojej karierze zawodowej. Jedna, gdy nie dostałam pracy po macierzyńskim w tej samej firmie, w której pracowałam, kiedy zaszłam w ciążę. Wtedy się obraziłam na tę firmę i… założyłam swoją.

Druga porażka jest ściśle związana z moją działalnością literacką. Balladę o ciotce Matyldzie pisałam na zamówienie dla jednego z dużych wydawnictw. Bardzo podobała mi się ta książka. Niestety wydawnictwo miało odmienne zdanie. Musiałam zwrócić połowę zaliczki i rozwiązaliśmy umowę. Jeszcze tego samego dnia, wkurzona, wysłałam umowę do Naszej Księgarni. Chyba następnego dnia odpowiedzieli mi, że im się Matylda bardzo podoba. Dostałam rewelacyjną redaktorkę, Nasza Księgarnia wydała też moją książkę dla dzieci, wkrótce wydaje drugą i wszystko dobrze się skończyło. Ale wiesz, na tamto wydawnictwo się obraziłam, no jak im mogło się nie podobać moje dziecko! Normalnie ich strata! Dopiero niedawno mi przeszło i znowu ich polubiłam na Facebooku. Taka jestem pamiętliwa!

Nienawidzę porażek. Nie jestem do nich przyzwyczajona. Pogrążam się niczym Ania z Zielonego Wzgórza (miejsce zamieszkania zobowiązuje) w otchłani rozpaczy i cierpię. A potem się obrażam. I cierpię dalej. Później wymyślam plan działania. Tak, jak wymyślił mi go pan od wuefu. Ale wiesz? Gdybym wciąż osiągała porażki, na przykład z pisaniem, rzuciłabym to w cholerę. Znalazłabym sobie coś innego. Chyba.

A