Seksowny kłamca - Christina Lauren - ebook

28 osób właśnie czyta

Opis

Jak na dwoje ludzi o mieszanych uczuciach wobec randek i miłości bohaterowie zadziwiająco często lądują obok siebie nago. . .

London Hughes bardzo pasuje taki styl życia: surfowanie, praca w barze, spotkania z przyjaciółmi oraz powolne dojrzewanie do tego, co chciałaby robić w życiu po studiach. Wszystko doskonale się układa zgodnie z brakiem planu… Jednak kiedy pewnego ranka wielka fala zwala ją z deski, a wieczorem zalotny uśmiech Luke’a Suttera znów zwala ją z nóg, London lekko zbacza z kursu. Fakt, chłopak to typowy podrywacz, ale… “Dlaczego nie – przecież to tylko jedna noc” – szepcze jej do ucha uporczywy głos.

Ze swojej strony Luke od tak dawna przeszedł na tryb automatycznego podrywu, że rzadko już przystaje, by zastanowić się nad swoim postępowaniem. Jednak po wspaniałej nocy z London uświadamia sobie, że od czasu katastrofy ostatniego związku, nie steruje swoim postępowaniem, lecz płynie tam, gdzie zaniesie go prąd. Z London jednak pragnie czegoś więcej…

„Ten głęboko poruszający i niewiarygodnie gorący romans wprost wgniata w fotel. Problemy, z jakimi muszą się zmierzyć bohaterowie jako para— Luke próbujący zostawić za sobą lata szaleństwa i London zmagająca się z wrodzoną czujnością i rezerwą— są do bólu prawdziwe!".

„Romantic Times”

“Gorąca, klimatyczna sceneria San Diego, imprezy, gry video, jednonocne przygody stanowią doskonały kontrast dla przepełnionego obawami romansu Luke’a i London. Fani bezpośredniego stylu związków oraz błyskotliwego, pełnego iskier dialogu poprzednich powieści Lauren będą mieli się czym cieszyć”.

“Publishers Weekly”

“Świeży, hipsterski i tryskający energią Seksowny kłamca odsłania przed czytelnikiem warstwy nieskrępowanego seksu przekładane szczerymi, otwartymi dialogami, tworząc całość, od której trudno się oderwać. Droga London i Luke'a do dorosłej miłości to naprawdę piękna i wartościowa podróż”.

„Bookpage”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 396

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Christina Lauren Seksowny kłamca Tytuł oryginału Wicked Sexy Liar ISBN Copyright © 2016 by Christina Hobbs and Lauren BillingsAll rights reserved Published by arrangement with Gallery Books, a division of Simon & Schuster, Inc., New York Copyright © for the Polish translation by Zysk i S‑ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019 Redakcja Marta Sobiecka Projekt graficzny okładki Tobiasz Zysk Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Dla naszych kapitanów Hookerów, Alice i Niny Oto jest.

Rozdział pierwszy

London

Kiedy przez pewien czas w twoim życiu nie ma seksu, zaczynają się dziać różne rzeczy: w czasie scen pocałunku na filmach romantycznych wydajesz z siebie dziwny dźwięk, coś pomiędzy parsknięciem a słyszalnym przewracaniem oczami, który niemal zawsze kończy się poduszką nadlatującą z przeciwnej strony kanapy; potrafisz wymienić z pamięci przynajmniej trzy sklepy internetowe z zabawkami dla dorosłych, podając dokładnie ich warunki wysyłki, rzetelność i szybkość obsługi; przynajmniej dwa z tych sklepów pojawiają się jako podpowiedzi po wpisaniu w wyszukiwarce pojedynczej litery, poza tym zawsze to od ciebie współlokatorka oczekuje wymiany baterii w pilocie, odkurzaczu i latarce. Co jest dość niedorzeczne, jak się nad tym zastanowić, bo przecież wiadomo, że seksgadżety zasilane są ładowarką albo prądem sieciowym. Amatorzy.

Poza tym dochodzisz do wprawy w masturbacji. Naprawdę do dużej wprawy, osiągasz poziom wręcz olimpijski. Na tym etapie uprawianie seksu z samą sobą to już jedyna opcja, bo jaki mężczyzna zdoła stanąć w szranki z twoją ręką albo wibratorem na 120 voltów i siedemnastoma opcjami prędkości?

Skutki uboczne mało towarzyskiej waginy zaczynają się rzucać w oczy w otoczeniu trzech najbardziej obrzydliwie szczęś­liwych par. Moja współlokatorka Lola i jej dwie przyjaciółki, Harlow i Mia, poznały swoje drugie połówki w czasie totalnie wariackiego weekendu w Vegas; z rodzaju tych, jakie nigdy nie zdarzają się w prawdziwym życiu. Mia i Ansel są małżeństwem i rzadko wychodzą na zewnątrz, by zaczerpnąć powietrza. Harlow i Finn prawdopodobnie opanowali sztukę uprawiania seksu poprzez kontakt wzrokowy. Zaś Lola i jej nowy chłopak, Oliver, znajdują się na tym etapie związku, że muszą się ciągle dotykać, a do seksu dochodzi wręcz spontanicznie. Gotowanie prowadzi do seksu. Oglądanie Żywych trupów jest świetnym afrodyzjakiem — czas na seks. Czasami wchodzą do domu, rozmawiając o niczym, nagle zatrzymują się, spoglądają na siebie i… i znów się zaczyna.

Uwaga, będzie spojler! Oliver nie jest cichy. Nie miałam pojęcia, że w Australii tak często używa się słowa na „c”. Dobrze, że tak ich oboje kocham.

Boże, to prawda, Lolę poznałam na zajęciach artystycznych na uniwersytecie San Diego. Mimo że więcej czasu zaczęłyśmy spędzać dopiero wtedy, kiedy zeszłego lata zamieszkałyśmy razem, odnoszę wrażenie, że znam ją od urodzenia.

Uśmiecham się, słysząc, jak wlecze się korytarzem. Wchodzi do pokoju, rozczochrana i wciąż zarumieniona.

— Oliver właśnie pojechał — mówię do niej, przełykając łyżkę muesli z rodzynkami. Faktycznie wytoczył się z pokoju dziesięć minut temu, oszołomiony, z uśmiechem na twarzy i równie rozczochrany.

— Przybiłam z nim piątkę i dałam butelkę gatorady na drogę, bo po takich wyczynach na pewno jest odwodniony. Lola, naprawdę podziwiam.

Nie sądziłam, że policzki Loli mogą się zaczerwienić jeszcze bardziej. A jednak przegrałabym zakład.

— Przepraszam — mówi Lola, rzucając mi zawstydzony uśmiech zza drzwi szafki. — Chyba masz nas zupełnie dość, ale niedługo wyjeżdżam do L.A. i…

— Nie próbuj przepraszać za to, że masz świetnego, słodkiego Australijczyka, który posuwa cię do nieprzytomności — odpowiadam, po czym wstaję, by umyć miseczkę. — Raczej bym cię zjechała, gdybyś nie robiła tego codziennie.

— Czasami za długo byłoby jechać do niego. — Lola zamyka drzwi szafki i wpatruje się w przestrzeń. — To szaleństwo. Oszaleliśmy.

— Próbowałam go przekonać, żeby został — mówię jej. — Wybywam na cały dzień, wieczorem pracuję, mielibyście dom dla siebie.

— Znów pracujesz wieczorem? — Lola napełnia szklankę i opiera się biodrem o blat. — W tym tygodniu nie miałaś chyba wolnego wieczoru.

Wzruszam ramionami.

— Fred kogoś potrzebował, a nadgodziny mnie nie bolą. — Wycieram miseczkę i odkładam ją. — A czy ty przypadkiem nie masz jakichś kadrów do wykończenia?

— Mam, ale chciałabym pogadać… Wciąż jesteś na plaży albo w pracy…

— A ty masz odjazdowego faceta i olśniewającą karierę — odpowiadam. Lola to chyba najbardziej zajęta ze znanych mi osób. Jeśli nie siedzi nad swoim nowym komiksem pod tytułem Junebug i nie jest na planie filmowym adaptacji swojej pierwszej książki Razor Fish, to leci do Los Angeles lub Nowego Jorku, czy gdzie tam ją wyśle studio albo wydawca. — Miałaś dzisiaj pracować i zapewne spędzić noc z Oliverem — mówię i ściskając jej ramię, dodaję: — poza tym co można robić w tak piękny dzień? Tylko surfować.

Lola uśmiecha się do mnie znad kubka.

— Nie wiem… Może iść na randkę?

Z parsknięciem zamykam drzwi szafki.

— Jesteś słodka.

— London — odzywa się Lola, poważniejąc nagle.

— Lola… — Natychmiast odbijam piłeczkę.

— Oliver wspomniał o jakimś znajomym, który ma niedługo przyjechać. Może spotkamy się wszyscy? — Przyjaciółka spogląda na swój paznokieć, udając, że coś ją nagle w nim zainteresowało. — Obejrzymy film albo coś…?

— Żadnego swatania — zastrzegam. — Kochana, co najmniej dziesięć razy odbywałam już taką rozmowę.

Lola znów uśmiecha się zawstydzona, a ja ze śmiechem kieruję się do wyjścia. Ale ona podchodzi do mnie i staje tuż za plecami.

— Nie możesz mieć pretensji, że trochę się o ciebie martwię — mówi. — Wciąż jesteś sama i…

Niedbale macham ręką.

— Sama to nie znaczy samotna. — Owszem, nęci mnie pomysł seksu z żywym człowiekiem, ale towarzyszące temu nieuniknione dramaty już nie. Na razie życie towarzyskie urozmaicają mi usiłowania, by nadążyć za Lolą i jej ścisłym, wciąż powiększającym się kółkiem przyjaciółek oraz ich połówek. Ledwie nauczyłam się ich nazwisk. — Nie próbuj wcielać się w Harlow.

