Wydawca: Wydawnictwo Literackie Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 379 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sekta - Michael Katz Krefeld

Ludzkie piekło na ziemi. Ravn na tropie bezwzględnego przywódcy sekty Wybrańcy Boga.

Prowadzący samotne życie, były glina, Thomas Ravnsholdt, zostaje wynajęty przez bogatego biznesmena, Ferdinanda Mesmera, właściciela firmy zajmującej się strategiami zarządzania. Prowadził ją z synem, Jakobem, wykształconym psychologiem, który dziesięć lat temu zniknął bez śladu, zostawiając swoją rodzinę. Mesmer prosi Ravna o odnalezienie syna. Wyznaje, że Jakob cierpiał na depresję. Najprawdopodobniej pod wpływem choroby przyłączył się do grupy zielonoświątkowców i po jakimś czasie ślad po nim zaginął.

Ravn szybko odkrywa, że sprawa ma drugie dno. Ferdinand Mesmer planuje bowiem fuzję z inną firmą, a do tego potrzebuje podpisu syna. Okazuje się, że Mesmer już wcześniej próbował odnaleźć syna. Thomas dociera do raportów detektywa, który prowadził to śledztwo, a potem zniknął bez śladu, być może również w szeregach sekty.

Również Ravn, poszukując Jakoba, będzie się musiał do niej wcielić. Pranie mózgu, niewolnicza praca, egzorcyzmy…  Czy detektywowi uda się zdobyć podpis od syna biznesmena? Co skrywa rodzina Masmerów? O co toczy się gra?

Kolejny po Wykolejonym i Zaginionym, mrożący krew w żyłach kryminał mistrza „nordic noir”, Michaela Katza Krefelda.

Wciągająca lektura. Świetnie napisany kryminał, dobrze wymyślony wątek, akcja cały czas trzyma czytelnika w napięciu, a rozwiązanie zagadki bynajmniej nie jest oczywiste.

„Berlingske Tidende”

Krefeldt jak zwykle zaskakuje czytelnika. Kiedy sądzimy, że wszystko już jest jasne, akcja nie tylko nabiera tempa, ale też dokonuje zaskakującego zwrotu.

„Politiken”

Trzeci tom serii o byłym śledczym Ravnie umacnia pozycję Krefelda jako jednego z najlepszych duńskich autorów kryminałów. Świetna rozrywka, nic dziwnego, że prawa zostały sprzedane do ponad dwudziestu krajów.

Lilteratursiden.dk

Świetnie napisany kryminał, trzyma w napięciu. Akcja rozkręca się nieco powoli, ale później wciąga i trudno przerwać lekturę.                                                                                                                            

Goodreads

Prawdziwe nordic noir.               

„Jyllands Posten”

Opinie o ebooku Sekta - Michael Katz Krefeld

Fragment ebooka Sekta - Michael Katz Krefeld

Copyright © Michael Katz Krefeld 2015 Published by agreement with Salomonsson Agency. © Copyright for the Polish translation by Elżbieta Frątczak-Nowotny © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2016 PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Harvey Macaulay / © Imperiet.dk; opracowanie okładki na podstawie oryginału: Piotr Kołodziej ILUSTRACJE: hxdbzxy / shutterstock.com; Krivosheev Vitaly / shutterstock.com; Kao / shutterstock.com REDAKTOR PROWADZĄCY: Waldemar Popek REDAKCJA: Anna Milewska KOREKTA: Ewelina Korostyńska, Pracownia 12AWydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-05912-8 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną. Twój kij i Twoja laska są tym, co mnie pociesza.

KSIĘGA PSALMÓW (23, 4)1

Wszystkie cytaty z Pisma Świętego zostały zaczerpnięte z Biblii Tysiąclecia (przyp. tłum.). [wróć]

Dla Lis, która jest światłem mojego życia, jego wiecznym płomieniem

1.

Spojrzał na syna, który siedział przy stole w otwartej kuchni. Była połowa października, przez szerokie panoramiczne okna widać było kryjący się w mroku ogród, na tle wieczornego nieba rysowały się sylwetki niskich drzew owocowych. Chłopiec, który niedawno skończył sześć lat, ściskał w dłoni widelec i próbował nadziać na niego leżące na talerzu frytki. W drugiej ręce trzymał niewielki samochodzik, z chłodnicy schodziła niebieska farba. W twarzy syna mężczyzna rozpoznał własne rysy: kształt nosa, opadające kąciki ust i blisko osadzone oczy, które sprawiały, że obaj zawsze wyglądali na zamyślonych. Pogładził synka po włosach, a on mu na to pozwolił. Okrągłe policzki i piegi odziedziczył po matce, która teraz stała przy kuchence, odwrócona do nich plecami, i cedzidłem wyjmowała frytki z garnka z fryturą. Położyła je na talerzach obok błyszczących od tłuszczu sznycli.

— Nałożyć ci groszku? — spytała, nie odwracając się.

— Poproszę, ale nie za dużo.

Mężczyzna wziął serwetkę i rozłożył ją na ciemnych spodniach. Po powrocie z pracy nie zdążył się przebrać, siedział przy stole w garniturze i jasnoniebieskiej koszuli. Zmienił jedynie buty na nieco zniszczone, ale wygodne kapcie z wielbłądziej wełny.

— A ty nie będziesz jadł groszku? — Uśmiechnął się do synka.

Chłopiec pokręcił energicznie głową.

— Ale przecież lubisz groszek?

Chłopiec skinął głową i otworzył buzię pełną jedzenia.

— Lubię, ale strasznie trudno go jeść…

— Nie mówi się z pełną buzią.

Mężczyzna podniósł głowę i spojrzał na żonę. Postawiła przed nim talerz, swój trzymała w ręku. Usiadła i zaczęła polewać keczupem frytki i panierowane mięso. Worki pod oczyma i popękane wargi postarzały ją, wyglądała na więcej niż swoje trzydzieści dwa lata. Kiedy się poznali, oczarował go jej uśmiech, który ostatnio pojawiał się coraz rzadziej. Nie pracowała, zajmowała się domem. Mężczyzna nie potrafił powiedzieć, co powodowało jej zmęczenie. Nalał żonie szklankę soku z dzbanka, podziękowała skinieniem głowy.

Chłopiec odłożył widelec; bardziej interesował go samochód, który prowadził slalomem między wzorami na obrusie, coraz bardziej przyspieszając i wydając przy tym głośne dźwięki. Nagle ziewnął głośno, po czym, już spokojniej, poprowadził samochodzik wokół szklanki z sokiem.

— Nie wolno się bawić przy stole — zwróciła mu uwagę kobieta.

— Pozwól mu — powiedział mężczyzna. Zauważył jej zdziwienie, co było zrozumiałe, bo zwykle to on ustalał obowiązujące w domu zasady, również te, które dotyczyły zachowania przy stole. — Wypij sok — zwrócił się do synka. Chłopiec szybko opróżnił szklankę.

— Jak ci minął dzień? — spytała kobieta z pełnymi ustami.

— Bardzo dobrze, dziękuję.

— Coś się wydarzyło?

— Nic szczególnego. Jak zwykle.

— W ogóle nic? — Nie poddawała się.

Odłożył sztućce, zdjął serwetę z kolan i wytarł kąciki ust.

— Nie zrozum mnie źle. To miło, że pytasz o moją pracę, ale gdybym zaczął opowiadać ci w szczegółach, czym się dzisiaj zajmowałem, zresztą nie tylko dzisiaj, niewiele byś z tego zrozumiała. Dlatego, z całym szacunkiem, ta rozmowa wydaje mi się bez sensu.

Kobieta zamrugała, przełknęła nieco za duży kęs i wydała stłumiony dźwięk.

— Po prostu chciałam z tobą porozmawiać… Może być jakiś inny temat.

— Rozumiem. To znaczy rozumiem, że chcesz ze mną porozmawiać. Ale nie możemy po prostu cieszyć się ciszą?

Nie odpowiedziała, zaczęła jeść jeszcze szybciej, jakby chciała pozbyć się tego, co było na talerzu, i jak najszybciej skończyć obiad. Nie miał jej tego za złe. Podobnie jak tego, że jadła bardzo brzydko. Postanowił, że dzisiaj powstrzyma się od uwag. Wrócił do jedzenia, podniósł wzrok i spojrzał na ogród za dużymi panoramicznymi oknami. Przyglądał się drzewom owocowym, miał wrażenie, że patrzą na niego oskarżycielsko. Chociaż nie było wiatru, gałęzie się poruszały, jakby kręciły głową z dezaprobatą. Kiedy w końcu postanowił wstać i zaciągnąć zasłony, usłyszał ostry dźwięk: sztućce wypadły żonie z rąk i uderzyły o talerz. Spojrzał na nią. Siedziała i kołysała się na krześle; nagle podniosła rękę do głowy, odetchnęła ciężko. Przełknęła ślinę i sięgnęła po szklankę. Szklanka się przewróciła, jej zawartość się rozlała, na obrusie pojawiła się plama, ciemna jak jezioro.

— Przepraszam — wydukała.

Z trudem uniosła głowę i spojrzała na synka. Chłopiec półleżał bezwładnie z głową na stole, nieruchomy, ściskając w rączce niebieski samochód.

Kobieta wydała nieartykułowany dźwięk i spojrzała na męża. Patrzył na nią, przeżuwając powoli.

— Wszystko w porządku. Idź, połóż się spać.

Patrzyła na niego zdumiona z półotwartymi ustami. Spojrzała na jego szklankę z sokiem, była nieruszona.

— Co… Co ty zrobiłeś?

Zamachała ręką, próbując utrzymać równowagę, ale spadła z krzesła i teraz leżała bezwładnie na wyłożonej linoleum podłodze.

Mężczyzna wychylił się i jedząc, przyglądał się jej. Leżała z rękami wyciągniętymi do przodu, jakby płynęła crawlem. Tyle że jego żona nigdy nie interesowała się sportem. Dorastała na wsi, wątpił, czy w ogóle umie pływać.

Skończył jeść i podszedł do okna. Chociaż nagie drzewa zniknęły już w mroku, zaciągnął zasłony. Sprzątnął ze stołu, wyrzucił resztki jedzenia do śmieci. Kilka niezjedzonych groszków spadło z talerza i zaczęło się toczyć po podłodze. Schylił się, żeby je podnieść. Jego syn miał rację, z groszkiem trudno sobie poradzić. Chciałby, żeby dane im było spędzić więcej czasu razem, wtedy nauczyłby synka, jak należy miażdżyć groszek, żeby łatwiej go było jeść. Ale ich czas dobiegł końca. Włożył brudne naczynia do zmywarki i zwiększył gaz pod frytkownicą. Wrócił do stołu i wziął chłopca na ręce. Usłyszał, jak mały jęknął cicho, ale morfina zrobiła swoje. Wyniósł go z kuchni i ruszył przez długi salon do sypialni. Chwilę się zastanawiał, czy ma położyć synka w jego łóżku, ale doszedł do wniosku, że w takiej sytuacji powinni wszyscy spać razem. Położył więc chłopca w małżeńskim łożu i wrócił do kuchni. Pachniało ostro fryturą, która zaczęła już lekko dymić. Chwilę później opary się zapaliły, buchnęły płomienie i zaczęły pełzać po ścianach. Z niejakim trudem podniósł żonę z podłogi. Była cięższa, niż się spodziewał. Płomienie sięgały już wiszących na ścianach szafek, ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie. Zaniósł żonę do sypialni i położył obok synka. Obojgu zdjął buty, ale ubranie zostawił. Złożył im dłonie na piersiach, jakby składał ich do trumny. Następnie usiadł na łóżku, zdjął kapcie i skarpety. Marynarkę rzucił na podłogę, po czym położył się obok synka i żony. Zamknął oczy i próbował odnaleźć spokój. Udało mu się to jedynie połowicznie. Zastanawiał się, czy nie wstać i nie napić się soku z morfiną, ale uznał, że to byłoby tchórzostwo. Zasłużył sobie, by poczuć strach przed płomieniami. By spłonąć żywcem w stanie pełnej świadomości. Po chwili dym, który wdzierał się do sypialni niczym szara zasłona, sprawił, że zaczął się krztusić. Słyszał płomienie, które z kuchni rozprzestrzeniały się po domu. Ogień z sykiem torował sobie drogę przez salon, pełzł po parkiecie, karmił się podwieszanym sufitem. Prawdopodobnie pochłonął już obrazy na ścianach, w tym cennego Heerupa, a teraz z pewnością kierował się w stronę fortepianu firmy Hornung & Møller, który za chwilę zamieni się w zgliszcza. Słyszał schrypnięty trzask płomieni, czuł ciepło przenikające przez cienkie ściany, wkrótce miały zniknąć w rozgrzanym do białości ogniu. Duszący dym piekł go w oczy, chociaż miał zamknięte powieki. Wdzierał mu się do gardła, dusił go. Żałował tylko jednego: że zostawił w pracy list pożegnalny. Wówczas był jednak przekonany, że postępuje słusznie. Gdy się podejmuje taką decyzję, powinno się tak postąpić. Taki jest obyczaj. Teraz też zadbał, żeby wszyscy leżeli na łóżku, porządnie, tak jak trzeba. Wszystko dawało się rozwiązać z zastosowaniem właściwej metody, nawet spożywanie groszku. Kto jak kto, ale on wiedział, że świat jest zbudowany na systemach.

Christianshavn, sierpień 2014

2.

Gospodarz programu radiowego, który przedstawił się jako Teddy K., oświadczył, że Duński Instytut Meteorologii ostrzega, że dzisiejszy dzień może się okazać najcieplejszym w tym roku. Było dopiero wpół do jedenastej przed południem, ale Ravn tym razem był skłonny uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszał w radiu, nawet jeśli łamiący się głos prowadzącego program nie wzbudzał w nim zaufania. Otworzył wszystkie okna w swoim starym audi, ale jego T-shirt i tak był wilgotny od potu. Kiedy prowadzący program zamilkł, ustąpiwszy miejsca reklamom, Ravn automatycznie ściszył dźwięk. Najchętniej w ogóle wyłączyłby radio, ale chociaż już dobry tydzień jeździł samochodem pożyczonym od swojego nowego zleceniodawcy, nadal nie był w stanie dojść, jak się wyłącza odbiornik.

Jechał dwa samochody za czarnym porsche cayenne, które w ślimaczym tempie pełzło w ulicznym ruchu. Jego kierowca też opuścił wszystkie szyby, z kabiny dochodził głośny hip-hop. Kiedy porsche z szerokimi felgami zjechało po chwili z Uplandsgade na parking przed marketem Super Best, Ravn włączył kierunkowskaz i pojechał za nim.

Duży plac przed marketem był niemal pusty, porsche skierowało się w stronę wejścia. Ravn zatrzymał audi kilka rzędów dalej, przodem do porsche. Rozejrzał się, szukając kamery. Pamiętał, że położył ją gdzieś w aucie, ale teraz nie mógł jej znaleźć.

— Przesuń się, Møffe — powiedział, szturchając angielskiego buldoga, który spał na miejscu pasażera. Pod brzuchem psa dostrzegł kamerę, z niejakim trudem wsunął palce między fotel a brzuch psa i w końcu udało mu się odzyskać sprzęt.

Møffe warknął niezadowolony.

— Przestań marudzić, bo następnym razem zostawię cię w domu — ostrzegł go, po czym zdjął pokrowiec z kamery.

Rozłożył ekran i urządzenie włączyło się automatycznie; uniósł je, tak żeby obiektyw znalazł się tuż nad deską rozdzielczą. Kamera zasyczała cicho; skierował obiektyw na porsche, wcisnął przycisk i zaczął filmować. Z samochodu od strony pasażera wysiadł tęgi, łysy mężczyzna dobrze po czterdziestce. Ubrany był w jeansowe szorty i skórzaną kamizelkę z nadrukiem na plecach. Na szyi miał biały kołnierz ortopedyczny, który usztywniał mu głowę i kark. Drzwi od strony kierowcy otworzyły się i z samochodu wyskoczyła kobieta, potężnie zbudowana, z długimi platynowymi włosami i tatuażami na rękach — miała ich równie dużo jak mąż. W pierwszej chwili Ravn odniósł wrażenie, że kobieta ma tatuaż nawet na twarzy, ale po chwili zrozumiał, że to po prostu podbite oko. Mężczyzna zawołał do niej coś, czego Ravn nie usłyszał, ale za chwilę kobieta otworzyła tylne drzwi i wyciągnęła z samochodu chłopca. Wyglądał na jakieś dziesięć lat, posturę odziedziczył po rodzicach i był całkowicie pochłonięty tabletem. Ojciec wcisnął mu do ręki monetę i wskazał na rząd wózków sklepowych, stojących kawałek dalej pod wiatą. Chłopiec ruszył niechętnie w ich stronę, wziął jeden z nich, ale najwyraźniej poruszał się zbyt opieszale, bo matka przejęła wózek, rzucając mężowi kąśliwą uwagę. Ten jednak tylko wzruszył ramionami i pokazał na swój kołnierz. Ravn filmował rodzinę do chwili, kiedy wszyscy zniknęli za automatycznymi drzwiami marketu.

— Jest godzina… — zerknął szybko na zegar na desce rozdzielczej — dziesiąta trzydzieści osiem. Śledzony Carsten Nielsen wraz z rodziną udaje się do marketu Super Best na Amager. Nadal nie zaobserwowałem nic, co wskazywałoby, że Nielsen symuluje uraz.

Wyłączył kamerę i zaczął wysiadać z samochodu; Møffe bacznie mu się przyglądał.

— Ty zostajesz. Ale może przyniosę ci coś dobrego.

Pies prychnął i położył łeb na siedzeniu.

Ravn ruszył do wejścia; kamerę ukrył pod bluzą z kapturem, którą miał przerzuconą przez rękę. Nie sądził, żeby Carsten był na tyle głupi, by w miejscu publicznym zrobić coś, co mogłoby stanowić dowód, że uraz kręgosłupa, który zgłosił firmie ubezpieczeniowej, był blefem, ale przecież nigdy nie wiadomo. Carsten próbował skłonić firmę do wypłacenia mu odszkodowania za uszczerbek na zdrowiu w wysokości dwudziestu pięciu procent sumy ubezpieczenia, co oznaczało, że spodziewał się wypłaty drobnych dwóch milionów koron. Polisę wykupił zaledwie trzy tygodnie przed swoim rzekomym wypadkiem samochodowym. Sprawca wypadku był jedynym świadkiem zdarzenia i — co warto podkreślić — okazał się nim jeden z kumpli Carstena z miejscowego klubu motocyklowego, który kilka lat wcześniej sam otrzymał podobne odszkodowanie. Ravn pracował nad sprawą od tygodnia. Wiedział, że jeśli dzisiaj nie uda mu się udowodnić, że facet symuluje, to za chwilę Carsten, nazywany przez swoich pobratymców Szczurem, zgarnie kupę szmalu.

Ravn wszedł przez szklane drzwi. W środku było niemal pusto, powitał go chłodny powiew powietrza. Wziął koszyk i na wszelki wypadek wrzucił do niego kilka rzeczy. Podszedł do długiej lady chłodniczej, przy której stali Carsten i jego rodzina z wózkiem pełnym zakupów. Po chwili ruszyli dalej, a Ravn za nimi, oczywiście w pewnej odległości. Wózek, który zrobił się już dość ciężki, pchała kobieta. Carsten człapał za nią w klapkach. Widać było, że niemal gotuje się z gorąca, co chwila szarpał za kołnierz.

Za każdym razem, kiedy chciał zobaczyć coś z boku, musiał się odwrócić całym ciałem. Z daleka wyglądał jak robot, jakby tańczył breakdance. Kiedy rodzina dotarła do działu z napojami, Carsten szturchnął syna i poprosił, żeby przyniósł skrzynkę browaru.

— Sam sobie przynieś — odpowiedział chłopak, nie podnosząc głowy znad tabletu.

Carsten wyrwał mu go z dłoni i pochylił się nad synem. Głowa mężczyzny była zaledwie kilka milimetrów od twarzy chłopca.

— Mam ci to zabrać? Mam ci wyrzucić to gówno? — krzyczał, purpurowy na twarzy.

Chłopiec zerknął na tablet, który był teraz poza jego zasięgiem, odwrócił się i podszedł do stojących kawałek dalej skrzynek z piwem. Nieco opornie chwycił jedną z nich.

— Jest cholernie ciężka, tato!

— Nie tę, to ma być Elefanten, ze słoniem — zawołał Carsten i wskazał ręką na skrzynki stojące obok.

Chłopiec puścił skrzynkę, którą trzymał w ręku, i szurając nogami, podszedł do skrzynek z Elefanten. Razem z matką udało mu się zataszczyć skrzynkę piwa do wózka.

Ravn stał nieco z boku i obserwował, jak pchają wózek między półkami. Nie miał wątpliwości, że Carsten nie tylko nie jest orłem intelektu, ale nawet trudno byłoby mu konkurować inteligencją z rockersami, z którymi Ravn niekiedy miewał do czynienia. Wyglądało jednak na to, że zrobi wszystko, aby nie stracić odszkodowania. Ravn nie martwił się tym, że jeśli nie uda mu się zdobyć dowodu przeciwko Carstenowi, to jakiś bank będzie musiał sięgnąć głębiej do kieszeni, a on pewnie straci obiecaną premię. Bardziej denerwowało go, że Carstenowi mogłoby się upiec. Przede wszystkim dlatego, że miał wrodzoną niechęć do facetów w skórzanych kamizelkach z nadrukiem na plecach. Kiedy jeszcze był funkcjonariuszem jednostki specjalnej, często miewał do czynienia z takimi dupkami. Wielu z nich udało mu się wsadzić za kratki. Po swoim trupie pozwoli, żeby Carsten alias Szczur, alias Olewam-wszystkich-i-jak-będę-chciał-to-przyłożę-starej, zainkasował choćby złamaną koronę. W takim razie musiał jednak szybko wymyślić coś, co ostatecznie wyjaśni sprawę.

Odstawił wózek i szybkim krokiem ruszył w kierunku drzwi. Wyszedł na parking, wyjął z kieszeni monetę i podszedł do wiaty, gdzie w dwóch rzędach stało ze dwadzieścia wózków. Położył bluzę i kamerę na ziemi i zaczął się przeciskać między wózkami. Dotarł do pierwszego, wsunął monetę w szczelinę i uwolnił w ten sposób cały rząd. Oparł się nogą o tylną ścianę wiaty, szarpnął pierwszy wózek i po chwili cały rząd z piskiem i zgrzytaniem zaczął się toczyć w stronę parkingu. Naparł na bok kilku wózków, próbując skierować je w stronę stojącego przed wejściem porsche.

W tym momencie z marketu wyszedł Carsten z rodziną. Ponaglał żonę, która z trudem manewrowała ciężkim wózkiem. Ravn spojrzał w stronę drzwi: jeszcze chwila, a Carsten wyjdzie zza rogu i zobaczy, co się stało. Resztkami sił pchnął wózki; udało mu się skierować je we właściwym kierunku, tak żeby zagradzały dojście do porsche. Szybko sięgnął po bluzę i kamerę i ruszył w stronę swojego samochodu.

— Cześć, Møffe — pozdrowił psa i zajął miejsce za kierownicą.

Pies ziewnął i odwrócił się na bok w oczekiwaniu na pieszczoty, ale Ravn nie miał czasu. Słyszał przekleństwa miotane przez Carstena. Wbił się w fotel i włączył kamerę. Ustawił ostrość i zaczął filmować scenę.

Carsten krążył wokół samochodu jak wściekły byk, podczas gdy żona i syn przyglądali się wszystkiemu bezradnie. Wózki ciągnęły się od bagażnika porsche do wiaty. Jakby ktoś z personelu zaczął je ustawiać, a potem nagle porzucił. Uniemożliwiały otwarcie drzwi. Carsten nakazał więc żonie i synowi, by odepchnęli je od samochodu. Próbowali, ale nie mieli dość sił. Carsten rozejrzał się po parkingu, a kiedy upewnił się, że są sami, spróbował nieporadnie odepchnąć wózki jedną ręką. Bez skutku. Wózki nie drgnęły nawet o milimetr. Żona Carstena zerknęła na zegarek i zaczęła wznosić oczy do nieba, przez otwartą szybę Ravn słyszał, jak mówi coś o wizycie u manikiurzystki. Zaczęli się kłócić; nagle chłopiec upuścił tablet, który upadł na ziemię i się rozbił. Chłopiec zaczął głośno szlochać. Carsten, czerwony na twarzy z wściekłości, szarpnął za kołnierz ortopedyczny, który wyraźnie go dusił.

— Niech was szlag! — zawołał i chwycił mocno za wózki.

Ravn filmował dalej, łaskocząc Møffego po brzuchu. Pomyślał, że film zapewne nie dostanie Oscara, ale on jakąś sumkę powinien na nim zarobić.

3.

Film nakręcony przed południem przez Ravna na parkingu marketu leciał właśnie na ekranie monitora. Mimo że jakość nie była najlepsza — grube ziarno i lekko niebieski odcień ujęć — nie było problemu ze zidentyfikowaniem Carstena Nielsena. Kołnierz ortopedyczny zwisał mu luzem na szyi jak śliniak, kiedy szarpał puste wózki przed sklepem na parkingu.

— A więc mamy do czynienia z cudownym ozdrowieniem — stwierdził ironicznie adwokat Lohman. Złożył dłonie na pokaźnym brzuchu, wypełniającym do granic żółty sweter, który miał na sobie. Mężczyzna po siedemdziesiątce siedział za ciężkim biurkiem w gabinecie pożółkłym od nikotyny i przyglądał się nagraniu wideo.

— Uraz Carstena daje mu prawo do zerowego odszkodowania — odezwał się stojący obok niego Ravn. — Twój klient będzie zadowolony.

— Na pewno. Co za szczęście, że te wózki zagrodziły mu drogę — powiedział adwokat, pokazując na ekran, na którym widać było, jak Carstenowi w końcu udaje się ruszyć wózki. Pchnął je w stronę samochodów stojących za wiatą, nie przejmując się tym, że teraz będą zagradzać drogę innym.

— Czasem ma się szczęście — odpowiedział Ravn. Uśmiechając się, potarł bandaż na lewym przedramieniu.

Lohman podniósł wzrok znad ekranu i spojrzał na niego.

— Co ci się stało w rękę?

— Drobiazg. Za bardzo wyciągnąłem ją za szybę.

— Za szybę?

Ravn skinął głową w stronę ekranu.

— Zaraz zobaczysz — powiedział. Okrążył stół i usiadł w wytartym skórzanym fotelu.

Lohman siedział przyklejony do ekranu i patrzył, jak Carsten krzyczy coś do żony i syna. Próbował włożyć ponownie kołnierz, ale był za bardzo zdenerwowany. W końcu podeszła do niego żona: niezadowolony pozwolił, żeby mu pomogła. Właśnie w tym momencie jego wzrok padł na stojące niedaleko audi, w którym siedział Ravn z kamerą w ręku.

— Szlag — warknął Ravn do mikrofonu.

Sądząc po rozedrganych ujęciach, które teraz nastąpiły, Ravn rzucił kamerę, która wylądowała na desce rozdzielczej. Na nagraniu widać, jak Carsten zbliża się do audi, gdzieś spoza kadru dochodził brzęk kluczy i przekleństwa miotane przez Ravna, który usilnie próbował włączyć silnik. Kiedy samochód w końcu ruszył, Carsten zdjął drewniak i cisnął nim w przednią szybę wozu. Rozprysła się na drobne kawałki. Ravn próbował wrzucić wsteczny, słychać było pisk skrzyni biegów.

— Mój samochód — jęknął Lohman, nadal ze wzrokiem utkwionym w ekran. — Co on sobie myśli?

— Gdybym wiedział, że tak celnie rzuca, zaparkowałbym dalej. Oczywiście zapłacę za tę szybę — wymamrotał Ravn.

— A co z twoją ręką? — zaniepokoił się Lohman.

— Oglądaj dalej — odpowiedział Ravn, wskazując na monitor.

Lohman ponownie wbił wzrok w ekran.

Ravnowi udało się wrzucić wsteczny, dodał gazu, postać Carstena zaczęła szybko maleć. Z daleka dochodził jego głos:

— Django! Wypuśćcie Django, do cholery!

Chwilę potem zobaczyli, jak syn otwiera klapę bagażnika porsche, z którego wyskakuje biały pitbull. Carsten krzyknął coś do niego, wskazując ręką w stronę samochodu i Ravna. Pies ruszył galopem i za moment był już w połowie drogi do samochodu, który cały czas się cofał. Kamera przesuwała się to w jedną, to w drugą stronę, na ekranie pojawił się Ravn, który teraz próbował wrzucić jedynkę. Oparł się o drzwi i wychylił przez okno, rozbita przednia szyba ograniczała mu widoczność. Nagle w oknie ukazał się łeb pitbulla. Otworzył pysk i wbił zęby w przedramię Ravna. Ten krzyknął z bólu i próbował cofnąć rękę. Møffe na siedzeniu obok zaczął astmatycznie szczekać. Pitbull usłyszał go, puścił rękę Ravna i rzucił się w stronę buldoga, ale odpadł od okna. Ravn dodał gazu, kamera spadła z deski rozdzielczej i wylądowała na podłodze. Ekran zrobił się ciemny, słychać było tylko przekleństwa miotane przez Ravna. Lohman wyłączył komputer i oparł się wygodniej na krześle.

— Byłeś u lekarza? Powinieneś dostać zastrzyk przeciwko tężcowi.

— Nic mi nie będzie.

— Może wystąpimy o odszkodowanie? Filmowałeś w miejscu publicznym, to dozwolone.

Ravn pokręcił głową.

— Dajmy sobie spokój. Też nie byłbym zadowolony, gdybym odkrył, że ktoś mnie potajemnie śledzi. A już na pewno, gdybym wiedział, że oznacza to utratę kilku milionów koron.

— Zabawny jesteś — stwierdził Lohman. — Ale dobrze, że miałeś ze sobą Møffego, inaczej ten kundel pewnie by ci nie odpuścił.

Ravn spojrzał na psa, który spał na grubym perskim dywanie.

— Mimo swojego wieku nadal ma w sobie coś z psa myśliwskiego — stwierdził. — Jak powiedziałem, zwrócę ci za szybę — dodał.

Lohman machnął ręką.

— Wliczę to w koszty. Biorąc pod uwagę sumę, jaką towarzystwo ubezpieczeniowe zaoszczędzi dzięki nam, nie powinien to być żaden problem. Sherry? — spytał. Wstał i podszedł do okrągłego mahoniowego stolika w rogu, na którym stała taca z trunkami.

— Nie, dziękuję.

Lohman nalał sobie kieliszek.

— Czasem można sobie pofolgować.

— Jak myślisz, kiedy mogę liczyć na wypłatę honorarium?

— Porozmawiaj z panną Malling — powiedział Lohman i wskazał głową na drzwi prowadzące do niewielkiego sekretariatu. — Na pewno załatwi ci to od ręki — dodał.

Panna Malling była sekretarką Lohmana od samego początku, od momentu, kiedy otworzył kancelarię. Oboje byli samotni i trudno było powiedzieć, czy łączyły ich jedynie stosunki zawodowe, czy może coś więcej. Tak czy inaczej, zachowywali się jak stare małżeństwo.

— Dziękuję — powiedział Ravn. Zamierzał wstać, ale Lohman pokazał mu gestem, żeby został.

— Pali się? Jeszcze nie skończyliśmy.

Ravn westchnął ciężko. Teraz gdy Lohman nie występował już w sądzie, tylko brał wyłącznie sprawy, które mógł prowadzić z kancelarii, czuł większą potrzebę rozmowy i zagadywał każdego, kogo udało mu się dopaść. W czasie kilku letnich miesięcy, kiedy Ravn pracował dla niego nad wieloma drobnymi sprawami, Lohman wielokrotnie przedstawił mu cały swój repertuar sądowych anegdot.

— Kiedyś prowadziłem sprawę klienta, który twierdził, że w momencie napadu na bank był niepoczytalny… — zaczął.

— Problem w tym, że wcześniej obrabował dwadzieścia osiem innych banków — dokończył za niego Ravn.

— Opowiadałem ci już o nim? — zdziwił się Lohman. Wypił łyk sherry, wyraźnie zawiedziony brakiem zainteresowania ze strony Ravna. — Na czym skończyliśmy?

— Na moim honorarium — odpowiedział Ravn, uśmiechając się ugodowo. Właściwie, nie miał nic przeciwko starszemu panu, tylko nie bardzo czuł się na siłach dotrzymywać mu dzisiaj towarzystwa. Poza tym chciał napić się piwa.

— Nie, honorarium już załatwiliśmy. Ale jest jeszcze coś. Nie sądzę, żeby wiązało się to z równie przykrymi zagrożeniami, jak poprzednia sprawa… — urwał, uśmiechając się i wskazując głową opatrunek na przedramieniu Ravna. Jakby chciał się upewnić, że zrozumiał jego aluzję. — Natomiast można dobrze zarobić. Za dwa tygodnie pracy, może trochę więcej.

— Dziękuję, ale nie jestem zainteresowany.

— Skąd wiesz, skoro nic ci jeszcze nie powiedziałem?

— Bo…

— Chodzi o dużą, poważną duńską firmę elektroniczną, w której zaobserwowano spore ubytki w magazynach. Nie mogę zdradzić ci jej nazwy, zanim nie przyjmiesz propozycji, ale brzmi trochę jak Beowulf, tyle że bez „wulf”. — Lohman uśmiechnął się i mrugnął porozumiewawczo do Ravna.

— Lohman, nie jestem zainteresowany tego rodzaju zleceniami. Do tej pory je przyjmowałem, ale to nie jest to, co chcę robić.

— Z powodu tego drobnego urazu? — spytał Lohman, wskazując na rękę Ravna.

— Wierz mi, że doświadczyłem już gorszych rzeczy.

— Więc czego się boisz? — spytał Lohman. Sądził pewnie, że tym pytaniem sprowokuje Ravna, ale ten tylko się uśmiechnął.

— Nie boję się. Ale to nie jest zadanie dla mnie.

— Nie różni się chyba zbytnio od tego, czym się zajmowałeś, kiedy pracowałeś w policji, poza tym, że w tym przypadku możesz liczyć na godziwe wynagrodzenie.

— Owszem, różni się. Dochodzenie to jedno, a zaglądanie ludziom pod kołdrę to całkiem inna sprawa. Po prostu mam już dosyć.

— Ale jesteś w tym świetny. Lepszy niż wszyscy moi wcześniejsi śledczy. Kiedy Johnson mi cię polecił, wahałem się. Mam nadzieję, że nie poczułeś się urażony, że ci to mówię?

— Nic a nic. Prawdę mówiąc, sam też nie zatrudniłbym kogoś, kogo polecił mi Johnson. A już na pewno nie siebie.

Lohman uniósł szklankę i skinął Ravnowi głową.

— Cokolwiek zamierzasz powiedzieć, moja odpowiedź brzmi: nie — powiedział Ravn i wstał. Møffe poszedł za jego przykładem.

— Zastanów się jeszcze. Wy, młodzi, jesteście tacy niecierpliwi.

— Aż taki młody nie jestem, a poza tym już się zastanowiłem. Wszystkiego dobrego, Lohman — powiedział Ravn i ruszył do drzwi.

— No to powiem ci, kim jest klient. Żebyś wiedział, z czego rezygnujesz. — Lohman wstrzymał oddech, obracając w ręce kieliszek sherry. — Odrzucasz propozycję B & O.

— Domyśliłem się, ale jestem pewien, że poradzą sobie beze mnie.

Pożegnał się i wyszedł.

4.

Przez gwar rozmów w Wydrze Morskiej przebijał się schrypnięty głos Joego Cockera. Z szafy grającej, starego wurlitzera, leciało Unchain My Heart. Wokół baru stał wianuszek młodych ludzi, podczas gdy starsi bywalcy siedzieli przy stolikach i popijali piwo; większość paliła, dym unosił się w powietrzu niczym niebieskawa tytoniowa mgła.

Ravn zjawił się dość wcześnie i udało mu się znaleźć wolne miejsce na końcu baru. Znaczyło to, niestety, że zdążył wypić nie tylko więcej niż pozostali goście, ale też więcej, niż pierwotnie zamierzał. Prawdę mówiąc, był nieźle wstawiony.

Spojrzał za bar i zauważył, że dwaj młodzi barmani, których Johnson ostatnio zatrudnił, z trudem nadążają z zamówieniami.

— Bary w mieście zastrajkowały, że wszyscy dzisiaj są tutaj? — zażartował, patrząc na Johnsona.

Johnson, zajęty wycieraniem szklanek, zerknął w jego stronę.

— Bardzo zabawne, Kruk1. Nie wiesz, że jesteśmy brunatnym złotem? Nie czytasz lokalnego szmatławca? — Odłożył ścierkę i wielkimi palcami chwycił delikatną filiżankę do kawy.

Ravn pokręcił głową.

— Møffe natychmiast rzuca się na niego i szarpie na kawałki.

Johnson opróżnił filiżankę i dolał kawy z dzbanka, który stał za jego plecami.

— Mieli ostatnio duży artykuł o Christianshavn i miejscowych knajpach. Takie miejsca jak nasze znów stały się modne.

— Wydra Morska nigdy nie była ani szczególnie klimatyczna, ani modna.

Johnson zmarszczył brwi.

— Gdybym to ja pił tu na kredyt, dobierałbym żarty nieco uważniej.

Ravn dopił piwo i postawił pustą butelkę na blacie.

— Jeszcze jedno, poproszę.

Johnson sięgnął do skrzynki po kolejną butelkę, otworzył ją.

— Lohman mówił mi, że rzuciłeś robotę.

— Plotki szybko się rozchodzą.

— Powiedział mi to w zaufaniu, kiedy przyszedł rozegrać z Victorią partyjkę karambolu.

— Powinien skupić się na grze, zamiast gardłować — mruknął Ravn i popił piwa z butelki. — Poza tym nigdy nie byłem u niego zatrudniony. Zlecił mi kilka spraw, rozwiązałem je i to wszystko.

— Tak czy inaczej, nie porzuca się człowieka w ten sposób.

— Twierdzi, że go porzuciłem? — spytał Ravn i rozłożył ręce. — Zaoszczędziłem jego klientowi kilka milionów koron, narażając życie. — Wskazał głową bandaż na ręce.

— Nie zrozum mnie źle. Lohman jest bardzo zadowolony — powiedział Johnson, pochylając nad blatem swój potężny tors. — Zresztą ty też zrobiłeś na tym niezły interes. Dobrze się spisałeś.

Ravn wzruszył ramionami.

— Zajęcie na wakacje, a wakacje niedługo się kończą.

— Masz coś innego na oku?

Ravn pokręcił głową.

— No właśnie. Powinieneś był tam zostać, nauczyłbyś się czegoś.

— To nie są zlecenia, które wymagają wiedzy. Małpa z kamerą też by sobie poradziła.

Johnson wzruszył ramionami.

— Nie wydaje mi się, żebyś cierpiał na nadmiar propozycji.

— Radzę sobie.

Ravn nie potrafił powiedzieć, czy Johnson martwi się o niego, czy o Lohmana. A może w grę wchodziła duma? Przecież to on polecił go adwokatowi. Ravn nie wiedział, co łączy tych dwóch starych zgredów, poza tym, że Lohman odwiedzał Wydrę raz w tygodniu, a kiedyś, wieki temu, pomógł Johnsonowi przejąć lokal. Lohman wsparł go wtedy finansowo i od strony prawnej. Miał jakiś skromny udział w barze, a starzy mieszkańcy Christianshavn traktowali jego i Johnsona jak braci.

W tym momencie młoda dziewczyna dopchała się do baru i stanęła tuż obok Ravna. Posłała szeroki uśmiech Johnsonowi, próbując zwrócić na siebie uwagę, po czym zamówiła piwo. Wysunęła dolną wargę, dmuchnęła na grzywkę, która zatrzepotała. Ravn starał się nie patrzeć na jej piersi, które sterczały pod białym topem, ale dziewczyna przyłapała go, zanim zdążył odwrócić wzrok.

— Camilla — przedstawiła się i wyciągnęła do niego rękę.

Wziął jej dłoń i nagle pomyślał, że dziewczyna jest bardzo młoda.

— Zagrasz w meyera?

— W meyera? Nie, dzięki, Carina. Jestem za bardzo pijany.

— Camilla — poprawiła go i poklepała po ramieniu.

— Przepraszam, chociaż właściwie nie ma dużej różnicy.

— Boisz się przegrać? — spytała zalotnie. Zapłaciła za piwa, które Johnson postawił na blacie.

— Nie, boję się zbłaźnić.

Uśmiechnęła się i wzięła w dłonie pięć butelek.

— Dołącz do nas, jeśli zmienisz zdanie — rzuciła i zniknęła w morzu ludzi, by po chwili pojawić się obok szafy grającej.

— Jak już wspominałem, antyki są teraz w cenie. Nawet ty masz chyba szansę — powiedział Johnson. — Miła dziewczyna.

— Chciałeś powiedzieć: młoda. Próbujesz załatwić mi towarzystwo?

— Skądże, musisz radzić sobie sam. — Johnson sięgnął po kolejną szklankę i zaczął ją pucować, ignorując stojących przed nim spragnionych gości, którzy wszelkimi sposobami starali się zwrócić na siebie jego uwagę. — A tak przy okazji, znasz może Roberta?

Ravn pokręcił głową.

— Imię nic mi nie mówi.

— Zagląda tu od czasu do czasu. Robert. Były bokser, trenował w AIK. Wiele lat temu z nim walczyłem. Ma ciężką rękę. A w każdym razie miał.

— Czyli wrak człowieka. Co z nim?

— Pracuje jako ochroniarz. Ma firmę, zatrudnia parę osób. Na pewno przydałby mu się były gliniarz.

Ravn odstawił butelkę na blat i spojrzał na Johnsona.

— Ochroniarz? Chciałbyś, żebym krążył po galerii na Amager w krawacie i z jakimś durnym logo na rękawie koszuli?

— A co w tym złego? W firmie Roberta pracuje się też na nocną zmianę. To mogłoby być coś dla ciebie, miałbyś mniej okazji, żeby kogoś obrazić.

Z duńskiego: „ravn” (przyp. red.). [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki