Selekcja. Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą - Agata Parafjańczuk, Arkadiusz Kups - ebook

Selekcja. Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą ebook

Agata Parafjańczuk, Arkadiusz Kups

4,1

Opis

Krew, pot, łzy i dwadzieścia lat historii.

„Selekcja” to nie tylko legendarna impreza, która przez dwadzieścia lat otwierała finalistom drzwi do polskich jednostek specjalnych. To granicząca z szaleństwem determinacja i poświęcenie ale i charyzma i starania Majora Kupsa. Jednak „Selekcja” to przede wszystkim ludzie – ich dążenia, marzenia i emocje. To niemal nieludzki wysiłek w trakcie treningów i na poligonie, słodki smak zwycięstwa i gorycz porażek, a często zaledwie początek drogi dla tych, którym wydawała się celem.

„Selekcja” to dwadzieścia lat historii pokonywania własnych słabości. W tej książce znajdziesz nie tylko historię jednej z najważniejszych imprez wojskowo – survivalowych w Polsce, ale także historię ludzi, którzy zmienili swoje życie, bo uwierzyli w siebie, w to, że potrafią i mogą wygrać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 279

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Projekt okładki i stron tytułowych Paweł Panczakiewicz

Redaktor prowadzący Joanna Markiewicz

Redakcja merytoryczna Joanna Markiewicz

Skład i łamanie Plus 2 Witold Kuśmierczyk

Korekta Małgorzata Tarnowska

Fotografie wykorzystane w książce, o ile nie zaznaczono inaczej, są autorstwa Danuty Kups.

Copyright © by Arkadiusz Kups & Agata Parafjańczuk, Warszawa 2019

Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., Ożarów Mazowiecki 2019

Bellona ul. J. Bema 87 01-233 Warszawa tel. +48 22 620 42 91

www.bellona.pl Dołącz do nas na Facebooku:www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Księgarnia internetowa:www.swiatksiazki.pl

Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: [email protected], tel. 22 733 50 10www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-11-15795-8

Skład wersji elektronicznej [email protected]

Mojej Żonie, która zawsze mnie wspiera i jest przy mnie na każdej Selekcji A.K.

Dla Lisy – w podzięce za przeczołganie mnie przez opisane w tej książce poligony z siostrzaną miłością i czułością. Rodzinę nie zawsze ma się w papierach A.P.

Rozdział 1

Wstęp

Próbując zacząć rozmowę, zapytałam Arkadiusza Kupsa, kim jest. Odpowiedział tylko: „Absolwentem zmechu”. Ani słowem nie wspomniał o Combat 56, utylitarnym systemie walki kontaktowej, który stworzył na potrzeby wojsk specjalnych, o Sile ognia, serialu, który konsultował, ani o dziesiątkach swoich publikacji. Co więcej, nie zająknął się o Selekcji, najbardziej znanej grze terenowej, która przez lata przyciągała na polskie poligony pasjonatów militariów i ekstremalnych wyzwań, domorosłych komandosów, chcących sobie oraz innym udowodnić, że są prawdziwymi facetami, i cichych, pewnych siebie, prących naprzód za wszelką cenę, zdeterminowanych chłopaków i dziewczyny.

„Jestem byłym żołnierzem wojsk specjalnych” – dodał chwilę później, o wiele mniej pewnie, o wiele ciszej. Ten wysoki, silny, postawny facet, który onieśmiela samym spojrzeniem ciemnych, głęboko osadzonych oczu, nie lubi mówić o sobie. Z tego nie bez kozery odznaczonego Buzdyganem za niepokorność twardego gościa część informacji wyciągnąć można tylko podstępem. Zaraz… „byłym”? Przecież tak często słyszałam, że żołnierzem sił specjalnych się jest, a nie bywa, gdy już raz się nim zostanie, to jest się nim do końca życia, szczególnie jeśli zaczynało się w legendarnym Dziwnowie…

Wiedziałam, że bez majora Kupsa nie byłoby tego, co ciągnęło mnie przed telewizor, a co w mojej ukochanej świętej pamięci babci wzbudzało nabożny lęk, że „jak się naoglądam tych wariatów, co tam się po błocie chetają, to na pewno coś mi głupiego do głowy strzeli”. Selekcji bez niego by nie było, ale czy on byłby takim człowiekiem, jakim jest dziś, gdyby nie dwadzieścia selekcyjnych lat?

Szukając odpowiedzi na to pytanie, przekopałam się przez te dwadzieścia lat. Pooglądałam je z każdej strony, słuchałam i czytałam relacje uczestników, organizatorów, instruktorów, a przede wszystkim samego Arka. Co się wydarzyło przez te dwadzieścia lat, co kształtowało tę imprezę, prekursorkę dzisiejszych, jakże bladych w porównaniu z nią Runmageddonów, co napędzało majora do tego, żeby mimo przeciwności organizować kolejne edycje i co tak bardzo przyciągało do nich setki uczestników? Dla kogo to wymarzone zdanie: „To jest koniec Selekcji”, okazywało się dopiero początkiem i jakim trzeba być człowiekiem, żeby w ogóle móc usłyszeć te słowa padające z ust majora Kupsa?

Rozdział 2

56 Kompania Specjalna – początek

Co to jest Selekcja? Na łamach „Żołnierza Polskiego”, którego imię impreza nosiła przez kilka pierwszych edycji, można przeczytać:

To stres, ból i nadzieja. Impreza nawiązuje do tradycji 56 Kompanii Specjalnej. Uczestnicy mogą liczyć na skrajny wysiłek fizyczny, brak snu, bytowanie w terenie przygodnym i nieustanną presję psychiczną. Wszyscy startują w jednej wadze, bez podziału na płcie. To samo jedzą, piją i tak samo są traktowani. Garstka najlepszych dociera do mety.

Tradycje 56 Kompanii Specjalnej, o której wspominał w jednym z pierwszych materiałów prasowych dotyczących imprezy „Żołnierz Polski”, to nieustanne sprawdziany i testy, to krew, pot, łzy i niesamowita, nieprzeciętna duma z dobrego przygotowania i wykonywanych zadań. Tradycje Pięćdziesiątej Szóstej to także dyscyplina i niemal nadludzka motywacja, inteligentne działanie i kreatywność, a przede wszystkim przekonanie, że trzeba walczyć do końca.

56 Kompania Specjalna, zepchnięci w cień i niezbyt chętnie obecnie przypominani „komandosi PRL-u” czy, jak powiedział jeden z byłych żołnierzy formacji, „taki GROM, tylko w brązowych butach”, to prekursorzy istniejących obecnie sił specjalnych. Powstała w 1967 roku jednostka była głęboko utajniona, a jej przeznaczeniem było wykonywanie akcji dywersyjnych, rozpoznanie wroga przy głębokiej penetracji jego pozycji i działania sabotażowe. Jej dewiza, „In hoc signe vinces” (łac. „pod tym znakiem zwyciężysz”), nie pozostawała pustym sloganem. Trening tych starannie wybranych żołnierzy nie przypominał w najmniejszym stopniu tego, co ospali dowódcy serwowali swoim podwładnym na zaprawach w „zwykłych” jednostkach. Tych z Dziwnowa szkolono w długich marszach z obciążeniem i przenikaniu poza linie wroga, w jeździe na nartach i wspinaczce, w pływaniu, nurkowaniu, maskowaniu, desantowaniu… Ale przede wszystkim uczono ich myśleć, co nawet teraz nie jest wcale tak często spotykane w polskiej armii. Żołnierze Pięćdziesiątej Szóstej wiedzieli doskonale (i nie zapomnieli i dziś), że od trzeźwego umysłu, opanowania i umiejętności błyskawicznego podejmowania trudnych decyzji zależeć może kiedyś życie – nie tylko ich.

Komandos w brązowych butach

Arkadiusz Kups, o którym Piotr Bernabiuk pisze, że „za dzieciaka był rachitykiem z astmą”, nie nauczył się wojskowego rzemiosła w 56 Kompanii Specjalnej. Trafił do niej po służbie w batalionie matce polskich sił specjalnych, czyli 1 Batalionie Szturmowym, i to już jako żołnierz osiągający rewelacyjne wyniki w sporcie, silny, twardy, zdeterminowany. Kompania stała się dla niego domem na blisko dziesięć lat. Kiedy został szefem szkolenia, przyszłość rysowała się w jak najjaśniejszych barwach.

Od kiedy tylko zaczął dowodzić, Arek Kups nigdy nie mówił: „Naprzód!”, zawsze tylko: „Za mną!”. Od siebie samego wymagał tyle samo, ile od swoich żołnierzy, jeśli nie więcej. „Dowódca zawsze idzie pierwszy” – powtarzał tak długo, aż stało się to jego znakiem rozpoznawczym. Wspominający go podwładni nie mówią nic o tym, czy budził sympatię, i pewnie by go to nie obeszło. Szanowano go, a to coś, o co warto się starać.

Kapitan Kups w czasie służby w 56 Kompanii Specjalnej

System Combat, który wtedy powstawał z inspiracji koreańskim kyoksul, judo, a także systemami walki SWAT-u, SAS-u czy Specnazu, do dziś jest bezapelacyjnie uznawany za jeden z najlepszych sposobów na przygotowanie żołnierza do cichej, sprawnej i skutecznej eliminacji przeciwnika. Nadal inspiruje setki młodych ludzi do zainteresowania się sztukami walki. Combat 56 powstał dlatego, że ludzie nie mogli szkolić się do boju całymi latami. Próżno tutaj szukać wydumanej filozofii Wschodu, nie usłyszysz też ani słowa o szacunku do pokonanego przeciwnika. Chodzi o to, żeby było skutecznie, a nie ładnie. W 1992 roku system został zaprezentowany prezydentowi i ministrowi obrony narodowej. Wzbudził przerażenie. Był zbyt gwałtowny, zbyt brutalny, zbyt ostry. Oficjele nie mogli się pogodzić z tym, że ich żołnierze mają uczyć się czegoś, co pozwoli bez zbędnych ceregieli zabić przeciwnika. A tymczasem Combat „miał być jak kałach”. Prosty w obsłudze i śmiertelnie skuteczny.

W późnych latach sześćdziesiątych, kiedy rodziła się Pięćdziesiąta Szósta, paranoja władz komunistycznych sięgała zenitu. Trzecia wojna światowa wydawała się bardzo realna, a cały świat drżał na myśl o ataku jądrowym. W całym kraju jak przysłowiowe grzyby po deszczu powstawały schrony przeciwatomowe, które w kolejnych dekadach ziały wybitymi szybami i stawały się atrakcją dla młodzieży, która choćby w tak zwanej Atomowej Kwaterze Dowodzenia w podwarszawskim Kampinosie jeszcze do niedawna poznawała uroki wczesnych kontaktów damsko-męskich i konsumpcji napojów wyskokowych.

W powieściach szpiegowskich, wydawanych na kiepskim papierze komiksach i w słuchowiskach radiowych aż roiło się od agentów, których zadaniem była obrona chwiejnego pokoju na świecie poprzez bohaterskie zniszczenie głowic nuklearnych (zwyczajowo „w ostatniej chwili”). Co więcej, w tych wymyślanych historiach równie często uwodzili piękne kobiety, jak powstrzymywali imperialistycznych generałów przed wciśnięciem czerwonego guzika. Fantazja autorów nie odbiegała jednak od rzeczywistości tak dalece, jak można się było spodziewać. Neutralizacja głowic atomowych znalazła się wysoko na liście priorytetów szkoleniowych Ludowego Wojska Polskiego. Było tylko jedno ale. Nikt nie potrafił tego robić, a ospali poborowi, których jedynym marzeniem często było tylko jak najszybsze zakończenie służby, niekoniecznie garnęli się do nauki.

Inaczej było w przypadku garstki zapaleńców, którzy mieli pełną świadomość, że od ich umiejętności przenikania za linie przeciwnika, rozpoznawania jego sprzętu i uzbrojenia oraz doskonałego radzenia sobie na wrogim terenie może zależeć kiedyś przyszłość odzyskanej ojczyzny. Można by się zastanowić, czy łamali sobie głowy nad komunistycznymi hasłami i wartościami. Czy się z nimi zgadzali? Czy wierzyli partii? Nie wiem. Oni sami mówią o tym raczej niechętnie i w krótkich żołnierskich słowach podsumowują to, co myślą o historii rządów w naszym kraju od dwudziestolecia międzywojennego do szumnie odtrąbionego wyzwolenia z socjalistycznego jarzma.

Ich główną siłą napędową nigdy nie była ideologia. Każdy z nich pomimo upływu lat nadal trzyma plecy prosto i mówi krótko: „Jestem żołnierzem”. Tym właśnie był każdy z nich. Żołnierzem. Wojownikiem. Człowiekiem, dla którego sprawność, umiejętności, siła były zawsze na pierwszym miejscu. Ale każdy z nich mógł pochwalić się także inteligencją i zdolnością do myślenia nieszablonowo. „Samymi muskułami się wojen nie wygrywa. A już na pewno nie takich wojen, na jakie się szykowaliśmy” – powiedział mi jeden z nich.

Już wtedy było wiadomo, że w razie kolejnego konfliktu leśna partyzantka będzie skazana na niepowodzenie. Jednak co w przypadku, gdyby nieprzyjaciel oparł się aż o linię Wisły? Wtedy, oczywiście, przeniknięcie za linie wroga mogłoby gwarantować przewagę. Zdaje się, że przez lata walki o niepodległość Polacy rodzili się z sabotażem we krwi. Nie inne zadania postawiono także przed żołnierzami Pięćdziesiątej Szóstej. Obudzeni w środku nocy, umieliby rozpoznać broń i wyposażenie wrogich armii po najmniejszym fragmencie oraz podać przynajmniej kilkanaście sposobów na ich zniszczenie lub unieruchomienie. A samo dostanie się poza wrogie linie? To też wymagało przecież nie lada przygotowań. Skoki spadochronowe, ciche przenikanie i wielokilometrowe marsze, czy to zakopani w śniegu po pachwiny, czy zlani potem w trakcie upalnego lata, ćwiczyli niemal bez przerwy. Co więcej, uczyli się też rozmieszczenia strategicznych jednostek i magazynów poza granicami kraju, na terytoriach uznawanych za nieprzyjazne. Kogo zatem szkolono w 56 Kompanii Specjalnej? Superprofesjonalnych, sprawnych i inteligentnych sabotażystów i dywersantów – jednych z pierwszych w Polsce żołnierzy sił specjalnych.

Działo się to w czasach, kiedy o siłach specjalnych nikt się jeszcze w kraju nad Wisłą nie wypowiadał, kiedy nie mówiono głośno tego, co wiemy dziś – że w nowoczesnym konflikcie, a nie wygrażaniu sobie pięściami zza pozornie bezpiecznej osłony żelaznej kurtyny, jedną z głównych ról do odegrania będą miały nie pancerne zagony, nie pospolite ruszenie, a właśnie świetnie wyszkoleni, szybcy, sprawni i nad wyraz dyskretni w działaniu specjalsi.

Kiedy w latach siedemdziesiątych tworzono dla komandosów tor psychologiczny, nikt nie podejrzewał, że będą się tam toczyły selekcyjne konkurencje

Warto wiedzieć, że w szkolenia żołnierzy Pięćdziesiątej Szóstej, w „próby generalne” akcji dywersyjnych, wysadzania koszar, magazynów czy centrów międzynarodowej łączności angażowano także inne służby: ORMO, ZOMO, Milicję Obywatelską, a nawet mocno upolitycznionych harcerzy. I nie stawali oni bynajmniej po stronie ćwiczących, a mieli za zadanie wytropić ich, unieszkodliwić i zatrzymać. A jednak w większości przypadków się udawało, nawet kiedy na dworcach kolejowych ze słabo zabezpieczonych paczek jak w najlepszej wojennej komedii wysypywały się na twardy bruk pistolety i karabiny, nawet kiedy trzeba było wyskakiwać z pociągów i szukać schronienia w piwnicy domu mamy jednego z wojaków, która nie pytała o nic, pomna swoich doświadczeń w powstaniu warszawskim.

Przez dwie dekady żołnierze ćwiczyli, trenowali, uczyli się i dzięki dalekowzroczności dowódców dostosowywali swoje szkolenia do stale zmieniających się warunków geopolitycznych. Nie inaczej było w latach osiemdziesiątych, kiedy jedynie słuszny ustrój zaczął chwiać się w posadach. Stocznia Gdańska im. Lenina jest dla żołnierzy z Pięćdziesiątej Szóstej tak samo ważnym symbolem jak dla reszty Polaków i tak jak dla każdego z nas symbol ten przybiera nieco inną formę, tak i dla nich jest jednocześnie początkiem i końcem pewnej epoki. To w gdańskiej stoczni krwawo tłumiono protesty robotników, to tam formułowano dwadzieścia jeden legendarnych już postulatów i tam zawisł przybrany kwiatami i biało-czerwonymi wstęgami obraz Matki Boskiej, która nad robotnikami, strajkującymi i na zmianę legalizowaną i delegalizowaną „Solidarnością” roztoczyć miała matczyną opiekę.

Czym stocznia i inne, podobne jej zarzewia strajków były dla ówcześnie rządzących? Kiedy Arek Kups zadał mi to pytanie, tylko szacunek do niego, jego wiedzy i nad wyraz trafnych ekspertyz powstrzymał mnie przed zaperzeniem się i dziecinnym: „A co mnie to obchodzi?”. Ano powinno obchodzić. To w czasach tego kolejnego gremialnego narodowego zrywu władze uświadomiły sobie, że muszą uczyć swoich żołnierzy nie tylko szturmowania budynków, lecz także działań agenturalnych, sławetnego i mającego w Polsce świetną tradycję działania w konspiracji. I uczono! Dzięki kreatywnej kadrze dowódczej rozpoczął się czas „kaskad”, które barwnie przywołuje Kups w książce Mjr Kups o 56 Kompanii Specjalnej autorstwa Piotra Bernabiuka: dywersja, zakradanie się na tereny fabryczne, „niszczenie” budynków o znaczeniu strategicznym (które w scenariuszu ćwiczeń sprowadzało się do umieszczenia na nim kartki z napisem „budynek zniszczony” i czasem gorączkowej, pospiesznej ewakuacji).

Arkadiusz Kups w czasie szkolenia w 56 Kompanii Specjalnej

Ludziom, o których sierżant Jan Kusek mówił, że sprowadzano ich do poziomu listwy podłogowej, żeby móc zacząć rzeźbić z nich zwiadowców, tylko o to chodziło. Czy rozważali, co się stanie, jeśli sytuacja ulegnie eskalacji? Czy zastanawiali się, jakie miejsce w historii przyjdzie im zająć? „Czyś ty zwariowała?” – stopuje mnie jeden z byłych żołnierzy formacji, kiedy za bardzo męczę go o ideologię.

Dla nas to była tak niesamowita okazja do uczenia się, że mogę ją porównać chyba tylko do wyjazdów na pierwsze misje bojowe moich młodszych kolegów. Myśmy chcieli się uczyć, chcieliśmy wszystko wiedzieć, wszystko umieć, a nie biegać wokół jednostki na rozkaz jakiegoś spaślaka i udawać, że na tym teraz polega wojsko.

No właśnie. Chcieli się uczyć i uczyli się, a Piotr Bernabiuk mawiał, że materiały szkoleniowe przyjęliby nawet „od samego diabła”. Ogromną kreatywnością wykazywał się w tej sytuacji Arkadiusz Kups. Na podstawie skryptów i filmów z Rosji, Stanów, Izraela czy Azji tworzył system walki, który miał pozwolić żołnierzowi cicho i sprawnie wyeliminować przeciwnika przy minimalnych stratach własnych.

Sprawdzali się codziennie w sposób niekonwencjonalny jak na polskie wojsko, ale jak najbardziej konwencjonalny na polach bitew. Nie zdarza się przecież, żeby w czasie wojny przeciwnik stał sobie nieruchomo niczym tarcza jakieś dwadzieścia pięć metrów od strzelającego i spokojnie czekał na celny strzał we własną głowę. Wrogowie kryją się po dziurach, wykopach, bramach i piwnicach, odpowiadają ogniem, ściga się ich rozpędzonymi pojazdami i nikt, kto chce przeżyć, nie czeka na rozkaz do oddania strzału, a po opróżnieniu magazynka nie zatrzymuje się, żeby pokazać go prowadzącemu strzelanie.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.