Lola marszczy brwi, a ja cmokam ją w policzek.

— Nie musisz się o mnie martwić — mówię i sprawdzam godzinę. — Lecę, za dwadzieścia minut najlepsza fala.

Po długim dniu spędzonym w wodzie wchodzę za ladę u Freda — pubu, który niemal wszyscy czule nazywają „Królewskim Beaglem”, od nazwiska właściciela, Freda Furleya — i zawiązuję sobie pasek fartucha.

Słoik na napiwki jest wypełniony trochę więcej niż do połowy, co oznacza, że ruch jest spory, ale nie ma takiego szaleństwa, by Fred musiał wzywać dodatkowego pracownika. Przy jednym końcu baru, nad opróżnionymi do połowy kieliszkami wina, cicho rozmawia para. Są zatopieni w dyskusji. Kiedy podchodzę bliżej, ledwie unoszą wzrok; niewiele im trzeba. Przy drugim końcu siedzą cztery starsze kobiety. Zauważam porządne ubrania i jeszcze porządniejsze torebki. Śmieją się, pewnie przyszły coś uczcić, czyli będą dobrze się bawić i zostawią wysokie napiwki. Notuję w pamięci, by podejść do nich za kilka minut.

Gromki śmiech i okrzyki sprawiają, że spoglądam w głąb lokalu: Fred niesie piwo grupce facetów skupionych wokół stołu bilardowego. Zadowolona, że się tym zajął, zaczynam sprawdzać stan baru.

Pracuję u Freda dopiero od miesiąca, ale ten bar przypomina inne, więc łatwo było wejść w rytm. Ma witrażowe lampy, ciepłe drewno i okrągłe boksy wyściełane skórą; jest znacznie mniej obskurny niż klub taneczny, w którym przepracowałam ostatnie dwa lata studiów. Jednak i tu pojawiają się podejrzane typy, co jest nieuniknione w tego rodzaju pracy. Nie jestem wyjątkowo atrakcyjna, nawet nie najładniejsza w tym lokalu, jednak kobieta stojąca za barem sprawia, że czasem nawet porządni mężczyźni zapominają o dobrym wychowaniu. Bez zaplecza tuż za barem muszę się sporo nabiegać i sama przygotowuję wiele drinków. Fred to świetny szef, z poczuciem humoru i towarzyski. Potrafi też lepiej ode mnie rozpoznać podejrzane typy.

Dlatego to on obsługuje gości w głębi baru, a nie ja.

Jestem dość wymagająca, jeśli chodzi o przygotowanie miejsca pracy, więc zaczynam układać wszystko za barem dokładnie tak, jak lubię: szpikulec na paragony, nóż, obieraczka, rozgniatacz do owoców, wyciskarka do soków, kolejna obieraczka, łyżeczki barowe, szklanka do mieszania drinków. Mise en place — wszystko na miejscu.

Już mam zacząć obieranie owoców, kiedy przez ladę przechyla się klient i zamawia dwa drinki White Russian, jeden z lodem, drugi bez. Kiwam głową, zdejmuję z wieszaka dwie czyste szklanki, i w tej chwili staje za mną Fred.

— Daj znać, jeśli tamci będą cię nagabywać — mówi, wskazując głową grupę młodych mężczyzn przy stole bilardowym, wiwatującą właśnie.

Na moje oko to dość typowi goście z uniwersytetu San Diego: wysocy, wysportowani, opaleni. Kilku ma na sobie T-shirty z grafiką, inni koszule z kołnierzykiem. Zerkam w ich stronę co jakiś czas, jednocześnie mieszając drinki. Sądząc po wzroście, wyglądzie i opaleniźnie, to członkowie drużyny piłki wodnej.

Jeden z nich, o ciemnych włosach i szczęce, dla której można by pójść z nim do łóżka, unosi wzrok i spogląda w stronę baru akurat w chwili, gdy ja rzucam mu spojrzenie — i nasze oczy się spotykają. Jest przystojny — choć, szczerze mówiąc, wszyscy są raczej przystojni — ale nie wiem czemu, to w jego stronę spoglądam jeszcze raz, po czym gapimy się na siebie przez moment, bo nie potrafię oderwać od niego wzroku. Niestety facet ma urodę niedostępnego, ponurego i zabójczego buca.

Napływają wspomnienia z przeszłości i natychmiast odwracam wzrok.

Obracam się do Freda i wyjmuję spod lady drugi słoik z naklejonym napisem „ZBIERAMY NA SAMOCHÓD”. Stawiam go przed szefem.

— Chyba oboje wiemy, że o mnie nie trzeba się martwić — mówię; Fred się uśmiecha i kiwa głową w kierunku słoika, jednocześnie kończąc nalewanie piwa. — Czyli dzisiaj jesteśmy we dwójkę?

— Chyba tak — mówi i przesuwa szklanki po barze. — W ten weekend nie mamy żadnego ważnego meczu. Pewnie będzie trochę ludzi, ale żaden wielki tłok. Może uda nam się zająć trochę zapasami.

Kiwając głową, kończę przygotowywać drinki i podliczam je, po czym myję ręce i sprawdzam, czy nie potrzebuję czegoś jeszcze. Ktoś za mną chrząka; odwracam się i stwierdzam, że z odległości zaledwie trzydziestu centymetrów wpatrują się we mnie oczy, które jeszcze kilka chwil temu spoglądały na mnie z drugiego końca sali.

— Co podać? — pytam dość uprzejmie i uśmiecham się, jak sądzę, przyjaźnie, lecz profesjonalnie. Oczy zwężają się, a chociaż nie czuję, by ich spojrzenie przesuwało się po moim ciele w widoczny sposób, wiem, że już mnie zmierzył, podjął decyzję i zaliczył do jednej z dwóch kategorii, w jakich mężczyźni najczęściej klasyfikują kobiety: nadaje się do łóżka lub nie. Z doświadczenia wiem, że wielu mężczyzn tak robi.

— Poproszę jeszcze jedną kolejkę — mówi, wskazując gdzieś za siebie. W jego dłoni wibruje telefon; mężczyzna zerka na niego, odpisuje szybko, po czym znów zwraca się w moją stronę.

Wyjmuję tacę. Nie wiem, co zamawiali, bo to Fred zaniósł im pierwszą kolejkę, ale z łatwością mogę zgadnąć.

— Heineken? — pytam.

Facet mruży oczy w żartobliwym oburzeniu; rozśmiesza mnie.

— No dobrze, nie heineken — mówię, przepraszająco unosząc dłoń. — Co piliście?

Teraz, kiedy przyglądam mu się uważniej, stwierdzam, że z bliska jest jeszcze przystojniejszy: ma brązowe oczy w oprawie rzęs, za które firmy produkujące tusze liczą sobie fortunę, oraz ciemne włosy, wyglądające na miękkie i gęste. Na pewno cudownie byłoby zatopić w nich palce…

On zapewne o tym wie; powietrze niemal zgęstniało od jego pewności siebie, którą wyczułam już z drugiego końca sali. Telefon znów się odzywa, ale facet zerka na niego przelotnie i go wycisza.

— Dlaczego uznałaś, że pijemy heinekena? — pyta.

Układam na tacy podkładki i znów wzruszam ramionami, starając się zdławić rozmowę w zarodku.

— Bez powodu.

Ale on nie daje się przekonać. Lekko unosi kącik ust.

— No już, dziewczyno z dołeczkami.

Niemal jednocześnie słyszę, jak Fred mówi: „niech to szlag!”, i nadstawiam dłoń, w którą szef wsuwa banknot dolarowy. Z uśmieszkiem zadowolenia wrzucam go do słoika.

Facet śledzi wzrokiem moje gesty.

— Na samochód? — pyta, przeczytawszy naklejkę. — O co w tym chodzi?

— O nic — odpowiadam i dłonią wskazuję rząd nalewaków do piwa. — Co piliście?

— Dzięki temu, co właśnie powiedziałem, zarobiłaś dolara i nawet mi nie zdradzisz, o co chodzi?

Odgarniam za ucho kosmyk włosów; gość najwidoczniej nie zrezygnuje, dopóki mu nie wyjaśnię, więc się poddaję.

— Po prostu bardzo często to słyszę — odpowiadam. Chyba częściej słyszę to określenie niż moje imię. Na każdym policzku robi mi się głęboki dołek i muszę przyznać, że to jednocześnie moja ulubiona i znienawidzona cecha. Jeśli dołożyć do tego wypłowiałe od słońca, często rozwiane od wiatru włosy i gęste piegi, to już widać, kim jestem: całkiem zwyczajną dziewczyną z sąsiedztwa.

— Fred nie wierzył, że aż tak często jestem nazywana w ten sposób — wyjaśniam, wskazując za siebie kciukiem — więc się założyliśmy: dolar za każdy raz, kiedy ktoś nazwie mnie dziewczyną z dołeczkami albo jakoś się do nich odniesie. W końcu kupię sobie za to samochód.

— Jak tak dalej pójdzie, to już za tydzień — komentuje Fred gdzieś zza moich pleców.

Telefon znów ćwierka, ale tym razem chłopak go nie wyjmuje, nawet na niego nie patrzy. Wsuwa go do tylnej kieszeni dżinsów, przenosi spojrzenie z Freda na mnie i szeroko się uśmiecha.

Może faktycznie przyda mi się chwila na uspokojenie.

Jeśli przedtem uznałam go za całkiem przystojnego, to nic w porównaniu z tym, jak zmienia się cała jego twarz, gdy się uśmiecha. Oczy wypełnia mu blask, a arogancja znika bez śladu. Facet ma gładką, opaloną skórę, jakby jaśniejącą ciepłem, które z niego promieniuje, zabarwiając mu policzki. Ostre rysy łagodnieją, w kącikach oczu pojawiają się zmarszczki. Wiem, że to tylko uśmiech, ale chyba nie potrafię powiedzieć, która część jego twarzy podoba mi się najbardziej: pełne wargi, równe białe zęby, jeden kącik ust unoszący się odrobinę wyżej niż drugi. Widząc to, mam ochotę odpowiedzieć mu uśmiechem.

Facet kręci na blacie podstawką do piwa i wciąż się do mnie uśmiecha.

— Zatem według ciebie jestem banalny — mówi.

— Nie oceniam cię — odpowiadam, uśmiechając się również. — Ale bawi mnie, że to chyba prawda, bo mam coraz więcej kasy.

Facet przez chwilę studiuje moje policzki.

— To naprawdę świetne dołeczki. Mogę sobie wyobrazić wiele znacznie gorszych przezwisk, które mogliby wymyślić dla ciebie ludzie. Przynajmniej nie nazywają cię patyczakiem albo kobietą z brodą.

Ten facet na pewno nie próbuje się podlizać.

— A wracając do piwa — ciągnę — butelki czy z kija?

— Chcę wiedzieć, dlaczego oceniłaś mnie na heinekena. Moja urażona duma zasługuje przynajmniej na tyle.

Rzucam spojrzenie w głąb lokalu, gdzie jego kumple niby grają w bilard, a w rzeczywistości celują sobie w jaja kijami. Decyduję się na szczerość.

— Zwykle… a mówiąc „zwykle”, mam na myśli „zawsze”, ci, którzy piją heinekena, mają wysokie poczucie własnej wartości i nie porażają skromnością. Zwykle też na widok rachunku uciekają do łazienki, a co trzeci z nich jeździ sportową bryką.

Facet ze śmiechem kiwa głową.

— Rozumiem. Czy to badania naukowe?

Nawet słodko się śmieje. I tak zabawnie unosi ramiona, jakby chichotał.

— Najściślej naukowe — odpowiadam. — Sama przeprowadziłam testy kliniczne.

Widzę, że stara się powstrzymać szerszy uśmiech.

— To cię pocieszę: nie miałem zamiaru zamawiać heinekena, chciałem zapytać, co macie z kija. Właśnie wypiliśmy stellę, a mam ochotę na coś ciekawszego.

Nie spoglądając na listę piw, recytuję:

— Bud, stone IPA, pliny the elder, guinness, allagash white, green flash.

— Wezmę pliny — mówi gość; próbuję ukryć zaskoczenie, co jest często konieczne w tej pracy. Facet zna się na piwach, bo wybrał najlepsze. — Sześć. Przy okazji: mam na imię Luke. Luke Sutter.

Wyciąga rękę; po krótkiej chwili wahania podaję mu swoją.

— Miło cię poznać, Luke.

Dłoń ma wielką, niezbyt miękką… i naprawdę przyjemną. Długie palce, czyste paznokcie, silny uścisk. Niemal natychmiast wycofuję dłoń i zabieram się do nalewania piwa.

— A ty masz na imię… — pyta, na końcu zawieszając głos.

— Razem trzydzieści dolarów — mówię mu.

Luke krzywi się lekko, rozbawiony, po czym spogląda na swój portfel, wyjmuje dwa dwudziestodolarowe banknoty i kładzie je na barze. Sięga po pierwsze trzy szklanki, kiwa do mnie głową i odwraca się.

— Przyjdę po resztę — mówi. I odchodzi.

Drzwi otwierają się i do środka wkracza grupka dziewczyn świętujących wieczór panieński. Przez kolejne trzy godziny mam mnóstwo roboty z przygotowywaniem różowych drinków i koktajli o wyraźnie seksualnych nazwach, więc nawet nie wiem, czy to Luke przyszedł po pozostałe piwa, czy któryś z jego kumpli. I dobrze, powtarzam sobie, bo jedną z moich najbardziej rygorystycznie przestrzeganych zasad jest to, że nie umawiam się z facetami, których poznaję w pracy. Nigdy.

A Luke jest… no cóż, jest doskonałym powodem, dla którego stworzono taką regułę.

Po wyjściu ostatniego klienta pomagam Fredowi zamknąć lokal, jadę do pustego mieszkania i padam na łóżko.

Rodzice nie są zachwyceni stylem życia, jaki prowadzę w San Diego, o czym przypominają mi przy każdej wizycie. Nie rozumieją, po co wzięłam współlokatorkę, skoro Nana zostawiła poddasze dla mnie, bez żadnych obciążeń i ograniczeń. Chociaż spędziłam tu większą część dzieciństwa, nie rozumieją też, dlaczego po skończeniu studiów nie sprzedałam go i nie wróciłam do domu. No bez przesady. Zimne Kolorado lepsze od słonecznego San Diego? Raczej nie. I z pewnością nie pochwalają mojego surfowania przez cały dzień ani pracy w barze w nocy, skoro w szufladzie kurzy się dyplom z grafiki, w zdobycie którego włożyłam tyle pracy.

Na razie jednak nie przeszkadza mi takie życie. Lola martwi się, że za dużo przebywam sama — i faktycznie tak jest, ale nigdy nie byłam z tego powodu niezadowolona. Praca w barze jest super, a surfowanie jeszcze lepsze. To część mnie. Uwielbiam patrzeć, jak woda unosi się powoli i skręca w fale, których grzbiety się łamią, tworząc pieniste, szklane cylindry. Uwielbiam wpływać w fale tak wysokie, że otaczają mnie jak tunel, wypełniając uszy hukiem. Uwielbiam smak powietrza przepojonego słoną wodą, zalewającego mi usta i płuca. Ocean co chwilę buduje zamek, po czym go niszczy. Nigdy mi się nie znudzi.

Lubię też padać na łóżko zmęczona po całym dniu surfowania i całej nocy na nogach, a nie po wielu godzinach spędzonych przy biurku i przed komputerem.

Na razie życie nie jest złe.

Na początku zmiany u Freda w sobotni wieczór czuję się jednak poobijana i niespokojna. Żebra mnie bolą i wciąż mam ochotę wykaszleć słoną wodę z płuc.

Czasami ocean współpracuje i fale podpływają prosto do mnie. Ale tego dnia było inaczej. Na początku fale były przyzwoite, choć nie udało mi się w żadną trafić, bo albo startowałam za wcześnie, albo wspinałam się na nie zbyt późno. Nie wiem już, ile razy spadałam z deski albo upadałam na tyłek. Zanim zaczęłam studia, każde wakacje spędzałam u babci, surfowałam na Black Beach i Windansea, odkąd byłam na tyle duża, by unieść deskę. Jednak dzisiaj z każdą próbą frustracja we mnie rosła, a szalę przeważyła chwila, gdy zaskoczyła mnie duża fala i mocno przetoczyła.

Facet z ciemnymi włosami i olśniewającym uśmiechem znów przyszedł. Jego imię rozbrzmiewa w mojej głowie cichym echem: Luke. Dzisiaj siedzi w boksie z kolejnymi znajomymi, a ja dostrzegam go zaraz po wejściu.

Pub jest pełny, a kiedy przez muzykę przebija się wybuch śmiechu Harlow, czuję lekkie ukłucie żalu. Dzisiaj chętnie posiedziałabym z nimi zamiast pracować, więc wchodzę za bar w ponurym nastroju. Przewiązuję fartuch na koszuli.

— Ktoś ma kiepski dzień — komentuje Fred, kończąc ustawianie margarity na tacy. — Czy to nie ty mi powiedziałaś, że najgorszy dzień na wodzie wciąż jest lepszy od najlepszego dnia w innym miejscu?

Uch. Faktycznie kiedyś mu to powiedziałam. Dlaczego inni przypominają ci o najlepszych tekstach akurat wtedy, kiedy masz zły dzień?

— Jestem tylko poobijana i marudna — odpowiadam, próbując zdobyć się na uśmiech. — Minie.

— No to dobrze trafiłaś. Hałaśliwi goście po paru głębszych to idealny lek na kiepski nastrój.

Te słowa wywołują mój niechętny uśmiech; Fred wyciąga rękę, ujmuje moją brodę i delikatnie odwraca mi twarz.

Na ladzie leży rząd karteczek z zamówieniami. Sięgam po pierwszą z brzegu. Dwa razy dirty martini z dodatkowymi oliwkami. Stawiam na tacy dwa kieliszki, wrzucam lód do shakera, nalewam wermut i cztery uncje ginu, odrobinę zalewy z oliwek. Wciągam się w rytm pracy: odmierzanie, potrząsanie, nalewanie, podawanie… te znajome gesty mnie rozluźniają. Naprawdę.

Wciąż jednak czuję niepokój, brakuje mi powietrza — to skutek kilku przerażających sekund, gdy wydawało mi się, że nie dam rady wypłynąć na powierzchnię. Zdarzyło mi się to kilka razy i chociaż, logicznie rzecz biorąc, wiem, że nic mi się nie stanie, niełatwo otrząsnąć się z wrażenia, że się tonie.

Kątem oka zauważam Luke’a; unoszę wzrok, widzę, jak wychodzi z boksu i pisze coś w telefonie. „Czyli to jeden z tych typów” — myślę, wyobrażając sobie, z iloma dziewczynami koresponduje. Przy jego stoliku siedzi brunetka, jak się zdaje, mocno zainteresowana tym, co on robi. Kusi mnie, by do niej podejść pod pozorem podawania drinków i poradzić, by nie skazywała się na pewną porażkę, tylko zainwestowała uczucia w jednego z tych miłych facetów o wyglądzie kujonów, siedzących w boksie nieco dalej.

Potrząsam shakerem, przelewam mętnego drinka do kieliszków i znów zerkam na zamówienie, po czym dodaję dwa pełne szpikulce oliwek. Kelnerka uśmiecha się i zanosi zamówienie, a ja zabieram się za kolejne. Sięgam właśnie po butelkę amaretto, kiedy słyszę za plecami szuranie odsuwanego stołka barowego. 

— Jak tam zbiórka na samochód?

Od razu rozpoznaję ten głos.

— Dzisiaj nic — odpowiadam, nie podnosząc wzroku, kończąc przygotowanie drinka. — Ale nie mam nastroju do uśmiechów, więc także marne szanse.

— Masz ochotę o tym pogadać? — pyta.

Odwracam się i spoglądam na niego. Tym razem ma na sobie granatowy T-shirt, doskonale ułożone włosy — wygląda zbyt atrakcyjnie, by nie przyciągać kłopotów. Nie mogę się oprzeć; odpowiadam lekkim uśmiechem.

— Chyba ja powinnam to powiedzieć.

Luke przyznaje mi rację, lekko unosząc brew, po czym zerka do tyłu, na swoje towarzystwo.

— Poza tym chyba ktoś na ciebie czeka — dopowiadam; widzę, jak brunetka śledzi każdy jego ruch. Luke sięga do kieszeni, sprawdza telefon i znów spogląda na mnie.

— Oni jeszcze nie wychodzą — mówi; jego oczy uśmiechają się na chwilę przed tym, nim usta wygną się w miękkim, nierównym grymasie. — Pomyślałem, że podejdę do baru i zamówię drinka.

— Co ci podać? — pytam. — Piwo?

— Pewnie — odpowiada. — I twoje imię. Chyba że chcesz, żebym do końca życia nazywał cię dziewczyną z dołeczkami.

Po czym robi przesadnie wielkie oczy, szepcze: „ups!”, wyjmuje z kieszeni banknot dolarowy i wsuwa do słoika.

— Dzisiaj jestem przygotowany — mówi, przyglądając się, jak nalewam piwo do szklanki. — Na wypadek, gdybyś akurat pracowała.

Staram się nie zastanawiać dłużej nad tym, że specjalnie przyniósł garść drobnych — dla mnie i do naszej gierki.

— Mam na imię Lon… — zaczynam, ale w tej chwili drzwi się otwierają i wchodzi Mia, a za nią Ansel. Luke odwraca ku nim głowę, a ja kończę niezgrabnie: — …don.

Po chwili Luke znów na mnie spogląda, ale jest dziwnie spięty. Szybko kiwa głową.

— Miło mi oficjalnie cię poznać.

Na pewno nie dosłyszał mojego imienia, ale skoro mu to nie przeszkadza, ja nie muszę powtarzać.

Przy barze siada kolejny klient i macha do mnie ręką. Podsuwam Luke’owi jego piwo i uśmiecham się, kiedy czując dotyk podstawki na dłoni, facet unosi na mnie wzrok.

— Pięć dolarów.

Patrzy na mnie, mruga z roztargnieniem i sięga po portfel.

— Dziękuję — mówi.

Podchodzę do nowego klienta, ale kątem oka widzę, że Luke kładzie na ladzie banknot i wraca do swojego towarzystwa, nie czekając na resztę. Albo nie zostawił napiwku, albo zostawił duży.

I z przykrością, bo przecież postanowiłam uznać go za buca, muszę stwierdzić, że chyba wiem, która opcja jest prawdziwa.

Po kolejnych dwóch whisky z cytryną, czterech blue moon i dzbanie margarit staję przy kasie. Mia, Ansel i Harlow są niedaleko, czekają na Finna, a potem wybierają się na film. Przyglądam się im przez jakieś trzy oddechy, jednocześnie rozmyślając nad swoim ambiwalentnym stosunkiem do związków. Z jednej strony widzę wokół siebie szczęśliwych ludzi, niektórych już po ślubie — i pragnę tego. Z drugiej jednak wiem, że nie jestem na to gotowa.

Minął nieco ponad rok, odkąd zakończył się mój związek z Justinem, a ja wciąż pamiętam, jak to jest być w parze, uzgadniać wszystkie plany, biorąc pod uwagę drugą osobę, a potem jeszcze omawiać je w grupie przyjaciół. Zapewne większość ludzi mi nie uwierzy, ale po orce szkolnej i latach umawiania się z tym samym chłopakiem miło jest nie musieć nic robić. Surfuję, pracuję, wracam do domu. Podejmuję decyzje, biorąc pod uwagę to, co jest dobre dla mnie jako osoby, a nie połówki związku.

A jednak chwilami — tak jak dzisiaj — uświadamiam sobie, że właściwie mogę czuć się samotna. Nie chodzi o seks, ale o towarzystwo, o to, że ktoś patrzy na mnie tak, jakby czekał na nasze spotkanie przez cały dzień. O to, że ktoś mnie zabawi filmem, rozmową, o ciepło ciała, które pomoże mi zasnąć.

Kasa brzęczy, kiedy zamykam szufladę i podaję klientowi resztę. Obracam głowę w kierunku boksu, z którego dobiega śmiech Harlow, i z zaskoczeniem stwierdzam, że Luke rozmawia z Mią w pobliżu łazienki.

Wszyscy studiowaliśmy na tej samej uczelni, więc chociaż byliśmy na różnych wydziałach, to nic dziwnego, że oni się znają. A jednak ogarnia mnie lekki wewnętrzny śmiech na myśl, że wciąż jeszcze muszę tyloma szczegółami uzupełniać moją mapę przyjaciół Loli.

Wiedziałam o tym, że rodzice Harlow są znani, ale dopiero niedawno skojarzyłam, że jej mama była jedną z ulubionych aktorek mojej mamy w czasach mojego dzieciństwa.

Wiedziałam, że Mia kiedyś tańczyła, ale dopiero niedawno dowiedziałam się, że jej plany legły w gruzach, kiedy wpadła pod ciężarówkę.

Wiedziałam, że Finn ma bliskie relacje z ojcem i dwoma braćmi, ale dopiero kiedy nietaktownie zapytałam, co robi na Dzień Matki, dowiedziałam się, że w dzieciństwie ją stracił.

Ktoś zza baru woła mnie po imieniu; wracam do rzeczywis­tości. Ustawiam tacę z drinkami na stole, a Harlow łapie mnie w drodze powrotnej i obejmuje mocno.

— Cześć, nieznajoma — mówi, przyglądając się mojej twarzy i sięgając ręką do włosów. — Sto lat się nie widziałyśmy! Nie mogłabyś zacząć używać kremów z filtrem, żeby dla nas też zostało trochę tej cudownej opalenizny? Boże, wyglądasz jak z reklamy strojów kąpielowych w „Sports Illustrated”. Dziewczyna z deską. Niech cię cholera, ciebie i te twoje słodkie piegi.

Uśmiecham się do niej szerzej.

— Powinnam brać cię ze sobą, bardzo podnosisz mi samoocenę.

— Nie mogłabyś się zwolnić i iść z nami do kina? — pyta Harlow.

Kręcę głową. Harlow wydyma usta.

— Dzisiaj jest tylko Fred, ja i jedna kelnerka, a później występuje ta nowa kapela — wyjaśniam.

— A może w weekend? Przyjeżdżają wszyscy trzej Robertsowie.

Kiwam głową, ożywiona perspektywą miłego wieczoru w większym towarzystwie.

— Sprawdzę grafik.

Mąż Harlow, Finn, były rybak, jest obecnie wschodzącą gwiazdą reality show dzięki programowi „Rybacy”, który pokazuje ich pracę. Występuje w nim on, jego ojciec i dwóch młodszych braci.

Harlow powoli unosi brwi, a ja uświadamiam sobie mój błąd. Znam ją ledwie od dziewięciu miesięcy, ale jej talent do wtrącania się w życie innych obrósł legendą.

— Może moglibyśmy załatwić, żebyś ty i Levi…

Już szukam drogi ucieczki.

— Nie. Nic z tego — mówię i rzucam spojrzenie na bar, przy którym kilka osób czeka na obsługę. — Muszę wracać, panno swatko, ale napiszę jutro i dam ci znać, czy będę mogła.

Harlow kiwa głową i wraca do swojego stolika.

— Dobrze, uparciuchu! — woła, a ja idę do baru.

Powróciwszy za ladę, widzę Freda rozlewającego piwo i gawędzącego ze stałymi klientami. Kawałek dalej siedzi samotnie Luke.

Wygląda… wygląda na poruszonego, ma poważną twarz, co chyba nie zdarza mu się często. Fakt, nie wiem o nim nic, oprócz tego, że dziewczyny wciąż wodzą za nim wzrokiem, że wygląda jak kompletny dupek, ale chyba nim nie jest, jak się już uda z nim porozmawiać — i że w jeden wieczór dostaje więcej SMS-ów niż ja w tydzień. Ale co ja tam wiem.

Rzucam spojrzenie na Mię, Ansela i Harlow, którzy zbierają swoje rzeczy, machają do mnie i idą w kierunku Fina, stojącego przy wyjściu.

— Wszystko dobrze? — pytam Luke’a, wyjmując spod lady szklankę do wódki.

Luke kiwa głową; spogląda na mnie i od razu jego poważna mina znika, znów zastąpiona tym słodkim uśmieszkiem. Instynktownie odwracam wzrok i łopatką nabieram lód z pojemnika.

— Nabieram dystansu, za dużo myślę — odpowiada. — A bar to chyba dobre miejsce na takie rzeczy.

Kiwam głową. Chyba czeka na to, aż powiem coś więcej, więc dodaję:

— Najlepsze miejsce na przemyślenia. Kiepskie oceny. Utrata pracy. Problemy z kasą. Pierwsze miłości.

Luke znów na mnie spogląda.

— Mówisz z doświadczenia? — pyta.

— Tak — odpowiadam, nalewam mu whisky i przesuwam po blacie. Mimo uśmiechu na twarzy chyba potrzebuje procentów. — Doświadczenia barmanki. Może powinieneś się rozerwać. — Spoglądam nad jego ramieniem na stolik, przy którym siedzą jego znajomi i brunetka, wciąż wodząca za nim wzrokiem. Luke podąża za moim spojrzeniem, lekko kręci głową i odwraca się znów do mnie.

Unosi szklankę, przechyla głowę na bok i opróżnia jednym haustem. Odstawia szklankę na blat i kaszląc nieco, wypuszcza powietrze.

— Dzięki.

— Nie ma sprawy.

— A ty? — pyta.

Przechodzę do zlewu i wkładam do niego szklankę.

— Co ja?

— Potrzebujesz rozrywki?

Czuję ostre szarpnięcie w okolicy płuc, ale zdobywam się na przyjazny uśmiech.

— Wszystko dobrze.

Luke pochyla głowę i spogląda na mnie spod rzęs.

— Co to znaczy, że wszystko dobrze?

Biorę ręcznik i spoglądając na niego, odpowiadam:

— To znaczy, że nie umawiam się z facetami, których poznaję w pracy.

— Nie proponuję ci stałego związku, dziewczyno z dołeczkami. — Z chytrym uśmieszkiem Luke sięga do kieszeni i wyjmuje kolejnego dolara, po czym wrzuca go do słoika. Jego oczy spotykają moje; coś się spina między moimi żebrami a pępkiem. Facet ma taką minę, jakby widział, że dzień mi się nie udał, a ja widzę, że i jemu wieczór się nie udaje, za to podoba mu się, że oboje to widzimy.

Nie podoba mi się ta nasza chemia, nie podoba się to milczące porozumienie.

A może nie podoba mi się fakt, że tak mi się to spodobało? Wciąż czuję, że brakuje mi powietrza po poranku, jednak w niewytłumaczalny sposób węzeł się rozluźnia, w miarę jak rozmawiamy.

— A przy okazji — odzywa się Luke cicho — dzisiaj wieczorem nie widziałem tych dołeczków zbyt często.

— Powiedzmy, że mam za sobą kiepski dzień — odpowiadam, wzruszając ramionami.

Luke opiera się łokciami o blat i mierzy mnie uważnym spojrzeniem.

— Chyba tobie też przydałoby się nieco rozluźnić.

Wybucham śmiechem; nie mogę się nie zgodzić.

— Zapewne masz rację.

Luke kręci podstawką do piwa.

— Może ktoś mógłby ci w tym pomóc.

Nie zwracając na niego uwagi, zaczynam wycierać ladę. Nie pierwszy raz otrzymałam w pracy podobną propozycję, wręcz przeciwnie. Ale pierwszy raz kusi mnie, by się zgodzić, gdyż w środku czuję tętnienie na myśl o tym, co może mi zaoferować.

— Masz chłopaka? — pyta niezrażony Luke; kręcę głową.

— Nie — odpowiadam. Sądząc z tego, jak jego ramiona wyglądają w T-shircie, nago musi wyglądać fantastycznie.

On zresztą na pewno też o tym wie.

Samo moje wahanie świadczy o tym, że naprawdę długo nie uprawiałam seksu. Jednak nie potrzeba mi w życiu faceta tego rodzaju. Biorę głęboki wdech i odsuwam się nieco, by zwiększyć odległość między nami.

Spojrzenie Luke’a biegnie za mną.

— A ta zasada nieumawiania się z facetami, których spotykasz w pracy, naprawdę obowiązuje?

— Powiedzmy. — Składam ścierkę i zatykam sobie za fartuch z tyłu. Patrzę mu w oczy.

— A gdybym cię zapewnił, że byłoby warto?

Dlaczego mi się wydaje, że on mówi świętą prawdę? Luke uśmiecha się nieśmiało, ale z głębi jego miodowobrązowych oczu mogę wyczytać, że wciąż poluje.

— Bez wątpienia jesteś wspaniały. — Opieram się o zlew i gapię na niego, zaskoczona faktem, że jeszcze nie odeszłam. — Ale nawet nie pamiętam, jak masz na imię.

— Pamiętasz. — Pochyla się i opiera ramiona na lśniącym drewnie.

Zagryzam wargi w uśmiechu.

— O której kończysz? — pyta.

Mimowolnie spoglądam na jego usta; wyobrażam sobie, jakby było poczuć dotyk gorących, rozchylonych warg, przesuwających się po mojej szyi, piersiach, żebrach.

Przychodzi mi do głowy, że jeśli chce się przerwać złą passę, to chyba trzeba pójść na pewniaka, prawda? Facet wyraźnie wie, co robi, idealnie nadaje się do tego, żeby mnie rozruszać po długiej abstynencji. Poza tym na pewno nie będzie chciał niczego więcej.

Mija kilka sekund ciszy, po czym prostuję się i sięgam po kartkę zostawioną przez jedną z kelnerek. Teraz albo nigdy.

— Kończę o pierwszej.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział drugi

Luke

Nie jestem pewny, co różni tę dziewczynę od wszystkich innych, które wpuszczałem do domu, ale lecę po schodach i dopadam drzwi, po czym szybko przebiegam wzrokiem po ciemnym salonie i rzucam spojrzenie na kuchnię.

Nie najgorzej.

Na ławie nie leżą resztki jedzenia ani — co ważniejsze — żadne bokserki nie poniewierają się na podłodze w kuchni. W myślach oddaję cześć bogom, by się upewnić, że mi sprzyjają; mam nadzieję, że w sypialni nie leżą gdzieś na wierzchu opakowania po prezerwatywach. I że nie ma ich także w łazience.

Otwieram szerzej drzwi i uśmiecham się.

— Wejdź.

Logan spogląda na mnie, a potem w ciemność, po czym robi ostrożnie krok do przodu. Sięgam ręką obok niej i pstrykam włącznik światła.

I tym się właśnie różni od innych dziewczyn. Większość z nich wchodzi do mojego mieszkania tyłem, ściskając moją koszulę. Niektóre wchodzą do środka ze wzrokiem utkwionym w mojej twarzy, czekając na lekki ruch głową w lewo, wskazujący drogę do sypialni. Ona jednak wchodzi, rozglądając się wokół tak samo, jak patrzy na mnie, jakby niepewna, czy chce czegokolwiek dotykać.

Niemal słyszę słowa, które pobrzmiewają w jej oddechu, jeszcze zanim je wypowie:

— Właśnie sobie uświadomiłam, że nie wiem, co ja tu robię.

Odsuwam się lekko i odpowiadam bez wahania:

— Nic, czego byś sama nie chciała.

W środku jednak wydaję bezgłośny jęk; mam za sobą długi dzień, pełen różnych wydarzeń. Naprawdę chciałbym się zapomnieć w szybkim numerku, nie mam ochoty na długą, męczącą grę wstępną.

Mój żołądek chyba zrezygnował z planu A, bo odzywa się głośno. Rzucam spojrzenie w kierunku kuchni.

— Głodna?

Dziewczyna wzrusza ramionami.

— Trochę.

— Mam tu coś… — Podchodzę do lodówki, otwieram ją i przeglądam zawartość. — Piwo. Tortillę. Sos sriracha. Seler, pepperoni i… — otwieram szufladę — warkocze serowe.

Nadal panuje cisza; odwracam się i patrzę na dziewczynę — jej czujna mina jest prześmieszna. Palcem rysuję kółko w powietrzu.

— Co to za mina? — pytam.

— Nie mam pojęcia, jaką mam minę — odpowiada, prostując się i lekko uśmiechając.

Opieram rękę o otwarte drzwi lodówki.

— To powiedz mi, co myślisz.

Dziewczyna unosi brwi, jakby oczekiwała potwierdzenia, że naprawdę chcę jej wysłuchać. Kiwam głową.

— Jesteś chyba zbyt typowy, żebyś był prawdziwy.

Wybucham śmiechem.

— Czyżby?

Wywołuję tym potok szczerości.

— Jesteś równie piękny co grzeszny, przed moim wejściem musiałeś sprawdzić, czy poprzednia dziewczyna nie zostawiła na kanapie bielizny, a lodówkę masz po kawalersku pustą.

Zatem do listy cech, które mnie w niej intrygują, dodaję spostrzegawczość.

Wzruszam ramionami i rzucam jej szybki uśmiech.

— Często jadam na mieście.

Dziewczyna lekkim uśmieszkiem pomija moją dwuznaczną aluzję.

— Ale jeśli to wszystko ma ze sobą taki związek, jak podejrzewam, to naprawdę jesteś dobry w łóżku i zapewne twój penis jest ogromny.

Uśmiecham się kącikiem ust; powstrzymuję się, ale w końcu daję za wygraną i wybucham śmiechem. Ona też wreszcie się poddaje i odwzajemnia szczerym uśmiechem, który nieoczekiwanie porusza we mnie jakąś starą, zapomnianą strunę. Seksowne uśmiechy zwykle docierają do mojego fiuta, ale jej uśmiech jest nie tylko seksowny, lecz także szczęśliwy. I nie chodzi tylko o dołeczki w policzkach. To również błysk w oczach, coś, co wydaje się sięgać pod powierzchnię. Nie wiem nawet, czy szczery uśmiech może wyrażać coś innego niż szczęście, ale jej uśmiech jest najszczęśliwszym, jaki widziałem od…

Pocieram dłonią twarz i podchodzę do niej; zmagając się z dziwnym uczuciem w trzewiach — jakbym wpadał w przepaść — sięgam po luźny kosmyk jej włosów. Wygładzam je za zakrzywieniem ucha.

— Słuchaj, Logan…

Jej oczy mrużą się na moment sceptycznie; dziewczyna tłumi uśmiech.

Zastanawiam się, czy jej o to nie zapytać, ale rozbraja mnie jej widok w tym miejscu, z dala od przytłumionych, kolorowych lamp u Freda. Tam wydawała się twardsza, za kpiącym uśmiechem kryły się czujne oczy. Tutaj widzę, że jej oczy są nie tylko niebieskie, ale mają też pierścień głębokiego granatu otaczający turkus tęczówki; nos znaczą ledwo widoczne piegi. Dziewczyna zagryza wargę, ponownie omiata wzrokiem salon.

Cholera, czyżby była dziewicą?

Powinienem zapytać?

Nie. Ma na sobie groźnie wyglądające kozaki i minispódniczkę w kratę, a w żadnym razie nie zaryzykuję kopnięcia takim stalowym noskiem w goleń… albo gdzie indziej.

— Jeśli chcesz się porozglądać, to się nie krępuj — mówię do niej. — Jesteś piękna i słodka, masz usta jak cukierek. — Przy tych słowach spoglądam na jej usta, ale mam wrażenie, że dziewczyna uniosła oczy do nieba. Robi dziwnie kontrastowe wrażenie — ma twardy wygląd, a jednocześnie potrzebuje delikatnego podejścia.

— Albo — mówię, robiąc krok do tyłu — możemy zamówić pizzę i pograć w Titanfall na Xboksie.

Zapewne zrezygnuje z tej rozrywki, co, jak wszyscy wiemy, wcale mi nie przeszkadza, bo na pewno nie uwierzę, że tak świetna dziewczyna w ogóle wie, co to jest Titanfall.

Ku mojemu zdziwieniu jej oczy się rozjaśniają; zanim zdoła spoważnieć, widzę, jak rzuca spojrzenie w stronę salonu. Najwyraźniej źle ją oceniłem.

Kopnięciem zrzucam buty i wracam do kuchni. Łapię dwa piwa i głową wskazuję salon.

— Chodźmy.

Z uśmiechem, sprężystym krokiem dziewczyna podchodzi i siada obok mnie. Prawą dłonią chwyta kontroler, z wprawą przesuwa kciukiem po małym joysticku.

— Bardzo cię zawstydzę, jeśli skopię ci tyłek? — pyta.

Z uśmiechem kręcę głową i włączam komputer.

— Nie. W zeszłym tygodniu dostałem ją od babci. Na pewno byłaby zachwycona, gdyby się dowiedziała, że koleżanka mnie pobiła.

Klikam przez menu początkowe, czując jej spojrzenie na sobie. Odwracam się, by na nią spojrzeć — i widzę dołeczki.

— Słodkie.

— Słodkie, że babcia kupiła mi strzelankę? — Kusi mnie, by jej opowiedzieć, jak na dwudzieste pierwsze urodziny babcia wysłała mnie do Vegas; pozwoliła mi zrobić sobie tatuaż, ale kazała obiecać, że nie wynajmę prostytutki. Kiedy odparłem, że nigdy nie musiałem płacić za seks, trzepnęła mnie w głowę.

— Tak. — Logan spogląda na telewizor. — A przecież ile masz lat, dwadzieścia dwa?

— Dwadzieścia trzy. W październiku kończę dwadzieścia cztery.

— Proszę, dwadzieścia trzy i pół! — Dziewczyna szczypie mnie w policzek. — Mój kuzyn ma jedenaście i pół roku i też w to gra.

— Zabawna jesteś.

Jej śmiech wibruje w całym moim ciele.

— Prawie dwadzieścia cztery — powtarza. — Może nadszedł czas porzucić gry wideo?

Kiwam głową w stronę jej dłoni.

— Jak się wydaje, dobrze sobie z tym radzisz, kwiatuszku.

Dziewczyna wzrusza ramionami i znów na mnie spogląda.

— Powiedzmy, że miałam ją w ręce całkiem niedawno, w przeciwieństwie do tego. — Kiwa głową w kierunku moich kolan; krztuszę się piwem i zanoszę kaszlem. Dziewczyna przenosi wzrok na telewizor i wybucha śmiechem, wskazując na ekran.

— Powiedz, proszę, że nie jesteś GigantemD92.

Puszczam do niej oko.

— Chyba wiesz, że to ja.

Logan kręci głową, ale nie wygląda to groźnie. Policzki ma wyraźnie zaróżowione, co widzę nawet w słabym świetle ekranu; siedzi ledwie kilkanaście centymetrów ode mnie.

Dołącza do gry, wybieramy naszych pilotów. Dopiero kiedy gra się załadowała, a my widzimy mapę, uświadamiam sobie, że nigdy nie grałem w gry wideo z inną dziewczyną oprócz mojej siostry Margot, ale ona jest beznadziejna. Znam podstawy wspinania się po ścianach, podskoków i tak dalej, ale wciąż próbuję gładko przestawić się na sterowanie grą i przypomnieć sobie sztuczki taktyczne. Logan nie ma z tym problemu; zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie jest oszustką.

Nie bawi się w rozmówki towarzyskie. Jest słodka, ale nie rozchichotana, widać, że nie próbuje zrobić na mnie wrażenia. I naprawdę daje mi popalić. Mimo to panuje między nami swoboda, a ciszę przerywają tylko wystrzały dobiegające z głoś­ników i nasze przekleństwa, którymi kwitujemy zwycięstwo lub porażkę.

— Bierz się za karabin! — krzyczy dziewczyna, chociaż siedzi obok mnie.

Kciukami walimy w przyciski.

— Nie, podoba mi się MK5.

— Gościu, siejesz seriami na prawo i lewo, zaraz mnie dosięg­niesz, przez dwie pieprzone sekundy spróbuj się skupić!

Ze śmiechem przestawiam karabin i kilkoma strzałami powalam ogra. Przed nami otwiera się przejście.

— Powiedz mi, że miałam rację! — nuci dziewczyna.

— Miałaś… cholera! — wrzeszczę. Ekran zalewa czerwony deszcz, mój pilot ginie od serii z drugiego oddziału. — Skąd on się tu wziął, do cholery?

Dziewczyna zatrzymuje grę.

— O rany, nie za długo wytrzymałeś. — Oczy jej lśnią z rozbawienia, usta wykrzywia sardoniczny uśmiech.

Wydaje się czuć swobodnie w tej atmosferze półsłówek i aluzji, żarcików na temat seksu — tego, po co tu przyszliśmy — ale czuję, że sama niczego nie zacznie.

— Mogę zadać ci pytanie? — odzywam się.

Dziewczyna sięga po piwo.

— Masz na myśli kolejne pytanie?

Spoglądam na nią z poważną miną.

Poddaje się z kpiącym uśmieszkiem — te cholerne dołeczki sprawiają, że coś mi w środku topnieje, a potem zaczyna wrzeć — i odpowiada:

— Dobrze, niech będzie. Ale pod warunkiem, że się nie obrazisz, jeśli odmówię odpowiedzi.

— Dlaczego poszłaś dzisiaj ze mną? Może wyjdę na kompletnego dupka, ale pamiętam, jak powiedziałaś, że nie umawiasz się z klientami… a jednak przyszłaś ze mną.

— Bo się nie umawiam — odpowiada szybko, ale cicho. — Nigdy.

Pytanie było bardzo ogólne, ale odpowiedź mnie zaskoczyła.

— Nigdy?

Dziewczyna kręci głową.

Zastanawiam się, czy doczekam się czegoś więcej. Nie odpowiedziała mi na pytanie, ale kiedy na nią spoglądam, widzę, że jeszcze się nad nim zastanawia. W końcu podwija pod siebie nogę i odwraca się twarzą do mnie.

— Pozwól, że ja też cię o coś zapytam — mówi.

Unoszę wyczekująco brodę, popijam łyk piwa i czekam.

— Często tak robisz? — pyta.

Chociaż jej gest obejmuje cały pokój, jestem pewny, że nie chodzi jej o grę wideo.

W myślach dokonuję szybkich obliczeń. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy może z dziesięć razy… Ona może uznać, że to często.

— No… nie co wieczór, ale tak, czasami.

— Po co? — pyta.

Po co? Pytanie wydaje się absurdalne. Po co uprawiam seks? Czy ona naprawdę chce to wiedzieć?

Przyglądam się jej; błyszczące niebieskie oczy wpatrzone w moją twarz, oczekujące na odpowiedź. Czy to możliwe, by wyglądać jednocześnie tak niewinnie i tak czujnie?

Fakt, zadawano mi podobne pytania już wcześniej, kilka razy. Zwykle kobieta spogląda na mnie wtedy z łóżka — przed seksem lub po nim — i stara się mówić jak najbardziej obojętnym tonem.

„Zapewne to łóżko widziało już wiele kobiet”.

„Kiedy ostatnio przyprowadziłeś kogoś do domu?”

„Mam nadzieję, że wiesz, że nieczęsto tak robię. To coś innego, Luke”.

Jednak nigdy nie zadała mi tego pytania kobieta w pełni ubrana, siedząca na kanapie, z przejrzystymi oczami wpatrzonymi we mnie, wolnymi od osądzania. Logan chyba chce to zrozumieć.

— W tej chwili nie stać mnie na nic więcej — odpowiadam. — Nie chodzi mi o to, że boję się związku czy tego rodzaju bzdury. Byłem zakochany i nie wiem, czy znów byłbym do tego zdolny.

Dziewczyna śmieje się krótko, ostro, kiwa głową i unosi piwo do ust.

— A przynajmniej — ciągnę — nie teraz, kiedy pracuję jak szalony. — To brzmi niedorzecznie. Słyszę to, słyszę absurdalność swoich słów. Wszyscy pracujemy jak szaleni. Jesteśmy zajęci, młodzi i ogarnięci chaosem. — Ale mimo wszystko jestem facetem. Lubię seks. Lubię kobiety. Czy o taką szczerość ci chodziło?

Dziewczyna kiwa głową.

— Twoja kolej — mówię. W mojej piersi budzi się do życia jakiś pierwotny odruch. Od bardzo dawna nie prowadziłem takiej rozmowy — szczerej, otwartej — z kimś spoza rodziny, i zapomniałem, jakie to miłe uczucie.

Dziewczyna, zanim odpowie, upija duży łyk piwa. Obserwuję jej szyję, kiedy przełyka. Jest długa, jasna i gładka.

— Poszłam z tobą, bo rano fala zwaliła mnie z deski.

Surfuje… to stąd ma takie ciało.

— Od bardzo dawna tak mnie nie przetoczyło — opowiada, opuszczając wzrok na butelkę w dłoni. — Zapomniałam, jakie to przerażające. Najpierw przez pół ranka nie mogłam złapać dobrej fali. Potem przyszła jedna, która rozbiła mnie w pył. Cały dzień jestem spięta i nie w sosie. Tylko nigdy dotąd nie przyszło mi do głowy, żeby napięcie rozładować seksem. Dzisiaj uznałam, że dlaczego nie.

— Dlaczego nie — powtarzam cicho, czując, jak puls mi przyśpiesza na myśl, że może jednak do czegoś dojdzie.

Dziewczyna kiwa głową, ale oczy ma utkwione w moich ustach.

— Co tylko zechcesz, dobrze? — mówię do niej.

Powoli, bardzo powoli widzę emocje przepływające kolejno w jej oczach — niepewność, obawa, pożądanie, determinacja — po czym dziewczyna pochyla się i przesuwa ustami po moich wargach. Dotyk ma jak jedwab.

— To tylko jedna noc — mówi, odsuwając się o kilka centymetrów, by spojrzeć mi w oczy. W jej ustach te słowa brzmią zupełnie inaczej niż u innych dziewczyn. Ona się nie boi wpadnięcia w pułapkę oczekiwań; martwi się o mnie. Na jej policzkach pojawiają się dołeczki, kiedy dodaje z uśmiechem: — Więc musisz mi pokazać wszystkie swoje sztuczki.

Śmieję się przy kolejnym pocałunku.

— Tak, psze pani.

— Nie przychodź potem do baru z nadzieją, że załatwię ci miejsce na parkingu — ciągnie z ustami przy moich ustach. — Nie jestem tym typem.

Widzicie? Miałem rację.

Odsuwam się, patrzę jej w oczy i w salucie przykładam palce do czoła.

— Zrozumiano.

Bez dalszych ceregieli dziewczyna sięga po moją koszulę i pomaga mi ją zdjąć. Jej ręce przesuwają się do góry, ciepłe, ale niepewne, najpierw koniuszki palców, a potem dłonie wygładzające moją skórę. Bada mnie, jakby od bardzo dawna nie dotykała nagiej skóry i zapomniała, co to za uczucie. Dłonie ma miękkie, paznokcie długie tylko na tyle, by lekko przejeżdżać nimi po piersi i brzuchu, zanim zabierze się do rozpinania mi dżinsów.

O rany. Jezu.

Odsuwam biodra poza zasięg jej dłoni, wyjmuję prezerwatywę z kieszeni i kładę przy biodrze dziewczyny.

— Chcesz iść do mojego pokoju?

— Tu jest dobrze — odpowiada, kręcąc głową. Przyciąga mnie bliżej, zsuwa mi z bioder spodnie i bokserki, po czym zatrzymuje się, uderzona nagłą myślą. — Mieszkasz sam?

Całuję ją i odpowiadam z ustami przy jej ustach, jednocześnie skopując spodnie na podłogę.

— Rozbierasz mnie na kanapie, więc na Boga, mam nadzieję, że tak.

Słyszę, jak chichocze tuż przy moich ustach; pochylam się, zaczynam lekko ssać jej szyję i delikatnie wysuwam się z jej rąk. Nie chcę, by dotarła do mojego penisa, jeszcze nie; żadne z nas nie jest gotowe na bzykanie, poza tym nie ma pośpiechu. To zwrot o sto osiemdziesiąt stopni od sytuacji sprzed zaledwie pięciu minut. Dziewczyna już się nie waha, ani odrobinę. Zastanawiam się, czy do wszystkiego tak podchodzi: najpierw ostrożnie, a potem niemal bez namysłu rzuca się głową w dół. Mimo to czuję lekki dystans, jakby w myślach skreślała kolejne punkty z listy, nie dając się ponieść emocjom.

Dziwne to.

Zwykle wyczuwam u kobiet szaleńczą potrzebę stworzenia więzi: nieuniknione spojrzenia, kontakt wzrokowy, seria cichych pytań, pocałunki, które przypominają zawierzanie mi tajemnicy — co oznacza, że mogę wybrać, ile chcę. Ale Logan nie szuka głębokiej więzi; wydaje się pragnąć jednocześnie zakończenia tego wszystkiego i poddania się chwili.

Przypomina mi to jazdę z rodzicami przez Góry Skaliste w zadymce; mama zachwycała się pięknem otoczenia, a tata całkowicie skupił się na prowadzeniu, by bezpiecznie nas stamtąd wywieźć. Ja mam za zadanie przeprowadzić nas przez to.

Dziewczyna kieruje moją dłoń do swojej koszuli, zamyka oczy, a ja rozpinam ją, całując jednocześnie. Czuję pomarańcze i jej słodki zapach.

Zsuwam jej koszulę z ramion, rozpinam stanik. Cholera, piersi też ma ładne. Nieco tylko większe niż moje dłonie. Płas­ki, umięśniony brzuch. Ma ciało dziewczyny, która swobodnie surfuje w bikini: zaokrąglone, opalone i wysportowane. Mam ochotę zagubić się w tym, poczuć jej ulgę płynącą z rozładowania napięcia, może nawet jej ponaglenia, kiedy już straci kontrolę nad pożądaniem. Po raz pierwszy mam ochotę poleżeć dłużej na łóżku, przy zapalonych światłach, prowadząc błahe rozmówki i jednocześnie całując jej doskonałe ciało.

Czuję jednak w jej podbrzuszu napięcie — ona chce iść dalej, nie przerywać, dotrzeć do końca.

Czy tak właśnie czują się przy mnie kobiety, kiedy ja myślę o czymś innym i potrzebuję tylko seksu?

Pochylam się, całuję jej podbródek, usta, rozchylam jej wargi moimi. Język ma mały i miękki, pod zapachem piwa wyczuwam smak pomarańczy. Wyobrażam sobie, jak niedbale sięga po owoc i leniwie go wysysa między przygotowywaniem kolejnych drinków.

— Chodź — szepczę, przysysając się do jej dolnej wargi. Chcę coś od niej dostać. — Dotknij mnie.

Dziewczyna ssie moją górną wargę; z ust wyrywa się jej zdławiony jęk pożądania.

— Dobrze, jeśli tego chcesz. Ja tego chcę. Nie robisz nic złego.

Niepewna ręka przesuwa się po mojej szyi, dziewczyna rozsuwa nogi, przysuwa mnie bliżej i no już

no już

jestem.

Czuję, jak dziewczyna mięknie pode mną, ulega. Jej dłoń unosi się ku mojej twarzy, druga sięga niżej i owija się wokół mojego penisa. Twardnieję pod jej dotykiem, wdycham jej słodki pomarańczowy zapach, pochylam się i zaczynam ssać miękki sutek, jęcząc, kiedy napina się pod moim językiem.

Potem zsuwam jej spódniczkę z bioder.

— O cholera — mówi dziewczyna, po czym zasłania dłonią usta, tłumiąc śmiech.

Zamieram w bezruchu i spoglądam na nią.

A niech to — oczywiście sobie przypomniała, że ma okres.

— Co takiego? — pytam najspokojniej, jak mogę.

Jej niebieskie oczy patrzą na mnie z udawaną skruchą.

— Nie goliłam nóg… od jakiegoś czasu.

Wypuszczam powietrze; z ulgi zaczynają mi się trząść ręce, niezgrabnie niemal zrywam z niej spódniczkę.

— Nie martw się, ja też nie goliłem nóg.

Dziewczyna chichocze, a ja spoglądam w dół. Ma olśniewające ciało. Nieruchomieje pod moim spojrzeniem, poddając się obserwacji. Może i nie ogoliła nóg, ale wcale tego nie widać. Wystarczy powiedzieć, że Logan jest naturalną blondynką i na widok części jej ciała, zwykle widocznych w bikini, ślinka napływa mi do ust.

Dopiero kiedy ustawiam się nad nią, między jej udami, zauważam, jak jest rozluźniona mimo swojej nagości, i w pełni dociera do mnie jedno: dziewczyna z dołeczkami jest tu tylko i wyłącznie dla siebie.

Większość dziewczyn przychodzi do mnie nie tylko dla włas­nej przyjemności. Nawet jeśli będą się upierały, że tak nie jest, zwykle marzą o związku, chcą być adorowane. Pragną czegoś więcej niż jednej nocy, chcą mi się spodobać także poza łóżkiem.

Logan jednak chyba w ogóle nie przejmuje się tym, co o niej myślę albo czy jeszcze się zobaczymy. Wykorzystuje mnie.

Czuję ostre ukłucie odrzucenia, a jednocześnie podziw.

Dziewczyna przygryza zębami tę swoją słodką dolną wargę.

— Wszystko w porządku?

Zamykam oczy i wciągam głęboko jej zapach.

— Tylko się przyglądam — mówię. — Jesteś… jesteś zaskakująca. Jesteś cholernie piękna.

Nie dziękuje mi. Niemal nie reaguje, przygląda mi się tylko spod przymkniętych powiek.

Przesuwam dłonią między jej piersiami — pełnymi, o małych różowych sutkach — i niżej, po żebrach i płaskim brzuchu. Jej biodra unoszą się lekko pod moim dotykiem, naśladując ruch dłoni.

— Pozwolisz mi się tu pocałować? — pytam, przesuwając palcami między jej nogami. Jest miękka, na tyle wilgotna, by kusić, ale nie na tyle, żeby od razu wybuchnąć tak, jak tego chcę.

Lekko kręci głową, obdarzając mnie tym swoim szerokim uśmiechem.

— Nie ma mowy, proszę pana. To coś wyjątkowego.

Cholera. Jest wyjątkowo. Gwałtownie wciągam powietrze i przez moment czuję podniecenie na myśl, że ona tak to odczuwa. Po chwili jednak ogarnia mnie frustracja; im więcej czasu z nią spędzam, tym bardziej mi zależy, by ta noc na zawsze utkwiła jej w pamięci. Cholera, jeśli przyszła do kina w poszukiwaniu rozrywki, pokażę jej Ojca chrzestnego.

Dziewczyna sięga dłonią na poduszkę przy swoim biodrze, znajduje prezerwatywę i podaje mi.

— Myślałem, że chcesz zobaczyć wszystkie moje sztuczki? — przekomarzam się z nią.

Dziewczyna śmieje się; to tylko jeden dźwięk, ale uśmiech na jej ustach zostaje.

— Chodź tutaj.

Kręcąc głową, odpowiadam:

— Jeśli mamy przejść od razu do rzeczy, to przynajmniej daj mi dojść do słowa.

Słodko przewraca oczami, podnosi się na łokciu i zębami rozrywa opakowanie. Powoli, bardzo powoli naciąga ją na mój penis, a ja z jękiem zagryzam wargę.

Widok jej nagiej… smak jej języka… ciepły uścisk dłoni na moim fiucie — i już jestem gotowy, ale jej dłonie jeszcze mnie nie puszczają. Dotykają mojego penisa, jąder, bioder, brzucha. Teraz to ona się nie śpieszy i napawa chwilą. Koniuszkami palców odkrywa mnie, delikatnie i miękko łaskocze w klatkę piersiową, chwyta mnie ręką za szyję i przyciąga do siebie.

— Chodź tutaj — szepcze znów, całując mnie w podbródek, policzki, w szyję.

Może to ja powinienem poprowadzić; pod stalową powłoką wyczuwam w niej więcej niewinności niż rzeczywistego cynizmu. Jednak w tej chwili nie mam na to ochoty. Dziewczyna sięga po mnie, przywiera do mnie, przesuwa penisem po swojej szparce, a ja czuję, jak drżą jej ramiona ułożone po bokach mojej głowy. To ona chce prowadzić, a ja mam się nie ruszać, by mogła wykorzystać tę część mojego ciała, która sprawi, że poczuje się dobrze. Wszystkie mięśnie wokół kręgosłupa mi się spięły, wszystkie myśli uciekły z głowy oprócz odczucia jej dotyku. Właśnie, cholernego odczucia. Przyglądam się jej twarzy i niezliczonym emocjom, jakie po niej przebiegają, na przemian usztywniając ją i rozluźniając. Nigdy jeszcze z takim natężeniem nie wpatrywałem się w żadną dziewczynę w chwili, kiedy się poddaje.

W końcu przesuwa mnie niżej. Czuję głębię, zaproszenie — wsuwam się do środka.

Dziewczyna wstrzymuje oddech, ale nie wydaje z siebie dźwięku. Za to ja mam ochotę krzyczeć. Jest ciepła, szaleńczo ciepła, a teraz bardziej wilgotna. Muszę się wsunąć głębiej, a potem wysunąć, po odrobinie, bo jest ciasna, boję się, że sprawiam jej ból, ale chwyta mnie dłońmi za pośladki i przyciąga bliżej, jej ciało kołysze się z moim, wsuwając mnie głębiej, dalej, do końca.

Gdy tam docieram, jęk wyrywa mi się z gardła, ale ona zachowuje milczenie. Jest cicha nawet w chwili, kiedy jej ciało zaciska się wokół mnie; skoro tak mi ciasno, jakim cudem dziewczyna nie wydaje z siebie głosu? Dotarłem do końca, przesuwam się w przód i w tył, żeby ją poczuć, ustami wodzę po jej szyi, jej piersiach. Czuję, jak mnie ponosi, jak odlatuję.

Mógłbym się w tym zatracić. Mógłbym pieprzyć ją znacznie mocniej.

Ale, Boże, na widok jej kołyszących się pode mną bioder wiem, że mógłbym także bardzo zwolnić tempo. Czegokolwiek zechce, mnie jest dobrze; czuję jej piersi przyciśnięte do mnie, przesuwające się po mojej skórze, czuję ich nacisk.

— Jest dobrze? — pytam cicho.

Dziewczyna kiwa głową i przełyka.

— Dobrze.

Z jękiem wysuwam się i znów wsuwam do środka.

Powoli się wysuwam i równie powoli wsuwam.

Jak dobrze.

Jak ona ładnie pachnie.

Jej dłonie przesuwają się po moich plecach, do szyi.

Logan milczy, ale widzę, że jej dobrze. Czuję to w jej palcach wplątanych w moje włosy, ruchach bioder i napiętych sutkach. Widać, że zaznała już przedtem dobrego seksu, wie, czego prag­nie jej ciało. Chce, bym wszedł głęboko, chce, żebym mocno się do niej przycisnął i przesuwał. Teraz, jak już zaczęliśmy, Logan nie jest nieśmiała, wręcz przeciwnie, bierze, bierze i bierze to, co jej daję.

Kobiety czasami rozmawiają w łóżku, a jeśli nie one, to ja to robię. Teraz jednak słyszę tylko nasze oddechy; wciągane przez nią powietrze, silne wydechy i wspólne ruchy ciał. A potem mimowolne westchnienia nas obojga, kiedy przyśpieszam i zwiększam siłę nacisku. Jej piersi poruszają się pode mną, biodra unoszą się z kanapy. To ona posuwa mnie od dołu, narzuca tempo i rytm, jakiego potrzebuje.

Ponieważ zachowuje milczenie, jej orgazm całkowicie mnie zaskakuje; nadchodzi jak fala przyboju, a na wydany przez nią dźwięk — zduszony, pełen ulgi okrzyk — popadam w szaleństwo. Chcę go usłyszeć jeszcze raz, ale dłużej.

Nie przestaję, prowadzę ją dalej, aż dziewczyna jakby opada z sił pode mną, a wtedy ja staczam się na podłogę, pociągając ją za sobą — tym razem to ona siedzi na moich biodrach.

— Bierz — szepczę w nadziei, że zrozumie. Dzisiaj w nocy chcę, by poczuła całkowitą ulgę.

Blask jej oczu, kiedy na mnie spogląda, mówi mi, że tego właśnie potrzebuje. Uwielbia seks. Właściwie, do licha, wyjaśnienie, dlaczego kobieta z takim doświadczeniem i tak zmysłowa nie ma facetów na zawołanie, kompletnie mnie przerasta. Unosi biodra, zaczyna mnie ujeżdżać, po czym znów wpada w rytm, znów doprowadza się do punktu tuż przed końcem. Jej skóra błyszczy od potu, palce wbijają się w moją pierś, kark, chwytają mnie mocno. Niemal groźnie. „Za drugim razem ma być lepiej” — daje do zrozumienia jej ciało. „Bardziej. Dłużej. Mocniej”.

— O cholera — mówi, dysząc i w końcu — cholera — w końcu jest. Rozogniona, ściśnięta i wilgotna, tak cholernie wilgotna, że sama nabija się głębiej na mój penis. Z jękiem próbuję powstrzymać moje ciało, które chce się poddać i pragnie zakończyć tak gwałtownie, że pewnie zobaczyłbym wszystkie gwiazdy.

Ale wiem, że to jeszcze nie koniec.

Wpatruję się w gładki łuk jej szyi, wdzięczny prosty obojczyk, kiedy dziewczyna posuwa mnie teraz wolniej, opada niżej. Obserwuję jej szybko unoszące się i opadające piersi łapiące powietrze. Kompletnie się zatraciła. We mnie. Zaufała mi na jedną doskonałą chwilę.

Jest piękna, błyskotliwa, nieco nieufna, a mimo to jest tutaj, wpuściła mnie do siebie. Chcę na to zasłużyć. Boję się, że dojdę do końca gwałtownie i bez kontroli, że nie osiągnę spełnienia, bo ten lekki przedsmak, który mi właśnie daje, na pewno nie wystarczy.

— Dobrze? — wydobywam z siebie, przesuwając dłońmi po jej talii i wyżej, ujmując jej piersi.

Ona z wysiłkiem unosi głowę, w oczach ma pragnienie.

— Ustaw się za mną — mówi.

Bez słowa unoszę ją, pomagam uklęknąć, a potem znów się wsuwam, nie mogąc powstrzymać przeciągłego, niskiego jęku.

W pamięć zapadają mi linie mięśni na jej plecach, jej łechtaczka pod moimi palcami. Obsesyjnie próbuję zapamiętać sposób, w jaki się porusza, niezależnie od pozycji, dźwięk, jaki wydaje, dochodząc do końca.

Wiem, że po wszystkim odwiozę ją do domu, bo nie będzie chciała zostać. Ale w tej chwili seks jest dobry — doskonały — i za każdym razem, kiedy kontrolę nad jej mózgiem przejmuje ciało, które pada w chwili orgazmu, czuję, jak kruszy się kolejny kawałek mojej skorupy.

Chcę poznać ją od czułej strony.

Cholera. Od dawna nie pragnąłem czułości.

— Gdzie zniknąłeś wczoraj wieczorem? — pyta Dylan.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki